Skocz do zawartości

Arahirim

Forumowicze
  • Zawartość

    31
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wpisy blogu napisane przez Arahirim

  1. Arahirim
    Dwie dekady prowadzenia rozmaitych klubów, liczne sukcesy, sromotne porażki, zawiedzione oczekiwania, szkolenie perełek, pnięcie się po szczeblach chybotliwej drabiny reputacji. Na scenę wkracza jednak chyłkiem nowa odsłona Football Managera. Trzeba wszystko rozpocząć od nowa.
    Bycie doświadczonym, rozpoznawalnym na całym świecie szkoleniowcem wiąże się z wielką presją - mediów, zarządu, zawodników. Wszyscy oczekują trofeów, cudów z nisko notowaną drużyną, bo przecież taki fachowiec i z drugoligowca zrobi drugiego Messiego. Jednak powiem wam, że młody, świeży menedżer w nowym FM-ie ma jeszcze trudniej.
    Jezus Maria, wszystko se wygrajcie?*
    Każda nowa produkcja Sports Interactive wnosi dużo zmian niewychwytywalnych dla laika, ale przełomowych dla ludzi, którzy prowadzeniu wirtualnej drużyny oddali całe dnie i (niekiedy) noce. Jak co roku jedne mechanizmy ulegają poprawieniu, a inne pogorszeniu. Edycja z numerkiem 2014 nie odstaje pod tym względem od poprzedniczek, ale wprowadza i kontynuuje błedy, które czasami mogą przyprawić o ból głowy.
    Głównym zarzutem, jaki mam w stosunku do nowego FM-a jest to, że zarząd i zawodnicy nie mogą się zdecydować, czy chcą być ambitni. Zacząłem swoją grę Lechią Gdańsk, bo uważam, że w parę lat można z niej zrobić fajną drużynę ze względu na dobrą szkółkę i zdolnych młodziaków. Po przyjściu do klubu zadeklarowałem zarządowi, że zajmę miejsce w środku tabeli (lepiej zaniżyć oczekiwania i je spełnić, niż później tłumaczyć się, dlaczego nie udało się wygrać Ligi Mistrzów Miedzią Legnica w pierwszym sezonie), a na spotkaniu z zawodnikami powiedziałem im, że chciałbym zakwalifikować się do Ligi Europejskiej. Niemal wszyscy popukali się w czoło, morale spadły, nikt nie chciał mi uwierzyć. Mój cel osiągnąłem bardzo szybko, bo wygrałem Puchar Polski (finał z Legią i wynik 6:5 w doliczonym czasie gry zapamiętam na długie lata), a do tego zostałem wicemistrzem Polski. Powiem wam, że podział ligi na dwie grupy naprawdę dodaje kolorytu, bo mogłem wykorzystać słabą formę Legii i wywindować Lechię w górę. W drugim sezonie nie zmieniłem oczekiwań, bo byłem świadom, jakie szczęście mi towarzyszyło w poprzedniej kampani. A zarząd i zawodnicy obrazili się, bo twierdzili, że powinniśmy walczyć o mistrza.
    Ten problem nie dotyczy tylko gracza, bo już po pierwszym sezonie Real Madryt zwolnił Ancelottiego, gdyż ten zajął ?dopiero? drugie miejsce w lidze, a zLM odpadł w półfinale.
    No i co ja ci takiego powiedziałem?!
    Znów pojawia się problem rozmów z piłkarzami i mediami. Jeszcze świeża opcja stylu wypowiadania się nadal się nie przydaje, bo ciągle nie wiadomo, jak zadziała. Do tej pory nie zauważyłem różnicy pomiędzy wypowiedzią ?asertywną? a ?spokojną?, z ?żarliwej? nie korzystam prawie w ogóle, ?niechętna? się nie przydaje. Tylko ?agresywna? jest naprawdę przydatna, bo jeśli w drużynie jest dobra atmosfera, to przegrywając do przerwy 3:0 i rugając ostro zawodników można odwrócić losy spotkania. Jeszcze gorzej jest z kontaktem z piłkarzem i z całą drużyną. O ile w pierwszym przypadku asystent podpowiada, jak zwracać się do konkretnej osoby, żeby osiągnąć zamierzony efekt, o tyle w rozmowie ze wszystkimi nie za bardzo wiadomo, co kliknąć. Nielogiczne jest zwłaszcza zakończenie zebrania, gdzie zwykle wybieram tak, że morale spada na łeb, na szyję. I nie wiem, dlaczego.
    Daj mi w końcu spokój!
    Gruntowne przemiany przeszedł cały interfejs, a zwłaszcza okno wiadomości. I bardzo dobrze, bo dostanie się do interesującej nas opcji wymagało zdecydowanie zbyt wielu kliknięć. Teraz wszystko jest w jednym miejscu. Dostałeś ofertę za zawodnika? Zaakaceptujesz ją lub odrzucisz od razu. Agent oferuje ci swojego klienta? Obok jest tabelka z jego umiejętnościami. Kończą się kontrakty? Masz całą listę. Zaczyna się nowy miesiąc? Od razu ustal program treningowy.Jest to świetnie zorganizowane i skraca czas potrzebny do kompletnego zarządzania klubem. Niestety, często pojawiają się pytania od dziennikarzy, które po pewnym czasie zaczynają irytować. Pojawiło się kilka nowych kwestii, ale po pewnym czasie zna się je już wszystkie i wywiady zaczynają nudzić. Ale to nic w porównaniu z natręctwem agentów. Zdarza się, że mają naprawdę fajnego zawodnika i człowiek się głowi, dlaczego scout nie wychwycił go wcześniej, ale większość ofert to śmieci. Jak można oferować Lechii 39-letniego Rosjanina o statystykach gorszych od Dawidowicza, który to Rosjanin w dodatku chce zarabiać 8,5 tys. euro na tydzień? Od dwóch lat ten zawodnik nie znalazł klubu, ma już 40 lat i ciągle jest mi polecany.
    Macie gryźć trawę.
    O wiele bardziej podoba mi się za to ekran taktyki. Jest teraz bardziej realistyczny, bo oparty jest na tzw. shoutach, które teraz stały się głównym trzonem. Nie uświadczyłem już żadnych suwaków - i bardzo dobrze. Przecież Mourinho nie mówi swoim podopiecznym w przerwie ?teraz musisz grać o jeden punkt bardziej ofensywnie?. Teraz wszystko jest przejrzyste, opcji jest dużo i działają inaczej w zależności, którą z mentalności się wybierze. Nie warto też przesadzać i obarczać zawodników masą poleceń, bo zaczynają się gubić i nie wiedzą, co mają robić. W Lechii stosowałem tylko pięć i zapewniało mi to ładną dla oka grę.
    Dlaczego go nie skosisz?!
    Co się dzieje, gdy w końcu ustalimy skład, udzielimy wszystkich wywiadów, dokonamy transferów i w końcu naszym oczom ukaże sie okno meczowe? Dużo się dzieje. Oprawa uległa poprawie, dodano dziesiątki nowych animacji, zawodnicy rzucają ładne cienie, kibice też zachowują się bardziej realistycznie - wstają, machają, kręcą się. Tylko wyrywanych krzesełek brak. Fajne jest też to, że podczas meczu brudzą się stroję i na pierwszy rzut oka widać, kto się stara i nie odpuszcza żadnej piłki, a kto tylko bimba sobie w środku pola (osobisty przypadek z Machajem). Piłkarze nadal jednak ślizgają się po trawie i zdarza im się przeniknięcie przez słupek, ale nie jest to nagminne. Większy problem stanowi slinik meczowy. Prawda, jest bardziej efektowny, akcje są bardziej składne, ale ileż można patrzeć, jak napastnik przelobowuje bramkarza? Albo jakiś pomocnik z drugiej ligi uderza z 35 metrów w samo okienko? Owszem, ciekawie sie na to patrzy, ale po pewnym czasie zaczyna irytować, gdy traci się bramki w taki sposób w starciach z zespołami miernymi. Nadal nie udało się takzę naprawić problemu z pasywnymi obrońcami, którzy nadal potrafią przebiec pół boiska obok napastnika i pozwolić mu zdobyć gola. A ustawiam ciągle agresywne odbieranie piłki.
    Ten FM jest najlepszy
    Mimo wszystkich problemów i irytujących pierdółek, ta odsłona gry od SI jest najlepszą, jak do tej pory. Syndrom ?jeszcze jednego meczu? jest silniejszy niż kiedykolwiek właśnie przez wygodę interfejsu, intuicyjność taktyki i dopracowanie niemal każdego elementu. Mimo że w całej recenzji piszę prawie tylko o błędach i niedogodnościach, to w ogólnym rozrachunku nie przeszkadzają one tak, jak ?killer-taktyki? czy toporność poprzednich edycji. Z czystym sumieniem mogę polecić FM-a wszystkim pasjonatom piłki nożnej, którzy nie boją się wciągnięcia w wirtualny, piłkarski świat. Do zobaczenia za 10 sezonów, jak wygram Lechią Ligę Mistrzów!
    * wszystkie śródtytuły to moje własne wypowiedzi podczas grania w FM-a
    ocena: 9/10
    plusy:
    + udoskonalony interfejs
    + wygoda użytkowania
    + intuicyjność
    + ekran taktyki
    + syndrom ?jeszcze jednego meczu?
    minusy:
    - animacje zawodników
    - nierealistyczne strzały zza pola karnego
    - pasywność obrońców
    - rozmowy z zawodnikami
  2. Arahirim
    UWAGA! MOŻLIWE SPOILERY!
    Niedawno dopiero nadgoniłem zaległości i zapoznałem się z nowym Asasynem, niejako w oczekiwaniu na Black Flag. Wcześniej było to niemożliwe, bo mój leciwy laptop ledwie dźwigał najnowsze produkcje, a wydawanie kupy pieniędzy na grę, która prawdopodobnie odmówi współpracy jakoś mnie nie kręciło. Na szczęście zdecydowałem się w końcu na zakup nowej maszyny, do tego wszystkiego pojawiła się promocja na muve.pl, gdzie "trójkę" można było zdobyć za niecałe 3 dyszki i - voila! - zaczęła się moja przygoda z produkcją Ubisoftu.
    Nie powiem, nie zaczęło się różowo - kierując najpierw pewnym jegomościem, żeby nie zdradzać sekretów fabuły, nie czułem się jakoś komfortowo. Sama aparycja nie wzbudzała mojej sympatii, początkowe misje były dla mnie nudne jak flaki z olejem, ganianie po lasach Pogranicza nie dostarczało tyle frajdy co chociażby Wenecja z "dwójki". Szczególnie irytował mnie śnieg w etapach zimowych - postać w niektórych miejscach musiała brodzić w nim niemal po pas, więc nie mogłem biegać, tylko przedzierać się mozolnie do najbliższego drzewa, żeby w drodze do celu nie usnąć ze znużenia. Niejasne były też dla mnie stawiane zadania - przebąkiwanie o jakiejś misji nie rozbudzało mojej wyobraźni, tym bardziej, że sposoby osiągania celu widzieliśmy już setki razy w poprzednich częściach serii. Wiem, byłbym naiwny spodziewając się czegoś innego, ale jednak oczekiwałem trochę większego polotu. Od pierwszych chwil zachwyciła mnie natomiast grafika. Nie żeby był to jakiś skok jakościowy w porównaniu z Revelations, ale jednak ostrzejsze tekstury, efekty pogodowe czy wszędobylska mgła, kurz i dym zaspokoiły moje potrzeby estetyczne.
    Przebolałem jednak te parę godzin, połaziłem po dachach, co już nie dawało takiej frajdy, jak kiedyś, zabiłem kilkudziesięciu strażników, poskradałem się i o - twist fabularny. Kurczę, zrobił na mnie wrażenie, w pierwszym momencie rozdziabiłem tylko z niedowierzania gębę i zapytałem: "ale jak to?". Brawa dla scenarzystów, zaskoczyli mnie, tym bardziej, że unikałem jakichkolwiek trailerów i gameplayów z gry. Po chwili wskoczyłem już w rolę prawdziwego bohatera "trójki" i ruszyłem na podbój Ameryki.
    Chociaż może nie - pierwsze chwile były równie nudne, jak poprzednio. Poznałem Connora, gdy ten był dzieciakiem i bawił się z kolegami w chowanego, co dostarczyło mi tyle emocji, co oglądanie Nyan Cat'a. Fabuła za to - do cna oklepana. Motyw zemsty, sytuacja, która do tego doprowadziła - NUDA. Ponownie musiałem zmagać się z chęcią rzucenia gry w kąt, bo po prostu miałem dość. Jednak z zadania na zadanie opowieść rozkręcała się, Connor z podrostka zmieniał się w maszynę do zabijania, dążącą po trupach do celu, bez zważania na koszty. Bieganie po dachach sprawiało mi niesamowitą przyjemnośc, tak jak i po drzewach. Opowieść wciągnęła mnie bez reszty, zręcznie splatając wydarzenia historyczne z fikcyjnymi. Chciałem zobaczyć, co będzie dalej i skupiałem się praktycznie tylko na głównym wątku.
    No właśnie. Poprzedni Asasyni zabierali mi szmat czasu dlatego, że zawsze coś odciągało mnie od fabuły. A to skarb, a to grobowiec (niesamowity pomysł, dawał mi kupę radochy), a to zlecenie zabójstwa, a to willa, a to pióra... Zwykle było tak, że zmierzając do wykrzyknika zaznaczonego na mapie po drodze grzązłem, próbując pozbierać wszystko, co tylko znalazłem, wdrapując się na punkty widokowe, by znaleźć jeszcze więcej aktywności. W "trójce" było na odwrót - to główny wątek odciągał mnie od zadań pobocznych. Bo jak mam skupić się na innych zadaniach, gdy trwa wojna, wojska przemieszczają się i na włosku wisi wolność kolonistów i mojego ludu? Naczytałem się, jakie to drogie są ulepszenia do statku, ile się trzeba napocić, by je uzbierać - ja nie dokonałem żadnego. Statkiem popłynąłem tylko na jedno zadanie poboczne (związane z mapą skarbu Kidda - spodziewałem się, że będzie to fajna, "piracka" odskocznia, zawiodłem się jednak), pływając tylko wtedy, gdy wymagała tego fabuła. Rozbudowywanie osady? Nie chciało mi się, odblokowałem większość osadników, ale gdy widziałem, że mam mnóstwo schematów, a nie mogę ich konstruować, bo czegoś jeszcze nie wydobywam/nie produkuję, lub ktoś ma za mały poziom, podziękowałem. Wysyłanie konwojów? bawiło za pierwszym i drugim razem, ale niewygodny interfejs skutecznie mnie odstraszał. Nowe bronie? Po co mi, skoro mam tomahawk, którym zabijanie było tak przyjemne, że przez całą grę nie kupiłem nic. Polowanie? Ok, było fajne, ale nic nie dawało, bo trzeba było wysłać konwój lub wykonać misję osady, żeby coś z trofeów zrobić. Skrzynie ze schematami? Nie mogłem wyczuć, w jaki sposób otwierać zamek, zresztą, po co mi one, jak nie mam materiałów? Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność.
    Podobały mi się (w końcu!) misje z Desmondem. Zachwowywał się jak "twardziel", a nie jak cipcia, która to ciągle lamentuje na swój los.
    Tak więc dla mnie Assassin's Creed 3 był produkcją bardzo nierówną, bo przez bardzo dobry główny wątek skończył się dla mnie za szybko (poniżej 10h), a zadania poboczne nie wciągały mnie tak, jak w poprzednich częściach. Mam zamiar wrócić jednak jeszcze do Ameryki i na spokojnie pobawić się, nie czując na sobie presji fabuły.
    PS: Pamiętam jeszcze jeden zgrzyt, który mnie rozbawił. Sytuacja miała miejsce w siedzibie Abstergo, gdy to w pogoni za gościem z pistoletem mordowałem wszystkich strażników na mojej drodze, a naukowcy i pracownicy...nadal rozmawiali sobie spokojnie i siedzieli przy komputerach. Twarde sztuki.
  3. Arahirim
    Lubimy nienawidzić. Mamy zaszczepioną w umysłach wizję słodkiej zemsty, zemsty okrutnej i perfidnej, tak gloryfikowanej w filmach i grach. Ten motyw wykorzystywany jest nad wyraz często i aż dziw bierze, że jeszcze się nie znudził.
    Żal serce ściska, gdy obserwuje się polską scenę polityczną. Może określenie "scena" w stosunku do naszego grajdołka jest nieadekwatne, bardziej właściwym byłoby nazwanie tego burdelu "burdelem" właśnie. Wystarczy rzucić okiem na wypowiedzi naszych posłów, wojenki między partiami, obrażanie siebie nawzajem, używając wykwintnego języka, co nazywam "nowomową nienawiści". Skąd to się bierze? Czy nasi Wybrańcy nie potrafią zjednoczyć się w walce o wspólny cel, o to, by w końcu Polska zaczęła coś znaczyć i by po prostu ułatwić życie Polakom?
    Nienawiść ma wiele podłoży. Może nią być krzywda wyrządzona przez drugą osobę, niewłaściwe słowa, zdrada, odmienne przekonania. W naszym społeczeństwie natomiast najczęstszym powodem nienawiści jest zazdrość i głupota. Nie możemy znieść, że sąsiad ma nowe auto, a my nie. Że kolega gra w Wiedźmina 2 na maksymalnych, a my nie. Że celebrytów stać na zagraniczne wojaże - a nas nie. Tabloidy działają na nas krzepiąco, bo w każym numerze można znaleźć artykuł o tym, że poseł jeździ za nasze pieniądze, Kościół czerpie z naszych podatków i sam ich nie płaci, a Ania Mucha jest w ciąży i nadal wygląda pięknie. Jesteśmy ciągle niezadowoleni, zamiast cieszyć się tym, co mamy, tym co sami osiągnęliśmy, ciągle oglądamy się na innych. Szukamy spisku, proste rzeczy komplikując w nieskończoność. Bo trudno zrozumieć, że sami jesteśmy kowalami własnego losu i możemy zostać kimkolwiek chcemy, jeśli tylko będziemy wystarczająco uparci. Można oczywiście narzekać, że nasza kultura nie wyrzekła się jeszcze całkowicie korupcji i nepotyzmu, ale i bez uciekania się do nieczystych zagrywek, jesteśmy w stanie osiągnąć, co tylko chcemy. "Nie chciało się nosić teczki, to się nosi buteleczki".
    Nienawidzimy też przez naszą głupotę. Bo nie można inaczej nazwać nietolerancji. Nie chodzi tu tylko o rasizm, ale także ( a może przede wszystkim w naszych realiach) nietolerancję polityczną. Dlaczego tak trudno pojąć, że drugi człowiek może myśleć inaczej? Że ma własne zdanie? Komunizm nie pasował, bo była jedna partia. Teraz też jest źle, bo jest kilka, a tylko jedna odzwierciedla nasze, JEDYNE SŁUSZNE, zdanie. Chcemy, by wszyscy byli równi, a przy okazji uważamy siebie za wyjątkowych. Jesteśmy hipokrytami, bo w jednej chwili potępiamy rasizm, by zaraz wyzywać popleczników niepasującej nam opcji politycznej. Wtórują temu stanowi rzeczy nasze gazety, ze zwróceniem szczególnej uwagi na media skrajnie prawicowe. Chciałbym tutaj w szczególności wskazać palcem na zacny tytuł, jakim jest "Gazeta Polska: Codziennie".
    Czegoś chyba nie rozumiem. Ten dziennik aspiruje do miana proPiS-owskiego wyboru ludzi stojących po prawej stronie barykady, konserwatystów. Promuje chrześcijaństwo, moralność, rodzinę, szacunek. Przynajmniej taki ma być w założeniu. Już pierwsza strona większości numerów niemal zieje nienawiścią. Oto bowiem tuż obok zdjęcia Jana Pawła II z informacją o jego zasługach, słowach czy innych wydarzeniach (naprawdę, pojawia się często, chyba aż za często) widnieje slogan: "Daj gazetę lemingowi!". Nienawistne pojęcie ukute przez ludzi nieznoszących inncyh, którzy mają czelność nie zgadzać się z ich zdaniem. Lemingiem określa się dziś niemal każdego, kto głosuje na PO. Ale rzućmy w kąt te określenia, chodzi mi o coś zupełnie innego. Otóz są to słowa redaktora naczelnego (podkreślam: REDAKTORA NACZELNEGO), który wzywa do tego, by kupić jego "dzieło" lemingom, bo - tu cytat - "leming też człowiek". Naprawdę? To do tej pory nie dało się tego zauważyć, czy może szanowny pan redaktor raczył w swojej łaskawości nadać im prawa ludzkie? Czy może ma świadomość, że jego wypociny czytają ludzie skrajnie głupi i zatracają się w tej swojej PO-psutej nienawiści tak, że uważają się za nadludzi, znacznie lepszych od innej opcji? Czy promując Kościół, nie powinien wzywać do miłosierdzia i czynienia dobra? Może GP:Codziennie powinna rozważyć dołączanie do wydań rozważań Nietzsche'go? Część ludzi mogłaby się doedukować, poznać jednego z najsłynniejszych filozofów świata i zauważyć, że w formę nadludzi wierzył taki miły i uczynny pan, jak Adolf Hitler.
    Skończmy z nienawiścią.
  4. Arahirim
    Już od dawien dawna nic nie pojawiało się na moim blogu. Może to i dobrze, bo ani nie należał do najbardziej ciekawych, ani do najchętniej odwiedzanych.
    Od niemal roku pracuję w sklepie, bo chęć studiowania i doskonalenia swojej umiejętności pisania zagoniła mnie na Uniwersytet Wrocławski, co przy trybie zaocznym i braku bogatego wujka z Ameryki wymaga stałych nakładów finansowych. Ale do rzeczy.
    Gdy nie trudniłem się obsługiwaniem klientów i codzienną walką z tymi mniej przyjemnymi, nie zwracałem uwagi na to, jak wyczerpujące jest prowadzenie sklepu. Gdy wchodziłem do Żabki czy innej Biedronki (pracuję w małym sklepie sieciowym) po prostu wybierałem to, czego potrzebowałem, płaciłem i wychodziłem. Nie zastanawiałem się, kto towar wyłożył, kto go zamówił, dlaczego nie ma akurat tego, co mi potrzeba. Czasem irytowałem się wysokimi cenami, porównując je do innych sklepów. Teraz jednak się to zmieniło, poczyniłem szereg ciekawych obserwacji, które może jeszcze kiedyś przedstawię. Dzisiaj jednak chciałbym przybliżyć Wam, drodzy Czytelnicy, sylwetki typowych klientów. A te prezentują się zacnie, niemal jak archetypy postaci w RPG-ach.
    Typ nr 1 - neutralny
    Mój ulubiony typ. Wchodzi, kupuje, wychodzi. Żadnej zbędnej gadaniny, pozwala mi skupić się na innych sprawach niż wysłuchiwanie opowieści o ostatniej imprezie albo czerstwych żartów zapożyczonych od szwagra. Nie komentuje cen, nie pyta się o wszystko, nie targuje się. Ma przed sobą jasny cel: zdobyć to, czego potrzebuje. Nie ma? Poszuka gdzie indziej, nie oburzając się, że "przecież JA to kupuję, to WSZYSCY pewnie też, musicie to zamówić".
    Typ nr 2 - kolega
    Klient, który po pewnym czasie nawiązuje więzi podobne do koleżeńskich. W progu mówi "cześć", pożartuje, popyta, jak zdrówko. Przy tym jednak często nadużywa cierpliwości, rozsnuwając cudowną wizję siebie zwisającego nad kiblem po kolejnej suto zakrapianej libacji. I tak tydzień w tydzień. Na dłuższą metę jest jednak nieszkodliwy i warto poświęcić te 5 minut rozmowy, by zyskać człowieka, u którego można w przyszłości coś załatwić, bo jest budowlańcem/komornikiem/policjantem.
    Typ nr 3 - gadatliwy
    Uwielbia pieprzyć trzy po trzy, opowiadać o swojej wnuczce, która ostatnio połknęła śrubę i trzeba było jechać na pogotowie, a tam lekarz powiedział, że muszą czekać 3 godziny, przez co poszli do Biedronki i tam w promocji było... - i tak dalej. Po pewnym czasie to bezmyślne nawijanie staje się uciążliwe, gdyż szczególne przypadki mają najwyraźniej słowotok i potrafią stać przy kasie naprawdę długo, co wyklucza jakąkolwiek normalną pracę. Ja rozumiem, że niektórzy po prostu muszą się wygadać, bo nie mają komu, ale - na brodę Merlina - dlaczego akurat w sklepie? Czy nie są od tego psychologowie, czy - ja wiem - księża?
    Trzy powyższe sylwetki są akceptowalne dla osób pracujących w sklepie, chociaż czasem uciążliwe, to nadają kolorytu codziennej pracy. Teraz jednak przejdę do tych ciekawszych, mrocznych zakamarków handlu, gdzie walczy się z sobą, by komuś po prostu nie zapewnić szybszej wizyty u protetyka.
    Typ nr 4 - babcia
    Najpowszechniejsza postać polskich sklepów i ulic. Wszędzie porusza się z wózkiem na zakupy, materiałową torbą lub wiklinowym koszykiem. Jest pewna, że pracownik powinien przywitać ją w progu chlebem i solą, postawić bujany fotel, wręczyć włóczkę i druty a samemu w pocie czoła kompletować jej codzienne zakupy, po zakończeniu których wymagane jest pocałowanie w rączkę, udzielenie 95% rabatu i wręczenie karty Złotego Klienta, która przez miesiąc pozwala brać wszystko za darmo. Przy tym analizuje wszystkie produkty w sklepie, porównując ceny w promieniu 10 kilometrów i zarzekając się, że w Biedronce kupiła cztery razy taniej i że to jest skandal. Przy tym jest ślepa jak kret, do skepu dostała się korzystając z echolokacji, na sali sprzedaży nie widzi ściany chleba, przed którą stoi. Ceny za to widzi znakomicie, przy kasie potrafi zrobić awanturę, bo pod bombonierką za 30 złotych była cenówka na słonecznik za 1,50 zł i ona chce tą bombonierkę kupić za 1,50, bo jak nie, to jesteśmy złodzieje i spekulanci. Na zwrócenie uwagi, że wypadałoby czytać jeszcze, czego cena dotyczy, bo wszystko jest opisane, ma standardową odpowiedź: ja nie widzę, a to powinno leżeć na swoim miejscu. Proponuję więc wprowadzenie w Polsce akcji "Babciu, noś okulary".
    Typ nr 5 - piwny furiat
    Najczęściej mężczyzna. Wchodzi do sklepu, wlepiając swój mętny wzrok w lodówki ze złocistym trunkiem, szybkim krokiem pokonuje te kilka metrów dzielącego go od ulubionego napoju, chwyta za puszkę, niemal biegnie do kasy, a dowiadując się, że za Kasztelana ma zapłacić 3,35 zł, wpada w szał. "Ale jak?! Za Kasztelana 3,35?! To jest zdzierstwo! Wszędzie kosztuje 2,5! Tak drogo macie, ludzi z ostatniego grosza oskubiecie! Nie kupuję za tyle, pier*olę!". Trudno zrozumieć, że jeśli sklep jest mały, to aby mieć niskie ceny na nabiale, który się szybko psuje, trzeba windować ceny gdzie indziej. A że z piwem jest dużo roboty, to właśnie ono ulega zmianie cen. Zresztą, sieciówki nie aspirują do stania się sklepami monopolowymi.
    Typ nr 6 - łowca promocji
    Pyta codziennie o promocje. Gazetka pojawia się raz na 3 tygodnie, ale nie - promocja ma być codziennie, najlepiej na piwo i wódę, codziennie inna. A jak nie ma żadnej promocji na sklepie to bieda jest i tyle. Powłócząc nogami typ bierze to, po co przyszedł, wyrażając ubolewanie z powodu braku niższej ceny, płaci i wychodzi.
    Typ nr 7 - handlarz/żul
    Często spotykany w pobliżu koszy na śmieci, zwykle w otoczeniu butelek i puszek. Przychodzi tylko po piwo lub ewentualnie po jakąś bułkę. Wysypuje wszystkie oszczędności życia na blat, z których ledwo-ledwo udaje się wysupłać 40 groszy, po czym oddaje pierdyliard butelek, by wystarczyło mu na dwa browary. Na pytanie o paragon na te butelki reaguje uśmiechem i kłamie w żywe oczy, że "przecież ja wszystkie u was kupował, no. Codziennie jestem i se piwko strzelę". Czasem, gdy nie ma butelek, targuje się.
    - Dobra, kładę 2 złote i jesteśmy kwita.
    - Nie, nie jesteśmy kwita. Brakuje Panu jeszcze dwa pięćdziesiąt.
    - Dobra, 2 złote i dowód osobisty w zastaw.
    -Nie, całość ma Pan zapłacić.
    - Ostatnia oferta: 2 złote i przełącznik firmy legart (zapis fonetyczny).
    - A na kij mi jakiś przełącznik? Nie ma kasy, nie ma piwa. Do widzenia.
    Nie ukrywam, że pomysł na wpis został poczęty po przeczytaniu w CD-Action wspomnień i przemyśleń pracownika sklepu z elektroniką.
    Druga część prawdopodobnie wkrótce.
  5. Arahirim
    Po długim czasie wracam do blogowania. I od razu parę przemyśleń.
    Otóż: od pewnego czasu, zapoznając się z coraz to nowszymi tytułami, mam wrażenie, że twórcy traktują graczy jak idiotów. Pierwszą misję, zwykle służącą za samouczek, przechodzi się z zamkniętymi oczami, bo nie dość, że jest skandalicznie prosta (nawet jak na standardy dzisiejszych produkcji), to jeszcze prowadzi gracza za rękę w irytujący wręcz sposób. "By poruszyć postacią do przodu, naciśnij 'w'. Wykonaj" - brawo, dostałeś 357 exp-a za poruszenie postacią. Prawdziwie 'epicki' wyczyn! Teraz gotuj się, bo przyjdzie ci poruszyć nią jeszcze do tyłu, w prawo i w lewo... Naprawdę? Czy nie wystarczy krótka notka w okienku o podstawowej klawiszologii, a reszty gracz nauczyłby się w praniu? Osobiście trudno mi sobie przypomnieć grę, w której element mający za zadanie nauczyć obsługi gry zostałby wykonany poprawnie.
    Sprawa następna: łatwość gier. Czy jedyną trudność we współczesnych produkcjach ma zagwarantować cholernie trudne QTE lub 'niezaskoczenie' skryptu? FPS-y - prawie na szynach, jeden słuszny korytarz i tabuny wrogów wylewających się najprawdopodobniej z fabryki klonów umiejscowionej tuż za rogiem, dopóki nie zostanie zniszczona przez gracza, który przekraczając pewną niewidoczną linię uruchomi śmiercionośny dla części nieprzyjaciół skrypt. RPG-i - "Otrzymałeś zadanie: Znajdź naćpanego Romka". A poczciwy Romuś zaznaczony nie dość, że na minimapie, to jeszcze OGROMNYM, ŚWIETLISTYM, APOKALIPTYCZNYM znakiem, widocznym z 40 kilometrów, nawet podczas mgły lub pożogi. Strategie - "by wykonać misję, zalej wroga taką ilością jednostek, żeby Twój czterordzeniowy procesor zaczął błagać ludzkim głosem o odpoczynek". Sportowe - po włączeniu najniższego poziomu trudności można wygrać z Realem Madryt jakimiś pionkami z Australii jedynie biegnąc przed siebie. Jedynie bramkarza nie da się minąć w ten sposób. Samochodówki - włączając wszelkie ułatwienia, zamiast nauczyć się jeździć w stopniu pozwalającym na przejście na wyższy poziom trudności, jesteśmy zmuszani tylko do tępego trzymania przycisku odpowiedzialnego za przyspieszenie i rytmiczne skręcanie. Samochód hamuje sam. Można by wymieniać jeszcze długo, ale po co? Gdzie są gry, które od gracza wymagają? I chodzi mi tu o gry segmentu 'AAA', a nie gry logiczne czy przygodówki. Bo sam gram w produkcje, które angażują gracza emocjonalnie, przy czym wymagają też od niego refleksu, spostrzegawczości. Tak jak (moje ulubione) Mass Effect czy Wiedźmin.
    Ustawienia dostępne w grach. Od pewnego czasu twórcy przestają umieszczać w swoich 'dziełach' zaawansowane opcje graficzne. Razi mnie to szczególnie dlatego, że gram na niemłodym już laptopie i często muszę się sporo napocić, żeby zmusić gry do działania. A teraz wygląda to w ten sposób, że wchodzę w ustawienia, a tam...tylko rozdzielczość (vide Darksiders). Albo rozdzielczość i parę mało przydatnych opcji, jak bloom, antyaliasing, V-Sync (Alpha Protocol). Może na pudełkach winno być napisane: "Graczu! Ustawienie opcji graficznym innych niż przewidzieli twórcy dla pacjentów szpitala psychiatrycznego może skutkować omamami dźwiękowymi i świetlnymi oraz nieustającym ślinotokiem na klawiaturę"? Alpha Protocol udało mi się uruchomić tylko dlatego, że odnalazłem przez przypadek plik konfiguracyjny i ręcznie wpisywałem ustawienia. Z Crysisem 2 nie było już tak łatwo, musiałem ściągnąć specjalny programik i scrackować grę (sic!), pozbawiając się tym samym szans na zabawę w multi, ale mogąc chociaż pograć w singla, za którego zapłaciłem.
    Niestety, jestem świadom, że to rynek wymusza na twórcach takie, a nie inne posunięcia. Gry wchodzą już drzwiami i oknami do kultury masowej i dana produkcja musi być grywalna zarówno dla gościa, który skończył właśnie 20-godzinne posiedzenie przy WoW-ie (coraz mniej już takich, wymierają) i dla 40-latka, który właśnie wrócił z pracy i ma ochotę trochę 'popykać'. Sam na sobie zauważyłem zmianę: tutaj narzekam, że za łatwo, że za prosto, że niedobrze, a ostatnio kupiłem na GOG.com Planescape:Torment i nie gram na razie bo...za dużo chodzenia, rozmawiania i szukania, a nie mam rozmówców wskazanych na mapie, cele zadań są niejasne, muszę sam do wszystkiego dojść...
    Świat się zmienia i należy być tego świadomym. I cieszyć się tym, co jest!
  6. Arahirim
    Wczoraj niesamowicie zaciekawił mnie wpis Disastera "Zakochanie jako choroba cywilizacyjna". Ja jednak stwierdziłbym to inaczej, a mianowicie: samotność jako choroba cywilizacyjna. Bo te przelotne miłostki biorą się z tego, że człowiek pragnie bliskości drugiej osoby, chociażby nie wiadomo jaka była. To taka jakby moda. Ten, kto ma "drugą połówkę" (jak zwykło się mówić na kolejną z rzędu dziewczynę/chłopaka), jest ogólnie "c00l" i "spox". Tak więc kolejne tabuny młodych prześcigają się w "wyrywaniu" płci przeciwnej. Zamiast czekać na tą jedyną/tego jedynego, trzeba mieć dziewczynę/chłopaka teraz, już, w tym momencie. Nieważne są uczucia, wspólne zainteresowania. Jak w powiedzeniu "nieważne, jaki potwór...". Człowiek w dzisiejszym świecie jest samotny, żyje w ciągłym biegu. Teraz nie ma się marzeń. Teraz się je spełnia. Ktoś chce być znanym biznesmenem? Będzie tak długo kombinował, uczył się, aż tym biznesmenem zostanie. Najważniejsze są teraz pieniądze. Człowiek z pieniędzmi=klasa, człowiek z ciekawą osobowością to już ekscentryk. Nie liczy się "wnętrze", lecz zasobność portfela. Nieważne są uczucia, ważny jest "lans", gdy z dziewczyną/chłopakiem idzie się za rękę i wszyscy mogą to zabaczyć. Nieważne, że za tydzień czy dwa może już być to inna osoba.
    Samotność to straszna rzecz. Nie można się nikomu zwierzyć, wyżalić, powiedzieć coś w sekrecie. Wiele osób stylizuje się na samotników (sam znam parę). Ale teraz nawet w tych "związkach" (tja, dobre sobie), o których pisałem wcześniej jest się samotnym. Człowiek nadal nie może zaufać swej dziewczynie/swemu chłopakowi, bo "i tak może będzie jeszcze inna\inny".
    Samotność to choroba cywilizacyjna. To jest moje zdanie.


    Tak...

    ...czy tak?
    Źródła:
    http://paubiana.wrzuta.pl/obraz/4QUCWaOcY8w/para_zakochanych
    http://brokenheart.wrzuta.pl/obraz/0Q7Tgu6g1mg/mezczyznie_samotnosc_moze_dopomoc_w_odnalezieniu_siebie_kobiete_zabija.
  7. Arahirim
    Dzięki Wam, drodzy Czytelnicy, zdobyłem trochę doświadczenia w pisaniu. I zamierzam to wykorzystać, zamieszczając na moim blogu refleksje nad rzeczami ważnymi, ale też ciekawymi. Blog w niedługim czasie przejdzie gruntowny remont i wpisy pojawiać się będą częściej. Już wkrótce zapraszam!
  8. Arahirim
    Slasha chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Legendarny już teraz gitarzysta Guns'N'Roses, zawsze z charakterystycznym cylindrem na głowie i z nieodłącznym Gibsonem. Jeden z lepszych muzyków tego świata. Jego kompozycje zna chyba każdy szanujący się fan muzyki. Jego utwory zawsze szybko wpadały w ucho, były lekkie, czasami nurtujące. Teraz Slash wydał swój własny, "solowy" album. Słowo "solowy" dlatego w cudzysłowie, bo każda piosenka jest wykonywana z innym muzykiem.
    Ale do rzeczy. Kiedy wpadł mi w ręce krążek Slasha, od razu wysłuchałem go w całości. Pierwsze odczucie - nic specjalnego. Jakieś mdłe nutki, czasami słaba linia melodyczna, od razu spodobał mi się tylko utwór "Paradise City" w nowej wersji. Rapowana zwrotka - to jest to! A i Fergie nadała tej piosence jakiegoś polotu, bo oryginał nigdy mi się nie podobał. Czyli jakbym wtedy miał oceniać album - 2\10. Ale tchnięty jakimś przeczuciem przesłuchałem album jeszcze raz. I jeszcze raz. I znowu. Odkryłem w tym albumie naprawdę świetne partie. Jakieś małe szczególiki, nadające klimat piosence, jakąś szaloną zagrywkę czy melodyjną solówkę. I płyta zaczęła mi się podobać. Slash stworzył coś naprawdę oryginalnego. Płytę, która odrzucając słuchacza za pierwszym podejściem w jakiś magiczny sposób zmusza do ponownego przesłuchania. Nie każdemu jednak się płyta spodoba. Trzeba mieć dobry gust, by odkryć w tej płycie wszystkie "niesamowitości", które Slash poukrywał. Ja osobiście słucham prawie wszystkich gatunków muzycznych, w każdym potrafię odnaleźć jakąć ciekawą wartość - i te wartości, a nawet ich całe mnóstwo odnalazłem w tym albumie. Dobra robota, Slash!
    Parę kawałków:
    Gotten - nie wiem, kim jest ten Adam Levine, ale jego wokal chwycił mnie za serce. Naprawdę.
    http://www.youtube.com/watch?v=rAsVg7pIQtk
    Paradise City z Fergie i Cypress Hill
    http://www.youtube.com/watch?v=Gl3w7ud3dUI
    Back from Cali
    http://www.youtube.com/watch?v=7pAn75GM-fQ
  9. Arahirim
    Dopiero niedawno dowiedziałem się o nowym filmie Tomasza Bagińskiego, twórcy "Katedry" czy chociażby trochę makabrycznego "Fallen Art". Otóż Pan Tomasz wyreżyserował animację, która w osiem minut przedstawia historię Polski. Bez czczej gadaniny. Tylko akcja i nowoczesne prezentowanie historii. Polscy przedstawiciele na EXPO w końcu poszli po rozum do głowy. Żadnych panienek z "wiśta, wiooo" na ustach, żadnych wypieków czy haftowanych serwetek. Polska nareszcie jest prezentowana jako nowoczesne państwo, które jako jedyne zanotowało wzrost gospodarczy i oparło się kryzysowi.
    Film Bagińskiego jest naprawdę świetny. Już trailer prezentuje się smakowicie. Nie mogę doczekać się "pełnej wersji"!
    Osobiście największe wrażenie zrobiło na mnie zapadanie się terenu po animacji z rozbiorami. Ciekawa symbolika zniszczenia Polski i jej tradycji, a także ukazanie przepaści między poszczególnymi zaborami. Miłego oglądania!
    http://www.youtube.com/watch?v=LwnRvtRKelg
  10. Arahirim
    Jako że w ostatnim numerze CD-Action znajdował się ciekawy artykuł o nolife'ach, zacząłem się danym osobnikom uważniej przyglądać. A że znam paru, to obiekt do obserwacji znalazłem. Pierwsze spostrzeżenie, przytoczone zresztą w CD-Action: ci osobnicy nadużywają zwrotów typu "lol", "omg" oraz "ocb". Te wyrażenia bardzo często goszczą w wypowiedziach tych osobników. Najbardziej denerwuje to w momencie, kiedy reakcją nolife'a na w zamierzeniu śmieszny żart jest tylko chłodne, zimne "o, lol". Spostrzeżenie numer dwa: ci ludzie jako ulubiony temat obrali sobie rozmowy o swoich postaciach, osiągnięciach lub sytuacjach w grach komputerowych. Naprawdę. Rozmawiam z kolegą, po chwili następuje chwila ciszy. I co słyszę? "Ty, wiesz, jak wrócę do domu, to sobie nabiję złotego Dragunova w COD4.". "No, super", odpowiedziałem. Ale od razu zastanowiłem się przez chwilę: czy oni nie mają innych zwrotów, które mają "zapchać" rozmowę podczas nieobecności dobrego tematu?
    Trzecie spostrzeżenie: ich odruchy często przypominają zachowania wirtualnych postaci. Najprostszy przykład? Gramy w piłkę. Na sześć osób w mojej drużynie jedna gra dobrze (ja), jedna gra dobrze jak ma dobry dzień, jedna strasznie się sępi, a trzy pozostałe... Biegają po boisku jak kurczaki bez głów. Z czego dwie osoby z tych trzech to nolife'y (które oczywiście tego nie przyznają). Piłka toczy się powoli w ich kierunku, ja podbiegam i krzyczę "wybij!". Na to mój kolega zaczął się drzeć "aaaaaargh!", rozpędził się i... Wybił piłkę na ulicę. Świetnie. Albo, co mnie nawet trochę rozbawiło, gdy kolega stał na bramce i złapał piłkę, na prośbę, by tą piłkę do kogoś rzucił, zareagował w (krótko mówiąc) dziwny sposób. Mianowicie zaczął szybko pocierać piłkę rękoma, a na pytanie, co robi, odparł: "ładuję jej moc". Ręce opadają.
    I czwarte, jak na razie ostatnie spostrzeżenie: nolife'y najczęściej nie przyznawają się, że nimi są. Ich jedynym hobby jest komputer, rzadko wychodzą na świeże powietrze, a jeśli już to po to, by pójść się napić (a częściej "nagrzdylić"), a mimo to nadal twierdzą, że wszystko z nimi w porządku. OK, ja także całkiem dużo gram (zdarza się, gdy mi się nudzi, że po 6-7 godzin), ale to wina zimy. Bo poza graniem na komputerze gram na gitarze, keyboardzie, pianinie, perkusji, akordeonie, śpiewam, gram w piłkę (gdy jest ciepło, to codziennie), piszę (jak widać) oraz ćwiczę le parkour. Chyba więc nie można stwierdzić, że jestem nolife'em? Ale po mnie to widać. Po nich niekoniecznie. Czasem wystarczy jeden rzut oka, by zauważyć, że ktoś w ten "niebłogosławiony" stan popadł. Ciekaw jestem, kiedy otworzą w Polsce ośrodki dla leczenia uzależnionych od komputera. Jak w USA dopiero powstają, w Chinach już są, to w Polsce... w 2013? 2014? Nieważne. Tych ludzi na pewno trzeba leczyć, bo mogą dosłownie "przegrać" swoje życie. A to już nie jest fajne.
  11. Arahirim
    Już długo mnie na moim blogu nie było, postaram się więc stopniowo nadrabiać zaległości.
    Jako że obecnie mieszkam w Zielonej Górze (w internacie,ech), więc często jeżdżę tamtejszymi MZK-ami. Niesamowicie mnie denerwują osoby, które "słuchają" muzyki z telefonu. Chodzi o to, że muzyka ta jest słyszalna dla wszystkich pasażerów, bo widocznie danym osobom zabrakło pieniędzy na słuchawki. Czasami naprawdę czuję się, jakbym był na dyskotece. Wchodzę, kupuję bilet, siadam, a tu "umc,umc,umc" albo "I [beeep] you, nanana, I [beeep] you"... Nie mam nic przeciwko techno czy rapowi (sam czasami słucham niektórych piosenek), ale to, co można usłyszeć w autobusach nie można zbytnio nawet nazwać muzyką. Owo techno to głównie łupanie,łupanie i... łupanie, z jakimś mdłym tematem w tle, a rap to często stek wulgarnych wyrazów "wyśpiewywanych" jak najszybciej. Pasażerowie są więc często raczeni wybuchową mieszanką różnych gatunków muzycznych. To przeszkadza, naprawdę. A ci "muzykopuszczacze" nawet tych utworów nie słuchają, bo są zajęci rozmową z kolegami, dziewczyną, psem (i z tym się spotkałem!)... Tak więc drodzy "muzykocwaniacy", którzy chcecie zaprezentować muzykę, jaką lubicie - nie róbcie tego! Miejcie na uwadze czułe słuchy współpasażerów! Oszczędźcie nas!
    Ostatnio nawet czytałem, że w toruńskim MZK za słuchanie muzyki w autobusie wlepia się mandaty. Brawo!
    PS: Ostatnio założyłem z kolegami zespół rockowy. Może kiedyś zaprezentuję na łamach mojego bloga jakieś piosenki?
  12. Arahirim
    Ostatnio zastanawiałem się trochę nad egzystencją tzw. żuli. Jakby nie patrzeć, są obecni w prawie każdym mieście, umilając sobie czas pociągnięciami ze schowanej za pazuchą butelki. Może jest to nowa subkultura? Przecież jest ich już tak wielu (brakuje tylko profilu na naszej-klasie "Wszyscy żule łączmy się"). Ale czy można nazwać ich subkulturą? Wydaje mi się, że nie. Po pierwsze: z kulturą nie mają oni nic wspólnego. Jako przykład:
    - Ale pszszszepraszam najmooocniej...Czszy ma szaaanowny pan pożżżyczyś dwa złotee?
    - Nie, przepraszam, mam same banknoty.
    - Alee banhnoocik teżżż mooże byś...
    - Nie, proszę mi wybaczyć.
    - Ależ kochaaany panie... Czszy wie paaan...?
    - Co?
    - Żee... Ładnie pan dzisiaj wyglądaaa...
    - Eee... Dziękuję. Ale pieniędzy i tak nie pożyczę. Przykro mi.
    - Nie pożyczyszsz... Oż ty ch*** zaje****, %@#$%!!!
    Kultura więc odpada. Subkultury charakteryzują się swoją własną "gwarą". Czy żule takową mają? Bo "chodź, strzelimy sobie jednego" to po prostu hit sylwestra, chrzcin i wesel, a określenia "winiacz" czy "jabol" nie wymyślili na pewno panowie żule. Na Wikipedii można przeczytać, że członkowie subkultur "są wyrazicielami jakiegoś poglądu, jakichś idei". Czy ideą można nazwać chodzenie dosłownie "narąbanym" od bladego świtu? Kiedy wszyscy normalni ludzie jeszcze śpią? Ja śpię krótko, o óśmej jestem już zazwyczaj na nogach, ale jak przejadę się rano na rowerze, to owi żule już siedzą i czatują. Od tego wina to już im się tylko oczy świecą. A pieniądze to wyczują na kilometr.
    Żulów nie można nazwać subkulturą, chociaż na stale wkomponowali się w krajobraz miast i wsi. Przykład to moja rozmowa z mamą po powrocie z zakupów:
    - Co, siedzą już w parku?
    - Kto?
    - No... Żule.
    - Hmmm... Nie. Chyba.
    - Dziwne...


    Źródło:http://globusik.wrzuta.pl/obraz/0XDkS30msGg/zul#none
  13. Arahirim
    Muzyka łączy ludzi. Dlatego chciałbym napisać trochę o swoich ulubionych zespołach i utworach, zachęcając może kogoś do bliższego ich poznania.
    Wbrew blogowi CormaC-a ("Metallica jest do bani") to właśnie zespół z Los Angeles jest moim ulubionym. Przygodę z nim zaczynałem słuchając w kółko piosenki "Devil's Dance" grając w... Dragon Ball na emulatorze GBA. Tak mi się to wkręciło, że chodziłem po szkole i co chwilę śpiewałem: "snake, i am the snake!". Wyglądało to może trochę dziwnie, ale że koledzy nie rozumieli, co ja śpiewam (ja zresztą też, byłem wtedy może w piątej klasie) to obyło się bez jakichś incydentów (wiadomo przecież, że wśród "normalnej" młodzieży Metallica to jest ZUO kompletne). Rok później już zapoznałem się z albumem S&M, który tak mi się spodobał, że na swoim odtwarzaczu mp3 mam go do dziś. Wiele piosenek znam na pamięć, np. "Hero of the Day", "Nothing Else Matters", "Master of Puppets", "Enter Sandman". Ten album polecam szczególnie osobom chcącym dopiero zacząć swoją przygodę z Metallicą.
    Niedługo potem zakochałem się w Linkin Parku. Zawsze lubiłem rap, a w połączeniu z ostrymi dźwiękami i hipnotyzującym głosem Chestera brzmiał naprawdę nieźle. Z twórczości tego zespołu polecam album "Meteora" i "Minutes to Midnight", gdzie twórcy odeszli od nu metalu na rzecz punk rocka (wyjątkami są "Bleed It Out" i "Hands Held High", gdzie rapuje Mike Shinoda).
    Po Linkin Parku zacząłem słuchać nowego projektu Mike'a Shinody, czyli zespołu Fort Minor. Album "The Rising Tied" z 2005 roku nie urzekł mnie od razu, ale z sentymentu do Mike'a słuchałem go całkiem długo. Po dłuższym obeznaniu muzyka Mike'a nabiera kolorytu, a np. w utworze "High Road" czy "Red To Black" słychać wyraźnie naleciałości z wcześniejszego zespołu Shinody (głównie śpiewane refreny).
    Oglądając na wakacjach telewizję, usłyszałem utwór "This Ani't a Scene, It's an Arms Race" punk rockowego zespołu Fall Out Boy. Tak zaczęła się moja przygoda z albumem Infinity On High. Pierwsze zauroczenie jednak szybko minęło, chociaż ciągle pamiętam np. "Thnks fr th mmrs".
    Zapragnąłem powrócić do cięższych brzmień. I znowu Metallica. Słucham jej do dziś, nigdy mi się nie nudzi. Ostatnio odkryłem np. "Ain't My Bitch", "So What" czy "Low Man's Lyrics".
    Mam nadzieję, że zainteresowałem kogoś twórczością tych zepołów.
    Niedawno umarł współtwórca gitar Les Pau Gibson. Miał 94 lata. Niech pan spoczywa w pokoju, panie Les Paul.


    Metallica podczas koncertu w Londynie w 2008 roku. Źródło: Wikipedia, autor: Kreepin Deth
×
×
  • Utwórz nowe...