-
Zawartość
654 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez Salantor
-
Gugle mają rację, to siódme Wizardry.
-
... Tak coś czułem, że czegoś nie zauważyłem/o czymś zapomniałem. I cóż to za gra, a? Dawid: Nie. To turówka. Gianlorenzo: Niet. To stara strategia turowa, robiona swego czasu przez firmę na F.
-
Niet. Widząc, że jest trudno, dam dwie podpowiedzi. Fyrst - to RPG. Sekund - tekst był słyszany tuż po odpaleniu pliku instalatora.
-
Troszkę tego będzie... Ale jedziemy. Wojna Pajęczej Królowej - i od razu tłumaczę, że o ile do kaszanek takich pełną gębą bym nie zaliczył dwóch pierwszych tomów ( bo póki co tyle przeczytałem ), to to ideału im daleko. Pewnie częściowo winny jest tłumacz, ale autorzy też sumienia nie mogą mieć czystego. A problem polega na tym, że te powieści są... suche takie trochę. Opisy walk przypominają mi turowe starcia z sesji D&D - ten pan zaatakował, wyszedł blok. Z bloku przeszło do ciosu mieczem. Krasnal martwy, wchodzi kolejny, jego tura. Mało było w tym dynamiki, do tego sporo powtórzeń. Dalej dialogi - może czytałem niedokładnie, ale najczęściej widziałem ładne, okrągłe zdania, wypowiadane nawet w chwili zagrożenia ( końcówka drugiego tomu, przy portalu. Pharaun oczywiście MUSIAŁ wyjaśniać, dlaczego jest ostatni i reszta MUSIAŁA tego wysłuchać, chociaż podłoga uciekał im spod stóp ). Do tego kwestie przemyśleń czy rozważania ogólnego sytuacji ( Pharaun już w Ched Nasad, rozmyślający o Gromphie i jego działaniach ) są też kapkę rozwlekłe. I wisienka na torcie, czyli Pharaun i jego nieograniczony zestaw zaklęć. Niby jest zaznaczone, że mu się wyczerpały spelle, że nie może nic wielkiego zrobić, ale jak jest potrzeba, to zawsze coś się znajdzie. Ja rozumiem, Mistrz Sorcere, Faerun, wszechobecna magia... Ale trochę tego za dużo jednak było. Ogółem nie jest tak źle, jakby można było sądzić z tego, co piszę, ale... Mogło być lepiej. W cieniu Xel'Nagi - Mein Gott... Akcja lata z miejsca na miejsce, bohaterowie płascy jak ośmiolatka, akcja idzie idzie i się rwie, znów skacze do innego bohatera i tak w kółko. Do tego wszystko oparte zbyt mocno na grze. Znaczy jak Hydralisk pluje kolcami, to pluje kolcami i koniec. Nawet łapą nie machnie, chociaż ostra jest i krzywdę może zrobić. No proszę.... A zakończenie to ogólny majstersztyk - wpierw opis potwora, który wyglądał jak "Skrzyżowanie X z Y i Z " ( tam jakaś meduza i feniks bodaj był ). I weź tu wymyśl, o co chodzi. A potem happy end, cud, miód i orzeszki, ogólna radość i generał Duke potraktowany jak jakiś kretyn. Czytałem z nudów w Empiku w Gdyni, jak musiałem czekać parę godzin na jedno spotkanie i stwierdzam, że szkoda było czasu tracić. Wrota Baldura - część pierwsza tylko, ale styknie. Powiedzmy, że było... słabo. No tak, słabo. Ot czytadło niezbyt wysokich lotów, przejrzeć i zapomnieć. Ale najbardziej rozwaliła mnie scena wskrzeszenia Jaheiry ( tyle w tym polotu, co w wiadrze stęchłej wody ) oraz potem finałowa walka. I ostatnie zdania - jakby autor miał coś więcej, ale musiał już kończyć i pyk. Sarevok is dead, baby, the end. Jeden ładny pomysł był gdzieś między stronami, mianowicie kawałek o kobiecie, która robiła za żywy inkubator. Tylko dlaczego ta scena była również nieco... sucha? I dlaczego ogólnie fabuła książki sprawiała wrażenie mocno skróconej? Zresztą co do suchości - to chyba jednak wina tłumaczy. Albo marnego stylu, że powieści amerykańskie ( niektóre, ale głównie te fantasy wielotomowe, m.in. Wizardów ) wydają mi się bez polotu. Achaja - ten cykl przypomina mi równię pochyłą. Wpierw mamy całkiem zgrabny tom I, potem średni tom II a potem tragiczną część III. Pierwszy przeczytałem szybko i gładko, podobał się. No to zgarnąłem drugi. Szło wolniej, trochę krzywiłem się na wulgaryzmy, ale dałem radę. Za to trójka... Po pierwsze która kobieta, nawet tak ciężko doświadczona jak bohaterka, będzie klęła tak ostro? To w pewnej chwili przestało być realistyczne, a po prostu głupie, jakby autor nie miał koncepcji jak to poprowadzić dalej. W pierwszym tomie proszę, Achaja i jeden chłopak robią za matkę z synem i w ten sposób okradają ludzi. A w trzecim? Pijana kobieta, dowódca armii inwazyjnej, wchodzi do miasta i tam, zastana przez wrogich żołnierzy, wymiotuje. A tom wcześniej dokonuje cudu odwagi i wytrzymałości, zabijając szermierza natchnionego. Gdzie sama walka była rozciągnięta też do granic przesady. Dalej - Wirus i... ten mag na M, którego imienia nie pamiętam. Gadają. Sporo gadają. Ale nic z tego nie wychodzi w efekcie a na sam koniec wątek jakoś znika i nie pojawia się. I po co to całe filozofowanie i ileś stron do przeczytania? W sumie dziwny był też patent z wieżami oporowymi w cesarskiej stolicy i dywagacje o tym, że tam przetrwa lud stolicy i za ileś lat archeolodzy z zaciekawieniem będą badać i opisywać dwie wielkie budowle w centrum miasta. Nie wiem, pasuje trochę jak róża do kożucha. I tak można długo. Zresztą ilu osób nie pytam, to te mówię tak samo - jedynka gut, dwójka średnia, trójka to czas zmarnowany. Maski Mercadii - Cykl Artefaktów był fajny. Bratobójczą Wojnę przeczytałem szybko, Wędrowiec był typową powieścią pisaną przez kobietę ( znaczy się na co innego położono nacisk ), Strumienie Czasu miały ciekawe pomysły, z kolei Linie Krwi zdawały się biec szybko, za szybko nawet. A Maski są... miałkie? Dziwnie leci ta akcja - wpierw bohaterowie trafiają do miasta, tam od razu robią borutę, przedstawiają się jako ci, co pokonali potężnych obrońców miasta, potem zostają oszukani, znów się sprzymierzają... Skończyłem w połowie i nie mam motywacji, by pociągnąć dalej. Na koniec mogę dodać jeszcze zbiór opowiadań Piekary o Arivaldzie z Wybrzeża Ani słowa prawdy, tutaj jednak mam wrażenie, że po prostu autor zebrał teksty i stare i nowe i zmajstrował z tego to... coś. Nie jest źle, przeczytać przeczytałem nawet szybko, ale podobnie jak w przypadku Wojny Pajęczej Królowej - mogło być zdecydowanie lepiej. Na razie tyle. Jak widać powyżej - sama fantastyka, ale pewnie z innych gatunków też coś niecoś się znajdzie.
-
Tak mi dziś wpadło do głowy... Co powiecie na nowego rodzaju grę. Otóż na necie leży sobie całkowicie darmowy program do robienia kart do Magic: The Gathering. I teraz mam zagwozdkę, bo można na bazie tego zrobić dwie wersje zabawy. W pierwszej po prostu tworzymy karty i wrzucamy na serwer do widoku ogólnego. W drugiej robilibyśmy karty tematyczne. Tutaj można albo brać pod uwagę czas ( na przykład w tym tygodniu robimy "Karta/karty redaktorów" ) albo też wykorzystać mechanizm ze zgadywanek ( Gracz A - "zróbcie kartę Smugglera"; Gracz B - "zrobiona. To ja chcę zobaczyć kartę Pac-mana" ) i tak dalej. Jaki w tym sens? Ano pokazanie, że potrafimy zrobić kartę, która będzie nie dość, że ładna, to w prosty sposób przekazywała najwazniejsze cechy albo skojarzenia związane z redaktorem/grą/postacią z gry/niepotrzebne skreślić. Wyszło trochę chaotycznie, za co przepraszam. Niemniej - co o tym sądzicie?
-
Nie mówiłem? Zadajesz.
-
Do kapeli mam sentyment. Głównie dlatego, że była jedną z pierwszych, jakie zacząłem słuchać. Potem pojawiło się sporo innych, ale R wciąż są. Od czasu do czasu ich słucham. Zarzuty o bycie popowym pewnie pochodzą stąd, że Rammstein korzysta z klawiszy i to dość gęsto, a nie z błyskawicznego nawalania w perkusję i ciężkiego szarpania gitarowych strun. Ale mi to tam nie przeszkadza - styl mają specyficzny, ale jak najbardziej godny uwagi. Tylko szkoda, że ostatnia płyta brzmi tak... inaczej. Porównajcie sobie Rosenrota do chociażby Herzeleid. Nie mówię, że jest gorsza, ale w moim osobistym rankingu zdecydowanie nie jest na wysokiej pozycji. A i bym zapomniał - fajnie się spaceruje przy Links, pewnie z powodu marszowego nieco rytmu. Tak swoją drogą - słyszeliście kawałki spoza płyt, m.in. Kokain?
-
Na Armorgames można popykać w GemCrafta chapter 0. Zaprawdę powiadam wam - warto, bo kto lubi gry w stylu Tower Defence, ten z pewnością szybko od monitora nie odejdzie.
-
To tak gwoli doprecyzowania. I chociaż nie jestem modem, to bym prosił o mniej emocji i żadnych gadek o stosach. To tylko rozbudza namiętności i to całkiem niepotrzebnie.
-
Nie. To zdecydowanie starsza gra.
-
Dalej nie jestem przekonany... Widać za mało wykazuję wiary w wykładowców. Mimo to mam mieszane uczucia co do tego pomysłu. Może z czasem zmienię podejście.
-
Oto przyczyny upadku AR...
wpis blogu skomentował Salantor darktangram w Blog, którego nikt nie docenia - darktangram
A ja go o to spytałem na forum, heh... A może, co też jest bardzo możliwe, po prostu ilość możliwych do omówienia tematów kapkę już spadła? Albo też poziom się utrzymuje, tylko sposób pisania inny. Kiedyś też były poważne tematy, takie jak piractwo chociażby, teraz są tylko opisywane w bardziej "dorosły" sposób. Znaczy mniej emotek i żaluzji różnych. Jak sądzicie, bardzo się mylę? -
Spotkałem. Z wykładowcą, który próbował oblać kumpla tylko za to, że ten niepochlebnie wyraził się o pewnym bojowniku komunistycznym. Miał na egzaminie tak pod górkę, że gdyby nie to, że naprawdę porządnie się obrył, to by nie zdał. Fakt, ludzie sobie i z nią poradzili, co nie zmienia faktu, że na kumpla się uwzięła. I to nie jest pierwszy tego rodzaju przypadek. Niektórzy enty raz podchodzą do tego samego egzaminu. I tak, możesz znów nie zdać, lecz z Twoich propozycji wynika, że ilość szans powinna być ograniczona. I wiem, że byłaby to metoda nie taka zła, ale jak zawsze, gdy w grę wchodzi czynnik ludzki, jest szansa na jej zepsucie.
-
Fakt, do błędu się przyznaję, dodałem o jedno słowo za dużo. A czy to jest takie istotne? Chrześcijaństwo również swego czasu było czymś nowym i awangardowym. Co to zmienia?
-
Znowu...? Cain z Diablo. Dajcie chwilę, szukam dobrej zagadki. Dobra, mam. Być może trudne. Kto rzekł: "I believe you have something i want!"
-
Banał... Zadajesz.
-
I to jest problem, bo na podstawie doświadczeń z najbliższego otoczenia średniej za bardzo nie można wyciągać. Inaczej wyniki mogą być kapkę mylące. Co do teologii ( ze Słownika Współczesnego Języka Polskiego, rok 1998, Tom II ): " Nauka o Bogu (...) zajmująca się wykładem, interpretacją i obroną dogmatów religijnych uznawanych za objawione przez Boga i z tej racji prawdziwe." Źle się wyraziłem. Chodzi mi nie o to, że teologia ma ci odpowiedzieć na pytanie, że bóg jest albo go nie ma. A przynajmniej nie robi tego bezpośrednio a pośrednio. Broniąc dogmatów albo je interpretując jednocześnie można podsunąć dowody na to, że jakieś bóstwo istnieje bądź też nie. Ale fakt, bezpośrednio to nie jest działka teologii.
-
Staszek szybki jest... Kto mówi te słowa: "You father was a handsome devil... But you're no slouch yourself"
-
A tak się zastanawiałem, czy ktoś będzie znał... Brawo, zadajesz.
-
Diego z Gothica I.
-
To niestety, ale do dyskusji się zbytnio nie nadajesz. Bo tu nie chodzi o to, by powiedzieć "Nie zgadzam się!" ale uzasadnić dlaczego. A wytykanie błędów ( o ile ma to sens ) to jedna z metod. Zresztą jak komuś pokazać, że ma błędne pojęcie o czymś, jak nie poprzez wytykanie błędów w rozumowaniu? To jednak mało. Nie jest sztuką wierzyć, że bóg jest i znać podstawy wyniesione z lekcji religii. Sztuką jest zgłębić wszystkie detale. To jak wielbić autora po jednej książce a reszty jego pozycji już nie tykać. Poza tym tu nie chodzi tylko o uczonych. Oni to nie wszystko. Znacznie ważniejsze są święte teksty ( Biblia m.in. ale też ewangelie apokryficzne ). Swoją drogą brzmi to nieco tak, jakbyś nie wczytywała się w to, co Kościół ma do powiedzenia w sprawie religii. A to się kapkę kłóci z założeniami chrześcijaństwa, które wymaga wręcz życia w religijnej wspólnocie. ale czemu więc mam niejasne wrażenie, że moje poglądy są atakowane? To jest zwrot - wytrych. Co mam rozumieć przez atakowanie poglądów? Podważanie ich? Polemizowanie? Wskazywanie na błędy w założeniach? Sprecyzuj. Poza tym sorry, ale takie stwierdzenie jest równe "Obrazie uczuć religijnych" - banalnie prosty sposób na to, by wycofać się z dyskusji albo zatrzymać ją. Jeśli czujesz, że są atakowane, to sprecyzuj dlaczego. teologia to nie pseudonauka, zajmuje się po prostu domysłami, a nie materialnymi dowodami. Więc domyślam się, że obcy istnieją. Zatem jestem obco/alienologiem i właśnie uprawiam dyscyplinę naukową, alienologię. Wybacz, ale gadasz teraz bzdury. Nauka opiera się na metodach naukowych i opisuje rzeczywistość z ich pomocą. Nauka, która opiera się na domysłach to stek bzdur i gadanie dla samego gadania. Dlatego teologii w życiu nie zaliczyłbym do nauk. Nie widzę w tym nic złego, poza tym, że komuś nie podoba się, że wyniki takich badań nie powiedzą mu, czy Bóg istnieje czy nie na bank. I po to jest wiara. Jak za coś takiego można dostać tytuł naukowy, to chyba coś jest nie tak... Zresztą w takim wypadku po co wszystkie te dyskusje nad istotą boga, jego naturą i podobne? Bo od samych tekstów to mogą być historycy i filologowie. Jak mi palcem pokażesz, gdzie, to pewnie przytaknę. A na razie to to domysł jest jedynie. Jak już pisałem - dobry sposób na zakończenie dyskusji. A mnie szlag potrafi trafić, jak mi katolik się wycofuje "bo racjonalista się czepia". I prosiłbym o nie modyfikowanie postu i dopisywanie połowy po czasie. Ja sam edytuję, ale to w momencie, gdy trzeba poprawić literówkę, a nie dopisać jeszcze parę argumentów. Dziękuję.
-
To wpierw rada - dając linki do obrazków wrzucajcie je z innego serwera. Tak to spojrzę na nazwę i z zagadki nici. Z jakiej gry jest ten zwierzak?
-
Cate Archer z No One Lives Forever.
-
Jakaś statystyka? Jakieś badania? Wywiady społeczne? Cokolwiek? W przypadku katolików jest tu prościej, bo mamy księgi parafialne, proboszcz co jakiś czas bodaj robi spisy ( w moim kościele swego czasu taki był ) no i jeszcze jest spis powszechny oraz kolęda, więc materiału do statystyk aż za dużo. Oczywiście nie zmierzymy tym poziomu wiary, bo się nie da. Mamy jednak podstawę. Troszkę byle jaką, ale istniejącą. A w przypadku ateizmu co? Właściwie to nic. Jest niezerowe prawdopodobieństwo, iż mówisz prawdę i mniej więcej takie samo, że się mylisz. Zastanawia mnie tylko co ma do rzeczy brak zrozumienia przez świat z utratą wiary, bo takie wydarzenie winno być podparte czymś więcej. Jak ktoś jest odrzucony, to bardziej szuka pociechy w religii a nie odsuwa się od niej. Więc w tym przypadku izolacja to powód niewystarczający, jak na mój gust. Tak samo samotność w obliczu problemów - ktoś musiałby być bardzo miałkiej wiary ( a potem i niewiary ), by z tego powodu odsunąć się do religii. W tym i każdym innym przypadku musi zaistnieć przynajmniej kilka innych czynników, inaczej ateista nadaje się tylko do wpisania w cudzysłów. Khem... Statystyka jakaś? Cokolwiek, co może potwierdzić te słowa czy tylko własne domysły? Bo to brzmi tak, jakby chrześcijanie mieli wiecznie pod górkę a ateiści niet. Swoją drogą ciekawy argument za tym drugim, heh... Bez urazy, ale argument o obrazie uczuć religijnych i religii jako takiej jest najbardziej idiotycznym, a przynajmniej jednym z paru, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek usłyszeć. Bo co to oznacza? Że jak powiem, że Chrystusa nie ma, to uraziłem czyjeś uczucia? Albo, że bóg to tak naprawdę czyjś wymysł? Pomyśleć, że za takie rzeczy można iść w U.S.A. do sądu i oberwać grzywną. A jeśli powiem, że mówienie, że bóg jest obraża moją inteligencję i czuję się przez to urażony, to mogę z tym iść do sądu czy nie? Nie, bo każda instancja mnie wyśmieje. A ze sprawami religijnymi już można. Dziiiwne... Teologowie od wieków siedzą i główkują nad tym problemem i nie mogą dać satysfakcjonującej odpowiedzi. Jeśli problemu nie ma, bóg jest a ateiści się mylą, to po czorta jakiego istnieje pseudonauka zwana teologią? I po co tworzy się dowody na istnienie boga, skoro tematu nawet nie powinno się tykać? "Bóg jest i ja to wiem, ale nie udowadniaj mi, że się mogę mylić! Ja mam rację i tylko ja!". Jeśli dyskusja jest atakiem, to nie powinnaś brać w nich udziału. W taki sposób każdą wymianę zdań można położyć - bo to atak. W sumie też bardzo prosty sposób na pokazanie, że brakuje argumentów. PS: Nie dziwcie się szybkim edycjom, ale jak brakuje gdzieś kropki, to po prostu muszę ją dodać. Taki... nawyk.
-
Będzie trudne. Z jakim zwierzęciem należy kojarzyć tego pana:
