Jump to content

Malva

Forumowicze
  • Content Count

    310
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    1

Malva last won the day on August 18 2012

Malva had the most liked content!

Community Reputation

53 Dobra

About Malva

  • Rank
    Człowiek
  • Birthday 12/18/1986

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Recent Profile Visitors

6,407 profile views
  1. Równej walki? Równa to by była, jakbyś upolował zwierzę gołymi rękoma i przegryzł tętnice szyjną własnymi zębami lub ewentualnie udusił zakrywając ustami nozdrza i wbijając paznokcie w ciało zwierzęcia. To jest równa walka. Każdy kozak może strzelić. Natomiast twoje rozważania są podpięte chęcią odebrania życia. Prawdziwy myśliwy szanuje zwierzynę i nie uważa jej za szkodniki. Prawdziwy myśliwy dba o nią i reguluje jej liczebność bardzo starannie tylko z jednego powodu - ludzie zagarnęli już takie połacie terenów, że zwierzyna nie ma gdzie żyć. Ciebie pcha niezdrowe pragnienie wbicia bezbronnemu zwierzęciu (kamizelki kuloodpornej i kasku sobie nie kupi) kulki w czaszkę. I ta myśl o dobijaniu... Prawdziwy myśliwy strzela tylko raz, tak aby zabić, tak by zwierzę nie cierpiało. A mnie spodobałby się portfel z twojej skóry. Zanim bym ją z Ciebie zdarła - często żywcem, przypakowałabym ci ciężkim prętem w czaszkę by cię dobić.
  2. Thergor - budowa nie ma znaczenia, z czasem samo się wszystko wyrobi. Pytanie czy tego szukasz? rapandmgsfan - nic nie stoi na przeszkodzie spróbować. Kto wie, może ci się spodoba? KrwawaMary - dzięki. Co do pamiętnika - ciekawy pomysł. Jeśli uda mi się związać z tą pracą, na co mam nadzieję, to być może coś spiszę. Jednak wydawanie książki? Chyba nie mam takich mocy
  3. Tak mi się w życiu złożyło, że długo nie wiedziałam czego chcę. Obserwowałam ludzi jak obumierają w pracy której nienawidzą, jak więdną przy osobnikach, których nie trawią. Patrzyłam jak śpieszą do miejsc które zburzyliby ultradźwiękami Bibera. Widziałam jak z dnia nadzień stają się coraz bardziej zmęczeni, rozdrażnieni, znudzeni - często pracujący za marny grosz. Zapytałam siebie czy też tego chcę. Nie. Chcę czegoś innego. Zawsze lubiłam statki, a będąc na Wydziale Techniki Morskiej zaczęłam zgłębiać ich budowę. Statki przemysłowe i platformy wiertnicze stały się moim ulubionym obiektem tuż obok gadów. Dotarło do mnie, że to jest coś do czego mnie ciągnie. Zawsze lubiłam obserwować morze i statki. Gdzie można to spełnić? Pływając. (Zdjęcie prywatne. Port w Ystad, Szwecja. Prom samochodowy) Brzmi romantycznie prawda? No, to nawet zabawne jak sobie człowiek to wszystko wyobraża, a potem zderza z murem rzeczywistości. Najpierw papiery. Certyfikaty (tylko tysiak w plecy i 5 dni wyjętych z życia) i Świadectwo Zdrowia. I niech Cię Twój bożek - którego czcisz - strzeże. Pamiętaj. Jesteś ZDROWY niczym koń wyścigowy w najlepszych czasach. Nawet o pryszczu na tyłku nie wspominaj. Nie palisz, nie pijesz, nie masz HIV, w życiu żaden mebel nie zaatakował twojego małego palca u nogi, a wzrok jest wręcz sokoli. Choć z oczami jest trudniej. Jeśli wybierasz się na pokład i planujesz pracę na mostku - witaj laserowa korekcja wzroku (tylko 4000 zł, za oba oczęta. Phi co to jest.), której osobiście musiałam się poddać - najlepsza decyzja w życiu. Jeśli pod pokład, to nikogo nie obchodzi nawet twoje zdjęcie. I tak zginiesz jeśli statek zacznie tonąć. Murloki (maszynownia) w przeciwieństwie do gwiazdo-j.e.bców ( mostek) zawsze umierają. Z A W S Z E. Przynajmniej w teorii, choć od praktyki niewiele się różni. W sumie lubię silniki. Myślałam nad tym. Jednak doszłam do wniosku, że moja nienawiść do temperatur 60+ mogła by się przelać na pracę. No i wbrew pozorom lubię popatrzeć czasem na słońce. Skoro na gwiazdy też lubię popatrzeć, no to pokład. Kiedy skończyłam studia na polibudzie przywitałam się z Akademią Morską w Szczecinie (której, swoją drogą nienawidzę za wszechobecny narcyzm). Tryb zaoczny, bo za stara jestem na dzienne. Intensywne dwa i pół miesiąca, sześć dni w tygodniu, od ósmej do dwudziestej - czasem krócej. Ponieważ miałam już to nieszczęście by studiować to litościwie za te trzy i pół tysiąca czesnego - przepisali mi kilka ocen. Dzięki czemu czasem miałam kilka godzin dla siebie kiedy szczeniaki nudziły się na wykładach. Ten tryb ma też inną zaletę - można od razu na morze. Nauka, nauką. Żyć czegoś trzeba. No to do agencji na kadeta. BUGAHAHAHAHAHAHA Wstaw tutaj scenkę w której życie daje ci tak siarczystego kopa między nogi, że lądujesz na Marsie. Miałam dwa problemy. Brak doświadczenia i brak doświadczenia, a no i cycki. Tak. Cycki. Polskie morze wciąż tkwi 50 lat za murzynami w niechlubnej tradycji, że baba to do domu prać, gotować i rodzić stado bachorów. A jak nie chce? To się w czoło pukają i pytają czy nie masz problemu z identyfikowaniem własnej płci. Milutko. Na szczęście, życie mnie nie kocha i kopie bardzo często więc cztery litery mam z tytanu, skórę niczym pióra kaczki, a i zęby niczym wilk którymi potrafię się odgryźć. No ale wypływać pewien okres muszę - wymóg szkoły - więc szukam dalej. Tak się naszukałam, że wylądowałam w dziale praktyk na znienawidzonej uczelni, a tam... Błysk, anielska muzyka, pióra ze skrzydeł i smuga Bożej Łaski - Pani Ania. Chyba mój śp. tata poddusił trochę życie by podsunęło mi coś miłego pod nos. I stało się - praktyki. Po wypływaniu 2 miesięcy można wyrobić sobie bardzo cenny papier, na który pracodawcy patrzą przychylniejszym okiem - papier na O/S. Czyli po naszemu jest to papier pełnoprawnego marynarza. Tylko najpierw praktyki za jedzenie i podpisy w książce praktyk. TAK Czytacie wpis białego niewolnika. Jestem białym murzynem i pracuję za miejsce do spania i jedzenie ze stołówki. No i cenne podpisy w książeczce żeglarskiej i książce praktyk. Miodzio. I tak przez dwa tygodnie. (Zdjęcie prywatne. Port w Ystad, Szwecja. Prom samochodowy) W chwili obecnej, brzydko mówiąc, zaliczyłam dwa promy pływające z Polski do Szwecji. Czas płynięcia przez Bałtyk - 7 godzin. Z każdego wracałam zmęczona, poobijana, pocięta, chora, nie wyspana ale szczęśliwa. To utwierdza mnie w przekonaniu, że to dobra droga. Na czym polega praca kadeta pokładowego? Teorytycznie na nauce. Na poznawaniu tajników pracy na mostku. W praktyce zasuwa się na pokładach wykonując 50-80% obowiązków marynarza - zależy to od bosmana i... twojej płci. Tak. Ogólnie czasem dobrze jest mieć cycki, ale to bardzo rzadko, przynajmniej w tej branży. Co więc robimy? Poznajemy cały statek (mnie raz udało się zakraść do maszynowni, co mało komu się udaje - bomba), malujemy (czemu jeszcze nikt nie sprzedaje farby do wciągania? Dzień w dzień na haju), myjemy, zamiatamy, czyścimy, zdejmujemy rdzę oraz zapinamy naczepy. Tak. Załadunek i rozładunek to najlepszy czas. Czasem trzeba się nieźle nakombinować, a czasem namęczyć. I to w bólu. Czego dowodem są moje stawy łokciowe i naciągnięty mięsień bicepsa. To wszystko dzięki targaniu po cztery łańcuchy i po dwa "haki" (wybaczcie nazwa uleciała mi z głowy) mocujące na raz. A trzeba zapiąć te 30/50 naczep po twojej stronie burty. Do tego obita głowa i palce. I brak snu. Choć to zależy w jakich godzinach pływa prom i ile obowiązków wyznaczył Bosman. Na drugim z promów spało się po cztery godziny na dobę, dodatkowo po tygodniu zmienia się czas wypływania promu. I spaliny. Smród spalin, które były wszędzie. Na twojej skórze, ubraniu, w oczach, uszach, w nosie. Nawet w kiblu. Tak. Kiedy stawiało się klocki lego to nawet wtedy waliło spalinami. Surrealizm normalnie.... choć żarcie mieli dobre... Nie zapominajmy jednak o jeszcze jednym - o załodze. I tu zaczyna się najlepsze. Poznajesz życie na zamkniętej puszce. To takie małe, samowystarczalne państewko gdzie oficerowie to szlachta, hotelowi to klasa wyższa, pokład klasa średnia na równi pochyłej do slumsów, a maszynownia to takie kanały, że nikt tam nie zagląda. Nawet umiejscowienie pracy zgadza się z opisem klas. Na im wyższym pokładzie pracujesz tym bardziej czujesz nosem władzę. Tak jest wśród 95% załogi. Dlatego mój introwertyzm i niechęć do zacieśniania relacji z innymi pozwoliły mi na spokojne przetrwanie rejsów. Zachowałam kulturę, wymieniałam kilka zdań, byłam nawet miła, ale nie pozwalałam sobie i innym na zacieśnianie znajomości. To najlepsze co można zrobić, gdyż środowisko jest dość... specyficzne. Najbardziej lubiłam siedzieć w centrum - czyli w mesie (stołówka po naszemu). Walka o władzę (pilot do telewizora), o miejsce przy stole (tu siedzą pokładowi, tak maszynownia, a przy najlepiej nakrytym stole - często oddzielonym - oficerowie i kapitan), o żarcie ( widziałam jak załoga rzucała się na cukierki - jak babki na wyprzedaży ciuchów). Słuchałam rozmów - w życiu nie sądziłam, że można wypowiedzieć całe zdanie używając tylko przekleństw, a mimo to zrozumieć o co chodzi. Było też sporo żartów i to mało wybrednych. Jednakże siedząc tam, a także na pokładzie i przysłuchując się rozmowom tych mężczyzn i kobiet - zastanawiałam się nad jednym. Czy ludzie faktycznie są tak prymitywni? Tak, hmm, jaskiniowi? Serio? Czy ludzie jedynie o czym myślą to picie, palenie i pier... kopulacja? Ludzie? Serio?!Rozmowy toczyły się głównie w około seksu, alkoholu oraz pieniądzach. Czysty materializm. Wóda, wóda, seks, seks, kasa, seks, wóda, fajki, wóda, seks, seks, skes...a i telewizja. Tematy marynarzy, a także braci studenckiej na praktykach. Jakakolwiek próba zmiany tematu kończyła się tym samym - niewybrednymi żartami na temat seksu i pytań o twój pierwszy raz. Ludzie, ja po pierwszych 24 godzinach wiedziałam kto, gdzie z kim i w jakich pozycjach! Pomijając ile to oni wypili i jak się napier... znaczy napiją jak wrócą do domu. A wiem ile bo widziałam. W dzień zejścia załoga może zrobić zakupy i kupić alkohol oraz perfumy z 50% zniżką. Dziesięć butelek wódki to norma. I tak co dwa tygodnie. A nie zamierzali urządzać rodzinnych spotkań. Łudziłam się momentami, że na lądzie są inni, ale słuchając ich wywodów o życiu osobistym, rodzinnym to złudzenie zostało obalone. Najważniejsze są pieniądze, reszta to tylko dodatki. Aż mnie boli jak o tym myślę. Pomijając jednak kwestie tematów rozmów to byli całkiem mili ludzie z którymi można się pośmiać i pożartować. Choć czasem trzeba było im szepnąć, że dzieckiem dawno przestałam być i by nie pozwalali sobie na zbyt wiele. Ich miny kiedy dowiadywali się ile mam lat - bezcenne. A wyglądam na dużo mniej niż mam. Pomimo lekkiego niesmaku to bardo miło wspominam załogę obu promów - pomijając dwóch takich co własny rozum zjedli ale wszędzie się tacy trafiają. Najlepiej wspominam Bosmana z pierwszego promu. Starszego Pana po 50 który jest GRACZEM! Tak, Bosiu zagrywał się w ME i Diablo jak szalony. Tak samo w Skyrim + gry sportowe. Miło się mi z nim dyskutowało choć to człowiek skryty i zdystansowany. Jednak kiedy udało mi się go trochę rozluźnić miłą gadką - stawał się bardzo rozmowny, ba nawet się uśmiechał. Niestety jak na razie, był to jedyny gracz jakiego spotkałam na statku. Bu. (Zdjęcie prywatne. Port w Ystad, Szwecja. Prom samochodowo-kolejowy) Jest jeszcze jedna rzecz która mnie zastanawia. Niechęć. Z kim bym nie rozmawiała każdy, dosłownie każdy nienawidzi tej roboty. Mogę zrozumieć, że czasy ciężkie, a na statku można zarobić godziwe pieniądze już jako podstawowy marynarz. Jednak nie rozumiem młodych którzy jednak mają jakiś wybór. Wszyscy studenci z którymi byłam na oby praktykach, łącznie sztuk 11, deklarują, że NIE będą pływać. Wiec po co marnują czas, się pytam. Nie są dziećmi. Pierwszy rok studiów to eksperyment po którym, mniej więcej zna się siebie i to czego się chce. Jest jeszcze czas by się przenieść. Zamiast tego tkwią na znienawidzonych studiach i odbywają znienawidzone praktyki. Często są to ludzie mający już jakieś zobowiązania i plany na przyszłość - tym trudniej jest im wypływać obowiązkowy rok, tym mniej chcą opuszczać ląd. Ja jako jedyna chcę to kontynuować, jestem tam z własnej woli i wiem jakie są konsekwencje pracy na morzu. Tyle tylko, że mnie nic w domu nie trzyma, rodziny też nie założę i mogę z czystym sumieniem związać się z tą pracą. Robię to jednak świadomie i będę należeć do tej garstki marynarzy, którzy to uwielbiają. Ja lubię i chcę. Więc puszczam uchem słowa kapitana, że chyba na głowę upadłam. Nie słucham oficera, że jeszcze mnie dopadnie instynkt i będę żałować. Gdzieś mam słowa marynarzy, że powinnam zająć się produkcja naturalną małych klonów. Nie jestem dzieckiem. Jestem świadoma swojego wyboru. Ci ludzie mnie nie znają, nie wiedzą co mam za sobą. W życiu nie wiek decyduje o doświadczeniu i wiedzy, a życie właśnie. Ja widziałam dużo i chcę uciec. Chcę uciec, bo tam na morzu nie liczy się nic. Wszystkie problemy zostają głęboko na lądzie. Jedyne czym się przejmujesz to dzień dzisiejszy. Fale tylą Cię do snu, wiatr szepcze Ci kojącą nutę do ucha, słońce grzeję twoją zmęczoną skórę, a mróz orzeźwia twój umysł. A nocą, nocą patrzysz w niebo i widzisz więcej gwiazd niż Ci się wydawało. Potem chwila relaksu z książką/grą i błogi sen na falach. Własnie to uwielbiam w statkach. Ten błogi spokój. I smar. I bród. I pot. I pracę. I brzęk stali. I warczenie silników. Wszystko. Ludzie to tylko dodatek. Liczy się tylko woda i statek. Nic więcej. Już w grudniu - kolejna wyprawa. (Zdjęcie prywatne. Morze Bałtyckie, w pobliżu Trellebergu, Szwecja)
  4. Sprzedam gry na konsolę PS3/X360 - każda w cenie 50 zł - wysyłka gratis. Wszystkie gry są w stanie idealnym lub bardzo dobrym, jeśli któraś posiada kod sieciowy to wszystkie są wykorzystane. Gry wysyłam priorytetem jako list z zadeklarowaną zawartością. Gry PS3: - Uncharted 3 - God of War 3 - Risen 2 Gry X360 - Wiedźmin 2 - AC: Revelations Gry na PSP sprzedaję tylko w zestawie 5 gier za 100 zł - wysyłka gratis. -The Lord of the Rings: Tactics - Popolocrois (perełka RPG) - Monster Hunter Freedom Unite - Invizimals PL (wymaga kamerki) - Final Fantasy I Wszelkie pytania proszę kierować na priv. Dla zainteresowanych mogę wysłać zdjęcia. Pozdrawiam, Malva
  5. Najlepszy film animowany na świecie. Wciąż pamiętam wszystkie sceny. Magia.
  6. Heh. Widziałam to anime. Mnie osobiście się podobało. Głównie przez kontrasty, tu rzeź, tam psychologia, jeszcze gdzie indziej - humor. Moim zdaniem jedno z ciekawszych anime z otwartym zakończeniem. Cudo to to nie jest, ale oglądanie nie nudzi.
  7. Widziałam, obejrzałam z jednym zamachem. Dobre anime, nawet bardzo. Budzące lekki niepokój. Choć już od początku wiedziałam kto był tym, którego oznaczono jako dodatkową osobę. Wiedziałam już to w momencie pierwszej rozmowy głównego bohatera z dziadkiem Ja polecam. Scena z parasolką daje do myślenia, a chwile w ośrodku są naprawdę psychodeliczne i..hmm..ludzkie.
  8. Malva

    A ja nie wbijam

    God... You too?..........
  9. @Sermaciej - czy nie uczymy się każdej nowej gry? Nie zależnie czy chcemy czy nie, w pamięci pozostają nam choćby tryby ewolucji podstawowych pokemonów, nazwy jednostek bojowych, imiona, fakty. Uczymy się gry - więc zdobywamy o niej wiedzę - chcemy w nią grać i stajemy się graczami. To czy chcemy wiedzieć więcej na temat danego tytułu zależy od nas. Nie napisałam też, że każdy gracz musi bezwzględnie pasować to mojego opisu. Napisałam, że każdy zna się na czymś innym w różnym stopniu - co zresztą jest zawarte w przytoczonym przez Ciebie cytacie. Jednego tylko się nie wyprę - tego, że prawdziwy gracz powinien szanować innych graczy bez względu na ich preferencje grania.
  10. @Sermaciej - o tym jest ten tekst. @Kiicek - alleluja Tobie
  11. @Drangir - Nie mówię żeby tylko tak grać. Mnie to po prostu sprawia frajdę. Nie znaczy to, że stale tak robię. Za pierwszym razem gram swoimi siłami, jednak potem - a lubię gry przechodzić kilkakrotnie - włącza się moja mania szperacz i poszukiwacza, czego skutkiem jest to, że szukam błędów i rozwala mnie radocha. Szacunek dla tradycjonalistów, chodzi mi o manię - tak ma być i basta, to tylko jedyny prawowity sposób. Ten tekst jest skierowany tylko do skrajnych przypadków hardkoryzmu
  12. @Deamonicus - nie zachęcasz do rozmowy. W sumie to jesteś zabawny. Znam podobnych do Ciebie i jestem nimi zmęczona. Naprawdę chcesz tej rozmowy? Jak mam Ci to wytłumaczyć? Ja patrzę na gry inaczej. Myszkuję po planszach szukając każdej możliwej przewagi, potknięć czy nawet błędów gry. I nie chodzi mi o zmianę kodu gry. Może tak. W Demon's Souls jest jeden boss ściana (choć i jego pewnie przeszedłeś z palcem w nosie - szacun dla skili). To ognisty demon. Zabójczy, silny, zwinny i jak pierdyknie to boli. Masa poległych dusz. Wszyscy nastawieni na ciężkozbrojne, wolne postacie. Stały schemat, aż do znudzenia. Aż nagle odkrywasz "pole widzenia" Demona. Odkrywasz, że blokuje się w żebrach, odkrywasz, że jest miejsce na klatce schodowej gdzie jesteś dla niego niewidoczny, poznajesz trującą mgłę, doceniasz pierścień "niewidzialności" i ruchliwość postaci. W pewnym momencie, dzięki cierpliwości - ten boss staje się prostacki. A ostateczny boss? Można go zabić stojąc w jednym miejscu. Arcydemon w DA? Jest tam taka jedna mała broń, tam w rogu gdzie zaczynasz być ignorowany. To całkiem zabawne, choć i tak wymaga niezłego slalomu. Monster Hunter - znając ukształtowanie terenu, grając gunami - jesteś w stanie ubić wszystko co się rusza. Trzeba tylko poszukać. Dark Souls - Wysokie mury, chyba pierwszy Demon. Jak odpowiednio uskoczysz, to sam skoczy w przepaść. Ja po prostu lubię kombinować. Tu nie ma innych argumentów, to odczucia. Więcej grzechów nie pamiętam. I zmień, proszę ten fiolet na biel, czerwień też jest nie potrzebna. I tak uważam, że wiesz swoje. N chyba, że nastrój ci się zmienił, bo ponoć nieźle Ci się waha. Pozdrawiam Demonie. I tak, jesteś cyniczny > Za stara jestem, byś mnie nabrał na twoja otwartość, hehehe.
  13. @Deamonicus - nie zamierzam Ci niczego tłumaczyć. Twój cynizm mówi sam za Ciebie. Ty i tak wiesz swoje. Po za tym skończyły mi się żarówki.
×
×
  • Create New...