9kier

Redaktorzy
  • Zawartość

    662
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

O 9kier

  • Tytuł
    Elf
  • Urodziny 4 Październik

Sposób kontaktu

  • Strona WWW
    http://www.facebook.com/9kier

Informacje profilowe

  • Płeć
    kobieta
  • Skąd
    Kostrzyn nad Odrą/Wrocław
  • Zainteresowania
    Gry komputerowe, gry fabularne, pisanie, czytanie, rozwój osobisty, taniec, poprawna polszczyzna i inne, zbyt brutalne, by o nich mówić.

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Strategie

Ostatnie wizyty

12289 wyświetleń profilu
  1. 'Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze' są moim zdaniem bardzo dobrze przetłumaczone, jeśli chodzi o klimat, ale niezbyt wiernie. Zdania są długie, poskręcane, pełne przepychu i moim zdaniem idealnie oddają atmosferę, ale jeśli szukasz tłumaczenia 1:1, to raczej się rozczarujesz. Moim zdaniem cudo, ale już musisz samodzielnie ocenić.
  2. Do opisu stylu Poego bardziej niż gdziekolwiek indziej pasują słowa Jeffreya Forda: „moje zdania czasami przypominają arabskie pismo, pełne zawijasów i zapętlone, suficki tekst, który ma za zadanie opisać jedno z imion Boga, żeby nie trzeba było używać jego prawdziwego miana”. Tak się składa, że od niemal dwóch lat „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” zajmują należne im miejsce w mojej sypialni. Przez to olbrzymie, prawie 800-stronicowe, wydane przez Vesper tomiszcze nie sposób przebrnąć w ciągu jednego wieczoru i choć zazwyczaj czytam książki w długich, kilkugodzinnych sesjach, w zawiłym stylu Poego jest pewien ciężar, który wymaga ciągłego skupienia i sprawia, że po godzinie-dwóch potrzebuję zrobić sobie przerwę. Jak nic innego nadaje się do robienia pauz na komentowanie akapitów na bieżąco, jak gdyby umysł naturalnie uciekał od lektury, przytłoczony archaicznymi przymiotnikami, kilkuwersowymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, licznymi powtórzeniami, rozbudowanymi metaforami i rozległymi opisami przeżyć wewnętrznych bohaterów. I jak zwykle kręcę nosem na kwiecisty język, wynikający zbyt często z kiepskiego warsztatu i leniwej redakcji, tak sposób pisania Poego nieodmiennie wywołuje we mnie w najlepszym razie zachwyt, a w najgorszym pobłażliwy uśmiech. Ach, drogi Poe, myślę sobie po ponownym przeczytaniu jakiegoś długiego zdania pełnego „cudacznej, oschłej rozwlekłości”, „śpiesznego i natarczywego porażenia” „dziwnego niedomagania” lub „niewymownej, lecz błahej przykrości”, czy zdajesz sobie sprawę, że w tym akapicie nie napisałeś niczego konkretnego? Wtedy autor podaje mi, jakby na udobruchanie, jakieś mięso, ale tylko odrobinę – tyle, bym pragnęła kluczyć dalej przez meandry – a na końcu, gdy napięcie osiąga apogeum, serwuje całą świnię, nie, trzy świnie naraz i stawia kropkę. Nie każdy może mieć cierpliwość i ochotę, by przedzierać się przez niewątpliwie bogate, ale nieraz dosyć puste, budujące tylko atmosferę zdania oferowane przez tłumaczenia Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyrzykowskiego i innych, którzy poświęcili swój czas na przekład tych, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, trudnych dzieł. Dla takiego czytelnika, przerażonego ciężarem i objętością kompletnego zbioru, powstały „Opowieści tajemnicze i szalone”. Na tę okoliczność wybrano – zresztą już lata temu, bo anglojęzyczny oryginał zadebiutował na Zachodzie w 2004 roku, a rodzima wersja pojawiła się w Polsce w 2006 – cztery flagowe opowiadania: „Czarnego kota”, „Maskę Czerwonej Śmierci” (to zdecydowanie mój faworyt), „Żaboskoczka” (najsłabszy element zbioru) i „Upadek Domu Usherów”. Mamy więc historię zbrodni, opis upadku króla, który wraz z tysiącem poddanych zamknął się w twierdzy ze strachu przed dżumą, a także opowieści o zemście pewnego błazna oraz stopniowym popadaniu w szaleństwo. Redakcji i przekładowi przyświecać musiała idea przystępności. Dokonano licznych i obszernych skrótów (bez pardonu pomijając całe akapity!), wybierając przede wszystkim to, co konkretne, a także upraszczając język w taki sposób, że nowelki przypominają teraz bajki na dobranoc. Przykładowo tam, gdzie u Leśmiana czytamy „Atoli książę Prospero – szczęśliwą miał gwiazdę, nieustraszone serce i umysł przenikliwy”, u Jolanty Kozak, która przełożyła wszystkie cztery nowele, ten sam fragment brzmi „Ale Książę Prospero był szczęśliwy, zdrowy i mądry”. Gdzie u Wyrzykowskiego „W epoce mojego opowiadania sowizdrzali zawodowi nie zniknęli jeszcze w zupełności z dworów monarszych. Kilka wielkich lądowych mocarstw zachowało swych błaznów w pstrych przyodziewkach i w czapkach z dzwonkami. W zamian za okruszyny ze stołów królewskich musieli oni być zawsze gotowi do ostrego i przystosowanego do okoliczności kpiarstwa”, tam u Kozak „W czasach, w których rozgrywa się moja opowieść, instytucja dworskiego błazna nie wyszła jeszcze całkiem z mody. Kilka wielkich mocarstw europejskich szczyciło się posiadaniem błaznów, którzy paradowali w kolorowych strojach i czapkach z dzwoneczkami, zawsze skorzy do wygłoszenia ciętego dowcipu”. Uproszczenia w połączeniu z groteskowymi, niepoważnymi ilustracjami Grisa Grimly’ego, a także faktem, że anglojęzyczny oryginał został wydany nakładem Atheneum Books for Young Readers, sugerowałyby, że zbiór przeznaczony jest dla dzieci, ale zdecydowanie nie jest to dobry prezent na pierwszą komunię. To opowieści grozy, w których nie brakuje makabrycznych, szczegółowo opisanych aktów nieuzasadnionej przemocy. Tym, którzy z prozą Poego nigdy nie mieli styczności, powiem tylko, że choć do stylistyki gore autorowi daleko, na porządku dziennym są tu detale pokroju wyłupywania oczu niewinnym istotom. Towarzyszące temu wszystkiemu komiksowe obrazki (tak różne od opublikowanych w „Opowieściach miłosnych, śmiertelnych i tajemniczych” mrocznych ilustracji Harry’ego Clarke’a, bliższych zresztą memu sercu) miały zapewne na celu wywołanie kontrastu, ale w połączeniu z rzeczonymi skrótami osłabiają napięcie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wiem, do kogo skierowane jest to lekkie dziełko, a także że przy okazji redakcji i tłumaczenia ograbiono Poego z „tego czegoś”, przez co ci, którzy mają tu z nim do czynienia po raz pierwszy, nie zrozumieją, dlaczego styl autora do dziś zachwyca. Ducha pierwowzoru oddaje najbardziej – tak mi się przynajmniej wydaje – „Zagłada Domu Usherów”, która nawet pod skrótach i uproszczeniach pozostała bogata, pełna charakteru i nader często błyska charakterystyczną dla autora literacką sprawnością. Mimo całej sympatii, jaką darzę komiksowość „Opowieści tajemniczych i szalonych”, zdecydowanie skłaniałabym czytelnika do tego, by nie szedł w tym przypadku na łatwiznę i jeśli nie miał styczności z żadnym dziełem Poego, sięgnął po wierniejszy, bardziej satysfakcjonujący przekład. Ta wersja to rzecz dla kolekcjonerów i fanów Grimly’ego, a nie dla tych, którzy mają potrzebę obcowania ze słowem. 11 lipca 2017 @@recenzja w Z Kamerą Wśród Książek @@@
  3. Odezwij się do mnie wieczorem w prywatnej wiadomości, to Ci powiem, a może nawet zacytuję.
  4. Długo przymierzałam się do napisania tej recenzji, bo też najlepsze, co można zrobić po przeczytaniu Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka, to wyrzucenie go z pamięci. Siedmiotomowa saga o Harrym Potterze to rzecz fantastyczna i dobrze napisana. Scenariusz stanowi układankę pełną zwrotów akcji i wyrazistych bohaterów, a co najważniejsze – początkowo naiwna fabuła oraz warsztat dojrzewają wraz z uczniami Hogwartu. Przeklęte dziecko to bękart zrodzony ze współpracy Rowling z Johnem Tiffanym i Jackiem Thorne'em. Czarna owca w rodzinnie Potterów. Skok na kasę. Dramat w obu znaczeniach. Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest bowiem, w przeciwieństwie do sagi, tradycyjną powieścią, lecz scenariuszem sztuki rzeczonego Thorne'a wystawionej latem na deskach londyńskiego West Endu. W dodatku osadzonym dwie dekady po finale Insygniów śmierci – w czasie, gdy znani z serii bohaterowie połączyli się w pary i zdążyli wyprodukować potomstwo. Przelatuje się przez to szybko, bo też jest to danie wyjątkowo mało treściwe. Czytanie nie powoduje wypieków na twarzy, a zainteresowanie wywołuje w najlepszym razie dostateczne – gdyby nie słabość do uniwersum, odłożyłabym ją w połowie. Różnica między Przeklętym dzieckiem a oryginalną sagą jest większa niż bogactwo galeonów skrytych w skarbcu Harr'yego w banku Gringotta, większa niż smoki, które studiuje Charlie Weasley, większa niż widmo powrotu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. To upadek z najwyższego konia w stadninie. Prawdopodobnie wszystko dlatego, że Rowling nie pisała Przeklętego dziecka samodzielnie, a jej talent został rozmyty między pomysłami pozostałej dwójki a koniecznością podporządkowania scenariusza do tej jakże specyficznej formy, jaką jest sztuka teatralna. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego bohaterowie męczą, dlaczego fabuła nie dorasta oryginalnej serii do pięt i dlaczego gdybym przysiadła do całości z solidnymi nożycami, niewiele by z niej zostało. Postacie można opisać jedną, dwiema cechami. Harry stara się być dobrym ojcem, ale średnio mu to wychodzi. Albus to cierpiący, wkraczający w okres buntu nastolatek, który nie chce być porównywany do swojego taty. Również Draco kiepsko radzi sobie z wychowywaniem Scorpiusa. Ron (na wpół bezpłciowy, na wpół irytujący śmieszek) jest przede wszystkim mężem Hermiony, która w międzyczasie została Ministrem Magii. Mają córkę Rose, która nie ma czytelnika obchodzić, podobnie jak Lily, córka Harry'ego i Ginny. Żadna z postaci nie wydaje się pełnokrwista. Większość to, mimo tak bogatej historii, bardziej nijakie dwuwymiarowe szkice. Nawet Voldemort, który pojawia się w paru momentach na kartach książki, wywołuje raczej śmiech i litość niż negatywne emocje pojawiające się w oryginalnej serii. Wszystko jest tu na opak. Zamiast budować scenariusz na interesujących, tryskających magią zdarzeniach próbuje się go opierać właśnie na nieudolnie skonstruowanych bohaterach, a w efekcie fabuła – w założeniach dojrzalsza – sprawia wrażenie quasi-dorosłości widzianej oczyma nastolatków. (Z otoczką jest podobnie. Naturalnie scena, w której stara gwardia odkrywa prawdę na temat zagrożenia, musi wyglądać tak: „Pokój się przeobraża, ciemnieje, wygląda mroczniej. Na ścianach objawia się kłębowisko namalowanych węży. Na ich tle widać spisane fluorescencyjną farbą proroctwo”, a potem „Na wszystkich ścianach wokół widowni pojawiają się słowa, złowieszcze i okropne: Odrodzę Ciemność. Sprowadzę swego ojca”). Niby pojawia się tu zaledwie garść młodzieniaszków, a ma się wrażenie, że nawet Harry i jego rówieśnicy niespecjalnie zmądrzeli, co najwyżej zgorzknieli. Gwoździem programu planowano uczynić podróże w czasie, ale nie są to – uwaga, będzie spoiler – subtelne, ale robiące wrażenie zabawy znane z Więźnia Azkabanu, tylko nudne sekwencje, w którym bohaterom towarzyszy pozbawiony charyzmy i jakiegokolwiek wyrazu czarny charakter i które ratują tylko fragmenty żywcem wzięte z Czary ognia. Chciałabym móc powiedzieć, że fabularna miałkość i brak napięcia to jedyne aspekty, jaki nie spodobał mi się podczas lektury, ale nie poleciłabym Przeklętemu dziecka nikomu, kto chciałby uczyć się sztuki pisania tekstów dramatycznych – co najwyżej jako przykład tego, czego robić się nie powinno. Przede wszystkim wydawca powinien był przysiąść nad rękopisem z czerwonym flamastrem i pozbyć się połowy dialogów i opisów. Twórcy nazbyt często mówią to, co w teatrze winno się pokazać lub odegrać, przez co nieraz miałam wrażenie, że tłuką mnie ciężką fabułą po głowie, kilkakrotnie powtarzając te same informacje albo wkładając bohaterom w usta nienaturalne kwestie. Didaskalia bywają mało konkretne, mimo że ich celem jest przecież pomoc w wyreżyserowaniu i odegraniu sceny („Wiatr wieje ze wszystkich stron, na dodatek ostry wiatr”, „wokół krąży czarna magia...”?!), a dialogi mające tyle sensu co „– Voldemort. – Voldemort? – Tak, Voldemort” powinno się wyrwać z korzeniami i polać kwasem. Jestem w stanie przymknąć oko na kiepski, kanciasty warsztat (z bólem), który mógł być efektem pospiesznego lub zbyt dosłownego tłumaczenia, ale Harry Potter i przeklęte dziecko to przegadana quasi-powieść pełna nienaturalnych ludzi i kłótni, wylewania emocji bez powodu oraz nieciekawych, męczących rozmów o głupotach. Szczytem absurdu jest fragment snu, w którym Voldemort czai się za nagrobkiem („nie widzimy jego twarzy, ale okryta szatą sylwetka budzi przerażenie”) i deklamuje „Dobiega mnie woń wyrzutów sumienia, w powietrzu wisi smród poczucia winy...”. Paradoksalnie mimo tego całego przegadania czuć w Przeklętym dziecku pewien pośpiech autorów – być może dobrze się stało, bo inaczej każda kiepska rozmowa byłaby czterokrotnie dłuższa. Szkoda tylko, że przy okazji powrócono do kluczowych postaci, takich jak Dumbledore (tu przemawiający z obrazu), i potraktowano je po macoszemu lub przesadnie rozemocjonowano. Podobały mi się zaledwie dwa elementy – ujawnienie, kim naprawdę jest sympatyczna kobieta sprzedająca słodycze w pociągu do Hogwartu, a także rzeczone fragmenty z przeszłości żywcem zerżnięte z oryginalnej serii, zwłaszcza napisane z polotem, niespieszne monologi Ludo Bagmana komentującego Turniej Trójmagiczny. Czuć w nich iskrę, której w Przeklętym dziecku nie ma. Całej reszcie mówię bez żalu – Avada Kedavra! 2 maja 2017
  5. „Mężczyzna w takim stanie ducha jest jak rana krwawiąca na oczach tłumu. Szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość”. Lata minęły, od kiedy ostatni raz miałam w ręku jakąkolwiek powieść Paulo Coelho. W tym czasie autor „Alchemika” stał się memem – karykaturą ni to pisarza, ni to coacha. Za przedni żart uchodzi wystawienie przed drzwi księgarni tabliczki z informacją, że nie sprzedaje się tam książek Coelho. W dobrym tonie jest śledzić na Facebooku „Żenujący cytat Paulo Coelho” (15 tysięcy fanów), a potem lajkować bez zastanowienia nad tym, czy opublikowany cytat rzeczywiście nie ma sensu. Kiedy ktoś wspomni o brazylijskim autorze w czasie spotkania towarzyskiego, należy unieść brwi, przywołać na usta pogardliwy uśmieszek i wyśmiać rozmówcę jako mało ambitnego czytelnika. Nie uważam, aby Coelho zasłużył sobie na takie traktowanie. Po świecie pałętają się (lub pałętały) setki gorszych pisarzy, którzy jakimś cudem nie zostali okryci tak złą sławą. Lovecraft pisał fatalne, nienaturalne dialogi, Masterton kiepskie horrory – zwłaszcza zakończenia i żałosne sceny seksu – a choć King od dłuższego czasu nie jest w formie, jego ostatnie kryminały sprzedają się jak pączki w tłusty czwartek (nigdy nie zrozumiem tego pędu po tłuste, lukrowane bułki). Dodam do tego mnóstwo debiutantów – których nazwisk nie wymienię, ponieważ przeczytałam ich dzieła i wyparłam je, aby móc dalej funkcjonować – zwłaszcza w gatunku fantasy, przedstawiających wyświechtane schematy w sposób naiwny i pozbawiony redakcji. Czy autor bezwartościowej „Smugi krwi” (z perełkami pokroju „my drepczemy w miejscu w zaczarowanym kręgu, nie mogąc się z niego wydostać, podczas gdy elfy bawią się na łąkach”) zasługuje na więcej szacunku niż Coelho tworzący może „przeduchowione”, ale lekkostrawne i pisane z doświadczeniem powieści, od czasu do czasu próbujące przekazać jakieś uniwersalne prawdy? Nie sądzę. Szczególnie istotnym elementem mojej przygody ze „Szpiegiem” okazało się właśnie zdystansowanie do „powszechnej” opinii na temat Coelho. Mając pewien sentyment do jego starszych tekstów, które czytałam w dzieciństwie („Pielgrzym”, „Alchemik” czy „Demon i panna Prym”), starałam się spojrzeć na powieść bez uprzedzeń. „Szpieg” okazał się zabijaczem czasu, literaturą płytką, ale nie okropną. Jej największym problemem jest przeciętność i brak pomysłu, który mógłby zaowocować powstaniem powieści gładkiej i spójnej. Nie jest to ani biografia Maty Hari, ani wyobrażenie o niej. Skazana za domniemane szpiegostwo tancerka nie ma charakteru, co nieustannie kłóci się z jej wizerunkiem – nie czuć jej oczytania, wyrachowania i uwodzicielskiej natury, nie czuć też cech przeciwnych. Niezależnie od tego, jaka była w rzeczywistości, kreacja Coelho jest nijaka, papierowa, pozbawiona trójwymiaru, bezrefleksyjna i – takie odniosłam wrażenie, gdy szybko zapomniała o dziecku czy kobiecie, która zastrzeliła się na jej oczach – pozbawiona wspomnień, co niestety odnosi się również do innych, niezapadających w pamięć postaci. Nie pomaga tu raczej „suchy” język oraz fakt, że znacząca większość powieści napisana została w formie listów, w perspektywie pierwszoosobowej – ten zabieg miał zapewne ożywić akcję i uplastycznić wydarzenia, ale ta próba się nie powiodła. Nie rozumiem też, dlaczego autor zdecydował się na wprowadzenie niektórych scen – jak choćby tej z cebulkami kwiatów, które Mata Hari otrzymała w dzieciństwie od matki. To wprawdzie jeden z niewielu obrazów, jakie być może zapamiętam na odrobinę dłużej, ale jak się okazało, był oderwany od reszty fabuły i nie przyniósł żadnych konsekwencji. Wzrok po akapitach prześlizguje się szybko, ale tracą, gdy weźmie się je pod lupę. Wtedy okazuje się, że w „Szpiegu” pojawia się wiele pozbawionych sensu i/lub tandetnych fragmentów, z których pozwolę sobie kilka wymienić: „Mężczyzna w takim stanie ducha jest jak rana krwawiąca na oczach tłumu. Szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość” (nie wchodząc nawet w stereotypy płciowe – w końcu Mata Hari żyła na przełomie XIX i XX wieku – od kiedy krwawiąca rana szuka zemsty, nie dbając o sprawiedliwość?!); „Wiedziałam, że umrę, nie zaznawszy prawdziwego uczucia, ale jakie to miało znaczenie? Miłość i władza smakowały tak samo” (skąd wie, skoro nie zaznała miłości?); „Dobry fortepian nie powinien wydać ani jednej fałszywej nuty. Grzechem nie jest to, czego uczą nas w szkole, ale życie pozbawione harmonii. To w harmonii tkwi siła potężniejsza od prawd i kłamstw, z których utkana jest nasza codzienność”;„Czy musiałam pogrążyć się w mrokach własnej duszy, stanąć bezbronna w lesie pełnym wilków i innych dzikich bestii, bez żadnej pomocnej dłoni?”; „Byłam egzotycznym ptakiem, unosiłam się nad ziemią niszczoną przez upadłe ludzkie dusze”. To nie tak, że czepiam się zbyt górnolotnych metafor – pustosłowie bywa niezrozumiałe i „Szpieg” na pewno by zyskał, gdyby ktoś usiadł do rękopisu z ostrymi nożyczkami. Nawet jednak gdyby podkręcić język, powieść wciąż byłaby co najwyżej średnia. Choć przewijają się tu, zwykle bardzo powierzchownie, różne motywy, z feministycznym i wojennym włącznie, brakuje tu dominanty kompozycyjnej, która uczyniłaby ze „Szpiega” tekst godny zapamiętania. W tej chwili ten „niedzielny” miks romansu i powieści sensacyjnej nie ma nic do zaoferowania – i nie ratuje jej nawet delikatna filozoficzna i średnio smaczna posypka, bo tekst nie próbuje przekazywać ani interesujących obserwacji, ani, przeciwnie, żadnej uniwersalnej prawdy. 28 lutego 2017
  6. Na szczęście jest w CDA dział Info.
  7. Na przykład jak je zastrzelisz podczas zombiapokalipsy?
  8. Nie wiem, dlaczego ludziom się wydaje, że ja się zajmuję reklamacjami i innymi spornymi kwestiami. W zasadzie mogłabym Ci przekopiować dwie moje ostatnie wypowiedzi w tym temacie. Najlepiej będzie, jeśli odezwiesz się do Ghosta albo do naczelnych.
  9. Zapytaj, proszę, w pytaniach do redakcji, bo to nie jest odpowiedni wątek, a ja nie znam odpowiedzi na Twoje pytanie.
  10. Nie zajmuję się tym, przekierowałam Cię dalej w prywatnej wiadomości.
  11. Nie rozumiem – najpierw mnie obrażasz, mówiąc, że bardzo możliwe, że zostałam przyjęta do redakcji tylko ze względu na płeć, a potem oczekujesz, że będę odpowiadała na Twoje pytanie? Może o tym, co pojawia się na cdaction.pl oraz co jest, a co nie jest w interesie pisma, niech decydują jednak naczelni. Nikogo nie zmuszam do czytania swoich recenzji, nie mówiąc już o tym, że nie rozumiem, co to znaczy, że mam się "na tej stronie" skupić na pisaniu lepszych recenzji, skoro nie publikuję recenzji na stronie. Nie, to nie jest najbardziej stosowne miejsce na zadanie tego pytania – lepszym byłby wątek z pytaniami do redakcji (ogólnie). Ale niech Ci będzie. Najlepiej przewertować tutaj: https://www.cdaction.pl/magazyn/
  12. Lunde obłożona kserokopiami artykułów w lokalnej bibliotece. Lunde odwiedzająca starsze małżeństwa dbające o swoje pasieki. Lunde pochłaniająca książki o CCD w ulubionym miękkim fotelu, pijąca herbatę i głaszcząca kota. Tak wyobrażam sobie norweską autorkę w tygodniach poprzedzających napisanie pierwszego rozdziału Historii pszczół. Doświadczenie w pisaniu książek dla dzieci – bo tym zajmowała się wcześniej – sprawiło, że potrafiła następnie przekazać prostym językiem coraz bardziej rzucającą się w oczy prawdę: pszczoły wymierają. Tak jest. Stąd ule na dachach budynków. Stąd akcje w rodzaju „Adoptuj pszczołę”. Stąd konieczność ręcznego zapylania kwiatów w niektórych miejscach na świecie, np. w chińskim Hanyuanie, gdzie pszczół nie ma już od ponad trzech dekad. Stąd szukanie substytutów i, między innymi w Polsce, projektowanie mechanicznych owadów. Pszczoły miodne odpowiadają za zapylanie 70-80% roślin owadopylnych, więc w przypadku katastrofy naturalnej, jaką byłoby ich całkowite wyginięcie, horrendalnie wzrosłyby ceny żywności, bo kwiaty warzyw i owoców należałoby zapylać ręcznie za pomocą cieniutkich pędzelków. Ta czarna wizja wcale nie jest nierealna – kilka tygodni temu na listę zagrożonych wpisano siedem gatunków pszczół występujących na Hawajach, ale i europejskie nie mają się najlepiej. Wśród „ludzkich” przyczyn CCD (colony collapse disorder, czyli zespół masowego ginięcia pszczół) wymienia się stosowanie środków chemicznych w rolnictwie, zanieczyszczenie powietrza i zbytnie eksploatowanie owadów. To jeden z wątków, które Lunde umieściła w swojej powieści – osadziła CCD (zaobserwowane już w 1918-1919) w historii rozgrywającej się w 2007 roku, w momencie kulminacji syndromu prowadzącej do ogromnych strat pszczelarzy. Widmo katastrofy naturalnej autorka umieściła jednak w tle, bo też właściwa fabuła śledzi losy trzech rodzin, których życie w jakiś sposób jest ze pszczołami związane. Powieść Lunde – nagrodzonej zresztą Norweską Nagrodą Księgarzy – konstrukcyjnie przypomina nieco Atlas chmur, jednak przeskakuje między zaledwie trzema wątkami. W 1852 przyrodnik William opracowuje projekt nowego ula mogącego zrewolucjonizować branżę, ale nie jest jedynym, który próbuje tego dokonać. W 2007 George próbuje namówić syna, by przejął po nim interes, podczas gdy na terenie Stanów Zjednoczonych zaczynają wymierać pszczoły. W 2098 Tao, będąca trybikiem w państwowej maszynie zaprzęgającej obywateli do pracy przy ręcznym zapylaniu, traci dziecko w niewyjaśnionych okolicznościach i próbuje je odnaleźć. Atmosferze nie brakuje różnych odcieni – motywu depresji, przedkładania społecznego zadowolenia nad szczęście jednostki w kraju totalitarnym, uderzających zmian pokoleniowych czy wreszcie nieuchronnej, nadciągającej powoli katastrofy naturalnej. Jednak każda z tych historii sprowadza się ostatecznie do relacji między bohaterami i ich dziećmi. W każdej z nich przewija się też pogoń za marzeniami, która ostatecznie zostaje z różnych powodów przerwana lub musi obrać inny tor. I tak William, wspierany przez córkę, musi zmierzyć się nie tylko z konkurentem, który przed nim stworzył i opatentował podobny projekt ula, ale także z rozczarowaniem własnym synem. George chciałby, by Tom kontynuował jego dzieło, ale ten początkowo wcale nie ma na to ochoty. Kiedy opuszczają go pszczoły – dzieci, które były posłuszne i kierowały się „wolą” roju, a nie, jak Tom, egoistycznym pragnieniem zostania pisarzem – przeżywa załamanie, co ostatecznie prowadzi do ponownego zdefiniowania relacji z synem. Również Tao nie czeka szczęśliwe zakończenie, przynajmniej nie z perspektywy jednostki. Mimo szaleńczej wyprawy do zrujnowanego Pekinu traci synka, stając się jednak nie tyle narodowym symbolem, ile nadzieją dla ludzkości. Fabuła wciąga, ale nieprzesadnie – mimo prostego, dopracowanego języka nie jest to powieść, od której nie można się oderwać. To jednak bardzo wartościowa literatura, która w dojrzały, nienachalny i pozbawiony moralizatorskiego tonu sposób przypomina, że ludzkość jest być może najbardziej dominującym i inteligentnym gatunkiem na Ziemi, ale nie jest gatunkiem samowystarczalnym. 18 listopada 2016 Recenzja w Portalu Księgarskim
  13. @DJUDEK Nic nie sądzi, nie czytała.
  14. Tak, Mike Carey porusza przeorany już wzdłuż i wszerz przez twórców wszelkiej maści temat zombie apokalipsy. Tak, nader często zdarza mu się korzystać z frustrujących, bo wytartych i naiwnych sformułowań. Tak, główna bohaterka irytuje od samego początku, ale nie w sposób, w jaki irytują dobrze zaprojektowani antybohaterowie, którym i tak kibicujemy do ostatniej strony. A jednak byłam zaintrygowana przez pierwszych kilkadziesiąt stron, bo... Problemem Pandory jest to, że jeśli zdradzę, która scena z początku podobała mi się najbardziej, pozbawię czytelnika jedynej prawdziwej przyjemności z czytania tej książki. Na szczęście nie zależy mi na tym, by ta ze wszech miar przeciętna powieść wpadła komukolwiek w ręce, zwłaszcza że na temat rozmaitych epidemii zmieniającej ludzi w bezmyślne kreatury napisano już tysiące stron oraz przeznaczono na to kilometry filmowej taśmy. Również Pandora – tytuł, który w zasadzie z treścią niewiele ma wspólnego, przez co dziwi mnie to, że Wydawnictwo Otwarte zrezygnowało z oryginalnego The Girl with all the Gifts – doczekała się w tym roku kinowej adaptacji, a rzeczona scena pojawia się w pierwszej połowie zwiastuna, więc czuję się rozgrzeszona. Dziewczynka siedząca w celi zostaje przykuta przez żołnierzy do specjalnego wózka i wyprowadzona – przy zachowaniu najwyższej ostrożności – do specjalnej sali. To pomieszczenie zaadaptowane na klasę, w której, po wypełnieniu jej podobnie unieruchomionymi dziećmi, odbywa się zwykła, wydawałoby się, lekcja. Nauczycielka traktuje uczniów z troską, co nie podoba się jednemu z żołnierzy. Zbliża się on do chłopca, zbliża rękę do jego twarzy i czeka. Po chwili mały Kenny przestaje się kontrolować: zaczyna się ślinić, prycha, kłapie zębami. Już w tym momencie, po zaledwie 20 stronach, nawet najmniej bystry czytelnik domyśla się, po co te wszystkie środki bezpieczeństwa. Grupa dzieciaków to tak naprawdę grupa Głodnych – bo takim mianem określa się tu zombie. Z przykrością stwierdzam, że to jedyny naprawdę intrygujący fragment. Po nim poziom fabuły znacznie się obniża i niestety nie wzrasta przez prawie 400 stron. Gdy dochodzi do sytuacji, w której grupka osób, w tym tytułowa Melanie, opuszcza placówkę, rozpoczyna się sztampowy scenariusz postapo, w którym bohaterowie – ciągle w drodze – zmuszeni są nieustannie się ukrywać i uzupełniać zapasy. Nie ma w tym nic odkrywczego, a poznawanie historii opisywanej z perspektywy różnych, mało interesujących postaci było tylko trochę mniej męczące niż moja wcześniejsza przygoda z Tengu. M.R. Carey zapewne bardzo chciałby, by Pandora nie była kolejną opowieścią o życiu po katastrofie, lecz o wartości ludzkiego życia, a także wewnętrznej walce, jaką toczy Melanie. Próbuje pokazywać jej jednocześnie człowieczą i zwierzęcą naturę (choćby ukazując, jak nieproszona oddala się od samochodu, by nie czuć zapachu ludzi w pobliżu i nie powodować zagrożenia), ale robi to bez pomysłu, a co gorsza, nie jest w stanie pociągnąć czytelnika za emocjonalne struny. Nie pomaga język, jakiego używa: wytarte środki wyrazu („Teraz Melanie ma dziesięć lat i skórę królewny z bajki, białą jak śnieg”), pozbawione polotu zdania pozbawione ciekawych spostrzeżeń (o zabawne nawet nie proszę, w końcu to zombie apokalipsa, więc musi być superpoważnie) czy zbędne, działające na szkodę całości sceny pokroju naprawdę słabego, niczym nieuzasadnionego wątku romansowego między osobami, które nawet się nie lubią. Najciekawszym, choć cichym bohaterem powieści był będący przyczyną apokalipsy grzyb, ale tego poznałam już i w grze The Last of Us, i w kinie przy okazji The Hallow, więc nieco mi się, nomen omen, przejadł. 29 października 2016 Recenzja w Portalu Księgarskim
  15. To nieodpowiedni temat do tego. Uderzaj do działu prenumeraty, np. tu: prenumerata.bauer.pl/contact-form.php