Jump to content

Tikajdo

Forumowicze
  • Content Count

    16
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About Tikajdo

  • Rank
    Hobbit

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  1. Forma się podoba(i to bardzo), dawaj więcej screenów i map( w tej materii podzielam zdanie Stillborna).
  2. Co do opisu "czwórki" - Roman był kuzynem Niko, nie bratem. A co do serii - grałem w dwójkę, trójkę, VC, SA oraz czwórkę, i czwórka jest dla mnie najlepszą częścią z tych, w które grałem.
  3. Realistyczne mechanizmy też umieją przykuć do monitora, warto przypomnieć takie Project Zomboid.
  4. Moim zdaniem ponura fabuła w GTA IV była czymś nowym w serii, jej odkrywanie sprawiało nieco większą frajdę niż rozbijanie się "joł joł ziomem" z San Andreas, Rockstar pokazał że umie zrobić fabułę nie polegającą na śmianiu się z głupot przy wtórze krzyków ludzi koszonych serią z Kałacha. Ale to moje osobiste zdanie, więc proszę o nie hejtowanie mnie ze względu na to, że polubiłem ponure klimaty GTA IV bardziej niż ziomalski styl SA.
  5. Chris szedł powoli drogą, żmudnie pokonując metr za metrem. Dowleczenie się do Pali odległej o zaledwie pół kilometra było dla niego katorgą w ten upał. Powolny chód w palącym słońcu spowodował wypicie przez Chrisa dwóch butelek z wodą, kiedy wreszcie na horyzoncie zaczęło majaczyć miasto. Ale nie był to miły widok. Jedna połowa Pali była spowita płomieniami, z drugiej połowy unosił się dym. Chris tego nie pojmował. Miało to być miejsce, gdzie obie frakcje obowiązywało zawieszenie broni, lecz z zaistniałej sytuacji wynikało że jedna z frakcji postanowiła zająć Palę dla siebie. Chris po chwili, skulony, wszedł do miasta od północnej strony. Widział martwych ludzi, słyszał rozpaczliwe krzyki osób, które resztkami sił próbowały utrzymać pozycję, widział cywili usiłujących uciec spod ognia do kościoła, z czego tylko nielicznym się to udawało. Chaos panował wszędzie. Teraz Chris zrozumiał, czemu taksówkarz nazwał to miasto "Legowiskiem Diabła". Chwila przedzierania się przez zaułki i unikanie świszczących we wszystkie strony kul doprowadziła Chrisa do małego hotelu, skąd nieliczni ludzie w wieku siedemnastu - dziewiętnastu lat próbowali odpędzić liczniejsze siły wroga, których ostrzał powodował coraz więcej zgonów po stronie broniących. - Wy nędzne szczury! - krzyczał murzyn zaczajony na balkonie, najwyraźniej dowódca - APR miało mieć pełną kontrolę nad Leboa - Sako i Palą, a Front wziąć Bowa - Seko! Jak chcecie łamać umowy, to nie zadzierajcie ze mną! - Co nam możesz zrobić, uliczny wypierdku? - odpowiedział inny facet, najwyraźniej sierżant Frontu - jedyne co robisz w kierunku obrony regionu, to werbowanie ulicznych śmieci z gangów to tej waszej "armii"! Wasze uzbrojenie to sam chłam, Front oferuje żołnierzom profesjonalne uzbrojenie! -A posiadacie może moździerze? - powiedział murzyn, i nie czekając na odpowiedź krzyknął z całych sił: ROZPOCZĄĆ OSTRZAŁ! - po czym rozpętało się piekło. Z małej odległości od miasta wzbiły się w powietrze rakiety z moździerzy. Żołnierze Frontu nie zdążyli rozpocząć ewakuacji, a po chwili wszystkie budynki zaczęły się sypać pod wpływem wybuchów. Chris, widząc w tym swoją jedyną szansę, biegł przed siebie do hotelu, mając nadzieje się tam schronić. Ale wtedy jakaś zbłąkana kula trafiła go w plecy, i jak długi runął na ziemię w lobby hotelu. Jego oczy spowiła czerń... Obudził się jakiś czas potem w pokoju hotelowym, z opatrzoną raną i murzynem dowodzącym siłami APR, siedzącego obok na krześle. - Jak można zauważyć, wpakowałeś się w niezłe tarapaty, przyjacielu. Jak się nazywasz? - Chris Idromeno, przyjechałem do Afryki by dołączyć do wojny po jednej ze stron. - Ach, nie mogłeś trafić lepiej! Jestem dowodzącym siłami APR w całym Leboa - Sako. Nazywam się Prosper Kouassi. Mógł to być omam słuchowy, ale Chris mógłby przysiąc, że po usłyszeniu nazwiska jeden z żołnierzy przechodzących obok pokoju powiedział "modo". - Cóż, Chris, zdecydowałeś już, do jakiej strony konfliktu dołączysz? - Nie, ponieważ nie wiem do końca, co oferuje chociaż jedna ze stron. - To ja ci wytłumaczę. APR to teraz słaba partia, pracują dla nas młodzi, w większości niedoświadczeni ludzie, więc nasze akcje dywersyjne to głównie ciche ataki na posterunki, zwiady, i ciche zabójstwa niewygodnych ludzi. Front zaś to cholernie silna partia, mająca doświadczonych ludzi i mnóstwo uzbrojenia. My posługujemy się głównie snajperkami, oni kałachami. Ich akcje to otwarta walka z często silniejszym liczebnie wrogiem, a ludzie Frontu polują też na uciekających z kraju cywili, by wsadzać ich do więzień, a potem wysyłać do przymusowych robót. My staramy się dać ludziom swobodę. Skoro wiesz już co nie co o obu grupach, pozostawiam wybór w twoich rękach. Osobiście widziałbym cię w szeregach APR, ale jak chcesz dołączyć do UFLL, to jedź na południe. Tam z pewnością znajdziesz ich sztab, bo dotychczasowy, który znajdował się w Pali, padł przez moździerze. Tak więc namyśl się dobrze Chris. Do(być może)zobaczenia. - powiedział Prosper, po czym wyszedł z pokoju, zostawiając Chrisa z dylematem w głowie. Tak więc, moi czytelnicy(o ile jakichś jeszcze mam)stajemy przed dość ważnym wyborem, od którego zależy, jak potoczy się historia. Tak więc zachęcam was do głosowania w komentarzach, do której grupy ma dołączyć Chris. PS:Wyjeżdżam na parę dni, więc będzie przerwa we wpisach. Do zobaczenia!
  6. OK, dzięki za dobre rady.
  7. Heh, mój kolega ściągał mając włożony do otwartego plecaka telefon, gdzie miał wszystko zapisane.
  8. Mi Mocno Pomocny zgadł Vaasa.
  9. Było to w 2008 roku, kiedy to w UAC(małym państwie w Afryce)rozgorzała wojna domowa toczona przez dwie partie: APR (Alliance for Popular Resistance - Sojusz na rzecz ludowego Ruchu Oporu), i UFLL(United Front for Liberation and Labour - Zjednoczony Front Wyzwolenia i Pracy). Obie partie poszukiwały chętnych do walki nie tylko na Czarnym Lądzie, ale i też na innych kontynentach. Do kraju przybyły tłumy ludzi gotowych walczyć dla APR lub UFLL, a wśród nich był nasz bohater - Chris Idromeno, pochodzący z Europy(nie podał dokładnego miejsca urodzenia w aktach), który z powodu kłopotów w ojczyźnie, uznał że uczestnictwo w konflikcie będzie lepsze niż areszt. Tak nasz bohater znalazł się na lotnisku, gdzie żołnierze sprawdzali dokumenty, a teraz przyszła kolej na Chrisa: - Imię i Nazwisko? - Chris Idromeno. - Wiek? - 23 lata. - Wykształcenie? - Pełne, w zeszłym roku absolwent Harvardu. Po skończeniu kontroli, Chris zgodnie z instrukcjami co do stawienia się w kraju, miał pojechać do centrum regionu kraju w którym się znajdował(znajdował się w Leboa - Sako) - czyli do Pali. Tak też uczynił, zmierzając w kierunku zaparkowanego Jeepa, pełniącego rolę taksówki. Dokąd jedziemy? - zapytał kierowca. - Do Pali. Byle szybko, zależy mi na jak najszybszym dojeździe. - Tak więc ruszajmy. Jechali tak w milczeniu przez pięć minut, kiedy uwagę Chrisa przykuł pożar okolicznego pola. - Ach tak, to wszystko przez tą cholerną suszę - powiedział kierowca - pożary trawią teraz dosłownie wszystko. Mój kuzyn miał Bungalow - Duże pole, mnóstwo zwierząt - bogacz. Pożar zniszczył wszystko. Akurat zbliżali się do posterunku Frontu, więc trzeba się było zatrzymać. - Dokąd jedziesz? - spytał się duży facet z wyróżniającym się ubiorem, najwyraźniej jakiś porucznik. - Wiozę tego młodzieńca do Pali. Przepuśćcie mnie, to w drodze powrotnej załatwię wam piwo. Lubicie piwo? Sądząc po minach niektórych, nawet bardzo. - Dobra możesz jechać. - Dziękuje panowie! Po przejechaniu sześciu kilometrów taksówkarz nagle się zatrzymał - OK, stąd idź na wprost, Pala jest pół kilometra stąd - Dlaczego nie pojedziesz bezpośrednio do niej? - Mam jechać do tego legowiska diabła? W życiu! - powiedział, po czym z głośnym piskiem opon(lub czegoś, co je zastępowało)odjechał w kierunku lotniska. I tak nasz bohater został sam na środku drogi prowadzącej do Pali. W głowie kotłowało mu się pytanie - Czemu Pala jest uważana za "Legowisko Diabła"? Na plakatach zapewniali, że jest to bogate miasto tętniące życiem. Pełen obaw, młody Idromeno ruszył w kierunku miasta. C.D.N
  10. Rozdział I El Paso Ray jechał powoli na koniu od miejsca pojedynku Charliem Whitmorem, zmierzając w kierunku miasta zwanego ''Słonecznym Miastem'', czyli El Paso. Możliwe że to tam udali się poszukiwani przez Raya ludzie, a przy okazji zajdzie się do szeryfa i powiadomi o miejscu pobytu ''pana'' Whitmora. Zawsze jakieś 40(lub 50, szeryf może dać więcej za żywego)dolarów do przodu. Oto na horyzoncie widać było już wspomniane miasto, zaś dojechanie do niego Ray obliczył na kwadrans. Po minięciu wspomnianego kwadransa Ray(a raczej koń na którym jechał)przekroczył bramę miasta. Było ono duże i tętniło życiem. Wokół rozstawieni byli wędrowni handlarze, nieliczni z tych którzy przeżyli ataki bandytów, zachwalając swe towary, którymi zwykle były rewolwery, owoce, amunicja, ubrania oraz alkohol. Na terenie większości miasta było też widać ludzi idących na pobór do armii, zaś przejeżdżając obok słyszał rozmowy niektórych: - Jamie spokojnie, o ile umiesz strzelać to przeżyjesz wszystkie bitwy. - Booker, jesteś pewny że chcesz się zaciągnąć? Przed sobą zaś nasz bohater widział biuro szeryfa, czyli miejsce do którego chciał się udać w pierwszej kolejności po wjeździe do miasta. W środku zastał starego mężczyznę z gwiazdą szeryfa za biurkiem, wertującego jakieś dokumenty - Przyszedłem odebrać nagrodę za przestępcę. - A jakiego konkretnie? - Charliego Whitmora. Po dłuższej krzątaninie szeryfowi udało się odnaleźć list gończy z wspomnianym rzezimieszkiem. - Hmm..nagroda to 40 dolarów. Masz jakiś dowód? - Trzy kilometry za miastem znajdziecie go żywego. - Ach, więc ten bandzior jeszcze żyje! No cóż, za żywego to mogę dać i 60 dolarów. Rayowi ten układ bardzo przypadł do gustu, więc odebrał nagrodę i ruszył w poszukiwaniu saloonu, czyli miejsca gdzie na pewno odnajdzie interesujące go informacje. Odnalazł go w centrum miasta. Po przekroczeniu progu nikt nie zwrócił na niego uwagi, ponieważ wszyscy byli zajęci własnymi sprawami. Podszedł do barmana i powiedział: - Potrzebuję informacji. - Ta, jasne. A o czym? - O przejeżdżających tu ostatnio grupach ludzi. Poszukuję grupy kierowanej przez wysokiego blondyna o długich włosach. - Hmm..kojarzę tę grupę. Zamówili tu duże zapasy, ponieważ czekała ich podróż do Socorro, do przebywającego kumpla tego blondyna, Carlosa. Podobno prowadzi najlepszy klub w całym mieście. - Dzięki, tyle chciałem wiedzieć. Lecz po chwili znów zapytał: - Nie znasz sposobu na szybki zarobek? - Pewnie! Wystarczy że wygrasz z tym gościem w rogu. Ray spojrzał w tamtą stronę, i zobaczył faceta, który wyglądał na lokalnego pijaczynę. - Jeśli padnie pod stół z przepicia szybciej niż ty, to wygrasz ustawioną przez siebie stawkę. - On posiada w ogóle jakieś pieniądze? - Blisko 1500 dolarów wygranych na takich zakładach. - Cóż, warto spróbować. Ray podszedł do ucieszonego(prawdopodobnie wygraną)mężczyzny, i powiedział, że chce się z nim zmierzyć. Ustalono kwotę wygranej na 500 dolarów, a pitym trunkiem była tequila. - Uważaj chłopcze! Mam łeb mocny jak beton! Za nic nie wygrasz! Nie wiedział nic o swoim przeciwniku, który trzy lata wcześniej, gdy miał 19 lat, wypił całe pięć dużych beczek wspomnianego wcześniej trunku. I tak, po około 20 kieliszkach(świadkowie upierają się wciąż przy 40)Ray wstał zwycięski od stołu zmierzając w kierunku bramy wyjazdowej z miasta, z zarobionymi w nim łącznie 560 dolarami. C.D.N
  11. Prolog Cz.2 Pojedynek Ray skądś znał ten głos. Kojarzył go z saloonu w Dawson w Jukonie. Był to głos pełen tryumfu, zwłaszcza gdy przeciwnik nie wiedział o tym, iż jest już na jego łasce. A mimo to pamiętał tegoż osobnika osobiście jako tchórza, który nie stronił od alkoholu i wyzywania kogo popadnie na pojedynek. Tak więc na pytanie odpowiedział: -Osobiście przyglądam się wynikom twojej jakże szlachetnej sztuce roznoszenia w pył niewinnych ludzi - powiedział, jednocześnie się odwracając, Nie mylił się co do tożsamości bandyty. Stał przed nim Charles Whitmore, jeden z tych, co uważają się za ważne osobistości, a są znani jedynie z listów gończych. On był jeszcze mniej ważny, ponieważ za jego głowę wyznaczono liche 40 dolarów nagrody. - A więc sądzisz że to ja zniszczyłem tą dostawę? - spytał wyraźnie urażony - Jesteś więc głupcem, ponieważ dokonali tego Regulatorzy, nie ja. -A ty przypadkiem nie jesteś w ich grupie jednym z watażków? W końcu w Jukonie byłeś ważną osobistością w tamtejszych ulicznych gangach.. Ray zauważył, iż osiągnął zamierzony efekt - Charlie był wściekły. Może i był bandytą, lecz honoru jego i rodziny nigdy nie pozwalał zbrukać(warto wspomnieć o zastrzeleniu przez niego człowieka, który uważał jego matkę - za młodu nazywaną ze względu na urodę''Kwiatem Jukonu'' - za nic niewartą ulicznicę. Teraz widział na jego twarzy tę samą co wtedy wściekłość. -A więc masz mnie za podrzędnego bandziora?! - jego wrzaski zdawały się być słyszane w całym stanie - za mordercę, nieliczącego się z ludzkim życiem?! Dość tego! Wyzywam cię na pojedynek. Ray od razu się zgodził, ponieważ Charlie miał zwykle informację na temat każdej grupy, która tędy przejeżdżała, więc mógł wiedzieć też, dokąd udali się Regulatorzy. Trzeba przyznać, miał chłopak fantazję-czas do rozpoczęcia pojedynku odliczała wylewająca się z butelki Tequila.W tym samym czasie Ray bił się z myślami - zabić go i zgarnąć pieniądze(sumka niewielka, ale jednak), czy też tylko go okaleczyć i dostać informację o poszukiwanych przez niego ludziach. Wtedy też wylały się ostatnie dwie krople, i Ray błyskawicznie podjął decyzję - wyszarpnął rewolwer zza pasa, i(niezbyt specjalnie celując)strzelił Whitmorowi w obojczyk. Reakcja była natychmiastowa - Charlie prawie strzelił Rayowi w głowę, ale kula która trafiła go w obojczyk skierowała rękę w bok, przez co strzelił w ziemię, a następnie upadł. Wtedy nasz bohater podszedł do lezącego nieszczęśnika, i spytał: -Wiesz może, dokąd pojechali Regulatorzy? Charlie, mimo łez w oczach i chwili bez oddechu wreszcie wydusił: -Nie wiem dokąd! Nie wiem! Widziałem tylko, jak jechali w kierunku El Paso! Tam zacznij szukać! Ale, błagam cię, nie zabijaj mnie! Nasz bohater właśnie rozważał tę kwestię, kiedy zobaczył wystający Charliemu z kieszeni pozłacany zegarek kieszonkowy -Ładny zegarek. Komu go ukradłeś? -Przysięgam, nikomu! -A więc jest całkowicie twój? Po tym jak Whitmore tylko kiwnął głową, Ray, jak gdyby nigdy nic, wziął ów zegarek. -Ej, nie zostawiaj mnie tu! -Spokojnie. Jeszcze dziś poślę po ciebie oddział szeryfa, nie bój się. Zostawiwszy tak osłupiałego Charliego, Ray skalkulował szybko ostatnie wydarzenia - Wiedział mniej-więcej, gdzie udali się Regulatorzy, pokonał bandytę, którego w Jukonie nie ujął(z powodu lenistwa policji)nikt, a do tego zdobył ładny zegarek. Tak, z pewnością Marzec 1880 roku zapowiadał się co najmniej dobrze. C.D.N
  12. Witam. Ja jestem Tikajdo, i napisałem wstęp do opowiedzenia utrzymanej w konwencji Dzikiego Zachodu historii. Tak więc zaczynajmy! Prolog, czyli kto z kim. -To już trzecia karawana w ciągu tygodnia-powiedział Ray, przyglądając się temu, co zostało z konwoju wiozącego wodę do El Paso.-Cholerni Regulatorzy i ten ich Billy the Kid! Właśnie.Billy the Kid był sprawcą tych napadów, które spowodowały nagły brak wody w okolicznych miastach Teksasu.Ray sam odczuł też działalność Kida na własnej skórze, ponieważ został przez niego kiedyś niemalże zabity w pojedynku, a tym samym pozbawiony honoru oraz wożonego przez niego ładunku z przyprawami.Teraz, skuszony nagrodą 5 tysięcy dolarów za jego głowę wyznaczoną przez Pata Garretta, Podążał jego śladem, a tropem były wieści o napadach na karawany, które urządzali Regulatorzy. Wtedy też Ray zauważył coś, czego wcześniej nie było na pogorzelisku-mianowicie flaszkę z tequilą.Zdziwiony bohater podszedł do niej, nie rozumiejąc niczego.Wtedy to tył jego głowy dotknęła zimna stal, a męski głos spytał się go-A co tu robimy przy pogorzelisku z karawany? C.D.N w części drugiej prologu, pod tytułem: Pojedynek. Pozdrawiam, Tikajdo.
×
×
  • Create New...