Jump to content

fanthomas212

Akademia CD-Action [GAMMA]
  • Content Count

    58
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

fanthomas212 last won the day on November 15 2018

fanthomas212 had the most liked content!

Community Reputation

8 Neutralna

About fanthomas212

  • Rank
    Ork

Recent Profile Visitors

9,746 profile views
  1. Pierwszy polski slasher, czyli W lesie dziś nie zaśnie nikt, wypadł znacznie lepiej niż przypuszczałem. Zrobiony po amerykańsku, w nieco parodiowej konwencji, z dużą liczbą brutalnych scen i schematycznych zagrań, które weszły już do kanonu. Uprawiasz seks na odludziu? Giniesz. Rozdzielacie się? No to już po was. Jesteś dziewicą i uosobieniem wszelakich cnót? W pojedynkę pokonasz wszystkich uzbrojonych po zęby psycholi, którym Arnold Schwarzenegger nie dałby rady. I tak dalej. Oczywiście nie ma tu aż takich absurdów, twórcy raczej umiejętnie korzystają z dobrodziejstw gatunku. Antagoniści wyglądają odpowiednio paskudnie i są niezniszczalni, a sceny gore przyprawiają o mdłości. Czyli tak jak być powinno. Fabuła co prawda miejscami wpada w kicz, ale ogólny odbiór jest jak najbardziej pozytywny, przynajmniej jeśli patrzymy z perspektywy widza, który do tej pory w polskich realiach nia miał możliwości oglądać nic podobnego i nadal nie jest znudzony slasherowymi schematami. W przypadku Until Dawn jest podobnie, również mamy do czynienia z grupą nierozważnych nastolatków, zapuszczających się na odludzie, gdzie grasują psychole i inne maszkary. Dostajemy tu dość szeroki wachlarz motywów z horrorów, a z każdą kolejną minutą pojawiają się nowe zawijasy fabularne, zmieniające odbiór pewnych kwestii. W odróżnieniu od klasyki tutaj mogą przeżyć wszyscy główni bohaterowie, także ci typowani jako pierwsi do odstrzału. Albo żadne z nich nie przetrwa, tak jak w powieści Agathy Christie o wiele mówiącym tytule " I nie było już nikogo". Książka ta jest tak naprawdę protoplastą slasherów i opisuje losy grupki bohaterów, z których jeden jest zabójcą i metodycznie eliminuje pozostałych. Wracając do Until Dawn, łatwo tu przywiązać się do bohaterów, bo nie wiemy, które konkretnie decyzje spowodują czyjąś śmierć. Nawet dziewice nie mają taryfy ulgowej. Trzeba uważać i niech ręka nam nie zadrży w żadnym momencie, gdyż zdarzają się chwile, gdy należy trzymać pada w kompletnym bezruchu, jeśli nie chcemy by bohater został przerobiony na mielonkę. Grafika wypada nieźle, aczkolwiek przez większą część gry poruszamy się po słabo oświetlonych lokacjach, dlatego nie ma możliwości docenić jej w pełnym słońcu. Poza licznymi jump scare'ami brakuje konkretniejszego klimatu grozy, fabuła momentami zaskakuje, często jednak bardzo mocno jedzie na schematach, sterowanie zaś w momentach, gdy przejmujemy kontrolę nad bohaterami jest dość toporne, niczym w starych Residentach czy Silent Hillach. No i jeśli ktoś nie lubi interaktywnych filmów, gdzie gry w grze jest stosunkowo mało albo klimaty Piły niekoniecznie przypadają mu do gustu, może czuć się zawiedziony. Sam liczyłem na nieco więcej. Ocena gry 8/10
  2. Na razie cisza na temat kolejnych części więc nie wiadomo kto czyje pomysły tym razem zapożyczy
  3. Złodzieje nie mają lekko. Nikt ich nie lubi, a do tego wykonują mocno stresującą robotę. A już kompletnie przerąbane, gdy muszą rabować w mieście o nazwie Miasto, ponurym niczym Gotham i pełnym strażników z wyjątkowo niską tolerancją wobec przestępców. To mój pierwszy Thief, dlatego też pewnie jestem daleki od plucia jadem w kierunku tej części. Czytałem różne opinie, głównie negatywne. Według mnie to całkiem udana skradanka z mrocznym klimatem. Do tego tania jak zupka z proszku. Oczywiście nie wszystko wyszło jak trzeba, ale ideały nie istnieją. Steampunk w grach wciąż jeszcze nie został mocno wyeksploatowany, dlatego każda gra w tych klimatach cieszy. Thief bardzo mocno przypomina mi Dishonored, tylko bez magicznych mocy, co wiąże się ze znacznym zubożeniem możliwości podejścia do problemów. Walka z grupą przeciwników jest z góry skazana na porażkę, bo nasz mieczyk to dla wrogów co najwyżej wykałaczka, dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem pozostaje trzymanie się zacienionych miejsc i nie wychylanie nosa zza osłony. W końcu to skradanka i o to głównie w nich chodzi. Dostać się w miejsca pełne wrogów i przeżyć, przemykając za plecami, gdy tylko nikt nie widzi i kradnąc wszytko, co tylko się da. W naszym ekwipunku oprócz jedzenia, odnawiającego część zdrowia, mamy także sporo różnych rodzajów strzał. Na przykład wodne do gaszenia pochodni, ogniowe do podpalania przedmiotów, czy linowe do tworzenia punktów wspinaczkowych. Oprócz standardowych wrogów lepiej lub mniej opancerzonych, można spotkać też ślepe stwory, reagujące wyłącznie na dźwięk, co zmienia nieco podejście do zabawy. Do tego uważne patrzenie pod stopy wymuszają liczne pułapki, trzeba też zwracać uwagę na psy i ptaki w klatkach, wyjątkowo czułe na wszelkie hałasy. Odwiedzamy dość zróżnicowane i ciekawe miejscówki, takie jak burdele, rezydencje szalonych bogaczy, czy ociekające horrorem szpitale psychiatryczne. Ogólnie jest co robić, bo oprócz wątku głównego czekają jeszcze liczne zadania poboczne, ale trzeba to lubić. Chyba nawet za dużo tego, zwłaszcza gratów do zebrania, bo w pewnym momemcie po prostu odechciało mi się grać. Liczę, że wróci mi energia i platyna wpadnie, ale daleka do tego droga. Ogólnie gra nie jest zła, ale i też nie rewelacyjna, bo i grafika taka sobie, sama rozgrywka też z czasem się nudzi, a jak ktoś nie lubi skradanek to już w ogóle ma pod górkę. Ja lubię. Co prawda zbieranie każdej błyskotki czy lizanie ścian w poszukiwaniu ukrytych pomieszczeń to już dla mnie za dużo, ale dla możliwości odwiedzenia klimatycznych miejscówek i satysfakcji z bycia cichym pacyfistą warto zagrać w tę gierkę. Wkrótce zabieram się za inne pozycje bardziej lub mniej skradankowe czyli między innymi Metal Gear Solid V i Deus Ex Mankind Divided. Zobaczymy jak tam rozwiązano problematykę cichego działania. Ocena 7/10
  4. Aż do premiery zrebootowanego Tomb Raidera nie byłem fanem przygód panny Croft, żenskiej wersji Indiany Jonesa z piersiami w rozmiarze XXL. W końcu jednak przyszedł ten dzień, gdy skuszony krwawymi trailerami i przykuwającą oko grafiką oraz ładną buzią głównej bohaterki trafiłem do tropikalnego raju dla kanibali i innych dziwolągów. Jak się okazało mroczniejszy klimat i zwrot w kierunku unchartedowej widowiskowości był strzałem w dziesiątkę. Taki był Tomb Raider, a jak sprawy aię mają z kontynuacją? Początkowo piałem z zachwytu, nie mogąc oderwać się od gry. Co prawda rzucających się w oczy nowości raczej nie uświadczyłem. Całość wygląda tak jak poprzedniczka, z podobnie rozłożonymi akcentami. Od czasu do czasu Lara widowiskowo ginie na dziesiątki różnych sposobów, powracają wspinaczki, balansowanie nad przepaściami, huśtanie na linach, skradanie się, strzelaniny, zagadki i dynamiczne sekwencje, w których dzieje się dużo i głośno. W jedynkę (tę nową) grałem już jakiś czas temu, ale mam wrażenie, że fabuła była tam lepsza, a klimat horroru bardziej mi podpasował. Rise of TR to bardziej klasyczna przygodowa konwencja, niestety z nadmiernym patosem i schematami. Historia kompletnie do mnie nie trafiła, brakowało jej chyba świeżości poprzedniczki, a drugie wejście do tej samej rzeki nie zawsze jest przyjemne. Jako większy fan skradania niż strzelania, cieszyłem się z możliwości przejścia wielu etapów możliwie jak najciszej i ciekawego patentu z oznaczaniem innymi kolorami przeciwników, którzy widzą się nawzajem. Strzela się średnio, dlatego skradanie wygrywa, aczkolwiek wymiany ognia też bywają emocjonujące. Szkoda tylko, że rodzajów przeciwników jest tak mało. Sekwencje platformowe i zagadki środowiskowe również wypadają całkiem nieźle, aczkolwiek im bliżej końca, tym bardziej byłem znużony formułą rozgrywki. Chyba źródełko nowości w tej części wyschło zdecydowanie za szybko. Do grafiki się na pewno nie przyczepię, choć jeśli chodzi o lokacje wolałbym większe zróznicowanie. Niestety Syberia przegrywa z tropikami. Śnieg, śnieg i dla odmiany trochę więcej śniegu. Za to końcowa lokacja, czyli miasto pod lodem zdecydowanie nadrabia zaległości w temacie epickości. Podsumowując niestety gra podobała mi się mniej od Tomb Raidera w wersji zrebootowanej, natomiast wciąż milion razy bardziej niż stare odsłony serii. Przede mną jeszcze Shadow of Tomb Raider i... No właśnie, co dalej? Ocena 7,5/10
  5. Czasem przy kawie, papierosie i alkoholu nachodzą mnie różne dziwne refleksje. Na przykład dlaczego jedne tytuły zdobywają światowy rozgłos, a inne przepadają w otchłani niepamięci. Odłóżmy te przemyślenia na bok i skupmy się na grze, która pojawiła się na moim dysku znikąd, a została na bardzo długo. Zainstalowałem ją na próbę, bo ważyła tylko sześć gigabajtów. Chciałem dowiedzieć się w końcu, gdzie tkwi cała magia gatunku battle royale. I wpadłem, przepadłem. Od dawna wiedziałem, że największym mankamentem tego rodzaju zabawy jest długie oczekiwanie na odrodzenie. To nie deathmatch, gdzie jeszcze nie dotkniemy ziemi po zgonie, a już strzelamy do kolejnych wrogów. Tu śmierć jest bardziej definitywna, dlatego trzeba walczyć o przetrwanie, zdobyć jak najlepszy sprzęt i liczyć na szczęście oraz własne umiejętności. Pojawiają się emocje, stres i nerwowe wymachiwanie padem. Czyli ogólnie świetna zabawa. Czekanie nie jest fajne, ale to w zasadzie jedyny minus battle royale. Na pierwszy rzut oka Realm Royale wygląda jak Fortnite osadzony w realiach fantasy. I trudno się z tym nie zgodzić. Król gatunku dorobił się sporej ilości klonów, ale to dobrze, bo jak ktoś nie lubi budować... A więc lądujemy w klimatach fantasy - zamki, magowie i czary, ale na szczęście nie ma tu żadnej fabuły o elfach, smokach i innych pierdach, a historię naszych widowiskowych zgonów tworzymy sobie każdorazowo sami. Poza wystrzelaniem wszystkich i przeżyciem ważną rolę odgrywa kuźnia, przy której ulepsza się broń lub tworzy nową. Jeśli ze skrzynek nie wypadnie nam nic ciekawego, zawsze można samemu coś skonstruować. Do tego dochodzą różne umiejętności specjalne w rodzaju szybkiego leczenia, rażenia wrogów prądem, czy podpalania. Od czasu do czasu w losowych miejscach na mapie ląduje skrzynia z wypasionym sprzętem, a po okolicy szwendają się gobliny niosące w worku legendarne przedmioty. Wystarczy tylko je upolować. Realm Royale to akurat pierwsza strzelanka, w którą na padzie grało mi się naprawdę przyjemnie. No i to jest jej największa zaleta. Frajda płynąca z rozgrywki. Można grać zarówno solo, w duecie, jak i w kwartecie. Osobiście lubię coopy, dlatego też najczęściej grałem w drużynie. Do tego mamy większą szansę na odrodzenie, gdyż przy kuźniach można wskrzeszać poległych kamratów. To jeden z tych battle royale, gdzie ginie się więcej niż raz. I można zostać kurczakiem. Gra ma też oczywiście wady, ale nie jest to nic szczególnie upierdliwego. Ot, czasem się zawiesi. Oprócz tego jak każda nastawiona na rozgrywkę z żywymi graczami strzelanka, potrafi sfrustrować, gdy zginie się tuż po dotknięciu ziemi i nie ma się żadnego sprzętu do obrony albo po prostu ktoś jest "mistrzem FPS-ów" i zabija jednym celnym strzałem w kolano. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek inne battle royale wciągnęło mnie na dłużej, choć chciałbym się mylić. Ogromnych rozmiarów COD-a Warzone na pewno w najbliższym czasie nie zainstaluję, w Fortnite nie podoba mi się budowanie, a Apex Legends na razie średnio przypadł mi do gustu. Dam jednak wszystkim szansę. Kiedyś. Na razie Realm Royale wygrało. Spędziłem przy nim ponad sto godzin, splatynowałem i dalej mi mało. Ocena 9/10 Aha, jest jeszcze świeżutki Hyper Scape... Draństwo od Ubisoftu wywala mi błąd przy ekranie startowym. Niestety, bo wygląda naprawdę przyzwoicie.
  6. Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że to dziwna bijatyka, w której naprzeciw siebie stają niedźwiedź i panda z torebką na ramieniu. Po zagłębieniu się w niuanse systemu walki, stwierdzam jednak, że pod wieloma względami to lepsza gra od Mortala i Injustice. I najgrzeczniejsza, pomimo obecności Negana i jego pały oraz podskakujących kobiecych piersi. Zacznijmy od multiplayera, czyli głównego dania większości bijatyk. Nie jest tu tak kolorowo jak sugerowałoby menu główne. Mamy co prawda trzy tryby zabawy online, ale tak naprawdę tylko w meczach rankingowych można w miarę szybko znaleźć chętnych do walki. Quick Match i Turnieje są jakby pomijane przez graczy. Często zdarza się też zrywanie połączenia, a niektórzy przeciwnicy mają tendencję do uciekania przed końcem walki. Widocznie boją się moich nieziemskich umiejętności. W sumie szkoda, że w bijatyki gra tak mało osób, wszyscy pewnie siedzą teraz w battle royalach. Oczywiście jest jeszcze lokalne multi, ale trzeba spełnić dodatkowe warunki i mieć drugiego pada i jakichś znajomych. Jeśli ktoś nie posiada żadnego z powyższych, ani Internetu, Tekken ma też co nieco do zaoferowania. Najciekawszym trybem dla lubiących walczyć z komputerem jest Treasure Battle, w którym za wygrane walki otrzymujemy elementy strojów dla naszych wojowników. Czasem naprawdę dziwaczne elementy w rodzaju nakrycia głowy w kształcie drzewa, ale jak mówiłem to japońska gra, a pewna doza szaleństwa urozmaica zabawę. Kolejnym punktem w menu jest kampania, czy też Story Mode. Fabularnie średnie, dwie trzecie zawartości to filmiki, przetykane mało emocjonującymi walkami. Z Injustice nie ma co porównywać. Ot taki tryb, jak komuś się inne znudziły. Na deser można sobie zostawić Arcade, czyli serię pojedynków zakończoną starciem z bossem. Jest też oczywiście tryb treningowy, z mnóstwem ustawień, gdzie można poćwiczyć przed spotkaniem z bardziej lub mniej żywym graczem. Dla tekkenowych maniaków twórcy udostępnili filmiki i muzykę z wszystkich dotychczasowych części, co mnie jednak średnio interesuje. A tak się dziwiłem czemu ta gra zajmuje na dysku ponad 50 gigabajtów. Tekken ma też jedną z łatwiejszych platyn. Mi udało się ją zdobyć po kilkunastu godzinach dobrej zabawy. Nawet dość dużo nie przeklinałem. Podsumowując gra oferuje kilkadziesiąt postaci, część z nich standardowo jedynie do kupienia za grube pieniądze w formie DLC, kilkanaście różnorodnych aren i sporo rzeczy do odblokowania. Fani bijatyk na pewno się nie zawiodą, o ile przymkną oko na średnią grafikę i znajdą kompanów do wspólnej gry. 8/10
  7. Od czasu pierwszego Call of Juarez czekałem na dobry interaktywny western. W zasadzie go dostałem. I nie jestem zadowolony. Dawno dawno temu GTA San Andreas rozbiło bank, pozamiatało i zmiażdżyło każdą inną grę z otwartym światem, jaka odważyła się stanąć z nim w szranki. Kolejnym takim kamieniem milowym było GTA V, które zrzuciło starego króla sandboksów z Żelaznego Tronu, nawet nie mówiąc przepraszam. RDR 2 nie przeskoczyło wysoko zawieszonej poprzeczki, a pod pewnymi względami wywróciło się w czasie biegu i mocno poobijało. Co poszło nie tak? Po pierwsze fabuła. Poza spaghetti westernami w zasadzie ten gatunek dla mnie nie istnieje. Niestety historia w nowym Redzie Deadzie jest średnia, praktycznie w żadnym momencie nie byłem zainteresowany i nie siedziałem na skraju fotela, obgryzając palce z nerwów. Taka raczej klasyka antywesternów, bez fajerwerków. Momentami bardzo nudna. Tak, zwłaszcza przy okazji śnieżnego prologu. No ale cóż, taka specyfika gatunku. Brakowało mi też jakiegoś wyrazistego czarnego charakteru, a jak wiadomo bez niego zazwyczaj się nie obejdzie i fabuła dużo traci. Idźmy dalej po tej suchej, jałowej ziemi, pośród kanionów i... Stop! Nie tym razem. Krajobrazy są bardziej urozmaicone niż śniło się Karolowi Mayowi. To akurat spora zaletą. Zaczynamy od śnieżnych krain północy, przemierzamy góry, lasy, rzeki, stepy akermańskie, zadymione metropolie, zakurzone wiochy na krańcu świata, bagna i mokradła, na kaktusach w tyłku kończąc. Świat gry może nie jest niewyobrażalnie duży, ale wystarczający by kilka razy zakląć i splunąć, kiedy okazuje się, że na szybką podróż nas nie stać albo nasz koń dokonał żywota, zderzając się z drzewem na jakimś zadupiu, gdzie niedźwiedź mówi dobranoc. Piękne krajobrazy rekompenują jednak pewne braki i od czasu do czasu ma się ochotę strzelić screenshota w samo południe. Grafika prezentuje się naprawdę dobrze, aczkolwiek szczęka z zadziwienia mi nie wpadła do toalety. Niestety misje zazwyczaj są od siebie oddalone o jeden most za daleko i po zakończeniu jednej trzeba przygotować się na kilka lub kilkanaście minut jazdy, co bynajmniej nie raduje, a jedynie frustruje. Koń to nie samochód i szybko się męczy, brakuje mu paliwa i musi co jakiś czas podładować akumulator. By poruszać się szybciej trzeba wyrobić nawyk obsesyjno-kompulsywnego wciskania określonego przycisku na padzie, co po pewnym czasie skutkuje zespołem cieśni nadgarstka u gracza i pianą na pysku u naszego wierzchowca z napędem na cztery kopyta. Terenowe autko by się przydało, czy coś w ten deseń. Co do strzelanin, które pojawiają się w przerwach pomiędzy jazdą i strzelaninami, nie powodują żadnych ekstatycznych doznań. Nie wiem jak na pecetowej myszce, ale na padzie gra się średnio. Ogólnie RDR 2 jest dla mnie największym rozczarowaniem od... zawsze. Miałem zapewne wygórowane wymagania, ale bardzo mocno zawiodłem się na sporej liczbie rzeczy, które po prostu irytują. Gra ma momenty, ale... Nie wiem, może po prostu powinienem w to grać na pececie, z modami i tak dalej albo zostać przy GTA 5 i nie kręcić nosem. Hmmm...Chyba kowboje i rozboje to jednak nie moje klimaty. Ocena 5/10
  8. Czy remaster (a może nawet remake) gry wydanej około 15 lat temu na PlayStation 2 ma jakiekolwiek szanse w starciu z nowoczesnymi produkcjami? Owszem, ale na pewno nie jest to pozycja dla każdego. Przede wszystkim to nie gra, w której akcja leci na łeb, na szyję, a z każdego krzaczka wyskakuje coś ciekawego. Tutaj świat jest wyjątkowo pusty, nie ma setek znaczników, tysięcy znajdziek, czy rozbudowanych questów. W zasadzie jesteśmy tylko my i nasz koń. No i jeszcze Kolosy. Z nimi jednak sobie nie pogadamy, bo naszym celem jest ich zgładzić. Gra składa się więc głównie z eksploracji świata, a więc wyszukiwania drogi do kolejnego bossa i walki z nim. Kolosy zaś robią wrażenie. Przede wszystkim są naprawdę duże (ale nie aż tak jak na przykład Kronos w God of War) i wizualnie odpowiednio zróżnicowane. Latające robale, pływające węgorze, dostojnie kroczący rycerze, stukające kopytkami konio-cosie, nacierające z furią tygryso-dziki, plujące magmą żółwie oraz podobny do reszty, a jednak inny Finałowy Boss. Sposób na nich jest zawsze ten sam. Należy się dostać do specjalnie oznaczonego punktu na ciele przeciwnika i kilka razy dziabnąć dryblasa w czułe miejsce. Zanim wespniemy się po cielsku olbrzyma, trzeba znaleźć sposób by nad poziomy wylecieć, a konkretnie by wskoczyć na grzbiet Kolosa, a potem się na nim utrzymać. Mamy bowiem specjalny pasek wytrzymałości, który kurczy się w czasie wspinaczki. I wszystko byłoby piękne, ale... Walki są niekiedy frustrujące, bo często składają się z kilku jednakowych faz, a więc wskocz, wspinaj się i uderzaj, aż spadniesz i znów będziesz mógł zrobić to samo. Do tego dochodzi kiepskie sterowanie, zwłaszcza strzelanie z łuku, a nasz niezłomny bohater po upadku wstaje przez kilkanaście sekund, prawie na tyle długo by znów dostać strzała od nadgorliwego bossa i ponownie zaliczyć glebę. Taki jednak urok dawnych gier i albo się to akceptuje, albo nie. Fabuła jest enigmatyczna niczym w soulsach, więcej trzeba się domyślać, niż zostanie powiedziane, co akurat mi się podoba. Tajemniczy głos, ruiny budowli podobne do świątyń południowoamerykańskich, ładne widoki, Czarne Dymy (aż mi się Lost przypomniał) i przede wszystkim specyficzny klimat, którego próżno szukać w innych produkcjach. Ogólnie jednak gra do której po jednokrotnym przejściu nie chce mi się wracać. Intrygująca, ale i momentami frustrująca. 7/10
  9. Nie lubię mechów, dlatego miałem przeczucie, że Titanfall może nie trafić w moje gusta. Jedynkę pominąłem, ale z uwagi na singla dołożonego w dwójce postanowiłem się przemóc i wskoczyłem do zaskakująco interesującego świata s.f. Całkiem dobra kampania co chwilę przypominała mi inną grę. Na początku Crysisa, potem Call od Duty Infinite Warfare, jeszcze później Somę i inne mroczne s.f., a gdy dostałem w swoje śliskie od potu i innych wydzielin łapska urządzenie do zabaw z czasem, nagle skojarzyło mi się to wszystko z Prince of Persia Warrior Within. W Titanfallu też dużo biegamy po ścianach, skaczemy i przełączamy się w locie pomiędzy ponurym tu i teraz, a tętniącym życiem tam i wtedy. Wybuchowe zakończenie w sam raz pobudza zainteresowanie na myśl o Titanfallu 3 czy innym Apexie. Do tego dochodzą akcenty humorystyczne, zwłaszcza w rozmowach z tytanem, niezłe strzelanie, dużo róznych gadżetów i broni, zróżnicowana rozgrywka, ładna grafika i w miarę intrygująca fabuła. Aż nachodzi ochota poczytać, czy obejrzeć coś w klimatach science fiction. Multi natomiast już tak zaskakująco dobre nie jest. Początkowo nie mogłem się odnaleźć w tym całym chaosie. Zdecydowanie wolę klasyczne deatchmatche, dlatego rzadko zasiadałem za sterami powolnego tytana. Niestety pod koniec rundy wszyscy praktycznie siedzą w mechach i nie ma do kogo strzelać. Pozostaje tylko biegać pomiędzy gigantami próbując nie zginąć. Nie załapałem do końca bakcyla, bo i dużo nie grałem. W każdym razie fanem nawalania się tytanów po czerepach nie jestem, futurystyczne mapy też mnie do końca nie przekonały. Końcowa ocena 8/10. Źle nie było. Kampania interesująca, za to multi takie sobie i ciężko się wciągnąć na dłużej. Mimo wszystko naprawdę warto, zwłaszcza jeśli jest się fanem dużych robotów.
  10. God of War się zmienił. Mówi mi to woda. Mówi mi to ziemia. Wyczytałem o tym w recenzjach i dowiedziałem z niepewnych źródeł. A co najważniejsze doświadczyłem tego na własnej skórze. Czy zmienił sie na lepsze? Nie jestem do końca przekonany. Gra ponownie składa się głównie z walki, eksploracji i zagadek. Co do tego pierwszego grało mi się całkiem przyjemnie, aczkolwiek do geniuszu trochę zabrakło. Topór ma kilka ciekawych bajerów, natomiast znacznie przyjemniej mieli się wrogów pojawiającymi się dość późno Ostrzami Chaosu. Najgorsze jednak, że grę znacznie okrojono z epickości. Nie ma już ogromnych przeciwników, na których można by uprawiać wspinaczkę, natomiast minibossowie powtarzają się zdecydowanie zbyt często. Znacznie lepiej wypadają potyczki ze zwykłymi przeciwnikami, którzy wraz z przechodzeniem do kolejnych lokacji znacznie się zmieniają. Z czasem można też odblokować nowe ataki, co urozmaica walkę. Graficznie to najładniejsza gra, z jaką miałem do czynienia na PS4. Momentami szczęka opada, niestety w wyniku tych fajerwerków konsola czasami nie wyrabia. Fabuła zrobiła się momentami bardzo patetyczna i ogólnie smutnawa, choć umiejętnie łączy mity i szybką akcję z chwilami zadumy. Zdarzają się jednak chwile, kiedy tęskni się do starszych części, bardziej odjechanych i widowiskowych. Po zakończeniu wątku głównego zostaje jeszcze sporo do zrobienia. W zasadzie pewnie drugie tyle. Dużo lokacji trzeba odkryć na własną rękę, przy okazji wykonując zadania poboczne zlecane przez krasnoludy i duchy poległych. Poza tym jest masa zbieractwa, co znacznie utrudnia zdobycie platyny. Polega ono głównie na frustrującym wracaniu po własnych śladach i przeczesywaniu lokacji z lupą w ręku. Co prawda dostajemy możliwość szybkiej podróży, ale to nie całkiem otwarty świat i do celu zazwyczaj prowadzi tylko jedna ścieżka, co sprawia, że trzeba trochę pośmigać po znanych miejscówkach. Do tego dochodzą próby Muspelheimu, czyli seria wkurzających i nudnych wyzwań tylko dla wytrwałych oraz bardzo trudne walki z Walkiriami. Jest więc co robić, problem polega jednak na tym, że naprawdę trzeba lubić tę grę by spędzać z nią nadmiarową ilość czasu. Niestety mi aż tak bardzo się nie podobało. Czegoś mi tutaj zabrakło, może większej dawki szaleństwa. Umiarkowanie czekam na część drugą, za to z chęcią zobaczyłbym nowego Assasin's Creeda osadzonego w czasach wikingów, o którym się od jakiegoś czasu plotkuje. Ocena 7/10
  11. Myślałem, że po Odyssey powrót do starych Asasynów będzie przeżyciem hamletowskim, a pytanie grać albo nie grać (bo na przykład szkoda czasu) będzie mi się non stop tłukło po głowie. Na szczęscie po raz kolejny wszedłem do tej samej rzeki i dałem się porwać nurtowi przygody bez kręcenia nosem. Wszystko tu jest znajome, a misje zdają się odtwarzać schematy znane od lat. Punkty synchronizacji, skoki do wozów z sianem, walka, skradanie, kogoś trzeba dogonić, kogoś innego przegonić, a od czasu do czasu wyeliminować jakiegoś złego Templariusza metodą cicho-sza. Poza tym jest jeszcze masa pierdółek do znalezienia i powtarzalnych zadań do wykonania. Z nowinek dostajemy linkę z hakiem, która mi akurat przypadła do gustu, bo nieco zróżnicowała i usprawniła bieganie po dachach i wspinanie na budynki. No i mamy okazję zagościć w najbardziej interesującym i klimatycznym mieście w serii. To Londyn. Nocą owiany dymem i spowity w mroku, rozświetlanym tylko lampami gazowymi, zaś za dnia zróżnicowany, cieszący oczy ładnymi widokami i zachęcający do zwiedzania. Immersja się udała Ubisoftowi. Spacery po parkach, alejkach i ulicach jeszcze nigdy mnie tak nie zaintrygowały. Wątek główny i poboczne są niestety jak zwykle takie sobie. Spotkać można Darwina, Marksa, Dickensa i inne mniej lub bardziej znane osoby, a wątki historyczne znów zmiksowano z fantastyką i konfliktem Asów i Templarsów. Po raz kolejny stary i dobry (?) Asasyn, przy ktorym fani będą się dobrze bawić. Natomiast nie-fani odbiją sie tak samo jak od każdej innej części, bo w zasadzie zmiany w kwestii rozgrywki są raczej kosmetyczne. Świetny Londyn, dobra gra, aczkolwiek apetyt spada w miarę grania, zapewne z powodu zbytniej powtarzalności. 8/10
  12. Kiedy z całej gry w pamięć zapada tylko zakończenie to chyba nie jest dobrze. Po kolei jednak. Zapraszam do świata neo-kowbojów, sekciarzy palących Bagienne Ziele i traperów tańczących z wilkami. Far Cry 5 kusił mnie wizją dzikiej Ameryki, lasów pełnych zwierząt do odstrzelenia i stawów ze złotymi rybkami, a także grupą psycholi na miarę Vaasa. Po części to właśnie dostałem, bo „piątka” to składanka wielu różnych rzeczy z poprzednich części i w zasadzie klasyczna gra Ubisoftu z dużym, otwartym światem, historią osadzoną we w miarę realistycznym otoczeniu i kiepską fabułą. Ta ostatnia poza zakończeniem i początkiem, dającym nadzieję na więcej ciekawych rzeczy, jest strasznie rozwodniona. To jak Dr House, gdzie mamy fabułę dla poszczególnych odcinków (tu – zadań pobocznych), ale w jakiś konkretny sposób się one ze sobą nie łączą. Niektóre z tych zadań są co prawda dość popieprzone, a więc na swój sposób zabawne (mam co prawda nieco skrzywione poczucie humoru) jak na przykład ucinanie byczych jąder tuż po kopulacji, z których zostanie przyrządzony miejscowy przysmak, czy zbieranie przedmiotów z kosmosu dla faceta, który na koniec wyparuje.Problem pojawia się, gdy te wszystkie zadania po paru godzinach już nie bawią, a zaczynają nudzić. Główną atrakcją serii jest otwarty świat z dużą ilością rzeczy do zbierania, polowaniami, wędkowaniem i szukaniem skarbów w skrytkach prepperskich. Zawsze można też po prostu się powłóczyć po okolicy i poodkrywać nowe miejsca. Jest jeszcze coop i multi, ale one raczej pogarszają ogólny odbiór, zwłaszcza dla fanów trofeów, zmuszonych brodzić w masie badziewia stworzonego przez gimnazjalistów-programistów w czasie szkolnej przerwy. Nie ma w tym frajdy, nawet granie na mapach Ubisoftu jest po prostu nudne i chaotyczne. Coopa nie miałem okazji przetestować, bo nie ma opcji matchmakingu. Koniec końców znudził mnie ten Far Cry, rozczarował (wątek sekciarzy totalnie spartolono) i w zasadzie dostałem po raz trzeci to samo, tylko w innym opakowaniu. Plus za spluwy do wynajęcia, czyli towarzyszy o różnorakich talentach i niedźwiedzia Cheeseburgera. 7-/10
  13. Teoretycznie Odyseja to najlepsza odsłona cyklu, jednak czy to nadal stary dobry Asasyn? Tego nie jestem do końca pewien, a kolejne części mogą mieć tyle wspólnego z serią co pierwszy Assasin’s Creed z Prince of Persia. Wtedy też chciano zrewolucjonizować formułę i narodził się nowy tytuł. Czy Odyssey to faktycznie pewna rewolucja w serii? (Zaznaczam, że w Origins jeszcze nie grałem, ale wygląda ono bardzo podobnie, co zaczyna mnie niepokoić). No to zobaczmy. Wspinanie się, bieganie po dachach, skoki wiary? Są. Coś tam o Prekursorach? Jest. Historia pomieszana z fikcją? Obecna. No ale dobra, gdzie są asasyni i templariusze? Pewnie po skończeniu wątku głównego i ograniu Origins trochę mi się rozjaśni, ale do tego daleko, bo ta gra jest tak ogromna, ze już mi się znudziła. To już nie formuła GTA, gdzie po zakończeniu jednej misji można było zaczynać następną, a dużo większe zapożyczenie z RPG-ów. Dlatego nie da się szybko przebiec przez wątek główny, bo czeka nas mozolny grind. Ciągle mamy o kilka poziomów za mało by kontynuować opowieść, więc trzeba wykonywać zadania poboczne, bardzo powtarzalne i kompletnie bez ikry. Trochę szkoda, bo fabuła mi się przez to jakoś rozmemłała, choć sama w sobie jest z grubsza taka sama jak we wcześniejszych odsłonach. No i to czego najbardziej się obawiałem – pływanie statkami i walki na morzu. Tak, powrócił koszmarnie nudny element Black Flag. Na szczęście nie trzeba co drugą misję zasiadać za sterami, dostając choroby morskiej, ale kiedy gra już do tego zmusza zaczynam żałować, że nie gram w Unity. Przejdźmy do pozytywów. Otwarty świat. W końcu to główny powód do nazwania tej części najlepszą. Mamy całą Grecję, dziesiątki, a może i setki wysp, a ja jako urodzony podróżnik-domator ochoczo wyruszyłem w świat. I co odkryłem? Masę rzeczy do roboty. Niestety większości nie da się ruszyć, bo zdarzają się miejsca, gdzie zwykłe koguty (a la te z Sekiro) mogą nas zabić, a co dopiero łucznicy, czy opancerzeni po zęby najemnicy. Trochę brakuje większego zróżnicowania krajobrazów, ale to w końcu nie kolejna kraina fantasy, gdzie można dać dosłownie wszystko. Walory historyczno-geograficzne muszą wystarczyć. Walka niby przypomina soulsową, ale tak naprawdę wcale nie. Po prostu nie czułem tego co tam, choć wałczyło mi się nieco lepiej niż w Wiedźminie, czy innym Skyrimie. Są „combosy”, drzewko umiejętności, twardzi przeciwnicy. No, fajnie, fajnie. Wzorem Cienia Mordoru dostajemy listę najemników do skoszenia, Czcicieli Kosmosa do wyeliminowania i ogólnie masę innych przeciwników do zlikwidowania. Ta gra pęka w szwach od zawartości (co prawda nie zawsze interesującej), co sprawia, że droga do platyny wydaje się tak odległa jak moje wakacje wśród lesbijek na Lesbos. Jest masa znajdziek (warto zbierać enigmatyczne ostrakony, bo zawierają zagadkowe informacje, gdzie szukać kolejnej znajdźki, czyli grawerunków), romansów, legendarnych zwierząt i mitycznych potworów do ubicia oraz dużo dużo więcej. Jest co robić. Ode mnie 9/10
  14. Odrodzony - Yahargul to najczęściej odwiedzana przeze mnie lokacja w grze, głównie dlatego, że non stop ktoś tam dzwoni po pomoc. Siłą rzeczy więc z Odrodzonym musiałem również wielokrotnie się zmierzyć. To chyba najbrzydszy boss w grze, u którego nawet ręce mają nogi. Warto więc w te nogi ostro nawalać, nie przejmując się zbytnio nadlatującymi z góry ognistymi kulami. Boss jednak posiada dwa silne ataki, jeden to zabierający sporo życia rozbłysk gdzieś w połowie walki, drugi to wydzielanie zatruwającego śluzu. Poza tym raczej niegroźny przeciwnik. Mroczna Bestia Paarl - w sumie za bardzo się jej nie przyjrzałem, ale całkiem fajnie wyglądający przeciwnik, zadający "piorunujące" ataki i bardzo wrażliwy w okolicy tylnych łap. Do tego lepiej ukryty niż na przykład Odrodzony Micolash - wnerwiająca walka, zwłaszcza że przeciwnik poczatkowo przed nami cuieka, potem znika i stosuje różne nieudczciwe sztuczki pokroju nasyłania armii szkieletów, czy atakowania mackami. Nie podobało mi się, podobnie jak z Romem, kwestia gustu Gwiezdny Emisariusz - Górny Rewir Katedralny to miejscówka wypełniona silnymi przeciwnikami i "czarownicami" wysysajacymi Wgląd, więc bezproblemowe dotarcie do bossa nie jest łatwe, ale warto bo moim zdaniem to NAJLEPSZA WALKA W BLOODBORNE. Otóż początkowo nie wiadomo dokładnie gdzie jest boss, trzeba go odszukać pośród masy drobnicy, potem, rośnie on do niebagatelnych rozmiarów, a sam jego wygląd bardzo mi się spodobał (nieważne, że wygląda jak jeden z przeciwników spotykanych w czasie normalnej gry), a po pewnym czasie jeszcze trochę się zmienia i atakuje z oddali. Walka bardzo mi się podobałą (ale to kwestia gustu) Ebrietas - ślimako-pąklo-ośmiornico-coś, nazywane często najtrudniejszym bossem w grze. W sumie zwykłe ataki nie są tak miażdżące jak swego rodzaju kosmiczny promień, który po prostu rozwala na łopatki nawet silną postać i trudno przed nim umknąć. Do tego dochodzą ataki wywołujące szał, więc trzeba mieć pod ręką środki uspokajające. Myślę, że jak ktoś nie może to warto zadzwonić, bo walka nie jest jakaś megasatysfakcjonująca. Amygdala - pająkopodobne stworzenie z mackami na głowie, czyli jestem na tak. Walka nie była jakoś przesadnie skomplikowana, wystarczy wleźć jej między nogi mocno bijąc i mieć nadzieję, że nie zwali się na gracza w czasie podskoków. Mamka Mergo - ta walka mi się podobała, przeciwnik jest odpowiednio groteskowy, ma wiele ramion z ostrzami, którymi szybko wymachuje i potrafi przywoływać klony. Jak na prawie ostatniego bossa w grze całkiem spoko. Gehrman - niby gość na wóżku, a jak wstanie to zmiażdży gracza swoją szybkością i agresją. Taki powrót do walki z Ojcem Gascoignem, tylko odpowiednio trudniejszy. Można się poczatkowo sfrustrować. Trochę szkoda, że boss nie zmienia postaci w połowie tak jak Gascoigne i nie przemienia się w jakieś ohydne monstrum. To byłoby fajne. Obecność Księżyca - "najostatniejszy" boss w grze, w dodatku bardzo mocno opcjonalny, ale na pewno nie najtrudniejszy. Jest odpowiednio dziwaczny, czaem blokuje możliwość leczenia się, a jeden z jego megaataków zabiera cały pasek życia (które można odzyskać metodą regainingu, więc nie warto stać z boku i chować się za krzaczkiem). Druga połowa gry ma lepszych bossów? Chyba tak.
  15. Może akurat ktoś znajdzie coś dla siebie ;P
×
×
  • Create New...