Jump to content

adamuss21

Forumowicze
  • Content Count

    6
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About adamuss21

  • Birthday 11/21/1979

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  • Konfiguracja komputera
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array
  1. Witam poraz kolejny.Dziś postanowiłem popracować nad treścią "Pękniętego czasu" i mam nadzieję że niedługo po porawkach(dzięki za komentarz, ale nie jestem dyslektykiem, to poprostu pośpiech i niechlujstwo), ujrzy światło dzienne.Chciałbym znów, kontynując mój mały cykl, przedstawić kolejny absurd, który dotknął mnie osobiście, a zasługuje na komentarz.Postanowiłem więc stworzyć S.Z.A.M.B.O.Smutne Zestawienie Anomalii Malutkich Bezmózgich Obszczymurków. Od razu na wstępie chciałbym zadać pytanie, czym jest powołanie?Zaistniała bowiem sytuacja dotyczy sfery nie rozerwalnie z tym związanej.Zabolało mnie to tym bardziej że narażona została osoba, jedna z trzech, które są najbliżej mojego serca.Otóż, zostając ojcem, i po przewiezieniu w końcu córki do domu, będąc szczęśliwym człowiekiem(córka urodziła się przedwcześnie), wszystko powoli zaczeło się układać tak jak powinno.Jednak problemy które są jak wiadomo nie odłączną częścią ludzkiej egzystencji, pojawiły się szybko, nie pozwalając utrzymać uśmiechu na twarzy.Tego samego dnia, kilka godzin później, pojawiły się pierwsze problemy.Pamiętam jak dziś narastający niepokój i strach którego nieczułem nigdy wcześniej.W takiej sytuacji opanowanie staje się sztuką, której nie da się wytrenować.Mimo wszystko, jakoś udało się zorganizować transport i patrząc na rozpaloną od gorączki córkę, powtarzając jak mantre, że wszystko będzie dobrze, powoli dotarliśmy na szpitalną izbę przyjęć.To co usłyszałem od tej kobiety, nie lekarza ponieważ lekarz by tak nie postąpił a biały kitel nic na niej nie znaczył,wbiło mnie w glebę i wywołał agresję. Dziecko miało kilkatygodni, było rozpalone i bardzo słabe a ta sz.......prosi o jakieś skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu czy coś w ten deseń. Na nic nie pomogły tłumaczenia, groźby, prośby a nawet widok mojej półprzytomnej córki..... LEKARZ KTÓRY WYKONUJE ZAWÓD Z POWOŁANIA ODMÓWIŁ POMOCY BO NIE MIELIŚMY KAWAŁKA P...........PAPIERKA. Oglądając podobne sytuacje w telewizji przez moment nawet nie pomyślałbym że spotka mnie to samo.Rzeczywistość to nie Leśna Góra z lekarzami jak ideał.Tu nie ma doktora Burskiego, który oddaje krew co miesiąc, jest na liście dawców szpiku kostnego i za własne pieniądze sponsoruje drogie operacje obcym ludziom.To chora nieuleczalnie ciemna strona ludzkiego wynaturzenia, na które brakuje słów by oddać całe okrucieństwo.Dla mnie cała sytuacja skończyła się dobrze.A ten pseudolekarz dalej pracuje w tym szpitalu i życie toczy się dalej.....W moim szambie to gó.....śmierdzi najbardziej.
  2. Witam ponownie.Jest godzina 22:30.Pomyślałem że może to dobra pora na kilka zdań, na kilka wyrzutów... Kiedy absurd goni absurd, rzeczywistość siłą rzeczy także staje się absurdem.Chciałbym tu, w tym miejscu ogłosić listę anomalii społecznościowych, które są jak komary.Zabijasz, a mimo to, jest ich coraz więcej.Dziś usłyszałem a jestem trochę w tyle z wiadomościami, o pewnej pani i jej najlepszym przyjacielu, psie imieniem...Właśnie niedokońca pamiętam jego imię,choć to główny bohater pierwszego absurdu, na mojej liście skarg i zażaleń.Otóż, ta pani mimo pustynnego upału z miną damy dworu,tak oto tłumaczyła się z uporem żuczka gnojowniczka, dlaczego zamkneła biednego czworonoga w piekarniku na czterech kołach.Nie zacytuje dokładnie, aczkolwiek sens czy raczej bezsens jej wypowiedzi nie pozostawi żadnych wątpliwości co do używalności mózgu. -Nic mu niebędzie(przypominam o strasznym upale)ponieważ(tu pada imię)JEST CIEPŁOLUBNY. Zaraz potem ukazuje się wideo pieska z wywalonym jęzorem, który jakby mógł wypiłby płyn ze spryskiwaczy.Pytam, czy ktoś tej pani zabronił używać mózgu?Bo jeśli tak to przepraszam i wychodzę. Jeśli jednak się mylę, to tu i teraz właśnie w tym miejscu śmiem twierdzić a mam na to dowód w postaci wypowiedzi tej pani, że iloraz inteligencji, ów damy jest równy lub mniejszy od rozmiaru jej zapewne drogich butów.Tak to widzę.I jeszcze na sam koniec apeluje do wszystkich bezmózgich, niepełnosprytnych głąbów:JEŚLI BĘDĘ ŚWIADKIEM TAKIEJ SCENY, POPROSU ROZ.........SZYBĘ. Na mojej nowo otwrtej liście przyznaje pani pierwszą, siłą rzeczy lokatę, i życzę dalszych postępów w leczniu.
  3. Witam ponownie po dość długiej przerwie.Postanowiłem wziąć sobie do serca komentarze aż całe dwa po moim ostatnim wpisie i już w krótce postaram się o ciąg dalszy "Pękniętego czasu". Dziś jednak odejdę od tematu i chciałbym ukazać mój punkt widzenia i to nie zależnie od siedzenia. Nie da się ukryć i to smutna prawda że mimo otaczającego mnie, nas, lasu rąk uniesionych w odpowiedzi na pytanie, kto ma wszystko w dupie, ja ręki nie podniosę.Po prostu mi wstyd. Uświadamiając sobie pewnej oświeconej chwili że żyję w świecie w którym jest pięćdziesiątosiem smaków żarcia dla kota, a na świecie dziesiątki tysięcy ludzi umiera z głodu, poczułem wstyd. Mimo woli stałem się obserwatorem, wyłapywaczem ludzkich wypaczeń.Dla mnie czas zatoczył koło. Idąc drogą ewolucji, staliśmy się ludźmi.Ale teraz będąc już u szczytu łańcucha, stajemy się znów zwierzętami.Inteligentnymi zabójcami.Mordercami własnych braci.W wymyślaniu sposobów uśmiercania, nie mamy sobie równych.Gratulacje i pierwsza nagroda za innwencję twórczą.W piekle już zacierają ręce.Czy cel zawsze musi uświęcać środki?Nie sądzę.Wszycy obiecują mi złote góry, a ja widzę tylko pagórki z tombaku,gdy stawiam "x"w kratce, obok kandydata na cokolwiek.Wmawiają mi że to mój obowiązek.Ok.Zgoda.Więc robię to tylko z obowiązku, mając na uwadze brak jakichkolwiek zmian.A gdy nagle zapala się gdzieś w mroku światełko,okazuje się że to pędzący pociąg bez hamulców z pijanym motorniczym.Jest mi wstyd.Wstyd, gdy patrze na krzyż,a na nim nie ma już Jezusa,tylko "s"z dwoma kreskami.Pamiętam taki napis, wczesnoraczkujące polskie graffiti tuż nad drzwiami sklepu monopolowego.Cytuje"Tu wódka jest bogiem, wiara w boga, nałogiem".Parafrazując ten jakże głęboki choć szczerze uczciwy tekst,mogę z całą pewnością powiedzieć, patrząc na wszystko dookoła."Tu pieniądz jest bogiem, a wiara w boga, nałogiem".Nie jeden boski kapłan z tzw"powołania"mógłby sobie zrobić nalepkę z takim tekstem i z dumą przykleić na zderzaku, funkel, nie śmiganej, beemki siódemki.Bóg chyba ucioł sobie drzemkę, a nam pozostaje się modlić żeby tylko się nie obudził...
  4. adamuss21

    Dzięki

    Dzięki bardzo za komentarze.Wezmę sobie je do serca.Wiem, że moja obecna forma nie jest najlepsza i długa droga przed nią, niemniej postaram się o jej lepszą stronę następnym razem.
  5. Ból rozdarł mu pierś,zabierając przy tym całe powietrze.Łzy zaszkliły oczy a pot pokrył twarz.Piach przylgnął do policzków i wdarł się w oczy,zniekształcając obraz i tak już zamglonej sylwetki. Jeden wdech.Jeden wydech.Jeden wdech,jeden wydech.Powoli.W tępej ciszy panującej wokół,hałas tańczył w jego głowie.Widział swoją krew i poczuł swój pot zmieszny ze łazmi.Gorzki i cierpki. -Przywitaj się z nim.Poznaj go.Czuj i zaakceptuj.Pogódż się z jego obecnością. Będzie z tobą zawsze. Był z tobą od zawsze i będziez tobą do konca..-stłumione słowa docierały powoli do jego umysłu układając się w zrozumiałą całość.Zamglona sylwetka,wysokiej,dobrze zbudowanej postaci krążyła wokól Toa niczym sęp nad padliną.Padliną którą bez wątpienia był a przynajmniej tak się teraz czuł.Potężny zamach i trzask łamanej kości wbił się w powietrze w towarzystwie wrzasku.Miecz wypadł mu z dłoni. -Czujesz to?.Napewno więc jeszcze wiesz że żyjesz.-dodała postać nadal krążąca wokół leżacego w kałuży własnej krwi i wymiocin Toa.Ostatkami sił spojrzał w niebo.Ciepłe i spokojne.Łagodne i jakby uśpione,nagle rozerwało swą błękitną powłokę i wylało się snami z dzieciństwa , bezpiecznego domu w Ga?a.Wystrzeliło zapachem znajomych potraw,szumem kołysanych wiatrem drzew,skrzypnięciem drzwi w chacie w których pojawiał się ojciec z sarną na ramieniu,i chwilami gdy wszyscy razem przy kominku wśród trzaskających płomieni zajadali dziciznę w skupieniu i ciszy.Powoli odpływał w stronę domu,wabiony odpoczynkiem i spokojem,niesiony tchnieniem wiatru,który wypełniał żagle jego śmierci,wprost ku bramą wieczności.Potężne dłonie chwyciły jego ciało.Bezwładne i ociężałe.Przeciwnik zbliżył swoją z oraną bliznami twarz do zmasakrowanej maski Toa. -Nie daj mu o sobie zapomnieć.Pamiętaj to twoja chwila Tygrysie.Nad ta przepaścią Najwyższy rzucił kości w grze o twoje życie.Podejmij grę-Krzyk przeszedł w kontrolowany wrzask. -Nie zawiedź mnie,nie zawiedź mnie...-słowa odbijane echem niosły się wokoł Toa.Powieki powoli zamykały światło gdzieś na zewnątrz a mrok wdzierał się w umysł stępiony bólem i gniewem.Gdy dusza odrywa się od ciała,otaczający spokój koi rozerwaną pustkę niczym dotyk matki.Powoli zaczął się unosić,lekki jak płatek śniegu,porwany wiatrem początku i końca. Niewidoczna,jednak obecna,czyjaś piękna i delikatna dłoń objeła Toa jak najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, z miłością i czułością kochanej mamy a jednocześnie surowością i prawością ojca.Mozaika obrazów przeplatanych czasem i zdarzeniami które pamiętał i takimi o których pamiętać nie mógł,przewijały się tworząc całość nazywaną życiem.Bez słów i gestów,rozumiał wszystko a jednocześnie był zagubiony w niewiedzy.Dwa wykluczające się wzajemnie aspekty żądzące życiem tak odmienne i inne, tu,w jakiś sposób osiągneły harmonię.Spojrzał na istotę płynącą obok.Nim zdążył zadać pytanie,jedne z miliona,już poznawał odpowiedź.Bez szeptu ,w prost do serca.Aksamitny korytarz,w jakiś dziwny sposób miekki i delikatny,niczym puch boskich kołder,powoli rozszerzał swe granice i wdali można już było dostrzec tajemnicze światło.Pociągające i wzywające.Uśmiech dobroci nie znikał z ust smukłej,przystojnej istoty a jej łagodność była niemal namacalna. Spojrzał za siebie.Nie byli tu sami.Za nimi w równych odstępach,parami maszerowali a raczej płyneli inni. -Tak.Usłyszał,choć nie padły tu żadne słowa.Tutaj nie były potrzebne. -Jesteś na początku swej drogi.Nazywacie to śmiercią i niesprawiedliwą karą,zapominając że to nagroda i nowa podróż w niekończącą się historię. -Tak to prawda,jednak śmierć to tylko chwila gdy dusza musi zostać oddzielona od marnej cielesnej powłoki.Nie jest nigdy końcem.Ma miliony twarzy tak jak są miliony sposobów na jej przywołanie.Jest zwiastunem wiecznego światła,choć mroczne ma oblicze. -Dowiesz się się wszystkiego mój przyjacielu.Tak. Dziwna mistyczna rozmowa trwała chwilę,a może mineła cała wieczność,lub niskończenie długo,a wieczność była tylko momentem jak uderzenie serca.Tu zatarły się wszelkie granice. Nagle przystaneli,a z mgły przed nimi wydobył się krąg światła,wirując i kreśląc blaskiem pytania i odpowiedzi,przybierając raz groźne szkarłatne jak brudna,zanieczyszczona krew odcienie,by po chwili błękitem głebszym niż niebo,strzelać,pokrywając cień szkarłatu,niebieskim blaskiem.Istota,choć niematerialna drgneła,a jej dłonie rozżarzyły się jak węgle w ogniu.Wszystko znikło jak sen,nagle, i jak po przebudzeniu gdy za oknami panuje jeszcze księżyc a świece się nie palą,został tylko mrok w nicości, czymkolwiek bybyła. Przed nimi,najpierw bardzo małe gdzieś daleko,dwa świecące punkty,bardzo widoczne mimo odległości,biegły beztrosko jak dzieci w swym bezpiecznym czasie uwolnionym od jakichkolwiek trosk.Przez moment wydawało się że słyszy nawet śmiech i krzyk małych urwisów zapomnianych w zabawie.Spojrzał na istotę.Już nie była tym co przedstawiała ułamek czasu wstecz.Jej łagodna,rzeźbiona dobrocią twarz,zniekształciła swe oblicze w groźny,bezimienny grymas.Zielone i głebokie,perłowoszkliste oczy teraz zioneły czernią,a oczodoły wydawały się studnią pozbawioną dna.Radość i krzyk powoli zamieniały się w pomruk i zawodzenie. Dwa tajemnicze przedmioty nienaturalnie szybko zbliżały się w ich stronę,wbijając się w w mrok jak stal w ciało wroga.Świst przeszył strzałą czas zamnknięty w miejscu nienazwanym lub nazywanym często choć niezawsze tak samo.Dłoń która go obejmowała,teraz juz pozbawiona powłoki,ukazała wylizaną do czystości prawdę,nie obejmowała a tylko martwo spoczywała na ramieniu.Śmiech szaleńca opętanego mordem i zawiścią zerwał łańcuchy i kulawo w takt histerii rozpoczoł taniec ,w deszczu krwi i smrodu rozkładających się i pogrzebanych nadziei.Uwolnione plugastwo otoczyło Toa bawiąc się w grozę i strach.Białe,wielkie tłuste glisty nażarte ziemskimi grzechami,pełzły zostawiając za sobą ropnokrwiste ślady złych uczynków ,złamanych obietnic,sprzedanych zasad.Z pustych oczodołów sączyło się robactwo,wylewjąc się wprost na pękające wrzody które ukazały się pod brudną szatą istoty lub czymś czym było.Spod stóp wypełzły przebijając smolistą powłokę bezkształtne i pozbawione skóry ludzkie pogryzione rozkładające się ciała.Las kikutów pozbawionych skóry,wystrzelił tworząc coś na kształt piekielnego ogrodu.Wielki i otyły wąż siedzący na swym tronie złożonym z ludzkich kości żarł i tył coraz bardziej połykając niegodziwości i plugastwa zrodzone z wolnej woli.Przed oczami przewijał mu się obraz ludzkiego zezwierzecenia.W jego głowę wciskaly się obrazy od których nie mógł oderwać oczu,choć nie mógł na nie patrzeć.Pozbawiony powiek,oprowadzany po ścieżkach przemocy,gwałtu,mordu,szedł drogą wprost do szalaństwa.Zbliżali się coraz bardziej do granic,za którymi istnieje już tylko ciemność. -ści.....ci......one,,,,,ętaj....pa.....ętaj.-zbitek słów odbijał się od niewidzialnych ścian wiercąc i próbując dostać się w błądzący rozum,Toa.Dwa tajemnicze punkty zbliżyły się dostatecznie blisko i z łatwością można było dostrzec,podobieństwo do.....właśnie. -osci......one...pam....iętaj....ętaj....aj....aj...-postrzępione kawałki słów,wirowały wokół.Staneli.Istota powoli odwracała swą zakrwiawioną maskę jednocześnie wydając z siebie coś na kształt zadławionego,toczonego chorobą smiechu.Obiekty raz po raz przybliżały się to znów oddalały,jarząc się coraz bardziej.Znów zamajaczyło się znajomym kształtem,i było na wyciągnięcie rozumu. -ości....zos....ały ....ejmi....ejmi....re....g....re. Błysk oślepił Toa.Rozbił się w jego głowie,jak dwa tajemnicze przedmioty,które teraz już rozpoznał.Coś drgneło.Starucha,patrząc swym martwym zwrokiem,dławiąc się śluzem krwią i ropą,próbowała jeszcze złapać Toa i wciągnąć go w otłchłań nicości,do swego ostatecznego domu.Wrzask zawodu wypełnił pustkę.Syk węża i płacz małego dziecka. -urghh...choooodź.....-zadławiony bulgot staruchy,wypłynął z ust razem z ropą. -Kości zostały rzucone.Kości zostały rzucone.Pamiętaj....Pamiętaj...Ucięte słowa krążyły gdzieś w przestrzeni,próbując zagłuszyć bełkot i skamlanie. -Uchrrg,,,Jesssstesss mójjjjj.-Wyciągnięta dłoń,próbowała złapać Toaraz jeszcze,gdy nagle skulona odsuneła się jak oparzona,kurcząc się i skwiercząc. -Pamiętam.Pamiętam-Krzyk wybuchł.Cała swoją mocą i pragnieniem powrotu. -To nie mój czas starucho.To nie mój czas. Z wyciągniętymi rękoma,na kolanach w otoczeniu koszmaru i cieni,pragnienie zostało zaspokojone.Przez smolistą czeluść dwie dłonie złapały Toa i wyrwały śmierci,oszukując przeznaczenie.Pisk i skowyt dusił i zakładał pętle rozpaczy i gniwu,nienawiści i zazdrości. Wszystko to było już bez znaczenia.Niebo zalało dolinę i znów poczuł wiatr na policzkach. Cudowniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.Życie zatrumfowało tu na urwisku,gdzie oddech i szept śmierci jest słyszalny jak nigdzie indziej w Wielkim Trójkącie. Ciężkie powieki z trudem otwierały świat skąpany w słońcu.Pulsujący ból złamanej kończyny pomagał wrócić do żywych.Suchość w ustach przywodziła na myśl rozległe piaski ziem niczyich.Spalonych i jałowych niczym przedsionek piekła.Wytarł twarz.Powoli i z trudem.Jedna sprawna ręka ograniczała ruchy,mimo to mozolnie z bólem rozdzierającym wnętrze znalazła oparcie.Znów dało się słyszeć ptaki wysoko nad głową i trzask fal łamiących się o skały urwiska.Wszystko wracało.Drżące nogi z trudem utrzymywały równowagę.Każdemu wdechowi towarzyszył świst znów wydechowi ślina i resztki krwi.Odwrócił się w stronę doliny.Teraz nieoślepiany przez słońce dostrzgł postać powoli idącą w strone Droogfeas. Próbował krzyknąć jednak z ust dobył się tylko charkot i ślina zmieszna z krwią. Powoli.Kilka oddechów.Lekko zmrużył powieki.Próbował ustabilizować oddech,zbierając resztki sił które jeszcze drzemały.Dłoń powoli formowała się w pięść.Głowa unosiła ku błękitnemu niebu,usta łapały życie wypełniając palące płuca.Drżace nogi ugieły się, jednak wytrzymał.Przerwana cisza jak błyskawica wystrzeliła krzykiem płosząc ptactwo i hieny żerujące i czekające na kolejny posiłek. -Jestem.....Tygrysem.Jestem Tygrysem-Wybuchł, upadając na ziemię we własną niemoc. Świat zamknął się okrywając płachtą ciemności Toa skulonego i nieprzytomnego. Postać drgneła.Przystaneła.Ulga która zarysowała się na jej twarzy,przekształciła się w lekki uśmiech napełniony dumą.Odetchneła spokojem,odwracając w stronę Toa. -Wiedziałem że Ci się uda.Wiedziałem. Łza która spłynełą po policzku nie była oznaką słabości.Nie była wstydem.Tu na tym skrawku ziemi,pośród popiołów spalonych nadzieji Tygrys zwyciężył. Ruszył w stronę Toa,a dwie kości zasad tańczyły na jego szyi w takt kroków i brzęku stali. Za ewentualne błędy przepraszam.Czekam na opinię.Dzięki bardzo.
×
×
  • Create New...