Zapewne wiele osób przynajmniej ze słyszenia zna klasyki kinematografii światowej i potrafi, słysząc dany tytuł filmu, opowiedzieć co nieco na jego temat. "Pół żartem, pół serio", "Wszyscy ludzie prezydenta", "7 wspaniałych", "Hannibal", "7 pieczęć", "Psychoza" i wiele innych - nie trzeba oglądać danego filmu by kojarzyć, tak się wrósł w kulturę, że prędzej czy później dana osoba się natknie na nawiązania do niego. Podobnie jest z "Obywatelem Kane", arcydziełem Orsona Wellesa. Ale nie zamierzam pisać o tym filmie, opiszę inny.
Konkretnie, "Meet John Doe", na język polski przetłumaczone jako "Obywatel John Doe". Nie do końca podoba mi się to tłumaczenie ale nie jest najgorsze, szczególnie, że obraz wyreżyserowany przez Franka Caprę ("Arszenik i stare koronki") ma sporo podobieństw z "Obywatel Kane". Jednak nie jest tak znany jak film Wellesa. A szkoda. Oba powstały w tym samym roku, 1941, zatem ciężko sugerować, że jeden reżyser zgapiał od drugiego, ba ! premiera "Meet John Doe" miała miejsce półtora miesiąca wcześniej.
W rolach głównych zagrali: Gary Cooper ("W samo południe") jako bohater tytułowy oraz Barbara Stanwyck ("Podwójne ubezpieczenie"). Podobieństwa obu filmów nie kończą się na roku premiery ani na postaci magnata prasowego jaka pojawia się w filmie i ma spory wpływ na akcję oraz koncepcji zastosowanych w fabule. Nie chcę zdradzać zbyt wiele ale tych podobieństw jest nieco więcej, a pewne sceny są ponadczasowe i film nie stracił na aktualności.
Niezbyt mi się podobają plakaty do tego filmu ponieważ sugerują, że wątek romantyczny jest główną osią fabuły. To nieprawda. Jest w filmie, nie przeczę ale znajduje się przez większą część czasu na drugim planie i nie ma ani jednej sceny bezpośrednio z nim związanej (np. pocałunku).
Film zaczyna się od ruchu jaki wykonuje dziennikarka gazety "Bulletin", Ann Mitchell, zagrożona utratą pracy po zmianie właściciela. "New Bulletin" ma nową politykę i redukuje zatrudnienie (kapitalna scena zmiany tablicy przy wejściu do redakcji, warto zwrócić uwagę na napisy na starej i nowej). Ann w swoim ostatnim tekście tworzy więc postać Johna Doe, człowieka z ulicy, który "pisze list" w którym grozi samobójstwem w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w proteście przeciwko niesprawiedliwości, korupcji, biedzie, bezrobociu i innym społecznym plagom. W ten sposób, takim imieniem i nazwiskiem, oznaczane są w krajach anglosaskich osoby z nieznaną tożsamością ale ów przyszły samobójca jest w całości dziełem wyobraźni Mitchell. Dziennikarka przyznaje się redaktorowi naczelnemu i bez cienia wstydu proponuje kontynuować maskaradę i rozwijać to dalej. Ziarno pada na podatny grunt, ludzie, mający te same problemy co John Doe, kupują gazetę, konkurencyjna gazeta, "Chronicle" węszy ściemę ale nie może nic zrobić. Sprawa rozwija się tak bardzo, że trzeba znaleźć kogoś kto będzie grał Johna Doe. "List" JD poruszył serca, kobiety składają propozycje matrymonialne, padają propozycje pracy zatem wielu kandydatów zgłasza się do gazety twierdząc, że są autorami listu. Spośród nich zostaje wybrany jeden, który wcieli się w rolę Johna Doe, a cała sprawa nabiera jeszcze większego rozpędu i zatacza coraz szersze kręgi...
Myślicie, że opowiedziałem ponad połowę filmu? Błąd. Jak na nieco ponad dwie godziny, udało się zmieścić sporo, a fabuła jest spójna. Zastrzeżenia mam co do muzyki, zupełnie bezbarwna, ot jakieś tam melodie przewijające się przez film lub grane jako podkład do scen bez dialogów. Niestety, wpływa ona też na ocenę całości filmu ponieważ jest przejawem cechy charakterystycznej dla filmów Capry, optymistycznego rysu całości. Aktorzy grają dobrze, świetnie są dopasowani do swoich ról, dialogi na dobrym poziomie (monolog "Pułkownika" [na zdjęciu pierwszy z prawej] wart jest uwagi, sceny w których bohaterka grana przez Stanwyck przekonuje "Johna Doe" do swoich racji wypluwając słowa z prędkością karabinu maszynowego - również świetne) ale kuleje, jak wspomniałem, oprawa muzyczna i niestety, brakuje najistotniejszego elementu jaki mógł dopełnić układanki - goryczy. Nieco inne zakończenie, zmiana muzyki i mogło być arcydzieło. A wyszedł film "tylko" bardzo dobry. Widzom pozostaje jednak delektować się ukrytymi w tym dziele trafnymi, życiowymi spostrzeżeniami i zajrzeć trochę głębiej. Wcale nie patrzeć na ten film jak na odrobinę mniej utalentowanego brata "Obywatela Kane'a" gdyż "Meet John Doe" broni się po prostu sam.
Zazwyczaj nie daję ocen w swych recenzjach ale jeśli ktoś potrzebuje, proszę: 7 z dużym plusem to minimum. "Ósemkę" dałbym z czystym sumieniem gdyby nie zakończenie, a 9 byłoby (tyle dałem "Obywatel Kane") gdyby nadać temu filmowi trochę inny szlif.
- Czytaj dalej...
- 0 komentarzy
- 607 wyświetleń
