Skocz do zawartości

Rorschach

Forumowicze
  • Zawartość

    2803
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    1

Wpisy blogu napisane przez Rorschach

  1. Rorschach
    Ktoś, kto powiedział, że sport to zdrowie popełnił kardynalny błąd takich powiedzeń - zbytnie uproszczenie zagadnienia. Nie on/ona pierwszy/a i pewnie nie był to ostatni raz. Póki co, mogę dopowiedzieć: "dopóki zaangażowanie nie wynosi 100% i więcej". Prawdziwy Polak mądry po szkodzie, dlatego z dumą określając się tym mianem, leżę z uszkodzonym stawem skokowym i więzadłami i piszę takie sobie wpisy na blog. Sobie i takie sobie. Zanosi się, że lista tematów na wpisy szybko się wyczerpie. Ale po kolei.
    Byłem jakiś czas temu w bibliotece komiksowej - nic nadzwyczajnego, chyba, że weźmiemy pod uwagę to, że wiele ich w Polsce nie ma. Jednak myśląc o zakupionym przez internet egzemplarzu "Batman: Broken City" przypomniał mi się naczelny argument piratów instalujących na swych dyskach nielegalne kopie gier komputerowych. "Ściągnę, pogram, a jak się spodoba to może kupię". Owszem, onegdaj wypożyczyłem z wyżej wspomnianej biblioteki komiks "Batman: Rozbite Miasto" i spodobał mi się na tyle, że po jakimś czasie wyłożyłem pieniądze by mieć go w swej kolekcji. Było też tak, że przeczytawszy jakiś komiks, nie miałem ochoty włączać go do swych zbiorów, chociaż lektura nie była taka zła. Przykładowo, "Towarzysze Zmierzchu" - fabuła nawet niezła, sporo nawiązań do 'Siódmej pieczęci' Bergmana, ale nawet gdybym miał okazję go dostać (a cenowo drogi i praktycznie niedostępny w sprzedaży) to jednak nie przekonałbym się, no, chyba, że naprawdę by mi zbywało funduszy. Podobnie z "Mglistym Billy'm" - recenzje bardzo dobre, cena ok. 90 zł (czyli taka, która wymaga pewności co do jakości), nagroda prestiżowego festiwalu w Angouleme; ale przeczytałem i mogę powtórzyć za Gombrowiczem "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca", ot przyzwoita historia.
    Z grami jest jednak inaczej, choć trochę podobnie. Nie ceni się czegoś co jest kserem, dziesiątą wodą po kisielu.
    Jaka jest motywacja, gdy na komputerze jest x gier, które w całości by zajęły x razy 30 (średnio) godzin grania ? Przejdę trochę, znudzi, wywalę. Głupota. Nigdy bym nie przeczytał komiksu czy książki ściągniętej z internetu. Od tego mam różnego rodzaju biblioteki - oddziały wojewódzkiej, naukowe na uczelni czy PAN-u. Ale nawet darmowa biblioteka uczy świadomego wyboru, bo nie mogę zabrać setki pozycji, ale ledwie kilka. Piratując, nie tylko nie pomagałbym słabemu polskiemu rynkowi, ale też pozbawiałbym się przyjemności obcowania z drukiem, żywym kolorem. Takie albumy jak 'Wojna Sambre'ów' czy 'Zemsta hrabiego Skarbka' to coś co trzeba mieć w ręku, na papierze, a nie ekranie monitora.
    Dawno temu się przekonałem, że nie warto korzystać z nielegalnych źródeł, po prostu, normalny człowiek ma tyle zajęć, że jeśli nie poświęca na granie pół dnia lub więcej, nie potrzebuje setki gier miesięcznie i spokojnie może żyć z tanich serii. Ja tak robię. Chciałbym zagrać w Skyrima, nowego Deus Ex, Mass Effect 3 czy inne nowe tytuły, ale czekam. I grywam w gry z CDA czy dawne tytuły ze zbiorów. Nie jestem zwolennikiem teorii "strat" ponoszonych przez producentów za sprawą piratów - w bilansie tego nie wykażą jako stratę, bo sam brak potencjalnych zysków z danej rzeczy, jeszcze nią nie jest. I tak, jestem przeciw tym wszystkim zabezpieczeniom i hipokryzji, które i tak uderzają w zwykłych użytkowników gier, a nie piratów. Jednak po stronie ludzi kopiujących coś, co inni tworzyli np. parę lat, też nie będę. To nie w zarządy firm, prezesów ci "obrońcy wolności" uderzają, ale w zespoły programistów, grafików itd. ludzi tworzących daną grę, bo w razie kłopotów firmy, oni polecą z posad w pierwszej kolejności.
    Główną myśl zostawiłem właściwie na koniec. W przypadku komiksów, wydawnictwo na ogół udostępnia przykładowe parę plansz. "Demo". W przypadku gier mamy dema, ale ile osób z nich korzysta ? Coraz większe objętościowo, mniej doceniane w epoce internetu i miliona recenzji. Jednak pozwalające legalnie przyjrzeć się grze od środka. Sam kupuję gry głównie kierując się recenzjami, screenami. Lecz chociaż trochę żal mi czasu na instalację demka, to mam nadzieję, że nie nastąpi dzień, gdy wydawcy zrezygnują z ich wypuszczania. To by oznaczało, że świat nieodwracalnie podzielił się na dwa obozy, a część ludzi znalazłaby się pośrodku. A pamiętam czasy gdy połowę mojego czasu grania to było testowanie demek. Budżety indywidualne nie są z gumy, jedni kupują płyty muzyczne i tworzą płytotekę, inni filmy, jeszcze inni książki czy komiksy. Albo gry. Ale jeśli wydajemy na jedno pieniądze, nie usprawiedliwia to nielegalnych praktyk gdzie indziej "bo to nie moja działka". Choćby z szacunku dla innych pasjonatów różnych dziedzin. Bo prawdziwy, prędzej przez tydzień będzie nie jadł obiadów i kupi nową płytę zespołu, niż ściągnie z internetu.
    ps.przeciw ACTA jestem, to inna para kaloszy =)
  2. Rorschach
    Ten wpis jest na przekór każdemu niewiernemu giaurowi, kafirom i kefirom oraz każdej śmietance (towarzyskiej). Odsłonię kilka ważkich faktów o jednym z największych i najlepszych klubów na świecie oraz ujawnię najpilniej strzeżone tajemnice. Zapnijcie pasy, startujemy, jak mawiają prorocy jedynej słusznej ligi piłkarskiej, zatrudnieni w pewnej komercyjnej stacji.

    Prawdziwe loga drużyn uczestniczących w tzw. derbach północnej Anglii. Jak widać, skojarzenia z pasami bezpieczeństwa są właściwe, bo bez rakiety kosmicznej ani rusz.
    Znamy także już mistrza Anglii w sezonie 2012/13, ponieważ za każdym razem w historii Premier League, gdy Manchester United/Federation United miał pozycję lidera po 10 kolejkach, na koniec sezonu zostawał mistrzem. Jak twierdzi wielu wrogów naszej drużyny, mamy wszystkich sędziów w galaktyce po naszej stronie, sprawa trofeum jest już przesądzona - jak nie pieniądze, to haki sprawią, że będą sędziować dla nas. Deal with it.
    Dziś ujawniamy też prawdziwą historię Ryana Giggsa, znanego z picia eliksiru młodości i dorocznego podpisywania cyrografu z Fergusonem -

    Jak w każdym porządnym spisku, na kosmiczną skalę, agenci klubu deklarujący sympatię dla drużyny, a będący tak naprawdę zamaskowanymi obcymi Obcymi, są w każdej dziedzinie życia i w każdym kraju. Golfista Rory McElroy, najszybszy człowiek ( ) na Ziemi - Usain Bolt, najlepszy pięściarz bez podziału na kategorie wagowe - Manny Pacquiao, Ian McShane vel Czarnobrody - podobno rzekł do Jonny'ego Evansa po derbach miasta : "You're nothing but... Deadwood."
    Justin Timberlake... ekhm, tego pomińmy, Enrique Iglesias... hmm, tego też, Hirek Wrona - dziennikarz muzyczny i radiowy, Rey Mysterio - wrestler z JuEsEj, Floyd Mayweather Jr - jeden z najlepszych pięściarzy w historii, Magic Johnson - koszykarz, The Game i jak wieść gminna niesie, Snoop Dogg - obaj raperzy z kraju za Wielką Wodą, Dominic Monaghan - aktor, znany jako "jeden z hobbitów z Władcy Pierścieni", i dwie atrakcyjne kobiety, Kym Marsh i Megan Fox, w przypadku których nieistotne czym się zajmują, istotne jak wyglądają. Last but not the least, ja oczywiście, przyznaję bez bicia, tortur, maratonów współczesnych polskich seriali, chociaż to akurat żadna tajemnica. Ponieważ ten wpis ma obalać mity (ewentualnie tworzyć nowe) odsłaniamy kolejną tajemnicę kulis:
    Znany manchesterski podrywacz, Sir Alex Ferguson. Kobiety kręci to, że ma własną trybunę na Old Trafford i od niedawna własny pomnik przed wejściem na stadion. Prawdziwą przyczyną żucia gumy jest chęć stałego posiadania świeżego oddechu.
    Skoro zaś ujawniliśmy prawdę o legendzie United, Giggsie, czas na kolejne fakty, tym razem o Paulu Scholesie, znanym również w półświatku hrabstwa Lancashire pod pseudonimem Rudy Książe. Informacje zdradził nam Cristiano Ronaldo, który nie obawia się zemsty "grupy trzymającej władzę" bo uciekł wyjechał do Madrytu.
    Z waszych połączonych mocy powstaję ja, Kapitan Planeta... wróć, to nie ta opowieść. Anyway, już wiemy jaki efekt daje połączenie genów tych piłkarzy.
    Tak, tak, można sobie żartować, że Liverpool/Rebellion ma w lidze mniej punktów niż United zdobyło w Lidze Mistrzów, albo podkpiwać z frekwencji na stadionie leżącym gdzieś w emiratach arabskich, a przez tambylców zwanym Etihad Stadium, ale ten wpis ma ujawniać prawdę, całą prawdę, jedyną słuszną prawdę i tylko prawdę. Dlatego, drodzy poszukiwacze teorii spiskowych, mam dla was bardzo smakowity kąsek. Jak sądzicie, dlaczego na każdym spotkaniu Manchesteru United na Old Trafford (nowego nie będzie z powodu monstrum szalejącego po świecie, a zwanego Kryzysem), tuż za ławką trenerską siedzą Sikhowie ? Zgadliście, ponieważ oni stoją za tym wszystkim i za potęgą tego klubu oraz jego sukcesami, a chodzą na mecze by mieć oko czy wszystko dzieje się z ich wolą i zmierza do przejęcia władzy nad światem, poczynając od dominacji w lidze angielskiej. Nadzorując, zgodnie z klasycznymi teoriami - z tylnego siedzenia.

    Kto wie jakie niecne eksperymenty sztab trenerski i klubowi lekarze przeprowadzać będą w nowiuśkim centrum medycznym zbudowanym w Carrington w kompleksie treningowym United. Czy to sprawiło, że Darren Fletcher już biega po boisku, czy uczynił to szkocki haggis? - tego być może dowiecie się w następnym odcinku. Już dziś możecie jednak kibicować Manchesterowi/Federation United, który zagra jutro z Aston Villą i tym samym przejść na właściwą stronę Mocy. W końcu, jak mawiał poeta, "Daremne żale - próżny trud,. Bezsilne złorzeczenia !" i to United wygra ligę
  3. Rorschach
    Zastanawiacie się zapewne, dlaczego pozbawiłem świat tych jakże ciekawych, pouczających i wartościowych, blogowych wpisów. Otóż, przyczyny są proste, kompletne lenistwo przed-w trakcie-poświąteczne-przednoworoczne. Dziś, w te ostatnie godziny roku 2010, nadrabiam to. Choć w niektórych miejscach na świecie rok 2011 już nadszedł. Nie będę robił żadnych podsumowań, żadnych rankingów, ani żadnych postanowień na Nowy Rok. Złożę za to wszystkim wam, życzenia spełnienia marzeń, choć kilku, osiągnięcia choć paru sukcesów, zdrowia, pomyślności, kolejnej porcji wiedzy, bo ona nam wszystkim potrzebna, i czynienia swego życia dobrym dla siebie i dla innych. Generalnie wszystkiego najlepszego. Hmm a oprócz tego, chciałem się zastanowić nad relacją między poboczną linią gry, a osią fabuły. Ile to gier człowiek nie kończy z "achievementami" na 100 %, ponieważ liczy się tylko poznanie fabuły ? Nie jestem hardkorowym graczem, nie jestem też "niedzielniakiem", ale nie przechodzę gry na super-ekstra-hard, ani nie zbieram wszystkich punktów/bonusów/znajdek. Ale twórca powinien mnie do tego zachęcać. Czasami właśnie daje możliwość ukończenia na 100% dopiero po przejściu gry na poziomie 'normal' by przejść ją na wyższym. Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo każdy z was, graczy, zapewne wie jak takie zabiegi wyglądają. Nie dzielę także tego tekstu na gatunki gier. Napiszę ze swojego punktu widzenia. Porównując takie gry, bądź co bądź, akcji, jak GTA i Total Overdose, porównujemy niebo i ziemię. Jednak mnie osobiście żadna z nich nie skłoniła by zebrać wszystkie paczki, punkty, zadymy czy skoki. Dlaczego, skoro GTA jest jedną z serii, jakie bardzo lubię ? Z mojego punktu widzenia, brak jest motywacji odpowiedniej do podejmowania działań nie związanych z głównym wątkiem opowieści. A gdy gra zasadza się na szczątkowej fabule, lub jej braku, paradoksalnie jest łatwiej o "nabijanie" rekordów i śrubowanie wyników. Skupiając się jednak na grach akcji, zręcznościowych, shooterach - rozwiązaniem jest skupienie się na tzw. materiałach reżyserskich, fotosach,filmikach, rzeczach związanych z fabułą lub historią bohatera/ów lub tworzenia gry. Dla samych lepszych "mocy", broni, większej ilości punktów, ja jako gracz, gry przechodził nie będę. Nie wspominając już o tym, że w obecnych czasach grę można skończyć w kilkanaście godzin a takie zabiegi jak sztuczne odblokowywanie poziomów trudności czy dodatków, nieuczciwie przedłużają grę. I może to marzenia ściętej głowy, jednak nawet w czasach DLC i krótkich kampanii w grach, chciałbym gier dłuższych lub oferujących poważną ofertę mającą mnie przykuć do monitora na kolejne godziny, po poznaniu głównej linii fabularnej i ewentualnych pobocznych. Kończę wpis życzeniami do siego roku ! Dla wszystkich, nie tylko graczy
  4. Rorschach
    11 listopada to data szczególnego święta dla wszystkich Polaków. Szczególnego, ponieważ, w przeciwieństwie do pozostałych rocznic państwowych, nie niesie ze sobą negatywnych skojarzeń, konotacji. Przyjrzyjmy się na początek datom tych świąt państwowych jakie obowiązują współcześnie.
    1 marca - Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych"
    1 maja - dzień świąteczny. Potocznie zwane 'Święto Pracy' - dzień wolny
    3 maja - Święto Narodowe 3 maja, data uchwalenia pierwszej Konstytucji - dzień wolny
    9 maja - Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności
    1 sierpnia - Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego
    31 sierpnia - Dzień Solidarności i Wolności
    11 listopada - Narodowy Święto Niepodległości - dzień wolny
    Jak widać, tylko trzy z nich to dni wolne od pracy, a dwie daty mają w nazwie słowo "Wolność" chociaż hasło sprzed dekad, gazeciarza zachwalającego swój towar - "Rzeczpospolita sprzedana, Wolności już nie ma, został tylko Głos Ludu" może być cały czas aktualne. Jednak 11 listopada to data wyjątkowa pośród wymienionych. "Żołnierze Wyklęci" przez część osób związanych z komunistycznym systemem mogą być źle wspominani, a jako że żyli po partyzancku ich metody działania nie zawsze były kryształowe i bohaterskie, a choć idea ich działań była szczytna, historycy wciąż analizują ten okres naszych dziejów. 1 maja - spuścizna po lewicowych ideałach i święto nieodłącznie związane z lewicą, co nie w smak prawicy. Uchwalenie Konstytucji 3 Maja - dokonane przy wydatnym udziale polskich masonów, łabędzi krzyk I Rzeczpospolitej, coś co przeszło dzięki podstępowi w Sejmie. 9 maja - data zakończenia II Wojny Światowej, święto w spadku po PRL, oznaczające wejście w kolejną niewolę, niewolę sowiecką. 1 sierpnia - oceny Powstania Warszawskiego jak były tak i są podzielone, również wśród środowisk prawicowych. 31 sierpnia - piękna pani "S" już dawno zbrzydła i się podzieliła na obóz Wałęsy i zwolenników okrągłostołowych układów z komunistami oraz obóz ich przeciwników.
    11 listopada jest inny, ponieważ niezależnie od poglądów politycznych czy innych czynników, odzyskanie Niepodległości po 123 latach niewoli przy udziale wszystkich środowisk kojarzy się wyłącznie dobrze i jest świętem w pewnym sensie wygranej.
    Józef Piłsudski z jednej strony, jako człowiek lewicy mającej zapatrywania patriotyczne (w przeciwieństwie do ówczesnych komunistów marzących o Polsce jako republice Rad i niesieniu rewolucji w świat) a z drugiej strony Dmowski, jako człowiek prawicy, Narodowej Demokracji. Polacy na obczyźnie i Polacy w kraju, wszyscy swoją pracą i trudem doprowadzili do tego, że 11 listopada można było określić jako moment odrodzenia Polski. Świętem państwowym został ten dzień ustanowiony jednak dopiero w 1937 roku, a ponownie w 1989 po wielu latach pół-niewoli. I to też jest w pewien sposób symboliczne.
    Ten wpis jednak mam zamiar poświęcić na przedstawienie utworów muzycznych jakie mogą być identyfikowane po prostu z Polską. Kolejność nie ma żadnego znaczenia, nie da się obiektywnie oceniać różnych piosenek, nawet pomijając czynniki zewnętrzne, ponieważ jednego dnia w nastrój lepiej się wpisze dany utwór, a innego dnia już mniej lub jakiś inny.
    1. "Rota" sł. Maria Konopnicka, muz. Feliks Nowowiejski
    Utwór, który ostro walczył z Mazurkiem Dąbrowskiego o uznanie jako hymn państwowy. Wady to przykładowo zakończenie każdej zwrotki "Tak nam dopomóż Bóg" które mogłoby nie być wykonywane przez osoby niewierzące lub innych wyznań niż chrześcijańskie oraz zarzut o anty-niemieckość z uwagi na słowa o "krzyżackiej zawierusze" i "germanizacji dzieci". Jednak te ostatnie chyba przesadzone gdyż "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił" to zwyczajnie niezgoda na taką postawę wobec Polaków, niezależnie od tego kto ją prezentuje, chociaż odniesienie do Niemiec w kontekście zaborów było bardzo aktualne. Jednak tekst Roty oraz melodia są bez porównania bardziej podniosłe niż "Mazurek Dąbrowskiego", niosą większy przekaz dumy narodowej i patriotyzmu, na zasadzie - nie życzymy wam krzywdy, ale tu jest Polska i póki jesteśmy, będzie. "Mazurek..." jest szybszy i oprócz pierwszej zwrotki, mniej skoncentrowany na Polsce jako takiej, chociaż również osadzony w wydarzeniach historycznych. Zarzutem dla "Mazurka..." może też być gloryfikacja Napoleona, który nic dobrego dla Polaków nie zrobił. Obowiązujący hymn nie jest zły, ale boli brak znajomości kolejnych zwrotek, który ujawnia się np. przy wydarzeniach sportowych u zawodników. To tylko 4 zwrotki po 4 wersy, żaden problem, niektóre hymny mają po kilkanaście.
    2. "Spotkanie z..." - Sztywny Pal Azji

    Znany pod niewłaściwym, potocznym tytułem 'Nie gniewaj się na mnie, Polsko'. Utwór z debiutanckiej płyty zespołu. Tekst można interpretować po prostu jako przeprosiny za to, że muzycy byli za młodzi by włączyć się w walkę przeciw systemowi jaka toczyła się w latach 80. W imię miłości, jak kochance, deklarują wolę zmiany własnych wad i rugowanie nałogów. Ojczyzna to już nie matka, przed którą każdy się wstydzi swych grzeszków, lecz dziewczyna, która chociaż widzi szczerość uczucia wymaga pewnej ofiary na potwierdzenie słów, przebłagania "Więc wybacz mi Polsko, że spóźniłem się
    Więc wybacz, że na spotkanie spóźniłem się"
    3. "Nie pytaj o Polskę" - Obywatel G.C.
    Grzegorz Ciechowski w tej piosence z kolei odżegnuje się od relacji "kochanek-kochanka" jakie łączą śpiewającego z Ojczyzną "to nie kochanka ale sypiam z nią , choć śmieją ze mnie się i drwią"
    Wspomina wady jakie Polska ma - pijaństwo społeczeństwa, obskurne miejskie przestrzenie, ale też nawiązuje do słów hymnu: "ten pijak który mruczy coś przez sen, że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też"
    Nie podaje recept na naprawę stanu rzeczy, ale przede wszystkim wyraźnie podkreśla, że emigracja nie jest wyjściem i to co czuje do kraju w którym się urodził, chociaż nie potrafi tego dokładnie określić słowami, nie pozwala mu wyjechać. "nie pytaj mnie , dlaczego myślę że...że nie ma dla mnie innych miejsc" kończy utwór.
    4. "Polska" - Kult
    Powstały w 1987 roku kontestuje rzeczywistość otaczającą każdego mieszkańca tego kraju. Popularność na koncertach jaką cieszy się ten utwór zaczęła wręcz doskwierać Kazikowi, czemu dał wyraz w piosence z tekstem Olafa Deriglasoffa pod tytułem "Nie lubię już Polski" . Wciąż jest to jednak jeden z najbardziej chwytliwych utworów Kultu i najbardziej wpadających w ucho, a popularność tego kawałka chyba bierze się też z jakiegoś poczucia w Polakach, że choćby nasz kraj wyglądał nie wiadomo jak kiepsko, brzydko i strasznie to wciąż czujemy dumę tylko i wyłącznie z faktu bycia Polakami.
    5. "Kto cię obroni, Polsko" - KSU
    Utwór najnowszy, bo z 2004 roku. Wyraźnie i mocno osadzony w sytuacji politycznej, odnoszący się do złodziejstwa i korupcji w polityce, szczególnie z uwagi na ówczesne afery, wśród osób które zamiast dbać o kraj i bronić jego interesów, rozkradają i zachowują się jak Radziwiłł z Trylogii Sienkiewicza - "skoro każdy traktuje Polskę jak sukno i chce wydrzeć jak największy kawałek, czemu ja nie miałbym tego robić ?" Buntowniczy przekaz, wręcz rewolucyjny ale odwołujący się do żywej tkanki Narodu, tego, że jak u Mickiewicza "nasz naród jak lawa, z wierzchu wstrętna i plugawa, ale wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi".
    6. Kochana Polsko - O.S.T.R.
    Świetny tekst rapera z Łodzi, również dobry teledysk do utworu sprzed ładnych paru lat ale po którym nie czuć upływu czasu. Teledysk ukazuje równoległe dwie wizje Polski - nowobogackiego z problemami rodzinnymi i ciężko harującego rolnika, a tekst? Opisuje to, że to właśnie ten kraj ukształtował autora, sprawił, że jest jaki jest i mimo punktowania wad społeczeństwa, karierowiczów, złodziei, zdrajców sam fakt życia w syfie nie musi oznaczać płynięcia z jego prądem i stania się takim jak większość. Miłość do kraju jest właściwie bezwarunkowa, jak do rodziców i tu, w tym kawałku światowej dżungli można jakoś sobie wyrąbać własne miejsce do życia.
    Wielu artystów tworzy utwory związane z Polską, z patriotyzmem, mając świadomość tego, że przywiązanie do takich wartości to jest coś czego nie trzeba i wręcz nie wolno się wstydzić. Nie ma ograniczeń gatunkowych, stąd takie inicjatywy jak np. płyta hiphopowca L.U.C.-a pod tytułem "39/89 - Zrozumieć Polskę". Zagrożeniem dla patriotyzmu, w dzisiejszych czasach jest między innymi globalizacja, multi-kulturowość. Problem jest szeroki i długo by można o tym dyskutować, jednak jestem zdania, że człowiek, jednostka, musi mieć korzenie i coś z czym może się identyfikować, coś co postawi ponad pokusami tego świata, chociażby pieniądzem. Jednak jest pewne pojęcie wspólne dla wszystkich ludzi na świecie i niestety, ogromna liczba ludzi nie może się nim cieszyć, gdyż jest zniewolona na różnorakie sposoby. Tym pojęciem jest oczywiście Wolność i o niej traktuje kolejny wybór utworów.
    7. "Po co wolność" - Kult, Kazik Staszewski
    [media=]http://www.youtube.com/watch?v=g-lI4B-dbpI
    Utwór powstał w 89 roku i w formie odezwy, przemówienia, oskarżycielskim tonem wytyka rodakom, że sprzedali wolność za ulotne materialne rzeczy. Niektóre linijki można odnosić i do czasów współczesnych co daje nam obraz tego, że niewiele się zmieniło przez te ostatnie parędziesiąt lat - przedkładamy indywidualny dobrobyt nad to, kto nami rządzi, jakie prawo ustala i gdzie żyjemy. Zapominając, że jednego dnia dane, drugiego może zostać odebrane a tak naprawdę należy sięgać i po to i po to. Od siebie dodam, że taka postawa charakteryzuje ludzi od tysięcy lat, zważywszy na to, że już w Starym Testamencie Ezaw oddał bratu "pierworództwo" i prawo do dziedziczenia po ojcu, za miskę soczewicy, a niejaki Benjamin Franklin wspominał, że "kto oddaje wolność za poczucie bezpieczeństwa, nie zasługuje ani na jedno ani drugie".
    8. "Kocham wolność" - Chłopcy z Placu Broni
    Piosenka z chwytliwą melodią i tekstem. Brak jakichkolwiek odniesień do aktualnej sytuacji w kraju oraz polityki, jedynie przekaz, że choćby się nie miało nic prócz Wolności, to i tak można w życiu odnaleźć szczęście. Można by rzec, że ważne czy dany człowiek czuje się wolnym, a nie stan faktyczny i filozofować czy jest w niewoli ten, którego duch potrafi się wznieść ponad mury i zakratowane okna wyznaczające mu żywot, lecz nie warto, bo wg mnie liczy się to by czuć się wolnym i rzeczywiście takim być.
    9. "Wolność" - Marek Grechuta
    Jak zwykle w poezji śpiewanej, ważną częścią jest właśnie poezja i to przez duże "Pe". Piękny tekst z wieloma metaforami, ale również z jakże prawdziwym przekonaniem, że nie ma nieograniczonej wolności i że to pojęcie to także umiejętność samoograniczenia się by nie sprowadzać tej idei tylko do egoistycznego spełniania swych zachcianek - "Wolność to także i odporność serc ; By na złą drogę nie próbować zejść.; Bo są i tacy, którzy w wolności cud ;Potrafią wmieszać swoich sprawek bród."
    Jestem świadomy, że piosenek, utworów w tym temacie można by wymienić mnóstwo, jednak ten wpis jest po pierwsze subiektywny, a po drugie jest tylko, lub aż, apolitycznym wyborem części piosenek kojarzących mi się z 11 listopada, obok wszelakich marszów legionowych i całej sterty pieśni wojskowych, które każdy zna i każdy słyszał.
    Niestety nie mogłem dodać więcej linków do utworów, ale każdy łatwo znajdzie jeśli zechce przesłuchać na youtube.
  5. Rorschach
    Nie tylko (h)amerykańskimi czy japońskimi lub polskimi produktami komiksowymi człowiek żyje - jedną z najbardziej znanych "szkół" komiksowych jest komiks frankofoński. Regularnie wydawane są na naszym rynku różne pozycje, a wśród nich warto baczniejszą uwagę zwrócić na twórcę o pseudonimie Marvano.
    Mark van Oppen, jak naprawdę się nazywa, to belgijski komiksiarz którego sława zaczęła się od współpracy z amerykańskim pisarzem science fiction - Joe Haldemanem. Haldeman służył w Wietnamie i te doświadczenia zainspirowały go do napisania antywojennej powieści science fiction pt. "Wieczna Wojna". Marvano zgłosił się do niego i zaproponował stworzenie komiksu, a współpraca obu panów rozwinęła się i powstały takie dzieła jak kontynuacja "Wiecznej Wojny" - "Wieczna Wolność" oraz "Dallas Barr", który to komiks ma na forum swój temat, założony przez Ghosta - http://forum.cdactio...showtopic=22366
    Marvano tworzy też swoje samodzielne albumy, mieliśmy w Polsce wydanie zbiorcze trzyczęściowej serii "Berlin", a niedawno ukazało się wydanie również trzyczęściowej serii "Grand Prix". Na wypadek gdyby ktoś pytał - polecam "Wieczną Wojnę" i "Berlin", "Wieczną Wolność" i "Dallas Barr" raczej nie (choć de gustibus non est disputandum jak powiadają).

    "Grand Prix" opowiada o środowisku przedwojennych kierowców 'Formuły 1'. Wtedy nie było zorganizowanych mistrzostw Świata czy nawet Europy ale kierowcy pędzący przed siebie w swych bolidach wzbudzali taki sam podziw jak teraz. Zwycięzcy różnorakich Grand Prix - Niemiec, Włoch, Monako, Szwajcarii, Belgii, Francji czy Hiszpanii, cieszyli się sporym prestiżem, adoracją kobiet i uwielbieniem mediów. Sytuację tę postanowili wykorzystać niemieccy narodowi socjaliści. Po wygraniu wyborów w 1933 roku na każdym kroku starali się odbudować niemiecką dumę i wyścigi nieustraszonych kierowców były wyśmienitą okazją by pokazać "niemiecką siłę".
    Autor umiejętnie przeplata wątki historyczne i prawdziwe informacje z fabularną fikcją uosabianą przez kierowcę brytyjskiego, który dostaje się do niemieckiego teamu. Komiks porusza wątki prześladowań Żydów, rosnącego totalitaryzmu i wpływu zdarzeń politycznych na życie kierowców. Chociaż byli oni niejako pod szklanym kloszem, nie mogli być obojętni na to co się wokół nich działo. Szczególnie, że każda porażka niemieckiego zespołu była niemile przyjmowana. Rząd III Rzeszy wspierał markę Mercedes i Auto Union (obecnie Audi) i od podstaw za publiczne pieniądze stworzył markę Volkswagen - to wszystko przewija się na kartach komiksu. "Grand Prix" jest podzielone na 3 części - Renesans, Rosemeyer! i Pożegnanie i spora ilość przypisów u dołu strony jest mocno widoczna w pierwszej i mniej więcej do połowy drugiej, co nieco utrudnia lekturę. Trzeba jednak przyznać, że nawet człowiek niezainteresowany wyścigami bolidów (F1 oglądałem jak był Kubica, ogólnie wolę WRC) może się sporo dowiedzieć i nie będzie znudzony.

    Zaznaczyć też trzeba, że lata przedwojenne to były inne czasy. Kierowcy jeździli samochodami mogącymi rozwijać prędkość nawet do 300 kilometrów na godzinę (a z każdym rokiem były bite kolejne rekordy, nawet do ponad 400), a auta nie oferowały praktycznie żadnego zabezpieczenia i w razie wypadku, o co było łatwo z uwagi na otwarte trasy i konstrukcję maszyn, prowadzący pojazd miał marne szanse na przeżycie. Wielu doskonałych kierowców zginęło podczas treningów, bicia rekordów prędkości i podczas wyścigów. Pewnie jednak głównie za to publika ich kochała, bo rzucali wyzwanie śmierci. Pojawiający się w komiksie Tazio Nuvolari, kierowca włoski, na pytanie dziennikarza czy nie boi się wsiadać do bolidu odpowiada (cytat niedokładny): "a pan jak myśli, gdzie pan umrze ? - We własnym łóżku, mam nadzieję" - Zatem, czy nie boi się pan kłaść do łóżka każdego wieczoru?".
    Symbolem niemieckiej dominacji były "Srebrne Strzały" bolidy Mercedesa, które powstały gdy w 1934 roku usunięto z nich farbę by były lżejsze. To w nich występowali tacy mistrzowie kierownicy jak Rudolf Caracciola, Luigi Fagioli i Hermann Lang. Barwy Auto - Union reprezentowali m.in. Bernd Rosemeyer, Achille Varzi czy Hans Stuck. Rywalizację z zespołami niemieckimi prowadziły głównie zespoły włoskie jak Alfa Romeo czy Bugatti, a za ich kierownicami siadali mi.in. Tazio Nuvolari czy Giuseppe Farina. Wszyscy oni pojawiają się na kartach komiksu, a obok nich także inne historyczne postacie jak Adolf Hitler, Ferdinand Porsche czy Elly Beinhorn, żona Rosemeyera, kobieta - pilot, zdobywczyni takich rekordów jak przelot nad Ameryką Północną, z Panamy, przez Kalifornię, do Miami. Równolegle do historycznych faktów dzieje się fikcyjny wątek młodego brytyjskiego kierowcy, który dostaje szansę jeżdżenia w niemieckim teamie. Przynosi to małą lawinę zdarzeń przez szpiegostwo, romans i zaangażowanie w los Żydów na terenie III Rzeszy. Liczba zdarzeń i wątków nieco przytłacza, podobnie jak wspomniane przeze mnie już przypisy z wyjaśnieniami. Nieco denerwujące jest też zostawienie w niektórych miejscach zdań w obcym języku - ok, warto się uczyć lecz bohaterowie posługują się nimi bez przerwy i nie wiem czemu akurat dane zdania miałyby być wyróżnione. Mimo wszystko w tym komiksie są sceny, które zapadają w pamięć jak chociażby wspomniana rozmowa Nuvolariego z dziennikarzem czy "protest pocałunku". Rysunki są na stałym, wysokim poziomie do jakiego przyzwyczaił Marvano - bez nadmiernej ilości szczegółów kłującej oczy ale z wyrazistą kreską, ilością detali "w sam raz" i równie dobrze wyglądają gdy dany kadr jest sceną dziejącą się w pełnym słońcu jak i gdy scena dzieje się nocą na statku z pasażerami udającymi się na Grand Prix Maroka. Szkoda jedynie, że fabuła kończy się wraz z początkiem wojny i pozostaje nam się zadowolić krótkimi notkami biograficznymi dotyczącymi wybranych bohaterów.

    W tym komiksie jest wręcz natłok postaci i żadna nie gra pierwszoplanowej roli ale mamy i dramat i uczucia i akcję, a każdą kolejną stronę "pochłania się" przy czytaniu. Jednocześnie, mamy szansę zajrzeć w świat dawnych wyścigów gdzie każdy z nich mógł być tym ostatnim, a tło historyczne na jakim się rozgrywają, jest wiarygodnie przedstawione, dlatego... polecam.
    "Grand Prix"
    Scenariusz i rysunki: Marvano
    wydawnictwo Egmont
    Oprawa miękka (ze skrzydełkami)
    Cena: nabyłem za 60 zł w promocji, obecnie 72 (na okładce 80)
    Moja ocena: 4+
  6. Rorschach
    Wpis numer dwa. Piszę go dziś, aby pierwszy dzień istnienia tego pomnika trwalszego nad spiż, zaznaczył się w historii czymś innym niż jeno wpis tytułowy. Czego będzie to pomnik, przyszłość przyniesie odpowiedź. Rzut oka na plan budowy monumentu daje wskazówkę odnośnie tematu : osiągnięcia Polaków. Wiem, jest to temat bardzo, bardzo szeroki i długo by można pisać, poczynając od Kopernika, przez Łukasiewicza, Malinowskiego, po pułkownika Kuklińskiego. Dlaczego wspominam tych ludzi ? Ponieważ, precyzując temat - osiągnięcia tych Polaków zostały zauważone za granicą. Do tego tematu skłoniły mnie informacje o najświeższych wyczynach kilku zupełnie różnych ludzi, dodajmy, wyczynach imponujących :
    Zbigniew Gutkowski bierze udział w regatach 5 Ocean's, sama nazwa mówi już wiele, ponieważ do przepłynięcia jest wszystkie 5 oceanów na Ziemi. Obecnie zażywa odpoczynku po przepłynięciu
    14 000 km ! z La Rochelle we Francji, do Cape Town w RPA. Przypłynął na metę I etapu jako drugi, w 5 osobowej rywalizacji, po prawie miesiącu samotnie na jachcie. Dodajmy, że do przepłynięcia jest jeszcze 4 etapy co zajmie ponad rok. Mało kto współcześnie odważa się na coś podobnego. Start 2 etapu - 12 grudnia.
    Szlakiem Witolda Glińskiego i jego towarzyszy, w 1941 uciekinierów z sowieckiego łagru, podążyli, i niedawno wrócili : Filip Drożdż,­ Tomasz Grzywaczewski i Bartosz Malinowski. Wyprawa pod nazwą "Long Walk Plus Expedition" przeszła, przepłynęła rzekami, przejechała na koniach i rowerach, ponad 6000 km, od Jakucka w Rosji do Kalkuty w Indiach. Mimo lepszych warunków niż mieli prawdziwi bohaterowie tej epopei jaka rozegrała się ponad 60 lat temu, wyprawa i tak była ciężka. Choć mogli, w przeciwieństwie do Glińskiego, utrzymywać kontakt z mieszkańcami terenów przez które podróżowali, nie raz musieli się zmagać z zimnem, wyczerpaniem, lub przeciwnie, gorącym skwarem na pustyni Gobi. Cała wyprawa trwała od maja, a więc około 6 miesięcy, a cała ekspedycja oparta była na książce Sławomira Rawicza "Długi Marsz", który historię Glińskiego opisał jako własną. Można i trzeba być pod wrażeniem zarówno odwagi, samozaparcia, wytrwałości i hartu ducha uciekinierów z Syberii, ale również należy docenić odpowiednim uznaniem współczesnych naśladowców tego niezwykłego wyczynu.
    Wspominam o tych ludziach, ponieważ myślę, że Polacy mogą być docenieni i sławni na arenie międzynarodowej. Inną sprawą są niesprzyjające czynniki czy nieprzyjazne środowiska i ludzie. Na nie wpływu nie mamy, mamy na to kim jesteśmy. Warunkiem koniecznym jest jednak uwierzenie w to, że można, walka o swoje i o realizację swoich ambicji, nie poddawanie się. A tego Polakom brakuje. Najczęściej zadowolą się przeciętnością lub względnym dobrobytem, zapominając, że nic nie jest dane na zawsze, za to zawsze trzeba patrzeć wyżej. I nigdy nie zapominać o tożsamości narodowej, bo jak spojrzeć choćby na laureatów nagrody Nobla (inna sprawa, to kwestia tego czym obecnie ona jest) to można naprawdę się zdziwić ilu zdobywców ma polskie korzenie. Oby tylko każdy chciał się czuć Polakiem. Następny wpis będzie powiązany z tym ostatnim zdaniem, pozytywnie.
  7. Rorschach
    Zostałem poproszony by napisać dwie recenzje tego samego filmu lub książki, w jednej zachwalając dane dzieło, w drugiej krytykując. Ponieważ zawsze w swych recenzjach i opisach, w tym oczywiście także tych zamieszczanych na blogu staram się dokonywać obiektywnej oceny i przedstawienia zarówno wad i zalet, nieczęsto mierzę się z takim zadaniem. Jednak postanowiłem efekty przedstawić do oceny wszystkim czytelnikom mego bloga. Zastrzegam też, że nie oglądałem remake'u "Okna na podwórze" z 1998 r. z udziałem Christophera Reeve. Przedmiotem recenzji jest "Okno na podwórze" (Rear Window) w reżyserii Alfreda Hitchcocka z 1954 roku. Przyjąłem, że każda z nich ma zająć kartkę A4 i stąd taka właśnie ich długość, a napisane zostały z pamięci prawie rok po obejrzeniu filmu.

    Nr 1
    Zapytawszy kogoś o znane filmy Alfreda Hitchcocka zapewne większość osób wymieniłaby ?Ptaki?, ?Psychozę?, być może ?Północ - północny zachód?. Bardziej obeznani dorzuciliby ?Vertigo?, ?M jak Morderstwo?, a fani twórczości tego reżysera wymienili kilkadziesiąt tytułów jednym tchem. Film ?Okno na podwórze? stoi w tym gronie lekko na uboczu, niby kojarzony, a jednak pomijany.
    Niesłusznie jednak, ponieważ Hitchcock z prostej, zdawałoby się, fabuły, wycisnął tyle ile był w stanie. Parafrazując reklamę pewnych wyrobów mięsnych, ?Okno na podwórze? to 150% filmu w filmie. Historia fotografa, który, unieruchomiony złamaniem nogi obserwuje przez okno mieszkańców osiedla, przykuwa widza do ekranu, mimo iż przez film przewija się niewiele postaci, a zarys fabuły brzmi nudno. Osią akcji jest morderstwo jakiego główny bohater jest świadkiem i prowadzone przez niego z fotela śledztwo. Nie jest jednak świadkiem bezpośrednim i nie można wykluczyć, że dopasowuje fakty do teorii, a nie odwrotnie, zatem popełnia podstawowy błąd detektywa. Wytykają mu to zarówno sprzątaczka, sporadycznie odwiedzająca mieszkanie, jak i jego przyjaciel policjant któremu opowiada o podejrzeniach, a także jego narzeczona.
    W rolach głównych występują: jeden z ulubionych aktorów Alfreda Hitchcocka, James Stewart i Grace Kelly. Mimo 21 lat jakie dzielą tą dwójkę aktorów, dogadywali się na planie świetnie i czuć te pozytywne relacje gdy obserwuje się ich grę. Problem z wiekiem widoczny był dopiero gdy Stewart grał z Kim Novak w ?Vertigo?. I właśnie w relacjach między parą bohaterów tkwi siła filmu, ponieważ prawie cała akcja filmu toczy się w jednym pokoju, z wyłączeniem scen widocznych przez okno, na podwórzu miejskiego osiedla.
    Bez tzw. ?chemii? niewiele by wyszło. Grace Kelly gra naturalnie i z wdziękiem, James Stewart pokazuje pełnię doświadczenia aktorskiego, do czego jest niejako zmuszony, ponieważ jego postać rusza się niewiele lub wcale. Ogromnym atutem tego obrazu są dialogi między postaciami, najlepiej smakowane w oryginalnej wersji. W epoce kiedy mało kto zwraca uwagi na ten element lub chętnie stosuje się tzw. one liner-y, szczególnie w filmach akcji, takie filmy jak właśnie ?Okno?? czy ?Oto jest głowa zdrajcy? wybitnie pokazują wagę dialogów w scenariuszu. Szczególnie, że reżyser prowadzi równolegle wątek uczucia łączącego Lisę i Jeffa, postacie grane przez Kelly i Stewarta. On jest zatwardziałym starym kawalerem bojącym się małżeństwa, ona ostrożnie oswaja go z tą myślą. Nietypowe ?hobby? związane z podglądaniem innych osób może być ucieczką nie tylko przed nudą, ale i przed swoim własnym życiem. I to wszystko w filmie z lat 50 XX w., gdy nie śniło się ludziom o reality show. Jednocześnie, Hitchcock obserwuje ludzi żyjących na osiedlu ? każde z nich ma dostęp do tych samych informacji co Jeff, lecz tylko on wysnuwa wniosek, że zostało popełnione morderstwo. Reżyser celnie wskazuje, że mimo życia wśród tłumu, tak naprawdę każdy jest sam.
    Osobną sprawą są muzyka i zdjęcia. Hitchcock był perfekcjonistą i dbał o każdy szczegół swych filmów, dlatego każde ujęcie ma swoje znaczenie, a w przypadku fabuły, gdzie kilka rzeczy zostało ledwie zarysowanych, jest to ukłon w stronę widzów i ich interpretacji. Jazzowe melodie dobrze oddają atmosferę miasta, gdzie każdy gdzieś pędzi i zajmuje się swoimi sprawami. Filmy Hitchcocka mają wiele wspólnych cech, ale ich zakończenia, jedną konkretną, chociaż w tym przypadku jest ono pół-otwarte, co można poczytać zarówno za wadę jak i zaletę. Czy warto obejrzeć ten film ? Na pewno tak, ja nie żałowałem poświęconych 112 minut, przeciwnie ? hermetyczna przestrzeń akcji w połączeniu z rewelacyjnie napisanymi dialogami sprawdziła się wyśmienicie. Polecam szczególnie wersję bez lektora i napisów, chociaż thrillera ani filmu niosącego pokrewne temu gatunkowi emocje, nie należy oczekiwać. *

    Nr 2
    Filmowcy nie raz i nie dwa sięgali po wzorce z literatury i Alfred Hitchcock nie był wyjątkiem. Najbardziej znane dzieła tego reżysera ? ?Psychoza?, ?Ptaki? były nakręcone na podstawie powieści. Dotyczy to również ?Okna na podwórze? ? scenariusz napisał John Michael Hayes na podstawie opowiadania Cornella Woolricha. Jak to jednak często bywa, szczególnie w rzeczach dotyczących Hitchcocka, jego apodyktyczna natura i wielka sława jako reżysera sprawiła, że pamiętane są filmy, a o pisarzach właściwie nikt nie pamięta.
    W większości przypadków opowiadanie pasuje najlepiej do filmu, zważywszy na małą ilość wątków pobocznych i zwięzłość fabuły. Tym razem jednak nastąpił przerost formy nad treścią.
    Fabuła filmu koncentruje się na fotografie spędzającym większość czasu samotnie w mieszkaniu (w tej roli James Stewart). Nie może on wychodzić z uwagi na złamaną nogę i zabija nudę obserwując ze swego okna podwórze blokowiska. Pewnego dnia zauważa, że z okien jednego z mieszkań zniknęła kobieta, a z dziwnego zachowania jej męża wyprowadza wniosek, że zostało popełnione morderstwo. Początkowo nikt mu nie wierzy, ani przyjaciel policjant (Wendel Corey) ani nawet jego narzeczona-modelka (Grace Kelly). Uparcie jednak obstaje przy swoim, a narzeczona, z miłości, zaczyna mu pomagać w śledztwie.
    Brzmi emocjonująco lecz niestety tak nie jest. 112 minut filmu to za długo w przypadku takiej historii, szczególnie jak na obraz gdzie nie ma ani jednego zwrotu akcji. Tak, tak, mistrz suspensu Alfred Hitchcock zupełnie zrezygnował z fabularnych wybojów i zakrętów do jakich przyzwyczaił widzów w innych swych produkcjach. Brak też czegokolwiek co spełniałoby jego klasyczne powiedzenie, że najpierw musi być trzęsienie ziemi, a potem napięcie musi rosnąć. Trzeba docenić jakość dialogów między postaciami oraz świetne ujęcia kamery, ale nawet muzyka, za którą odpowiadał Franz Waxman, dopasowuje się do całości obrazu i nie zapada w pamięć, wylatując z głowy niedługo po zakończeniu seansu. Zupełne przeciwieństwo muzycznych motywów z ?Ptaków? czy ?Psychozy? gdzie napięcie czuło się przy samym tylko słuchaniu. Wrażenie psuje też sama Grace Kelly. Jest piękna i gra na luzie - co trzeba docenić zważywszy na charakter Hitchcocka, w tym pogląd, że aktorów należy traktować jak bydło. Cóż jednak z tego, skoro została obsadzona w tej roli przez reżysera mającego obsesję na punkcie blondynek? Jasne włosy w połączeniu z barwnymi i modnymi sukienkami oraz cierpliwość i ciepło kierowane przez jej postać w stronę narzeczonego, na trwałe wprowadzają nastrój błogości i spokoju. I można by to poczytać Hitchcockowi za celny i dobry zabieg gdyby był moment kulminacyjny, gdzie napięcie nagle by wybuchło. Takiego momentu jednak nie ma i zawodzi pod tym względem również końcówka filmu.
    Inną kwestią jest także samo podejście do podglądania. Główny bohater obserwuje sąsiadów beztrosko nic sobie nie robiąc z ich prywatności, służą mu oni jako rozrywka gdy przykuty do fotela nie może opuścić mieszkania. Książki, telewizja ? nie, on woli godzinami przez lornetkę podglądać innych w ich mieszkaniach. Z jednej strony widzowie obserwują wszystko razem z nim i również powoli dochodzą do przekonania, że ktoś kogoś zamordował, ale z drugiej strony większość osób prowadzi normalne życie, a nawet cała sytuacja z morderstwem i poszlaki na to wskazujące są bardzo niepewne. Tutaj trzeba zapisać reżyserowi na plus, że zostawił na poły otwarte zakończenie i dał pole do domysłów dla widzów, jednak w przekroju całego filmu nie ratuje to oglądającego przed nudą.
    Właściwie, widzowie mogą sobie zadać to samo pytanie jakie pod koniec kieruje główny podejrzany do bohatera filmu: ?czego pan ode mnie chce ??. Każdy może sobie odpowiedzieć samemu, bo Alfred Hitchcock już tego nie zrobi. Jednak twierdził kiedyś: ?produkuję strach? i tym razem coś nie wyszło, a warstwa psychologiczna oraz spojrzenie do środka umysłów wszystkich postaci, są zbyt ubogie jak na film psychologiczny.
    * - bezpośrednio po seansie wystawiłem na filmweb ocenę 9/10 i taką podtrzymuję.
  8. Rorschach
    Obiecałem w poprzednim wpisie, że ten poświęcę na recenzję filmu "Prorok". Oto i ta recenzja. Dlaczego ten film ? Szczerze mówiąc, wahałem się co wybrać - czy "Carlos", biografię chyba najsłynniejszego terrorysty w dziejach, czy "Wschodnie obietnice", czy "Ostatniego króla Szkocji" lub może "Apocalypto". Rostrzał gatunkowy sięgał daleko, lecz postawiłem na "Proroka" . Film dostał Grand Prix w Cannes 2009, a z racji odbywającego się obecnie festiwalu A.D. 2011, warto przypomnieć ten obraz. Tytuł filmu kojarzy się z Islamem, z Mahometem i nie bez kozery. Głównym bohaterem jest Malik El Djebena, młody, dzięwiętnastoletni francuski Arab, który trafia do więzienia na 6 lat. Nie wiemy dokładnie za co siedzi - wspomniany jest napad z bronią, lecz istnieje też możliwość, że zostaje skazany niewinny - Malik sam zaprzecza jakoby zrobił coś złego. Cała akcja filmu rozgrywa się w przeciągu tych kilku lat jakie spędza w więzieniu. I to jest moim zdaniem dobry zabieg, gdyż pozwala skupić się na życiu skazanego, zamiast starać się przerzucić szybko ciężar akcji gdy bohater miałby układać życie na wolności. Malik jest analfabetą, nie umie czytać, nie umie pisać. Dopiero w więzieniu zaczyna się uczyć, a że jest inteligentny, zdaje nawet wymagane egzaminy dające mu średnie wykształcenie. Wątek rozwoju Malika, zarówno wewnętrznego, jego osobowości, jak też i wiedzy oraz obycia w świecie w jakim przyszło mu żyć jest ważną osią fabuły filmu. Tuż po przybyciu bowiem, nasz nieopierzony bohater, wpada pod skrzydła korsykańskiej mafii, jaka naprawdę rządzi za murami więzienia. El Djebena jest jak puste naczynie, w rozmowie ze strażnikiem wspomina, że nie ma rodziny ani nikogo. Jest sam na świecie, a założywszy, że nie popełnił przestępstwa o jakie jest oskarżany, nie ma również wsparcia gangu, na dodatek jest analfabetą. Co pobyt za kratami wypisze na tej kartce ? Przede wszystkim zmusi do odnalezienia własnego "ja" i własnej osobowości. Malik, aby dostać się pod skrzydła Korsykanów, musi zabić współwięźnia. Jest to propozycja z tych "nie do odrzucenia", więc chcąc nie chcąc, czyni to. W tym miejscu na chwilę się trzeba zatrzymać i wspomnieć o drugiej bardzo ważnej postaci w filmie - Cesare Lucianim, szefie Korsykanów wewnątrz więzienia. Właściwie całą recenzję powinienem oprzeć na skontrastowaniu tych dwóch postaci. Porównań, różnic i cech wspólnych tych dwóch, jest naprawdę mnóstwo co jest świadomym zabiegiem twórców filmu. Cesare jest stary, Malik młody. Luciani jest skazany na długoletni wyrok, Malik na kilka lat. Jeden wie, że nigdy nie wyjdzie z więzienia, drugi nie przejmuje się, tylko czeka na chwilę wolności. Obaj są inteligentni, jeden z nich jest starym wygą, drugi jego sługą, który jednak, jak się okazuje z czasem przerasta mistrza. Jest jeszcze i trzecia ważna postać, wszystkie pozostałe są tylko drugoplanowe, co jak sądzę, również twórcy świadomie zastosowali, a co wychodzi filmowi na dobre. Tą postacią jest Ryad, współwięzień Malika i również Arab. On oraz Luciani, będą kształtować to, jakim Malik się stanie gdy przekroczy bramę więzienia w drugą stronę. Ryad uczy bohatera pisać i czytać, pomaga w nauce i zdaniu egzaminów, Luciani pośrednio przyucza chłopaka do gangsterskiego rzemiosła, wprowadza go powoli w tajniki życia takich jak on sam - w więzieniu i poza nim. Resztę dopełnia naturalna inteligencja i zdolność nauki Malika, jego własne dążenie do bycia kimś. I tu po raz kolejny muszę się zatrzymać, gdyż nie jest moim celem w tej recenzji opowiadać całą fabułę, a uwierzcie, że mógłbym, ponieważ wszystkie, nawet pozornie nie znaczące zdarzenia, mają swój cel (jak na przykład sen Malika o jeleniach na drodze - zastanawiałem się skąd ta scena, a jakiś czas później, wyjaśniło się po co została umieszczona w filmie). Zatem kilka najważniejszych rzeczy : po zabiciu tego, kogo wskazali mu na początku odsiadki, Korsykanie, Malik rozmawia z nim we własnej głowie, niezależnie czy po dawce haszyszu, popularnego za kratami, czy "na trzeźwo". Druga ważna rzecz to fakt, że Malik jest człowiekiem z nikąd i nikt go nie uznaje w 100% za "swojego". Korsykanie go chronią, wykonuje dla nich zadania, ale wciąż jest Arabem. Dla społeczności arabskiej - jest Korsykaninem. Tymczasem okazuje się, że jest po prostu Malikiem El Djebeną, grającym na własny rachunek. Bo w miarę rozwoju akcji i rozwoju wewnętrznego bohatera, pnie się coraz wyżej... Trzeba też wspomnieć, że spora część akcji dzieje się na przepustkach, które dzięki pomocy Korsykanów otrzymuje, by robić dla nich interesy na zewnątrz. Jednak wykorzystuje je też by działać na swój rachunek i własny biznes kręcić. Wady ? Na pewno jest to film długi i nie każdemu może przypaść do gustu. Jako produkt kinematografii francuskiej, w delikatny sposób dotyka problemu podziału narodowościowego w społeczeństwie francuskim, jednak akcja dzieje się w takim środowisku, a nie innym, a wybór Araba na głównego bohatera był podyktowany względami fabularnymi. Tak jak teraz się zastanawiam nad wadami, i ciężko mi wiele ich znaleźć. A jednak ocenę wystawiam o 1,5 punktu niższą niż maksymalna. Może to po prostu takie subiektywne uczucie recenzenta ? Bardzo lubię kino gangsterskie, kryminalne dramaty, szczególnie tak nietypowo ujęte. Więc przejdę do zalet - długość filmu ma swój cel, ponieważ ciężko znaleźć sceny jakie mogłyby być wycięte bez strat na fabule. Aktorzy grają przekonywująco, szczególnie ten który niesie główny ciężar, czyli Tahar Rahim. Przemiana jego bohatera następuje powoli, z czasem, i pod wpływem wielu różnych czynników, co jest przekonywująco pokazane. Kolory są odpowiednie, nie za jasne ale i nie za ciemne, podkreślające moralną dwuznaczność bohatera oraz jego otoczenie, będące więzieniem lecz dla wybranych, nie takim złym miejscem jeśli chodzi o standard życia. Muzyka - nie wpadła mi w ucho i nie zapamiętałem ani jednego utworu, lecz w trakcie oglądania była odpowiednim tłem. Nigdy nie zastanawiałem się "kto wymyślił taki podkład muzyczny w tym momencie ? ". A czemu taki tytuł filmu ? Wizje Malika, jego narodowość, zetknięcie się z kulturą muzułmanów wewnątrz więzienia oraz to jak wyewoluowała jego osobowość. Nie będę zdradzał nic więcej by nie psuć przyjemności oglądania. Podsumowując - polecam, bardzo dobry film. Czemu dla widzów 18 + ? Cóż, "moment" jest jeden, ale zadecydowała scena z ciężarówką gdy Ryad i Malik jadą by... I trzy kropki żeby nie spoilerować. Ten film ma jedną ważną cechę dla mnie, jako odbiorcy filmów - końcową scenę domykającą idealnie całość fabuły. Kto zobaczy, ten zrozumie, że sposób w jaki główny bohater został nią opisany, pasuje tak jak powinien.
    Prorok (tytuł oryginalny : Un Prophete)
    Czas trwania : 143 minuty
    film koprodukcji francusko-włoskiej
    Główni aktorzy : Tahar Rahim - Malik El Djebena
    Niels Arestrup - César Luciani
    Adel Bencherif - Ryad
    Film dla widzów : 18 +
    Moja ocena : 8,5
  9. Rorschach
    Wielkimi krokami zbliża się premiera filmu "Man of Steel" będącego rebootem serii o Supermanie. Światowa premiera już za rogiem, a za nieco ponad tydzień, 21 czerwca, polska. Ponieważ obejrzałem wszystkie kinowe filmy z tym bohaterem i prawie wszystkie animowane (poza zbiorem krótkometrażowych kreskówek z lat 1941-43 i filmem All-Star Superman - z uwagi na to, że czytałem ten komiks), postanowiłem ocenić pokrótce każdy z nich. Być może ktoś przed premierą Man of Steel będzie chciał obejrzeć wcześniejsze dzieła z tym bohaterem i skorzysta z tego mini-przewodnika. Ogólnie, widziałem praktycznie wszystkie filmy z superbohaterami, również tymi z Marvela i dlatego w tym zbiorze będą też filmy z "współudziałem" Supermana, jak te o Justice League. Od najgorszego do najlepszego, by napięcie rosło. Zapraszam do lektury.

    Od razu zaznaczam, że "Supes" nie jest moim ulubionym bohaterem ale nie zgadzam się z zarzutem, że to nudna postać. Nudny byłby, gdyby był niezniszczalny i kryształowo dobry i czysty. Jednak co do pierwszego, to można od ręki wymienić jego trzy słabości - kryptonit, magię, światło czerwonego słońca, a jak się okazuje, tych słabości jest więcej, o czym napiszę poniżej. Jeśli chodzi o charakter to też może być ciekawy. Na pierwszy plan wysuwa mi się tu gościnny udział w komiksie "All Star Batman i Robin" gdy feministka do szpiku kości, Wonder Woman, zostaje uciszona przez faceta - Supermana gdy razem z Green Lantern i Plastic Manem debatują nad tym co zrobić z brutalnymi działaniami Batmana. Jeden krótki moment, a Supes potrafi pokazać "charakterek". Nie mówiąc już o takich momentach gdy zataja przed Justice League złe działania Superman-ów z innych światów, co wytyka mu Question (do wyszukania na youtube) i o innych okazjach. Tak, jeśli scenarzyści się postarają, Superman nie musi być "płaską" postacią, dlatego wiążę pewne nadzieje z nadchodzącym filmem. Szczególnie, że z jednym zarzutem się zgadzam - gacie na wierzchu wyglądają głupio. Na szczęście, w komiksach z New 52 i najnowszym filmie, strój Kal-Ela wygląda dobrze.
    Superman IV - Quest for Peace --> Christopher Reeve po raz ostatni w roli Supermana, Gene Hackman powraca do roli Lexa Luthora. To co pogrążyło ten film w moich oczach to fabuła upstrzona idiotyzmami. Owszem, były we wcześniejszych filmach ale w ilościach znośnych, a tu stężenie przekroczyło masę krytyczną. Wystarczy spojrzeć na to jak powstał przeciwnik Kal-Ela: Luthor kradnie z muzeum włos Supermana i po małym chemicznym hokus-pokus, wysyła rakietą nuklearną w słońce i tak powstał Chocapic...tzn. Solar Man, zły i cięty na Supermana. Który zresztą w ramach "Misji o pokój" wrzucał wszystkie rakiety z ładunkami nuklearnymi prosto w Słońce... Yup, idiotyzmów było więcej. No i niestety widać, że film powstał prawie dekadę po pierwszym, szczególnie aktorka grająca Lois Lane się postarzała.
    Superman III --> Ten film można określić w skrócie jako "jaja jak berety". Począwszy od obecności aktora Richarda Pryora w roli nieco ograniczonego geniusza komputerowego (aktor ten znany był z ról komediowych) przez głównego przeciwnika (nieudolna kopia Lexa Luthora) aż po idiotyzmy fabularne. No i ten sztuczny kryptonit - jego obecność to plus ale już nachalny dydaktyzm po latach śmieszy. Dlaczego dydaktyzm ? Gdy nasz geniusz komputerowy pracujący dla "głównego złego" (w tej roli Robert Vaughn) nie wie co jest ostatnim składnikiem kryptonitu, bo komputer nie zidentyfikował, wpisuje, że substancje smoliste. I to działa ! Superman w wydaniu Christophera Reeve'a staje się swoim przeciwieństwem ! Kobiety, alkohol, buractwo... Śmiech na sali. Prawie jak "różowy kryptonit" z jednego z komiksów, który powodował u Supesa pociąg do jego własnej płci.
    Plusem było natomiast pojawienie się Lany Lang i jej flirt z Clarkiem Kentem. Annette O'Toole pasowała do tej roli.
    Superman: Powrót --> czasy współczesne dawały nadzieję na coś fajnego, niestety. Ten film to taka jakby kontynuacja pierwszej i drugiej części Supermana z przełomu lat 70 i 80. Lex Luthor (Kevin Spacey) znów do pomocy ma "typową blondynkę" i głupiego jak but pomocnika, a fabuła znów pozostawia sporo do życzenia. Dodatkowo, aktor grający Supermana wygląda jak wymoczek, ani nie jest sympatyczny jak Reeve ani nie jest umięśniony, jest nijaki. Jedyna zmiana to Lois Lane, która w tej części ma męża i małego synka. Swoją drogą, fabularny myk z nim związany to też żadna petarda. Zmarnowany potencjał, bo zamiast stworzyć coś nowego, odgrzewano kotlety sprzed 20 lat, które w oryginale lepiej smakują, do czego za niedługo dojdę.
    DC Showcase: Superman/Shazam!: Return of Black Adam --> Najdłuższa krótkometrażówka z wydanych w serii DC Showcase. Niestety, te 20 minut zostało źle wykorzystane, bo zmiksowano origin Kapitana Marvela (zwanego także Shazam!) z walką z Czarnym Adamem i spotkaniem z Supermanem. Za dużo wrzucone w zbyt krótki czas. Plusy to "kreska" tej animacji, całkiem niezła i może się podobać, a także pokazanie wrażliwości Supermana na ataki magią jakie stosował Black Adam.

    Superman (1978)
    Justice League: The New Frontier --> Film przedstawiający sformowanie Ligi Sprawiedliwości. Akcja osadzona jest mniej więcej w latach 50-60, stąd wygląd postaci, samochodów i otoczenia. Zło jakie zagraża Ziemi i fabuła dość słabe ale nie zwraca się na to uwagi aż do samej końcówki filmu. Ale jako historia w stylu "origin" daje radę. Jeśli chodzi o styl animacji to mnie nie powalił, ale i tak warto rzucić okiem, szczególnie mając w planach kolejne filmy o Justice League.
    Superman II --> Ta część przygód Supermana była kręcona równocześnie z pierwszą, chociaż dokończona i wydana dwa lata po premierze części pierwszej. Najbliższa jest za to restartowi serii ponieważ głównym rywalem jest tu Generał Zod z dwójką pomocników, podobnie jak w "Man of Steel". A ów generał, dla tych co nie wiedzą, jest przestępcą z Kryptona co chciał przejąć władzę nad planetą ale został złapany i uwięziony w specjalnej sferze dryfującej przez kosmos. Uwięzienie to sprawiło, że przeżył zniszczenie Kryptona, a po wybuchu bomby na orbicie Ziemi (wiem, wiem, ale trzeba przymknąć oko) zostaje uwolniony. Film nie taki zły ale ostateczna rozprawa ma za mało dramaturgii no i Lois Lane jest niesamowicie irytująca (podejrzewa, że Clark to Superman i rzuca się do rwącej rzeki by ją uratował, co też czyni... ale bez zmiany w Supermana, a potem zamiast ją obsztorcować słownie za jej zachowanie, wciąż jest "harcerzykiem" co muchy nie skrzywdzi). Mimo wszystko, znośny i o wiele lepszy niż III i IV
    Batman i Superman --> jest to film w stylu TAS, The Animated Series, jakie królowały w latach 90. Batman mówi głosem Kevina Conroya, ma odpowiednio kwadratową szczękę itd. Oceniałem go z perspektywy osoby dorosłej, ale bez wątpienia każdy dziecięcy fan kreskówek bawiłby się świetnie. A fabuła ? Joker (wraz z Harley Quinn) za miliard dolarów od Luthora, zgadza się zabić Supermana. Batman przyjeżdża do Metropolis, a dwaj superbohaterowie w toku zdarzeń poznają się nawzajem i swoje sekretne tożsamości. Na plus - podrywanie Lois Lane przez Bruce'a Wayne'a, ku wyraźnej irytacji Clarka Kenta. Wiedząc czego się spodziewać, można się przy tym filmie dobrze bawić.
    Superman/Batman: Wrogowie Publiczni --> Lex Luthor jest prezydentem USA, większość superbohaterów to zaakceptowała, nawet Superman. Tylko nie Batman. Gdy jednak Luthor wrabia Supermana podczas walki z Metallo, sugerując opinii publicznej, że zaatakował on prezydenta USA, Bats i Supes zostają wrogami publicznymi numer 1. Niezły film, w tej animacji przewijają się między innymi takie postacie jak wspomniany Metallo, Kapitan Marvel, Amanda Walker, , Kapitan Atom, Power Girl (w innych "światach" znana jako Supergirl, a wszędzie jako Kara Zor-El, kuzynka Supermana) czy też Toy-Man, superbohater dziecko [nie mylić ze złoczyńcami o tym pseudonimie], poza tym jest odpowiednio dużo akcji i starć.
    Superman/Batman: Apocalypse --> W tym filmie pojawia się jeden z największych wrogów Supermana, potężny i okrutny władca planety Apocalypse, Darkseid. Można by określić tą animację jako Justice League wersja 0.5 ponieważ sporą rolę odgrywa tu też Wonder Woman i Big Barda, a głównym wątkiem jest origin Supergirl, jej przybycie na Ziemię, poznawanie siebie i nowej rzeczywistości. Mimo to Superman, jako jej kuzyn, też ma swoją rolę do odegrania, szczególnie na początku gdy Kara nie panuje nad swoimi nowo odkrytymi mocami, a później sięgną po nią brudne łapy Darkseida. A, zapomniałbym wspomnieć, że jest to jakby kontynuacja "Wrogowie Publiczni" co objawia się małymi nawiązaniami.

    Superman Unbound
    Superman: Doomsday --> Doomsday to modyfikowany genetycznie kryptoński superżołnierz. Maszyna zniszczenia, która, UWAGA SPOJLER !!!!!!!!!! zabija Supermana. Niestety, film odszedł od komiksowego oryginału i najmocniejsze uderzenie mamy już po około 20 minutach oglądania. Potem zaczynają się dziwne machinacje Luthora, śledztwo dziennikarskie Lane i Jimmy'ego Olsena i generalnie fabuła nie porywa. Na plus można jednak zaliczyć Supermana w czarnym wdzianku, nie jest to pierwszy raz gdy takie zakłada, ale wystarczy jeden rzut oka by wiedzieć, że w świecie DC to Batman jest dyktatorem mody. Aha, plusem jest też spora ilość przemocy jak na film rysunkowy.
    Superman --> I w końcu film z 1978, pierwszy z udziałem Christophera Reeve. Jasne, ma swoje wady, jeden spory idiotyzm pod koniec, "harcerzykowatość" postaci Kal-Ela/Clarka Kenta i to, że Luthor to pajac wspomagany przed idiotów, a Lois Lane ma samobójcze skłonności w poszukiwaniu tematów dziennikarskich (wiem, taki już jej charakter) i nie potrafi zauważyć, że Clark bez okularów to Superman. Ale ten film ma więcej zalet niż wad. Trzeba na to i owo przymknąć oko, a wtedy będzie przyjemność z oglądania. Złowieszczy plan - całkiem niezły, choć jego wdrażanie pomińmy milczeniem, Gene Hackman gra na swoim wysokim poziomie, Reeve wczuł się w postać nieporadnego Clarka Kenta, za scenariusz odpowiada, tak jak w części drugiej, Mario Puzo (znany skądinąd) a w roli ojca Supermana, Jor El-a, sam Marlon Brando. Warto dać tej produkcji szansę, mimo wad.
    Superman vs The Elite --> Tytułowa elita to grupka postaci, która nie waha się używać przemocy i zabijać przestępców. Superman działał inaczej ale jak się okazuje, opinia publiczna wychwala nowych obrońców i akceptuje ich metody. Fabularnie jest bez fajerwerków, choć przyzwoicie ale to dobrze narysowana animacja, a na dodatek ma bardzo mocne punkty takie jak, UWAGA SPOJLER !!!!!! Superman wreszcie się wkurza i pokazuje swoją moc, hmm... ujmę to tak, robiąc krzywdę.
    Superman: Unbound --> Znający komiksy wiedzą, że Brainiac to kolejny z najgroźniejszych wrogów Supermana, a do tego odpowiedzialny za skurczenie Kandoru, miasta z Kryptona, wraz z mieszkańcami. Fakt ten sprawia, że Kal-El ma kolejną słabość bo musi uważać by nie dopuścić do śmierci milionów Kryptończyków. W tym filmie nie podoba mi się to jak został narysowany Superman ale fabuła trzyma poziom i wreszcie jest zerwanie z pewnym schematem (nie będę zdradzał za wiele, ale mam na myśli moment gdy Superman samotnie wyrusza stawić czoło Brainiacowi). Poza tym Supes musi temperować swoją kuzynkę, Supergirl, która uważa, że zbyt łagodnie obchodzi się z ludzkością i powinien rządzić Ziemią, także jest dość ciekawie.

    Justice League: Crisis on Two Earths --> W grupie raźniej. Na "naszą" Ziemię przedostaje się Lex Luthor, tylko, że na "jego" Ziemi jest on dobry a Justice League, zła. Wynika z tego spory kryzys, tytułowy kryzys na dwóch Ziemiach. Superman nie gra tu głównej roli ale każdy z bohaterów z Justice League, Wonder Woman, Flash, Batman, Martian Manhunter, Green Lantern, musi się zmierzyć ze swym złym odpowiednikiem. I moc jest w tym filmie silna, to dobrze zekranizowany komiks. Żadna postać nie przyćmiewa pozostałych, bardzo dobra fabuła i smaczki takie jak to co Batman robi "złemu" Flashowi czy podczas walki z Owlmanem, sprawiają, że naprawdę warto obejrzeć.
    Justice League: Doom --> Niejaki Vandal Savage był neandertalczykiem wystawionym na działanie tajemniczego meteorytu. Obecnie jest złym do szpiku kości nieśmiertelnym najstarszym człowiekiem na Ziemi i ma zamiar zniszczyć życie na planecie. By mieć spokój w realizacji swych planów stawia na drodze Justice League swoją "drużynę" (Cheetah, Star Sapphire, Bane, Mirror Master, Metallo). Batman trochę kradnie show, jak w poprzednim filmie ale i tak jest świetnie. Fajnie napisane sceny (sarkastyczny Alfred - łatwo znaleźć na youtube), dobra fabuła, zakończenie i twist fabularny. Aż się chce czekać na zapowiedziany na ten rok kolejny film o Justice League pt. Flashpoint Paradox.
    Poza rankingiem:
    Superman and The Mole Man - film będący pełnometrażowym pilotem do aktorskiego serialu o przygodach Supermana. W roli głównej George Reeves. Zawsze jak myślę o tych czasach to przypomina mi się scena z filmu "Hollywoodland" gdy Ben Affleck grający Reevesa daje pokaz jako Superman przed dziecięcą widownią. Podchodzi malec i pyta czy może w niego strzelić z pistoletu, Affleck/Reeves orientuje się, że to prawdziwa broń i mimo, że jest blady ze strachu mówi małemu, że chociaż Superman jest kuloodporny to kula mogłaby się odbić i zranić kogoś na widowni, co przekonuje chłopca by nie strzelać i oddać broń.
    All-Star Superman - Animacja nakręcona na podstawie komiksu o tym tytule. Zaczyna się, gdy dowiadujemy się, że Superman... umrze. Lex Luthor sprowokował Kal-Ela do przelecenia przez jądro Słońca co sprawiło, że komórki jego ciała przyswoiły zbyt dużo energii. Dni Supermana są policzone i dlatego postanawia on zrobić coś w stylu "12 prac Herkulesa", zostawić po sobie rzeczy, które pomogą ludzkości w rozwoju. Komiks mnie nie zachwycił, według mnie był średni ale
    wiele osób go wychwala i ma pochlebne recenzje w komiksowym światku.
    Superman: Brainiac Attacks - dobrze narysowane postacie, źle przedstawiony Luthor. Co ja mówię, tragicznie i beznadziejnie głupio przedstawiona postać Lexa. Poza tym, o starciu z Brainiac -iem opowiada film "Superman: Unbound" i to tą produkcję polecam.
  10. Rorschach
    Jak łatwo można zauważyć, sonda jest poświęcona muzyce ze stacji radiowych. Oczywiście, ta muzyka się pojawia w naszych radioodbiornikach, jednak przemieszana innymi wynalazkami muzycznej myśli człowieka. Stąd moje pytanie w sondzie, czy chcielibyście więcej stacji radiowych, konkretnie, dedykowanych określonemu gatunkowi muzycznemu. Inspiracją dla tego wpisu jest zjawisko jakie jest obecne się na naszym dość skostniałym, rynku radiowym. Mianowicie - pojawiły się już jakiś czas temu stacje dedykowane, takie jak RMF Classic lub Eska Rock, Radio Złote Przeboje, a nawet Tok FM - z założenia prezentujące jeden profil słuchaczowi. Można mówić, że są to odgałęzienia od innych graczy na rynku, lub kopie czegoś co było wcześniej (np. 2 Programu PR) ale tym zajmę się w osobnym wpisie. W tym, chciałbym poznać wasze zdanie i przedyskutować wady i zalety tego rozwiązania. Przede wszystkim, słuchacz mniej więcej wie czego się spodziewać i jest spore prawdopodobieństwo utrafienia w gust muzyczny. Nie trzeba wysłuchiwać utworów popowych, a piosenka Dody czy Gosi Andrzejewicz (bez urazy, to tylko przykłady) nie będzie się przeplatać z utworem The Clash, Johnny'ego Casha, Depeche Mode czy Muse, lub jakiegokolwiek innego zespołu/wykonawcy, prezentującego sobą zupełnie odmienny poziom niż popowi artyści. Kolejną zaletą jest możliwość poświęcenia tego czasu antenowego, zamiast na utwór *sprawdza w google co jest trendy* Lady Gagi, na utwór kogoś, kto by się w innym przypadku nigdy nie pojawił na antenie, lub jeśli pojawił, to w jakimś "hicie" pomijającym inny, często lepszy, jego dorobek. Czy współcześnie jest na coś takiego miejsce ? Oczywiście, rynek ma swoje prawa i reklamy etc. muszą się pojawiać, ale czy jest zapotrzebowanie na coś odmiennego niż obecna rzeczywistość ? A może internet w zupełności wykluczył już taką opcję, przez niezliczone radia internetowe, serwisy udostępniające muzykę do słuchania, youtube itp. A może kameralne radio, w stylu systemu jaki panuje w USA, miałoby w Polsce rację bytu ? Zapraszam do komentarzy, do ankiety, do szukania wad i zalet
    PS. Zgłaszajcie też swoje propozycje, w ankiecie są pojedyncze gatunki, lub zebrane po parę, ale może miksy gatunków - wybranych i tylko takich - byłyby ciekawsze ? Piszcie.
    Muzyki klasycznej w ankiecie nie umieszczam, gdyż istnieją już stacje ją grające - RMF Classic i 2 Program Polskiego Radia
  11. Rorschach
    Jakkolwiek by źle ta przerwa w pisaniu nie wyglądała, nie znaczy to jednak iż porzuciłem blog w otchłani ciemnej, porośniętej pajęczynami i kilkucentymetrową warstwą kurzu. Tak przy okazji, to ciekawe, że piszący o tego typu miejscach są w stanie podać tyle szczegółów, mimo iż podobno jest ciemno. Zgadują ? Teoretycznie narrator ma wszelkie prawa być wszechwiedzący, ale czy na pewno zawsze powinien ? Jeśli będzie tłumaczył naginanie logiki zupełnym puszczeniem wodzy wyobraźni, to zrozumiem. Ale, ten wpis nie o fikcji lecz o rzeczywistości będzie traktował. I o historii, o której mało kto wie, nawet z fanów piłki angielskiej z hrabstwa Lancashire.
    Pierwszym klubem jaki powstał w mieście Manchester na północy Anglii był Newton Heath L&YR założony przez kolejarzy, co tłumaczy te tajemnicze literki w nazwie - Lancashire and Yorkshire Railways. Działo się to w 1878 roku, a już dwa lata później powstał konkurencyjny klub - St.Marks(West Gorton), którego nazwa odzwierciedlała afiliacje założycielki, córki proboszcza anglikańskiego lokalnej parafii, oraz dwóch pracowników kościoła, jednocześnie będących hutnikami. Potem St. Marks zmienił nazwę na Ardwick A.F.C po zmianie stadionu, by na końcu stać się tym, czym dzisiaj, czyli Manchesterem City. Newton Heath zostało przemianowane na Manchester United. Co ciekawe, oba kluby zmieniły nazwy na te, które znamy dzisiaj, po problemach finansowych i przejęciu przez nowych właścicieli.
    Ktoś jednak uznał, że trzeci klub w Manchesterze nie zaszkodzi. I tak, po kilkudziesięciu latach od powstania dwóch pierwszych, narodził się Manchester Central F.C.

    Przyczyną powstania był pogląd iż Wschodni Manchester potrzebuje drużyny w lidze piłkarskiej, której brakło po zmianie miejsca gry na inny stadion, przez Manchester City. Twórcami tego klubu był dyrektor City, John Ayrton oraz właściciel klubu żużlowego Belle Vue Aces, John Iles. Był rok 1928. Nowo utworzona drużyna swe mecze rozgrywała na Belle Vue Athletics, stadionie na co dzień będącym stadionem żużlowym. Tym, czym ten klub różnił się od obecnych tworów, takich jak F.C. United of Manchester - półamatorskiej drużyny stworzonej z protestu przeciw właścicielom United i prowadzonej przez nich polityce, był pełen profesjonalizm i założenie, że klub docelowo ma grać w najwyższej klasie rozgrywkowej.
    Oto piłkarze, którzy przez jakiś czas grali w tym klubie: Edward Fairclough "Ted" Adams ; John "Jackie" Bray ; John Brown ; Harry Clayton ; Albert Gray ; George Hicks ;
    Thomas Gerard "Tom" Nolan ; Patrick Joseph O'Beirne ; Albert Arthur Pape ; Charles Ross "Charlie" Pringle ; Harold Readett ; Jonathan "Johnny" Rowe ; Alexander E. "Alex" Trotter

    Jednak chyba od początku pewne rzeczy działały na niekorzyść klubu, a w myśl słowa będącego w jego nazwie : Central. Jednym z trenerów był Billy Meredith, były gracz Manchesteru United i Manchester City, dla których zagrał prawie tyle samo spotkań - nieco ponad 300. Ciekawostką jest to, z czego zasłynął (oprócz niechlubnego incydentu z łapówką) - grał zawsze na boisku z wykałaczką w ustach, twierdząc, że to pomaga mu się skupić podczas meczu. Menedżerem klubu został James McMahon. Manchester Central dołączył do Lancashire Combination, czyli ligi złożonej z zespołów wywodzących się z Północno-Zachodniej Anglii, obecnie North West Counties League. Innym przykładem spełniania w rzeczywistości tego przymiotnika "central" jest skład drużyny, utworzony w większości z graczy, którzy albo odeszli, albo grali kiedyś w City lub United lub też po prostu zostali wypożyczeni bo nie mieścili się w rezerwach i pierwszych "jedenastkach". W pierwszym roku działalności (1928/29), zespół ukończył rozgrywki na siódmym miejscu w 20 zespołowej lidze i złożył podanie o przyjęcie do Football League. Football League to kilka najwyższych klas rozgrywkowych w Anglii, do momentu powstania Premier League, która została ekstraklasą, ale układ Football League się nie zmienił - Dywizja Pierwsza, Druga oraz Trzecia, która ewoluowała najbardziej - raz dzieląc się na III Południową i Północną, a w pewnym momencie wydając z siebie Dywizję IV, obecnie jednak układ wygląda po staremu, jedynie nazwy się zmieniły : Championship jako zaplecze ekstraklasy, League One i Two jako niższe ligi.
    Podanie Manchester Central F.C. o przyjęcie, zostało odrzucone, podobnie jak kolejne, w następnym sezonie, mimo iż był znacznie lepszy, zespół ukończył Lancashire Combination w czołówce, a rezerwy (tak, tak, ten klub miał swe rezerwy !) występowały w Cheshire County League. W sezonie 1930/31, po 3 latach istnienia, Central skończył ligę znów na siódmej pozycji, a rezerwy na dole tabeli swojej ligi. Kolejne odrzucone podanie, gdy Chester dostało miejsce w FL, sprawiło iż zarząd klubu zdecydował się wycofać z Lancashire Combination i skupić wyłącznie na Cheshire County League. Kiedy Wigan Borough musiało zrezygnować z Football League, Central natychmiast zgłosiło swój akces. Jednak mimo wstępnej zgody na występy w Division Three (North), kiedy już lisek witał się z gąską, zdarzyło się coś, co przekreśliło dalszy rozwój klubu.
    W tamtych czasach zespoły z najwyższych lig to był zamknięty krąg, który zazdrośnie strzegł swej pozycji i nie było automatycznego awansu po osiągnięciu wysokiego miejsca w danej lidze lub wygraniu jej. 34 tysięczny stadion Belle Vue był mocnym punktem do zgody na zastąpienie Borough, któremu skończyły się fundusze na grę w lidze. Jednak wszystkie ambicje właścicieli i graczy storpedował protest dwóch klubów z Manchesteru - City oraz United. City grało wtedy w First Division, United w Second i oba kluby martwiły się, że nowa drużyna w mieście, odbierze im sympatyków. W Londynie drużyn jest wiele, chociaż to oczywiście ogromna aglomeracja, ale Manchester teoretycznie też pomieściłby trzy kluby. No właśnie, teoretycznie...
    Pomimo iż zdarzało się ujrzeć ponad 8 tysięcy kibiców na trybunach, a United walczyło by mieć u siebie 7 (!), a Wschodni Manchester zostawał opuszczony futbolowo aż do przeprowadzki City na Eastlands, protesty obu klubów złamały kręgosłup Central. Wielu sympatyków odwróciło się od Manchesteru United, w rezultacie kiepskiej opinii w prasie po tym zdarzeniu. Na koniec sezonu, Manchester Central F.C. zrezygnował z Cheshire County League, wiedząc, że to koniec marzenia, które już nigdy nie miało mieć szans na realizację...
    Pierwszy Manchester Central grał swe mecze w latach 90 XIX wieku, ale próbą stworzenia prawdziwego klubu były właśnie te sezony przełomu lat 20 i 30 wieku XX. Mitem jest, że Newton Heath gdy chciało zmieniać nazwę, rozważało nazwę Central, gdyż klub chciał uniknąć jakichkolwiek pomyłek i oto powstał Manchester United, w roku 1902. Mimo tego, właśnie przez tą legendę sympatycy United rozważali Central gdy chcieli utworzyć klub na znak protestu przeciw Glazerom, jednak ostatecznie wybrali FC United of Manchester.
  12. Rorschach
    Często-gęsto zastanawiałem się nad losami bohaterów najróżniejszych informacji i "niusów" podawanych przez gazety/telewizje/internetowe portale i strony. Jak wiadomo, człowiek lubi wiedzieć i na dodatek lubi gdy po danym wydarzeniu następuje dalszy ciąg. Między innymi stąd bierze się spora popularność wszelkiej maści seriali. A jak rzecz ma się w przypadku informacji ? Jeżeli informacja polegała na zachęceniu do niesienia komuś/czemuś pomocy (np. niepełnosprawnym, poszkodowanym w wypadkach i katastrofach etc.) to można się spodziewać dalszego ciągu. Ot, choćby z uspokojenia ludzi, że znalazły się "człowieki" o dobrych serduchach i przynajmniej częściowo świat stał się lepszy. Przodują w tym głównie Wiadomości TVP 1, ich główne wydanie, ostatnim przykładem sprawa strażaka, który dostał protezy nóg dzięki wpłatom ludzi, których uwagę przyciągnął materiał o jego niedoli. Jednak pozostaje jeszcze cały zestaw innych wiadomości - o katastrofach dotykających duże grupy ludzi, wiadomości politycznych, gospodarczych, społecznych i reszcie, które czasami zostają zawieszone w próżni. A ponieważ pamięć ludzka jest krótka, nikt nie sprawdza jakie znalazły rozwiązanie i co się ostatecznie stało. Czasami sprawa jest w toku, czasami jej rozstrzygnięcie zapadnie dopiero za dłuższy czas. Jednak serwisy informacyjne zwykłe to nie sport, gdzie jednorazowe podanie wyniku lub "niusa", wyczerpuje temat. Dlatego uważam, że powinniśmy sobie postawić pytanie, jako odbiorcy, czy dziennikarskim obowiązkiem nie powinno być poinformowanie o definitywnym, ostatecznym zakończeniu danej sprawy ? Nie mówię tu oczywiście o sprawach mających tok sądowy - postępowanie może trwać latami, odwlekać się itd. a zakończenie i tak będzie istotne tylko dla podsądnego/ych albo samo "wypłynie" jeśli sprawa dotyczy gospodarki lub polityki. Tymczasem jednak mamy wachlarz tematów, które wymagają końca. Sprawy europejskie, gospodarcze, ustaw i reform, czy też przede wszystkim sprawy międzynarodowe. Jeśli coś na nas wpływa, mamy prawo o tym wiedzieć - taka powinna być zasada. Ale niestety nie jest stosowana. Gazety, pisma, telewizje, internet, w udawaniu ( bo jest to fałszem, bez wątpienia) iż są bezstronne i obiektywne tracą poczucie jakiejkolwiek misji. Prowadzi to do spłycania przekazu, forsowania medialnej papki w głowy odbiorców, a następnie do możliwych manipulacji przekazem. Dziennikarz, obojętnie skąd by nie pochodził, nie może się bać sięgać głębiej, trzymać kogoś za słowo, patrzeć na ręce. Jeżeli mieszkańcy danego terenu domagają się budowy nowej drogi, szkoły etc. to powinien sprawdzać, czy rzeczywiście tak się dzieje. I nie bać się napisać czy powiedzieć, że jeśli są nieprawidłowości lub opóźnienia lub zastopowanie projektu to wina pana/pani z partii X,Y lub Z, urzędu takiego lub innego, samorządu tego lub tamtego, przedsiębiorstwa, fundacji czy innej organizacji albo grupy działającej w przestrzeni publicznej. Wybaczcie, że nie piszę przykładów takich informacji, ale świadom jestem iż pamięć ludzka niestety jest krótka, jednak wiem na pewno, że nie raz i nie dwa chciałem poznać dalszy ciąg danej sprawy. Być może wy, czytelnicy tego bloga, w komentarzach wspomożecie przykładami pamiętanymi przez was. Wiadomości finalizującej poprzednią, w osobnym serwisie informacyjnym, następnego dnia lub nawet za tydzień czy za miesiąc, ale jednak. Dłuższy horyzont czasowy nie ma sensu. Tymczasem przypomina to nieco politykę - jeśli coś się dzieje na początku kadencji lub w środku, to pikuś, bo wyborcy i tak zapomną do czasu wyborów. Nawet jeśli opozycja przypomni to i tak nie będzie to miało tej siły. Ponieważ ludzie się przyzwyczajają a boli ich to, co dotyka ich bezpośrednio, a nie tylko pośrednio i ogólnie. Miejsca w gazetach lub TV na takie "zakończenia" najważniejszych spraw na pewno nie zabraknie, ponieważ i tak często jest ono marnowane, na powiedzmy szczerze, bzdury. Przykładowo, końcowe informacje w głownym wydaniu Wiadomości to w 90 % są niepotrzebne - gdy sportowiec polski osiągnie sukces, to wystarczy dłuższy materiał w Sporcie, gdy zostanie opublikowany jakiś sondaż (np. typu "Polacy w czołówce europejskiej testów dla poziomu wiedzy gimnazjalnej" ) to kogo to obchodzi ? Nie trzeba długo się rozwodzić by udowodnić słabość większości sondaży i statystyk, zwłaszcza porównujących tak odległe jednostki jak osoby uczące się w zupełnie innych systemach edukacyjnych. Mam nadzieję, że choćby częściowo, dziennikarstwo się zmieni, ponieważ potrzebuje całej góry zmian.
  13. Rorschach
    Widać zastój jak na dłoni. Nie wynikł on ani z temperatur przebijających magiczną granicę zera stopni w skali Celsjusza na tą mniej właściwą stronę, lecz z ogólnych wypadków losowych. Jednakże grudzień powinien obfitować w prezenty co całe społeczeństwo bardziej lub mniej ochoczo, podchwyca. Dziś więc uraczę was, drodzy czytelnicy, kilkoma przemyśleniami na temat istniejących ministerstw w naszym jakże wspaniałym mocarstwie. Pomysł na wpis wpadł mi nieco przypadkiem, bo czy ktoś z was zastanawia się nad tak banalną rzeczą jak nazwa ? Tymczasem, nazwa to rzecz równie istotna jak imię i nazwisko, określa bowiem coś, jeszcze zanim człowiek ma z daną rzeczą jakikolwiek kontakt. Nazwa to narzędzie marketingu, reklamy, propagandy. Przyjrzyjmy się obecnym ministerstwom. Mamy ich aż 18, w porównaniu do okresu międzywojennego - o 7 więcej, nie licząc "ministra" szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W okresie II RP liczba ministerstw była stała, jedynymi korektami przez 20 lat było połączenie ministerstw - reform rolnych i rolnictwa w jedno, oraz pracy i opieki społecznej, również w jeden twór administracyjny. Tymczasem ile zmian następowało w III RP ? Trudno zliczyć, a na dodatek większość z nich miała jedynie charakter kosmetyczny lub służyła by dać stanowiska kolejnym znajomym/dać iluzję reform lub "wymienić zderzaki". Nie twierdzę, że II RP była idealna, jednak trzeba się skupić na teraźniejszości bo ona dotyka bezpośrednio każdego.
    Ministerstwa II RP - spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych, spraw wojskowych, sprawiedliwości, skarbu, przemysłu i handlu, rolnictwa i reform rolnych, komunikacji, poczt i telegrafów, wyznań religijnych i oświecenia publicznego, pracy i opieki społecznej.
    Ale miało być o nazwach, zatem przeanalizujmy sens obecnych nazw ministerstw, a wręcz sens ich istnienia (na szczęście np. ministerstwo spraw europejskich (?)* już nie istnieje)
    1. ministerstwo zdrowia. Co to jest zdrowie - ten się dowie kto cię stracił, można odpowiedzieć nawiązując do klasyki. Zatem czy ministerstwo zajmuje się zdrowiem ? Oczywiście, że nie. Zajmuje się pacjentami, szpitalami. Chorobami i urazami wszystkich rodzajów. Jaka nazwa pasowałaby bardziej ? Wg. mnie - ministerstwo opieki medycznej, ewentualnie ministerstwo spraw medycznych. Związanych z medycyną. Bo zdrowie ma to do siebie, że nim się nie trzeba zajmować.
    2. ministerstwo sprawiedliwości. Sądy, które w ponad 90% spraw o prawa rodzicielskie, orzekają przeciwko ojcom. Sądy, które pracują wolniej niż polska reprezentacja piłkarska pnie się w rankingach. Sądy, których wyroki czasami są kpiną w żywe oczy ludzi inteligentnych. Sądy, które "bezstronnie" wspierają dany światopogląd lub opcję polityczną, które nie potrafią rozliczyć ani własnej przeszłości ani innych. Przykłady można mnożyć. To nie jest ministerstwo sprawiedliwości, bardziej pasowałoby ministerstwo sądownictwa (szczególnie po rozdziale min. spraw. i prokuratury generalnej) lub ministerstwo prawa - prawo może być dobre lub złe w dalszym ciągu będąc prawem.
    3. ministerstwo obrony narodowej. Chyba nikt nie wierzy, że armia służy tylko do obrony. Interwencje zagraniczne podejmowane przez WP, w Iraku, Afganistanie, misje na Bałkanach czy Afryce to nie jest przecież obrona. Nie wspominając już o tym, że nasze siły zbrojne nie mogłyby obronić nawet województwa mazowieckiego, a co dopiero całej Polski. I to niestety jest smutna prawda, wskazując na stan naszych kadr, stan jakościowy i ilościowy wyposażenia, a także ilość wyszkolonych żołnierzy. Likwidacja poboru - dobry krok, cała reszta - obraz nędzy i rozpaczy. Zmiana nazwy na ministerstwo wojny (obronna czy zaczepna, wojna to wojna) lub ministerstwo spraw wojskowych lub ministerstwo sił zbrojnych
    Przyczepić się jeszcze mogę do idiotycznych członów nazw, typu : ministerstwo administracji i cyfryzacji. Taaak, czy ktoś uważa, że cyfryzacja w tej nazwie ma cel inny niż propaganda ? Jeśli zadaniem ministra jest stworzenie systemów informatycznych baz danych o obywatelach w danych dziedzinach - edukacji, opieki medycznej itd. to czy nie jest to zadanie administracyjne lub ewentualnie podpadające pod zakres obowiązków odpowiednich resortów ? Hmm ?
    Mógłbym kontynuować, ale zamiast tego zaproponuję takie połączenia resortów :
    -ministerstwo edukacji narodowej + ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego = ministerstwo spraw kulturalnych i oświatowych. Zadania się przeplatają, historia Polski związana jest zarówno z naszym dziedzictwem, kulturą jak i edukacją narodu i tworzeniem jego samoświadomości.
    -ministerstwo gospodarki + ministerstwo rozwoju regionalnego = ministerstwo gospodarki. Nie ma powodów by istniały dwa osobne resorty z których jeden ma ograniczone możliwości i działania a drugi teoretycznie ma wspierać rozwój polskiej gospodarki. Hmm, rozwój...
    -ministerstwo rolnictwa i rozwoju wsi + ministerstwo środowiska = ministerstwo rolnictwa. Czy ktoś w ogóle kojarzy jakąkolwiek inicjatywę ministra środowiska ? Może być z poprzednich rządów. Mnie na myśl przychodzi tylko przyjazd ministra by odwiedzić grupkę eko-wariatów przykutych do drzew w dolinie Rospudy oraz podróż obecnego ministra na szczyt ministrów środowiska Unii. Mieli gadać o limitach CO2. Right. Miażdżenie głupoty takich szczytów (ciekawe ile CO2 wyprodukowali lecąc samolotami oraz jadąc limuzynami na spotkania) to chyba kopanie leżącego. Sugeruję wypompować oceany i wypuścić je w kosmos, kto nie wierzy niech sprawdzi ile CO2 produkują wody na kuli ziemskiej. Obawiam się jednak, że nie ma szans by głupota co niektórych również wyleciała w przestrzeń kosmiczną.
    -ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego + ministerstwo pracy i polityki społecznej = ministerstwo nauki i polityki społecznej. Przyjmijmy ogólnikową nazwę "nauka", odrzućmy idiotyzmy o "pracy". Czy ministerstwo zajmuje się pracą w inny sposób niż dając pracę setkom urzędników ? Czy ktoś znalazł pracę satysfakcjonującą go, szukając w "pośredniaku" ? Jedna wielka ściema. Polityka społeczna to co innego, to już szczerość - głaskanie wyborców systemami rent i zasiłków. A czemu połączenie resortów ? Celem 'nauki' jest odbierać 'klientów' polityce społecznej, zmniejszać armię bezrobotnych, rozwijać przemysł, nowe technologie itd. Oczywiście wszystko się najlepiej rozwija bez interwencji państwa. Ale fuzją resortów przynajmniej uniknie się zbędnej wojenki między resortami i ustawi obydwa( już jako jeden) na odpowiedni kurs
    -ministerstwo administracji i cyfryzacji + minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej = dlaczego nie ministerstwo administracji i infrastruktury ? Czy już naprawdę do budowy każdego kilometra autostrady trzeba w Polsce wyznaczać nowych ministrów, nowe komisje, nowych urzędników ? ... Dobra, to było pytanie retoryczne.
    Resorty: finansów, spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych są jednymi z najważniejszych, jeśl nie wręcz najważniejsze, i ich zadania powinny być wykonywane bez przydzielania dodatkowych obowiązków. Ministerstwo skarbu państwa oraz ministerstwo sportu i turystyki (znów idiotyzm, promocja kraju dla turystów zza granicy to zadanie MSZ, promocja kraju dla obywateli może i powinna się odbywać przez samorządy) mogą zostać w takim kształcie jakim są ze względów praktycznych - zbyt małe by same przyjąć pod swe skrzydła jakiś resort, zbyt duże by zostać zlikwidowane a ich działania przeniesione.
    Być może w następnych wpisach bardziej rozwinę tematy polityczne, lub zacznę z dawna obiecywaną ekonomię (wybaczcie, gdy ktoś zajmuje się czymś na codzień, nie zawsze ma chęć znów do tego wracać, jednak obiecuję to naprawić !). Jak to przypomniał we wczorajszych Wiadomościach Robert Gwiazdowski - Milton Friedmann w 99 roku dawał strefie euro 10 lat. Swoje zdanie o eurostrefie oraz polityce gospodarczej Europy i Polski mam od dawna, by uniknąć posądzenia o koniunkturalizm należy je przedstawić teraz, a nie gdy wszystko runie. A teraz modlić się o to by skończyło się szczęśliwiej niż przewidujemy.
    * nieważne. Istotne jest pytanie o sens takiego czegoś w kontekście ilości departamentów MSZ a także, chociażby, min. rozwoju regionalnego niby odpowiadającego za rozdział środków z Brukseli
  14. Rorschach
    Pierwotnie chciałem opublikować inny wpis w pierwszej kolejności ale ponieważ dawno nie recenzowałem niczego, a obejrzany film uznałem za zasługujący na recenzję, oto i ona.
    Zapewne wiele osób przynajmniej ze słyszenia zna klasyki kinematografii światowej i potrafi, słysząc dany tytuł filmu, opowiedzieć co nieco na jego temat. "Pół żartem, pół serio", "Wszyscy ludzie prezydenta", "7 wspaniałych", "Hannibal", "7 pieczęć", "Psychoza" i wiele innych - nie trzeba oglądać danego filmu by kojarzyć, tak się wrósł w kulturę, że prędzej czy później dana osoba się natknie na nawiązania do niego. Podobnie jest z "Obywatelem Kane", arcydziełem Orsona Wellesa. Ale nie zamierzam pisać o tym filmie, opiszę inny.
    Konkretnie, "Meet John Doe", na język polski przetłumaczone jako "Obywatel John Doe". Nie do końca podoba mi się to tłumaczenie ale nie jest najgorsze, szczególnie, że obraz wyreżyserowany przez Franka Caprę ("Arszenik i stare koronki") ma sporo podobieństw z "Obywatel Kane". Jednak nie jest tak znany jak film Wellesa. A szkoda. Oba powstały w tym samym roku, 1941, zatem ciężko sugerować, że jeden reżyser zgapiał od drugiego, ba ! premiera "Meet John Doe" miała miejsce półtora miesiąca wcześniej.
    W rolach głównych zagrali: Gary Cooper ("W samo południe") jako bohater tytułowy oraz Barbara Stanwyck ("Podwójne ubezpieczenie"). Podobieństwa obu filmów nie kończą się na roku premiery ani na postaci magnata prasowego jaka pojawia się w filmie i ma spory wpływ na akcję oraz koncepcji zastosowanych w fabule. Nie chcę zdradzać zbyt wiele ale tych podobieństw jest nieco więcej, a pewne sceny są ponadczasowe i film nie stracił na aktualności.

    Niezbyt mi się podobają plakaty do tego filmu ponieważ sugerują, że wątek romantyczny jest główną osią fabuły. To nieprawda. Jest w filmie, nie przeczę ale znajduje się przez większą część czasu na drugim planie i nie ma ani jednej sceny bezpośrednio z nim związanej (np. pocałunku).
    Film zaczyna się od ruchu jaki wykonuje dziennikarka gazety "Bulletin", Ann Mitchell, zagrożona utratą pracy po zmianie właściciela. "New Bulletin" ma nową politykę i redukuje zatrudnienie (kapitalna scena zmiany tablicy przy wejściu do redakcji, warto zwrócić uwagę na napisy na starej i nowej). Ann w swoim ostatnim tekście tworzy więc postać Johna Doe, człowieka z ulicy, który "pisze list" w którym grozi samobójstwem w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w proteście przeciwko niesprawiedliwości, korupcji, biedzie, bezrobociu i innym społecznym plagom. W ten sposób, takim imieniem i nazwiskiem, oznaczane są w krajach anglosaskich osoby z nieznaną tożsamością ale ów przyszły samobójca jest w całości dziełem wyobraźni Mitchell. Dziennikarka przyznaje się redaktorowi naczelnemu i bez cienia wstydu proponuje kontynuować maskaradę i rozwijać to dalej. Ziarno pada na podatny grunt, ludzie, mający te same problemy co John Doe, kupują gazetę, konkurencyjna gazeta, "Chronicle" węszy ściemę ale nie może nic zrobić. Sprawa rozwija się tak bardzo, że trzeba znaleźć kogoś kto będzie grał Johna Doe. "List" JD poruszył serca, kobiety składają propozycje matrymonialne, padają propozycje pracy zatem wielu kandydatów zgłasza się do gazety twierdząc, że są autorami listu. Spośród nich zostaje wybrany jeden, który wcieli się w rolę Johna Doe, a cała sprawa nabiera jeszcze większego rozpędu i zatacza coraz szersze kręgi...

    Myślicie, że opowiedziałem ponad połowę filmu? Błąd. Jak na nieco ponad dwie godziny, udało się zmieścić sporo, a fabuła jest spójna. Zastrzeżenia mam co do muzyki, zupełnie bezbarwna, ot jakieś tam melodie przewijające się przez film lub grane jako podkład do scen bez dialogów. Niestety, wpływa ona też na ocenę całości filmu ponieważ jest przejawem cechy charakterystycznej dla filmów Capry, optymistycznego rysu całości. Aktorzy grają dobrze, świetnie są dopasowani do swoich ról, dialogi na dobrym poziomie (monolog "Pułkownika" [na zdjęciu pierwszy z prawej] wart jest uwagi, sceny w których bohaterka grana przez Stanwyck przekonuje "Johna Doe" do swoich racji wypluwając słowa z prędkością karabinu maszynowego - również świetne) ale kuleje, jak wspomniałem, oprawa muzyczna i niestety, brakuje najistotniejszego elementu jaki mógł dopełnić układanki - goryczy. Nieco inne zakończenie, zmiana muzyki i mogło być arcydzieło. A wyszedł film "tylko" bardzo dobry. Widzom pozostaje jednak delektować się ukrytymi w tym dziele trafnymi, życiowymi spostrzeżeniami i zajrzeć trochę głębiej. Wcale nie patrzeć na ten film jak na odrobinę mniej utalentowanego brata "Obywatela Kane'a" gdyż "Meet John Doe" broni się po prostu sam.
    Zazwyczaj nie daję ocen w swych recenzjach ale jeśli ktoś potrzebuje, proszę: 7 z dużym plusem to minimum. "Ósemkę" dałbym z czystym sumieniem gdyby nie zakończenie, a 9 byłoby (tyle dałem "Obywatel Kane") gdyby nadać temu filmowi trochę inny szlif.
  15. Rorschach
    Co prawda początkowo miałem zamiar dodać wpis o wyborach i aktualnościach politycznych, ale uznałem iż bez wymieniania partii czy konkretnych osób, z uwagi na ciszę wyborczą, nie byłoby to już to samo. Dlatego mam nadzieję, że czytujących ten blog, wpisy o Pucharze Świata w rugby jeszcze nie znudziły Tydzień temu radziłem by wstać rano i obejrzeć spotkania ćwierćfinałowe. Sam zastosowałem się do swojej rady i na tapetę poszły mecze Anglii oraz Nowej Zelandii, mimo iż przeważająca większość typujących w ankiecie na stronie rugbypolska.pl, uznała iż ciekawsze będą mecze Irlandii z Walią oraz RPA z Australią, nie bez powodu.
    W sobotę dwa zespoły z Wysp Brytyjskich zagrały przeciwko sobie kolejny raz w tym roku, po pucharze 6 narodów. Faworytem byli Irlandczycy ze względu na wygranie grupy oraz zwycięstwo z mocną Australią. Jednak Walia zaskoczyła rywali i odniosła dość przekonywujące zwycięstwo 22-10. W drugim meczu, Anglicy ulegli niestety Francuzom... Rezultat 12-19 nie mówi dokładnie jak wyglądało to spotkanie. Pierwsza połowa w wykonaniu Anglii to była katastrofa, często mylili się podając do siebie nawzajem, upuszczali piłkę, nie zacieśniali defensywy. Francuzi zaś, atakowali z pasją i mądrze taktycznie co skończyło się wynikiem 16-0 po pierwszej połowie. Anglia była zdruzgotana. Druga połowa przyniosła niewielką poprawę, a gdy po przyłożeniu z podwyższeniem wynik uległ zmianie na 16-7, w serca kibiców wlało się trochę wiary. Jednak dalszy przebieg gry nie zmienił rezultatu, a drop goal i 3 punkty dla Kogutów, zapewnił im wygraną, której nie zagroziło nawet kolejne 5 punktów Anglii w końcówce. Szkoda, szkoda... Jednak potwierdziło się, że nie trzeba wygrywać wszystkiego w grupie, by w fazie pucharowej grać świetnie. Polacy mogą kibicować Francji w dalszej fazie, ze względu na dwóch Dymitrów - jednego o swojskim nazwisku Szarzewski, a drugiemu o pochodzeniu gruzińskim, nazwiskiem Yachvili
    W niedzielny poranek mieliśmy tego kolejne dowody... z małym wyjątkiem. Jedynym niepokonanym zespołem została Nowa Zelandia. Wcześniej jednak, RPA i Australia stworzyły niesamowite widowisko, żałuję, że obejrzałem tylko skrót. Obecni mistrzowie znaleźli się za burtą pucharu, mimo iż praktycznie cały mecz Wallabies bronili się desperacko, a RPA wygrywało większość elementów gry w rugby. Dramaturgię meczu dobrze podsumowuje sposób wygranej - Australia zapewniła sobie ją karnym, który porażkę jednym punktem przekuł w wygraną dwoma. Końcowy wynik to 11-9 dla Kangurów. I niech was nie zwiedzie początkowe prowadzenie Australii 8-0, losy wygranej ważyły się do końca. Nie brakło pomeczowych wypowiedzi, że było to spotkanie dwóch drużyn w pełni zasługujących na wygraną, o której przesądził "szczegół"
    Drugi mecz to Nowa Zelandia kontra Argentyna. Muszę pochwalić Pumy, nie tylko za dojście chwilowo na prowadzenie 7-6, ale także za ambicję i walkę. All Blacks bowiem, konsekwentnie realizowali założony plan taktyczny zdobywając większość swoich punktów z karnych ! Autorem punktów Piri Weepu, który etatowo wykonywał karne aż do zmiany w końcówce meczu. Dopiero gdy na koncie Nowej Zelandii było 18 punktów po 6 karnych trafionych, udało im się zdobyć przyłożenie. I ten mecz można podsumować zdaniem "robimy swoje, panowie" - Nowa Zelandia grała realizując plan, Argentyna występując z pozycji nie-faworyta chciała sprawić niespodziankę, jednak zabrakło sporo, a sama ambicja nie wystarczy. Końcowy rezultat 33-10.
    Kto wie, może w 2011 roku będziemy mieli powtórkę z 1987, czyli pierwszych rozegranych mistrzostw? Wtedy wygrała Nowa Zelandia, a 3 miejsce zajęła Walia. W tym roku, Walia osiągnęła swój drugi półfinał w historii... I jeśli szukacie kolejnej ekipy której warto kibicować, to są to Walijczycy, którzy przed Pucharem mieli zgrupowanie w Spale i bardzo sobie Polskę chwalili.
    Ja jednak trzymam kciuki za All Blacks
    Za tydzień półfinały : Walia vs Francja
    Australia vs Nowa Zelandia
    Chyba nie muszę mówić, jak ciekawie sie zapowiadają? No i to już niestety końcówka, ostatnie 4 mecze tegorocznego pucharu. Półfinały, mecz o 3 miejsce i finał. Następny Puchar dopiero za 4 lata w Anglii, więc nie czekajcie aż tyle. Zachęcam do śledzenia spotkań
  16. Rorschach
    Kolejne spotkania, w drugim rozdaniu fazy grupowej, pomiędzy światową czołówką drużyn rugby union zaczęły się dziś z rana naszego czasu. Wybrałem mecz grupy B, w której tym razem odpoczywała Anglia, która swój mecz rozegra 18 września. Dla porządku trzeba jeszcze przytoczyć rezultaty innych dzisiejszych rywalizacji i można przejść do omówienia dania głównego. Samoa wygrało z Namibią 49-12, a Tonga przegrało z Kanadą 20-25, były to mecze odpowiednio, grup A i D. Daniem głównym jednak, i spotkaniem, które zapowiadało się najciekawiej, był mecz Szkocji z Gruzją. Naprzeciw siebie stanęli twardzi szkoccy górale, doświadczeni gracze należący do najlepszych drużyn świata, oraz równie twardzi mieszkańcy Kaukazu, którzy byli jednymi z faworytów w zakładach, która drużyna będzie "czarnym koniem" turnieju. Sam mecz rozpoczął się dość spokojnie, obie drużyny chciały się przedrzeć podaniami na małej przestrzeni i często dochodziło do zwarcia i utworzenia młyna. Nawet komentatorzy doceniali postawę Gruzji, ciesząc się, że drużyna z niższej dywizji rywalizuje na równi z ekipą światowej czołówki, co świadczy pozytywnie o poziomie i daje optymizm na ciekawy i emocjonujący Puchar Świata. Przy komentatorach będąc, zwrócili oni uwagę jeszcze na dwie rzeczy, klarującą się w trakcie meczu skłonność Gruzinów do zawężania pola gry oraz, już wybiegając fakty, w końcówce na formę Szkocji, która wg nich może mieć trudności w kolejnych meczach jeżeli nie poprawi gry, bo czekają ich cięzkie spotkania z Argentyną a potem Anglią. Pierwsze punkty w meczu zdobyła Gruzja, po karnym Meraba Kvirikashviliego w 17 minucie gry. Na uwagę zasługuje to, że popisał się ładnym strzałem z dużej odległości, zaskakując Szkotów, że udało mu się zdobyć punkty. Jak się później okazało, był on jedynym zawodnikiem punktującym dla Gruzinów dzisiejszego dnia. Ale o tym za chwilę. Bo oto Szkoci zaczęli grać uważniej i spychać rywali wgłąb ich strefy boiska. Etatowy strzelec karnych, Dan Parks, początkowo się pomylił, lecz już w 24 i 34 minucie spotkania był bezbłędny co wyprowadziło jego drużynę na prowadzenie 6-3. Gruzja w tym momencie nie umiała wypracować sobie dobrych sytuacji, ponieważ dzisiejszego dnia oba zespoły świetnie pracowały w defensywie, co trzeba podkreślić. Jedyne punkty padały z karnych i... no właśnie, ładna, kombinacyjna akcja i w 39 minucie Dan Parks zdobywa kolejne punkty z "drop goal-a" (strzału na bramkę po upuszczeniu piłki z rąk). Inaczej punktów się zdobywać nie dało, bo żadna drużyna nie zaliczyła przyłożenia, ani nawet nie miała okazji by się to udało. To świadczy o ich obronie i koncentracji gry w strefach gdzie aktualnie znajdowała się piłka. Pierwsza połowa zatem 9-3 dla Szkocji. Druga część gry zaczęła się podobnie jak pierwsza, tylko z jeszcze bardziej uszczelnioną obroną. Sędzia co jakiś czas używał gwizdka, odgwizdał parę spalonych, jednak przewaga w statystykach była po stronie Szkocji, posiadanie piłki też. 71 minuta i prowadzenie podwyższa Parks, 73 minuta i Kvirikashvili zmniejsza straty z karnego. W tym momencie przypomniane zostało spotkanie Gruzji z Irlandią sprzed 4 lat, gdzie też byli " do tyłu" ale na 4 punkty, nie sześć. Na dobrze taktycznie ustawioną Szkocję jednak to było za mało, i w 76 minucie Parks ustalił wynik karnym na 15-6 dla Szkotów.
    Statystyki : posiadanie piłki (w całym meczu) 51-49, terytorium boiska 59-41 , karne strzelane - 4, 3 trafione do 2, 2 trafionych. Drop Goals - 1 , 0 pudeł do 0, 2 pudła. Ogólna liczba karnych - 6 do 14 , zero żółtych i czerwonych kartek.
    Jak widać, przykładowe statystyki pokazują, że prawie wszędzie lekką przewagę mieli Szkoci. Mecz był niezły, typowo walki, a obu ekipom twardych górali życzę powodzenia w następnych meczach, które być może będę opisywał.
  17. Rorschach
    Miało być o radiu, prawda, lecz szczerze mówiąc, nie miałem kiedy zebrać materiałów źródłowych. Ale, ale, nic straconego. Trochę się statystyki łyknęło w życiu, a to podpowiada mi by przyjąć stały moment badania. Zatem, skoro dla dobra ludzkości , a przede wszystkim tej części która marnuje poświęca swój czas na czytanie mego bloga, obiecałem recenzje nocnych programów radiowych, tak właśnie będzie. Weekendy sprzyjają zarywaniu nocy. Tak przynajmniej mówią... czyż nie ? Zatem co tydzień nowy wpis o kolejnej stacji radiowej. Od razu macie, szanowni czytelnicy i czytelniczki, zapowiedź rozpoczęcia regularnego pisania ! (Fanfary) A dziś ? Na dobry początek, mały ranking fajnych zwierząt z seriali/filmów. Miłej lektury.
    1. Pomarańczowy kot. Nie jest to, wbrew pozorom, jego imię, gdyż nie zostaje, o ile mi wiadomo, nazwany. Występuje w serialu "Zdarzyło się jutro" i pełni niebagatelną rolę dostarczyciela jutrzejszej gazety. Dziś. Albo jutro. Każdego dnia, w każdym razie. Tym sposobem czyni "szczęśliwca" jej niewolnikiem. Gdyby nie to, że dostaje ją człowiek dobry i uczciwy, by czynić dobro i uczciwość, podejrzewałbym, że kot jest inkarnacją jakiegoś kociego demona. Nie dość, że ma 9 żyć, to jeszcze to jedno mu się nie kończy. Ale i tak bym chciał go mieć. Nawet bez gazety. + 10 do "świetności" i ląduje na 4 łapach na pierwszej pozycji w rankingu
    2. Aligator Elvis. Czy coś o takim imieniu może nie być "królem" ? Aligator należy do detektywa James'a "Sonny'ego" Crocketta z serialu "Miami Vice" i już to mu daje handicap. Poza tym pilnuje świetnie łodzi, zżera kilogramy ryb i świetnie nadaje się do straszenia odwiedzających gości. Szkoda tylko, że sceny z jego udziałem były tak rzadkie. Ech, te cięcia budżetowe...
    3. ALF. Właściwie nie wiadomo, czy powinien tu być, chyba, że rozszerzymy znacznie granice pojęcia 'zwierzę'. Może nawet poza granice naszego układu słonecznego. Niewątpliwie wyróżnia się miłością do jedzenia kotów, co przysparza mu od razu fanów z Azji, jednak kłóci się z punktem nr 1. Tym niemniej, za ogromny nochal, ogromny humor i stworzenie podwalin pod pojęcie "ale jesteś odjechany jak kosmita", miejsce w rankingu mu się należy.
    4. Szczur Artur. Czwarto...e, piąto... szóstoplanowy bohater serialu "Robin z Sherwood". Należał do więźnia trwale siedzącego w lochu szeryfa. Czy to trwale brało się z szaleństwa czy z niechęci właściciela do opuszczania naturalnego środowiska pupila, zostawmy do osądu historykom. Plus, za bycie wiernym towarzyszem rozmów, nawet w 'ciemnicy'
    5. Robale Grissoma. Fakt, martwe lub, jak niektórzy mogliby rzec, nie do końca żywe, ale ile zagadek kryminalnych pomogły rozwikłać ? CSI Las Vegas, bez tych małych, dziwnych stworzonek różnorakich gatunków, nie byłoby tym samym miejscem. W razie klęski głodu mogą służyć za pożywny przysmak. Jak widać, miejsce jest zasłużone.
    6. Pingwiny(Skipper, Kowalski, Szeregowy, Rico). "Pingwiny z Madagaskaru". I właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie. Szalone, sprytne, nieprzewidywalne, o wojskowych umysłach, lecz elastycznych... Mógłbym długo wymieniać. W praktyce rządzą zoo, choć w teorii dają się wykorzystywać jako pomoc w sytuacjach beznadziejnych, czyli takich jakie przytrafiają się codziennie niektórym typom ludzi zwierząt. Tak czy inaczej, świat bez nich byłby bardziej ponury i na pewno mniej uporządkowany. A może bardziej ? Hmm. Przy okazji wspomnę o królu Julianie i szympansach - nie można o nich zapomnieć pisząc ten podpunkt
    7. Pies Rowdy. Serial "Scrubs". Biedaczysko musiał znosić wygłupy JD i Turka, przez wszystkie sezony serialu. Trzeba jednak przyznać, że od czasu do czasu dostał co nieco do jedzenia i picia, a nawet wyszedł na spacer... Jednak były też mniej przyjemne epizody jak porwanie z podmianą jednego psa na drugiego. No i służyć za wieszak do bielizny nie mrugnąwszy nawet okiem - trzeba mieć nerwy ze stali. Jak na wypchanego psa, oczywiście.
    8. Tornado. Bycie koniem Zorro już jest gwarancją zaistnienia w rankingach na najfajniejsze okazy fauny, a dodajmy do tego jeszcze doskonałe umiejętności bojowe. Czarna sierść zawsze elegancka, niepokorny charakter, duże przyśpieszenie, szybkość, również na zakrętach. Czy nie o tym każdy marzy ? Nie wspominając o ładowności i lojalności, by nosić Zorro w pełnym umundurowaniu wszędzie tam gdzie był potrzebny. Lub też nie.
    To be continued
  18. Rorschach
    Google. Słowo które przez to co reprezentuje, zawładnęło życiem milionów osób na całym świecie. Postępuje zgodnie z biznesową strategią typowego molocha danej branży - gdy bestia się nasyciła w jednym sektorze, aby nie musieć sobie odgryzać nowo wyrosłych głów, rozszerza działalność na inne sektory, które są w miarę bliskie pierwotnemu rdzeniowi, choć później może się to zmienić.
    Uwaga, tekst zawiera wulgaryzmy. Dlaczego ? Oto oświadczenie autora jakie udało nam się zdobyć: "bo chcę i mogę", później usłyszeliśmy jeszcze : "a użyć w sumie, muszę"
    Pomijając jednak szereg miejsc gdzie gigant może inwestować i wydawać swoje miliardy, zajmijmy się przeglądarką, a konkretnie, trzema aspektami wyszukiwania.
    1. Usunięcie wyników wyszukiwania na życzenie danego podmiotu. Doświadczyłem tego w sumie raz, a później, gdy sprawdzałem, sytuacja wróciła do stanu poprzedniego (czyli po wpisaniu danej frazy, w wynikach wyszukiwania pojawiał się znów link do tego podmiotu. Nieważne o co chodziło, ważne co innego - po co ? Wpisanie dokładnego lub przybliżonego adresu daje rezultat w postaci konkretnego przekierowania. Na dodatek po jakimś czasie (kilka dni mniej więcej) sytuacja wróciła do normy, mimo iż faktyczny stan ani tego podmiotu, ani Google, nie zmienił się ani na jotę. Tym niemniej, jeżeli owe zgłoszenia mają skutek długotrwały w innych przypadkach, o których nie wiem, to minus dla wyszukiwarki
    2.Sortowanie wyników. O tej sprawie powiedziano już naprawdę wiele : o firmach zatrudniających ludzi by szykowali strony danej instytucji czy firmy tak, aby były wyżej wyszukiwane przez Google, o algorytmach wyszukiwania i sortowania wyników, o wszystkich działaniach podejmowanych by znaleźć się wyżej. Statystyki dla wyników z drugiej strony, na setki stron wyników, są miażdżące, tylko niewielki procent ludzi zagląda na drugą, trzecią stronę, a co dopiero dalej. Lwia część idzie na pierwsze strony. Prowadzi to oczywiście do spłycenia poziomu stron. Bo jaka jest szansa, że wpisanie kilku wyrazowej frazy da nam to czego oczekujemy ? Liczą się pojedyncze słowa, klucze, frazy-wytrychy. I jeszcze kwestia reklam. Opcja "szczęśliwy traf" - minus dla wyszukiwarki
    3.Cenzura niektórych słów. Wpisanie w wyszukiwarkę "kur wa" skutkuje wynikami, ale już wpisanie samego "kurw" nie powoduje nic - program czeka na naszą dalszą akcję, podczas gdy w przypadku tysięcy neutralnych wyrażeń, podpowiada najczęściej wyszukiwane lub pokazuje strony znalezione dla już wpisanego ciągu znaków. I to przy wyłączonym filtrze. Ok, rozumiem, że z komputera mogą korzystać osoby nieuprawnione do oglądania/czytania danych treści, ale czy w przypadku większości, nie spotkali się z tym wcześniej w filmach, słownictwie, kulturze, w życiu codziennym ? Albo czy program widząc iż wpisując dany ciąg znaków dążę do wyszukania tego a tego, nie mógłby chociaż podpowiedzieć najprostszych rzeczy, chociażby definicji encyklopedycznej danego wyrażenia ? Skoro jest na tyle "mądry" by cenzurować daną grupę słów wywodzącą się z danego wyrazu i wszelkie jego odmiany, to powinien być na tyle "mądry" iż przekroczywszy granicę za którą nie ma już wątpliwości o co chodzi (a na tej podstawie ocenia, wpisanie "kur" skutkuje np. linkiem do kurnika, wtedy wątpliwości nie ma, dopiero wpisanie "kurw" uruchamia dzwonek alarmowy) oczekuję danego efektu. Niby nic, a jednak minus dla wyszukiwarki.
    Wszystkiemu winien brak konkurencji, która realnie może zagrozić pozycji giganta. Czy to się zmieni w przyszłości ? Pewnie nie, ale są przecież inne wyszukiwarki, mimo iż oparte na podobne wzorce, np. netsprint, gooru, bing. Trzeba liczyć na to, że jak kiedyś monopol Internet Explorera upadł, tak i Google nie zawładnie naszym światem w całości. Bo inaczej zostanie nam tylko rysowanie takich rysuneczków i cicha obecność w głębinach systemu :
    (autorstwo nie moje)

  19. Rorschach
    Zmiany na stronie głównej CDA sprawiają, że trudniej jest zauważyć nowe blogowe wpisy, ale to daje większe pole manewru do pisania głupot. Co większość osób i tak czyni. Traktując blog jak "tłiterek" lub "fejsbuczek". Postanowiłem z tego skorzystać i ja, z premedytacją, w myśl zasady, że każdy pomnik nie obędzie się bez jakiejś bliżej niezidentyfikowanej zaprawy, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (101 % i rosnące ! wedle badań instytutu imienia psa Reksia [pozdrawiamy !]) sama w sobie może wstać i krzyknąć "ja żyję" a w połączeniu z dużą dozą bezsensu i 3 razy mniejszą, rzeczowych wpisów na ciekawe tematy, stworzyć dzieło niezapomniane. Zapomniałbym dodać, że muszę przyciągnąć w to mroczne miejsce (kosmos nie jest kolorowy... a jego odległe rubieże, tym bardziej) nowe rzesze wyznawców. A czym lepiej to zrobić niż stekiem obietnic i gładką gadką akwizytora ? Otóż, zapowiadam, całkiem poważnie, że mam minimum 3 pomysły na ciekawe wpisy i nie zawaham się ich zrealizować ! Ponadto, w następnym odcinku pojawi się premierowa ankieta, dlatego szczególnie zachęcam was abyście rozpowiedzieli o niej znajomym i rodzinie i tłumnie uczestniczyli w kolejnym rzeczowym blogowym wpisie. Tematu jeszcze nie zdradzę. Ale oto garść przecieków : Ciśnie mi się na klawiaturę jednak przez cały czas [to dosyć długo, bo czy ktoś widział go w całości ? Albo chociaż w jednej czwartej ?] chęć napisania o pewnym komiksie bes sęsu... Bez sensu. Dokładnie - Bez Sensu, z dużej litery, gdyż był to obiekt tak zaciekłych poszukiwań, że śmiało móglby się dorobić własnej osobowości directly from Discworld T. Pratchetta. Kto zna, kojarzy tytuł, kto nie zna, odsyłam do jednego z kolejnych wpisów. No i nieśmiertelny Groucho Marx, w roli asystenta pewnego detektywa mroku. Przez jakiś czas był obecny w awatarze Ramzesa XIII - oby się zrewanżował za tą reklamę, i komiks z którego ta postać jest zaczerpnięta, mimo tematu na FA - doczeka się omówienia. Kiedy pojawią się analizy ekonomiczne ? Kiedy mi się będzie chciało - brzmi właściwa odpowiedź, ale jak każdy dobry zły dyktator, nadstawię uszu na głos ludu więc możecie nadsyłać propozycje tematów na adres : Forumowo Górne, ul. Bezładu i Składu 997 kot pocztowy - prosi o nie niepokojenie go. Dla tych co wciąż świdrują mnie wzrokiem i dopytują o ten dział, ekonomiczny, odpowiadam, że w najbliższej przyszłości zrealizuję jeden wpis na aktualny ekonomicznie temat. Pierwszeństwo mają jednak te powyżej. Cóż dodać ? Czytajta, przeglądajta i dodawajta do ulubionych - mówię serio, tłumne wypełnianie ankiety jest bardzo wskazane, a obietnice ? Macie je biało na ciemnoszarym - zrealizuję. Nie macie ? To na co czekacie ? Zmieniajcie na taki układ jaki ja mam... See Ya in next episode
  20. Rorschach
    Jak wspominałem na koniec poprzedniego wpisu, w tym, podzielę się z wami pozytywnym przykładem czucia polskości i bycia Polakami, przez ludzi którzy mieli inną kulturę i pochodzenie narodowościowe. Słowo o polskich Tatarach. Z tej też okazji premiera - pierwsze zdjęcia na mym blogu. Wybaczcie, że nie robiłem ich osobiście, ale przy następnej relacji z Gdańska, zamierzam to poprawić.
    Pomnik Tatara RP w parku w dzielnicy Gdańska, Orunia. Nieprzypadkowo się tam znalazł, gdyż w tej dzielnicy mieści się również Narodowe Centrum Kultury Tatarów.
    Większość ludzi o związki z Polską bardziej posądza Kozaków Ukraińskich, Tatarów utożsamiając z najazdami jeszcze z XIII wieku (vide bitwa pod Legnicą 1241) lub z pomaganiem wojskom tureckim w XVII wiecznych najazdach na Polskę. Warto jednak obalić część mitów i ukazać inne oblicze ludzi pochodzenia tatarskiego, ludzi, którzy swe życie związali z naszym krajem i od wieków mu służyli z prawdziwym patriotyzmem. Zaczęli się oni osiedlać na ziemiach litewskich już w XIV w. a na ziemiach polskich - XVII. Najczęściej byli to uchodźcy polityczni lub jeńcy, szczególnie z wypraw brata stryjecznego Władysława Jagiełły - Witolda Kiejstutowicza, na Krym i Złotą Ordę. Brali oni również w bitwie pod Grunwaldem, a także w wojnie z Krzyżakami, w 1414 roku. Ich obowiązkiem, w zamian za prawo do osadnictwa, była służba wojskowa, a otrzymywane przez tatarskich hospodarów przywileje, umożliwiły im zachowanie pewnej autonomii, przetrwanie religii. Niektóre rody otrzymywały przywileje szlacheckie i własne herby, inni Tatarzy trudnili się rolnictwem, istniała również grupa Tatarów miejskich. Ich pozycję zauważali władcy polscy, tacy jak Zygmunt August, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, czy Władysław IV Waza. Część z nich, szczególnie w miastach, uległa wpływom białoruskim, część tureckim, ale zdecydowana większość wraz z upływem czasu się polonizowała. W granicach Rzeczpospolitej zawsze największe ich skupiska były w obecnym województwie podlaskim, nie mówiąc już o stanie przed wojną, gdyż II wojna światowa uderzyła w nich równie mocno jak w pozostałych mieszkańców II RP.

    Od 28 grudnia 1925 roku działa Muzułmański Związek Religijny w Rzeczypospolitej Polskiej (z siedzibą w Białymstoku), a od 1992 Związek Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej (z autonomicznymi oddziałami w Białymstoku i Gdańsku). Znane osoby o pochodzeniu tatarskim : Henryk Sienkiewicz, Magdalena Abakanowicz
    Tyle o historii, czas przejść do tego co aktualne, czyli odsłonięcia pomnika Tatara RP, w parku oruńskim, dokonanego przez prezydenta Komorowskiego, wraz z zaproszonymi gośćmi, również z Ukrainy i Krymu. Modlitwę muzułmańską odmówił mufti RP Tomasz Miśkiewicz. Smutnym jest, że już kilka dni po odsłonięciu, nieznani sprawcy odcięli, widoczny na zdjęciu, buńczuk, trzymany na pice przez jeźdźca, prawdopodobnie by sprzedać go na złom. Niestety, to nie pierwszy i nie ostatni zapewne taki przypadek, że wspomnę tu kradzieże pomnika Jana Gutenberga z altany w lesie okalającym Gdańsk, co poskutkowało zamianą pomnika na sztuczny. Ale by nie kończyć pesymistycznie, opowiem jeszcze o korzeniach idei budowy tego pomnika Tatara. Otóż, pierwszym powodem jest istnienie grupy Tatarów mieszkającej w Gdańsku, istnienie ich Narodowego Centrum, oraz pomysł i starania Jerzego Dzirdzis Szahuniewicza - prezesa Centrum i potomka Tatarów. Głównym jednak powodem jest chęć uhonorowania grupy narodowościowej która zapisała taką piękną kartę w dziejach Polski. Walczyli u boku Jana III Sobieskiego, walczyli z Rosjanami, Kozakami, Turkami, ramię w ramię z innymi Polakami. Marszałek Piłsudski swoją prywatną ochronę miał złożoną wyłącznie z polskich Tatarów ze względu na ich waleczność i lojalność. Zatem doceńmy ich wkład, doceńmy, że mimo zachowania Islamu jako religii, czuli i czują się Polakami, i choć nie można źle traktować przyjezdnych muzułmanów, jak np. Arabów, to jednak najpierw spojrzyjmy na tych, co mieszkają pośród nas od wieków, a na pewno o nich pamiętajmy. Ten pomnik, jedyny taki w Europie, jest tego świadectwem.
  21. Rorschach
    Faza grupowa Pucharu Świata dobiegła końca. Dziś był ostatni dzień meczów grupowych, ale tak jak i wczorajszy, bardzo pracowity, szczególnie dla drużyn walczących jeszcze o awans do ćwierćfinałów. Walia starła się z Fidżi, które 4 lata temu nieoczekiwanie przyczyniło się do odpadnięcia Cymru z rozgrywek we Francji. Tym razem jednak niespodzianki nie było i wygrywając 66-0 Walijczycy zapewnili sobie grę w "ósemce" turnieju. Pewna gry w kolejnej fazie turnieju Argentyna ograła Gruzję 25-7, a w ostatnim z dzisiejszych meczy i chyba najciekawszym, Irlandia pokonała Włochów 36-16 i zapewniła sobie tą wygraną awans do ćwierćfinałów oraz zwycięstwo w grupie dające łatwiejszego rywala. Ja jednak wybrałem do obejrzenia z tego dnia spotkanie numer 2 - Nowa Zelandia przeciwko Kanadzie.
    Nie było to może najsmakowiciej zapowiadające się starcie, ale na pewno mogące przybliżyć do oceny, na ile stać gospodarzy w tym turnieju. Zaczęło się nieciekawie dla All Blacks, Kanadyjczyków nie przestraszyła tradycyjna Haka przed meczem i od pierwszego gwizdka ruszyli mocno do ataku. Szczególnie pracowici byli w młynie, spychając graczy Nowej Zelandii pod ich końcową linię boiska. Zbicie piłki po próbie wykopu zaowocowało przyznaniem karnego i już w 2 minucie meczu Kanada objęła prowadzenie 3-0. Były to jednak miłe złego początki, nie minęło wiele czasu gdy drużyna Kiwi weszła w swój naturalny rytm. Odzyskiwanie pola gry sprawiło, że All Blacks zaczęli próbować indywidualnych szarż na zdobycie przyłożenia, po jednej z takich sytuacji gdy obrona Kanady skoncentrowana była po prawej stronie boiska, świetny przerzut na lewą umożliwił, jak wykazały powtórki do których uciekł się sędzia, wykonanie przyłożenia. W 11 minucie kolejne wykonał Victor Vito, dla którego było to pierwsze przyłożenie w meczach międzynarodowych. Karny w 16 minucie wykonany przez Colina Slade'a przyniósł kolejne 3 punkty dla All Blacks. Po tym wydarzeniu do końca meczu obie drużyny zdobywały punkty tylko z przyłożeń, czasami z udanymi podwyższeniami. Szczególnie aktywny w pierwszej połowie był Zac Guildford, który najpierw świetnie ściągnął obrońców i lecąc na ziemię równie świetnie podał do Israela Dagga, by potem kolejne przyłożenie wykonać samemu po pechowej próbie zgaszenia piłki przez obrońcę Kanadyjskiego, gdy ścigał się o nią na własne pole punktowe, a próbując złapać, niefortunnie odbił. Ubezpieczajęcemu akcję Guildfordowi pozostało tylko jej dotknąć i przyłożenie zostało wykonane. Na uwagę zasługuje także idealne podanie kopnięciem, Sonny Billa Williamsa, do Muliainy, który rozegrał piłkę z Guldfordem i NZ zdobywa kolejne 5 punktów. Pierwsze 40 minut zakończyło się wynikiem 33-10 dla Nowej Zelandii, po tym gdy na sam koniec Kanada poderwała się i zdobyła przyłożenie z podwyższeniem.
    Drugą połowę znów lepiej zaczęli Kanadyjczycy, którzy tak jak na początku i końcu pierwszej, zdobyli punkty, tym razem z przyłożenia. Autorem tak jak i wcześniej, Connor Trainor. I gdy wydawało się, że Klonowe Liście mogą jeszcze zawalczyć i "dojść" NZ na kilka punktów, All Blacks zaczęli pokazywać swoją siłę. Dość powiedzieć, że po godzinie gry na tablicy wyników widniał rezultat 58-15 dla drużyny Kiwi. Wyróżniającymi się graczami byli na pewno Zac Guildford oraz Jerome Kaino, dla którego było to już 5 przyłożenie w czwartym meczu światowego czempionatu.
    Wynik końcowy - 79 do 15 dla Nowej Zelandii, mówi sam za siebie. Kanada jedzie do domu, chociaż walczyli dzielnie. Muszą na pewno popracować nad obroną, bo często gęsto zostawiali sporo miejsca dla sprintów graczy ataku rywala. Nowa Zelandia zaś, wygrywa grupę i zmierzy się z Argentyną, która w swojej grupie zajęła drugie miejsce.
    Statystyki meczowe: Nowa Zelandia - Kanada
    Posiadanie piłki - 54% do 46%
    Zajmowanie terytorium - 50% do 50%
    Przyłożenia - 12 do 2
    Podwyższenia - 8 (4 spudłowane) do 1
    Karne - 1 do 1
    Czyste przebicia linii obrony - 12 do 0
    Zwarcia z szarżującym przeciwnikiem - 70 (4 nieudane) do 117 (40 nieudanych)
    Zestaw par ćwierćfinałowych zapowiada się naprawdę interesująco:
    Irlandia - Walia
    Anglia - Francja
    Republika Południowej Afryki - Australia
    Nowa Zelandia - Argentyna
    Mecze już 8 i 9 października. Moje hasło? Gdziekolwiek się wybierasz w sobotę i niedzielę, zrób to po ćwierćfinałach =)
  22. Rorschach
    "Miami is a great town. I love the Cuban food... pork sandwiches, my favourite. But I'm hungry for something different now." - te słowa wypowiada Dexter Morgan z serialu "Dexter" gdy prowadzi jeden z myślowych monologów i opisuje miasto w którym mieszka i działa. Ludzie, którzy przyjeżdżali na Florydę od lat 60 XX wieku byli głodni innych rzeczy. Kobiet, blichtru, pieniędzy. Narkotyków. Miami to też miasto jakie rozpalało i rozpala wyobraźnię pisarzy, scenarzystów filmowych i telewizyjnych. W dużej mierze dzięki temu jaką ma historię i jaką drogę przeszło samo miasto oraz jego mieszkańcy. Kontrasty. To przykuwa uwagę. Miami nie jest jak Chicago - 'Wietrzne Miasto', nie jest jak Nowy Jork gdzie zewsząd atakuje betonowo-szklana dżungla i nie jest jak Los Angeles, gdzie często pada. O nie, to miasto jest inne, jest nieformalną stolicą Florydy, zwanej przecież Sunshine State. Stolicą urzędową jest Tallahassee [myśleliście, że Orlando?-przyp. aut.] (ciekawostka - większość stanów ma stolice jakie są małymi miasteczkami w porównaniu do tych, które przeciętny zjadacz chleba uważa za właściwe stolice [Teksas - Austin, nie Dallas, Nevada - Carson City, nie Las Vegas lub Reno itd.]). Kontrasty również dotyczące podziału majątkowego i etnicznego.

    welcome to Miami, Ocean Drive Street
    Początkowo miałem zamiar poświęcić ten wpis jednemu filmowi, ale zdecydowałem by dodać do niego inne rzeczy kojarzące się z Miami, zaczynając jednak od 'dania głównego'. Do napisania wpisu zainspirował mnie świetny dokument pt. Kokainowi Kowboje, obejrzany parę miesięcy temu. Przedstawia on zarys historii miasta i tego co wpłynęło na jego błyskawiczny rozwój - przemytu narkotyków. Początkowo to miasto było jedynie mekką zmęczonych życiem staruszków chcących spokojnie dokończyć żywota wygrzewając kości w słońcu. Od zawsze jednak pełne było imigrantów z krajów latynoskich, którzy stanowili większość stałych mieszkańców miasta. Od lat 60, po lata 70 rozwijał się jednak przemyt narkotyków - głównie marihuany. Nie chcę wdawać się w dyskusję o jej legalizacji, ale fakt faktem, zarówno George Jung (w tą postać wcielił się Johnny Depp w filmie "Blow") jak i Jon Roberts, jedni z największych handlarzy narkotykami jacy dorobili się milionów, zaczynało od "trawki", a gdy 'konsumenci' nasycili się tym narkotykiem, zaczęli dostarczać im mocniejsze. O Jungu mówi się, że jest jedynym jaki dorobił się milionów na handlu z kartelem z Medellin, nie jest to do końca prawda. Jung działał na zachodnim wybrzeżu USA, w Kalifornii, Jon Roberts za bazę miał Miami, a film "Kokainowi Kowboje" w dużej mierze bazuje na jego historii i jego wspólników. Termin ten określał osoby zajmujące się handlem kokainą i brutalnie, krwawo załatwiające swoje porachunki, co było prawdziwą plagą w latach 70 i 80 w Miami. Film opowiada o tym jak rozwijał się handel narkotykami na Florydzie, jak wpłynęło to na miasto i jak nastąpił upadek 'żyły złota' wykutej we krwi. Odpowiedź na pytanie - "dlaczego Floryda?" jest prosta. Dogodny dostęp z każdej strony, zarówno drogą morską, powietrzną jak i lądową, bliskość Kuby i szlaków handlowych oraz przemytu nielegalnych imigrantów oraz sami imigranci, mający związek z gangami z krajów swego pochodzenia lub będący wrażliwymi na zastraszanie. Skąd zainteresowanie narkotykami? Jest podaż gdy jest popyt. Hipisowskie klimaty w latach 60 stworzyły doskonały klimat w społeczeństwie do zapotrzebowania na nielegalne używki. Nie wystarcza "trawka"? Kolumbijskie kartele już wyczuły pieniądz nosem, a kokaina zaczęła płynąć na Florydę szerokim strumieniem w latach 70 i 80. Jednak niezależnie od tego jak duży byłby tort, zawsze pojawi się ktoś chętny po więcej i tak zaczęły padać kolejne trupy, a wskaźnik morderstw w Miami poszybował pod niebo.

    A jak wspominali bohaterowie tego dokumentu, Kolumbijczycy mieli za główną zasadę: byle głośniej. Napady w biały dzień z bronią maszynową, wysadzanie domów - na porządku dziennym. Jeśli ktoś zaszedł im za skórę, miał zginąć on, jego pies, dzieci, żona i dla pewności jeszcze ktoś z dalszej rodziny. Taką filozofię prezentował w Miami kartel z Medellin. Zaletą filmu jest dobre przedstawienie historii, bez zachłyśnięcia się bogactwem i szybkim życiem jakie niósł przemyt i pokazaniem tych bardzo ciemnych stron tego jak wyglądały te dekady na Florydzie. Minusem jest zbytnie skupienie się w drugiej połowie filmu na Griseldzie Blanco, osobie, jak opowiadali ci co ją znali, będącej prawdziwym pomiotem Szatana, i jej walce z rywalami z Kolumbii o wpływy w Miami, głównie z nie-sławnym Guillermo Ochoą. Sequel filmu, jaki powstał, niewiele ma wspólnego z częścią pierwszą, a podtytuł "Hustlin' with Godmother" jasno wskazuje iż jest poświęcona głównie postaci Blanco - nie oglądałem, informuję z kronikarskiego obowiązku. Co jednak stanowi clue "Cocaine Cowboys" prócz samej historii pokazanej na podstawie archiwalnych nagrań i rozmów z prawnikiem i dziennikarką? Wywiady z tymi, co byli bezpośrednio zaangażowani w handel - pilotem, Mickey Mundayem, jaki przewiózł awionetką do USA tony narkotyków, zawodowym zabójcą na usługach kartelu (odsiaduje, zdaje się, że podwójne lub potrójne dożywocie) Jorge "Rivim" Ayalą i dytrybutorem, handlarzem narkotyków Jonem Robertsem. I to jest bardzo mocna strona filmu. Słuchając historii o tym, jak każdy banknot używany w Miami zbadany pod mikroskopem miałby ślady kokainy, o tym jak "Rivi" wspomina oglądanie z kumplami 'Człowieka z blizną' i sceny nieudanego zamachu w klubie, na Tony'ego Montanę i mówi, że gdyby jemu to zlecono, nie ostałby się nikt żywy, ani Tony ani jego otoczenie, albo gdy Roberts odpowiada na pytanie ile przepuścił w czasie swej "kariery", że 50 mln dolarów; podskórnie czujemy, że to prawda. Trzeba dodać do tego doskonałą ścieżkę muzyczną napisaną przez Jana Hammera specjalnie do tego filmu i mamy naprawdę bardzo dobry dokument wart polecenia. Ja mu wystawiłem ocenę 8/10. Film jest z 2006 roku.
    Oto próbka soundtracku:
    It's over by Jan HammerGriselda Blanco została zastrzelona w Medellin w Kolumbii we wrześniu 2012, przez dwóch zabójców z bronią maszynową jadących motocyklem. W ten sam sposób jaki sama wymyśliła na pozbywanie się tych, których chciała widzieć martwymi. Jon Roberts zmarł na raka w swoim domu w grudniu 2011 roku. Napisał książkę wspólnie z Evanem Wrightem (twórcą 'Generation Kill') o swoim życiu zatytułowaną "American Desperado" gdzie ze szczegółami opisał swoje życie. Do anioła było mu daleko, nawet wtedy gdy już wyszedł z więzienia, ale to kawał mocnej i świetnej lektury, od czasów jego udziału w wojnie w Wietnamie, po handel narkotykami, wzbogacone pikantnymi szczegółami jak noc z jedną z "dziewczyn Bonda" ale niewymienioną z nazwiska (spekuluje się, że była to Ursula Andress). Nie czytałem, ale mam taki zamiar.
    Jedno jest pewne, bez narkotykowych dekad, bez lat 70 i 80, Miami nie byłoby tym samym miastem jakim jest dzisiaj, miastem jakie błyskawicznie się rozwinęło i jest synonimem zakazanego, lecz pożądanego owocu.

    Inne dzieła tworzące legendę tego miasta - "Miami Vice" - Policjanci z Miami. Kultowy serial jaki przyczynił się do promocji tego miasta i wytyczał standardy w latach 80. Soundtrack z niego to zbiór największych hitów lat 80, wiecznie żywych, okulary Ray-Ban nadal są obiektem pożądania, a Ferrari Daytona i Ferrari Testarossa to auta jakie każdy chciałby mieć w garażu. Razi kicz w ubraniach, fryzurach oraz zupełne oderwanie od rzeczywistości (te sceny wymian pieniędzy na narkotyki i testy na % czystość kokainy...) ale i tak ogląda się świetnie, a razem z...
    "Życie Carlita" (doskonałe role Ala Pacino, Penelope Ann Miller i Seana Penna oraz rewelacyjnie przedstawiona historia) był ogromną inspiracją dla twórców uwielbianej przez graczy gry GTA:Vice City. Jednej z nielicznych gier na które wyłożyłem całą kasę od razu po premierze, w większości przypadków czekam na spadek ceny, szczególnie w epoce DLC. Vice City to gra w której zestarzała się tylko grafika i ewentualnie pomysł, jeśli ktoś zagrywa się w inne części GTA, ale poza tym te wszystkie smaczki w grze, poczynając od totemów do zebrania po posiadłość Ricardo Diaza, samochody, muzykę, plenery Vice City... Miami w swej esencji i 10/10 od CDA w 2003 roku. Miami to miasto, które odgrywa ogromną rolę w innym wspomnianym klasyku kinematografii - zremake'owanym "Scarface", "Człowieku z blizną" De Palmy, a także w serialach takich jak "Dexter" i "CSI:Miami", a nie zanosi się by twórcy mieli przestać czerpać inspiracje z Florydy i miasta, które jest jej wizytówką. Warto jednak obejrzeć dokument "Kokainowi Kowboje" i przekonać się, co przyczyniło się do wzrostu bogactwa i znaczenia Miami. Polecam również wszystkie pozostałe dzieła jakie wymieniłem, oprócz "Kokainowi Kowboje 2" (podobno znacznie słabszy niż pierwszy film) i "American Desperado" (ale tylko dlatego, że jeszcze nie czytałem, więc opinii wydać nie mogę). Też dla formalności - "Cocaine Cowboys" otrzymuje oczywiście znaczek '18+' z uwagi na treść i użyte prawdziwe zdjęcia z krwawych zbrodni handlarzy narkotyków.
    A na koniec...

×
×
  • Utwórz nowe...