Skocz do zawartości

Rorschach

Forumowicze
  • Zawartość

    2803
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    1

Wpisy blogu napisane przez Rorschach

  1. Rorschach
    Trochę kurzu się tu nazbierało... Zatem energicznie trzeba zrobić wiosenne porządki. Obiecywałem wiele ostatnim razem, wyszło nie tak jak planowałem, mea culpa. Teraz jednak będzie inaczej. Dlaczego ? Z prostego powodu, pisanie nowych wpisów pomoże mi w uporządkowaniu planu realizacji zadań z różnych zakresów i na regularne wprawki pisarskie... ale ten punkt niech na razie zostanie tajemnicą.
    Dzisiejszy temat - medale i pomniki. Aktualny ciągle, ze względu na panującą sytuację polityczną. Pomnik postawić może właściwie każdy, kto ma pieniądze. Oczywiście na prywatnej posesji. W przypadku przestrzeni publicznej sprawa ma się nieco inaczej. Jednak i tak postawić pomnik jest całkiem łatwo. Wystarczy choćby uchwała rady miasta i małe konsultacje społeczne. Łatwość stawiania pomników nie wpływa jednak na ich jakość, częstokroć przetarg wygrywa oferta nie najlepsza, ale przystająca do budżetu - co dobre, i nie naruszająca niczyich "uczuć" tak, że pomnik przypomina raczej skrzyżowanie kilku figur geometrycznych, tudzież zwykły kamienny obelisk z płytą - co złe. W innych krajach - bo nie wiem czy w Polsce też takie są - powstają pomniki psa, ziemniaka, ogórka... Najdziwniejsze pomysły na uhonorowanie czegoś, jakie lęgną się w ludzkich głowach. Powstaje jednak pytanie, czy naprawdę one coś uhonorowują ? Jak pomnik ziemniaka na Białorusi, zbudowany by docenić tamtejszy przemysł ziemniaczany i rolnictwo. Czy czołgi T-34 są pomnikami ? Albo wszelakie monumenty tworzone niegdyś ku czci żołnierzy z kraju Rad. Kontrowersje wzbudzał pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, obecnie kontrowersje wzbudza stawianie pomników prezydentowi Kaczyńskiemu, a nawet bł. Janowi Pawłowi II, ze względu na nieprawdopodobnie dużą ich ilość. Moim zdaniem, to już przesada. Pomnik można zbudować, ale można i zburzyć jak to na szczęście uczyniono z "Leninami". Idea pomnika jest dopiero spełniona, a czyjaś pamięć zachowana, gdy staje się on nieodłącznym elementem krajobrazu. Zatem dochodzimy do wniosku, że musi być tylko jeden, by był oryginalny i wyjątkowy. Jeden pomnik Chopina w Warszawie, jeden pomnik Neptuna w Gdańsku, jeden pomnik Smoka Wawelskiego w Krakowie itd. Dlatego, jeśli chcemy zachować cześć i pamięć o kimś/czymś, budujmy pomniki, lecz zamiast czterech tańszych, jeden droższy, lecz lepszy. Nie znaczy większy, tylko bardziej dopracowany, pasujący otoczeniu, będący częścią krajobrazu, a nie potworkiem architektonicznym lub miejscem zbiórek młodzieży szkolnej. Żeby kiedyś, pewnego dnia, można było powiedzieć : "spotkajmy się pod pomnikiem XYZ" - i to wystarczy by wiedzieć gdzie.
    Medale. Przyznawane przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Może zacznę od końca - gdyby zostało mi przyznane jakiekolwiek odznaczenie, nie przyjąłbym go. Dlaczego ? Otóż, zamiast powodem do dumy i chwały, często są one jedynie słowami "cenimy cię, ale zamiast awansu/premii/podwyżki dostajesz kawałek metalu ze wstążką". Jednak nie tylko o to się rozchodzi. Istotnym problemem jest także towarzystwo jakie ten medal odebrało wcześniej, i odbierze później. Order Orła Białego, ustanowiony za czasów Augusta III Sasa, był sprzedawany komu popadnie, a za czasów Katarzyny II carycy Rosji, nadawany wszystkim jej... faworytom. Jednak i współcześnie można mieć wątpliwości. Panujące w Polsce podziały, wywodzące się jeszcze z opozycji PRL tylko podkreślają, że z kimś by się nie chciało identyfikować. Logiczne - albo z jedną stroną, albo z drugą, albo z obiema. Odmowa przyjęcia orderu, oprócz wymowy honorowej ("unoszę się honorem") jest także pewnym symbolicznym gestem sprzeciwu. Czasami po prostu wymierzonym w nadającego - czyli aktualnie urzędującego prezydenta.
    Jest jeszcze trzeci powód. Odznaczeń przyznawanych jest tyle, że tracą po prostu na prestiżu. Przypominają się czasy komunistyczne, gdzie w krajach bloku sowieckiego, wszyscy wojskowi i dygnitarze lubili się obwieszać setkami orderów, aż tworzyły mini-zbroję na mundurze. Podobnie od wieków postępują dyktatorzy wszelkiej maści i narodowości - przyznają sobie sami ordery i uwielbiają się w nich pokazywać. Od Ameryki pd., przez Afrykę aż po Azję. Czas zatem na garść statystyk jak to wygląda u nas, w Polsce :
    - w 1992 roku wydaliśmy na odznaczenia 300 tysięcy złotych
    - w 2002 już 3 miliony złotych
    - w 2010 była to kwota 10 milionów złotych, a szacuje się, że za rok 2011, czyli już z nowym prezydentem, będzie to 13 milionów złotych
    W latach 1992-2009 przyznano :
    Order Orła Białego 135 Order Odrodzenia Polski 28 379 Order Krzyża Wojskowego 64 Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej 5779 Krzyż Wojskowy 36
    Krzyż Zasługi za Dzielność 2384 Złoty Krzyż Zasługi 49 468 Srebrny Krzyż Zasługi 84 642 Brązowy Krzyż Zasługi 97 973 Wojskowy Krzyż Zasługi z Mieczami 108
    Wojskowy Krzyż Zasługi 216 Morski Krzyż Zasługi 26 Lotniczy Krzyż Zasługi 61 Medal za Ofiarność i Odwagę 2349 Medal za Długoletnią Służbę (złoty, srebrny, brązowy) 31 471
    Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie 772 044 Gwiazda Iraku 3803 Gwiazda Afganistanu 1015
    Łącznie nadano 1 120 785
    Produkcja najtańszego polskiego medalu kosztuje około 300 zł.
    Do tego dojdą jeszcze : Gwiazda Konga, Gwiazda Morza Śródziemnego, Gwiazda Czadu
    W następnych odcinkach : - recenzja filmu Prorok(Un Prophete). Jeżeli przeczytacie, spodoba się (lub nie) lub też chcecie do recenzji inny gatunek filmowy - piszcie
    - recenzja wybranego przeze mnie komiksu - lub jak wyżej, piszcie propozycje, jeśli czytałem i znam, omówię i ocenię
    - od dawna zapowiadane omówienie programu radiostacji nocnych
    - '???'
  2. Rorschach
    11 listopada to data szczególnego święta dla wszystkich Polaków. Szczególnego, ponieważ, w przeciwieństwie do pozostałych rocznic państwowych, nie niesie ze sobą negatywnych skojarzeń, konotacji. Przyjrzyjmy się na początek datom tych świąt państwowych jakie obowiązują współcześnie.
    1 marca - Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych"
    1 maja - dzień świąteczny. Potocznie zwane 'Święto Pracy' - dzień wolny
    3 maja - Święto Narodowe 3 maja, data uchwalenia pierwszej Konstytucji - dzień wolny
    9 maja - Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności
    1 sierpnia - Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego
    31 sierpnia - Dzień Solidarności i Wolności
    11 listopada - Narodowy Święto Niepodległości - dzień wolny
    Jak widać, tylko trzy z nich to dni wolne od pracy, a dwie daty mają w nazwie słowo "Wolność" chociaż hasło sprzed dekad, gazeciarza zachwalającego swój towar - "Rzeczpospolita sprzedana, Wolności już nie ma, został tylko Głos Ludu" może być cały czas aktualne. Jednak 11 listopada to data wyjątkowa pośród wymienionych. "Żołnierze Wyklęci" przez część osób związanych z komunistycznym systemem mogą być źle wspominani, a jako że żyli po partyzancku ich metody działania nie zawsze były kryształowe i bohaterskie, a choć idea ich działań była szczytna, historycy wciąż analizują ten okres naszych dziejów. 1 maja - spuścizna po lewicowych ideałach i święto nieodłącznie związane z lewicą, co nie w smak prawicy. Uchwalenie Konstytucji 3 Maja - dokonane przy wydatnym udziale polskich masonów, łabędzi krzyk I Rzeczpospolitej, coś co przeszło dzięki podstępowi w Sejmie. 9 maja - data zakończenia II Wojny Światowej, święto w spadku po PRL, oznaczające wejście w kolejną niewolę, niewolę sowiecką. 1 sierpnia - oceny Powstania Warszawskiego jak były tak i są podzielone, również wśród środowisk prawicowych. 31 sierpnia - piękna pani "S" już dawno zbrzydła i się podzieliła na obóz Wałęsy i zwolenników okrągłostołowych układów z komunistami oraz obóz ich przeciwników.
    11 listopada jest inny, ponieważ niezależnie od poglądów politycznych czy innych czynników, odzyskanie Niepodległości po 123 latach niewoli przy udziale wszystkich środowisk kojarzy się wyłącznie dobrze i jest świętem w pewnym sensie wygranej.
    Józef Piłsudski z jednej strony, jako człowiek lewicy mającej zapatrywania patriotyczne (w przeciwieństwie do ówczesnych komunistów marzących o Polsce jako republice Rad i niesieniu rewolucji w świat) a z drugiej strony Dmowski, jako człowiek prawicy, Narodowej Demokracji. Polacy na obczyźnie i Polacy w kraju, wszyscy swoją pracą i trudem doprowadzili do tego, że 11 listopada można było określić jako moment odrodzenia Polski. Świętem państwowym został ten dzień ustanowiony jednak dopiero w 1937 roku, a ponownie w 1989 po wielu latach pół-niewoli. I to też jest w pewien sposób symboliczne.
    Ten wpis jednak mam zamiar poświęcić na przedstawienie utworów muzycznych jakie mogą być identyfikowane po prostu z Polską. Kolejność nie ma żadnego znaczenia, nie da się obiektywnie oceniać różnych piosenek, nawet pomijając czynniki zewnętrzne, ponieważ jednego dnia w nastrój lepiej się wpisze dany utwór, a innego dnia już mniej lub jakiś inny.
    1. "Rota" sł. Maria Konopnicka, muz. Feliks Nowowiejski
    Utwór, który ostro walczył z Mazurkiem Dąbrowskiego o uznanie jako hymn państwowy. Wady to przykładowo zakończenie każdej zwrotki "Tak nam dopomóż Bóg" które mogłoby nie być wykonywane przez osoby niewierzące lub innych wyznań niż chrześcijańskie oraz zarzut o anty-niemieckość z uwagi na słowa o "krzyżackiej zawierusze" i "germanizacji dzieci". Jednak te ostatnie chyba przesadzone gdyż "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił" to zwyczajnie niezgoda na taką postawę wobec Polaków, niezależnie od tego kto ją prezentuje, chociaż odniesienie do Niemiec w kontekście zaborów było bardzo aktualne. Jednak tekst Roty oraz melodia są bez porównania bardziej podniosłe niż "Mazurek Dąbrowskiego", niosą większy przekaz dumy narodowej i patriotyzmu, na zasadzie - nie życzymy wam krzywdy, ale tu jest Polska i póki jesteśmy, będzie. "Mazurek..." jest szybszy i oprócz pierwszej zwrotki, mniej skoncentrowany na Polsce jako takiej, chociaż również osadzony w wydarzeniach historycznych. Zarzutem dla "Mazurka..." może też być gloryfikacja Napoleona, który nic dobrego dla Polaków nie zrobił. Obowiązujący hymn nie jest zły, ale boli brak znajomości kolejnych zwrotek, który ujawnia się np. przy wydarzeniach sportowych u zawodników. To tylko 4 zwrotki po 4 wersy, żaden problem, niektóre hymny mają po kilkanaście.
    2. "Spotkanie z..." - Sztywny Pal Azji

    Znany pod niewłaściwym, potocznym tytułem 'Nie gniewaj się na mnie, Polsko'. Utwór z debiutanckiej płyty zespołu. Tekst można interpretować po prostu jako przeprosiny za to, że muzycy byli za młodzi by włączyć się w walkę przeciw systemowi jaka toczyła się w latach 80. W imię miłości, jak kochance, deklarują wolę zmiany własnych wad i rugowanie nałogów. Ojczyzna to już nie matka, przed którą każdy się wstydzi swych grzeszków, lecz dziewczyna, która chociaż widzi szczerość uczucia wymaga pewnej ofiary na potwierdzenie słów, przebłagania "Więc wybacz mi Polsko, że spóźniłem się
    Więc wybacz, że na spotkanie spóźniłem się"
    3. "Nie pytaj o Polskę" - Obywatel G.C.
    Grzegorz Ciechowski w tej piosence z kolei odżegnuje się od relacji "kochanek-kochanka" jakie łączą śpiewającego z Ojczyzną "to nie kochanka ale sypiam z nią , choć śmieją ze mnie się i drwią"
    Wspomina wady jakie Polska ma - pijaństwo społeczeństwa, obskurne miejskie przestrzenie, ale też nawiązuje do słów hymnu: "ten pijak który mruczy coś przez sen, że PÓKI MY ŻYJEMY ona żyje też"
    Nie podaje recept na naprawę stanu rzeczy, ale przede wszystkim wyraźnie podkreśla, że emigracja nie jest wyjściem i to co czuje do kraju w którym się urodził, chociaż nie potrafi tego dokładnie określić słowami, nie pozwala mu wyjechać. "nie pytaj mnie , dlaczego myślę że...że nie ma dla mnie innych miejsc" kończy utwór.
    4. "Polska" - Kult
    Powstały w 1987 roku kontestuje rzeczywistość otaczającą każdego mieszkańca tego kraju. Popularność na koncertach jaką cieszy się ten utwór zaczęła wręcz doskwierać Kazikowi, czemu dał wyraz w piosence z tekstem Olafa Deriglasoffa pod tytułem "Nie lubię już Polski" . Wciąż jest to jednak jeden z najbardziej chwytliwych utworów Kultu i najbardziej wpadających w ucho, a popularność tego kawałka chyba bierze się też z jakiegoś poczucia w Polakach, że choćby nasz kraj wyglądał nie wiadomo jak kiepsko, brzydko i strasznie to wciąż czujemy dumę tylko i wyłącznie z faktu bycia Polakami.
    5. "Kto cię obroni, Polsko" - KSU
    Utwór najnowszy, bo z 2004 roku. Wyraźnie i mocno osadzony w sytuacji politycznej, odnoszący się do złodziejstwa i korupcji w polityce, szczególnie z uwagi na ówczesne afery, wśród osób które zamiast dbać o kraj i bronić jego interesów, rozkradają i zachowują się jak Radziwiłł z Trylogii Sienkiewicza - "skoro każdy traktuje Polskę jak sukno i chce wydrzeć jak największy kawałek, czemu ja nie miałbym tego robić ?" Buntowniczy przekaz, wręcz rewolucyjny ale odwołujący się do żywej tkanki Narodu, tego, że jak u Mickiewicza "nasz naród jak lawa, z wierzchu wstrętna i plugawa, ale wewnętrznego ognia i sto lat nie wyziębi".
    6. Kochana Polsko - O.S.T.R.
    Świetny tekst rapera z Łodzi, również dobry teledysk do utworu sprzed ładnych paru lat ale po którym nie czuć upływu czasu. Teledysk ukazuje równoległe dwie wizje Polski - nowobogackiego z problemami rodzinnymi i ciężko harującego rolnika, a tekst? Opisuje to, że to właśnie ten kraj ukształtował autora, sprawił, że jest jaki jest i mimo punktowania wad społeczeństwa, karierowiczów, złodziei, zdrajców sam fakt życia w syfie nie musi oznaczać płynięcia z jego prądem i stania się takim jak większość. Miłość do kraju jest właściwie bezwarunkowa, jak do rodziców i tu, w tym kawałku światowej dżungli można jakoś sobie wyrąbać własne miejsce do życia.
    Wielu artystów tworzy utwory związane z Polską, z patriotyzmem, mając świadomość tego, że przywiązanie do takich wartości to jest coś czego nie trzeba i wręcz nie wolno się wstydzić. Nie ma ograniczeń gatunkowych, stąd takie inicjatywy jak np. płyta hiphopowca L.U.C.-a pod tytułem "39/89 - Zrozumieć Polskę". Zagrożeniem dla patriotyzmu, w dzisiejszych czasach jest między innymi globalizacja, multi-kulturowość. Problem jest szeroki i długo by można o tym dyskutować, jednak jestem zdania, że człowiek, jednostka, musi mieć korzenie i coś z czym może się identyfikować, coś co postawi ponad pokusami tego świata, chociażby pieniądzem. Jednak jest pewne pojęcie wspólne dla wszystkich ludzi na świecie i niestety, ogromna liczba ludzi nie może się nim cieszyć, gdyż jest zniewolona na różnorakie sposoby. Tym pojęciem jest oczywiście Wolność i o niej traktuje kolejny wybór utworów.
    7. "Po co wolność" - Kult, Kazik Staszewski
    [media=]http://www.youtube.com/watch?v=g-lI4B-dbpI
    Utwór powstał w 89 roku i w formie odezwy, przemówienia, oskarżycielskim tonem wytyka rodakom, że sprzedali wolność za ulotne materialne rzeczy. Niektóre linijki można odnosić i do czasów współczesnych co daje nam obraz tego, że niewiele się zmieniło przez te ostatnie parędziesiąt lat - przedkładamy indywidualny dobrobyt nad to, kto nami rządzi, jakie prawo ustala i gdzie żyjemy. Zapominając, że jednego dnia dane, drugiego może zostać odebrane a tak naprawdę należy sięgać i po to i po to. Od siebie dodam, że taka postawa charakteryzuje ludzi od tysięcy lat, zważywszy na to, że już w Starym Testamencie Ezaw oddał bratu "pierworództwo" i prawo do dziedziczenia po ojcu, za miskę soczewicy, a niejaki Benjamin Franklin wspominał, że "kto oddaje wolność za poczucie bezpieczeństwa, nie zasługuje ani na jedno ani drugie".
    8. "Kocham wolność" - Chłopcy z Placu Broni
    Piosenka z chwytliwą melodią i tekstem. Brak jakichkolwiek odniesień do aktualnej sytuacji w kraju oraz polityki, jedynie przekaz, że choćby się nie miało nic prócz Wolności, to i tak można w życiu odnaleźć szczęście. Można by rzec, że ważne czy dany człowiek czuje się wolnym, a nie stan faktyczny i filozofować czy jest w niewoli ten, którego duch potrafi się wznieść ponad mury i zakratowane okna wyznaczające mu żywot, lecz nie warto, bo wg mnie liczy się to by czuć się wolnym i rzeczywiście takim być.
    9. "Wolność" - Marek Grechuta
    Jak zwykle w poezji śpiewanej, ważną częścią jest właśnie poezja i to przez duże "Pe". Piękny tekst z wieloma metaforami, ale również z jakże prawdziwym przekonaniem, że nie ma nieograniczonej wolności i że to pojęcie to także umiejętność samoograniczenia się by nie sprowadzać tej idei tylko do egoistycznego spełniania swych zachcianek - "Wolność to także i odporność serc ; By na złą drogę nie próbować zejść.; Bo są i tacy, którzy w wolności cud ;Potrafią wmieszać swoich sprawek bród."
    Jestem świadomy, że piosenek, utworów w tym temacie można by wymienić mnóstwo, jednak ten wpis jest po pierwsze subiektywny, a po drugie jest tylko, lub aż, apolitycznym wyborem części piosenek kojarzących mi się z 11 listopada, obok wszelakich marszów legionowych i całej sterty pieśni wojskowych, które każdy zna i każdy słyszał.
    Niestety nie mogłem dodać więcej linków do utworów, ale każdy łatwo znajdzie jeśli zechce przesłuchać na youtube.
  3. Rorschach
    Faza grupowa Pucharu Świata dobiegła końca. Dziś był ostatni dzień meczów grupowych, ale tak jak i wczorajszy, bardzo pracowity, szczególnie dla drużyn walczących jeszcze o awans do ćwierćfinałów. Walia starła się z Fidżi, które 4 lata temu nieoczekiwanie przyczyniło się do odpadnięcia Cymru z rozgrywek we Francji. Tym razem jednak niespodzianki nie było i wygrywając 66-0 Walijczycy zapewnili sobie grę w "ósemce" turnieju. Pewna gry w kolejnej fazie turnieju Argentyna ograła Gruzję 25-7, a w ostatnim z dzisiejszych meczy i chyba najciekawszym, Irlandia pokonała Włochów 36-16 i zapewniła sobie tą wygraną awans do ćwierćfinałów oraz zwycięstwo w grupie dające łatwiejszego rywala. Ja jednak wybrałem do obejrzenia z tego dnia spotkanie numer 2 - Nowa Zelandia przeciwko Kanadzie.
    Nie było to może najsmakowiciej zapowiadające się starcie, ale na pewno mogące przybliżyć do oceny, na ile stać gospodarzy w tym turnieju. Zaczęło się nieciekawie dla All Blacks, Kanadyjczyków nie przestraszyła tradycyjna Haka przed meczem i od pierwszego gwizdka ruszyli mocno do ataku. Szczególnie pracowici byli w młynie, spychając graczy Nowej Zelandii pod ich końcową linię boiska. Zbicie piłki po próbie wykopu zaowocowało przyznaniem karnego i już w 2 minucie meczu Kanada objęła prowadzenie 3-0. Były to jednak miłe złego początki, nie minęło wiele czasu gdy drużyna Kiwi weszła w swój naturalny rytm. Odzyskiwanie pola gry sprawiło, że All Blacks zaczęli próbować indywidualnych szarż na zdobycie przyłożenia, po jednej z takich sytuacji gdy obrona Kanady skoncentrowana była po prawej stronie boiska, świetny przerzut na lewą umożliwił, jak wykazały powtórki do których uciekł się sędzia, wykonanie przyłożenia. W 11 minucie kolejne wykonał Victor Vito, dla którego było to pierwsze przyłożenie w meczach międzynarodowych. Karny w 16 minucie wykonany przez Colina Slade'a przyniósł kolejne 3 punkty dla All Blacks. Po tym wydarzeniu do końca meczu obie drużyny zdobywały punkty tylko z przyłożeń, czasami z udanymi podwyższeniami. Szczególnie aktywny w pierwszej połowie był Zac Guildford, który najpierw świetnie ściągnął obrońców i lecąc na ziemię równie świetnie podał do Israela Dagga, by potem kolejne przyłożenie wykonać samemu po pechowej próbie zgaszenia piłki przez obrońcę Kanadyjskiego, gdy ścigał się o nią na własne pole punktowe, a próbując złapać, niefortunnie odbił. Ubezpieczajęcemu akcję Guildfordowi pozostało tylko jej dotknąć i przyłożenie zostało wykonane. Na uwagę zasługuje także idealne podanie kopnięciem, Sonny Billa Williamsa, do Muliainy, który rozegrał piłkę z Guldfordem i NZ zdobywa kolejne 5 punktów. Pierwsze 40 minut zakończyło się wynikiem 33-10 dla Nowej Zelandii, po tym gdy na sam koniec Kanada poderwała się i zdobyła przyłożenie z podwyższeniem.
    Drugą połowę znów lepiej zaczęli Kanadyjczycy, którzy tak jak na początku i końcu pierwszej, zdobyli punkty, tym razem z przyłożenia. Autorem tak jak i wcześniej, Connor Trainor. I gdy wydawało się, że Klonowe Liście mogą jeszcze zawalczyć i "dojść" NZ na kilka punktów, All Blacks zaczęli pokazywać swoją siłę. Dość powiedzieć, że po godzinie gry na tablicy wyników widniał rezultat 58-15 dla drużyny Kiwi. Wyróżniającymi się graczami byli na pewno Zac Guildford oraz Jerome Kaino, dla którego było to już 5 przyłożenie w czwartym meczu światowego czempionatu.
    Wynik końcowy - 79 do 15 dla Nowej Zelandii, mówi sam za siebie. Kanada jedzie do domu, chociaż walczyli dzielnie. Muszą na pewno popracować nad obroną, bo często gęsto zostawiali sporo miejsca dla sprintów graczy ataku rywala. Nowa Zelandia zaś, wygrywa grupę i zmierzy się z Argentyną, która w swojej grupie zajęła drugie miejsce.
    Statystyki meczowe: Nowa Zelandia - Kanada
    Posiadanie piłki - 54% do 46%
    Zajmowanie terytorium - 50% do 50%
    Przyłożenia - 12 do 2
    Podwyższenia - 8 (4 spudłowane) do 1
    Karne - 1 do 1
    Czyste przebicia linii obrony - 12 do 0
    Zwarcia z szarżującym przeciwnikiem - 70 (4 nieudane) do 117 (40 nieudanych)
    Zestaw par ćwierćfinałowych zapowiada się naprawdę interesująco:
    Irlandia - Walia
    Anglia - Francja
    Republika Południowej Afryki - Australia
    Nowa Zelandia - Argentyna
    Mecze już 8 i 9 października. Moje hasło? Gdziekolwiek się wybierasz w sobotę i niedzielę, zrób to po ćwierćfinałach =)
  4. Rorschach
    Warszawa. Miasto szczęścia nie ma, ewidentnie. Dowodów nie brakuje - wszystkie zabytki to budowle postawione po wojnie, centrum miasta szpeci coś się nazywa Pałacem (jak na ironię) Kultury i Nauki, Dworzec Centralny kryje w sobie różne tajemnice (jak hurtownia mięsa na kebaby), klubu piłkarskiego Legia nie cierpi pół piłkarskiej Polski, metro budowane jest od lat 60 i wciąż, zdaje się, jest tylko jedna linia, a na dodatek za stolicą ciągnie się stereotyp "warszaffki" i piractwa drogowego (niestety, uzasadniony). Warszawa ma też problemy z wodą, ot, czasem zaleje tunele metra czy ulicę, dwie... Nic dziwnego, że na takie kłopoty potrzeba superbohatera.

    I to superbohatera z prawdziwego zdarzenia. W Polsce takich nie brakuje, mamy przecież Białego Orła, mamy Jeża Jerzego, mamy Wilqa, co dziwnym nie jest, a w filmie w reżyserii Andrzeja Kondratiuka pojawił się kolejny reprezentant klubu polskich superbohaterów - As. Jak przystało na porządnego herosa miał swoje alter ego - zwykle występował jako nieśmiały inżynier Walczak, który podkochuje się w pannie Joli (w tej roli Ewa Szykulska), koleżance z pracy. Pewnego dnia odbiera telefon od profesora Milczarka (genialny Wiesław Michnikowski), który poznał tajną tożsamość inżyniera Walczaka i chce by As dopomógł mu w rozwiązaniu tytułowej hydrozagadki, polegającej na tym, że w Warszawie podczas największych upałów znika woda.
    Film stawiam wyżej niż bardziej znany "Rejs" z uwagi na naturalną lekkość gagów i zabawne dialogi. Walka Asa ze złowieszczym doktorem Plamą (Zdzisław Maklakiewicz), odpowiedzialnym za hydrozagadkę, jest prowadzona zgodnie z pewnymi regułami ale równocześnie wciąż jest miejsce na zaskoczenie. Zarówno "Rejs" jak i "Hydrozagadka" powstały w tym samym, 1970, roku ale humor w filmie Kondratiuka zdecydowanie lepiej przetrwał próbę czasu. Inteligentne parodie komiksowych schematów są zdecydowanie bardziej na czasie niż wyczyny fałszywego "kaowca" (oficera kulturalno-oświatowego) podczas rejsu rzeką. Na korzyść "Hydrozagadki" wypada także obsada, na którą składa się Józef Nowak jako super-man As, Wiesław Michnikowski, Roman Kłosowski, Franciszek Pieczka, Wiesław Gołas, Jerzy Turek, Zdzisław Maklakiewicz, Ewa Szykulska, Jerzy Dobrowolski, Iga Cembrzyńska, Wojciech Pokora. Komu nic nie mówi większość z tych nazwisk niech się wstydzi i idzie nadrabiać zaległości.

    Nie sposób dokładnie i wiernie oddać wszystkiego co składa się na humor, szczególnie, że każdego śmieszy co innego. Trzeba też zaznaczyć, że ponieważ "Hydrozagadka" powstała w głębokim PRL-u to i niektóre dialogi wymagają znajomości tamtejszych realiów, tak jak np. "Na pani miejscu, pani Jolu, wziąłbym udział w pieszym rajdzie PTTK na odznakę nizinną. Dobrze jest łączyć przyjemne z pożytecznym i dobrze jest mieć odznakę..." ale ponieważ całość podlana jest solidnie sosem z absurdu, łatwo wyczuć w których momentach twórcy puszczają oko do widza. Konstrukcja fabuły pozwala na realizację toku akcji jednocześnie z pokazywaniem pewnych scenek przypominających kabaretowe skecze co sprawia, że ani nie ma znużenia daną postacią ani utraty dobrego nastroju, który sprawia, że lepiej odbieramy następne humorystyczne wypowiedzi lub sytuacje. Aktorzy, nawet grający drugo- lub trzecio-planowe role dostają swoje przysłowiowe "pięć minut", a film bez wątpienia można nazwać kultowym, na tyle, że w Warszawie znajduje się klub o nazwie Hydrozagadka, a sceny z filmu cieszą się powodzeniem na youtube, że wspomnę o tak charakterystycznych jak rozmowa tłumacza (Jerzy Dobrowolski) i marynarza (Franciszek Pieczka) czy też scena pod tytułem "zdejm kapelusz". Ale ostrzegam - nie warto oglądać zanim się nie obejrzy filmu, bo można stracić przyjemność z oglądania naprawdę bardzo dobrej komedii. A osoby, które mają coś przeciwko oglądaniu czarno-białych filmów mogą sobie od razu darować, mam też nadzieję, że nie ma takich wśród czytających tego bloga.
    Możecie mi wierzyć. Przecież:

  5. Rorschach
    Już 4 lutego rusza doroczny turniej Puchar 6 Narodów, czyli nieoficjalne mistrzostwa Europy. Fakt ten, oraz parę innych rzeczy, zainspirowały mnie do tego wpisu. Warto zainteresować się tym sportem i warto oglądać tegoroczny turniej, szczególnie z uwagi na fakt, że obserwatorów będzie ciekawić dyspozycja Anglii (wygrana rok temu, ale słaba dyspozycja na Pucharze Świata) Walii, która zajęła 4 miejsce na Pucharze Świata oraz Francji która doszła do finału. Kto wygra turniej ? Kto zdobędzie "drewnianą łyżkę" ? Czy ktoś zdobędzie Wielkiego Szlema ? Okaże się już w połowie marca. Oto promo jakie stworzyło BBC w 2010, moim zdaniem genialne: (w filmiku jest 2011, ale to intro stworzono na edycję w 2010)

    i bonusowo, promo w stylu "300"

    Historia rugby
    Cóż, mógłbym ją opisać, nawet w skrócie, choćby legendę o Williamie Webb Ellisie (uczeń szkoły w Rugby, który wpadł na pomysł by podnieść piłkę i wbiec z nią do bramki, podobno ze zdenerwowania, że nie padają gole w meczu piłki nożnej), oczywiście nie był on pierwszy, ale o nim pierwszym zachował się przekaz w lokalnych kronikach z pierwszej połowy XIX wieku i na jego cześć nazywa się puchar jaki wznoszą zwycięzcy Pucharu Świata w rugby union. Jak się pewnie domyślacie, nazwa sportu wywodzi się od nazwy miejscowości w Anglii, znanej z tradycji sportowych i doskonałych boisk do uprawiania róznorakich dyscyplin.
    Dla zainteresowanych informacjami o zasadach gry i dłuższej historii, polecam stronę http://www.rugby.info.pl/1_rugby_historia
    Puchar 6 Narodów (i coś o Polsce)
    6 Nations Cup to coroczne zawody drużyn półkuli północnej, nieoficjalne mistrzostwa Europy. Półkula południowa rozgrywa Tri Nations Cup, w lipcu i sierpniu, czyli turniej Nowej Zelandii, RPA i Australii do którego od roku 2012 dołącza Argentyna. Na półkuli północnej zaś, rywalizują ze sobą drużyny brytyjskie i Francja oraz Włochy. Pierwszy raz odbył się w roku 1883 i brały w nim udział Walia, Anglia i Szkocja oraz Irlandia. W 1910 doszli Francuzi, którzy "wrócili" po II wojnie światowej i po przerwie lat 32-39. Od 2001 roku grają też Włosi i odtąd nazywa się to Pucharem 6 Narodów, granym co roku w lutym i marcu. Zwycięzca meczów drużyn brytyjskich dostaje specjalne wyróżnienie, jeśli pokona rywali z "podwórka". Wielkim Szlemem jest wygranie turnieju wygrywając z każdym uczestnikiem. Drewnianą Łyżkę dostaje ten, kto zajmie ostatnie miejsce w tabeli drużyn biorących udział w turnieju.
    W Polsce dyscyplina ta stoi niestety na średnim poziomie, ze względu na małe zainteresowanie kibiców i sponsorów. Nadzieję na przyszłość daje np. kadra młodzików która w zeszłym roku zdobyła mistrzostwo Europy do lat 20. Obecnie jednak sporo graczy w naszej reprezentacji to zawodnicy naturalizowani. O wielu więcej niż to jest w reprezentacji piłkarskiej, tak mocno krytykowanej z powodu "ściągania" piłkarzy o polskich korzeniach. I ja się dołączam do tej krytyki, gdyż w futbol gra mnóstwo osób, a zawodników rugby, różnych szczebli, jest zdecydowanie mniej. Liga liczy tylko osiem ekip, a na mecz listopadowy kadry w Gdańsku, z Niemcami, przyszło mniej niż tysiąc osób, w tym oczywiście i ja. Częściowo mogła to być wina pogody bo lało jak z cebra, ale fakt faktem, rugby to dyscyplina w Polsce niedoceniana i niedofinansowana. Obecnie polska reprezentacja lideruje grupie Pucharu Europy Narodów 1B, chociaż ma rozegrane, odpowiednio, mecz i dwa, więcej niż najgroźniejsi rywale do awansu. Wygrana grupy (system dwuletni, rok mecze, drugi rok rewanże) da awans do PEN 1A które jest przedsionkiem samej elity i śmietanki europejskiej. Według rankingu International Rugby Board, Polska jest obecnie ( 1 lutego 2012 ) na 29 miejscu w rankingu, prowadzą oczywiście mistrzowie świata, nowozelandczycy. I jak to się ma do tułania reprezentacji futbolowej po siódmej dziesiątce rankingu FIFA ? Wnioski wyciągnijcie sami.
    Porównania między rugby a piłką nożną
    1. Koszulki - Polska
    Nie tak dawno temu cała Polska żyła "aferą koszulkową" wywołaną przez PZPN i ich układy z firmą Nike dostarczającą stroje polskiej reprezentacji futbolowej. Na koszulkach, zresztą o koszmarnym wzornictwie, zabrakło po raz pierwszy w historii, "orzełka" czyli naszego godła i symbolu narodowego. Sprawa oburzyła tysiące Polaków, nie tylko kibiców oraz odbiła się echem w świecie polityki, na czele z populistycznymi zagraniami typu 'gwarantowanie' ustawowo godła na koszulkach, jaką to propozycję wysunął prezydent. PZPN naiwnie argumentował, że ma to podłoże marketingowe i ma służyć sprzedaży "oryginalnych" koszulek reprezentacji, co może zagwarantować tylko logo PZPN. Skończyło się ostatecznie na doszyciu godła na stary projekt koszulek i wyciszeniu sprawy. A jak ma się to do rugby ? Cóż, na koszulkach reprezentacji Polski w rugby widnieje godło narodowe po lewej stronie koszulki, a symbol związku... jest naszyty na rękaw, na dodatek logo związku to piłka do rugby w biało czerwone barwy z której wyrasta głowa orła. Da się by było estetycznie i zgodnie z zasadami ? Da się.
    2. Stosunek do pracy sędziego
    Jak wiemy, w piłce nożnej chociaż nominalnie z głównym arbitrem spotkania może dyskutować tylko kapitan, bywa tak, że cała drużyna otacza wianuszkiem sędziego gestykulując i przekonując do swych racji, a czasem dołączają do tego nawet przeciwnicy. W rugby jest nieco inaczej. Dyskutować może tylko kapitan i tylko on ! Inny gracz za próby dyskusji może dostać ostrzeżenie. W rugby główny sędzia jest panem i władcą na boisku, a zawodnicy muszą się podporządkować do jego decyzji. I jest spokój i mniej kontrowersji. A dlaczego ? Telewizyjne powtórki są nie tylko dopuszczalne, ale wręcz stałym obrazkiem na meczach, tak, że poziom sędziowania jest zdecydowanie wyższy niż w futbolu. Jest to nawet konieczność, z uwagi na wiele drobnych szczegółów ze zbioru zasad gry. Sędzia może dyktować karne (częsty obrazek bo na ogół nie skutkują tak jak w futbolu, gdy jest bliżej słupków bramkowych rywali, zawodnik najczęściej uderza by zdobyć punkty. W innym przypadku po prostu wybija jak najdalej by przesunąć grę do przodu lub za linię boczną gdy chce zakończyć połowę/mecz) lub młyn z wrzutem piłki na korzyść danej drużyny. Może też użyć żółtej kartki, ale w rugby, inaczej niż piłce nożnej, oznacza to 10 minut wykluczenia z gry. Dwie żółte lub jedna czerwona to wykluczenie na cały mecz.
    3. Trenerzy
    Różnica właściwie jest taka, że w futbolu albo chodzą po wyznaczonym polu dla trenerów i pokrzykują na drużynę, albo siedzą na ławce rezerwowych, notują etc. W rugby cały sztab trenerski (3 osoby) pracuje cały czas podczas meczu, siedząc w specjalnej kabinie na stadionie i monitorując sytuację na monitorach komputerów. Cały czas też reagują za pomocą mikrofonów. W rugby można dokonać w czasie meczu 7 zmian (prawie połowa drużyny) i zdarzają się czasem zmiany "powrotne", w przeciwieństwie do piłki nożnej.
    Czas gry to dwie połowy po 40 minut i przerwa, nie dłuższa niż 15 minut, gdzie trenerzy mają okazję porozmawiać z drużyną.
    4. Symulowanie
    Karane z całą surowością. Rugby to nie jest gra gdzie można poudawać, z całym szacunkiem do futbolu, bo narażenie na kontuzje i urazy jest zdecydowanie większe. Wielu zawodników waży ponad 100 kg, jednocześnie nie tracąc wiele z szybkości (tu uwaga: w rugby 15 osobowym na jakim się skupiam, jest miejsce dla różnych graczy, i cięższych, wyższych, twardszych i szybszych, niższych, zwinniejszych, ale cechą tego sportu jest wszechstronność - gracz ma być silny, twardy ale i szybki i zwinny) i każde zderzenie może być kontuzjogenne, przykładowo, niektórzy zawodnicy (szczególnie młyna) przyjmują podczas meczu uderzenia łącznej masy 1600 funtów brytyjskich, czyli około 800 kg, coś jak zderzyć się z dorosłym, wyrośniętym niedźwiedziem. I to bez specjalnych ochraniaczy jak w futbolu amerykańskim. Dlatego zdrowie musi być chronione w inny sposób, choćby poprzez surowe karanie. Jak w półfinale RWC 2011, kiedy kapitan Walii , Sam Warburton wysoką szarżą (podniósł zawodnika rywali w jej trakcie i opuścił na ziemię plecami) załatwił Francuza, Vincenta Clerc. Mogło się to skończyć tragicznie, uderzeniem karkiem w ziemię z dużą siłą i nawet złamaniem karku, więc czerwona kartka była bezdyskusyjna, a sam Walijczyk też nie protestował. A kiedy np. w jednej z angielskich drużyn wykryto symulowanie poprzez woreczki z krwią w ustach które w czasie meczu były przegryzane (faul z premedytacją, gdzie pojawia się krew, skutkuje wykluczeniem), odpowiedzialni za to zostali zawieszeni jako gracze na długi czas, nawet kosztem wyników drużyny i obsunięcia się na dno tabeli.
    5. Skandale
    Jak wszędzie, także i w tej dyscyplinie sportu zdarzają się skandale, głównie pozaboiskowe ze względu na surowe reguły panujące na boisku. Jednak i tu walka z nimi jest prowadzona z dużą determinacją, niezależnie czy dotyczą ekscesów seksualnych, alkoholowych czy choćby nielegalnego obstawiania meczy. Shaun Leaf, kapitan drużyny Doncaster, został zawieszony na 18 miesięcy za obstawianie u bukmachera porażki swej drużyny. 200 funtów za porażkę ponad 38 punktami z Wakefield, 600 funtów za porażkę z Tuluzą w 2009 roku ponad 48 punktami. Oto co powiedział o sytuacji Alex Murphy, jedna z legend ligi angielskiej. - "Myślę, że on miał dużo szczęścia. Jeśli stawiasz, że twoja własna drużyna przegra, nie powinieneś grać w lidze rugby. To powinna być kara dożywotniej dyskwalifikacji. Jeśli chcesz być bukmacherem zajmij się innym biznesem. Nie ma wytłumaczenia dla tego typu zachowania"
    Z nieco tragikomicznych, po mistrzostwach świata 2011, kapitan drużyny Samoa oskarżył przed rodzimym związkiem trenera, że zajmował się alkoholem a nie trenowaniem i traktował mistrzostwa jak okazję do urlopu. Oczywiście trener szybko pożegnał się ze stołkiem, a przez swoją wioskę został oskarżony o shańbienie tytułu "tualu" nadanego przed turniejem mu, i musiał zapłacić karę 100 świń lub ekwiwalent pieniężny. Wybrał karę pieniężną.
    Na koniec drobna informacja dla fanów Manchesteru United - Gary Neville został poproszony w połowie stycznia, przez Stuarta Lancastera, trenera reprezentacji Anglii w rugby union (15-osobowym) by przed zaczynającym się turniejem 6 narodów, wygłosił im przemowę motywacyjną i pomógł uspokoić atmosferę w kadrze, zepsutą skandalami i słabym występem w Pucharze Świata. Zobaczymy jakie efekty dała mowa byłego piłkarza, który bycie Czerwonym Diabłem ma we krwi.
    Jest takie powiedzenie: " Footbal is a gentleman's game played by hooligans. Rugby is a hooligans game played by gentlemen" Sami oceńcie na ile i czy w ogóle, prawdziwe. Ja uwielbiam obie te dyscypliny, piłkę nożną może stawiając jednak wyżej, ale i starając się przybliżyć nieco ten mniej popularny u nas, lecz na pewno nie gorszy, sport.
  6. Rorschach
    Nielubiani, często znienawidzeni, rzadziej podziwiani, ścigani, wyklęci przez prawo i Kościół. Piraci. Przyznam bez przeciągania pod kilem, że piractwo to jedno z ciekawszych zagadnień historycznych, szczególnie, że dotyczy wielu okresów historii, niesie ze sobą nutę przygody i dodatkowo rzeczywiście pokazuje jednostki, które swymi czynami zapisały się w historii. W tym wpisie spróbuję opisać możliwie najszerzej bogaty świat piratów. Bogaty nie tylko w złoto i przygody ale przede wszystkim w opowieści i interesujące fakty.
    Zacznijmy od małego słowniczka pojęć, które ułatwią poruszanie się po chwiejnym pokładzie tematu piractwa.
    Korsarz - pirat działający w czasie wojny lub pokoju na zlecenie władcy danego kraju. W zamian za zakaz atakowania statków danego władcy mógł śmiało atakować statki innych państw, a otrzymany na piśmie patent dawał prawo do cumowania w portach "protektora" i co za tym idzie, dokonywania napraw i sprzedaży łupów.
    Kaper - dowódca lub członek załogi statku walczącego na własny koszt i ryzyko w służbie określonego mocodawcy. W zamian otrzymywał prawo do większości zysków oraz ochronę prawną w tym możliwość wywieszania bandery mocodawcy.
    Bukanier - żeglarz wynajęty przez Anglię, Holandię lub Francję do walki z Hiszpanią. Określenie to oznaczało również pirata działającego w rejonie Karaibów.
    Pirat - osoba dokonująca rabunku za pomocą statku lub łodzi.

    Nutka na początek.
    Jaki obraz pirata jest prawdziwy? Popkultura tworzy pewne obrazy z których najlepiej pamiętanymi są pirat z drewnianą nogą, opaską na oko i papugą oraz wiecznie wstawiony rumem Jack Sparrow - postać świetnie napisana i zagrana ale pirat beznadziejny. Trzeba jednak pamiętać, że piractwo to proceder trwający już od starożytności i również obecny w naszych czasach - wodne szlaki południowej Azji i wybrzeża Afryki wciąż są niebezpieczne dla przepływających. Pierwsi piraci grasowali już 1,5 tysiąca lat p.n.e. napadając na wyspy Morza Śródziemnego, a nawet na deltę Nilu. Pamiętacie nieporadnych piratów jakich solidnie obijali za każdym razem Asterix i Obelix? Na przełomie 75/74 roku p.n.e. w pirackiej niewoli był sam Juliusz Cezar. Nie wyrzucili go za burtę skuszeni okupem, a po otrzymaniu go w wysokości fortuny - 50 talentów, zwolnili. Cezar wrócił do siebie, zebrał wojsko, piratów rozbił i wyciął w pień. Piratami byli oczywiście także Wikingowie pustoszący wybrzeża Europy w pierwszym tysiącleciu naszej ery. Łączyli oni w sobie to co duża część piratów, działalność rozbójniczą z odkrywaniem nowych lądów, docierając na Grenlandię i prawdopodobnie na kontynent amerykański. Korsarzem-odkrywcą był Sir Francis Drake, ulubieniec Elżbiety I.
    Przekrój społeczny piratów był bardzo szeroki, od ludzi którzy wywodzili się z tzw. społecznych nizin i piractwo było drogą do bogactwa, aż do ludzi zamożnych, którzy z różnych przyczyn weszli na drogę morskich rabunków.
    1. Flagi
    Za klasyczną piracką flagę uznaje się wersję Jolly Rogera z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, na czarnym tle używaną przez Edwarda Englanda. Jednak określenie to stosuje się do wszystkich pirackich flag, a pochodzi albo od francuskiego określenia na "wesoły czerwony" (pierwsze flagi były w kolorze krwi) lub odniesień do Diabła ('Old Roger') ewentualnie określenia włóczęgi - roger. Celem wzoru flagi było zastraszenie przeciwnika i danie jasnego sygnału: poddajcie się lub zginiecie. Poza tym wyróżniała ona każdego z pirackich kapitanów, choć tradycyjnie podnoszono banderę piracką dopiero w momencie ataku. Częstymi elementami pirackich bander były czaszki, szkielety, broń taka jak sztylety, szable czy włócznie, postać diabła lub pirata, krwawe serca, klepsydry. Każdy z nich miał swój przekaz, najczęściej skierowany do załóg atakowanych okrętów.

    Przykłady pirackich flag. Od lewej, górny rząd, flagi: Emanuela Wynn'a, Thomasa Tew
    środkowy rząd: Bartholomew "Black Bart" Roberts, Henry "Long Ben" Avery
    dolny rząd: Edward "Czarnobrody" Teach, John "Calico Jack" Rackham
    Na brytyjskich i polskich okrętach podwodnych podczas II Wojny Światowej pirackie bandery oznaczały odniesione zwycięstwa i były wywieszane przy powrocie do portu. Robi się to także od czasów "Pustynnej Burzy" na okrętach, które wystrzeliły rakiety w kierunku lądu.

    2. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle?
    W historii piractwa znane są przypadki kobiet-kapitanów. Mimo iż wśród żeglarzy panował przesąd, że kobieta na statku przynosi pecha, świat piratów zawsze cechował się większą wolnością niż tak zwana reszta świata. Najsłynniejsze z kobiet trudniących się piractwem to Anne Bonny i Mary Read. Ich kariera zaczęła się i skończyła bardzo podobnie. By zbytnio się nie rozpisywać, nastoletnia Anne uciekła do portu Nassau gdzie po jakimś czasie poznała Jacka "Calico Jack" Rackhama i zostali kochankami. Mary służyła jako marynarz w męskim przebraniu (od małego matka ją uczyła jak udawać mężczyznę by Mary mogła zarabiać, była też w wojsku), a gdy jej statek został napadnięty przez Calico Jack'a, ujawniła tożsamość i dołączyła do piratów. Szczęście nie opuszczało załogi Jacka Rackhama aż do 1720 gdy jego slup [jednomasztowy, mały statek] został zaatakowany przez patrolowy slup władz Jamajki. Wszyscy mężczyźni - 9 - byli pijani po świętowaniu dobrych łupów i obroną dowodziły obie kobiety - Anne i Mary. Udało się nawet uciekać przez kilka godzin ale ponieważ męska załoga nie wytrzeźwiała, zostali pojmani i wsadzeni do więzienia. Jack Rackham wraz z mężczyznami został powieszony za piractwo. Kobiety jednak się uratowały, bo obie były w ciąży. Mary miała powiedzieć: "Co do powieszenia to niewielki problem. Bo gdyby nie to, każdy tchórz mógłby zostać piratem.", zmarła w więzieniu, zaś Anne wyszła za kaucją i dalsze jej losy są nieznane.
    Najpotężniejszą kobietą-piratem była Chinka, Ching Shih. Porwana przez pirata Zheng Yi w 1801 z burdelu w którym pracowała, została jego żoną i wspólnie dowodzili flotą jaka trzęsła morzami południowymi. W 1807 Zheng zginął na morzu podczas tajfunu, a dowództwo nad piratami objęła Ching Shih. Jej flota znana jako "flota czerwonej flagi" liczyła około 17 000 ludzi i 1500 statków i całkowicie kontrolowała morza na południu Chin. W 1808 zniszczyła wysłane przeciwko niej statki cesarskiej marynarki, a piraci Ching byli zwalczani zarówno przez dwór w Pekinie jak i Brytyjczyków i Portugalczyków. Za pomocą żelaznej dyscypliny Ching utrzymywała swoją władzę i nie wiadomo jak by się to wszystko nie skończyło gdyby nie skorzystała z oferowanej amnestii w 1810, której warunkiem był jakikolwiek brak kary dla niej i dla jej ludzi. Otworzyła kasyno i burdel w Kantonie gdzie dożyła późnej starości.

    3. Życie codzienne
    Przemawiające do wyobraźni są oczywiście kufry wypełnione po brzegi złotem i klejnotami ale na pirackich okrętach podział ról był równie silny jak na tradycyjnych statkach i w marynarce, a stojący najniżej w hierarchii dostawali najmniejszy udział w zyskach. Życie pirata, chociaż zazwyczaj krótkie, miało jednak swoje plusy. Zaciągający się na piracki okręt zawsze miał wybór (czasami, gdy pochodził z załogi łupionego statku to wybór między życiem, a śmiercią ale zawsze wybór) co nie było powszechne w marynarce danego królestwa gdzie praktyka upijania marynarzy w tawernach by podpisali dokumenty, a rano obudzili jako marynarze Jego/Jej Królewskiej Mości, była często stosowana. W pirackiej załodze były też znacznie szerzej otwarte możliwości awansu, wystarczyło wykazać się odpowiednimi umiejętnościami, a w marynarce miejsca w kadrze oficerskiej zarezerwowane były tylko dla ludzi po szkołach, z wyższych sfer. Wśród pirackiej braci panowała również demokracja, kapitan mógł zostać wybrany i odwołany przez załogę lub sam sobie zdobyć pozycję zdolnościami i/lub przemocą. Taki system prowokował jednak do buntów, co rzadko się zdarzało w królewskiej marynarce - jednak poprzez skodyfikowany system kar utrzymywana była na pokładach względna dyscyplina. Morskim rabusiom nie były również obce problemy dotykające każdego żeglarza długo będącego poza portem czyli szkorbut, nuda, szczury na pokładzie i robactwo w żywności.
    Trzeba jednak wspomnieć też o Libertatii, republice znajdującej się na Madagaskarze pod koniec XVII wieku, miejscu teoretycznie będącym oazą wolności osobistych, w pełni demokratycznym, wręcz anarchistycznym i istniejącym około ćwierć wieku. Brak jednak solidnych dowodów na choćby najkrótsze istnienie takiego państewka, a całość może być po prostu licentia poetica Daniela Defoe. Jak jednak było naprawdę - niewiadomo.
    4. Wierzenia i przesądy
    Jeśli się żyje w ciągłym niebezpieczeństwie i łatwo o śmierć, z powodu choroby, głodu, sztormu, szubienicy fundowanej przez prawo czy też po prostu śmierć w walce, człowiek się z natury skłania ku duchowości. Davy Jones żyjący w głębinach, ognie św. Elma tańczące na masztach, Latający Holender, przesądy związane z kobietami, syreny i potwory morskie - to wszystko życie codzienne marynarzy żyjących kilkaset lat temu, w tym również piratów. Piraci stosowali Kabałę, magiczne zaklęcia, amulety czy nawet różne interpretacje Biblii, wszystko po to by zapewnić sobie pomyślność. Jeżeli coś nie szło i to kilka razy pod rząd, musiały nastąpić zmiany np. kapitana lub czegoś co miało być odpowiedzialne za pech. Również pirackie flagi i motywy na nich umieszczane (np. szkielety) miały swoje znaczenie związane z przesądami i magią. Coś jednak musi być w tym wszystkim skoro 7 czerwca 1692 ogromne tsunami po trzęsieniu ziemi zniszczyło doszczętnie Port Royal na Jamajce, grzebiąc w odmętach prawie 7000 osób. Gniew boży na siedlisku prostytucji, piractwa, złodziejstwa i zbrodni? Niewykluczone.

    Nuta na koniec.
    Mało kto wie, że bezpośrednią przyczyną powstania amerykańskiej marynarki wojennej była działalność piratów w XIX wieku u wybrzeży Afryki Północnej. Cóż, USA wcześnie zaczęło globalne interesy. Polskimi piratami byli kaprzy działający na Morzu Bałtyckim od czasów Zygmunta Augusta, z wkładem w zwycięstwo nad Szwedami w Bitwie pod Oliwą w 1627 roku i zdobyciem (tak, kradzieżą) z pokładu włoskiego statku obrazu Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny" który obecnie znajduje się w muzeum w Gdańsku.
    Ale jaki jest prawdziwy obraz pirata? Czy jest to Edward Teach "Czarnobrody", lubujący się w urządzaniu krwawych łaźni czy może Jean Lafitte, zwany "piratem dżentelmenem"? Jedno jest pewne, żaden pirat nie był aniołkiem.
    Piractwo, te które znamy z legend i popkultury, umarło śmiercią naturalną gdy zaczęły się wyczerpywać strumienie złota płynące z Ameryki Środkowej i Południowej do Europy, a państwa wzmocniły kontrole i swoją obecność miltarną w regionach zagrożonych piractwem, doprowadzając wielu uczestników tego procederu na stryczek. Obecnie jednak nadal zdarzają się napady na morzu, głównie u wybrzeży Afryki i Azji Południowo-Wschodniej ale bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że złoty wiek piractwa odszedł na zawsze. Co nie jest rzeczą złą. Na lądzie zbyt często można spotkać wspaniałe oferty takie jak "pieniądze albo życie" lub "kup pan cegłę", więc niech chociaż wody będą bezpieczne.
    Ten krótki wpis nie wyczerpuje tematu więc zachęcam do poznawania historii i historii piractwa.
    Współcześni piraci:
  7. Rorschach
    "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają", pisał w XVI wieku Mikołaj Rej. Dla tych co nie wiedzą, chodziło mu o fakt, że Polacy nie posługują się gęsim językiem (łaciną) lecz mają swój własny, piękny język. Polska ogólnie nie ma się czego wstydzić, a Polacy powinni być dumni ze swojej kultury i niektórych historycznych momentów, a potępiać w czambuł te czarne karty historii, które sami na siebie sprowadziliśmy. W przypadku Stanów Zjednoczonych, kraju, który ma krótką historię, komiksy i komiksowi superbohaterowie spełniają rolę "nowej mitologii" i mają swój duży udział w budowaniu dumy narodowej, szczególnie przez takie postacie jak Superman czy Kapitan Ameryka. Ten wpis poświęcę na przybliżenie sylwetek polskich komiksowych superbohaterów (bez komiksów internetowych) i zastanowienie się co kryje się za ich postaciami.

    Mały Iron Man. Ponieważ niektórzy są superbohaterami od urodzenia, a nawet Superman był kiedyś Superbaby i Superboy'em.
    Za pierwszego poważnego polskiego superbohatera komiksowego, w ścisłym znaczeniu tego słowa można uznać Orient Mena stworzonego przez Tadeusza Baranowskiego w 1976 roku. Znany z zakręconego i absurdalnego humoru artysta stworzył postać odpowiadającą czasom PRL i filmom Barei, superbohatera, który nie ma żadnego sprecyzowanego życiowego celu poza ładowaniem się w różne, przedziwne sytuacje. Jednak jak na superbohatera przystało, latać potrafi, nosi pelerynę oraz maskę. A do tego "śmieszy, tumani, przestrasza". Od razu na początku dowiadujemy się także jak poruszać się w gąszczu zawiłości świata superbohaterów: "Menów dzielimy podobnie jak kawę na: Super menów, Wyborowych menów i Orient menów.". Chociaż te kilka historii narysowanych po 89 r. już tak nie bawi to jednak subtelne nawiązania kulturowe są czytelne dla inteligentnego czytelnika, a ponieważ, jak widać po przykładzie filmów Barei, humor nawiązujący do absurdów PRL się nie zestarzał, warto sięgnąć po Orient-Mena. Szczególnie, że wszystkie historie z nim zostały wydane w "Orient Men Forewer Na Zawsze", w cenie poniżej 20 zł. "Z czego pani wróży ? - Z chęci zysku".

    W przenośni i dosłownie.
    Kolejnym i chyba najbardziej znanym i uznanym jest niejaki WilQ, stworzony przez braci Minkiewiczów. Postrach opolskich osiedli i blokowisk, obrońca Opola, wyznawca zasady "tłuc buców", a w ciągu dnia pracownik agencji reklamowej "Oko" gdzie za pomocą ctrl+c i ctrl+v kopiuje teksty z Worda do Corela. Zdecydowanie antypatyczny typ, kobieciarz i alkoholik klnący ile wlezie ale nieźle gra w Quake III Arena, umie latać, grać na gitarze i mówić po japońsku. Jego sąsiadami są Mikołaj - umiejący dotykać okiem i posiadający uśmiechnięty brzuch oraz Alc-Man, wiecznie uśmiechnięty superbohater tak rzadko używający mocy, że nikt nigdy o nich nie słyszał. Wrogowie Wilqa to np. były kumpel z liceum, Entombed (superzłoczyńca na urlopie), Dr Wyspa i inni. Co zatem wyróżnia tego superbohatera i sprawia, że ukazało się kilkanaście albumów jego przygód ? Przede wszystkim humor, który choć nie jest zbyt wysublimowany dociera do szerokiego grona odbiorców i kojarzy się z dziełem "Śledzia" Śledzińskiego pt. "Osiedle Swoboda" (gorąco polecam, każdy dodruk rozchodzi się jak ciepłe bułeczki) bo do tego bliżej większości Polaków, do blokowisk, używek (niestety), codziennych problemów i kiepskiej pracy. Cóż, poprawności politycznej w tym komiksie się nie znajdzie ale chyba nie bez powodu takie seriale jak South Park cieszą się popularnością.
    Temat na forum: http://forum.cdactio...opic=52607&st=0

    Niejaki Ratman, również superbohater, wyszedł spod ręki Tomasza Niewiadomskiego i największą popularność (jeśli można tak to ująć) miał w latach 90 gdy jego przygody, polegające głównie na spotykaniu historycznych postaci (Kopernika, Van Gogha i innych) i szerzeniu chaosu, ukazywały się w miesięczniku Nowa Fantastyka, a później zostały wydane w 3 zbiorczych albumach. Postury raczej nikczemnej, Ratman powstał w wyniku wybuchu atomowego, który połączył geny Myszki Miki, szczura oraz profesora X. Szczerze mówiąc, na tle innych prezentowanych tu superbohaterów w dzisiejszych czasach należy uważać tą postać wyłącznie za ciekawostkę chociaż czas poświęcony na zapoznanie się z jego przygodami nie jest czasem straconym.

    Komiksowy magazyn "Produkt" ukazujący się w latach 1999-2004 był miejscem narodzin wielu superbohaterów. Tam debiutował WilQ, tam też narodził się Człowiek Paroovka oraz pierwsza polska drużyna superbohaterów czyli Liga Obrońców Planety Ziemia. Są to kolejne komiksy z jajcarskim podejściem do tematu czego dowodem są nie tylko sami bohaterowie ale i ich przeciwnicy tacy jak Człowiek Grzyb zarażający grzybicą, Grand Banda (korpus moherowych beretów), Gang Wąsaczy czy Piec Kaflowy - wszyscy stają przeciwko Człowiekowi Paroovce. Jego przygody zostały wydane w trzech albumach, a rysunki i scenariusze są dziełem Marka Lachowicza. Liga Obrońców Planety Ziemia to dzieło KRL (Karola Kalinowskiego), komiks będący w zamierzeniu satyrą na amerykański styl superbohaterstwa. Jej członkowie - Mister Modelina, Człowiek Qra, Manto oraz Dr X mieli okazję, prócz występów na łamach "Produktu", zagościć ze swymi przygodami w dwóch albumach.
    Mamy również w Polsce postać pasującą do kategorii: antybohater. To Likwidator, radykalny anarchista i ekolog który ma w tzw. głębokim poważaniu wszystkie autorytety i nie ma dla niego żadnych świętości, a kontrowersja to jego drugie imię. Przykład ? Chociażby komiks o Katastrofie Smoleńskiej. Bywał także w Hiszpanii podczas wojny domowej, na Ukrainie w 1920, a także, jak pokazuje załączony obrazek, na Euro 2012. A ponieważ określanie się mianem Likwidatora zobowiązuje, solidne dawki, pardon my french, rozpierduchy, gwarantowane. Za rysunki i tekst, podobnie jak w przypadku powyższych komiksów, odpowiada jedna osoba - Ryszard Dąbrowski.
    Temat na forum: http://forum.cdactio...showtopic=22364

    Nowe metody motywacyjne zostaną wprowadzone już przed najbliższymi eliminacjami. Po eliminacjach zostanie wprowadzony nowy skład reprezentacji.
    Czy jednak jesteśmy skazani na humorystyczne, satyryczne podejście do tematu? Odpowiedź brzmi: Nie. Mamy też kilku polskich superbohaterów "na poważnie".
    Pierwszy z nich to Bler autorstwa Rafała Szłapy. Bohater rodem z Krakowa zyskuje nadnaturalne zdolności (takie jak spowalnienie czasu czy rentgenowski wzrok) po wypadku samochodowym, który sprawił, że wylądował w szpitalu. Ale być może wypadek tylko odblokował ukryte zakątki pamięci... a może tajna agencja rządowa wykorzystała pobyt bohatera w szpitalu by przeprowadzać na nim eksperymenty? Czytelnik musi się tego sam dowiedzieć. Wydane zostały trzy albumy, czwarty w przygotowaniu. Dopracowane rysunki, rozwijająca się z biegiem czasu fabuła - tu już widać, że to komiks na serio. Na blogu poświęconym komiksowi zazwyczaj są publikowane prace osób rysujących głównego bohatera ale ostatnio twórca ogłosił konkurs na historię do której stworzy rysunki. Szczegóły na facebookowym profilu Blera: https://www.facebook.com/Blerkomiks
    Drugi to Biały Orzeł. Znów dzieło braci, Adama i Macieja Kmiołków, którzy powołali do życia superbohatera z krwi i kości. Supermoce (nie jest to warunek konieczny ale...) - są, superwrogowie - są, kreska przypominająca amerykańskie komiksy - jest, wydawanie komiksu w formie zeszytów - jest. Superbohaterski origin (nasz protagonista, Aleks Poniatowski staje się superbohaterem po zażyciu specjalnego serum, a dodatkowo korzysta z gadżetów) - jest. Złowroga organizacja TechCorp - jest. Miejscami bywa nieco siermiężnie i właściwie wszystko zostało skrojone według wzorców zza Atlantyku ale całość jest całkiem niezła i chyba Białemu Orłowi udało się wpasować w polskie realia chociaż jak sobie seria poradzi to się okaże bo ukazało się do tej pory tylko pięć zeszytów.

    Syrenka Warszawska przesyła pozdrowienia.
    I na koniec najświeższy gość w galerii polskich superbohaterów. Jan Hardy. Chłopaczyna zamiast raz sierpem raz młotem lać czerwoną hołotę, leje raz pięścią lewą, raz prawą. Tą drugą zapewne preferuje bardziej z powodów ideologicznych. Wraz z oddziałem podobnych sobie "hardych", posiadających niezwykłe moce ludźmi, zwanym R.O.T.A. walczy z komunistycznym okupantem tuż po II Wojnie Światowej. Czy jest to tylko chęć zbicia kapitału na segmencie rynku związanym z prawicą i środowiskami patriotycznymi czy nasz superbohater zagości na dłużej w panteonie polskich superbohaterów - czas pokaże. Jednak recenzje jakie czytałem były umiarkowanie pozytywne, kreska nienajgorsza (znów za całość odpowiada jedna osoba - Jakub Kijuc) zatem być może warto dać Hardemu szansę.

    Gdy zapoznaliśmy się już z polskimi superbohaterami jacy przemierzali stronice wydanych albumów, trzeba sobie zadać pytanie, na jakiego superbohatera Polska zasługuje. Wiemy na jakiego zasługuje Gotham. I czy w ogóle jest miejsce na polskiego superbohatera komiksowego?
    Wyrośli przecież oni z kultury amerykańskiej, a u nas ani komiksy nie są tak popularne ani nie ma właściwie gruntu pod ich przybycie. Z kim mają walczyć ? Z "grupą trzymającą władzę" ? Z mafią, której podobno (hehe) w Polsce nie ma ? Prawdziwymi superbohaterami są przecież ludzie, których widzimy na codzień, strażacy, lekarze, nauczyciele i inni. Wiemy, że bohaterowie "z jajem" tacy jak Kapitan Polska czy Kapitan Bomba oraz wymienieni przeze mnie w tym wpisie, mają rację bytu jako komentatorzy naszej rzeczywistości i loża szyderców jednakże moim zdaniem jest jeszcze miejsce na innego, polskiego superbohatera. Mało mamy takich wzorców w historii i widząc szarą rzeczywistość chcielibyśmy radykalnej zmiany na lepsze, od zaraz, a to przecież robota dla Superma... superbohatera. Czy któryś z tych "poważnych" superbohaterów tą lukę zapełni ? Nie sądzę ale kto wie... życzyłbym sobie by pojawił się taki polski superbohater, na kształt Kapitana Ameryki czy Kapitana Brytanii bo nie tylko byłby jednym z symboli patriotyzmu (jakimi są np. wszyscy nasi sportowcy odnoszący sukcesy) ale też świadectwem tego, że polski rynek komiksowy rozwinął się i ma się dobrze.
    Na koniec, jak rozpoznać superbohatera i czy Super Mario nim jest.

  8. Rorschach
    Tęsknoty za PRL jakie poruszają serca różnych osób są tyleż rozczulające i naiwne co po prostu niebezpieczne. Niebezpieczne bo zamiast budować kraj z jak największą ilością zalet, osoby te często pragną czegoś na kształt PRL-bis, zapominając o długiej liczbie wad, win i złych rzeczy jakie wiązały się z istnieniem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, które zostały wyparte w pamięci przez nieliczne zalety minionego ustroju. A dlaczego tęsknoty poruszają serca? Ponieważ myśląc trzeźwo, rozumem, nikt nie uważałby tamtego okresu za dobry czas w dziejach Polski.

    Tekst ten został zainspirowany zasłyszanymi wypowiedziami zwykłych ludzi, a także polityków lewicy i zwolenników tzw. grubej linii. Nie mam zamiaru teraz nikogo pouczać jak pełnym zła systemem był komunizm ani nie zamierzam w tym wpisie zajmować się trudnym tematem tzw. transformacji ustrojowej. Przytoczone zostaną jedynie fakty związane z PRL. I chociaż wiele osób twierdzi, że historia jest pełna szarych odcieni to jednak przyzwoitość wymaga by jasno określić co dobre, a co złe. W innym wypadku mamy ludzi, którzy twierdzą, że pomniki na cześć Armii Czerwonej są w porządku bo upamiętniają zmarłych walczących o nasze wyzwolenie. Jakie wyzwolenie? A nawet jeśli jakiś soldat był przyzwoitym człowiekiem to te pomniki nie przedstawiają z nazwiska jakiegoś Witii czy Saszy ale anonimowych czerwonoarmistów. A oni gwałcili, mordowali, palili miasta i kradli na potęgę. W normalnym kraju pomników gwałcicielom i okupantom się nie stawia, a gdy są to od razu burzy. Lub przynajmniej przenosi z centrów miast i parków na cmentarze. Tego typu poglądów, oderwanych od rzeczywistości, jest niestety więcej.
    Rok 1768, pięć lat przed pierwszym rozbiorem Polski. 24 lutego grupa zdrajców podpisuje "Traktat o wieczystej przyjaźni pomiędzy Rosją, a Rzecząpospolitą", ze strony Rosji podpisał ambasador Mikołaj Repnin, faktyczny namiestnik kraju jako reprezentant woli carycy Katarzyny. Zapis w Konstytucji PRL o "nierozerwalnym sojuszu polsko-radzieckim" jaki miał być umieszczony w 1976 roku, został ostatecznie zmieniony na "nierozerwalną więź przyjaźni polsko-radzieckiej". Od 1944 roku do 1991 istniało Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Nihil novi sub sole. Historia cały czas ta sama. A rozwinięcie skrótu PZPR jako Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji, uzasadnione.
    1. Okupacja
    Można się cieszyć, że nie musieliśmy jak Węgrzy (do 1956 r.), znosić upokorzenia w postaci komunistycznego symbolu na fladze. Można doceniać autonomię w ograniczonym zakresie jaką się nasz kraj 'cieszył'. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pół wieku Polską rządzili zdrajcy podskakujący jak kukiełki w takt melodii granej przez Moskwę. Zostało zrobione wszystko by na ziemiach polskich wprowadzić komunizm, a plany te sięgały jeszcze czasów Lenina i pomysłów na wywołanie rewolucji w Niemczech oraz zajęcie II RP przez Armię Czerwoną oraz działań komunistycznej agentury w II RP. Sfałszowane wyniki referendum w 1946 i sfałszowane wybory w 1947 (szkoła Stalina - nieważne kto i jak głosuje, ważne kto liczy głosy oraz - takie wyniki wyszły ? to nic, dosypie się głosów do urn), starania o uznanie przez Zachód jako legalnej władzy rządu komunistów, nie tego na uchodźstwie, marionetki z PKWN itd. Ostatnie oddziały rosyjskie opuściły Polskę w 1993 roku, symbolicznie pożegnane 17 września po prawie pół wieku okupacji i zniewolenia.
    2. Atomowa pustynia
    Polska była częścią Układu Warszawskiego i jako kraj bloku socjalistycznego była uwzględniana w planach ewentualnej wojny z Zachodem. Bodajże przed rokiem czy dwoma zostały odtajnione plany oraz mapy strategiczne UW. Polska miała "zająć się" Danią i uderzyć na Niemcy, inne państwa miały swoje zadania. Problem polega jednak na tym, że w przypadku takiej wojny i użycia środków rakietowych, szybko mogłaby nastąpić eskalacja działań i przerzucanie się "atomówkami". A Polska była wystawiona na cel bo zasięg nie wszystkich rakiet z głowicami jądrowymi obejmował ZSRR, a na dodatek Sowieci mieli lepszą obronę przeciwrakietową. Optymistycznie zakładano skażenie 100 tys. km2 terytorium Polski. Optymistycznie. Prawie 1/3 kraju. "W dowództwie LWP przewidywano, że na Polskę spadnie 450-650 ładunków jądrowych o mocy do 110 Megaton (1 megatona stanowi równowartość wybuch jednego miliona ton trotylu). Bomba zrzucona na Hiroszimę miała moc 15 kiloton (kilotona = jeden tysiąc ton trotylu)." * A według Stockholm International Peace Reaserch Institute, mogło by zginąć 10 mln Polaków od samych tylko wybuchów. Jeśli komuniści czują potrzebę rzucać do siebie różnymi rzeczami, granatami, odchodami, czymkolwiek, jak małpy w klatce to niech robią to z dala od normalnych ludzi i nie wciągają w to cywilizowanego świata. III Wojna Światowa była całkiem blisko podczas tzw. "kryzysu kubańskiego". Fidel Castro kiedyś mówił: "socialismo o muerte" - socjalizm lub śmierć. Nie wybieram ani tego, ani tego.

    3. Gospodarcza ruina
    Przeważająca większość protestów w czasie PRL, grudzień 70, strajki w 1980 itd. wcale nie miała na celu obalanie komunizmu lecz protest przeciwko wzrostowi cen produktów i beznadziejnemu zaopatrzeniu sklepów w żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Węgiel, statki produkowane przez nasze stocznie i wiele innych produktów szło do ZSRR w wymianie korzystnej dla Sowietów. Złotówka była walutą nie wymienialną gdziekolwiek na świecie poza PRL, Kreml wymyślał takie dziwne wynalazki jak rubel transferowy, w Polsce w schyłkowym okresie PRL szalała inflacja, a o tym, że gospodarka centralnie planowana prowadzi do przepaści to wiedzą już dzieci w podstawówce. Dodatkowo mogę w tym punkcie wymienić ogromne zadłużenie międzynarodowe by Gierek (tak się cieszyliśmy, że spłaciliśmy parę lat temu ale gdyby nie umorzenie części długu, wciąż byśmy spłacali), odrzucenie przez Polskę, pod naciskiem ZSRR, oferty pomocy z Planu Marshalla po II WŚ. Pisać dalej ?
    4. Kraj złodziei i bandytów
    Nazizm, faszyzm i najróżniejsze odmiany komunizmu mają mnóstwo cech wspólnych. Jedną z nich jest fakt rządzenia krajem przez gangsterską klikę. Jesteś z nami w gangu ? Dobrze. Nie - masz przekichane. Niejaki Dżugaszwili vel Stalin też miał na koncie napady na banki. A złodziejstwo dokonywane w majestacie prawa to chociażby nacjonalizacja mienia, walka z "kułakami", wywłaszczenia, czy też nagła zmiana pieniędzy w 1950 powodująca kradzież oszczędności obywateli polskich. Ponieważ komuniści sfałszowali wyniki referendum i wyborów dzięki którym "uwiarygodnili" swoją obecność u władzy, rządzili nielegalnie. Stan Wojenny w 1981 też został wprowadzony z pogwałceniem Konstytucji PRL. Tak to jest, jak niektórzy mają mentalność bandytów.

    5. Brak wolności jednostki
    Co tu się rozpisywać, powszechna inwigilacja, promowanie donosicielstwa, ścisłe kontrolowanie wydawania paszportów, brak pełnej wolności wyznania, obowiązek meldunkowy i ogólnie pojęta, jak najszersza kontrola życia obywatela przez państwo to nieodłączna cecha krajów reżimowych takich jak PRL.
    6. Wspieranie terroryzmu
    Współcześnie modna jest walka z terroryzmem islamskim. Ale terroryzm ma długą i bogatą historię. W drugiej połowie XX wieku nasilił się terror uprawiany przez takie lewackie bojówki jak RAF w Niemczech - Frakcja Czerwonej Armii czy Czerwone Brygady we Włoszech. Porwania, morderstwa, terror - proszę bardzo. Na tym tle wybijał się także niejaki Carlos "Szakal" (znany chociażby z książek o Jasonie Bourne), prawdziwe nazwisko - Iljich Ramirez Sanchez. Chłopak uczył się "fachu" na Kubie, w ZSRR, Palestynie i ma wiele istnień na sumieniu. Niewiele jednak osób wie, że był także szkolony przez Ludowe Wojsko Polskie w latach 70. A wszystko dlatego, że przesiąknięty marksizmem (ojciec imię nadał mu po Leninie) ostrze swego terroru kierował w kraje zachodnie. W geopolitycznych rozgrywkach Sowieci zawsze wspierali kraje arabskie np. Libię (nazywaną za Kaddafiego "matecznikiem terrorystów"), a niestety Polacy też dorzucili do tego swoją cegiełkę.
    https://www.youtube....h?v=uBdYYl1xzvI
    7. Represje, tortury i terror
    Rzeczpospolita Polska lat 1944-1952 i później Polska Rzeczpospolita Ludowa to było państwo stosujące przemoc i terror od samego początku. Od działań UB i LWP ręka w rękę z Armią Czerwoną i NKWD aż po działania SB do końca lat 80. Od "obławy augustowskiej" gdzie zatrzymano ponad 7 tys. osób i o wielu z nich słuch zaginął, od sądowych morderstw na żołnierzach AK, "procesie szesnastu", sądowym mordzie na rotmistrzu Pileckim, sanitariuszce "Ince", generale Auguście Fieldorfie "Nilu" i wielu innych patriotach aż po pobicia ze skutkiem śmiertelnym przez "nieznanych sprawców", prowokacji UB jaka doprowadziła do "pogromu kieleckiego" aż po strzelanie do Polaków w Poznaniu w 56, na Wybrzeżu w 1970, zakaz publikacji dla niektórych twórców, zmuszanie do wyjazdu z kraju np. ludności pochodzenia żydowskiego w 1968, cały stan wojenny, zabójstwa księży dokonywane (jak pisałem w jednym z poprzednich wpisów) nawet po 4 czerwca 1989. I to niestety nie koniec listy.
    8. Złe stosunki z innymi państwami świata
    To, że Polska Rzeczpospolita Ludowa nie prowadziła suwerennej polityki zagranicznej to oczywistość. Jednak nie tylko podział świata na kraje "dobre" i "złe", kraje kapitalistyczne i kraje afrykańskie, południowoamerykańskie i inne, to coś niedobrego. Zły jest także fakt, że będąc na smyczy Sowietów, Polska musiała się bezczynnie przyglądać zbrojnym zdławieniu powstania węgierskiego w 1956 roku. Że nasz kraj musiał uczestniczyć w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i zdławieniu "praskiej wiosny", obok Węgier, NRD i ZSRR. Rumunia, chociaż komunistyczna, nie wzięła udziału.

    9. Zakłamywanie rzeczywistości i historii
    Żeby wyhodować nowego człowieka, homo sovieticusa i na dekady (?), wieki(?), utrwalić władzę partii komunistycznej wymagane były różne działania. Walka z różnymi religiami i wyznaniami itp. Również przerabianie historii na własną modłę, urabianie umysłów społeczeństwa. Przemilczanie faktów, z Katyniem na czele, pisanie na nowo historii i życiorysów niektórych osób, zakłamany przekaz medialny, zagłuszanie Radia Wolna Europa i Radia Luksemburg, cenzura publikacji, widowisk, za wszelką cenę deprecjonowanie świąt kościelnych i narodowych takich jak 3 maja, z wyjątkowym eksponowaniem świąt państwowych, socjalistycznych. I tak można wymieniać.

    10. Kadry wywiadu i kontrwywiadu pod całkowitą kontrolą obcego państwa
    To jest chyba oczywiste. Po wymordowaniu polskich elit w Katyniu i innych miejscach oraz zesłaniu tysięcy osób na Sybir, Sowieci mieli otwartą drogę do kształtowania kadr wojskowych i wywiadowczych wedle własnego uznania. Nie bez powodu większość kadr aparatu bezpieczeństwa PRL szkoliła się w latach 40 w Akademii NKWD w Kujbyszewie. Nie bez powodu NKWD nadzorowało proces budowy naszego "aparatu bezpieczeństwa", zaczynając od niesławnej Informacji Wojskowej. Nie bez powodu nasi wojskowi jeździli na kursy doszkalające do Moskwy. Tak jak w przypadku planów wojskowych Układu Warszawskiego, tak każdy kraj bloku socjalistycznego miał za zadanie rozpracowywać wywiadowczo określone kraje lub rejony świata i przekazywać informacje do centrali KGB oraz GRU w Moskwie. Oczywiście, Sowieci też mieli różne komórki wywiadu przydzielone do określonych zadań ale jako nadzorcy wszystkich baraków w socjalistycznym obozie mieli pełny dostęp do informacji wojskowych i wywiadowczych oraz wpływ na obsadę stanowisk, jeśli uznali to za konieczne. Osoby zatrudnione, procedury działań w określonych przypadkach, sieć wywiadowcza itd. - żadnych tajemnic przed Rosjanami. Wystarczy spojrzeć ile osób przeszło pozytywną weryfikację do pracy w UOP, policji i innych służbach, nie mówiąc już o aferach z udziałem WSI.
    11. Bojkot Igrzysk Olimpijskich
    Jak wiadomo, w 1980 roku Igrzyska Olimpijskie odbywały się w Moskwie. Prezydent USA zaapelował o ich bojkot w proteście przeciwko inwazji ZSRR na Afganistan. Sporo krajów nie wysłało swoich reprezentacji chociaż np. francuski Komitet Olimpijski zignorował apele rządu i reprezentację wysłał. W 1984 roku Igrzyska odbywały się w Los Angeles i teraz to kraje bloku socjalistycznego mogły się zrewanżować i zbojkotować zawody. Sportowcy z Chin i Rumunii pojechali ale tam rządziły rządy wprawdzie komunistyczne ale Chiny nie były w strefie wpływów ZSRR, a Rumunia miała sporą niezależność, podobnie jak Jugosławia. Polska niestety była na pasku Moskwy i nasi sportowcy stracili 4 lata przygotowań do imprezy życia.
    12. Oszustwa sportowe
    Starożytni mawiali: citius, altius, fortius. Jednak cały czas przy zachowaniu zasad fair play. Blok socjalistyczny dbał tylko o jedno - zwycięstwo za wszelką cenę. Wszystko by pokazać wyższość nad "zgniłym kapitalistycznym Zachodem". Sport miał również cele wojskowe i wywiadowcze (agenci mogli pod przykrywką sportowców odwiedzać różne kraje, a także mogli występować w roli trenerów, działaczy sportowych i osób towarzyszących prawdziwym sportowcom). NRD słynne jest po latach z zastrzyków i pigułek jakie z kobiet "robiły" facetów, a sportowcy z krajów socjalistycznych mają wiele na sumieniu jeśli chodzi o nieuczciwą grę, wystarczy wspomnieć "magiczną szablę" z IO w 1976 gdy szermierz z ZSRR miał zaliczane trafienia chociaż czubek broni nie dotykał 'pola trafienia' na kombinezonie rywala. Nie słyszałem o żadnych poważniejszych oszustwach polskich sportowców ale w kwestii "czystości" socjalistycznego sportu polecam film "Wielki bieg" z Krzysztofem Pieczyńskim.
    Musiałem dość skrótowo opisać każdy punkt by nie wydłużać zbyt mocno tego wpisu.
    Z czasem historia się rozmazuje, złe wspomnienia wypiera się z pamięci i pozostają tylko miłe wspomnienia, wrażenia z filmów Barei i momenty chwały polskiego sportu: wunderteamu w lekkiej atletyce i osiągnięć w piłce nożnej. Problem polega jednak na tym, że historia się powtarza jeśli się nie wyciąga wniosków i nigdy nie można budować na kłamstwie, a tych, niestety jest w przestrzeni publicznej sporo. A jeżeli ktoś uważa, że PRL był czymś dobrym dla Polski to niech idzie się poduczyć i nie mówi więcej bzdur.
    *http://szeremietiew.blox.pl/2012/03/LWP-contra-NATO-cz-4.html
  9. Rorschach
    Pierwotnie chciałem opublikować inny wpis w pierwszej kolejności ale ponieważ dawno nie recenzowałem niczego, a obejrzany film uznałem za zasługujący na recenzję, oto i ona.
    Zapewne wiele osób przynajmniej ze słyszenia zna klasyki kinematografii światowej i potrafi, słysząc dany tytuł filmu, opowiedzieć co nieco na jego temat. "Pół żartem, pół serio", "Wszyscy ludzie prezydenta", "7 wspaniałych", "Hannibal", "7 pieczęć", "Psychoza" i wiele innych - nie trzeba oglądać danego filmu by kojarzyć, tak się wrósł w kulturę, że prędzej czy później dana osoba się natknie na nawiązania do niego. Podobnie jest z "Obywatelem Kane", arcydziełem Orsona Wellesa. Ale nie zamierzam pisać o tym filmie, opiszę inny.
    Konkretnie, "Meet John Doe", na język polski przetłumaczone jako "Obywatel John Doe". Nie do końca podoba mi się to tłumaczenie ale nie jest najgorsze, szczególnie, że obraz wyreżyserowany przez Franka Caprę ("Arszenik i stare koronki") ma sporo podobieństw z "Obywatel Kane". Jednak nie jest tak znany jak film Wellesa. A szkoda. Oba powstały w tym samym roku, 1941, zatem ciężko sugerować, że jeden reżyser zgapiał od drugiego, ba ! premiera "Meet John Doe" miała miejsce półtora miesiąca wcześniej.
    W rolach głównych zagrali: Gary Cooper ("W samo południe") jako bohater tytułowy oraz Barbara Stanwyck ("Podwójne ubezpieczenie"). Podobieństwa obu filmów nie kończą się na roku premiery ani na postaci magnata prasowego jaka pojawia się w filmie i ma spory wpływ na akcję oraz koncepcji zastosowanych w fabule. Nie chcę zdradzać zbyt wiele ale tych podobieństw jest nieco więcej, a pewne sceny są ponadczasowe i film nie stracił na aktualności.

    Niezbyt mi się podobają plakaty do tego filmu ponieważ sugerują, że wątek romantyczny jest główną osią fabuły. To nieprawda. Jest w filmie, nie przeczę ale znajduje się przez większą część czasu na drugim planie i nie ma ani jednej sceny bezpośrednio z nim związanej (np. pocałunku).
    Film zaczyna się od ruchu jaki wykonuje dziennikarka gazety "Bulletin", Ann Mitchell, zagrożona utratą pracy po zmianie właściciela. "New Bulletin" ma nową politykę i redukuje zatrudnienie (kapitalna scena zmiany tablicy przy wejściu do redakcji, warto zwrócić uwagę na napisy na starej i nowej). Ann w swoim ostatnim tekście tworzy więc postać Johna Doe, człowieka z ulicy, który "pisze list" w którym grozi samobójstwem w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia w proteście przeciwko niesprawiedliwości, korupcji, biedzie, bezrobociu i innym społecznym plagom. W ten sposób, takim imieniem i nazwiskiem, oznaczane są w krajach anglosaskich osoby z nieznaną tożsamością ale ów przyszły samobójca jest w całości dziełem wyobraźni Mitchell. Dziennikarka przyznaje się redaktorowi naczelnemu i bez cienia wstydu proponuje kontynuować maskaradę i rozwijać to dalej. Ziarno pada na podatny grunt, ludzie, mający te same problemy co John Doe, kupują gazetę, konkurencyjna gazeta, "Chronicle" węszy ściemę ale nie może nic zrobić. Sprawa rozwija się tak bardzo, że trzeba znaleźć kogoś kto będzie grał Johna Doe. "List" JD poruszył serca, kobiety składają propozycje matrymonialne, padają propozycje pracy zatem wielu kandydatów zgłasza się do gazety twierdząc, że są autorami listu. Spośród nich zostaje wybrany jeden, który wcieli się w rolę Johna Doe, a cała sprawa nabiera jeszcze większego rozpędu i zatacza coraz szersze kręgi...

    Myślicie, że opowiedziałem ponad połowę filmu? Błąd. Jak na nieco ponad dwie godziny, udało się zmieścić sporo, a fabuła jest spójna. Zastrzeżenia mam co do muzyki, zupełnie bezbarwna, ot jakieś tam melodie przewijające się przez film lub grane jako podkład do scen bez dialogów. Niestety, wpływa ona też na ocenę całości filmu ponieważ jest przejawem cechy charakterystycznej dla filmów Capry, optymistycznego rysu całości. Aktorzy grają dobrze, świetnie są dopasowani do swoich ról, dialogi na dobrym poziomie (monolog "Pułkownika" [na zdjęciu pierwszy z prawej] wart jest uwagi, sceny w których bohaterka grana przez Stanwyck przekonuje "Johna Doe" do swoich racji wypluwając słowa z prędkością karabinu maszynowego - również świetne) ale kuleje, jak wspomniałem, oprawa muzyczna i niestety, brakuje najistotniejszego elementu jaki mógł dopełnić układanki - goryczy. Nieco inne zakończenie, zmiana muzyki i mogło być arcydzieło. A wyszedł film "tylko" bardzo dobry. Widzom pozostaje jednak delektować się ukrytymi w tym dziele trafnymi, życiowymi spostrzeżeniami i zajrzeć trochę głębiej. Wcale nie patrzeć na ten film jak na odrobinę mniej utalentowanego brata "Obywatela Kane'a" gdyż "Meet John Doe" broni się po prostu sam.
    Zazwyczaj nie daję ocen w swych recenzjach ale jeśli ktoś potrzebuje, proszę: 7 z dużym plusem to minimum. "Ósemkę" dałbym z czystym sumieniem gdyby nie zakończenie, a 9 byłoby (tyle dałem "Obywatel Kane") gdyby nadać temu filmowi trochę inny szlif.
  10. Rorschach
    Zazwyczaj nie robię "krótkich" wpisów. Polityka firmy Wpływa to dość istotnie na częstotliwość zamieszczania kolejnych z nich, ale, nie wiem czy się blogerzy ze mną zgodzą, mimo posiadania tematu to natchnienie by usiąść i napisać jest potrzebne. Ten wyjątek robię z uwagi na dzień - 4 czerwca. Dla większości współczesnych elit polskich jest to dzień "obalenia komunizmu" mimo iż sama ta nazwa jest totalną bzdurą gdy po wyborach wciąż większość posłów w Sejmie była z ramienia PZPR, w kraju stacjonowały wojska sowieckie a prezydentem był gen. Wojciech Jaruzelski. Pomysłów na wpisy mam jak do tej pory 9 i skupienie się na okresie przemian ustrojowych, końcu lat 80, aż do połowy lat 90 jest też w moich planach. Dlaczego jednak teraz tego nie robię ? Jak pisałem wyżej, brak weny by usiąść, przeglądać źródła i pisać. Dziś jednak, tj. 4 czerwca, jest 20 rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego, spychana i marginalizowana. Tak jak piszę, można mieć różne punkty widzenia na oceny tych zdarzeń, możecie je przedstawić w komentarzach, i wrócę do tematu w przyszłości, ale o prawdzie historycznej, nie medialnej, pamiętać należy.
    Kto chce, niech obejrzy słynny film Jacka Kurskiego i Piotra Semki "Nocna Zmiana"
    Ja tylko wstawię tekst jednej z piosenek Kultu (Kazik stworzył też piosenkę Lewy Czerwcowy ze słynnym refrenem o Pawlaku - Panie Waldku, Pan się nie boi, Dwie Trzecie Sejmu za Panem stoi)
    Przemówienie z dnia siódmego roku bieżącego
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież telewizję
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież Interwizję, Eurowizję
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież tyle pieniędzy
    Wolność. Po co wam wolność?
    I będziecie ich mieć coraz więcej
    Maszerujmy ramię w ramię
    Ku słońcu świata nowego
    Zbudujemy nowy most
    Imienia przewodniczącego
    Maszerujmy ramię w ramię
    Ku słońcu świata nowego
    Zbudujemy nowy most
    Imienia przewodniczącego
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież do pracy autobusy
    Wolność. Po co wam wolność?
    I bezpłatny przydział spirytusu
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie komu oddawać cześć
    Wolność. Po co wam wolność?
    Dostaliście też Mundial '86
    Maszerujmy ramię w ramię
    Ku słońcu świata nowego
    Zbudujemy nowy most
    Imienia przewodniczącego
    Maszerujmy ramię w ramię
    Ku słońcu świata nowego
    Zbudujemy nowy most
    Imienia przewodniczącego
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież filmy fantastyczne
    Wolność. Po co wam wolność?
    Czasem zezwolenie demonstracji ulicznych
    Wolność. Po co wam wolność?
    Z każdej wystawy dobrobyt tryska
    Wolność. Po co wam wolność?
    Macie przecież letnie igrzyska
    Maszerujcie ramię w ramię
    Ku słońcu świata naszego
    Wszyscy położycie głowy
    Za przewodniczącego
    Czy słyszysz, czy słyszysz
    Co tu dzieje się od lat
    Jaki wokół siebie szum wytwarza ten fatalny świat
    Co za fatalny świat
    Podzielony granicami
    Z ludźmi, których kochasz
    Rozmawiasz tylko listami
    Czujesz ich jedynie przy pomocy pocztowego kleju
    Tylko dlatego, że mieszkają w innym kraju
    Na tym świecie każdy jest zachłanny i pazerny
    Na tym świecie każdy chce pieniądze i koncerny
    Kilku frajerów rządzi świata tego polityką
    Najpotężniejsi z nich myślą o władzy nad galaktyką
    Co za fatalny świat
    Przemówienia z dnia siódmego
    Co za okropny świat
    Roku bieżącego
    Prawa autorskie należą do: "Kult", twórca słów i muzyki : Kazimierz Staszewski
    Producent piosenki: Wojciech Przybylski
    Ten wpis przede wszystkim ma na celu upamiętnienie okrągłej, 20-letniej rocznicy "Nocnej zmiany".
  11. Rorschach
    Obiecałem w poprzednim wpisie, że ten poświęcę na recenzję filmu "Prorok". Oto i ta recenzja. Dlaczego ten film ? Szczerze mówiąc, wahałem się co wybrać - czy "Carlos", biografię chyba najsłynniejszego terrorysty w dziejach, czy "Wschodnie obietnice", czy "Ostatniego króla Szkocji" lub może "Apocalypto". Rostrzał gatunkowy sięgał daleko, lecz postawiłem na "Proroka" . Film dostał Grand Prix w Cannes 2009, a z racji odbywającego się obecnie festiwalu A.D. 2011, warto przypomnieć ten obraz. Tytuł filmu kojarzy się z Islamem, z Mahometem i nie bez kozery. Głównym bohaterem jest Malik El Djebena, młody, dzięwiętnastoletni francuski Arab, który trafia do więzienia na 6 lat. Nie wiemy dokładnie za co siedzi - wspomniany jest napad z bronią, lecz istnieje też możliwość, że zostaje skazany niewinny - Malik sam zaprzecza jakoby zrobił coś złego. Cała akcja filmu rozgrywa się w przeciągu tych kilku lat jakie spędza w więzieniu. I to jest moim zdaniem dobry zabieg, gdyż pozwala skupić się na życiu skazanego, zamiast starać się przerzucić szybko ciężar akcji gdy bohater miałby układać życie na wolności. Malik jest analfabetą, nie umie czytać, nie umie pisać. Dopiero w więzieniu zaczyna się uczyć, a że jest inteligentny, zdaje nawet wymagane egzaminy dające mu średnie wykształcenie. Wątek rozwoju Malika, zarówno wewnętrznego, jego osobowości, jak też i wiedzy oraz obycia w świecie w jakim przyszło mu żyć jest ważną osią fabuły filmu. Tuż po przybyciu bowiem, nasz nieopierzony bohater, wpada pod skrzydła korsykańskiej mafii, jaka naprawdę rządzi za murami więzienia. El Djebena jest jak puste naczynie, w rozmowie ze strażnikiem wspomina, że nie ma rodziny ani nikogo. Jest sam na świecie, a założywszy, że nie popełnił przestępstwa o jakie jest oskarżany, nie ma również wsparcia gangu, na dodatek jest analfabetą. Co pobyt za kratami wypisze na tej kartce ? Przede wszystkim zmusi do odnalezienia własnego "ja" i własnej osobowości. Malik, aby dostać się pod skrzydła Korsykanów, musi zabić współwięźnia. Jest to propozycja z tych "nie do odrzucenia", więc chcąc nie chcąc, czyni to. W tym miejscu na chwilę się trzeba zatrzymać i wspomnieć o drugiej bardzo ważnej postaci w filmie - Cesare Lucianim, szefie Korsykanów wewnątrz więzienia. Właściwie całą recenzję powinienem oprzeć na skontrastowaniu tych dwóch postaci. Porównań, różnic i cech wspólnych tych dwóch, jest naprawdę mnóstwo co jest świadomym zabiegiem twórców filmu. Cesare jest stary, Malik młody. Luciani jest skazany na długoletni wyrok, Malik na kilka lat. Jeden wie, że nigdy nie wyjdzie z więzienia, drugi nie przejmuje się, tylko czeka na chwilę wolności. Obaj są inteligentni, jeden z nich jest starym wygą, drugi jego sługą, który jednak, jak się okazuje z czasem przerasta mistrza. Jest jeszcze i trzecia ważna postać, wszystkie pozostałe są tylko drugoplanowe, co jak sądzę, również twórcy świadomie zastosowali, a co wychodzi filmowi na dobre. Tą postacią jest Ryad, współwięzień Malika i również Arab. On oraz Luciani, będą kształtować to, jakim Malik się stanie gdy przekroczy bramę więzienia w drugą stronę. Ryad uczy bohatera pisać i czytać, pomaga w nauce i zdaniu egzaminów, Luciani pośrednio przyucza chłopaka do gangsterskiego rzemiosła, wprowadza go powoli w tajniki życia takich jak on sam - w więzieniu i poza nim. Resztę dopełnia naturalna inteligencja i zdolność nauki Malika, jego własne dążenie do bycia kimś. I tu po raz kolejny muszę się zatrzymać, gdyż nie jest moim celem w tej recenzji opowiadać całą fabułę, a uwierzcie, że mógłbym, ponieważ wszystkie, nawet pozornie nie znaczące zdarzenia, mają swój cel (jak na przykład sen Malika o jeleniach na drodze - zastanawiałem się skąd ta scena, a jakiś czas później, wyjaśniło się po co została umieszczona w filmie). Zatem kilka najważniejszych rzeczy : po zabiciu tego, kogo wskazali mu na początku odsiadki, Korsykanie, Malik rozmawia z nim we własnej głowie, niezależnie czy po dawce haszyszu, popularnego za kratami, czy "na trzeźwo". Druga ważna rzecz to fakt, że Malik jest człowiekiem z nikąd i nikt go nie uznaje w 100% za "swojego". Korsykanie go chronią, wykonuje dla nich zadania, ale wciąż jest Arabem. Dla społeczności arabskiej - jest Korsykaninem. Tymczasem okazuje się, że jest po prostu Malikiem El Djebeną, grającym na własny rachunek. Bo w miarę rozwoju akcji i rozwoju wewnętrznego bohatera, pnie się coraz wyżej... Trzeba też wspomnieć, że spora część akcji dzieje się na przepustkach, które dzięki pomocy Korsykanów otrzymuje, by robić dla nich interesy na zewnątrz. Jednak wykorzystuje je też by działać na swój rachunek i własny biznes kręcić. Wady ? Na pewno jest to film długi i nie każdemu może przypaść do gustu. Jako produkt kinematografii francuskiej, w delikatny sposób dotyka problemu podziału narodowościowego w społeczeństwie francuskim, jednak akcja dzieje się w takim środowisku, a nie innym, a wybór Araba na głównego bohatera był podyktowany względami fabularnymi. Tak jak teraz się zastanawiam nad wadami, i ciężko mi wiele ich znaleźć. A jednak ocenę wystawiam o 1,5 punktu niższą niż maksymalna. Może to po prostu takie subiektywne uczucie recenzenta ? Bardzo lubię kino gangsterskie, kryminalne dramaty, szczególnie tak nietypowo ujęte. Więc przejdę do zalet - długość filmu ma swój cel, ponieważ ciężko znaleźć sceny jakie mogłyby być wycięte bez strat na fabule. Aktorzy grają przekonywująco, szczególnie ten który niesie główny ciężar, czyli Tahar Rahim. Przemiana jego bohatera następuje powoli, z czasem, i pod wpływem wielu różnych czynników, co jest przekonywująco pokazane. Kolory są odpowiednie, nie za jasne ale i nie za ciemne, podkreślające moralną dwuznaczność bohatera oraz jego otoczenie, będące więzieniem lecz dla wybranych, nie takim złym miejscem jeśli chodzi o standard życia. Muzyka - nie wpadła mi w ucho i nie zapamiętałem ani jednego utworu, lecz w trakcie oglądania była odpowiednim tłem. Nigdy nie zastanawiałem się "kto wymyślił taki podkład muzyczny w tym momencie ? ". A czemu taki tytuł filmu ? Wizje Malika, jego narodowość, zetknięcie się z kulturą muzułmanów wewnątrz więzienia oraz to jak wyewoluowała jego osobowość. Nie będę zdradzał nic więcej by nie psuć przyjemności oglądania. Podsumowując - polecam, bardzo dobry film. Czemu dla widzów 18 + ? Cóż, "moment" jest jeden, ale zadecydowała scena z ciężarówką gdy Ryad i Malik jadą by... I trzy kropki żeby nie spoilerować. Ten film ma jedną ważną cechę dla mnie, jako odbiorcy filmów - końcową scenę domykającą idealnie całość fabuły. Kto zobaczy, ten zrozumie, że sposób w jaki główny bohater został nią opisany, pasuje tak jak powinien.
    Prorok (tytuł oryginalny : Un Prophete)
    Czas trwania : 143 minuty
    film koprodukcji francusko-włoskiej
    Główni aktorzy : Tahar Rahim - Malik El Djebena
    Niels Arestrup - César Luciani
    Adel Bencherif - Ryad
    Film dla widzów : 18 +
    Moja ocena : 8,5
  12. Rorschach
    Kolejne spotkania, w drugim rozdaniu fazy grupowej, pomiędzy światową czołówką drużyn rugby union zaczęły się dziś z rana naszego czasu. Wybrałem mecz grupy B, w której tym razem odpoczywała Anglia, która swój mecz rozegra 18 września. Dla porządku trzeba jeszcze przytoczyć rezultaty innych dzisiejszych rywalizacji i można przejść do omówienia dania głównego. Samoa wygrało z Namibią 49-12, a Tonga przegrało z Kanadą 20-25, były to mecze odpowiednio, grup A i D. Daniem głównym jednak, i spotkaniem, które zapowiadało się najciekawiej, był mecz Szkocji z Gruzją. Naprzeciw siebie stanęli twardzi szkoccy górale, doświadczeni gracze należący do najlepszych drużyn świata, oraz równie twardzi mieszkańcy Kaukazu, którzy byli jednymi z faworytów w zakładach, która drużyna będzie "czarnym koniem" turnieju. Sam mecz rozpoczął się dość spokojnie, obie drużyny chciały się przedrzeć podaniami na małej przestrzeni i często dochodziło do zwarcia i utworzenia młyna. Nawet komentatorzy doceniali postawę Gruzji, ciesząc się, że drużyna z niższej dywizji rywalizuje na równi z ekipą światowej czołówki, co świadczy pozytywnie o poziomie i daje optymizm na ciekawy i emocjonujący Puchar Świata. Przy komentatorach będąc, zwrócili oni uwagę jeszcze na dwie rzeczy, klarującą się w trakcie meczu skłonność Gruzinów do zawężania pola gry oraz, już wybiegając fakty, w końcówce na formę Szkocji, która wg nich może mieć trudności w kolejnych meczach jeżeli nie poprawi gry, bo czekają ich cięzkie spotkania z Argentyną a potem Anglią. Pierwsze punkty w meczu zdobyła Gruzja, po karnym Meraba Kvirikashviliego w 17 minucie gry. Na uwagę zasługuje to, że popisał się ładnym strzałem z dużej odległości, zaskakując Szkotów, że udało mu się zdobyć punkty. Jak się później okazało, był on jedynym zawodnikiem punktującym dla Gruzinów dzisiejszego dnia. Ale o tym za chwilę. Bo oto Szkoci zaczęli grać uważniej i spychać rywali wgłąb ich strefy boiska. Etatowy strzelec karnych, Dan Parks, początkowo się pomylił, lecz już w 24 i 34 minucie spotkania był bezbłędny co wyprowadziło jego drużynę na prowadzenie 6-3. Gruzja w tym momencie nie umiała wypracować sobie dobrych sytuacji, ponieważ dzisiejszego dnia oba zespoły świetnie pracowały w defensywie, co trzeba podkreślić. Jedyne punkty padały z karnych i... no właśnie, ładna, kombinacyjna akcja i w 39 minucie Dan Parks zdobywa kolejne punkty z "drop goal-a" (strzału na bramkę po upuszczeniu piłki z rąk). Inaczej punktów się zdobywać nie dało, bo żadna drużyna nie zaliczyła przyłożenia, ani nawet nie miała okazji by się to udało. To świadczy o ich obronie i koncentracji gry w strefach gdzie aktualnie znajdowała się piłka. Pierwsza połowa zatem 9-3 dla Szkocji. Druga część gry zaczęła się podobnie jak pierwsza, tylko z jeszcze bardziej uszczelnioną obroną. Sędzia co jakiś czas używał gwizdka, odgwizdał parę spalonych, jednak przewaga w statystykach była po stronie Szkocji, posiadanie piłki też. 71 minuta i prowadzenie podwyższa Parks, 73 minuta i Kvirikashvili zmniejsza straty z karnego. W tym momencie przypomniane zostało spotkanie Gruzji z Irlandią sprzed 4 lat, gdzie też byli " do tyłu" ale na 4 punkty, nie sześć. Na dobrze taktycznie ustawioną Szkocję jednak to było za mało, i w 76 minucie Parks ustalił wynik karnym na 15-6 dla Szkotów.
    Statystyki : posiadanie piłki (w całym meczu) 51-49, terytorium boiska 59-41 , karne strzelane - 4, 3 trafione do 2, 2 trafionych. Drop Goals - 1 , 0 pudeł do 0, 2 pudła. Ogólna liczba karnych - 6 do 14 , zero żółtych i czerwonych kartek.
    Jak widać, przykładowe statystyki pokazują, że prawie wszędzie lekką przewagę mieli Szkoci. Mecz był niezły, typowo walki, a obu ekipom twardych górali życzę powodzenia w następnych meczach, które być może będę opisywał.
  13. Rorschach
    Dziś oglądając tv zaciekawiła mnie pewna mała linijka w ankiecie. Ankieta dotyczyła wyborów prezydenckich na Białorusi, a przeprowadzona była oczywiście wśród obywateli tego kraju z prawem wyborczym. Wybory trwają już od wtorku - od tego dnia aż do niedzielnych wyborów można głosować przedterminowo. Mniejsza o wyniki sondażu, jeśli ktoś oglądał jakiś serwis informacyjny, na pewno kojarzy. Mniejsza również o samego Alaksandra Łukaszenkę, głównego kandydata do zwycięstwa - to temat na szerszą dyskusję, ale gość nie potrzebuje oszustw wyborczych żeby zwyciężać, ponieważ wbrew temu co sugerują polskie i zachodnie media, wciąż ma poparcie ponad 50 % wyborców. W samej ankiecie zaciekawiła mnie za to jedna linijka, możliwa do wybrania, oprócz kilkunastu startujących na fotel prezydencki i tradycyjnej odpowiedzi "nie wiem", była jeszcze odpowiedź "przeciw wszystkim". O, jakże ciekawa to sprawa takie małe coś. Ponad 5 % osób wybrało właśnie tę odpowiedź. A czemu nie stosuje się jej w innych ankietach i kwestionariuszach ? W Polsce szczególnie. Można sobie wyobrazić jak interesujące spostrzeżenia i wnioski mogłyby się nasuwać po kolejnych przepytywaniach ludzi w najróżniejszych sprawach. Jesteś za czy przeciw karze śmierci ? - Przeciw wszystkim. Za jaką partią polityczną głosujesz ? - Przeciw wszystkim. Czy popierasz prywatyzację służby zdrowia ? - Przeciw wszystkim. Jak sądzisz, czy Polska zajdzie wysoko na EURO 2012 ? - Przeciw wszystkim. Z czego to się bierze ? Z przekory, głupoty, zmęczenia całą rzeczywistością ? Na pewno wiele osób zaznaczałoby tą opcję z przekonania a nie od niechcenia, jak to robią z opcją 'nie wiem'. Czy to jest jakiś ratunek dla zupełnie niemiarodajnych sondaży fałszujących obraz rzeczywistości ? Myślę, że tak. Wbrew pozorom, to tylko z wierzchu przypomina liberum veto, bardziej jest jak żółta kartka ostrzegawcza i dla instytucji prowadzącej badania opinii i dla osób bezpośrednio zainteresowanych wynikami sondażu. Byłbym za wprowadzeniem czegoś więcej ponad standardy, do każdego sondażu, tak, aby człowiek mógł wyrazić swoje zdanie dokładnie takie jakie jest, a nie używać opcji 'nie wiem'. W innym przypadku, będziemy skazani na sondaże kłamiące w żywe oczy lub manipulujące zdaniem tłumu. Czy to musi być "przeciw wszystkim" ? Na pewno by się przydało, ale oprócz tego zależnie od ankiety, inne odpowiedzi. Im mniejsza liczba odpowiedzi, tym bardziej krzywy obraz, gdyż człowiek zmuszony do odpowiadania wybiera z musu, a nie to co naprawdę chce. A być może chce "przeciw wszystkim i wszystkiemu"
    *tytuł wpisu zapożyczyłem z jednego z tomów Funky Kovala, o którym na 100 % napiszę, albo założę temat na FA, m.in. dlatego piszę 'część I'
  14. Rorschach
    Słuchanie radia nocą to niepowtarzalne przeżycie. Jakiekolwiek kierują człowiekiem pobudki, można je odbierać zupełnie inaczej niż te w dzień. Oczywiście, przy zgaszonym świetle. Dla kogoś może to być kwestia legendarnych opowieści o wyostrzaniu się jednego zmysłu gdy wyłączamy któryś z pozostałych. O ile opowieści o mocach przypisanych komiksowym superbohaterom to bajki, o tyle prawdą jest, że gdy tak siedzimy/leżymy nocą przy odbiorniku radiowym, bardziej skupiamy się na tym co słyszymy, a wyobraźnia mocniej pracuje. Część osób sympatii do takiego sposobu słuchania radia może szukać w samej niejako mistycznej otoczki nocy, jako czasu gdy mogą się dziać rzeczy niezwykłe, a na pewno niezwykłe można usłyszeć - wszelkie opowieści niesamowite siłą rzeczy potrzebują okrycia nocy... Inną zaletą nocnego słuchania jest kompletnie inny program audycji oraz zupełnie inna muzyka. Można oczywiście analizować każdą ze stacji radiowych z osobna, jednak to materiał na dłuższe przemyślenia, wystarczy powiedzieć, że jeżeli dana stacja nie puszcza powtórek programów reportersko-publicystycznych z dnia minionego, zazwyczaj mikrofon przejmują osoby puszczające sety muzyki klubowej, hip-hopu, reggae lub...folku. I to moim zdaniem największa zaleta, muzyka non-stop. Zero zbędnego gadania, które jest wręcz niezbędne w ciągu dnia. Jest i wada nocnego słuchania - jeżeli puszczają muzykę z playlisty, często zdarza się, że mieszają zagraniczne piosenki z polskimi, hip hop z popem, zupełnie bez używania jakiegoś klucza. A, nie wspomniałem też o odbiorze nocnego słuchania latem i odbiorze zimą - a zapewne sami wiecie, że to również ma znaczenie przy ocenie. Do tego dochodzą również słuchowiska - pamiętam czytanie fragmentami "Wiedźmina" ładnych kilka lat temu, latem, około północy - odbiór czegoś takiego nocą jest podwójnie pozytywny. Kończę ten wpis zachętą, byście i wy spróbowali posłuchać dłużej radia nocą, oczywiście dobrej stacji radiowej, i przekonali się sami. Oczywiście, jest wiele rzeczy jakie można robić nocą, ba ! sporo osób żyje w trybie nocnym, choćby taksówkarze, dyżurni ratownicy medyczni i mnóstwo innych zawodów. Ale nocne radio jest nie tylko dla nich, ale dla wszystkich. I nawet jeśli nie mamy takiego bogactwa stacji radiowych jak w USA, to warto znaleźć coś interesującego dla siebie. Może właśnie w radiu nocą.
    PS. Jeśli chcecie szerszych omówień, recenzji danych programów/audycji czy stacji radiowych, dajcie znać w komentarzach
  15. Rorschach
    Jak łatwo można zauważyć, sonda jest poświęcona muzyce ze stacji radiowych. Oczywiście, ta muzyka się pojawia w naszych radioodbiornikach, jednak przemieszana innymi wynalazkami muzycznej myśli człowieka. Stąd moje pytanie w sondzie, czy chcielibyście więcej stacji radiowych, konkretnie, dedykowanych określonemu gatunkowi muzycznemu. Inspiracją dla tego wpisu jest zjawisko jakie jest obecne się na naszym dość skostniałym, rynku radiowym. Mianowicie - pojawiły się już jakiś czas temu stacje dedykowane, takie jak RMF Classic lub Eska Rock, Radio Złote Przeboje, a nawet Tok FM - z założenia prezentujące jeden profil słuchaczowi. Można mówić, że są to odgałęzienia od innych graczy na rynku, lub kopie czegoś co było wcześniej (np. 2 Programu PR) ale tym zajmę się w osobnym wpisie. W tym, chciałbym poznać wasze zdanie i przedyskutować wady i zalety tego rozwiązania. Przede wszystkim, słuchacz mniej więcej wie czego się spodziewać i jest spore prawdopodobieństwo utrafienia w gust muzyczny. Nie trzeba wysłuchiwać utworów popowych, a piosenka Dody czy Gosi Andrzejewicz (bez urazy, to tylko przykłady) nie będzie się przeplatać z utworem The Clash, Johnny'ego Casha, Depeche Mode czy Muse, lub jakiegokolwiek innego zespołu/wykonawcy, prezentującego sobą zupełnie odmienny poziom niż popowi artyści. Kolejną zaletą jest możliwość poświęcenia tego czasu antenowego, zamiast na utwór *sprawdza w google co jest trendy* Lady Gagi, na utwór kogoś, kto by się w innym przypadku nigdy nie pojawił na antenie, lub jeśli pojawił, to w jakimś "hicie" pomijającym inny, często lepszy, jego dorobek. Czy współcześnie jest na coś takiego miejsce ? Oczywiście, rynek ma swoje prawa i reklamy etc. muszą się pojawiać, ale czy jest zapotrzebowanie na coś odmiennego niż obecna rzeczywistość ? A może internet w zupełności wykluczył już taką opcję, przez niezliczone radia internetowe, serwisy udostępniające muzykę do słuchania, youtube itp. A może kameralne radio, w stylu systemu jaki panuje w USA, miałoby w Polsce rację bytu ? Zapraszam do komentarzy, do ankiety, do szukania wad i zalet
    PS. Zgłaszajcie też swoje propozycje, w ankiecie są pojedyncze gatunki, lub zebrane po parę, ale może miksy gatunków - wybranych i tylko takich - byłyby ciekawsze ? Piszcie.
    Muzyki klasycznej w ankiecie nie umieszczam, gdyż istnieją już stacje ją grające - RMF Classic i 2 Program Polskiego Radia
  16. Rorschach
    Zbliża się 4 czerwca. Data szczególna, ponieważ po ponad pięćdziesięciu latach zostały zorganizowane częściowo wolne wybory, tzw. wybory do Sejmu kontraktowego. Środowiska medialne i polityczne nazywają ten dzień "świętem", ba ! "świętem wolności" http://www.prezydent...wieto-wolnosci/. Jest to jednak, trzeba powiedzieć wprost, wciskanie kitu i totalna ściema. Nie poświęcę tego wpisu na przedstawianie tego jak bardzo szkodliwymi dla Polski wydarzeniami były tzw. Rozmowy w Magdalence i Okrągły Stół. Te tematy są szerokie, a dowody na to, że 4 czerwca nie powinien być świętowany w żaden sposób, znaleźć znacznie łatwiej.
    Przede wszystkim, przyjmując założenie, że III RP to kraj całkowicie wolny (a ta kwestia też mogłaby być dyskusyjna) to data uzyskania tej wolności powinna być znacznie bliżej położona na osi czasu.
    Przykład pierwszy z brzegu, 19 lipca 1989 roku na urząd prezydenta został wybrany Wojciech Jaruzelski, człowiek, który ma na swym sumieniu wiele - nie tylko stan wojenny, ale także chociażby interwencję wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji oraz według archiwów IPN, współpracę z Informacją Wojskową w latach 1946-1954. IW tworzone było ściśle pod kierunkiem agentów Smiersz, wydzielonego jako kontrwywiad wojskowy z NKWD. Skrót oznacza "śmierć szpiegom" a Informacja Wojskowa ręka w rękę z UB jest odpowiedzialna za mordy i tortury na żołnierzach AK, WiN, NSZ. Mógłbym tak wymieniać dalej ale dla mnie oczywiste jest, że Wojciech Jaruzelski nie tylko nie powinien mieć stopnia oficera Wojska Polskiego ale nawet nosić munduru, a już tym bardziej nie powinien być prezydentem rzekomo już wolnej Polski.

    Joanna Szczepkowska ogłasza koniec komunizmu. I cyk, w magiczny sposób skończył się.
    Kolejna data - 29 grudnia 1989, Sejm kontraktowy zmienia Konstytucję PRL, zmiana dotyczy nazw urzędów, korony na głowie orła w godle i zmiany nazwy państwa. Jednak póki nie została uchwalona tak zwana "Mała Konstytucja" (obowiązywała do 1997 r.) w dn. 17 października 1992 r., Polska funkcjonowała na mocy zapisów Konstytucji PRL z 1952 roku. Tak, ponad 3 lata od "dnia niby- wolności" dokument utworzony jeszcze w czasach stalinowskich (oczywiście, w czasie trwania PRL były pewne zmiany) miał moc prawną. Parlament wybrany w 1989 r. skrócił swą kadencję i zarządzono przedterminowe wybory na 27 października 1991, kiedy to został wybrany pierwszy w pełni wolny Sejm. Oczywiście, tu też się można spierać czy naprawdę wolny, zważywszy chociażby na liczbę agentów komunistycznych służb bezpieczeństwa wśród posłów, ale moim celem jest w tym momencie podważenie zasadności honorowania daty 4 czerwca 1989r.
    Jest jeszcze trzecia data - 8 kwietnia 1991 kiedy sowieccy okupanci uosabiani przez Armię Radziecką zaczęli się wycofywać z Polski. Proces ten zakończył się symbolicznie w dniu 17 września 1993 roku, 54 lata po tym jak Armia Czerwona dołączyła do nazistowskich Niemiec w niewoleniu Polski. Zatem może tą datę ustanowić tak pożądanym przez media i polityków "dniem wolności" ? W końcu, dzień wycofania Armii Czerwonej w 1955 z Austrii, po dziś dzień jest u nich świętem państwowym.

    Innym argumentem przeciwko 4 czerwca jest fakt, że mimo teoretycznego upadku komunizmu, co słodkim głosikiem obwieszczała wszem i wobec w TV Joanna Szczepkowska, wciąż zdarzały się bestialskie zabójstwa za które odpowiedzialni byli funkcjonariusze SB. Nawet nie wspominam o morderstwach jakie zdarzyły się przed 89 rokiem, w 1989 były to m.in. zbrodnie na ks. Stefanie Niedzielaku 20/21 stycznia 1989
    Morderstwo księdza Stanisława Suchowolca 30 stycznia 1989 roku
    A także księdza Sylwestra Zycha już po 4 czerwca 1989 roku, został on bowiem zamordowany 11 lipca 1989 r.
    Sprawcy tych i wielu innych morderstw popełnionych po 89 roku nie zostali ani wskazani ani tym bardziej osądzeni i ukarani. Służba Bezpieczeństwa została oficjalnie rozwiązana w maju 1990 roku ale niszczenie akt i teczek trwało nawet do 1993 (czasami zawartość ginęła gdy jakiś elektryk postanowił zajrzeć do środka). Ponad 2/3 funkcjonariuszy SB zostało pozytywnie zaopiniowanych do pracy w UOP i innych służbach państwowych. Do roku 1989 SB obchodziła swoje święto razem z MO w dniu 7 października. c.d.n.
    Wszystkie cytaty za wikipedią.
  17. Rorschach
    Szkoci. Naród kojarzący się z wieloma rzeczami. Z dudami (nie mylić z kobzą), skąpstwem, walecznością, wrzosowiskami, czasami z haggisem, niektórym być może z "potworem z Loch Ness". Kibicom Manchesteru United kojarzą się przede wszystkim z dwoma genialnymi trenerami, którzy tworzyli historię tego klubu. Mowa oczywiście o Sir Mattcie Busby'm i Sir Alexie Fergusonie.
    Kiedy Ferguson zrezygnował 8 maja tego roku z prowadzenia klubu, który był jego domem przez ponad 26,5 roku reakcje kibiców, mediów i piłkarskiego światka były różne. Od niedowierzania, przez żal aż po radość rywali. Niedługo jednak na tronie na Old Trafford było bezkrólewie bo już następnego dnia podpisany został 6-letni kontrakt z Davidem Moyesem obowiązujący od 1 lipca br. Kolejny Szkot zatem będzie kierował drużyną i miejmy nadzieję, prowadził ją do sukcesów - być może "szkocka magia" zadziała ponieważ w swej historii United miało trenerów z Anglii, jednego z Irlandii ale największe sukcesy przynosili Szkoci. I właśnie o jednym z nich, i o jednym, specjalnym meczu, chcę opowiedzieć w tym wpisie.

    Na przystanku Old Trafford kibice czekają na autobus z kolejnymi trofeami.
    Kim zatem jest ten trener, który skrył się nieco w cieniu swych sławnych rodaków? To Tommy "Doc" Docherty. Do Manchesteru United przyszedł w grudniu 1972 roku po roku pracy z reprezentacją Szkocji. Wcześniej prowadził Chelsea (6 lat), Rotherham United (niecały rok), Queens Park Rangers (kilka miesięcy), Aston Villa (2 lata) oraz Porto (rok). Przejmując zespół musiał się zmierzyć ze starzejącym się składem oraz zbyt silną pozycją niektórych graczy. Ciężka ręka nie spodobała się zawodnikom chociaż podejście Docherty'ego zyskało uznanie w oczach fanów, szczególnie najzagorzalszych kibiców z trybuny Stretford End. Misją "Doc'a" było zdobywanie trofeów i takie właśnie zadanie dostał od zarządu. W końcu, było to ledwie kilka lat po wielkim triumfie w Pucharze Europy i nikt nie przypuszczał, że tuż za rogiem czają się mroczne czasy. W sezonie 1972-73 United jeszcze się utrzymało lecz już rok później Manchester United spadł do Second Division po całym sezonie walki o utrzymanie. Traf chciał, że "sprawił" to gol Denisa Lawa, legendy United, który przekonywał zarząd do zatrudnienia Docherty'ego (po beznadziejnym Franku O'Farrelu) a został wystawiony latem 1973 na listę transferową za darmo i przygarnięty przez City.* Manchester City wygrał 1-0 w derbach, ostatnim spotkaniu sezonu ale jak się potem okazało, niezależnie od rezultatu United i tak spadało z ligi.
    Zarząd Manchesteru United był dość cierpliwy i nie zwolnił menedżera co pozwoliło awansować zaraz w następnym sezonie, a w kolejnym osiągnąć pewien sukces. 1975-76 to rok w którym Manchester United zajął trzecie miejsce w lidze oraz doszedł do finału Pucharu Anglii, niestety przegranego z Southampton 0-1.

    Jednak największy sukces miał dopiero nadejść i miał to być sukces szczególny. 21 maja 1977 na stadionie Wembley w Londynie na oczach 99 tysięcy 252 widzów, Manchester United wygrał z Liverpoolem FC finał FA Cup i zdobył pierwsze trofeum od czasów Sir Matta Busby'ego oraz pierwszy Puchar Anglii od 14 lat. Nie to jednak było najważniejsze. Zwycięstwo to oznaczało, że Liverpool został pozbawiony "Potrójnej Korony", "The Treble", które po 22 latach stało się udziałem Manchesteru United. Liverpool był mistrzem Anglii i zdobył w 77 roku swój pierwszy Puchar Europy ale odwieczni rywale, Manchester United, pozbawili Liverpoolczyków szansy na zapisanie się w historii. Można oczywiście liczyć, że jednak LFC odgryzło się wcześniej ponieważ w 1984 piłkarze z Anfield Road zdobyli tytuł mistrzowski, Puchar Europy oraz Puchar Ligi. Ale czy Puchar Ligi jest na tyle prestiżowy by go liczyć w statystykach? Nie sądzę. Wystarczy spojrzeć na zestawienia "The Treble" z różnych lig i za każdym razem przyjmuje się, że istotnym składnikiem jest krajowy puchar. http://en.wikipedia....ation_football)
    Tommy "Doc" Docherty mimo zdobycia FA Cup został zwolniony z posady menedżera po tym jak przyznał się do pozamałżeńskiego romansu z żoną fizjoterapeuty United. Niezależnie od tego jak oceniać sam czyn, choć moje zdanie jest mocno negatywne, zwolnienie było konsekwencją narastającego medialnego szumu wokół sprawy i wokół drużyny, a sam trener nie mógł już liczyć na poparcie Matta Busby'ego, formalnie na emeryturze lecz wciąż doglądającego spraw w klubie. Po Docherty'm było dwóch Anglików, Dave Sexton (sukces to finał FA Cup) i Ron Atkinson (dwie wygrane w FA Cup - 1983 i 1985) ale dopiero zatrudnienie Alexa Fergusona sprowadzonego z Aberdeen na jesieni 1986 roku przyniosło kibicom w 1993 roku dłuuugo** oczekiwane mistrzostwo. Lecz to już zupełnie inna historia. Nowy menedżer, David Moyes ma na starcie mój kredyt zaufania i mam nadzieję, że znów zadziała ten "szkocki czynnik" i kolejne trofea będą zapełniać klubowe gabloty.

    http://www.youtube.c...h?v=HPPxYxP9I18
    *W Manchesterze City grał zresztą na początku swej kariery w Anglii, po przeprowadzce ze Szkocji.
    **26 lat
  18. Rorschach
    Ktoś, kto powiedział, że sport to zdrowie popełnił kardynalny błąd takich powiedzeń - zbytnie uproszczenie zagadnienia. Nie on/ona pierwszy/a i pewnie nie był to ostatni raz. Póki co, mogę dopowiedzieć: "dopóki zaangażowanie nie wynosi 100% i więcej". Prawdziwy Polak mądry po szkodzie, dlatego z dumą określając się tym mianem, leżę z uszkodzonym stawem skokowym i więzadłami i piszę takie sobie wpisy na blog. Sobie i takie sobie. Zanosi się, że lista tematów na wpisy szybko się wyczerpie. Ale po kolei.
    Byłem jakiś czas temu w bibliotece komiksowej - nic nadzwyczajnego, chyba, że weźmiemy pod uwagę to, że wiele ich w Polsce nie ma. Jednak myśląc o zakupionym przez internet egzemplarzu "Batman: Broken City" przypomniał mi się naczelny argument piratów instalujących na swych dyskach nielegalne kopie gier komputerowych. "Ściągnę, pogram, a jak się spodoba to może kupię". Owszem, onegdaj wypożyczyłem z wyżej wspomnianej biblioteki komiks "Batman: Rozbite Miasto" i spodobał mi się na tyle, że po jakimś czasie wyłożyłem pieniądze by mieć go w swej kolekcji. Było też tak, że przeczytawszy jakiś komiks, nie miałem ochoty włączać go do swych zbiorów, chociaż lektura nie była taka zła. Przykładowo, "Towarzysze Zmierzchu" - fabuła nawet niezła, sporo nawiązań do 'Siódmej pieczęci' Bergmana, ale nawet gdybym miał okazję go dostać (a cenowo drogi i praktycznie niedostępny w sprzedaży) to jednak nie przekonałbym się, no, chyba, że naprawdę by mi zbywało funduszy. Podobnie z "Mglistym Billy'm" - recenzje bardzo dobre, cena ok. 90 zł (czyli taka, która wymaga pewności co do jakości), nagroda prestiżowego festiwalu w Angouleme; ale przeczytałem i mogę powtórzyć za Gombrowiczem "jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca", ot przyzwoita historia.
    Z grami jest jednak inaczej, choć trochę podobnie. Nie ceni się czegoś co jest kserem, dziesiątą wodą po kisielu.
    Jaka jest motywacja, gdy na komputerze jest x gier, które w całości by zajęły x razy 30 (średnio) godzin grania ? Przejdę trochę, znudzi, wywalę. Głupota. Nigdy bym nie przeczytał komiksu czy książki ściągniętej z internetu. Od tego mam różnego rodzaju biblioteki - oddziały wojewódzkiej, naukowe na uczelni czy PAN-u. Ale nawet darmowa biblioteka uczy świadomego wyboru, bo nie mogę zabrać setki pozycji, ale ledwie kilka. Piratując, nie tylko nie pomagałbym słabemu polskiemu rynkowi, ale też pozbawiałbym się przyjemności obcowania z drukiem, żywym kolorem. Takie albumy jak 'Wojna Sambre'ów' czy 'Zemsta hrabiego Skarbka' to coś co trzeba mieć w ręku, na papierze, a nie ekranie monitora.
    Dawno temu się przekonałem, że nie warto korzystać z nielegalnych źródeł, po prostu, normalny człowiek ma tyle zajęć, że jeśli nie poświęca na granie pół dnia lub więcej, nie potrzebuje setki gier miesięcznie i spokojnie może żyć z tanich serii. Ja tak robię. Chciałbym zagrać w Skyrima, nowego Deus Ex, Mass Effect 3 czy inne nowe tytuły, ale czekam. I grywam w gry z CDA czy dawne tytuły ze zbiorów. Nie jestem zwolennikiem teorii "strat" ponoszonych przez producentów za sprawą piratów - w bilansie tego nie wykażą jako stratę, bo sam brak potencjalnych zysków z danej rzeczy, jeszcze nią nie jest. I tak, jestem przeciw tym wszystkim zabezpieczeniom i hipokryzji, które i tak uderzają w zwykłych użytkowników gier, a nie piratów. Jednak po stronie ludzi kopiujących coś, co inni tworzyli np. parę lat, też nie będę. To nie w zarządy firm, prezesów ci "obrońcy wolności" uderzają, ale w zespoły programistów, grafików itd. ludzi tworzących daną grę, bo w razie kłopotów firmy, oni polecą z posad w pierwszej kolejności.
    Główną myśl zostawiłem właściwie na koniec. W przypadku komiksów, wydawnictwo na ogół udostępnia przykładowe parę plansz. "Demo". W przypadku gier mamy dema, ale ile osób z nich korzysta ? Coraz większe objętościowo, mniej doceniane w epoce internetu i miliona recenzji. Jednak pozwalające legalnie przyjrzeć się grze od środka. Sam kupuję gry głównie kierując się recenzjami, screenami. Lecz chociaż trochę żal mi czasu na instalację demka, to mam nadzieję, że nie nastąpi dzień, gdy wydawcy zrezygnują z ich wypuszczania. To by oznaczało, że świat nieodwracalnie podzielił się na dwa obozy, a część ludzi znalazłaby się pośrodku. A pamiętam czasy gdy połowę mojego czasu grania to było testowanie demek. Budżety indywidualne nie są z gumy, jedni kupują płyty muzyczne i tworzą płytotekę, inni filmy, jeszcze inni książki czy komiksy. Albo gry. Ale jeśli wydajemy na jedno pieniądze, nie usprawiedliwia to nielegalnych praktyk gdzie indziej "bo to nie moja działka". Choćby z szacunku dla innych pasjonatów różnych dziedzin. Bo prawdziwy, prędzej przez tydzień będzie nie jadł obiadów i kupi nową płytę zespołu, niż ściągnie z internetu.
    ps.przeciw ACTA jestem, to inna para kaloszy =)
  19. Rorschach
    Ten wpis jest na przekór każdemu niewiernemu giaurowi, kafirom i kefirom oraz każdej śmietance (towarzyskiej). Odsłonię kilka ważkich faktów o jednym z największych i najlepszych klubów na świecie oraz ujawnię najpilniej strzeżone tajemnice. Zapnijcie pasy, startujemy, jak mawiają prorocy jedynej słusznej ligi piłkarskiej, zatrudnieni w pewnej komercyjnej stacji.

    Prawdziwe loga drużyn uczestniczących w tzw. derbach północnej Anglii. Jak widać, skojarzenia z pasami bezpieczeństwa są właściwe, bo bez rakiety kosmicznej ani rusz.
    Znamy także już mistrza Anglii w sezonie 2012/13, ponieważ za każdym razem w historii Premier League, gdy Manchester United/Federation United miał pozycję lidera po 10 kolejkach, na koniec sezonu zostawał mistrzem. Jak twierdzi wielu wrogów naszej drużyny, mamy wszystkich sędziów w galaktyce po naszej stronie, sprawa trofeum jest już przesądzona - jak nie pieniądze, to haki sprawią, że będą sędziować dla nas. Deal with it.
    Dziś ujawniamy też prawdziwą historię Ryana Giggsa, znanego z picia eliksiru młodości i dorocznego podpisywania cyrografu z Fergusonem -

    Jak w każdym porządnym spisku, na kosmiczną skalę, agenci klubu deklarujący sympatię dla drużyny, a będący tak naprawdę zamaskowanymi obcymi Obcymi, są w każdej dziedzinie życia i w każdym kraju. Golfista Rory McElroy, najszybszy człowiek ( ) na Ziemi - Usain Bolt, najlepszy pięściarz bez podziału na kategorie wagowe - Manny Pacquiao, Ian McShane vel Czarnobrody - podobno rzekł do Jonny'ego Evansa po derbach miasta : "You're nothing but... Deadwood."
    Justin Timberlake... ekhm, tego pomińmy, Enrique Iglesias... hmm, tego też, Hirek Wrona - dziennikarz muzyczny i radiowy, Rey Mysterio - wrestler z JuEsEj, Floyd Mayweather Jr - jeden z najlepszych pięściarzy w historii, Magic Johnson - koszykarz, The Game i jak wieść gminna niesie, Snoop Dogg - obaj raperzy z kraju za Wielką Wodą, Dominic Monaghan - aktor, znany jako "jeden z hobbitów z Władcy Pierścieni", i dwie atrakcyjne kobiety, Kym Marsh i Megan Fox, w przypadku których nieistotne czym się zajmują, istotne jak wyglądają. Last but not the least, ja oczywiście, przyznaję bez bicia, tortur, maratonów współczesnych polskich seriali, chociaż to akurat żadna tajemnica. Ponieważ ten wpis ma obalać mity (ewentualnie tworzyć nowe) odsłaniamy kolejną tajemnicę kulis:
    Znany manchesterski podrywacz, Sir Alex Ferguson. Kobiety kręci to, że ma własną trybunę na Old Trafford i od niedawna własny pomnik przed wejściem na stadion. Prawdziwą przyczyną żucia gumy jest chęć stałego posiadania świeżego oddechu.
    Skoro zaś ujawniliśmy prawdę o legendzie United, Giggsie, czas na kolejne fakty, tym razem o Paulu Scholesie, znanym również w półświatku hrabstwa Lancashire pod pseudonimem Rudy Książe. Informacje zdradził nam Cristiano Ronaldo, który nie obawia się zemsty "grupy trzymającej władzę" bo uciekł wyjechał do Madrytu.
    Z waszych połączonych mocy powstaję ja, Kapitan Planeta... wróć, to nie ta opowieść. Anyway, już wiemy jaki efekt daje połączenie genów tych piłkarzy.
    Tak, tak, można sobie żartować, że Liverpool/Rebellion ma w lidze mniej punktów niż United zdobyło w Lidze Mistrzów, albo podkpiwać z frekwencji na stadionie leżącym gdzieś w emiratach arabskich, a przez tambylców zwanym Etihad Stadium, ale ten wpis ma ujawniać prawdę, całą prawdę, jedyną słuszną prawdę i tylko prawdę. Dlatego, drodzy poszukiwacze teorii spiskowych, mam dla was bardzo smakowity kąsek. Jak sądzicie, dlaczego na każdym spotkaniu Manchesteru United na Old Trafford (nowego nie będzie z powodu monstrum szalejącego po świecie, a zwanego Kryzysem), tuż za ławką trenerską siedzą Sikhowie ? Zgadliście, ponieważ oni stoją za tym wszystkim i za potęgą tego klubu oraz jego sukcesami, a chodzą na mecze by mieć oko czy wszystko dzieje się z ich wolą i zmierza do przejęcia władzy nad światem, poczynając od dominacji w lidze angielskiej. Nadzorując, zgodnie z klasycznymi teoriami - z tylnego siedzenia.

    Kto wie jakie niecne eksperymenty sztab trenerski i klubowi lekarze przeprowadzać będą w nowiuśkim centrum medycznym zbudowanym w Carrington w kompleksie treningowym United. Czy to sprawiło, że Darren Fletcher już biega po boisku, czy uczynił to szkocki haggis? - tego być może dowiecie się w następnym odcinku. Już dziś możecie jednak kibicować Manchesterowi/Federation United, który zagra jutro z Aston Villą i tym samym przejść na właściwą stronę Mocy. W końcu, jak mawiał poeta, "Daremne żale - próżny trud,. Bezsilne złorzeczenia !" i to United wygra ligę
  20. Rorschach
    Nie tylko (h)amerykańskimi czy japońskimi lub polskimi produktami komiksowymi człowiek żyje - jedną z najbardziej znanych "szkół" komiksowych jest komiks frankofoński. Regularnie wydawane są na naszym rynku różne pozycje, a wśród nich warto baczniejszą uwagę zwrócić na twórcę o pseudonimie Marvano.
    Mark van Oppen, jak naprawdę się nazywa, to belgijski komiksiarz którego sława zaczęła się od współpracy z amerykańskim pisarzem science fiction - Joe Haldemanem. Haldeman służył w Wietnamie i te doświadczenia zainspirowały go do napisania antywojennej powieści science fiction pt. "Wieczna Wojna". Marvano zgłosił się do niego i zaproponował stworzenie komiksu, a współpraca obu panów rozwinęła się i powstały takie dzieła jak kontynuacja "Wiecznej Wojny" - "Wieczna Wolność" oraz "Dallas Barr", który to komiks ma na forum swój temat, założony przez Ghosta - http://forum.cdactio...showtopic=22366
    Marvano tworzy też swoje samodzielne albumy, mieliśmy w Polsce wydanie zbiorcze trzyczęściowej serii "Berlin", a niedawno ukazało się wydanie również trzyczęściowej serii "Grand Prix". Na wypadek gdyby ktoś pytał - polecam "Wieczną Wojnę" i "Berlin", "Wieczną Wolność" i "Dallas Barr" raczej nie (choć de gustibus non est disputandum jak powiadają).

    "Grand Prix" opowiada o środowisku przedwojennych kierowców 'Formuły 1'. Wtedy nie było zorganizowanych mistrzostw Świata czy nawet Europy ale kierowcy pędzący przed siebie w swych bolidach wzbudzali taki sam podziw jak teraz. Zwycięzcy różnorakich Grand Prix - Niemiec, Włoch, Monako, Szwajcarii, Belgii, Francji czy Hiszpanii, cieszyli się sporym prestiżem, adoracją kobiet i uwielbieniem mediów. Sytuację tę postanowili wykorzystać niemieccy narodowi socjaliści. Po wygraniu wyborów w 1933 roku na każdym kroku starali się odbudować niemiecką dumę i wyścigi nieustraszonych kierowców były wyśmienitą okazją by pokazać "niemiecką siłę".
    Autor umiejętnie przeplata wątki historyczne i prawdziwe informacje z fabularną fikcją uosabianą przez kierowcę brytyjskiego, który dostaje się do niemieckiego teamu. Komiks porusza wątki prześladowań Żydów, rosnącego totalitaryzmu i wpływu zdarzeń politycznych na życie kierowców. Chociaż byli oni niejako pod szklanym kloszem, nie mogli być obojętni na to co się wokół nich działo. Szczególnie, że każda porażka niemieckiego zespołu była niemile przyjmowana. Rząd III Rzeszy wspierał markę Mercedes i Auto Union (obecnie Audi) i od podstaw za publiczne pieniądze stworzył markę Volkswagen - to wszystko przewija się na kartach komiksu. "Grand Prix" jest podzielone na 3 części - Renesans, Rosemeyer! i Pożegnanie i spora ilość przypisów u dołu strony jest mocno widoczna w pierwszej i mniej więcej do połowy drugiej, co nieco utrudnia lekturę. Trzeba jednak przyznać, że nawet człowiek niezainteresowany wyścigami bolidów (F1 oglądałem jak był Kubica, ogólnie wolę WRC) może się sporo dowiedzieć i nie będzie znudzony.

    Zaznaczyć też trzeba, że lata przedwojenne to były inne czasy. Kierowcy jeździli samochodami mogącymi rozwijać prędkość nawet do 300 kilometrów na godzinę (a z każdym rokiem były bite kolejne rekordy, nawet do ponad 400), a auta nie oferowały praktycznie żadnego zabezpieczenia i w razie wypadku, o co było łatwo z uwagi na otwarte trasy i konstrukcję maszyn, prowadzący pojazd miał marne szanse na przeżycie. Wielu doskonałych kierowców zginęło podczas treningów, bicia rekordów prędkości i podczas wyścigów. Pewnie jednak głównie za to publika ich kochała, bo rzucali wyzwanie śmierci. Pojawiający się w komiksie Tazio Nuvolari, kierowca włoski, na pytanie dziennikarza czy nie boi się wsiadać do bolidu odpowiada (cytat niedokładny): "a pan jak myśli, gdzie pan umrze ? - We własnym łóżku, mam nadzieję" - Zatem, czy nie boi się pan kłaść do łóżka każdego wieczoru?".
    Symbolem niemieckiej dominacji były "Srebrne Strzały" bolidy Mercedesa, które powstały gdy w 1934 roku usunięto z nich farbę by były lżejsze. To w nich występowali tacy mistrzowie kierownicy jak Rudolf Caracciola, Luigi Fagioli i Hermann Lang. Barwy Auto - Union reprezentowali m.in. Bernd Rosemeyer, Achille Varzi czy Hans Stuck. Rywalizację z zespołami niemieckimi prowadziły głównie zespoły włoskie jak Alfa Romeo czy Bugatti, a za ich kierownicami siadali mi.in. Tazio Nuvolari czy Giuseppe Farina. Wszyscy oni pojawiają się na kartach komiksu, a obok nich także inne historyczne postacie jak Adolf Hitler, Ferdinand Porsche czy Elly Beinhorn, żona Rosemeyera, kobieta - pilot, zdobywczyni takich rekordów jak przelot nad Ameryką Północną, z Panamy, przez Kalifornię, do Miami. Równolegle do historycznych faktów dzieje się fikcyjny wątek młodego brytyjskiego kierowcy, który dostaje szansę jeżdżenia w niemieckim teamie. Przynosi to małą lawinę zdarzeń przez szpiegostwo, romans i zaangażowanie w los Żydów na terenie III Rzeszy. Liczba zdarzeń i wątków nieco przytłacza, podobnie jak wspomniane przeze mnie już przypisy z wyjaśnieniami. Nieco denerwujące jest też zostawienie w niektórych miejscach zdań w obcym języku - ok, warto się uczyć lecz bohaterowie posługują się nimi bez przerwy i nie wiem czemu akurat dane zdania miałyby być wyróżnione. Mimo wszystko w tym komiksie są sceny, które zapadają w pamięć jak chociażby wspomniana rozmowa Nuvolariego z dziennikarzem czy "protest pocałunku". Rysunki są na stałym, wysokim poziomie do jakiego przyzwyczaił Marvano - bez nadmiernej ilości szczegółów kłującej oczy ale z wyrazistą kreską, ilością detali "w sam raz" i równie dobrze wyglądają gdy dany kadr jest sceną dziejącą się w pełnym słońcu jak i gdy scena dzieje się nocą na statku z pasażerami udającymi się na Grand Prix Maroka. Szkoda jedynie, że fabuła kończy się wraz z początkiem wojny i pozostaje nam się zadowolić krótkimi notkami biograficznymi dotyczącymi wybranych bohaterów.

    W tym komiksie jest wręcz natłok postaci i żadna nie gra pierwszoplanowej roli ale mamy i dramat i uczucia i akcję, a każdą kolejną stronę "pochłania się" przy czytaniu. Jednocześnie, mamy szansę zajrzeć w świat dawnych wyścigów gdzie każdy z nich mógł być tym ostatnim, a tło historyczne na jakim się rozgrywają, jest wiarygodnie przedstawione, dlatego... polecam.
    "Grand Prix"
    Scenariusz i rysunki: Marvano
    wydawnictwo Egmont
    Oprawa miękka (ze skrzydełkami)
    Cena: nabyłem za 60 zł w promocji, obecnie 72 (na okładce 80)
    Moja ocena: 4+
  21. Rorschach
    Jakiś czas temu zdarzyło mi się obejrzeć film "Wrogowie publiczni". Film jak film, nie powalał na kolana żadnym z jego elementów składowych, mimo to, oglądało się całkiem przyzwoicie. Wspominam jednak ten obraz nie bez powodu. Otóż obejrzenie go, dało mi kolejny przyczynek do zamyślenia się nad obiektywizmem dzieł filmowych, a konkretnie, na ile widz jest uczulony na jego oczywisty brak. Kino, książki, gry komputerowe, komiksy, to wszystko są dziedziny sztuki masowej gdzie twórca (lub twórcy) może robić co mu się żywnie podoba, w granicach prawa oraz, teoretycznie, dobrego smaku.
    Jednak o ile w przypadku dziennikarstwa, odbiorca jest świadomy tego, że informacja jest podawana w sosie z poglądów przekazującego, mimo tego, że zawód dziennikarza powinien cechować się obiektywizmem. W przypadku sztuki masowej, już te granice są bardziej zatarte.
    Spójrzmy na "Wrogów publicznych". Film powstał jak przeważająca większość, w Hollywood. Zdecydowana większość ludzi pracujących w Hollywood, reżyserzy, aktorzy, aktorki, scenarzyści, ma poglądy lewicowe, to fakt. I teoretycznie nic by do tego, to prywatna sprawa, gdyby nie wciskanie ich w filmy dostępne dla szerokich mas i wpływające również w pewnym stopniu na ludzkie postrzeganie świata. Ba ! Nie czepiałbym się, gdyby zachowane były dwie rzeczy - 1) w filmie wyrażenie danej postawy ma sens fabularny 2) nie ma przeinaczania lub wybiórczego traktowania faktów
    Tymczasem, te warunki czasami nie są zachowane. W filmie "Masz wiadomość" jest krótka scena gdy dwie osoby rozmawiają o rzekomym romansie starszej pani "matkującej" głównej bohaterce, z generałem Franco przy okazji nazywając go faszystą. Pomijając już historyczne spory i to, że Amerykanie jeśli co czymś wiedzą, to wiedzą "po łebkach", to jaki obraz wynoszą z filmu? Widzom starczy przyrównanie czynione przez lewicową reżyserkę, generała Franco do takich ludzi jak Hitler i Mussolini. A o tym, że Hiszpania pomagała ratować żydowskie dzieci prześladowane przez Francuzów, którzy chętnie denuncjowali je i wysyłali niemieckimi pociągami do obozów w Polsce, o tym, że gdy Hitler zabiegał o pomoc Hiszpanii i Franco umówił spotkanie w pociagu na granicy Francji i Hiszpanii, a gdy Hitler przyjechał, usłyszał tylko: Nie ! co podobno bardzo go wkurzyło, to już widz się nie dowie. O tym, że w czasie wojny domowej, strona republikańska, lewicowa, miała równie dużo ofiar, a nawet więcej, na sumieniu, to też nikt nie wspomni. Jak mówię, rozsądzanie jak było, trzeba czynić dokładnie, ze źródłami historycznymi, tymczasem w popularnym filmie rzuci się hasło i to hasło zapada w pamięć jako proste skojarzenie.
    Drugim problemem są kwestie narodowościowych uprzedzeń Amerykanów. W filmie "S.W.A.T." bohaterowie opowiadają tzw. polish jokes i śmieją się z człowieka którego aresztowali po brawurowej akcji wyrwania kawałka ściany i który miał przetrzymywać zakładnika. Teoretycznie ten 'terrorysta' był Polakiem, a oni zastali go w gaciach i podkoszulce. W filmie "Ścigany" z Harrisonem Fordem, policja trafia na trop zbiegłego głównego bohatera, gdy aresztuje syna kobiety wynajmującej mu mieszkanie. Syn i matka to Polacy, słychać to po kilku zdaniach jakie zamieniają czystą polszczyzną, a syn zostaje zatrzymany za, jak to się wyrażają, "sprzedawanie prochów małym dziewczynkom". Ten sam film, Irlandczycy, są przedstawieni jako fajni ludzie organizujący paradę na cześć Dnia Św. Patryka. A gdyby w jakimkolwiek obrazie filmowym, ktokolwiek spróbował żartować z narodowości żydowskiej... opinia publiczna i media zjadłyby go na śniadanie tak jak uczyniły to przy sprawie z zatrzymaniem Mela Gibsona za jazdę pod wpływem alkoholu. O, ja faceta nie bronię, chociaż za "Pasję" krytyka jaka spadła na jego głowę była kompletnie nieuzasadniona, bo standardy podwójnej moralności dobrze działają w Fabryce Snów - gdy robi się film o Jezusie jako facecie z Marią Magdaleną jako żoną to ok, a jak ekranizuje się praktycznie dosłownie fragmenty Ewangelii - już źle. Jestem przeciwny obrażaniu Żydów, Irlandczyków czy kogokolwiek. Ale w tym również Polaków. Nie musi być takich elementów w filmie - niech ich nie będzie.

    Wróćmy jednak do "Public Enemies". Historia opowiedziana w filmie jest na podstawie książki Bryana Burrough "Public Enemies: America's Greatest Crime Wave and the Birth of the FBI, 1933-34"
    Tytuł może sugerować co innego, ale jest to tylko pewien wycinek, szeroki bo szeroki, ale wycinek historii przestępczości w Ameryce. Za to jak elektryzujący widzów teraz, a opinię publiczną wtedy. Chodzi o napady z bronią w ręku na banki w całych Stanach Zjednoczonych, dokonywane przez śmiałych i bezwzględnych gangsterów. Pomijany jest za to wątek dużych rodzin mafijnych, włoskich, żydowskich, irlandzkich, ale głównie włosko-żydowskich które operowały na różnych poziomach i wielu dziedzinach przestępczej działalności. A przecież, mimo iż prohibicja już była przeszłością, to wciąż mafie czerpały ogromne zyski i rozwijały swoją działalność, czego dowodem utworzenie tzw. Komisji po Wojnie Castellamarese, właśnie na początku lat 30, którą tworzyło dwóch Włochów i dwóch Żydów i która miała być najwyższym organem decyzyjnym i sądowniczym dla wszystkich rodzin mafijnych. Jednak o tym można powiedzieć wiele i może zostawmy to na inny raz.
    Tytuł filmu, Wrogowie Publiczni, odnosi się do określenia jakie nadało FBI i prasa, gangsterom stosującym brutalne metody przy napadach na banki w różnych Stanach.
    Fabuła koncentruje się głównie na losach Johna Dillingera, który był chyba najsłynniejszym z wszystkich rabusiów banków i długo utrzymywał status "Wroga Publicznego numer 1". Ale w filmie pojawiają się też tacy gangsterzy jak "Baby Face" Nelson, "Pretty Boy" Floyd. Główną rolę, Dillingera, odgrywa Johnny Depp. W jego przypadku nieistotne jest jakie ma poglądy, istotna jest jego fizjonomia. Teoretycznie, nie jego wina, to Michael Mann dobierał aktorów i skoro chciał go obsadzić w tej roli, ok. Tylko, że problem polega na tym iż większość kobiet uważa go za obiekt westchnień, a i scenariusz wsadza go w ramy odgrywania romantycznego bohatera, który
    , ale miał serce. Już lepszy jest Stephen Graham jako "Baby Face" Nelson, w jego przypadku wygląd nie przesłania prawdziwych czynów bohatera. Główny problem filmu leży w scenariuszu. Teoretycznie miało to być pokazanie narodzin FBI jako biura śledczego działającego na terenie wszystkich Stanów, oraz historia rywalizacji agenta FBI, Melvina Purvisa i gangstera, Johna Dillingera. Tymczasem wyszedł pewien miks i nie wiadomo, w którą stronę reżyser chciał pójść. Nie ma takiego wybielania jak w filmie "Bonnie i Clyde" z Faye Dunaway, gdzie bohaterowie są przedstawieni jako ofiary systemu i biedy czasu Wielkiego Kryzysu, a ich przestępcze działania były wynikiem biedy, a wszystko to może zostać wybaczone gdy widzi się jakim uczuciem się darzyli. Bzdury. Kto popełnia chociaż jedno morderstwo, a oni mieli na sumieniu wielokrotne, z zimną krwią i z niskich pobudek typu zysk, chęć przygody czy nienawiść do policji, zasługuje tylko na bycie ściganym bez litości i potępianym na każdym kroku. Z podobną sytuacją mamy do czynienia w filmie Manna. Nie wspomina się o przeszłości gangsterów, o tym, że od małego wprawiali się w przestępczym fachu i każdy miał na sumieniu co najmniej jedno zabójstwo.
    Oto co mówi angielska wikipedia o "Buźce" Nelsonie (tłumaczenie moje):
    W przeciwieństwie do Johna Dillingera, Nelson był antytezą popularnych gangsterów - Robin Hoodów z ery Wielkiego Kryzysu. W gorącej wodzie kąpany, Nelson nie wahał się zabijać stróżów prawa i niewinnych przechodniów. Jedna z czołowych postaci będących poza prawem, on i Clyde Barrow (ten Clyde - dop.mój) byli oskarżani o zabicie ponad 12 stróżów prawa. Paradoksalnie, Nelson był oddaną głową rodziny, który często miał ze sobą żonę i dzieci, gdy ukrywał się przed prawem.
    Większość z gangsterów jednak nie miała tak poukładanego życia rodzinnego, a na koncie rozwody, separacje lub cały ciąg kobiet z którymi łączyły ich przelotne romanse. I tu też nie miałbym pretensji - mogę tego nie akceptować i nie pochwalać, ale to jeszcze nie przestępstwo - jednak reżyser stara się przedstawić głównego bohatera jako innego, mającego kochające serce. Marion Cotillard gra Billie Frechette, kochankę Dillingera (granego przez Deppa) i w filmie padają słowa w rozmowie gangsterów, że jeden lubi "związki" z prostytutkami, a na to bohater grany przez Deppa odpowiada, że szuka kogoś komu oddałby serce. Romantycznie. Tylko ani słowa o tym, że w rzeczywistości i ona była po rozwodzie i on, że Dillinger sypiał z różnymi kobietami i na koniec,
    z którego wychodził z prostytutką i zaprzyjaźnioną burdelmamą. W filmie jest to pokazane, ale jakby tylko mieszkał z nimi, ukrywając się. Bo oczywiście kochał tylko Frechette. Jaaaasne. Jak obejrzę film z bohaterami którzy istnieli w rzeczywistości, czytam i dokształcam się w sferze ich biografii, tak, że potem mam porównanie. I wiem, kiedy coś jest ewidentnym przekręcaniem faktów, ale ile osób tak robi i po wyjściu z sali kinowej lub po obejrzeniu na dvd, zastanawia się jak było naprawdę ?
    I tak doszliśmy do ostatniego zastrzeżenia, przekręcania faktów. Na początku filmu, agent Melvin Purvis, grany przez Christiana Bale'a, zabija w owocowym sadzie "Przystojniaka" Floyda. Data zajścia w filmie jest inna, podobnie jak miejsce, a w rzeczywistości agent Purvis był tylko jednym ze strzelców. Podobnie zmieniona jest wersja śmierci "Buźki" Nelsona
    - w filmie Michaela Manna, to Dillinger jest ostatnim z osławionych Wrogów Publicznych. Zmienione jest też kilka innych faktów. Wiadomo, film ma swoje prawa. Ale już wstawianie słów
    , skierowanych do Frechette, jest bezczelnym podbijaniem romantycznego wizerunku bohatera. O ile przypisuje mu się tylko jedno bezpośrednie zabójstwo, to jednak był bezwzględny gangster, podobnie jak reszta jego "kompanów". Uciekał z więzień i odbijał swych kumpli, zabijał, okradał banki, planował przestępstwa.
    Robin Hood tamtej ery ? Nie. W filmie wspomniana jest też mafia, gdy odmawia udzielania pomocy "wrogom publicznym" z uwagi na to, że ich działania sprawiają, że USA tworzą ogólnostanowe biuro śledcze czyli FBI co szkodzi ich interesom w różnych Stanach. Mimo to, bohater nie rezygnuje z napadów, nie zna innego sposobu zarobku, nie chce żyć inaczej? Pytania zostają bez odpowiedzi.
    Dlaczego twierdzę, że wizja reżysera ma zabarwienie ideologiczne ? Otóż, dołącza do innych dzieł, sugerujących, że bezwględni i amoralni bandyci to byli tylko produkty biedy Wielkiej Depresji, zmuszeni do szukania nieuczciwych sposóbów zarobku, normalni ludzie których ten wredny kapitalizm zniszczył i zepchnął na drogę przestępstwa. A tommy gun czy pistolet w ich rękach wypalał tylko przypadkiem, wręcz gdyby policja ich tak brutalnie nie ścigała, wszystko odbywałoby się w miłej atmosferze, a połowę zrabowanych pieniędzy oddawaliby ubogim. Taaa. [beeep] prawda.
    Czy mimo wszystko warto obejrzeć ten film ? Nic nie stoi na przeszkodzie, jeżeli przyjmie się reżyserską wizję świadomie, z zastrzeżeniami, to wciąż przyzwoite kino. Nie wyrózniające się niczym, ale jednak, trochę romantyczny obrazek tamtych bez wątpienia barwnych czasów.
    Co do wpływu autorów na dzieło i subiektywność finalnego efektu, tego się usunąć nie da, ale warto zwracać uwagę na szczegóły. Bo możemy się obudzić za ileś lat i stwierdzić, że są ludzie, którzy obejrzawszy film są święcie przekonani, że naziści ukrywają się od czasów wojny po ciemnej stronie księżyca. Przesadzam ? Być może. Jednak o ile sci-fi łatwo zaklasyfikować jako fikcję, o tyle filmy pozujące na prawdziwe historie lub bazujące na nich, są trudniejsze w odrzuceniu przekazu.
  22. Rorschach
    27 lipca, dzisiaj, to dzień polskiej premiery Batman: The Dark Knight Rises. W związku z tym, postanowiłem ten wpis poświęcić właśnie postaci Człowieka Nietoperza, trylogii filmów w reżyserii Christophera Nolana oraz pośrednio najnowszej i ostatniej odsłonie wydarzeń w mieście Gotham.
    Zacznijmy może od pierwszej trylogii o Batmanie. Trylogii, której nie było... A podobno mogła być, ponieważ niejaki Tim Burton miał chęć nakręcić trzeci film z Batmanem po stworzeniu dwóch świetnych - Batmana i Powrotu Batmana. Potem dla filmów o alter ego Bruce'a Wayne'a przyszły gorsze czasy, czasy Joela Schumachera. Średni film Batman Forever, którego nie ratowali nawet Tommy Lee Jones jako Two Face i Jim Carrey jako Riddler (Batmanem był Val Kilmer). Wprowadzony został Robin, co dodatkowo obniżyło kategorię wiekową do jakiej kierowany był ten obraz. Jakby nie patrzeć, już od daty urodzin Batmana/Bruce'a Wayne'a czyli od maja 1939 [co daje mu już 73 lata, niezła forma jak na takiego staruszka] udział w fabule pomocników Batmana tj. Robina i Batgirl, obniżał jej wskaźnik "mroczności"
    http://komiks.nast.pl/obrazek/10014/Batman-Najlepsze-opowiesci/
    Jednak najgorszy czas dla filmowego Batmana to kolejny film, Batman i Robin. Niezła rola Umy Thurman jako Poison Ivy, solidny Arnold Schwarzenegger jako Mr. Freeze, ale już Alicia Silverstone jako Batgirl w duecie z Chrisem O'Donnellem jako Robinem, ich dialogi, udawanie uczuciowego zauroczenia itd. wołało o pomstę do nieba. Nie pomagał też George Clooney jako sam Bruce Wayne gdyż wg mnie nie nadawał się do tej roli jeszcze bardziej niż Val Kilmer. Dodajmy do tego "sutki" na kombinezonie Batmana, efekciarstwo i sztuczność jeśli chodzi o Batmobil i wyposażenie i mamy film skrojony na potrzeby widowni co świeżo przekroczyła 10 rok życia. Renesans przyszedł dopiero za sprawą Christophera Nolana.

    Odświeżona postać, świetni aktorzy na planie, dobry pomysł na jeden film i na całą trylogię, a na dodatek, ogromne pieniądze włożone w projekt, które zwróciły się z nawiązką i utorowały drogę do trzech wysokobudżetowych filmów. To się nie mogło nie udać. Michael Caine jako Alfred jak zwykle pokazuje klasę, a jego angielskie maniery i akcent idealnie pasują do postaci kamerdynera i opiekuna Bruce'a Wayne'a. Christian Bale również nieźle sobie radzi jako milioner-playboy a nocą obrońca miasta, chociaż razi mnie nieco jego ograniczona mimika twarzy, widoczna szczególnie gdy gra Wayne'a a wygląda jakby miał szczękościsk nawet przy uśmiechu. Podoba mi się za to postać grana przez Morgana Freemana, bo ten aktor do każdej roli potrafi włożyć coś swojego, nie zmieniając za bardzo charakterystyki postaci. Gary Oldman jako komisarz Gordon pasuje idealnie, wyglądem, zachowaniem, niechęcią do wikłania się w politykę miasta Gotham, a jednocześnie nie do końca radosnego z faktu współpracy z Batmanem. Aktor, który przyzwyczaił widzów do ról czarnych charakterów, tym razem po tej "dobrej" stronie sprawdza się świetnie. Cillian Murphy jako Scarecrow też pasuje idealnie, czy to na spokojnie, zimnym spojrzeniem oczu wbijając "szpilę" Rachel w sądzie czy też jako szalony Strach na Wróble. Należy też wspomnieć o Ledgerze, odtwórcy roli Jokera.
    I tu dochodzimy do ról "epizodycznych". Wprawdzie Rachel Dawes pojawia się w obu filmach, ale raz grana jest przez Katie Holmes, a raz przez Maggie Gyllenhaal. I żadna z nich nie jest w 100% taka jak powinna. Holmes dała postaci zbyt mało "twardości" charakteryzującej prokurator walczącą przeci całemu półświatkowi Gotham, a Gyllenhaal z kolei, nie przekonała mnie urodą, nie wyglądała na 'dawną miłość' Wayne'a i taką dla której od razu rzuci te tłumy modelek z jakimi pokazuje się na imprezach. Wiem, liczy się charakter itd. ale to twórcy najpierw zaangażowali Holmes by w drugim filmie zmienić aktorkę na Gyllenhaal. Wróćmy do Jokera. Wszyscy chwalą rolę Heath'a Ledgera, wręcz tworzą pomnik, z uwagi na śmierć aktora i ja mogę jeszcze zrozumieć część tych zachwytów, ponieważ zagrał naprawdę bardzo dobrze. Ciężko dorównać takiemu mistrzowi jak Jack Nicholson, ale Ledger stanął na wysokości zadania i na swój sposób zinterpretował postać Jokera. Jednak nie mogę zrozumieć fascynacji samym Jokerem, tych wszystkich awatarów w internecie itd. Sorry, ale dla mnie sprawa jest prosta - świr ? Świr. Niebezpieczny ? Niebezpieczny. Szpital psychiatryczny lub więzienie ? Nah, co to, to nie. Nie od dziś wiadomo, że jeśli zlecenie z nagrodą za czyjąś głowę mówi "żywy lub martwy" to zdecydowanie łatwiej o tą drugą możliwość, w końcu, wypadki się zdarzają. I pewnie właśnie dlatego powstało coś takiego:

    I dlatego, chcę polecić filmiki z serii HISHE do znalezienia na youtube. HISHE czyli How It Should Have Ended to animowane filmiki trwające kilka minut, z różnymi scenami z danego filmu, jaki akurat twórcy HISHE wzięli w obroty. Oczywiście, po to by pozmieniać film tu i ówdzie na modłę odwiecznej odzywki widza "hej, ja bym zrobił to zupełnie inaczej". Tylko ostrzegam, nie oglądajcie danego odcinka HISHE zanim nie obejrzycie filmu lub nie zagracie w grę, bo spoilery gwarantowane. Za to, gdy się obejrzy film, a potem tak sparodiowane niektóre sceny, jest spore prawdopodobieństwo przyjęcia dawki śmiechu. Szczególnie słysząc dyskusje między Supermanem a Batmanem w "Super Cafe" jakie przewija się przez większość "superbohaterskich" filmików HISHE.

    Wszystkim fanom Batmana polecam stronę http://www.batcave.com.pl/ która jest w 100% dedykowana postaci Mrocznego Rycerza Gotham i zawiera naprawdę mnóstwo przydatnych informacji. Kto jest kto w uniwersum Gotham City, ciekawostki takie jak np. wspomniałem wyżej (że mógł być 3 film Burtona), listę komiksów, filmów w tym też animowanych, fanowskich produkcji i wiele, wiele więcej. Ukłony dla twórców strony i to jest adres pod który należy skierować swe kroki nawet jeśli nie jest się zagorzałym fanem Netoperka (tak, wydaje się wam, że Czesi tak na tą postać wołają ? A figa, nie zmienili wersji angielskiej i w Czechach Batman jest po prostu... Batmanem).
    Oto mój prywatny ranking komiksów z Batmanem wydanych osobno, w zbiorczych wydaniach (zeszytów TM-Semic nie liczę, bo spamiętać ciężko i czytane lata temu, a i nie posiadam ich w swych zbiorach). Oczywiście, tych które czytałem, więc tak uznanych albumów jak "Joker", "Długie Halloween" czy "Zabójczy żart" nie umieszczam w rankingu, mimo iż wiele dobrego o nich słyszałem i mam w planach przeczytanie. Niska pozycja "Black & White" spowodowana jest oceną zbiorczą, za oba tomy tego zbioru różnych krótkich historii o Batmanie - jeden tom jest znacznie lepszy od drugiego, ale układ historii zależał tylko od wydawcy.
    1. Azyl Arkham
    2.Batman: Rok Pierwszy
    3. Powrót Mrocznego Rycerza
    4. Batman: Rozbite Miasto
    5. Batman : Co się stało z zamaskowanym krzyżowcem ?
    6. Batman : Nawiedzony Rycerz
    7. Batman: Black & White
    8. Zagłada Gotham
    "I'm Batman" - enough said. Niech się schowają Avengers, pierwszym blockbusterem na jaki pójdę w tym roku do kina będzie Dark Knight Rises. Już jutro, czekanie dobiegnie końca.
×
×
  • Utwórz nowe...