Skocz do zawartości

Rorschach

Forumowicze
  • Zawartość

    2803
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    1

Wpisy blogu napisane przez Rorschach

  1. Rorschach
    Obiecywałem wpis poświęcony zagadnieniom z ekonomii i oto jest. Początkowo chciałem omówić przypadki bankructw państw w dziejach ludzkości, w związku z tematem "na czasie" czyli Grecją i reanimowaniem trupa poprzez kolejne pompowanie pieniędzy, chociaż ten trup chodzi tylko dlatego, że mózg nie wie, że nie żyje. Ale bardzo dobrze, chociaż zwięźle, omówiono ten temat w artykule z Dziennika Gazety Prawnej z 25 czerwca 2011 roku, gdzie autor przypomina i ciekawostki i fakty historyczne, dlatego pozwolę sobie po prostu zalinkować - Najbardziej_spektakularne_bankructwa_panstw_w_najnowszej_historii
    Cóż, przykład Hiszpanii, która bankrutowała kilkukrotnie w XVI wieku, mimo dopływu cennych kruszców z Ameryki Pd. pokazuje, że zasilanie pieniędzmi to nie jest rozwiązanie gdy ani przyczyny ani skutki choroby nie zostały wyleczone. A bankructwa państw były, są i pewnie będą. Polecam ten artykuł szczerze. A teraz do rzeczy - indeks/wskaźnik wolności gospodarczej, oto temat na dziś.
    Indeks wolności gospodarczej to uśredniony wynik z punktów przyznawanych każdemu państwu w 10 kategoriach i 50 niezależnych zmiennych przypisanych tym kategoriom. "Mierzy" jak bardzo państwo swoim prawem i polityką ogranicza wolność gospodarczą i wolny rynek, jakie stawia bariery, ograniczenia, restrykcje. Ranking państw na podstawie wartości indeksu tworzony jest przez Fundację Heritage i Wall Street Journal od 1995 roku. Im wyższy wskaźnik, od 0 do 100, tym większa wolność gospodarcza panująca w danym kraju. Obecnie ocenie poddawanych jest 179 państw. Wyłączone są państwa zbyt małe (Liechtenstein) lub o zbyt niestabilnej sytuacji politycznej (Somalia, Irak, Afganistan, Sudan). Tworzony jest za okres od połowy roku dwa lata wstecz, do połowy roku poprzedniego, czyli indeks za rok 2012 jest za rok od VI.2010 do VI.2011
    Obecnie do kategorii "wolnych" (ponad 80 punktów) jest zaliczanych tylko pięć krajów - Hongkong, Singapur, Australia, Nowa Zelandia i Szwajcaria.
    Indeks EFN
    Podobnym projektem, jest od 1995 roku nadzorowany przez Fraser Institute z Kanady, Economic Freedom Network, grupa niezależnych instytutów badawczych z ponad 70 krajów świata. EFN co roku publikuje Raport Wolności Ekonomicznej Świata (Economic Freedom of the World). Ranking Wolności Gospodarczej prowadzony jest corocznie od kilku dziesięcioleci. Metodologia została opracowana przez grupę naukowców współpracujących z instytutem, wśród których byli znakomici przedstawiciele myśli ekonomicznej np. noblista Milton Friedman.
    Ranking ocenia poszczególne państwa według swobody gospodarczej, jaką pozostawiają swoim obywatelom. Mierzy stopień, w jakim otoczenie instytucjonalne i polityka rządowa w danym kraju przyczyniają się do zwiększenia wolności gospodarczej.Ujmowanych jest w nim 141 państw. Eksperci przygotowujący ranking oceniają 42 zmienne, obejmujące pięć obszarów:
    1.rozmiar obecności państwa w gospodarce 2.praworządność i ochronę praw własności 3.stan pieniądza w danym kraju i dostęp obywateli i firm do pieniądza w ogóle 4.gospodarczą wymianę z zagranicą 5.regulacje prawne działalności przedsiębiorstw, rynku pracy i rynku kapitałowego Indeks przybiera wartość od zera do 10
    Wróćmy jednak do indeksu bardziej znanego, publikowanego przez Heritage Foundation.

    Hong Kong
    Nocna panorama Hong Kongu nie znalazła się tu przypadkowo. Ten kraj, a właściwie Specjalny Region Administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej i była posiadłość brytyjska, od zarania rankingu, czyli od 17 lat, zajmuje pierwsze miejsce na liście miejsc o największej wolności gospodarczej. Ekonomiczna siła Hongkongu bierze się głównie z intensywnej wymiany handlowej między Chinami a światem oraz byciem siedzibą wielu instytucji finansowych i handlowych, w tym Bank of China. PKB per capita (na osobę) wynosi wg różnych źródeł około 43 000 dolarów przy 7 mln mieszkańców i 3,3 mln mieszkańców w wieku produkcyjnym. PKB per capita w Polsce wynosi nieco ponad 18 000 dolarów. Oczywiście, rocznie. Ogromną rolę w gospodarce Hongkongu odgrywa również ruch turystyczny, szczególnie w sklepach wolnocłowych i szeroko rozwinięta wymiana import-eksport. W Hongkongu panuje wolność wyznaniowa, inaczej niż w kontynentalnych Chinach. Z ciekawostek, Hongkong jest pierwszy w rankingu pod względem IQ. Średnia krajowa wynosi 107. Nie ma też płacy minimalnej, zarobki determinuje podaż i popyt na dany produkt/towar/usługę. Zachowuje też szeroką autonomię we wszystkich dziedzinach, za wyjątkiem polityki zagranicznej i wojskowej.
    Indeks Hongkongu równy jest 89,9 i składają się na to:
    prawa własności 90 wolność od korupcji 84 <--- rule of law
    wydatki rządu 91 wolność podatkowa 93,1 <--- limited government
    swoboda prowadzenia biznesu 98,9 wolność rynku pracy 86,5 wolność polityki monetarnej 85,8 <--- regulatory efficiency
    wolność handlu 90 swoboda inwestowania 90 otwartość sektora finansowego 90 <--- open markets
    Polska
    Chciałoby się powiedzieć, że na drugim biegunie znajduje się Polska, ale to byłaby przesada. Ostatnia w rankingu, 179, jest Korea północna, z wskaźnikiem równym 1 - absolutnym brakiem jakiejkolwiek wolności gospodarczej. Przedostatnie jest Zimbabwe, trzecia od końca Kuba. Grecja, tak odmieniana obecnie w mediach przez wszystkie przypadki, znajduje się na miejscu 119 w grupie "mostly unfree". Co ciekawe, Stany Zjednoczone obsuwają się w rankingu z roku na rok, obecnie będąc na miejscu 10. Polska znajduje się na 64 miejscu w grupie "umiarkowanie wolnych" (60-69,9), z indeksem równym 64,2, na co składa się:
    prawa własności 60 wolność od korupcji 53 <--- rule of law
    wydatki rządu 40,3 wolność podatkowa 74,4 <--- limited government
    swoboda prowadzenia biznesu 61,4 wolność rynku pracy 61,3 wolność polityki monetarnej 79,1 <--- regulatory efficiency
    wolność handlu 87,1 swoboda inwestowania 65 otwartość sektora finansowego 60 <--- open markets
    Autorzy rankingu, omawiając pozycję Polski, słusznie wskazują na zakumulowanie dużych deficytów budżetowych w ostatnich latach i związane z tym ryzyko utraty konkurencyjności. Do czynników najbardziej krępujących wolność gospodarczą zaliczają: uciążliwą biurokrację hamującą rozwój działalności gospodarczej, przestarzałe i nieelastyczne prawo pracy, duże koszty pozapłacowe zatrudniania pracowników, korupcję, duże wydatki rządowe i brak postępów prywatyzacyjnych na większą skalę.
    By porównać Polskę, i Hongkong z państwem, które jest zbliżone do Polski geograficznie, ma podobny klimat, surowce i również borykało się przemianami ustrojowymi, po dołączeniu komunistycznej części wschodniej i walką z pozostałościami komunizmu. Oto RFN, Niemcy - pozycja 26 w rankingu na rok 2012. A oto graf porównujący te trzy kraje:
    TU: KLIK ! Polska (zielony) Hong Kong (czerwony) Niemcy (niebieski)

    Prawo, instytucje i rząd "minimum"
    Prawo opisuje porządek kształtujący się spontanicznie wskutek ludzkiego działania. Porządek ten jest zbyt skomplikowany i złożony, aby można go było regulować lub nim zarządzać. Owo prawo zabrania jedynie niewielkiej liczby określonych zachowań spośród nieskończonej liczby możliwości (nie mogę ukraść samochodu, ale mogę kupić, wynająć, wziąść w leasing lub na jazdę próbną)
    Drugi rodzaj prawa - legislacja, jest wynalazkiem człowieka i służy do projektowania struktur społecznych oraz tworzenia celowych, z góry zaplanowanych rezultatów ? przykładem jest działanie administracji publicznej.
    Kraje, w których prawo podąża za rynkiem, a państwowy aparat przymusu i przemocy jest używany do zabezpieczania instytucjonalnych ram funkcjonowania rynku, cieszą się dużym stopniem wolności gospodarczej. Z kolei kraje, w których istnieją przestarzałe regulacje, nieprzystające do rozwoju rynkowego, szczątkowe i niejasne normy mające regulować działania instytucji lub hamujące ich rozwój, są uznawane za mniej wolne gospodarczo. Państwa określane w rankingu jako wolne zamieszkują prywatni właściciele, którzy mogą swobodnie oszczędzać, pracować, dysponować swoim majątkiem, inwestować. Obywatele krajów określanych jako zniewolone nie mają takich możliwości dlatego, że rządy nie pozwalają na legalizację rynku (ogromnej szarej strefy) i forsują własną wizję porządku.
    Pozostałe instytucje i podstawowe elementy rynku, takie jak: prowadzenie biznesu, handel, pieniądz, inwestowanie, rynki finansowe, praca czy transparentność sektora publicznego, są tylko konsekwencją rozwoju prawa własności.
    Drugą kategorią wolności gospodarczej jest rząd minimum, czyli taki, który nie narusza własności obywateli i nie konkuruje z prywatnymi podmiotami na rynku. W rankingu Heritage wysokie noty dostają te państwa, których rządy nakładają niskie podatki albo, jak w przypadku państw arabskich, utrzymują się z monopoli, mają niski poziom wydatków publicznych w stosunku do PKB i nie podejmują działań interwencjonistycznych. Ze względu na naturę współczesnego pieniądza, fiducjarnego i centralnie planowanego, do kategorii rządu minimum możemy również zaliczyć rozsądną politykę pieniężną i niski stopień inflacji.
    Poważnym zarzutem wobec metodologii obliczania indeksu jest zrównanie podatków i wydatków rządowych. Inwestor mający do wyboru dwa kraje, prędzej pójdzie do tego z wysokimi podatkami i wydatkami rządu niż do tego, którego rząd wydaje niewiele, ale ściągalność podatków też ma na bardzo niskim poziomie i gdzie rozwija się szara strefa.
    Twórcy rankingu wskazują, że istnieje wyraźna zależność pomiędzy wolnością gospodarczą a dochodem per capita, wzrostem gospodarczym, wskaźnikiem rozwoju społecznego, eliminacją biedy czy ochroną środowiska naturalnego. Rzeczywiście, wyższy wskaźnik wolności gospodarczej jest dodatnio skorelowany (> 0,6) z dochodem per capita (również liczonym według siły nabywczej). Jednak tworzenie dobrobytu zawsze rozpoczyna się od solidnego oparcia na własności prywatnej, rozwoju instytucji rynkowych, pracy, oszczędzaniu oraz długotrwałej akumulacji kapitału.
    Rozwój w krajach ?rządów maksimum? jest specyficzny: biedni często całe życie pozostają biedni, bogaci pozostają bogaci, bezrobotni nie mają motywacji do podjęcia zatrudnienia, nie wyrastają nowe przedsiębiorstwa, takie jak Google czy Apple, zdolne podbić świat wspaniałymi produktami (dla dociekliwych: fińska Nokia to jedna z najstarszych korporacji świata, co kiepsko świadczy o polu do tworzenia innowacyjnych firm w Finlandii i ogólnie Skandynawii), a nowe miejsca pracy powstają głównie w sektorze publicznym.
    Rozwój zawsze za motor napędowy miał różnice przy jednoczesnym gruncie do tworzenia, rozwijania przedsiębiorczości itd. Zacytuję fragment artykułu Ludwiga von Misesa "Uwagi o matematycznym podejściu do problemów ekonomicznych" :
    "Podmiotem badań ekonomicznych nie są ziemniaki, koszule czy maszynki do golenia, lecz podyktowane ocenami wartości, działanie człowieka. Ocena wartości nie mierzy, ona hierarchizuje. Nie mówi A równa się B, mówi wolę A niż B tylko z takich wyborów rodzi się działanie. Gdy zgodnie z podyktowaną oceną wartości, A równa się B, nie zachodzi żadne działanie. Produkcja i wymiana nie biorą się z równości wartości, ale z jej różnicy"
    Świetnie to widać na przykładzie krajów o wysokim tempie rozwoju, takich jak Chiny czy Indie, które wciąż są uznawane za w większości pozbawione wolności gospodarczej. W rzeczywistości obywatele tych krajów wciąż żyją na bardzo niskim poziomie, a chińskie wieżowce i hinduskie centra outsourcingowe to w dużej mierze specjalne strefy ekonomiczne. Wyzwaniem dla ich rządów jest teraz taka dystrybucja bogactwa by całe społeczeństwo miało szanse się bogacić, zbyt duże dysproporcje na dłuższą metę mogą prowadzić do niepokojów społecznych i spadku tempa rozwoju gospodarki.
    Indeks Heritage nie jest doskonały. Zaskakujące czasami wyniki uzyskiwane przez poszczególne państwa nie mogą zmienić pojęcia wolności gospodarczej, świadczą jedynie o niedoskonałości takich zestawień. Słuszne jest jednak oparte na logice twierdzenie, że wolność gospodarcza rozumiana jako sprawnie działające instytucje zbudowane na poszanowaniu własności prywatnej oraz rząd minimum są podstawą rozwoju i tworzenia dobrobytu. Rozmiar wolności gospodarczej w Polsce w porównaniu ze średnią światową wypada przeciętnie, a w porównaniu z krajami UE ? słabo. Wolność gospodarcza to nie jest teoria książkowa ani przedmiot rozważań ekonomistów tylko coś, co ma wpływ na życie każdego człowieka. Gdy wiosną, po zimie, pojawią się na drogach dziesiątki dziur, pomyślmy co by było gdyby na rynku istniało więcej firm mogących załatwić problem dziurawych dróg, gdyby procedury przetargowe były jasne i uczciwe dla wszystkich. I lepiej, żebyśmy wyciągnęli właściwe wnioski, bo inaczej będzie dochodziło do takich sytuacji jak ta o której słyszałem ostatnio, że samorząd zerwał procedurę przetargową i wyznaczył termin rostrzygnięcia nierealny dla prywatnych firm nie mogących w odpowiednim czasie przygotować nowej oferty, jedyną firmą która ma/miała szansę wygrać była firma związana z samorządem. Bo to Polska właśnie.
    Link - Fundacja Heritage tu można w kilka kliknięć zobrazować dane w formie grafu lub mapy oraz wzajemnie porównywać kraje oraz wskaźniki

    Źródeł dla tego wpisu 'dostarczyli' : Ludwig von Mises, Fundacja Heritage, Centrum im. Adama Smitha, Szymon Chrupczalski
  2. Rorschach
    Już 4 lutego rusza doroczny turniej Puchar 6 Narodów, czyli nieoficjalne mistrzostwa Europy. Fakt ten, oraz parę innych rzeczy, zainspirowały mnie do tego wpisu. Warto zainteresować się tym sportem i warto oglądać tegoroczny turniej, szczególnie z uwagi na fakt, że obserwatorów będzie ciekawić dyspozycja Anglii (wygrana rok temu, ale słaba dyspozycja na Pucharze Świata) Walii, która zajęła 4 miejsce na Pucharze Świata oraz Francji która doszła do finału. Kto wygra turniej ? Kto zdobędzie "drewnianą łyżkę" ? Czy ktoś zdobędzie Wielkiego Szlema ? Okaże się już w połowie marca. Oto promo jakie stworzyło BBC w 2010, moim zdaniem genialne: (w filmiku jest 2011, ale to intro stworzono na edycję w 2010)

    i bonusowo, promo w stylu "300"

    Historia rugby
    Cóż, mógłbym ją opisać, nawet w skrócie, choćby legendę o Williamie Webb Ellisie (uczeń szkoły w Rugby, który wpadł na pomysł by podnieść piłkę i wbiec z nią do bramki, podobno ze zdenerwowania, że nie padają gole w meczu piłki nożnej), oczywiście nie był on pierwszy, ale o nim pierwszym zachował się przekaz w lokalnych kronikach z pierwszej połowy XIX wieku i na jego cześć nazywa się puchar jaki wznoszą zwycięzcy Pucharu Świata w rugby union. Jak się pewnie domyślacie, nazwa sportu wywodzi się od nazwy miejscowości w Anglii, znanej z tradycji sportowych i doskonałych boisk do uprawiania róznorakich dyscyplin.
    Dla zainteresowanych informacjami o zasadach gry i dłuższej historii, polecam stronę http://www.rugby.info.pl/1_rugby_historia
    Puchar 6 Narodów (i coś o Polsce)
    6 Nations Cup to coroczne zawody drużyn półkuli północnej, nieoficjalne mistrzostwa Europy. Półkula południowa rozgrywa Tri Nations Cup, w lipcu i sierpniu, czyli turniej Nowej Zelandii, RPA i Australii do którego od roku 2012 dołącza Argentyna. Na półkuli północnej zaś, rywalizują ze sobą drużyny brytyjskie i Francja oraz Włochy. Pierwszy raz odbył się w roku 1883 i brały w nim udział Walia, Anglia i Szkocja oraz Irlandia. W 1910 doszli Francuzi, którzy "wrócili" po II wojnie światowej i po przerwie lat 32-39. Od 2001 roku grają też Włosi i odtąd nazywa się to Pucharem 6 Narodów, granym co roku w lutym i marcu. Zwycięzca meczów drużyn brytyjskich dostaje specjalne wyróżnienie, jeśli pokona rywali z "podwórka". Wielkim Szlemem jest wygranie turnieju wygrywając z każdym uczestnikiem. Drewnianą Łyżkę dostaje ten, kto zajmie ostatnie miejsce w tabeli drużyn biorących udział w turnieju.
    W Polsce dyscyplina ta stoi niestety na średnim poziomie, ze względu na małe zainteresowanie kibiców i sponsorów. Nadzieję na przyszłość daje np. kadra młodzików która w zeszłym roku zdobyła mistrzostwo Europy do lat 20. Obecnie jednak sporo graczy w naszej reprezentacji to zawodnicy naturalizowani. O wielu więcej niż to jest w reprezentacji piłkarskiej, tak mocno krytykowanej z powodu "ściągania" piłkarzy o polskich korzeniach. I ja się dołączam do tej krytyki, gdyż w futbol gra mnóstwo osób, a zawodników rugby, różnych szczebli, jest zdecydowanie mniej. Liga liczy tylko osiem ekip, a na mecz listopadowy kadry w Gdańsku, z Niemcami, przyszło mniej niż tysiąc osób, w tym oczywiście i ja. Częściowo mogła to być wina pogody bo lało jak z cebra, ale fakt faktem, rugby to dyscyplina w Polsce niedoceniana i niedofinansowana. Obecnie polska reprezentacja lideruje grupie Pucharu Europy Narodów 1B, chociaż ma rozegrane, odpowiednio, mecz i dwa, więcej niż najgroźniejsi rywale do awansu. Wygrana grupy (system dwuletni, rok mecze, drugi rok rewanże) da awans do PEN 1A które jest przedsionkiem samej elity i śmietanki europejskiej. Według rankingu International Rugby Board, Polska jest obecnie ( 1 lutego 2012 ) na 29 miejscu w rankingu, prowadzą oczywiście mistrzowie świata, nowozelandczycy. I jak to się ma do tułania reprezentacji futbolowej po siódmej dziesiątce rankingu FIFA ? Wnioski wyciągnijcie sami.
    Porównania między rugby a piłką nożną
    1. Koszulki - Polska
    Nie tak dawno temu cała Polska żyła "aferą koszulkową" wywołaną przez PZPN i ich układy z firmą Nike dostarczającą stroje polskiej reprezentacji futbolowej. Na koszulkach, zresztą o koszmarnym wzornictwie, zabrakło po raz pierwszy w historii, "orzełka" czyli naszego godła i symbolu narodowego. Sprawa oburzyła tysiące Polaków, nie tylko kibiców oraz odbiła się echem w świecie polityki, na czele z populistycznymi zagraniami typu 'gwarantowanie' ustawowo godła na koszulkach, jaką to propozycję wysunął prezydent. PZPN naiwnie argumentował, że ma to podłoże marketingowe i ma służyć sprzedaży "oryginalnych" koszulek reprezentacji, co może zagwarantować tylko logo PZPN. Skończyło się ostatecznie na doszyciu godła na stary projekt koszulek i wyciszeniu sprawy. A jak ma się to do rugby ? Cóż, na koszulkach reprezentacji Polski w rugby widnieje godło narodowe po lewej stronie koszulki, a symbol związku... jest naszyty na rękaw, na dodatek logo związku to piłka do rugby w biało czerwone barwy z której wyrasta głowa orła. Da się by było estetycznie i zgodnie z zasadami ? Da się.
    2. Stosunek do pracy sędziego
    Jak wiemy, w piłce nożnej chociaż nominalnie z głównym arbitrem spotkania może dyskutować tylko kapitan, bywa tak, że cała drużyna otacza wianuszkiem sędziego gestykulując i przekonując do swych racji, a czasem dołączają do tego nawet przeciwnicy. W rugby jest nieco inaczej. Dyskutować może tylko kapitan i tylko on ! Inny gracz za próby dyskusji może dostać ostrzeżenie. W rugby główny sędzia jest panem i władcą na boisku, a zawodnicy muszą się podporządkować do jego decyzji. I jest spokój i mniej kontrowersji. A dlaczego ? Telewizyjne powtórki są nie tylko dopuszczalne, ale wręcz stałym obrazkiem na meczach, tak, że poziom sędziowania jest zdecydowanie wyższy niż w futbolu. Jest to nawet konieczność, z uwagi na wiele drobnych szczegółów ze zbioru zasad gry. Sędzia może dyktować karne (częsty obrazek bo na ogół nie skutkują tak jak w futbolu, gdy jest bliżej słupków bramkowych rywali, zawodnik najczęściej uderza by zdobyć punkty. W innym przypadku po prostu wybija jak najdalej by przesunąć grę do przodu lub za linię boczną gdy chce zakończyć połowę/mecz) lub młyn z wrzutem piłki na korzyść danej drużyny. Może też użyć żółtej kartki, ale w rugby, inaczej niż piłce nożnej, oznacza to 10 minut wykluczenia z gry. Dwie żółte lub jedna czerwona to wykluczenie na cały mecz.
    3. Trenerzy
    Różnica właściwie jest taka, że w futbolu albo chodzą po wyznaczonym polu dla trenerów i pokrzykują na drużynę, albo siedzą na ławce rezerwowych, notują etc. W rugby cały sztab trenerski (3 osoby) pracuje cały czas podczas meczu, siedząc w specjalnej kabinie na stadionie i monitorując sytuację na monitorach komputerów. Cały czas też reagują za pomocą mikrofonów. W rugby można dokonać w czasie meczu 7 zmian (prawie połowa drużyny) i zdarzają się czasem zmiany "powrotne", w przeciwieństwie do piłki nożnej.
    Czas gry to dwie połowy po 40 minut i przerwa, nie dłuższa niż 15 minut, gdzie trenerzy mają okazję porozmawiać z drużyną.
    4. Symulowanie
    Karane z całą surowością. Rugby to nie jest gra gdzie można poudawać, z całym szacunkiem do futbolu, bo narażenie na kontuzje i urazy jest zdecydowanie większe. Wielu zawodników waży ponad 100 kg, jednocześnie nie tracąc wiele z szybkości (tu uwaga: w rugby 15 osobowym na jakim się skupiam, jest miejsce dla różnych graczy, i cięższych, wyższych, twardszych i szybszych, niższych, zwinniejszych, ale cechą tego sportu jest wszechstronność - gracz ma być silny, twardy ale i szybki i zwinny) i każde zderzenie może być kontuzjogenne, przykładowo, niektórzy zawodnicy (szczególnie młyna) przyjmują podczas meczu uderzenia łącznej masy 1600 funtów brytyjskich, czyli około 800 kg, coś jak zderzyć się z dorosłym, wyrośniętym niedźwiedziem. I to bez specjalnych ochraniaczy jak w futbolu amerykańskim. Dlatego zdrowie musi być chronione w inny sposób, choćby poprzez surowe karanie. Jak w półfinale RWC 2011, kiedy kapitan Walii , Sam Warburton wysoką szarżą (podniósł zawodnika rywali w jej trakcie i opuścił na ziemię plecami) załatwił Francuza, Vincenta Clerc. Mogło się to skończyć tragicznie, uderzeniem karkiem w ziemię z dużą siłą i nawet złamaniem karku, więc czerwona kartka była bezdyskusyjna, a sam Walijczyk też nie protestował. A kiedy np. w jednej z angielskich drużyn wykryto symulowanie poprzez woreczki z krwią w ustach które w czasie meczu były przegryzane (faul z premedytacją, gdzie pojawia się krew, skutkuje wykluczeniem), odpowiedzialni za to zostali zawieszeni jako gracze na długi czas, nawet kosztem wyników drużyny i obsunięcia się na dno tabeli.
    5. Skandale
    Jak wszędzie, także i w tej dyscyplinie sportu zdarzają się skandale, głównie pozaboiskowe ze względu na surowe reguły panujące na boisku. Jednak i tu walka z nimi jest prowadzona z dużą determinacją, niezależnie czy dotyczą ekscesów seksualnych, alkoholowych czy choćby nielegalnego obstawiania meczy. Shaun Leaf, kapitan drużyny Doncaster, został zawieszony na 18 miesięcy za obstawianie u bukmachera porażki swej drużyny. 200 funtów za porażkę ponad 38 punktami z Wakefield, 600 funtów za porażkę z Tuluzą w 2009 roku ponad 48 punktami. Oto co powiedział o sytuacji Alex Murphy, jedna z legend ligi angielskiej. - "Myślę, że on miał dużo szczęścia. Jeśli stawiasz, że twoja własna drużyna przegra, nie powinieneś grać w lidze rugby. To powinna być kara dożywotniej dyskwalifikacji. Jeśli chcesz być bukmacherem zajmij się innym biznesem. Nie ma wytłumaczenia dla tego typu zachowania"
    Z nieco tragikomicznych, po mistrzostwach świata 2011, kapitan drużyny Samoa oskarżył przed rodzimym związkiem trenera, że zajmował się alkoholem a nie trenowaniem i traktował mistrzostwa jak okazję do urlopu. Oczywiście trener szybko pożegnał się ze stołkiem, a przez swoją wioskę został oskarżony o shańbienie tytułu "tualu" nadanego przed turniejem mu, i musiał zapłacić karę 100 świń lub ekwiwalent pieniężny. Wybrał karę pieniężną.
    Na koniec drobna informacja dla fanów Manchesteru United - Gary Neville został poproszony w połowie stycznia, przez Stuarta Lancastera, trenera reprezentacji Anglii w rugby union (15-osobowym) by przed zaczynającym się turniejem 6 narodów, wygłosił im przemowę motywacyjną i pomógł uspokoić atmosferę w kadrze, zepsutą skandalami i słabym występem w Pucharze Świata. Zobaczymy jakie efekty dała mowa byłego piłkarza, który bycie Czerwonym Diabłem ma we krwi.
    Jest takie powiedzenie: " Footbal is a gentleman's game played by hooligans. Rugby is a hooligans game played by gentlemen" Sami oceńcie na ile i czy w ogóle, prawdziwe. Ja uwielbiam obie te dyscypliny, piłkę nożną może stawiając jednak wyżej, ale i starając się przybliżyć nieco ten mniej popularny u nas, lecz na pewno nie gorszy, sport.
  3. Rorschach
    Dziś na tapetę postanowiłem wziąść grę Dragon Age 2. Jedną recenzję na tym blogu już zamieściłem, filmową, stąd pomysł zmierzenia się z recenzją gry. Dragon Age zaś ze względu na możliwość porównania do cześci poprzedniej oraz to, że właśnie skończyłem w niego grać i mogę ocenić "na świeżo" ale wciąż bez zbędnych emocji. Z gier jakie czekają na swoją kolej jest Prince of Persia i Next BIG Thing z CDA, Elder Scrolls IV:Oblivion (zacząłem, ale z nim jak z Morrowindem - świat na tyle duży, że przy jednym podejściu ciągłe zwiedzanie każdego metra kwadratowego, męczy i trzeba zrobić przerwę) oraz Gothic 3. Przejdźmy jednak do Dragon Age 2, gry całkiem nowej i znanej
    Jako fana RPG, gdy potaniały w sklepach Dragon Age Origins i dodatek Awakening, zakupiłem je by zapoznać się z serią. Nie zawiodłem się, dostając gry odpowiednio długie i z niezłą, choć nie wykraczającą poza standardy gatunku, fabułą. Te tytuły miały swoje wady, przykładowo - ograniczony wybór kolejności mierzenia się z głównymi lokacjami (spróbujcie pójść i wykonać do końca quest z lasem Brecilian tuż po Lothering, gdy drużyna jeszcze nie ma doświadczenia ) , można oczywiście "po trochu" z wszystkiego i nabić poziomy drużynie, ale wiąże się to z częstymi podróżami tam i z powrotem, albo odpuszczaniem niektórych rzeczy (np. walk z ożywieńcami napotykanymi tu i tam w fiolkach). Mimo wszystko, pierwszy DA był niezłym RPG. A jaki jest jego następca ?
    Zacznijmy od tego, że to typowy hack'n'slash. Grając czułem się jak w Dungeon Siege 2, tylko mniej liniowo. Fabuła koncentruje się na losach imigranta z Fereldenu, który ląduje w mieście Kirkwall. Znamy jego głos, nazwisko, wybór początkowy ogranicza się do płci, klasy postaci i wyglądu. Dla mnie to było akurat odświeżenie, że losy postaci i otoczenia toczą się bardziej w mikroskali, a nie znów ratujemy świat/galaktykę. Zatem jeżeli możemy zaakceptować, że większość gry będzie pośrednio lub bezpośrednio dotyczyła losów naszego bohatera, będzie dobrze. Na swej drodze spotkamy kilka znajomych twarzy i parę razy pewne nawiązania do sytuacji w całym Thedas, się pojawią, ale fakty są takie, że w trzech aktach jakie liczy przygoda, nasze działania będą koncentrować się w dzielnicach Kirkwall i kilku lokacjach poza jego murami. To wada, bo niestety za każdym razem wszystko jest takie same, a zwiedzić każdy zakątek warto, więc to może męczyć. Krótki prolog to jeden rok życia Hawke'a (nazwisko naszego herosa lub heroiny), akt pierwszy do początku aktu drugiego to trzy lata, akt drugi do aktu trzeciego, kolejne trzy. Kolejnym problemem jest balans klas. Początkowo wybrałem wojownika z mieczem dwuręcznym, w DA:O i A, taki woj wysokopoziomowy mógł mierzyć się z najsilniejszymi przeciwnikami, nawet kilkoma, a reszta ekipy była tylko wsparciem. Tu jednak jest inaczej i w walce z kilkoma/kilkunastoma przeciwnikami naraz, woj zadaje za mało obrażeń. W drugim podejściu stworzyłem łotrzyka, który specjalizuje się w walce "1 na 1" zadając dużo obrażeń, to był lepszy wybór, lecz źle rozdysponowałem punkty (za dużo na umiejętności kamuflażu, nieprzydatne). Dopiero trzecie podejście dało mi odpowiedni "power" - mag.
    Niby najsłabsza klasa, ale w DA 2 wymiata. Trzeba tylko wydać punkty na specjalizację Duchowy uzdrowiciel (jedyna opcja w grze by ją mieć) i najlepiej magię żywiołu ognia i lodu. Taki zawodnik poradzi sobie z najsilniejszymi przeciwnikami, niezależnie czy jest jeden czy kilkunastu. Przy okazji uwidocznił się pewien problem, w poprzedniej części nawet grając innymi klasami, można było 'podejrzeć' specjalizacje u członków drużyny. Tu tego nie ma, więc tworząc postać musimy w ciemno strzelać jaki będzie dalszy rozwój postaci ! Problemem gry jest też ograniczona liczba mikstur, a trzeba powiedzieć, że gdy ktoś z drużyny padnie, otrzymuje ranę obniżającą żywotność. Jedyne rozwiązanie to tworzyć wszystko za pieniadze, u siebie w "centrum dowodzenia" którym najpierw jest dom wuja Hawke'a, Gamlena, a potem... Dlaczego jednak mag to najlepszy wybór ? Cóż, czary ognia i lodu są bardzo destrukcyjne, właściwie każdą walkę zaczynałem od czaru obszarowego przypominającego meteory spadające z nieba, a rozwijając klasę Duchowego uzdrowiciela możemy mieć dostęp do biernych umiejętności niwelujących rany po upadku w boju kogoś z drużyny oraz ogromnej premii do autoregeneracji żywotności ! Dodaj do tego bierną umiejętność Magii mocy (druga specjalizacja) czyli krzepa +50 i masz odpornego na efekty podpaleń, zamrożeń, powalenia etc. maga-zabójcę. Twórcy znów się nie popisali, bo magia krwi znów jest tak słaba jak była w części poprzedniej. Przynajmniej u herosa, bo wrogowie całkiem nieźle korzystają. Nieco lepsze są specjalizacje wojownika, ale u łotrzyka spokojnie można się obejść bez tych związanych z kamuflażem (albo wydać mnóstwo punktów by rzeczywiście coś z tego mieć).
    Dlaczego tyle napisałem o "drzewkach" umiejętności i specjalizacjach ? Otóż, jest to dość istotna rzecz bo mamy ograniczony wybór pomocników i punkty rywalizacji - nowość. Zależnie od decyzji w grze, możemy zostać rywalem lub przyjacielem danej osoby z drużyny. Każdy wariant daje inne bonusy, ale ma też wpływ na rozgrywkę. A jest kilka momentów gdy osoby z drużyny mogą po prostu odejść... w ten czy inny sposób. Zatem trzeba nie tylko dbać o relacje z nimi, ale i rozsądnie wydawać punkty na umiejętności dla całej drużyny bo później nie ma okazji już tego "odkręcić" jak to było w dodatku do Dragon Age Origins. Jeśli chcemy mieć "healera" w ekipie, a nie gramy magiem, opcja jest tylko jedna. Ogólnie, jeśli gramy klasą walczącą to magów początkowo jest 3, potem zostaje 2, w tym jeden bez możliwości leczenia, jeśli gramy magiem, mamy ich 2 + naszego herosa. Jeśli to zaniedbamy, zostanie nam leczenie miksturami. Na plus grze muszę zaliczyć uczciwe podejście do kwestii otwierania zamków - może robić to tylko łotrzyk z odpowiednim sprytem (do aktu 2 wystarcza =20, potem podbijamy do 40) i nie ma już zamków nie do otwarcia, jak w poprzedniej grze. Do dyspozycji jest około 26 punktów do wydania (grę kończyłem na 24 poziomie i 2 księgi dające punkt na umiejętności) to nie jest tak dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że każda umiejętność czynna ma możliwość ulepszenia, co jest konieczne, a kosztuje kolejny punkt. Co do punktów na atrybuty, każdy poziom daje trzy, są też momenty w grze gdzie zgarniamy po parę dodatkowych, ale i tak ładujemy je w to co ważne dla danej klasy - łotrzyk spryt,zręczność , wojownik siła,kondycja, mag magia,siła woli i każda klasa kondycja i siła woli wedle uznania (ani za mało ani za dużo).
    Ogólnie warto jeszcze wspomnieć o systemie pozycjonowania przedmiotów w plecaku - rzeczy nieprzydatne od razu są klasyfikowane jako śmieci do sprzedaży, inne przedmioty dostają "gwiazdki" zależnie od tego jak przysłużą się danej postaci na danym poziomie, ale trzeba pamiętać, że inna postać może z nich bardziej skorzystać. Trochę to pomaga, chociaż nie działa idealnie, to jest to dobry system.
    O ścieżce dźwiękowej za wiele powiedzieć nie można, ot, przeciętne kawałki typowe dla tego typu produkcji. Nie są to epickie utwory czy wpadające w ucho tematy muzyczne jak np. z Morrowinda, ale jako tło sprawdzają się dobrze.
    Grafika zaś, chociaż nie powala na kolana, jest całkiem dobra. Na moim komputerze zdarzały się jednak zacinki, w paru cut-scenkach gdy postaci na ekranie komputera było za dużo. Nie jest to wina komputera, bo mam b.dobrą kartę graficzną i cztero-rdzeniowy procesor, a grałem na średnio wysokich detalach. Cóż, błędy w optymalizacji zdarzały się twórcom już poprzednio, gdzie musiałem obniżać detale w DA:O żeby nie spędzać 5 minut na ładowaniu obszaru tylko płynnie przechodzić między lokacjami. Kolejnym błędem, w sumie graficznym, jest niekonsekwencja w przedstawianiu qunari, w poprzedniej części Sten był olbrzymem o charakterystycznej fryzurze, tu mamy olbrzymy z rogami na łbie, białej skórze i tatuażach. Dowiadujemy się, że Sten to jednocześnie funkcja i imię danego stwora ze społeczności wyznawców Qun, zatem NPC z poprzedniej części nie był przypadkiem i powstała niekonsekwencja w serii. Nie podobało mi się też zmienianie wyglądu elfów, choćby powiększanie im oczu. Co do krasnoludów - cóż, twórcy gry i tak nie wahali się używać herezji typu krasnoludy bez brody, więc tu nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
    Podsumowując, jest to gra przyzwoita. Nie wybitna, ale dająca solidne godziny rozrywki, pod warunkiem, że zaakceptuje się jej wady. Polecam ludziom, którzy nie nastawiają się na hardkorowe RPG w starym stylu (liczba zaklęć jest tu o niebo mniejsza niż w starych dobrych grach z Forgotten Realms czy serii M&M) tylko na hack'n'slash. Polecam też osobom czekającym na zamknięcie trylogii Dragon Age, druga część może przełomowa nie jest, ale wprowadza parę małych rzeczy z fabuły jaka ma połączyć wszystkie gry serii, no i trochę smaczków się znajdzie (np. jak domyślenie się znaczenia "O" na podpisie listu przy queście z Quentinem). Minusem jest, że obojętne jaką stronę się wybierze, zakończenie jest właściwie takie samo, ale chyba w tej grze bardziej chodzi o historię jednego bohatera niż o całą resztę - Ferelden, Thedas, pomioty, Plagi etc. I jako taka, gra się sprawdza, mamy chwilę oddechu od działań globalnych. Trzeba tylko zaakceptować konwencję, przeboleć proces rejestracji gry (utrudnienie EA uderzające w zwykłych użytkowników, a nie piratów) i dostaniemy całkiem fajną grę. Z wszystkimi jej wadami i zaletami.
    Grywalność - 8
    Grafika - 7
    Muzyka - 6+
    Ocena: 7+
    Plusy
    - przyzwoita fabuła
    - starcza na kilkadziesiąt godzin
    - system pozycjonowania przedmiotów ("gwiazdki" i "śmieci")
    - sprawdza się jako pomost między DA:O a DA 3
    - jeśli przełknie się powtarzalność lokacji, potrafi wciągnąć
    Minusy
    - kilka autopowtórzeń zastosowanych przez twórców
    - słaby balans klas
    - proces rejestracji na serwerach wydawcy, mający swoje wady
    - lekko zacinała w niektórych cut-scenkach
    - słabe zróżnicowanie przedmiotów typu amulety, pierścienie, pasy
    - niektóre "drzewka" umiejętności zbędne
  4. Rorschach
    Abonament. Słowo w Polsce określające płatność za odbiorniki radiowe i telewizyjne. Zgodnie z ustawą, każdy zakupiony odbiornik, czy to radio czy telewizor, mamy obowiązek rejestrować. W dzisiejszych czasach oczywiście mało kto to robi czy w ogóle zdaje sobie z tego sprawę. I mimo, że płacenie abonamentu jest obowiązkowe, jeśli się nie płaci, jedynym sposobem by to udowodnić byłoby naoczne stwierdzenie, że dany obywatel w mieszkaniu odbiorniki ma, lecz nie uiszcza opłaty. Oczywiście, policja tego robić nie będzie, nawet policjanta możemy nie wpuścić do mieszkania, a co dopiero jakiegokolwiek innego urzędnika. Zalew reklam promujących płacenie abonamentu mamy już od dłuższego czasu, jakiś czas temu były to spoty znanych twarzy sugerujących korzyści z płacenia, a obecnie są to dwie wersje reklamy, z "Niemcem" i "Francuzką" sugerującą, że nie mamy się czym chlubić skoro jesteśmy w Europie na pierwszym miejscu pod względem nie płacenia. Dałem jednak narodowości w cudzysłów, bo są to oczywiście polscy aktorzy. I teraz chyba czas na zadanie sobie pytania, czy telewizja publiczna postępuje uczciwie wobec Polaków ? Odpowiem od razu - moim zdaniem NIE. Nie tylko starając się zmanipulować Polaków, że w Europie kogokolwiek obchodzi czy płacimy abonament czy nie - prawo do robienia spotów reklamowych mają, ale granice dobrego smaku przekroczone zostały już dawno.
    Bo o co idzie gra ? Oczywiście o pieniądze. Gdy kilka lat temu były projekty zlikwidowania opłaty abonamentowej, prezesi trzech telewizji - publicznej (wtedy Urbański), Polsatu (Solorz-Żak), TVN (Walter) rączka za rączkę chodzili do KRRiT i Sejmu czy Kancelarii Premiera, byleby tylko abonament został. Bo tort już jest podzielony. TVP dostaje wpływy z abonamentu i rezygnuje z reklam między filmami i programami, więcej reklamodawców zostaje dla grupy Polsat i grupy TVN, które czas antenowy mają i chętnie sprzedadzą. Tak więc likwidacja abonamentu, w przypadku gdy TVP ma najwięcej ośrodków nadawczych i największy zasięg, a także największą oglądalność (co działa dla reklamodawców jak magnes), uderzyłaby mocno w nadawców prywatnych. Ależ ilu ich mamy na rynku ? Pomyślmy... tych dostępnych bez sieci kablowych lub satelity ? Dwóch ! KRRiT zaś, mianowana z politycznego nadania dba już o to by tort był pokrojony tak jak jest i by żaden nowy "chętny" na kawałek, się nie pojawił. W sprawie odmowy dla nadawania na multipleksie dla TV Trwam interweniuje nawet Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która z religią często idzie przeciwnymi drogami. To tylko jeden z wielu przykładów. Ale to temat na inny wpis i znacznie, znacznie dłuższa historia.
    Wracając do abonamentu, ten para-podatek mógłby sugerować, że mamy jakikolwiek wpływ na to co TVP produkuje. To oczywiście fałsz. Telewizja publiczna chwali się pokazywaniem polskich sportowców, inwestowaniem w kulturę. Tylko dlaczego, nie mając anteny satelitarnej lub telewizji kablowej nie mogę odbierać TVP Sport, TVP Historia, TVP Kultura ? Dlaczego muszę oglądać szmatławe tasiemce telewizyjne, na dodatek pełne product placement ? Dlaczego TV nie puści ani jednego nowego filmu, tylko same odgrzewane kotlety i stare polskie seriale ? Dlaczego w sezonie wakacyjnym rezygnują z przedstawień teatru telewizji, skoro mogliby przypominać stare ? Dlaczego budżet na dubbing właściwie nie istnieje i wszystko leci z lektorem ? Dlaczego tyle fantastycznych filmów, programów, seriali, marnuje się na półkach w magazynach, zamiast zostać odświeżonymi i pokazanymi ? Zamiast tego dostaję np. skoki narciarskie, nawet bez Małysza, piłkarską reprezentację z głosem Szpakowskiego, chyba już na wieczność, transmisje z kolejnych gal na których miły pan X daje miłej pani Y złote kalesony, by na następnej gali, lub nawet tej samej, pani Y dała panu X złote szelki. Dostaję transmisje z festiwali opolskich gdzie podstarzałe gwiazdy polskiej estrady co roku grają to samo. Nad telewizją śniadaniową pastwić się nie będę, szczególnie, że TVN robi w ten sam deseń. Pojawiły się, odnośnie abonamentu, nowe propozycje pana Dworaka, szefa KRRiT, by był przymusowo ściągany, np. przy płaceniu rachunków za wodę, prąd czy gaz. Oczywiście, bez sprawdzania czy ktoś ma radio, ma telewizję. Argument - tv można obejrzeć nawet na komputerze, przez internet. A co, jeśli ja mam telewizor i oglądam tylko Polsat i TVN ? Ktoś mi to udowodni ? Albo nie oglądam wcale ? Dopóki TVP nie przejdzie na model pay-per-view lub model telewizji kablowych, ale wtedy oferując coś więcej niż kilka kanałów na krzyż, liczy się tylko zawarcie umowy kupna-sprzedaży na telewizor i opłacanie rachunków za prąd. Czy ktoś mi wyłączy reklamy gdy będę płacił np. 3 razy więcej za abonament ? Nie. Sorry, TVP, ale nie będę płacił za twoją siedzibę wielką prawie jak ZUS headquarter i kontrakty takich ludzi jak red. Lis, skrajnie tendencyjny i podobno zarabiający 100 tys. miesięcznie.
    Żeby ciągle nie marudzić - lubię obejrzeć film bez przerw reklamowych, bardzo lubię spektakle Teatru Telewizji, lubię reportaże o ludziach z innej kultury, ale mieszkających w Polsce - tego jednak jest za mało. I bardzo nie lubię ludzi mentalnie siedzących w PRL i przepisów korzeniami z komuny. I mogą sobie ludzie telewizji czy radia grzmieć, że bez abonamentu wiele z tego co robią, upadnie. Przykro mi, będę żałował tylko radia. Jestem za jakąś opłatą, ale tylko w przypadku gdyby miała sens, tymczasem sensu nie ma, bo i pluralizmu nie ma. Ciężko dostać częstotliwość radiową lub telewizyjną, każdy do kogoś należy (TOK FM - spółka Agora, dzwoni coś ? RMF FM - Polsat, Radio Zet - grupa ITI (TVN etc.) ) i wszystko obraca się wokół tych samych podmiotów. Wszyscy się poklepują po plecach i starają by wszystko zostało po staremu, a zyski były należycie obfite. Przejście na nadawanie cyfrowe w 2013 r. może coś zmienić, ale decyzja KRRiT w sprawie TV Trwam [wprawdzie nie oglądam, ale ta sprawa to symptom choroby układu medialnego] odmowna, bez podania argumentów, jasno pokazuje, że kółko wzajemnej adoracji jest zamknięte. Abonament ? Niech TVP te pieniądze zamiast na spoty wyda na coś lepszego, ja sobie kitu w uszy wcisnąć nie dam.
  5. Rorschach
    Widać zastój jak na dłoni. Nie wynikł on ani z temperatur przebijających magiczną granicę zera stopni w skali Celsjusza na tą mniej właściwą stronę, lecz z ogólnych wypadków losowych. Jednakże grudzień powinien obfitować w prezenty co całe społeczeństwo bardziej lub mniej ochoczo, podchwyca. Dziś więc uraczę was, drodzy czytelnicy, kilkoma przemyśleniami na temat istniejących ministerstw w naszym jakże wspaniałym mocarstwie. Pomysł na wpis wpadł mi nieco przypadkiem, bo czy ktoś z was zastanawia się nad tak banalną rzeczą jak nazwa ? Tymczasem, nazwa to rzecz równie istotna jak imię i nazwisko, określa bowiem coś, jeszcze zanim człowiek ma z daną rzeczą jakikolwiek kontakt. Nazwa to narzędzie marketingu, reklamy, propagandy. Przyjrzyjmy się obecnym ministerstwom. Mamy ich aż 18, w porównaniu do okresu międzywojennego - o 7 więcej, nie licząc "ministra" szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W okresie II RP liczba ministerstw była stała, jedynymi korektami przez 20 lat było połączenie ministerstw - reform rolnych i rolnictwa w jedno, oraz pracy i opieki społecznej, również w jeden twór administracyjny. Tymczasem ile zmian następowało w III RP ? Trudno zliczyć, a na dodatek większość z nich miała jedynie charakter kosmetyczny lub służyła by dać stanowiska kolejnym znajomym/dać iluzję reform lub "wymienić zderzaki". Nie twierdzę, że II RP była idealna, jednak trzeba się skupić na teraźniejszości bo ona dotyka bezpośrednio każdego.
    Ministerstwa II RP - spraw zagranicznych, spraw wewnętrznych, spraw wojskowych, sprawiedliwości, skarbu, przemysłu i handlu, rolnictwa i reform rolnych, komunikacji, poczt i telegrafów, wyznań religijnych i oświecenia publicznego, pracy i opieki społecznej.
    Ale miało być o nazwach, zatem przeanalizujmy sens obecnych nazw ministerstw, a wręcz sens ich istnienia (na szczęście np. ministerstwo spraw europejskich (?)* już nie istnieje)
    1. ministerstwo zdrowia. Co to jest zdrowie - ten się dowie kto cię stracił, można odpowiedzieć nawiązując do klasyki. Zatem czy ministerstwo zajmuje się zdrowiem ? Oczywiście, że nie. Zajmuje się pacjentami, szpitalami. Chorobami i urazami wszystkich rodzajów. Jaka nazwa pasowałaby bardziej ? Wg. mnie - ministerstwo opieki medycznej, ewentualnie ministerstwo spraw medycznych. Związanych z medycyną. Bo zdrowie ma to do siebie, że nim się nie trzeba zajmować.
    2. ministerstwo sprawiedliwości. Sądy, które w ponad 90% spraw o prawa rodzicielskie, orzekają przeciwko ojcom. Sądy, które pracują wolniej niż polska reprezentacja piłkarska pnie się w rankingach. Sądy, których wyroki czasami są kpiną w żywe oczy ludzi inteligentnych. Sądy, które "bezstronnie" wspierają dany światopogląd lub opcję polityczną, które nie potrafią rozliczyć ani własnej przeszłości ani innych. Przykłady można mnożyć. To nie jest ministerstwo sprawiedliwości, bardziej pasowałoby ministerstwo sądownictwa (szczególnie po rozdziale min. spraw. i prokuratury generalnej) lub ministerstwo prawa - prawo może być dobre lub złe w dalszym ciągu będąc prawem.
    3. ministerstwo obrony narodowej. Chyba nikt nie wierzy, że armia służy tylko do obrony. Interwencje zagraniczne podejmowane przez WP, w Iraku, Afganistanie, misje na Bałkanach czy Afryce to nie jest przecież obrona. Nie wspominając już o tym, że nasze siły zbrojne nie mogłyby obronić nawet województwa mazowieckiego, a co dopiero całej Polski. I to niestety jest smutna prawda, wskazując na stan naszych kadr, stan jakościowy i ilościowy wyposażenia, a także ilość wyszkolonych żołnierzy. Likwidacja poboru - dobry krok, cała reszta - obraz nędzy i rozpaczy. Zmiana nazwy na ministerstwo wojny (obronna czy zaczepna, wojna to wojna) lub ministerstwo spraw wojskowych lub ministerstwo sił zbrojnych
    Przyczepić się jeszcze mogę do idiotycznych członów nazw, typu : ministerstwo administracji i cyfryzacji. Taaak, czy ktoś uważa, że cyfryzacja w tej nazwie ma cel inny niż propaganda ? Jeśli zadaniem ministra jest stworzenie systemów informatycznych baz danych o obywatelach w danych dziedzinach - edukacji, opieki medycznej itd. to czy nie jest to zadanie administracyjne lub ewentualnie podpadające pod zakres obowiązków odpowiednich resortów ? Hmm ?
    Mógłbym kontynuować, ale zamiast tego zaproponuję takie połączenia resortów :
    -ministerstwo edukacji narodowej + ministerstwo kultury i dziedzictwa narodowego = ministerstwo spraw kulturalnych i oświatowych. Zadania się przeplatają, historia Polski związana jest zarówno z naszym dziedzictwem, kulturą jak i edukacją narodu i tworzeniem jego samoświadomości.
    -ministerstwo gospodarki + ministerstwo rozwoju regionalnego = ministerstwo gospodarki. Nie ma powodów by istniały dwa osobne resorty z których jeden ma ograniczone możliwości i działania a drugi teoretycznie ma wspierać rozwój polskiej gospodarki. Hmm, rozwój...
    -ministerstwo rolnictwa i rozwoju wsi + ministerstwo środowiska = ministerstwo rolnictwa. Czy ktoś w ogóle kojarzy jakąkolwiek inicjatywę ministra środowiska ? Może być z poprzednich rządów. Mnie na myśl przychodzi tylko przyjazd ministra by odwiedzić grupkę eko-wariatów przykutych do drzew w dolinie Rospudy oraz podróż obecnego ministra na szczyt ministrów środowiska Unii. Mieli gadać o limitach CO2. Right. Miażdżenie głupoty takich szczytów (ciekawe ile CO2 wyprodukowali lecąc samolotami oraz jadąc limuzynami na spotkania) to chyba kopanie leżącego. Sugeruję wypompować oceany i wypuścić je w kosmos, kto nie wierzy niech sprawdzi ile CO2 produkują wody na kuli ziemskiej. Obawiam się jednak, że nie ma szans by głupota co niektórych również wyleciała w przestrzeń kosmiczną.
    -ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego + ministerstwo pracy i polityki społecznej = ministerstwo nauki i polityki społecznej. Przyjmijmy ogólnikową nazwę "nauka", odrzućmy idiotyzmy o "pracy". Czy ministerstwo zajmuje się pracą w inny sposób niż dając pracę setkom urzędników ? Czy ktoś znalazł pracę satysfakcjonującą go, szukając w "pośredniaku" ? Jedna wielka ściema. Polityka społeczna to co innego, to już szczerość - głaskanie wyborców systemami rent i zasiłków. A czemu połączenie resortów ? Celem 'nauki' jest odbierać 'klientów' polityce społecznej, zmniejszać armię bezrobotnych, rozwijać przemysł, nowe technologie itd. Oczywiście wszystko się najlepiej rozwija bez interwencji państwa. Ale fuzją resortów przynajmniej uniknie się zbędnej wojenki między resortami i ustawi obydwa( już jako jeden) na odpowiedni kurs
    -ministerstwo administracji i cyfryzacji + minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej = dlaczego nie ministerstwo administracji i infrastruktury ? Czy już naprawdę do budowy każdego kilometra autostrady trzeba w Polsce wyznaczać nowych ministrów, nowe komisje, nowych urzędników ? ... Dobra, to było pytanie retoryczne.
    Resorty: finansów, spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych są jednymi z najważniejszych, jeśl nie wręcz najważniejsze, i ich zadania powinny być wykonywane bez przydzielania dodatkowych obowiązków. Ministerstwo skarbu państwa oraz ministerstwo sportu i turystyki (znów idiotyzm, promocja kraju dla turystów zza granicy to zadanie MSZ, promocja kraju dla obywateli może i powinna się odbywać przez samorządy) mogą zostać w takim kształcie jakim są ze względów praktycznych - zbyt małe by same przyjąć pod swe skrzydła jakiś resort, zbyt duże by zostać zlikwidowane a ich działania przeniesione.
    Być może w następnych wpisach bardziej rozwinę tematy polityczne, lub zacznę z dawna obiecywaną ekonomię (wybaczcie, gdy ktoś zajmuje się czymś na codzień, nie zawsze ma chęć znów do tego wracać, jednak obiecuję to naprawić !). Jak to przypomniał we wczorajszych Wiadomościach Robert Gwiazdowski - Milton Friedmann w 99 roku dawał strefie euro 10 lat. Swoje zdanie o eurostrefie oraz polityce gospodarczej Europy i Polski mam od dawna, by uniknąć posądzenia o koniunkturalizm należy je przedstawić teraz, a nie gdy wszystko runie. A teraz modlić się o to by skończyło się szczęśliwiej niż przewidujemy.
    * nieważne. Istotne jest pytanie o sens takiego czegoś w kontekście ilości departamentów MSZ a także, chociażby, min. rozwoju regionalnego niby odpowiadającego za rozdział środków z Brukseli
  6. Rorschach
    Co prawda początkowo miałem zamiar dodać wpis o wyborach i aktualnościach politycznych, ale uznałem iż bez wymieniania partii czy konkretnych osób, z uwagi na ciszę wyborczą, nie byłoby to już to samo. Dlatego mam nadzieję, że czytujących ten blog, wpisy o Pucharze Świata w rugby jeszcze nie znudziły Tydzień temu radziłem by wstać rano i obejrzeć spotkania ćwierćfinałowe. Sam zastosowałem się do swojej rady i na tapetę poszły mecze Anglii oraz Nowej Zelandii, mimo iż przeważająca większość typujących w ankiecie na stronie rugbypolska.pl, uznała iż ciekawsze będą mecze Irlandii z Walią oraz RPA z Australią, nie bez powodu.
    W sobotę dwa zespoły z Wysp Brytyjskich zagrały przeciwko sobie kolejny raz w tym roku, po pucharze 6 narodów. Faworytem byli Irlandczycy ze względu na wygranie grupy oraz zwycięstwo z mocną Australią. Jednak Walia zaskoczyła rywali i odniosła dość przekonywujące zwycięstwo 22-10. W drugim meczu, Anglicy ulegli niestety Francuzom... Rezultat 12-19 nie mówi dokładnie jak wyglądało to spotkanie. Pierwsza połowa w wykonaniu Anglii to była katastrofa, często mylili się podając do siebie nawzajem, upuszczali piłkę, nie zacieśniali defensywy. Francuzi zaś, atakowali z pasją i mądrze taktycznie co skończyło się wynikiem 16-0 po pierwszej połowie. Anglia była zdruzgotana. Druga połowa przyniosła niewielką poprawę, a gdy po przyłożeniu z podwyższeniem wynik uległ zmianie na 16-7, w serca kibiców wlało się trochę wiary. Jednak dalszy przebieg gry nie zmienił rezultatu, a drop goal i 3 punkty dla Kogutów, zapewnił im wygraną, której nie zagroziło nawet kolejne 5 punktów Anglii w końcówce. Szkoda, szkoda... Jednak potwierdziło się, że nie trzeba wygrywać wszystkiego w grupie, by w fazie pucharowej grać świetnie. Polacy mogą kibicować Francji w dalszej fazie, ze względu na dwóch Dymitrów - jednego o swojskim nazwisku Szarzewski, a drugiemu o pochodzeniu gruzińskim, nazwiskiem Yachvili
    W niedzielny poranek mieliśmy tego kolejne dowody... z małym wyjątkiem. Jedynym niepokonanym zespołem została Nowa Zelandia. Wcześniej jednak, RPA i Australia stworzyły niesamowite widowisko, żałuję, że obejrzałem tylko skrót. Obecni mistrzowie znaleźli się za burtą pucharu, mimo iż praktycznie cały mecz Wallabies bronili się desperacko, a RPA wygrywało większość elementów gry w rugby. Dramaturgię meczu dobrze podsumowuje sposób wygranej - Australia zapewniła sobie ją karnym, który porażkę jednym punktem przekuł w wygraną dwoma. Końcowy wynik to 11-9 dla Kangurów. I niech was nie zwiedzie początkowe prowadzenie Australii 8-0, losy wygranej ważyły się do końca. Nie brakło pomeczowych wypowiedzi, że było to spotkanie dwóch drużyn w pełni zasługujących na wygraną, o której przesądził "szczegół"
    Drugi mecz to Nowa Zelandia kontra Argentyna. Muszę pochwalić Pumy, nie tylko za dojście chwilowo na prowadzenie 7-6, ale także za ambicję i walkę. All Blacks bowiem, konsekwentnie realizowali założony plan taktyczny zdobywając większość swoich punktów z karnych ! Autorem punktów Piri Weepu, który etatowo wykonywał karne aż do zmiany w końcówce meczu. Dopiero gdy na koncie Nowej Zelandii było 18 punktów po 6 karnych trafionych, udało im się zdobyć przyłożenie. I ten mecz można podsumować zdaniem "robimy swoje, panowie" - Nowa Zelandia grała realizując plan, Argentyna występując z pozycji nie-faworyta chciała sprawić niespodziankę, jednak zabrakło sporo, a sama ambicja nie wystarczy. Końcowy rezultat 33-10.
    Kto wie, może w 2011 roku będziemy mieli powtórkę z 1987, czyli pierwszych rozegranych mistrzostw? Wtedy wygrała Nowa Zelandia, a 3 miejsce zajęła Walia. W tym roku, Walia osiągnęła swój drugi półfinał w historii... I jeśli szukacie kolejnej ekipy której warto kibicować, to są to Walijczycy, którzy przed Pucharem mieli zgrupowanie w Spale i bardzo sobie Polskę chwalili.
    Ja jednak trzymam kciuki za All Blacks
    Za tydzień półfinały : Walia vs Francja
    Australia vs Nowa Zelandia
    Chyba nie muszę mówić, jak ciekawie sie zapowiadają? No i to już niestety końcówka, ostatnie 4 mecze tegorocznego pucharu. Półfinały, mecz o 3 miejsce i finał. Następny Puchar dopiero za 4 lata w Anglii, więc nie czekajcie aż tyle. Zachęcam do śledzenia spotkań
  7. Rorschach
    Faza grupowa Pucharu Świata dobiegła końca. Dziś był ostatni dzień meczów grupowych, ale tak jak i wczorajszy, bardzo pracowity, szczególnie dla drużyn walczących jeszcze o awans do ćwierćfinałów. Walia starła się z Fidżi, które 4 lata temu nieoczekiwanie przyczyniło się do odpadnięcia Cymru z rozgrywek we Francji. Tym razem jednak niespodzianki nie było i wygrywając 66-0 Walijczycy zapewnili sobie grę w "ósemce" turnieju. Pewna gry w kolejnej fazie turnieju Argentyna ograła Gruzję 25-7, a w ostatnim z dzisiejszych meczy i chyba najciekawszym, Irlandia pokonała Włochów 36-16 i zapewniła sobie tą wygraną awans do ćwierćfinałów oraz zwycięstwo w grupie dające łatwiejszego rywala. Ja jednak wybrałem do obejrzenia z tego dnia spotkanie numer 2 - Nowa Zelandia przeciwko Kanadzie.
    Nie było to może najsmakowiciej zapowiadające się starcie, ale na pewno mogące przybliżyć do oceny, na ile stać gospodarzy w tym turnieju. Zaczęło się nieciekawie dla All Blacks, Kanadyjczyków nie przestraszyła tradycyjna Haka przed meczem i od pierwszego gwizdka ruszyli mocno do ataku. Szczególnie pracowici byli w młynie, spychając graczy Nowej Zelandii pod ich końcową linię boiska. Zbicie piłki po próbie wykopu zaowocowało przyznaniem karnego i już w 2 minucie meczu Kanada objęła prowadzenie 3-0. Były to jednak miłe złego początki, nie minęło wiele czasu gdy drużyna Kiwi weszła w swój naturalny rytm. Odzyskiwanie pola gry sprawiło, że All Blacks zaczęli próbować indywidualnych szarż na zdobycie przyłożenia, po jednej z takich sytuacji gdy obrona Kanady skoncentrowana była po prawej stronie boiska, świetny przerzut na lewą umożliwił, jak wykazały powtórki do których uciekł się sędzia, wykonanie przyłożenia. W 11 minucie kolejne wykonał Victor Vito, dla którego było to pierwsze przyłożenie w meczach międzynarodowych. Karny w 16 minucie wykonany przez Colina Slade'a przyniósł kolejne 3 punkty dla All Blacks. Po tym wydarzeniu do końca meczu obie drużyny zdobywały punkty tylko z przyłożeń, czasami z udanymi podwyższeniami. Szczególnie aktywny w pierwszej połowie był Zac Guildford, który najpierw świetnie ściągnął obrońców i lecąc na ziemię równie świetnie podał do Israela Dagga, by potem kolejne przyłożenie wykonać samemu po pechowej próbie zgaszenia piłki przez obrońcę Kanadyjskiego, gdy ścigał się o nią na własne pole punktowe, a próbując złapać, niefortunnie odbił. Ubezpieczajęcemu akcję Guildfordowi pozostało tylko jej dotknąć i przyłożenie zostało wykonane. Na uwagę zasługuje także idealne podanie kopnięciem, Sonny Billa Williamsa, do Muliainy, który rozegrał piłkę z Guldfordem i NZ zdobywa kolejne 5 punktów. Pierwsze 40 minut zakończyło się wynikiem 33-10 dla Nowej Zelandii, po tym gdy na sam koniec Kanada poderwała się i zdobyła przyłożenie z podwyższeniem.
    Drugą połowę znów lepiej zaczęli Kanadyjczycy, którzy tak jak na początku i końcu pierwszej, zdobyli punkty, tym razem z przyłożenia. Autorem tak jak i wcześniej, Connor Trainor. I gdy wydawało się, że Klonowe Liście mogą jeszcze zawalczyć i "dojść" NZ na kilka punktów, All Blacks zaczęli pokazywać swoją siłę. Dość powiedzieć, że po godzinie gry na tablicy wyników widniał rezultat 58-15 dla drużyny Kiwi. Wyróżniającymi się graczami byli na pewno Zac Guildford oraz Jerome Kaino, dla którego było to już 5 przyłożenie w czwartym meczu światowego czempionatu.
    Wynik końcowy - 79 do 15 dla Nowej Zelandii, mówi sam za siebie. Kanada jedzie do domu, chociaż walczyli dzielnie. Muszą na pewno popracować nad obroną, bo często gęsto zostawiali sporo miejsca dla sprintów graczy ataku rywala. Nowa Zelandia zaś, wygrywa grupę i zmierzy się z Argentyną, która w swojej grupie zajęła drugie miejsce.
    Statystyki meczowe: Nowa Zelandia - Kanada
    Posiadanie piłki - 54% do 46%
    Zajmowanie terytorium - 50% do 50%
    Przyłożenia - 12 do 2
    Podwyższenia - 8 (4 spudłowane) do 1
    Karne - 1 do 1
    Czyste przebicia linii obrony - 12 do 0
    Zwarcia z szarżującym przeciwnikiem - 70 (4 nieudane) do 117 (40 nieudanych)
    Zestaw par ćwierćfinałowych zapowiada się naprawdę interesująco:
    Irlandia - Walia
    Anglia - Francja
    Republika Południowej Afryki - Australia
    Nowa Zelandia - Argentyna
    Mecze już 8 i 9 października. Moje hasło? Gdziekolwiek się wybierasz w sobotę i niedzielę, zrób to po ćwierćfinałach =)
  8. Rorschach
    Kolejne spotkania, w drugim rozdaniu fazy grupowej, pomiędzy światową czołówką drużyn rugby union zaczęły się dziś z rana naszego czasu. Wybrałem mecz grupy B, w której tym razem odpoczywała Anglia, która swój mecz rozegra 18 września. Dla porządku trzeba jeszcze przytoczyć rezultaty innych dzisiejszych rywalizacji i można przejść do omówienia dania głównego. Samoa wygrało z Namibią 49-12, a Tonga przegrało z Kanadą 20-25, były to mecze odpowiednio, grup A i D. Daniem głównym jednak, i spotkaniem, które zapowiadało się najciekawiej, był mecz Szkocji z Gruzją. Naprzeciw siebie stanęli twardzi szkoccy górale, doświadczeni gracze należący do najlepszych drużyn świata, oraz równie twardzi mieszkańcy Kaukazu, którzy byli jednymi z faworytów w zakładach, która drużyna będzie "czarnym koniem" turnieju. Sam mecz rozpoczął się dość spokojnie, obie drużyny chciały się przedrzeć podaniami na małej przestrzeni i często dochodziło do zwarcia i utworzenia młyna. Nawet komentatorzy doceniali postawę Gruzji, ciesząc się, że drużyna z niższej dywizji rywalizuje na równi z ekipą światowej czołówki, co świadczy pozytywnie o poziomie i daje optymizm na ciekawy i emocjonujący Puchar Świata. Przy komentatorach będąc, zwrócili oni uwagę jeszcze na dwie rzeczy, klarującą się w trakcie meczu skłonność Gruzinów do zawężania pola gry oraz, już wybiegając fakty, w końcówce na formę Szkocji, która wg nich może mieć trudności w kolejnych meczach jeżeli nie poprawi gry, bo czekają ich cięzkie spotkania z Argentyną a potem Anglią. Pierwsze punkty w meczu zdobyła Gruzja, po karnym Meraba Kvirikashviliego w 17 minucie gry. Na uwagę zasługuje to, że popisał się ładnym strzałem z dużej odległości, zaskakując Szkotów, że udało mu się zdobyć punkty. Jak się później okazało, był on jedynym zawodnikiem punktującym dla Gruzinów dzisiejszego dnia. Ale o tym za chwilę. Bo oto Szkoci zaczęli grać uważniej i spychać rywali wgłąb ich strefy boiska. Etatowy strzelec karnych, Dan Parks, początkowo się pomylił, lecz już w 24 i 34 minucie spotkania był bezbłędny co wyprowadziło jego drużynę na prowadzenie 6-3. Gruzja w tym momencie nie umiała wypracować sobie dobrych sytuacji, ponieważ dzisiejszego dnia oba zespoły świetnie pracowały w defensywie, co trzeba podkreślić. Jedyne punkty padały z karnych i... no właśnie, ładna, kombinacyjna akcja i w 39 minucie Dan Parks zdobywa kolejne punkty z "drop goal-a" (strzału na bramkę po upuszczeniu piłki z rąk). Inaczej punktów się zdobywać nie dało, bo żadna drużyna nie zaliczyła przyłożenia, ani nawet nie miała okazji by się to udało. To świadczy o ich obronie i koncentracji gry w strefach gdzie aktualnie znajdowała się piłka. Pierwsza połowa zatem 9-3 dla Szkocji. Druga część gry zaczęła się podobnie jak pierwsza, tylko z jeszcze bardziej uszczelnioną obroną. Sędzia co jakiś czas używał gwizdka, odgwizdał parę spalonych, jednak przewaga w statystykach była po stronie Szkocji, posiadanie piłki też. 71 minuta i prowadzenie podwyższa Parks, 73 minuta i Kvirikashvili zmniejsza straty z karnego. W tym momencie przypomniane zostało spotkanie Gruzji z Irlandią sprzed 4 lat, gdzie też byli " do tyłu" ale na 4 punkty, nie sześć. Na dobrze taktycznie ustawioną Szkocję jednak to było za mało, i w 76 minucie Parks ustalił wynik karnym na 15-6 dla Szkotów.
    Statystyki : posiadanie piłki (w całym meczu) 51-49, terytorium boiska 59-41 , karne strzelane - 4, 3 trafione do 2, 2 trafionych. Drop Goals - 1 , 0 pudeł do 0, 2 pudła. Ogólna liczba karnych - 6 do 14 , zero żółtych i czerwonych kartek.
    Jak widać, przykładowe statystyki pokazują, że prawie wszędzie lekką przewagę mieli Szkoci. Mecz był niezły, typowo walki, a obu ekipom twardych górali życzę powodzenia w następnych meczach, które być może będę opisywał.
  9. Rorschach
    Google. Słowo które przez to co reprezentuje, zawładnęło życiem milionów osób na całym świecie. Postępuje zgodnie z biznesową strategią typowego molocha danej branży - gdy bestia się nasyciła w jednym sektorze, aby nie musieć sobie odgryzać nowo wyrosłych głów, rozszerza działalność na inne sektory, które są w miarę bliskie pierwotnemu rdzeniowi, choć później może się to zmienić.
    Uwaga, tekst zawiera wulgaryzmy. Dlaczego ? Oto oświadczenie autora jakie udało nam się zdobyć: "bo chcę i mogę", później usłyszeliśmy jeszcze : "a użyć w sumie, muszę"
    Pomijając jednak szereg miejsc gdzie gigant może inwestować i wydawać swoje miliardy, zajmijmy się przeglądarką, a konkretnie, trzema aspektami wyszukiwania.
    1. Usunięcie wyników wyszukiwania na życzenie danego podmiotu. Doświadczyłem tego w sumie raz, a później, gdy sprawdzałem, sytuacja wróciła do stanu poprzedniego (czyli po wpisaniu danej frazy, w wynikach wyszukiwania pojawiał się znów link do tego podmiotu. Nieważne o co chodziło, ważne co innego - po co ? Wpisanie dokładnego lub przybliżonego adresu daje rezultat w postaci konkretnego przekierowania. Na dodatek po jakimś czasie (kilka dni mniej więcej) sytuacja wróciła do normy, mimo iż faktyczny stan ani tego podmiotu, ani Google, nie zmienił się ani na jotę. Tym niemniej, jeżeli owe zgłoszenia mają skutek długotrwały w innych przypadkach, o których nie wiem, to minus dla wyszukiwarki
    2.Sortowanie wyników. O tej sprawie powiedziano już naprawdę wiele : o firmach zatrudniających ludzi by szykowali strony danej instytucji czy firmy tak, aby były wyżej wyszukiwane przez Google, o algorytmach wyszukiwania i sortowania wyników, o wszystkich działaniach podejmowanych by znaleźć się wyżej. Statystyki dla wyników z drugiej strony, na setki stron wyników, są miażdżące, tylko niewielki procent ludzi zagląda na drugą, trzecią stronę, a co dopiero dalej. Lwia część idzie na pierwsze strony. Prowadzi to oczywiście do spłycenia poziomu stron. Bo jaka jest szansa, że wpisanie kilku wyrazowej frazy da nam to czego oczekujemy ? Liczą się pojedyncze słowa, klucze, frazy-wytrychy. I jeszcze kwestia reklam. Opcja "szczęśliwy traf" - minus dla wyszukiwarki
    3.Cenzura niektórych słów. Wpisanie w wyszukiwarkę "kur wa" skutkuje wynikami, ale już wpisanie samego "kurw" nie powoduje nic - program czeka na naszą dalszą akcję, podczas gdy w przypadku tysięcy neutralnych wyrażeń, podpowiada najczęściej wyszukiwane lub pokazuje strony znalezione dla już wpisanego ciągu znaków. I to przy wyłączonym filtrze. Ok, rozumiem, że z komputera mogą korzystać osoby nieuprawnione do oglądania/czytania danych treści, ale czy w przypadku większości, nie spotkali się z tym wcześniej w filmach, słownictwie, kulturze, w życiu codziennym ? Albo czy program widząc iż wpisując dany ciąg znaków dążę do wyszukania tego a tego, nie mógłby chociaż podpowiedzieć najprostszych rzeczy, chociażby definicji encyklopedycznej danego wyrażenia ? Skoro jest na tyle "mądry" by cenzurować daną grupę słów wywodzącą się z danego wyrazu i wszelkie jego odmiany, to powinien być na tyle "mądry" iż przekroczywszy granicę za którą nie ma już wątpliwości o co chodzi (a na tej podstawie ocenia, wpisanie "kur" skutkuje np. linkiem do kurnika, wtedy wątpliwości nie ma, dopiero wpisanie "kurw" uruchamia dzwonek alarmowy) oczekuję danego efektu. Niby nic, a jednak minus dla wyszukiwarki.
    Wszystkiemu winien brak konkurencji, która realnie może zagrozić pozycji giganta. Czy to się zmieni w przyszłości ? Pewnie nie, ale są przecież inne wyszukiwarki, mimo iż oparte na podobne wzorce, np. netsprint, gooru, bing. Trzeba liczyć na to, że jak kiedyś monopol Internet Explorera upadł, tak i Google nie zawładnie naszym światem w całości. Bo inaczej zostanie nam tylko rysowanie takich rysuneczków i cicha obecność w głębinach systemu :
    (autorstwo nie moje)

  10. Rorschach
    Często-gęsto zastanawiałem się nad losami bohaterów najróżniejszych informacji i "niusów" podawanych przez gazety/telewizje/internetowe portale i strony. Jak wiadomo, człowiek lubi wiedzieć i na dodatek lubi gdy po danym wydarzeniu następuje dalszy ciąg. Między innymi stąd bierze się spora popularność wszelkiej maści seriali. A jak rzecz ma się w przypadku informacji ? Jeżeli informacja polegała na zachęceniu do niesienia komuś/czemuś pomocy (np. niepełnosprawnym, poszkodowanym w wypadkach i katastrofach etc.) to można się spodziewać dalszego ciągu. Ot, choćby z uspokojenia ludzi, że znalazły się "człowieki" o dobrych serduchach i przynajmniej częściowo świat stał się lepszy. Przodują w tym głównie Wiadomości TVP 1, ich główne wydanie, ostatnim przykładem sprawa strażaka, który dostał protezy nóg dzięki wpłatom ludzi, których uwagę przyciągnął materiał o jego niedoli. Jednak pozostaje jeszcze cały zestaw innych wiadomości - o katastrofach dotykających duże grupy ludzi, wiadomości politycznych, gospodarczych, społecznych i reszcie, które czasami zostają zawieszone w próżni. A ponieważ pamięć ludzka jest krótka, nikt nie sprawdza jakie znalazły rozwiązanie i co się ostatecznie stało. Czasami sprawa jest w toku, czasami jej rozstrzygnięcie zapadnie dopiero za dłuższy czas. Jednak serwisy informacyjne zwykłe to nie sport, gdzie jednorazowe podanie wyniku lub "niusa", wyczerpuje temat. Dlatego uważam, że powinniśmy sobie postawić pytanie, jako odbiorcy, czy dziennikarskim obowiązkiem nie powinno być poinformowanie o definitywnym, ostatecznym zakończeniu danej sprawy ? Nie mówię tu oczywiście o sprawach mających tok sądowy - postępowanie może trwać latami, odwlekać się itd. a zakończenie i tak będzie istotne tylko dla podsądnego/ych albo samo "wypłynie" jeśli sprawa dotyczy gospodarki lub polityki. Tymczasem jednak mamy wachlarz tematów, które wymagają końca. Sprawy europejskie, gospodarcze, ustaw i reform, czy też przede wszystkim sprawy międzynarodowe. Jeśli coś na nas wpływa, mamy prawo o tym wiedzieć - taka powinna być zasada. Ale niestety nie jest stosowana. Gazety, pisma, telewizje, internet, w udawaniu ( bo jest to fałszem, bez wątpienia) iż są bezstronne i obiektywne tracą poczucie jakiejkolwiek misji. Prowadzi to do spłycania przekazu, forsowania medialnej papki w głowy odbiorców, a następnie do możliwych manipulacji przekazem. Dziennikarz, obojętnie skąd by nie pochodził, nie może się bać sięgać głębiej, trzymać kogoś za słowo, patrzeć na ręce. Jeżeli mieszkańcy danego terenu domagają się budowy nowej drogi, szkoły etc. to powinien sprawdzać, czy rzeczywiście tak się dzieje. I nie bać się napisać czy powiedzieć, że jeśli są nieprawidłowości lub opóźnienia lub zastopowanie projektu to wina pana/pani z partii X,Y lub Z, urzędu takiego lub innego, samorządu tego lub tamtego, przedsiębiorstwa, fundacji czy innej organizacji albo grupy działającej w przestrzeni publicznej. Wybaczcie, że nie piszę przykładów takich informacji, ale świadom jestem iż pamięć ludzka niestety jest krótka, jednak wiem na pewno, że nie raz i nie dwa chciałem poznać dalszy ciąg danej sprawy. Być może wy, czytelnicy tego bloga, w komentarzach wspomożecie przykładami pamiętanymi przez was. Wiadomości finalizującej poprzednią, w osobnym serwisie informacyjnym, następnego dnia lub nawet za tydzień czy za miesiąc, ale jednak. Dłuższy horyzont czasowy nie ma sensu. Tymczasem przypomina to nieco politykę - jeśli coś się dzieje na początku kadencji lub w środku, to pikuś, bo wyborcy i tak zapomną do czasu wyborów. Nawet jeśli opozycja przypomni to i tak nie będzie to miało tej siły. Ponieważ ludzie się przyzwyczajają a boli ich to, co dotyka ich bezpośrednio, a nie tylko pośrednio i ogólnie. Miejsca w gazetach lub TV na takie "zakończenia" najważniejszych spraw na pewno nie zabraknie, ponieważ i tak często jest ono marnowane, na powiedzmy szczerze, bzdury. Przykładowo, końcowe informacje w głownym wydaniu Wiadomości to w 90 % są niepotrzebne - gdy sportowiec polski osiągnie sukces, to wystarczy dłuższy materiał w Sporcie, gdy zostanie opublikowany jakiś sondaż (np. typu "Polacy w czołówce europejskiej testów dla poziomu wiedzy gimnazjalnej" ) to kogo to obchodzi ? Nie trzeba długo się rozwodzić by udowodnić słabość większości sondaży i statystyk, zwłaszcza porównujących tak odległe jednostki jak osoby uczące się w zupełnie innych systemach edukacyjnych. Mam nadzieję, że choćby częściowo, dziennikarstwo się zmieni, ponieważ potrzebuje całej góry zmian.
  11. Rorschach
    Czemu robię akurat taki wpis ? Po pierwsze, z braku czasu, zjadanego przez zajęcia na studiach, nie piszę już jakiś czas mimo chęci trzymania się nakreślonego planu. Po drugie - jest to istotna informacja z punktu widzenia "old school" i wszystkich pamiętających przełom lat 90/00. Robię tu też darmową reklamę tej marce, ale czasami mogę zrobić wyjątek. Panie i panowie - soki Frugo wracają na rynek. Już jutro tj. 12 czerwca, na krakowskim rynku pojawi się premiera kampanii reklamowej, a w ciągu kilku tygodni na półki w sklepach w całej Polsce trafią butelki Frugo. Jak podaje obecny jego właściciel, a jest nim Foodcare, receptury zostały wiernie odtworzone a kapsle i butelki będą takie jak kiedyś. Zatem, no to Frugo ! (oby tylko ceny były rozsądne)
  12. Rorschach
    Obiecałem w poprzednim wpisie, że ten poświęcę na recenzję filmu "Prorok". Oto i ta recenzja. Dlaczego ten film ? Szczerze mówiąc, wahałem się co wybrać - czy "Carlos", biografię chyba najsłynniejszego terrorysty w dziejach, czy "Wschodnie obietnice", czy "Ostatniego króla Szkocji" lub może "Apocalypto". Rostrzał gatunkowy sięgał daleko, lecz postawiłem na "Proroka" . Film dostał Grand Prix w Cannes 2009, a z racji odbywającego się obecnie festiwalu A.D. 2011, warto przypomnieć ten obraz. Tytuł filmu kojarzy się z Islamem, z Mahometem i nie bez kozery. Głównym bohaterem jest Malik El Djebena, młody, dzięwiętnastoletni francuski Arab, który trafia do więzienia na 6 lat. Nie wiemy dokładnie za co siedzi - wspomniany jest napad z bronią, lecz istnieje też możliwość, że zostaje skazany niewinny - Malik sam zaprzecza jakoby zrobił coś złego. Cała akcja filmu rozgrywa się w przeciągu tych kilku lat jakie spędza w więzieniu. I to jest moim zdaniem dobry zabieg, gdyż pozwala skupić się na życiu skazanego, zamiast starać się przerzucić szybko ciężar akcji gdy bohater miałby układać życie na wolności. Malik jest analfabetą, nie umie czytać, nie umie pisać. Dopiero w więzieniu zaczyna się uczyć, a że jest inteligentny, zdaje nawet wymagane egzaminy dające mu średnie wykształcenie. Wątek rozwoju Malika, zarówno wewnętrznego, jego osobowości, jak też i wiedzy oraz obycia w świecie w jakim przyszło mu żyć jest ważną osią fabuły filmu. Tuż po przybyciu bowiem, nasz nieopierzony bohater, wpada pod skrzydła korsykańskiej mafii, jaka naprawdę rządzi za murami więzienia. El Djebena jest jak puste naczynie, w rozmowie ze strażnikiem wspomina, że nie ma rodziny ani nikogo. Jest sam na świecie, a założywszy, że nie popełnił przestępstwa o jakie jest oskarżany, nie ma również wsparcia gangu, na dodatek jest analfabetą. Co pobyt za kratami wypisze na tej kartce ? Przede wszystkim zmusi do odnalezienia własnego "ja" i własnej osobowości. Malik, aby dostać się pod skrzydła Korsykanów, musi zabić współwięźnia. Jest to propozycja z tych "nie do odrzucenia", więc chcąc nie chcąc, czyni to. W tym miejscu na chwilę się trzeba zatrzymać i wspomnieć o drugiej bardzo ważnej postaci w filmie - Cesare Lucianim, szefie Korsykanów wewnątrz więzienia. Właściwie całą recenzję powinienem oprzeć na skontrastowaniu tych dwóch postaci. Porównań, różnic i cech wspólnych tych dwóch, jest naprawdę mnóstwo co jest świadomym zabiegiem twórców filmu. Cesare jest stary, Malik młody. Luciani jest skazany na długoletni wyrok, Malik na kilka lat. Jeden wie, że nigdy nie wyjdzie z więzienia, drugi nie przejmuje się, tylko czeka na chwilę wolności. Obaj są inteligentni, jeden z nich jest starym wygą, drugi jego sługą, który jednak, jak się okazuje z czasem przerasta mistrza. Jest jeszcze i trzecia ważna postać, wszystkie pozostałe są tylko drugoplanowe, co jak sądzę, również twórcy świadomie zastosowali, a co wychodzi filmowi na dobre. Tą postacią jest Ryad, współwięzień Malika i również Arab. On oraz Luciani, będą kształtować to, jakim Malik się stanie gdy przekroczy bramę więzienia w drugą stronę. Ryad uczy bohatera pisać i czytać, pomaga w nauce i zdaniu egzaminów, Luciani pośrednio przyucza chłopaka do gangsterskiego rzemiosła, wprowadza go powoli w tajniki życia takich jak on sam - w więzieniu i poza nim. Resztę dopełnia naturalna inteligencja i zdolność nauki Malika, jego własne dążenie do bycia kimś. I tu po raz kolejny muszę się zatrzymać, gdyż nie jest moim celem w tej recenzji opowiadać całą fabułę, a uwierzcie, że mógłbym, ponieważ wszystkie, nawet pozornie nie znaczące zdarzenia, mają swój cel (jak na przykład sen Malika o jeleniach na drodze - zastanawiałem się skąd ta scena, a jakiś czas później, wyjaśniło się po co została umieszczona w filmie). Zatem kilka najważniejszych rzeczy : po zabiciu tego, kogo wskazali mu na początku odsiadki, Korsykanie, Malik rozmawia z nim we własnej głowie, niezależnie czy po dawce haszyszu, popularnego za kratami, czy "na trzeźwo". Druga ważna rzecz to fakt, że Malik jest człowiekiem z nikąd i nikt go nie uznaje w 100% za "swojego". Korsykanie go chronią, wykonuje dla nich zadania, ale wciąż jest Arabem. Dla społeczności arabskiej - jest Korsykaninem. Tymczasem okazuje się, że jest po prostu Malikiem El Djebeną, grającym na własny rachunek. Bo w miarę rozwoju akcji i rozwoju wewnętrznego bohatera, pnie się coraz wyżej... Trzeba też wspomnieć, że spora część akcji dzieje się na przepustkach, które dzięki pomocy Korsykanów otrzymuje, by robić dla nich interesy na zewnątrz. Jednak wykorzystuje je też by działać na swój rachunek i własny biznes kręcić. Wady ? Na pewno jest to film długi i nie każdemu może przypaść do gustu. Jako produkt kinematografii francuskiej, w delikatny sposób dotyka problemu podziału narodowościowego w społeczeństwie francuskim, jednak akcja dzieje się w takim środowisku, a nie innym, a wybór Araba na głównego bohatera był podyktowany względami fabularnymi. Tak jak teraz się zastanawiam nad wadami, i ciężko mi wiele ich znaleźć. A jednak ocenę wystawiam o 1,5 punktu niższą niż maksymalna. Może to po prostu takie subiektywne uczucie recenzenta ? Bardzo lubię kino gangsterskie, kryminalne dramaty, szczególnie tak nietypowo ujęte. Więc przejdę do zalet - długość filmu ma swój cel, ponieważ ciężko znaleźć sceny jakie mogłyby być wycięte bez strat na fabule. Aktorzy grają przekonywująco, szczególnie ten który niesie główny ciężar, czyli Tahar Rahim. Przemiana jego bohatera następuje powoli, z czasem, i pod wpływem wielu różnych czynników, co jest przekonywująco pokazane. Kolory są odpowiednie, nie za jasne ale i nie za ciemne, podkreślające moralną dwuznaczność bohatera oraz jego otoczenie, będące więzieniem lecz dla wybranych, nie takim złym miejscem jeśli chodzi o standard życia. Muzyka - nie wpadła mi w ucho i nie zapamiętałem ani jednego utworu, lecz w trakcie oglądania była odpowiednim tłem. Nigdy nie zastanawiałem się "kto wymyślił taki podkład muzyczny w tym momencie ? ". A czemu taki tytuł filmu ? Wizje Malika, jego narodowość, zetknięcie się z kulturą muzułmanów wewnątrz więzienia oraz to jak wyewoluowała jego osobowość. Nie będę zdradzał nic więcej by nie psuć przyjemności oglądania. Podsumowując - polecam, bardzo dobry film. Czemu dla widzów 18 + ? Cóż, "moment" jest jeden, ale zadecydowała scena z ciężarówką gdy Ryad i Malik jadą by... I trzy kropki żeby nie spoilerować. Ten film ma jedną ważną cechę dla mnie, jako odbiorcy filmów - końcową scenę domykającą idealnie całość fabuły. Kto zobaczy, ten zrozumie, że sposób w jaki główny bohater został nią opisany, pasuje tak jak powinien.
    Prorok (tytuł oryginalny : Un Prophete)
    Czas trwania : 143 minuty
    film koprodukcji francusko-włoskiej
    Główni aktorzy : Tahar Rahim - Malik El Djebena
    Niels Arestrup - César Luciani
    Adel Bencherif - Ryad
    Film dla widzów : 18 +
    Moja ocena : 8,5
  13. Rorschach
    Trochę kurzu się tu nazbierało... Zatem energicznie trzeba zrobić wiosenne porządki. Obiecywałem wiele ostatnim razem, wyszło nie tak jak planowałem, mea culpa. Teraz jednak będzie inaczej. Dlaczego ? Z prostego powodu, pisanie nowych wpisów pomoże mi w uporządkowaniu planu realizacji zadań z różnych zakresów i na regularne wprawki pisarskie... ale ten punkt niech na razie zostanie tajemnicą.
    Dzisiejszy temat - medale i pomniki. Aktualny ciągle, ze względu na panującą sytuację polityczną. Pomnik postawić może właściwie każdy, kto ma pieniądze. Oczywiście na prywatnej posesji. W przypadku przestrzeni publicznej sprawa ma się nieco inaczej. Jednak i tak postawić pomnik jest całkiem łatwo. Wystarczy choćby uchwała rady miasta i małe konsultacje społeczne. Łatwość stawiania pomników nie wpływa jednak na ich jakość, częstokroć przetarg wygrywa oferta nie najlepsza, ale przystająca do budżetu - co dobre, i nie naruszająca niczyich "uczuć" tak, że pomnik przypomina raczej skrzyżowanie kilku figur geometrycznych, tudzież zwykły kamienny obelisk z płytą - co złe. W innych krajach - bo nie wiem czy w Polsce też takie są - powstają pomniki psa, ziemniaka, ogórka... Najdziwniejsze pomysły na uhonorowanie czegoś, jakie lęgną się w ludzkich głowach. Powstaje jednak pytanie, czy naprawdę one coś uhonorowują ? Jak pomnik ziemniaka na Białorusi, zbudowany by docenić tamtejszy przemysł ziemniaczany i rolnictwo. Czy czołgi T-34 są pomnikami ? Albo wszelakie monumenty tworzone niegdyś ku czci żołnierzy z kraju Rad. Kontrowersje wzbudzał pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie, obecnie kontrowersje wzbudza stawianie pomników prezydentowi Kaczyńskiemu, a nawet bł. Janowi Pawłowi II, ze względu na nieprawdopodobnie dużą ich ilość. Moim zdaniem, to już przesada. Pomnik można zbudować, ale można i zburzyć jak to na szczęście uczyniono z "Leninami". Idea pomnika jest dopiero spełniona, a czyjaś pamięć zachowana, gdy staje się on nieodłącznym elementem krajobrazu. Zatem dochodzimy do wniosku, że musi być tylko jeden, by był oryginalny i wyjątkowy. Jeden pomnik Chopina w Warszawie, jeden pomnik Neptuna w Gdańsku, jeden pomnik Smoka Wawelskiego w Krakowie itd. Dlatego, jeśli chcemy zachować cześć i pamięć o kimś/czymś, budujmy pomniki, lecz zamiast czterech tańszych, jeden droższy, lecz lepszy. Nie znaczy większy, tylko bardziej dopracowany, pasujący otoczeniu, będący częścią krajobrazu, a nie potworkiem architektonicznym lub miejscem zbiórek młodzieży szkolnej. Żeby kiedyś, pewnego dnia, można było powiedzieć : "spotkajmy się pod pomnikiem XYZ" - i to wystarczy by wiedzieć gdzie.
    Medale. Przyznawane przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Może zacznę od końca - gdyby zostało mi przyznane jakiekolwiek odznaczenie, nie przyjąłbym go. Dlaczego ? Otóż, zamiast powodem do dumy i chwały, często są one jedynie słowami "cenimy cię, ale zamiast awansu/premii/podwyżki dostajesz kawałek metalu ze wstążką". Jednak nie tylko o to się rozchodzi. Istotnym problemem jest także towarzystwo jakie ten medal odebrało wcześniej, i odbierze później. Order Orła Białego, ustanowiony za czasów Augusta III Sasa, był sprzedawany komu popadnie, a za czasów Katarzyny II carycy Rosji, nadawany wszystkim jej... faworytom. Jednak i współcześnie można mieć wątpliwości. Panujące w Polsce podziały, wywodzące się jeszcze z opozycji PRL tylko podkreślają, że z kimś by się nie chciało identyfikować. Logiczne - albo z jedną stroną, albo z drugą, albo z obiema. Odmowa przyjęcia orderu, oprócz wymowy honorowej ("unoszę się honorem") jest także pewnym symbolicznym gestem sprzeciwu. Czasami po prostu wymierzonym w nadającego - czyli aktualnie urzędującego prezydenta.
    Jest jeszcze trzeci powód. Odznaczeń przyznawanych jest tyle, że tracą po prostu na prestiżu. Przypominają się czasy komunistyczne, gdzie w krajach bloku sowieckiego, wszyscy wojskowi i dygnitarze lubili się obwieszać setkami orderów, aż tworzyły mini-zbroję na mundurze. Podobnie od wieków postępują dyktatorzy wszelkiej maści i narodowości - przyznają sobie sami ordery i uwielbiają się w nich pokazywać. Od Ameryki pd., przez Afrykę aż po Azję. Czas zatem na garść statystyk jak to wygląda u nas, w Polsce :
    - w 1992 roku wydaliśmy na odznaczenia 300 tysięcy złotych
    - w 2002 już 3 miliony złotych
    - w 2010 była to kwota 10 milionów złotych, a szacuje się, że za rok 2011, czyli już z nowym prezydentem, będzie to 13 milionów złotych
    W latach 1992-2009 przyznano :
    Order Orła Białego 135 Order Odrodzenia Polski 28 379 Order Krzyża Wojskowego 64 Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej 5779 Krzyż Wojskowy 36
    Krzyż Zasługi za Dzielność 2384 Złoty Krzyż Zasługi 49 468 Srebrny Krzyż Zasługi 84 642 Brązowy Krzyż Zasługi 97 973 Wojskowy Krzyż Zasługi z Mieczami 108
    Wojskowy Krzyż Zasługi 216 Morski Krzyż Zasługi 26 Lotniczy Krzyż Zasługi 61 Medal za Ofiarność i Odwagę 2349 Medal za Długoletnią Służbę (złoty, srebrny, brązowy) 31 471
    Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie 772 044 Gwiazda Iraku 3803 Gwiazda Afganistanu 1015
    Łącznie nadano 1 120 785
    Produkcja najtańszego polskiego medalu kosztuje około 300 zł.
    Do tego dojdą jeszcze : Gwiazda Konga, Gwiazda Morza Śródziemnego, Gwiazda Czadu
    W następnych odcinkach : - recenzja filmu Prorok(Un Prophete). Jeżeli przeczytacie, spodoba się (lub nie) lub też chcecie do recenzji inny gatunek filmowy - piszcie
    - recenzja wybranego przeze mnie komiksu - lub jak wyżej, piszcie propozycje, jeśli czytałem i znam, omówię i ocenię
    - od dawna zapowiadane omówienie programu radiostacji nocnych
    - '???'
  14. Rorschach
    Miało być o radiu, prawda, lecz szczerze mówiąc, nie miałem kiedy zebrać materiałów źródłowych. Ale, ale, nic straconego. Trochę się statystyki łyknęło w życiu, a to podpowiada mi by przyjąć stały moment badania. Zatem, skoro dla dobra ludzkości , a przede wszystkim tej części która marnuje poświęca swój czas na czytanie mego bloga, obiecałem recenzje nocnych programów radiowych, tak właśnie będzie. Weekendy sprzyjają zarywaniu nocy. Tak przynajmniej mówią... czyż nie ? Zatem co tydzień nowy wpis o kolejnej stacji radiowej. Od razu macie, szanowni czytelnicy i czytelniczki, zapowiedź rozpoczęcia regularnego pisania ! (Fanfary) A dziś ? Na dobry początek, mały ranking fajnych zwierząt z seriali/filmów. Miłej lektury.
    1. Pomarańczowy kot. Nie jest to, wbrew pozorom, jego imię, gdyż nie zostaje, o ile mi wiadomo, nazwany. Występuje w serialu "Zdarzyło się jutro" i pełni niebagatelną rolę dostarczyciela jutrzejszej gazety. Dziś. Albo jutro. Każdego dnia, w każdym razie. Tym sposobem czyni "szczęśliwca" jej niewolnikiem. Gdyby nie to, że dostaje ją człowiek dobry i uczciwy, by czynić dobro i uczciwość, podejrzewałbym, że kot jest inkarnacją jakiegoś kociego demona. Nie dość, że ma 9 żyć, to jeszcze to jedno mu się nie kończy. Ale i tak bym chciał go mieć. Nawet bez gazety. + 10 do "świetności" i ląduje na 4 łapach na pierwszej pozycji w rankingu
    2. Aligator Elvis. Czy coś o takim imieniu może nie być "królem" ? Aligator należy do detektywa James'a "Sonny'ego" Crocketta z serialu "Miami Vice" i już to mu daje handicap. Poza tym pilnuje świetnie łodzi, zżera kilogramy ryb i świetnie nadaje się do straszenia odwiedzających gości. Szkoda tylko, że sceny z jego udziałem były tak rzadkie. Ech, te cięcia budżetowe...
    3. ALF. Właściwie nie wiadomo, czy powinien tu być, chyba, że rozszerzymy znacznie granice pojęcia 'zwierzę'. Może nawet poza granice naszego układu słonecznego. Niewątpliwie wyróżnia się miłością do jedzenia kotów, co przysparza mu od razu fanów z Azji, jednak kłóci się z punktem nr 1. Tym niemniej, za ogromny nochal, ogromny humor i stworzenie podwalin pod pojęcie "ale jesteś odjechany jak kosmita", miejsce w rankingu mu się należy.
    4. Szczur Artur. Czwarto...e, piąto... szóstoplanowy bohater serialu "Robin z Sherwood". Należał do więźnia trwale siedzącego w lochu szeryfa. Czy to trwale brało się z szaleństwa czy z niechęci właściciela do opuszczania naturalnego środowiska pupila, zostawmy do osądu historykom. Plus, za bycie wiernym towarzyszem rozmów, nawet w 'ciemnicy'
    5. Robale Grissoma. Fakt, martwe lub, jak niektórzy mogliby rzec, nie do końca żywe, ale ile zagadek kryminalnych pomogły rozwikłać ? CSI Las Vegas, bez tych małych, dziwnych stworzonek różnorakich gatunków, nie byłoby tym samym miejscem. W razie klęski głodu mogą służyć za pożywny przysmak. Jak widać, miejsce jest zasłużone.
    6. Pingwiny(Skipper, Kowalski, Szeregowy, Rico). "Pingwiny z Madagaskaru". I właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie. Szalone, sprytne, nieprzewidywalne, o wojskowych umysłach, lecz elastycznych... Mógłbym długo wymieniać. W praktyce rządzą zoo, choć w teorii dają się wykorzystywać jako pomoc w sytuacjach beznadziejnych, czyli takich jakie przytrafiają się codziennie niektórym typom ludzi zwierząt. Tak czy inaczej, świat bez nich byłby bardziej ponury i na pewno mniej uporządkowany. A może bardziej ? Hmm. Przy okazji wspomnę o królu Julianie i szympansach - nie można o nich zapomnieć pisząc ten podpunkt
    7. Pies Rowdy. Serial "Scrubs". Biedaczysko musiał znosić wygłupy JD i Turka, przez wszystkie sezony serialu. Trzeba jednak przyznać, że od czasu do czasu dostał co nieco do jedzenia i picia, a nawet wyszedł na spacer... Jednak były też mniej przyjemne epizody jak porwanie z podmianą jednego psa na drugiego. No i służyć za wieszak do bielizny nie mrugnąwszy nawet okiem - trzeba mieć nerwy ze stali. Jak na wypchanego psa, oczywiście.
    8. Tornado. Bycie koniem Zorro już jest gwarancją zaistnienia w rankingach na najfajniejsze okazy fauny, a dodajmy do tego jeszcze doskonałe umiejętności bojowe. Czarna sierść zawsze elegancka, niepokorny charakter, duże przyśpieszenie, szybkość, również na zakrętach. Czy nie o tym każdy marzy ? Nie wspominając o ładowności i lojalności, by nosić Zorro w pełnym umundurowaniu wszędzie tam gdzie był potrzebny. Lub też nie.
    To be continued
  15. Rorschach
    Słuchanie radia nocą to niepowtarzalne przeżycie. Jakiekolwiek kierują człowiekiem pobudki, można je odbierać zupełnie inaczej niż te w dzień. Oczywiście, przy zgaszonym świetle. Dla kogoś może to być kwestia legendarnych opowieści o wyostrzaniu się jednego zmysłu gdy wyłączamy któryś z pozostałych. O ile opowieści o mocach przypisanych komiksowym superbohaterom to bajki, o tyle prawdą jest, że gdy tak siedzimy/leżymy nocą przy odbiorniku radiowym, bardziej skupiamy się na tym co słyszymy, a wyobraźnia mocniej pracuje. Część osób sympatii do takiego sposobu słuchania radia może szukać w samej niejako mistycznej otoczki nocy, jako czasu gdy mogą się dziać rzeczy niezwykłe, a na pewno niezwykłe można usłyszeć - wszelkie opowieści niesamowite siłą rzeczy potrzebują okrycia nocy... Inną zaletą nocnego słuchania jest kompletnie inny program audycji oraz zupełnie inna muzyka. Można oczywiście analizować każdą ze stacji radiowych z osobna, jednak to materiał na dłuższe przemyślenia, wystarczy powiedzieć, że jeżeli dana stacja nie puszcza powtórek programów reportersko-publicystycznych z dnia minionego, zazwyczaj mikrofon przejmują osoby puszczające sety muzyki klubowej, hip-hopu, reggae lub...folku. I to moim zdaniem największa zaleta, muzyka non-stop. Zero zbędnego gadania, które jest wręcz niezbędne w ciągu dnia. Jest i wada nocnego słuchania - jeżeli puszczają muzykę z playlisty, często zdarza się, że mieszają zagraniczne piosenki z polskimi, hip hop z popem, zupełnie bez używania jakiegoś klucza. A, nie wspomniałem też o odbiorze nocnego słuchania latem i odbiorze zimą - a zapewne sami wiecie, że to również ma znaczenie przy ocenie. Do tego dochodzą również słuchowiska - pamiętam czytanie fragmentami "Wiedźmina" ładnych kilka lat temu, latem, około północy - odbiór czegoś takiego nocą jest podwójnie pozytywny. Kończę ten wpis zachętą, byście i wy spróbowali posłuchać dłużej radia nocą, oczywiście dobrej stacji radiowej, i przekonali się sami. Oczywiście, jest wiele rzeczy jakie można robić nocą, ba ! sporo osób żyje w trybie nocnym, choćby taksówkarze, dyżurni ratownicy medyczni i mnóstwo innych zawodów. Ale nocne radio jest nie tylko dla nich, ale dla wszystkich. I nawet jeśli nie mamy takiego bogactwa stacji radiowych jak w USA, to warto znaleźć coś interesującego dla siebie. Może właśnie w radiu nocą.
    PS. Jeśli chcecie szerszych omówień, recenzji danych programów/audycji czy stacji radiowych, dajcie znać w komentarzach
  16. Rorschach
    Zastanawiacie się zapewne, dlaczego pozbawiłem świat tych jakże ciekawych, pouczających i wartościowych, blogowych wpisów. Otóż, przyczyny są proste, kompletne lenistwo przed-w trakcie-poświąteczne-przednoworoczne. Dziś, w te ostatnie godziny roku 2010, nadrabiam to. Choć w niektórych miejscach na świecie rok 2011 już nadszedł. Nie będę robił żadnych podsumowań, żadnych rankingów, ani żadnych postanowień na Nowy Rok. Złożę za to wszystkim wam, życzenia spełnienia marzeń, choć kilku, osiągnięcia choć paru sukcesów, zdrowia, pomyślności, kolejnej porcji wiedzy, bo ona nam wszystkim potrzebna, i czynienia swego życia dobrym dla siebie i dla innych. Generalnie wszystkiego najlepszego. Hmm a oprócz tego, chciałem się zastanowić nad relacją między poboczną linią gry, a osią fabuły. Ile to gier człowiek nie kończy z "achievementami" na 100 %, ponieważ liczy się tylko poznanie fabuły ? Nie jestem hardkorowym graczem, nie jestem też "niedzielniakiem", ale nie przechodzę gry na super-ekstra-hard, ani nie zbieram wszystkich punktów/bonusów/znajdek. Ale twórca powinien mnie do tego zachęcać. Czasami właśnie daje możliwość ukończenia na 100% dopiero po przejściu gry na poziomie 'normal' by przejść ją na wyższym. Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo każdy z was, graczy, zapewne wie jak takie zabiegi wyglądają. Nie dzielę także tego tekstu na gatunki gier. Napiszę ze swojego punktu widzenia. Porównując takie gry, bądź co bądź, akcji, jak GTA i Total Overdose, porównujemy niebo i ziemię. Jednak mnie osobiście żadna z nich nie skłoniła by zebrać wszystkie paczki, punkty, zadymy czy skoki. Dlaczego, skoro GTA jest jedną z serii, jakie bardzo lubię ? Z mojego punktu widzenia, brak jest motywacji odpowiedniej do podejmowania działań nie związanych z głównym wątkiem opowieści. A gdy gra zasadza się na szczątkowej fabule, lub jej braku, paradoksalnie jest łatwiej o "nabijanie" rekordów i śrubowanie wyników. Skupiając się jednak na grach akcji, zręcznościowych, shooterach - rozwiązaniem jest skupienie się na tzw. materiałach reżyserskich, fotosach,filmikach, rzeczach związanych z fabułą lub historią bohatera/ów lub tworzenia gry. Dla samych lepszych "mocy", broni, większej ilości punktów, ja jako gracz, gry przechodził nie będę. Nie wspominając już o tym, że w obecnych czasach grę można skończyć w kilkanaście godzin a takie zabiegi jak sztuczne odblokowywanie poziomów trudności czy dodatków, nieuczciwie przedłużają grę. I może to marzenia ściętej głowy, jednak nawet w czasach DLC i krótkich kampanii w grach, chciałbym gier dłuższych lub oferujących poważną ofertę mającą mnie przykuć do monitora na kolejne godziny, po poznaniu głównej linii fabularnej i ewentualnych pobocznych. Kończę wpis życzeniami do siego roku ! Dla wszystkich, nie tylko graczy
  17. Rorschach
    Dziś oglądając tv zaciekawiła mnie pewna mała linijka w ankiecie. Ankieta dotyczyła wyborów prezydenckich na Białorusi, a przeprowadzona była oczywiście wśród obywateli tego kraju z prawem wyborczym. Wybory trwają już od wtorku - od tego dnia aż do niedzielnych wyborów można głosować przedterminowo. Mniejsza o wyniki sondażu, jeśli ktoś oglądał jakiś serwis informacyjny, na pewno kojarzy. Mniejsza również o samego Alaksandra Łukaszenkę, głównego kandydata do zwycięstwa - to temat na szerszą dyskusję, ale gość nie potrzebuje oszustw wyborczych żeby zwyciężać, ponieważ wbrew temu co sugerują polskie i zachodnie media, wciąż ma poparcie ponad 50 % wyborców. W samej ankiecie zaciekawiła mnie za to jedna linijka, możliwa do wybrania, oprócz kilkunastu startujących na fotel prezydencki i tradycyjnej odpowiedzi "nie wiem", była jeszcze odpowiedź "przeciw wszystkim". O, jakże ciekawa to sprawa takie małe coś. Ponad 5 % osób wybrało właśnie tę odpowiedź. A czemu nie stosuje się jej w innych ankietach i kwestionariuszach ? W Polsce szczególnie. Można sobie wyobrazić jak interesujące spostrzeżenia i wnioski mogłyby się nasuwać po kolejnych przepytywaniach ludzi w najróżniejszych sprawach. Jesteś za czy przeciw karze śmierci ? - Przeciw wszystkim. Za jaką partią polityczną głosujesz ? - Przeciw wszystkim. Czy popierasz prywatyzację służby zdrowia ? - Przeciw wszystkim. Jak sądzisz, czy Polska zajdzie wysoko na EURO 2012 ? - Przeciw wszystkim. Z czego to się bierze ? Z przekory, głupoty, zmęczenia całą rzeczywistością ? Na pewno wiele osób zaznaczałoby tą opcję z przekonania a nie od niechcenia, jak to robią z opcją 'nie wiem'. Czy to jest jakiś ratunek dla zupełnie niemiarodajnych sondaży fałszujących obraz rzeczywistości ? Myślę, że tak. Wbrew pozorom, to tylko z wierzchu przypomina liberum veto, bardziej jest jak żółta kartka ostrzegawcza i dla instytucji prowadzącej badania opinii i dla osób bezpośrednio zainteresowanych wynikami sondażu. Byłbym za wprowadzeniem czegoś więcej ponad standardy, do każdego sondażu, tak, aby człowiek mógł wyrazić swoje zdanie dokładnie takie jakie jest, a nie używać opcji 'nie wiem'. W innym przypadku, będziemy skazani na sondaże kłamiące w żywe oczy lub manipulujące zdaniem tłumu. Czy to musi być "przeciw wszystkim" ? Na pewno by się przydało, ale oprócz tego zależnie od ankiety, inne odpowiedzi. Im mniejsza liczba odpowiedzi, tym bardziej krzywy obraz, gdyż człowiek zmuszony do odpowiadania wybiera z musu, a nie to co naprawdę chce. A być może chce "przeciw wszystkim i wszystkiemu"
    *tytuł wpisu zapożyczyłem z jednego z tomów Funky Kovala, o którym na 100 % napiszę, albo założę temat na FA, m.in. dlatego piszę 'część I'
  18. Rorschach
    Jak łatwo można zauważyć, sonda jest poświęcona muzyce ze stacji radiowych. Oczywiście, ta muzyka się pojawia w naszych radioodbiornikach, jednak przemieszana innymi wynalazkami muzycznej myśli człowieka. Stąd moje pytanie w sondzie, czy chcielibyście więcej stacji radiowych, konkretnie, dedykowanych określonemu gatunkowi muzycznemu. Inspiracją dla tego wpisu jest zjawisko jakie jest obecne się na naszym dość skostniałym, rynku radiowym. Mianowicie - pojawiły się już jakiś czas temu stacje dedykowane, takie jak RMF Classic lub Eska Rock, Radio Złote Przeboje, a nawet Tok FM - z założenia prezentujące jeden profil słuchaczowi. Można mówić, że są to odgałęzienia od innych graczy na rynku, lub kopie czegoś co było wcześniej (np. 2 Programu PR) ale tym zajmę się w osobnym wpisie. W tym, chciałbym poznać wasze zdanie i przedyskutować wady i zalety tego rozwiązania. Przede wszystkim, słuchacz mniej więcej wie czego się spodziewać i jest spore prawdopodobieństwo utrafienia w gust muzyczny. Nie trzeba wysłuchiwać utworów popowych, a piosenka Dody czy Gosi Andrzejewicz (bez urazy, to tylko przykłady) nie będzie się przeplatać z utworem The Clash, Johnny'ego Casha, Depeche Mode czy Muse, lub jakiegokolwiek innego zespołu/wykonawcy, prezentującego sobą zupełnie odmienny poziom niż popowi artyści. Kolejną zaletą jest możliwość poświęcenia tego czasu antenowego, zamiast na utwór *sprawdza w google co jest trendy* Lady Gagi, na utwór kogoś, kto by się w innym przypadku nigdy nie pojawił na antenie, lub jeśli pojawił, to w jakimś "hicie" pomijającym inny, często lepszy, jego dorobek. Czy współcześnie jest na coś takiego miejsce ? Oczywiście, rynek ma swoje prawa i reklamy etc. muszą się pojawiać, ale czy jest zapotrzebowanie na coś odmiennego niż obecna rzeczywistość ? A może internet w zupełności wykluczył już taką opcję, przez niezliczone radia internetowe, serwisy udostępniające muzykę do słuchania, youtube itp. A może kameralne radio, w stylu systemu jaki panuje w USA, miałoby w Polsce rację bytu ? Zapraszam do komentarzy, do ankiety, do szukania wad i zalet
    PS. Zgłaszajcie też swoje propozycje, w ankiecie są pojedyncze gatunki, lub zebrane po parę, ale może miksy gatunków - wybranych i tylko takich - byłyby ciekawsze ? Piszcie.
    Muzyki klasycznej w ankiecie nie umieszczam, gdyż istnieją już stacje ją grające - RMF Classic i 2 Program Polskiego Radia
  19. Rorschach
    Zmiany na stronie głównej CDA sprawiają, że trudniej jest zauważyć nowe blogowe wpisy, ale to daje większe pole manewru do pisania głupot. Co większość osób i tak czyni. Traktując blog jak "tłiterek" lub "fejsbuczek". Postanowiłem z tego skorzystać i ja, z premedytacją, w myśl zasady, że każdy pomnik nie obędzie się bez jakiejś bliżej niezidentyfikowanej zaprawy, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (101 % i rosnące ! wedle badań instytutu imienia psa Reksia [pozdrawiamy !]) sama w sobie może wstać i krzyknąć "ja żyję" a w połączeniu z dużą dozą bezsensu i 3 razy mniejszą, rzeczowych wpisów na ciekawe tematy, stworzyć dzieło niezapomniane. Zapomniałbym dodać, że muszę przyciągnąć w to mroczne miejsce (kosmos nie jest kolorowy... a jego odległe rubieże, tym bardziej) nowe rzesze wyznawców. A czym lepiej to zrobić niż stekiem obietnic i gładką gadką akwizytora ? Otóż, zapowiadam, całkiem poważnie, że mam minimum 3 pomysły na ciekawe wpisy i nie zawaham się ich zrealizować ! Ponadto, w następnym odcinku pojawi się premierowa ankieta, dlatego szczególnie zachęcam was abyście rozpowiedzieli o niej znajomym i rodzinie i tłumnie uczestniczyli w kolejnym rzeczowym blogowym wpisie. Tematu jeszcze nie zdradzę. Ale oto garść przecieków : Ciśnie mi się na klawiaturę jednak przez cały czas [to dosyć długo, bo czy ktoś widział go w całości ? Albo chociaż w jednej czwartej ?] chęć napisania o pewnym komiksie bes sęsu... Bez sensu. Dokładnie - Bez Sensu, z dużej litery, gdyż był to obiekt tak zaciekłych poszukiwań, że śmiało móglby się dorobić własnej osobowości directly from Discworld T. Pratchetta. Kto zna, kojarzy tytuł, kto nie zna, odsyłam do jednego z kolejnych wpisów. No i nieśmiertelny Groucho Marx, w roli asystenta pewnego detektywa mroku. Przez jakiś czas był obecny w awatarze Ramzesa XIII - oby się zrewanżował za tą reklamę, i komiks z którego ta postać jest zaczerpnięta, mimo tematu na FA - doczeka się omówienia. Kiedy pojawią się analizy ekonomiczne ? Kiedy mi się będzie chciało - brzmi właściwa odpowiedź, ale jak każdy dobry zły dyktator, nadstawię uszu na głos ludu więc możecie nadsyłać propozycje tematów na adres : Forumowo Górne, ul. Bezładu i Składu 997 kot pocztowy - prosi o nie niepokojenie go. Dla tych co wciąż świdrują mnie wzrokiem i dopytują o ten dział, ekonomiczny, odpowiadam, że w najbliższej przyszłości zrealizuję jeden wpis na aktualny ekonomicznie temat. Pierwszeństwo mają jednak te powyżej. Cóż dodać ? Czytajta, przeglądajta i dodawajta do ulubionych - mówię serio, tłumne wypełnianie ankiety jest bardzo wskazane, a obietnice ? Macie je biało na ciemnoszarym - zrealizuję. Nie macie ? To na co czekacie ? Zmieniajcie na taki układ jaki ja mam... See Ya in next episode
  20. Rorschach
    Jak wspominałem na koniec poprzedniego wpisu, w tym, podzielę się z wami pozytywnym przykładem czucia polskości i bycia Polakami, przez ludzi którzy mieli inną kulturę i pochodzenie narodowościowe. Słowo o polskich Tatarach. Z tej też okazji premiera - pierwsze zdjęcia na mym blogu. Wybaczcie, że nie robiłem ich osobiście, ale przy następnej relacji z Gdańska, zamierzam to poprawić.
    Pomnik Tatara RP w parku w dzielnicy Gdańska, Orunia. Nieprzypadkowo się tam znalazł, gdyż w tej dzielnicy mieści się również Narodowe Centrum Kultury Tatarów.
    Większość ludzi o związki z Polską bardziej posądza Kozaków Ukraińskich, Tatarów utożsamiając z najazdami jeszcze z XIII wieku (vide bitwa pod Legnicą 1241) lub z pomaganiem wojskom tureckim w XVII wiecznych najazdach na Polskę. Warto jednak obalić część mitów i ukazać inne oblicze ludzi pochodzenia tatarskiego, ludzi, którzy swe życie związali z naszym krajem i od wieków mu służyli z prawdziwym patriotyzmem. Zaczęli się oni osiedlać na ziemiach litewskich już w XIV w. a na ziemiach polskich - XVII. Najczęściej byli to uchodźcy polityczni lub jeńcy, szczególnie z wypraw brata stryjecznego Władysława Jagiełły - Witolda Kiejstutowicza, na Krym i Złotą Ordę. Brali oni również w bitwie pod Grunwaldem, a także w wojnie z Krzyżakami, w 1414 roku. Ich obowiązkiem, w zamian za prawo do osadnictwa, była służba wojskowa, a otrzymywane przez tatarskich hospodarów przywileje, umożliwiły im zachowanie pewnej autonomii, przetrwanie religii. Niektóre rody otrzymywały przywileje szlacheckie i własne herby, inni Tatarzy trudnili się rolnictwem, istniała również grupa Tatarów miejskich. Ich pozycję zauważali władcy polscy, tacy jak Zygmunt August, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, czy Władysław IV Waza. Część z nich, szczególnie w miastach, uległa wpływom białoruskim, część tureckim, ale zdecydowana większość wraz z upływem czasu się polonizowała. W granicach Rzeczpospolitej zawsze największe ich skupiska były w obecnym województwie podlaskim, nie mówiąc już o stanie przed wojną, gdyż II wojna światowa uderzyła w nich równie mocno jak w pozostałych mieszkańców II RP.

    Od 28 grudnia 1925 roku działa Muzułmański Związek Religijny w Rzeczypospolitej Polskiej (z siedzibą w Białymstoku), a od 1992 Związek Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej (z autonomicznymi oddziałami w Białymstoku i Gdańsku). Znane osoby o pochodzeniu tatarskim : Henryk Sienkiewicz, Magdalena Abakanowicz
    Tyle o historii, czas przejść do tego co aktualne, czyli odsłonięcia pomnika Tatara RP, w parku oruńskim, dokonanego przez prezydenta Komorowskiego, wraz z zaproszonymi gośćmi, również z Ukrainy i Krymu. Modlitwę muzułmańską odmówił mufti RP Tomasz Miśkiewicz. Smutnym jest, że już kilka dni po odsłonięciu, nieznani sprawcy odcięli, widoczny na zdjęciu, buńczuk, trzymany na pice przez jeźdźca, prawdopodobnie by sprzedać go na złom. Niestety, to nie pierwszy i nie ostatni zapewne taki przypadek, że wspomnę tu kradzieże pomnika Jana Gutenberga z altany w lesie okalającym Gdańsk, co poskutkowało zamianą pomnika na sztuczny. Ale by nie kończyć pesymistycznie, opowiem jeszcze o korzeniach idei budowy tego pomnika Tatara. Otóż, pierwszym powodem jest istnienie grupy Tatarów mieszkającej w Gdańsku, istnienie ich Narodowego Centrum, oraz pomysł i starania Jerzego Dzirdzis Szahuniewicza - prezesa Centrum i potomka Tatarów. Głównym jednak powodem jest chęć uhonorowania grupy narodowościowej która zapisała taką piękną kartę w dziejach Polski. Walczyli u boku Jana III Sobieskiego, walczyli z Rosjanami, Kozakami, Turkami, ramię w ramię z innymi Polakami. Marszałek Piłsudski swoją prywatną ochronę miał złożoną wyłącznie z polskich Tatarów ze względu na ich waleczność i lojalność. Zatem doceńmy ich wkład, doceńmy, że mimo zachowania Islamu jako religii, czuli i czują się Polakami, i choć nie można źle traktować przyjezdnych muzułmanów, jak np. Arabów, to jednak najpierw spojrzyjmy na tych, co mieszkają pośród nas od wieków, a na pewno o nich pamiętajmy. Ten pomnik, jedyny taki w Europie, jest tego świadectwem.
  21. Rorschach
    Wpis numer dwa. Piszę go dziś, aby pierwszy dzień istnienia tego pomnika trwalszego nad spiż, zaznaczył się w historii czymś innym niż jeno wpis tytułowy. Czego będzie to pomnik, przyszłość przyniesie odpowiedź. Rzut oka na plan budowy monumentu daje wskazówkę odnośnie tematu : osiągnięcia Polaków. Wiem, jest to temat bardzo, bardzo szeroki i długo by można pisać, poczynając od Kopernika, przez Łukasiewicza, Malinowskiego, po pułkownika Kuklińskiego. Dlaczego wspominam tych ludzi ? Ponieważ, precyzując temat - osiągnięcia tych Polaków zostały zauważone za granicą. Do tego tematu skłoniły mnie informacje o najświeższych wyczynach kilku zupełnie różnych ludzi, dodajmy, wyczynach imponujących :
    Zbigniew Gutkowski bierze udział w regatach 5 Ocean's, sama nazwa mówi już wiele, ponieważ do przepłynięcia jest wszystkie 5 oceanów na Ziemi. Obecnie zażywa odpoczynku po przepłynięciu
    14 000 km ! z La Rochelle we Francji, do Cape Town w RPA. Przypłynął na metę I etapu jako drugi, w 5 osobowej rywalizacji, po prawie miesiącu samotnie na jachcie. Dodajmy, że do przepłynięcia jest jeszcze 4 etapy co zajmie ponad rok. Mało kto współcześnie odważa się na coś podobnego. Start 2 etapu - 12 grudnia.
    Szlakiem Witolda Glińskiego i jego towarzyszy, w 1941 uciekinierów z sowieckiego łagru, podążyli, i niedawno wrócili : Filip Drożdż,­ Tomasz Grzywaczewski i Bartosz Malinowski. Wyprawa pod nazwą "Long Walk Plus Expedition" przeszła, przepłynęła rzekami, przejechała na koniach i rowerach, ponad 6000 km, od Jakucka w Rosji do Kalkuty w Indiach. Mimo lepszych warunków niż mieli prawdziwi bohaterowie tej epopei jaka rozegrała się ponad 60 lat temu, wyprawa i tak była ciężka. Choć mogli, w przeciwieństwie do Glińskiego, utrzymywać kontakt z mieszkańcami terenów przez które podróżowali, nie raz musieli się zmagać z zimnem, wyczerpaniem, lub przeciwnie, gorącym skwarem na pustyni Gobi. Cała wyprawa trwała od maja, a więc około 6 miesięcy, a cała ekspedycja oparta była na książce Sławomira Rawicza "Długi Marsz", który historię Glińskiego opisał jako własną. Można i trzeba być pod wrażeniem zarówno odwagi, samozaparcia, wytrwałości i hartu ducha uciekinierów z Syberii, ale również należy docenić odpowiednim uznaniem współczesnych naśladowców tego niezwykłego wyczynu.
    Wspominam o tych ludziach, ponieważ myślę, że Polacy mogą być docenieni i sławni na arenie międzynarodowej. Inną sprawą są niesprzyjające czynniki czy nieprzyjazne środowiska i ludzie. Na nie wpływu nie mamy, mamy na to kim jesteśmy. Warunkiem koniecznym jest jednak uwierzenie w to, że można, walka o swoje i o realizację swoich ambicji, nie poddawanie się. A tego Polakom brakuje. Najczęściej zadowolą się przeciętnością lub względnym dobrobytem, zapominając, że nic nie jest dane na zawsze, za to zawsze trzeba patrzeć wyżej. I nigdy nie zapominać o tożsamości narodowej, bo jak spojrzeć choćby na laureatów nagrody Nobla (inna sprawa, to kwestia tego czym obecnie ona jest) to można naprawdę się zdziwić ilu zdobywców ma polskie korzenie. Oby tylko każdy chciał się czuć Polakiem. Następny wpis będzie powiązany z tym ostatnim zdaniem, pozytywnie.
  22. Rorschach
    Tak oto rozpoczynam pisanie bloga. Debiut ? Tak, zatem wypada o tym wspomnieć, pozdrowić choćby skinięciem kapelusza, wszystkich którzy zajdą w te okolice oraz napisać co sprawiło iż tworzę ten blog. Złożyło się na to co najmniej kilka rzeczy. Chęć poruszenia kilku spraw o których na forum nie za bardzo jest jak podyskutować - mam tu na myśli głównie sferę komiksu i powieści graficznej, której mam zamiar poświęcić sporo wpisów oraz osobny dział. W sekcji komiksu, Forum Actionum, ruch jest mniej taki jak na autostradzie międzystanowej na pustyni Mojave, wyłączam tu kategorię pisania o komiksach Disneya, gdyż mimo ich niezachwianego miejsca w historii, nie zamierzam o nich pisać. Kolejnym powodem utworzenia bloga jest możliwość tworzenia ankiet, których wyników jestem ciekaw, przy czym mogą być to czasem niecodzienne pytania ankietowe. Innym powodem utworzenia tego miejsca, jest chęć sprawdzenia się w takich formach pisania. Powodów jest pewnie więcej, ale tyle już starczy. Będę pisał o tym, o czym będę chciał, ale postaram się różnicować wpisy, a więc zachęcam do odwiedzin Odległych Rubieży, zostawiania śladów swej bytności i dyskusji. Zatem, czas rozpocząć testowanie regulaminu i podróż wyznaczaną jego bojami orientacyjnymi, podróż w Odległe zakątki Galaktyki
×
×
  • Utwórz nowe...