Jump to content

TommyDe

Forumowicze
  • Content Count

    7
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutralna

About TommyDe

  • Birthday 02/28/1915

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  1. Tak, znam ten sposób, ale słyszałem, że pieczenie radków niewiele daje. Wszystko, co można z nimi zrobić, to wsadzić do zamrażalnika. Co nie zmienia faktu, że przed zakupem go upiekę.
  2. Dzięki! Mam Zalmana VF900-Cu i radiatory na pamięci, zastanawiałem się by przenieść całość na tego GeForce'a, ale przecież karta ma wytrzymać rok. Kręcona nie będzie, więc to chyba nie będzie potrzebne, ale dzięki za radę!
  3. Przeszukałem fora, trochę poczytałem, odkurzyłem księgi porozrzucane po zakamarkach mojego umysłu, ale - dla pewności - zwracam się do Was, drodzy akszyn-blogoczytelnicy, abyście użyczyli odrobiny wiedzy. Usmażyłem grafikę... Chwila, to nie wszystko. Staruszek Szafirek 1900GT (VPU Recover wyrzuca, a karta artefakci pod niebiosa w trybie 3D, w trybie 2D gdzieniegdzie pojawiają się błędne piksele, temperatury ok. 47 st. rdzeń i tyleż samo pamięci w stresie) wyzionął ducha. Prawdopodobnie. Reszta sprzętu to: ASUS M2N-1394 (nForce 430), Athlon 64 X2 5000+, 2x1GB Geil DDR2, SB Audigy, WD Caviar 320GB i oczywiście zasilacz Chieftec GPS-450-AA-101A (napięcia: 12V - 11,792V, 5V - 4,955V, 3,3V - 3,312V). Chciałbym, by wytrzymał jeszcze do końca roku na stanowisku kompa do pogrywania w wolnym czasie (niespecjalnie hardcore'owego, plus, nie mam nawet zamiaru oglądać Crysisa 2 na moim monitorze), ale również do nauki/pracy - programy CAD-owskie z wykorzystaniem 3D, dlatego chciałbym wymienić tego Radka na nVidię. Szybszą, ale nie za wiele, by skończyło się jedynie na wymianie grafiki. W oko wpadł mi model referencyjny nVidii - GeForce 8800GTS 320MB. Co o tym myślicie? Czy ten Chieftec uciągnie tą kartę? I czy Donna zdradzi Eryka Forrestera z jakimś nieznajomym z Teksasu?
  4. Dzięki i zapraszam ponownie przy następnej okazji! Tak, skalowanie to był jeden z genialniejszych pomysłów twórców... Te wszechobecne szczury z deaderycznymi zębami. Deaderyk w Morku to faktycznie było osiągniecie. Człowiek się cieszył jak głupi, jak na jakiejś półce, pod książka, w dwemerowych ruinach znalazł walające się ot tak deaderyczne nagolenniki... Aż w końcu nie zaczął się nudzić i nie zaczął zwiedzać jaskiń, np. tej zalanej, na południe pod Ebonheart, albo jakiegoś deaderycznego grobowca na Popielnych Ziemiach z przepakowaną tarczą, albo... W Obku źle się stało, moim zdaniem, że na przedmioty ze stałym efektem można było się natknąć na każdym kroku. Zatraciły w ten sposób ten niepowtarzalny charakter, jaki miały w Morrowindzie - ze znaleziska zwyczajnie była mniejsza radocha. W ogóle w Oblivionie było niewiele odkryć archeologicznych tego typu. Wszystko albo robiło się samemu, albo dostawało po wykonaniu questów, a szkoda. Lubiłem przeczesywać mapę kawałek po kawałku w poszukiwaniu lepszego sprzętu.
  5. Człowiek uczy się całe życie. Najpierw uczy się chodzić, uczy się jak włączyć komputer, korzystać neostrady, robić zdjęcia satelitarne swojej wypacykowanej gęby i - przy odrobinie szczęścia - mówić, a gry... Z grami jest różnie. Czasami zaczyna się to we wczesnej fazie ssania, a czasami nawet wcześniej - po pojawieniu się nowej odsłony Call of Duty: Modern Warfare 2: Vietnam: Sajgonki: Ryż, Mięso i Grzyby 3 - Map Pack. Całe szczęście, że w końcu przychodzi taki moment w życiu każdego - no, może nie każdego - człowieka, że nauczy się pisać i czytać. Jeżeli o mnie chodzi, to moim skromnym zdaniem, ten moment jeszcze nie nadszedł, choć wydaje się być blisko, jak kolejna medialna panika na tle następnej pandemii bakteryjnej grypy napędzanej przez firmy farmaceutyczne... Ach! Bym zapomniał! Załóżcie czepki z folii aluminiowej, bo ONI widzą i słyszą wszystko! Komentarz pod newsem na stronie głównej CDA nieraz okazał okazał się zbyt ograniczający, dlatego zakładam tego bloga, o którym myślałem już od dłuższego czasu. Będzie, i tu zaskoczenie, o grach, ale w przyszłości także trochę o filmie, możliwe, że o muzyce, o postępie techniki w dziedzinie ogłupiania użytkownika, a raczej sugerowania mu, że mądrzejszy być nie musi i świadomości zbiorowej z mediami w roli głównej i tym podobne nieambitne tematy. Wpisy będą dłuższe, krótsze, jak czas i wena (czytaj: nuda) pozwolą. Tyle w temacie wstępu do mojego bloga, a tym samym pierwszego w nim wpisu. Dziś o Skyrimie, o oczekiwaniach i faktach z Game Informera. The Elder Scrolls. Seria, która wyznaczała początki i końce cykli żywotności mojego peceta. Najpierw była godzina spędzona przy uruchamianiu Bugg... Daggerfalla, później wiele tygodni grania w Morrowinda... Eh, ale ten czas szybko leci. TES3. Ostatnia dobrze przedstawiona gra z serii, bo przecież przenoszenie się dzięki trzem kliknięciom logiczne nie jest, nawet biorąc pod uwagę okoliczności przyrody zaproponowane nam przez twórców. Why walk, when you can teleport, prawda? Ale fast travel w Oblivionie dało się przeżyć. Wystarczyło wziąć twardy ogon chutliwej, argoniańskiej pokojówki w garść i wytrwać w przyrzeczeniu wspomagając się konsolą pozwalająca sprowadzić nieśmiertelnego Shadowmere'a z zaświatów. Czwarta część TES dorastała do pięt Morrowindowi jedynie w okolicach Drżących Wysp. A może to tylko z tego przyzwyczajenia do klimatu Morka i jego perfekcyjności w oryginalności? Oblivion nie był taki zły. Oblivion był bardzo dobry. Oblivion był inny niż Morrowind - i chyba właśnie w tym tkwił jego problem, który wcale problemem nie był. Czas leci, Electronic Arts doi klientów systematycznie, a dobre gry - jak to mają w zwyczaju - ukazują się raz na dekadę, albo wtedy, kiedy będą skończone. O pojawieniu się północnej prowincji Tamriel na ekranach dowiedzieliśmy się 7 lat po premierze Obliviona, na gali VGA. Gdzieś w tzw. międzyczasie pojawiającym się w przerwach miedzy beznadziejnymi dowcipami - czy jakkolwiek by tych wypowiedzi nie nazwać - z których prowadzący najbardziej popularny teleturniej niedzielnej pory obiadowej mógłby się wiele nauczyć, pojawił krótki teaser TES5: Skyrim. Treść jakaś tam jest, zdradza jedynie kim jest lub kim zostanie główny bohater, miejsce akcji oraz z kim przyjdzie nam się zmierzyć na samym końcu tej zapewne krętej i rozwidlonej drogi głównego wątku, a to wszystko w stylu przypominającym mi jeden z przerywników Zeratula ze StarCrafta 2. Do tego ta muzyka, którą skomponował, jak zwykle, Jeremy Soule, tak jak w przypadku przegenialnego wstępu do Oblivona, który osobiście uważam za najlepsze dzieło growej sztuki audio-wizualnej... Cholera... Lekarz zabronił mi się wzruszać... W każdym razie, jeżeli to Blizzard robi najlepsze cinematici, to Bethesda robi we współpracy z Soulem najlepsze intra, nic nie zmieni mojego zdania, ale w przypadku głównego motywu ze Skyrima Soule przeszedł samego siebie. A skomponował coś na kształt "Reign of the Septims" bez tego cesarskiego patosu z Obliviona i dodał coś z klimatu pólnocnych ostępów Tamriel, a znalazło się także miejsce na małe nawiązanie do motywu z Morrowinda w partii bębnów... Może to jakaś sugestia? Wzięliśmy trochę z tego i tamtego, i teraz będzie lepiej, a zobaczycie to 11 listopada? Wróćmy do rzeczywistości. Game Informer wrzucił parę screenów. Co na nich jest? Ano przede wszystkim, dowód na to, że panowie z Bethesdy albo w końcu zobaczyli jak wygląda kobieta, albo zatrudnili antropologa. Nordka nareszcie wygląda tak, jak powinna, a nie jak lekko ogolony blond goryl z bielactwem. Żeby tylko nie trzeba było za długo siedzieć nad takimi proporcjami w edytorze... Środowisko wygląda świetnie, oby tylko nie okazało się, że Bethesda dobierając screeny wzięła przykład z montażystów zwiastunów hollywoodzkich komedii, prezentując w nim absolutnie wszystko, co warte jest w tym filmie obejrzenia. Treść zawarta w tekście, to opis Obliviona z przed jego premiery uzupełniony o to, co w Fallout'cie 3 się udało. Najciekawszym elementem fabuły wydaje się być, jak to zwykle bywa w grach cRPG, początek. Musimy oczywiście zacząć od zera. Nasz dzielny poszukiwacz przygód leżąc na podłodze karczmy po paru głębszych postanawia zostać Łowcą Smoków, ale zanim kupi sobie pogięty miecz, walnie sobie jeszcze jeden kufelek i schowa parę Smoków za pazuchę tutejszej dziewce... Albo... W trakcie pierwszego questa dowiemy się, że jesteśmy wyjątkowi i przy okazji uratujemy świat przed globalną anihilacją, a na dodatek jacyś goście zwani Starszymi napisali to o nas wielki temu na jakimś świstku... Można to nazwać tradycją serii TES lub, jak kto woli, zupełnym brakiem polotu we wprowadzeniu do wątku głównego... Cecha charakterystyczna. Niech będzie. Będą atuty, tudzież zwane perkami - fajnie. Pierwsze Neverwinter Nights nauczyło mnie dzięki nim liczyć do trzech. Walka na dwie bronie to bardzo ambitny pomysł, ale chyba nie wypali i wyleci do premiery. Bardzo interesująco za to wygląda karta postaci, a dokładniej zakładka umiejętności. W przypadku umiejętności magicznych przedstawiono ją w postaci konstelacji, do prezentacji umiejętności bitewnych zapewne zaciągnięty zostanie szkic wojownika - co prawda to tylko wodotrysk, ale robi to co powinien, cieszy oko. Całkiem oryginalne. Bestiariusz - jest, to najważniejsze. Ważne żeby nie pojawiły się żadne upierdliwe szkaradztwa pokroju skrzekacza, i nic więcej mi nie potrzeba. 11 listopada bieżącego roku, 307 dni licząc od dnia dzisiejszego, deadline do zakupu nowego sprzętu. Wystarczy.
  6. TommyDe

    Już tylko Kiler...

    Napisać o "Kilerze" i nie wspomnieć o muzyce Elektrycznych gitar? A i oczywiście jeszcze Varius Manx ze swoim "Orła cień." Oczywiście trzeba jeszcze tutaj wspomnieć o zasługach Machulskiego, Stuhra, Pazury i Rewińskiego, ale gdyby nie muzyka film nie byłby kompletny.
  7. Nie byłem na żadnym filmie w "3D", ale tylko dlatego, że nie chciałem iść na jakieś demo typu "Wyprawa w kosmos", czy też "Podwodna podróż". Chciałem zobaczyć, powiedzmy, prawdziwy film wykonany w tej technice. Na Avatara poszedłem. Pomimo tych wszystkich pejoratywnych opinii na jego temat. Chciałem i tyle. Zgodzę się, co do warstwy fabularnej. Sam wolę uważać, że jej w ogóle nie było, że pierwsza część Avatara jest pewnego rodzaju prologiem, wprowadzeniem do uniwersum, a "głębia" będzie przekazana w następnych częściach. Podszedłem, bo chciałem zobaczyć efekt. Tylko dla tego. Może jestem ignorantem, bo akurat fabuła dla mnie nie miała najmniejszego znaczenia przy podejmowaniu decyzji. Stricte rozrywkowy wypad. Wróciłem, usiadłem do komputera i jeszcze raz przejrzałem recenzje, po czym stwierdziłem, że około 40% osób nie ma pojęcia na co idzie do kina. Uważali, że doszukają się w końcu w filmie 3D "głębi jak u Kieślowskiego" albo oskarżali Camerona o to, że zakradł się nocą do Disney'a i skopiował scenariusz Pocahontas. Nie jest trochę za wcześnie by wprowadzać "poważny" film do kina tego typu? Za chwilę zostanę zapewne spalony na stosie, ale Avatara porównam do "Wjazdu pociągu na stację w Ciota" braci Lumiere - był tylko i wyłącznie nakręcony dla efektów wizualnych, jako prezentacja postępu w dziedzinie kinematografii. Właściwie nie miał fabuły, Cameron jak i Bracia zaczynali pewien wątek w historii kina. Rożnica, moim zdaniem, jest jedynie taka, że tym razem ludzie nie uciekają z kina. Tak, to jest wypacykowana dziwka, nie pogadasz z nią o sytuacji politycznej w Botswanie, do tego jest trochę droga, ale za to codziennie bada się na obecność chorób wenerycznych i jest bardzo dobra w tym co robi. Ja do tej pory skorzystałem z jej usług dwa razy i za każdym razem był zadowolony.
×
×
  • Create New...