Pragniemy życzyć Wam by te Święta były niezapomniane, pełne uśmiechów i radości, spędzone w gronie najbliższych Wam osób. By pod choinką czekały na Was wymarzone prezenty, a na wigilijnym stole piętrzyły się ulubione potrawy. Zaś Nowy Rok przyniósł wiele wyjątkowych premier i lektur, które na długo pozostaną w sercach czytelników.
Wesołych Świąt życzy Redakcja KZTK Sara Glanc i Krzysztof Chodara
Drugi tom "Muzyki Marie" zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, gdzie, pełen niepewności i pytań, czytelnik został pozostawiony po zakończeniu pierwszego. Czy otrzymamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania? A może czekają nas kolejne, jeszcze trudniejsze? Serdecznie zapraszam do lektury. Z pewnością nie będziecie żałować.
Losy Pipi i Kaia coraz bardziej się komplikują, nie tylko za sprawą wpływu, jaki Marie ma na chłopaka, ale i roli jaką przyjdzie mu odegrać. Tymczasem jednak bohaterowie wybierają się na wyspę Taddo, miejsce pielgrzymek, w którym ludzie z całego świata składają cześć Marie. Czy przyniesie ona ukojenie, na dręczące Kaia pytania?
W drugim tomie powraca temat wyboru jakiego musi dokonać cała ludzkość, a raczej roli jaką pełni Kai - wybraniec Marie. Chcąc, nie chcąc chłopak musi bowiem zdecydować o tym jak potoczą się dalej losy całej ludzkości. Wybór między życiem pod opieką Marie, w szczęściu, ale i z wyrzeczeniem się cech, które mogłyby zaburzyć idealny ład, czy odejście od "Boga" z wszelkimi tego konsekwencjami. Rozwój, pięcie się coraz wyżej, walka o dominację. Uwolnienie wszystkich uczuć jakie żyją w każdym człowieku, pozwalając, by każdy z nas sam decydował, którym z nich pozwoli przejąć kontrolę nad swoim życiem.
Autor odkrywa przed czytelnikiem wszystkie skazy jakie kryły się za zasłoną idealnego świata, jednocześnie odpowiadając na część pytań, które zrodziły się podczas lektury pierwszego tomu oraz stawiając szereg kolejnych, które nie opuszczą czytelnika na długo po lekturze. "Muzyka Marie" zmusza do refleksji nie tylko nad samym człowiekiem, ale także ideą Boga, tym dokąd zmierzamy , czy pojęciem Dobra i Zła, tym jak jedno wpływa na drugie, a raczej faktem, że pojęcia te nie mogą istnieć oddzielnie. Świat Pipi i Kaia jest niekompletny i dopiero w tym tomie możemy się o tym przekonać w pełnej krasie. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Tak jak zapowiadałam, pełna nadziei rozpoczynam swoją przygodę z młodą detektyw Klarą Schulz. Tytułowa Sprawa pechowca to pierwsze poważne zlecenie, przed którym staje główna bohaterka kronik. Czy po jej lekturze emocje związane z niedawnym spotkaniem z autorką opadły? A być może zaostrzyły mój apetyt na kolejne tomy? Przekonajcie się sami!
Akcja powieści przenosi czytelników do Breslau z roku 1910, gdzie poznajemy młodą, dwudziestopięcioletnią Klarę Schulz. Żonę sławnego kardiologa, szczęśliwą matkę i uzdolnioną rysowniczką-amatorkę w jednym. Wiodąc zamożne i dostatnie życie zdawałoby się, że nic jej do szczęścia nie brakuje. Jednak traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, a także wsparcie ojca bohaterki - byłego policjanta, sprawiają, że Klara wbrew woli męża stara wybić się, jako prywatny detektyw, lub jak to niekiedy określa ?pomoc w trudnych sprawach?. Biorąc pod uwagę czasy, w których żyje, nie jest to łatwe zadanie, otoczona niechęcią i pogardą ze strony pracujących w fachu mężczyzn, Klara nie raz będzie starała się udowodnić, że stać ją na coś więcej niż śledztwa w sprawie zdrad, zagubionych przedmiotów, czy odnajdowania zaginionych zwierząt. Do dnia, gdy podczas wizyty w operze będzie świadkiem, na pierwszy rzut oka, zdawałoby się nieszczęśliwego wypadku, który jak się szybko okaże, był skrzętnie zaplanowanym morderstwem. Pierwsza śmierć niedługo pociągnie za sobą kolejne, niczym przewracające się klocki domina, ujawniając mroczne sekrety i brudy, które miały nigdy nie ujrzeć światła dnia. Moja przygoda z kryminałami zaczęła się od śledzenia przygód Sherlocka Holmesa, którego do tej pory wręcz ubóstwiam i choć Klara Schulz nie jest w stanie mu dorównać, nie mogę powiedzieć, iż obserwowanie prowadzonej przez nią Sprawy pechowca nie pochłonęło mnie bez reszty, na minione dwa dni. Książkę czyta się lekko, a co ważniejsze historia naprawdę wciąga, sprawiając, że z każdą kolejną stroną mocniej kibicujemy młodej pani detektyw. Czytając Kroniki Klary Schulz od razu widać, że autorka jest artystką. Nadia Szagdaj będąca nie tylko pisarką, ale także muzykiem, śpiewaczką operową i fotografką zręcznie wprowadza czytelnika za kulisy opery i świata, w którym obracają się pracujący tam artyści. Także zamiłowanie do fotografii, w tym wypadku przedstawiających Wrocław, z 1910, których w książce nie zabraknie, pogłębia klimat powieści. Dla mnie, jako rodowitej wrocławianki odkrywanie rodzinnego miasta, takim jakie było kiedyś, było wyjątkowo miłym doświadczeniem. Dalsza część recenzji dostępna na blogu zewnętrznym.
Chyba każde dziecko marzy o tym, żeby mieć zwierzątko. Nie ważne czy to piesek, kotek, królik czy nawet rybki, każdy pupil wymaga opieki, a co najważniejsze trzeba dziecku uświadomić, że to żywe stworzenie a nie zabawka. Jeżeli pragniecie wytłumaczyć to swojemu dziecku książka ?Rok z kocicą Izabelą? z pewnością wam w tym pomoże.
Książeczka opowiada losy pewnej rodziny i ich kotki, tytułowej Izabeli. Podczas lektury spędzimy z bohaterami cały rok, obserwując jak zmienia się zachowanie zwierzęcego członka rodziny, co oznacza opieka nad zwierzęciem, a także będziemy świadkami narodzin małych kociaków. Autorka poprzez zachowanie małej dziewczynki i jej rodziców pokazuje jak dorośli uczą właściwego traktowania pupilów i odpowiedzialności jaką niesie ze sobą przygarniecie zwierzaka. Poza walorami edukacyjnymi jest to jednak przede wszystkim wesoła historia o dziewczynce i jej kotce.
Duża czcionka, spora ilość ilustracji i słowniczek, w którym znajdziemy wyjaśnienia trudniejszych wyrazów zawartych w tekście, sprawia, że tak jak wszystkie książeczki z Poziomu 3, jest ona idealna dla dzieci, które już potrafią samodzielnie czytać. Czytając uczą się one, ale także bawią. Nie zabrakło też naklejek i ?Dyplomu Sukcesu? ? będących nagrodą za samodzielne przeczytanie ze zrozumieniem historii. W książeczce dodatkowo dzieci mogą poćwiczyć pisanie ? autorka przeznaczyła kilka ostatnich stron na miejsce, gdzie czytelnik może opisać co lubi robić, jak minął mu tydzień i tym podobne. Pozwala to ćwiczyć dwie umiejętności na raz oraz wydłuży czas spędzony nad ta pozycją przez najmłodszych. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Po dość długiej ciszy, jeżeli chodzi o recenzje mang, powracamy z recenzją dwutomowej pozycji ze świata znanej i popularnej serii Code Geass, która, nad czym ubolewały nie doczekała się jeszcze wydania w Polsce. "Code Geass. Suzaku of the Counterattack", którą chcemy wam polecić przedstawia alternatywną wersję znanej historii, w której jak nie trudno się domyślić po tytule, pierwsze skrzypce gra Suzaku. Zapraszamy do lektury!
W roku 2010 Święte Imperium Brytanii wypowiada wojnę, a następnie zajmuje neutralną Japonię zmieniając ją w podległe Imperium terytorium zwane "Area 11". Wszystko to dzięki broni najnowszej generacji Knightmare Frame - olbrzymich humanoidalnych robotów, dzięki którym Brytania stała się militarną potęgą i krajem niemalże niemożliwym do pokonania. Już po podbiciu Japonii młody chłopiec na oczach swojego przyjaciela przysięga zniszczyć najeźdźcę. Lelouch Lamperouge, bo o nim rzecz jasna mowa, musiał jednak zaczekać na tę chwilę aż siedem lat, do momentu gdy jego losy wiążą się z tajemniczą C.C.
Czytając to krótkie streszczenie fabuły zapewne większość fanów mangi i anime powie: Ja to znam! I mają rację. "Code Geass. Suzaku of the Counterattack" wita nas znanymi z pierwowzoru scenami. Dlatego sięgając po ten tytuł nie każdy będzie zadowolony. Główną tego przyczyną będzie fakt iż trzeba dotrzeć do drugiego tomu, żeby doczekać się jakichkolwiek zmian w fabule względem oryginalnej historii. Cały pierwszy tom opisuje dokładnie to co znamy z anime, czy chociażby mangi "Code Geass: Lelouch of the Rebellion", z tą niewielką różnicą że autor nieco bardziej skupił się na przedstawieniu sytuacji ze strony nowego głównego bohatera - Suzaku. Będziemy więc świadkami wspinania się młodego Japończyka po szczeblach kariery wojskowej, niedoszłej egzekucji, przejęcia Lancelota, walk z Zero, podczas których Suzaku nie będzie świadom iż za maską kryje się twarz najlepszego przyjaciela. Tego co będzie dalej nie będę wam zdradzać, ale droga jaką poszedł autor tworząc alternatywne zakończenie całej historii warte jest uwagi. Bohaterowie nie przeszli jakiś wielkich zmian jeżeli chodzi o ich kreacje. Tworząc alternatywną historię w uniwersum Code Geass pozostawiono elementy dzięki którym seria zyskała grono fanów na całym świecie bez zmian, modyfikując jedynie nieco punkt widzenia przedstawianych wydarzeń oraz niektóre decyzje, puszczając wodze fantazji i nie krepując się przed zadawaniem pytań: Co by było gdyby? Jedynie osoby, które będą poszukiwały walk z udziałem wielkich mechów będą mocno rozczarowane, ponieważ nie znajdą w obu tomach ani jednej. Poza Suzaku w Lancelocie nie doświadczymy tutaj nowych technologii bojowych znanych z Code Geass. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Niektóre tytuły na dzień dobry chcemy zaszufladkować do danej kategorii. Zamknąć w ramach danego gatunku, pewni iż nie mają nic więcej do zaoferowania, ponad utarte i przyjęte przez twórców schematy. Nie zawsze jest to jednak wskazane i możemy zostać mocno zaskoczeni. Tak jest w przypadku mangi autorstwa Yuny Kagesaki - "Wampirzycy Karin". Bo czy widząc nieśmiałą, uroczą bohaterkę, nowego ucznia, który powoli staje się jej bliski, to nawet gdy dodamy do tego wampirzy wątek, nie mamy ochoty krzyknąć: romansidło dla dziewczyn? Pani Kagesaki serwuje czytelnikowi jednak o wiele więcej ponad miłosne wzloty i upadki. Będzie zabawnie, będzie wzruszająco, ale również bardzo mrocznie, tajemniczo i niekiedy brutalnie. W końcu z wampirami nie ma żartów. Serdecznie zapraszam byście poznali czarną owcę wampirzej rodziny młodą wampirzycę Karin.
Życie wampira nie jest łatwe. Ludzie od wieków polują na jego gatunek i z tego powodu zmuszony jest ukrywać swoje istnienie. Na szczęście posiada szereg umiejętności, które pozwalają mu pozostać w strefie bajek dla większości śmiertelników. Przywoływanie nietoperzy, wymazywanie pamięci, to tylko kilka z nich. Co jednak gdy w wampirzej rodzinie pojawi się osoba pozbawiona tych mocy. Co więcej będzie to wampir, który zamiast wysysać krew, raz w miesiącu musi się pozbyć jej nadmiaru? Takim właśnie beznadziejnym przypadkiem jest Maaka Karin. Wamiprzyca, która raz w miesiącu musi swojej ofierze wstrzyknąć nadmiar wyprodukowanego płynu, w innym przypadku skończy się to nad wyraz efektownym krwotokiem z nosa, którego w żaden sposób nie da rady wytłumaczyć swoim przyjaciołom ze szkoły. Jednak Karin, z pomocą rodziny, która tuszuje jej fuszerki, jakoś udaje się żyć samotnie w świetle dnia, które dla dorosłych wampirów jest zabójcze. Wszystko zmienia się w chwili gdy do szkoły dziewczyny trafia nowy uczeń - Kenta Usui, przy którym krew wzbiera w Maace ze zdwojoną siłą. Jedno jest pewne - od tej chwili życie wamiprzycy stanie na głowie.
Fabuła, choć mogłoby się wydawać iż skupi się wyłącznie na wamiprzej ułomności głównej bohaterki i jej relacjach z Usuim, ma czytelnikowi do zaoferowania dużo więcej. Bo choć i jedno i drugie stanowi ważny element cyklu, to jednak nie obracamy się wyłącznie wokół tych dwóch biegunów. Bardzo dużą uwagę poświęcono rodzinie głównej bohaterki, co już samo w sobie jest elementem rzadko spotykanym. Zazwyczaj bohaterowie żyją samotni, a rodzina gdzieś tam sobie istnieje, niezależnie, jakby w innym świecie. Karin zaś jest otoczona troskliwą opieką swojej matki, ojca, starszego brata i młodszej siostry, która jako jedyna, poza naszą czarną owcą może jeszcze przebywać w dzień na słońcu. W późniejszych tomach pojawi się też babcia Karin, która jest co najmniej wybuchowym charakterem, a za sprawą powolnego starzenia się wampirów stanowi nieomal kopię swojej wnuczki. Nietrudno się domyślić iż będzie to powodem kilku naprawdę ciekawych sytuacji. Autorka naprawdę sporo uwagi poświęca sposobowi życia i relacjom w wampirzej rodzinie. Starsze pokolenie prześladuje wciąż wspomnienie polowań na ich gatunek i nieufność do ludzi, młodsze kieruje się swoimi własnymi prawami. Wszyscy jednak troszczą się o siebie nawzajem i to jest naprawdę piękne.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
?Miłość, radość zachwyt, strach, bunt, mierzenie się ze sobą i ze światem ? pięćdziesiąt skrzących emocjami wierszy wybranych spośród przebogatej twórczości mistrza słowa. Poezja Tuwima, zawsze aktualna i świeża? ? opis zawarty na okładce bardzo treściwie przedstawia zawartość tego dzieła. W dzisiejszych czasach trudno znaleźć osobę, która nigdy nie słyszała chociażby jednego wiersza tego autora. Ponadczasowość utworów wynosi Juliana Tuwima ponad innych autorów. Jeżeli pragniecie przypomnieć sobie uniwersalizm i piękno jego dzieł, to ?Najpiękniejsze wiersze? zebrane w przepięknym wydaniu będą świetnym powrotem do lat dzieciństwa.
Najpiękniejsze wiersze Juliana Tuwima do wydawnictwa Egmont to klasyka w czystej postaci. Zbiór ponadczasowych, wyselekcjonowanych utworów autora został uzupełniony przepiękną oprawą graficzną. Nie chodzi tutaj wyłącznie o jej jakość, ale także o minimalizm, prostotę oraz przesłanie, jakie ze sobą niesie. Wtrącenia graficzne urozmaicają lekturę, pozytywnie wpływając na wyobraźnię czytelnika. Samo wydanie nie budzi zastrzeżeń. To książka, której nie można powstydzić się na półce.
Pięćdziesiąt wyselekcjonowanych wierszy podzielono na działy, z czego każdy wyróżnia się indywidualnym kolorem. To ciekawe zagranie, które nadaje całości głębszego charakteru. Minimalistyczne ilustracje nadają lekturze unikatowego wydźwięku. Aby to w pełni zrozumieć potrzeba osobistego kontaktu z tym zbiorem. Osobiście nie jestem wielkim fanem poezji, lecz to wydanie pochłonęło mnie bez reszty.
Niewiele można powiedzieć na temat samych utworów, gdyż każdy z nich zasługiwałby na osobne omówienie. Każdy z przedstawionych tutaj wierszy jest wyjątkowy. Widać jak autor bawi się z czytelnikiem za pomocą słów. Jest to wymagająca, ale przyjemna lektura. Możliwość rożnej interpretacji zaprezentowanych wierszy, ukryte w słowach drugie dno, a także poruszane w nich tematy sprawiają, że wiersze nie tylko bawią, ale także uczą i zmuszają do głębszego zastanowienia się nad tym co autor chciał nam przekazać. Jak wspomniałem na początku, warto zauważyć, że nie wszystkie dzieła Tuwima przeznaczone są dla najmłodszych. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
„Niezwykła historia o Wiecznej Puszczy, metafizyce, alchemii oraz spotkaniu z tajemnicą. Opowieść o podróży w najodleglejsze ludzkiemu rozumowi obszary. W tę podróż zabiera nas urocza druidka Avea. Odważna, pewna siebie, o intrygujących zainteresowaniach i równie interesujących zdolnościach. Z nią przemierzamy świat żywych i umarłych.” – niezwykle chwytliwy opis znajdujący się na okładce szybko przekonał mnie do sięgnięcia po to dzieło. Czy obiecujący tytuł ma szansę wybić się z grona sobie podobnych książek? Czy Avea poradzi sobie z przeciwnościami losu? Na te oraz inne pytania odpowiedzi znajdziecie w dziele Anny Grądzkiej pt. „Magia Ziemi”.
Główną bohaterką tego tytułu jest młoda druidka o imieniu Avea. Ta urocza dziewczyna zamieszkuje wraz z innymi druidami okoliczne lasy, tworząc swoistą, niezależną kulturę. Pomimo swojego piękna, sprytu i niezwykłego umysłu dziewczyna posiada niesamowitego pecha i dar wpadania w kłopoty, przez co niejednokrotnie byłem świadkiem różnych, ciekawych sytuacji z jej udziałem. Po wstąpieniu do armii dziewczyna przeżywa wiele niesamowitych przygód i tak, z przysłowiowej fajtłapy, staje się jedną z najpotężniejszych osób w mieście, chociaż sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Ten przyspieszony rozwój nie jest w żaden sposób uzasadniony, bohaterka zmienia się w zależności od sytuacji, co psuje obraz całości. Zamiast druidki kochającej naturę otrzymujemy kogoś zupełnie innego.
Autorka oprócz głównej bohaterki postawiła na drodze czytelników wiele interesujących postaci, które zachwycą każdego z Was. Ciężko wymienić wszystkich, lecz zwady na linii elfio–krasnoludzkiej to typowe dla tego gatunku smaczki. Nie brakuje oczywiście rodowych powiązań, tajemniczości oraz ogólnie pojętej epickości. Mimo wykorzystania utartych schematów, poboczne postacie naprawdę trzymają poziom.
Świat przedstawiony w tym tytule pomimo swojego ogromu jest niebywale płaski. Ten niewykorzystany potencjał zostaje spotęgowany brakiem jakichkolwiek, większych opisów przyrody czy czegokolwiek. Szkoda, że autorka zrezygnowała z nich, całość na pewno nabrała by głębi i charakteru. Pomimo tego nie mogę powiedzieć, że ta niesamowita przygoda mi się nie spodobała. Pomimo braków widać tutaj kilka aspektów, które wpływają pozytywnie na odbiór tytułu.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
?Cyborgowie. Bezlitośni, żądni władzy i niezniszczalni mieszkańcy kosmosu, którzy nigdy nie wybaczą rodzajowi ludzkiemu? - w sumie to całkiem logiczne stwierdzenie, zważywszy na fakt, iż maszyny te nie znają uczuć. Czy jednak uda pokonać się zagrożenie i wyjść cało z beznadziejnej sytuacji? Czy perfekcyjne ciało posiada swoistą piętę ?Achillesa? i da się je zniszczyć? To wszystko w kolejnej nowelizacji Terrance'a Dicks'a. pt. ?Doctor Who: Zemsta Cyborgów?.
Głównym bohaterem jest tytułowy Doktor, należący do dumnej i pradawnej rasy Władców Czasu. Niezależnie od wcielenia jest on bardzo złożoną postacią, co potwierdza się podczas czytania owej nowelizacji. Tym razem towarzyszami przygód uczonego są Sara Jane, oraz Hary Sullivan. Dobór towarzyszy nie jest przypadkowy, bowiem zawsze znajdzie się jakiś smaczek w dialogach tych postaci. W moim przekonaniu suchy tekst nie odda tak dobrze genialności tych postaci. Trzeba to zobaczyć na własne oczy, podczas transmisji odpowiedniego odcinka serialu. Fabuła tego tomu opiera się wyłącznie na tym, co zawarte jest w serialowym odpowiedniku. Doktor wraz z towarzyszami udaje się na odległą stacje kosmiczną, której cała załoga zginęła w tajemniczych okolicznościach, które tylko potęgują fakt obecnej epidemii. Jak się potem okazuje fabuła jest jednak trochę bardziej zawiła, co jest sporym zaskoczeniem. Pomimo zastosowania wyświechtanych już koncepcji całość nie jest strasznie płaska, można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że posiada głębie. Pomimo swojej niewielkiej objętości książka od samego początku, aż do końca pozostaje spójną całością, a wszelkie wątki fabularne są zamknięte na ostatni guzik. Dalsza część recenzji dostępna na blogu zewnętrznym.
Od dziś w księgarniach możecie szukać książki Kochani dlaczego się poddaliście? autorstwa Ava Dellaira. Z tej okazji mamy dla Was premierową recenzję. Przekonajcie się sami czy autorka wraz ze swoją książkę ma szanse zagościć w waszych sercach na dłużej. Kochani dlaczego się poddaliście? stanowi zbiór osobistych listów, swego rodzaju pamiętnika spisanych przez szesnastoletnią Laurel, która nie potrafi się odnaleźć po śmierci swojej siostry May. Szukając pocieszenia, a także siły by rozpocząć życie na nowo, znajduje oparcie w postaci zmarłych idoli, których podziwiały z siostrą. I tak przeczytamy jak zwraca się do Kurta Cobaina - wokalisty, gitarzysty i kompozytora zespołu Nirvana, piosenkarki Amy Winehouse, Jima Morrisona i wielu innych, którzy służą jej za przykład i zdają się wskazywać drogę. Wybór idoli głównej bohaterki może wydawać się nieco kontrowersyjny, ma jednak pełne uzasadnienie i sprawia, że lektura Kochani dlaczego się poddaliście? będzie niezapomnianym przeżyciem. Historia Laurel pokazuje, czym jest ból po stracie bliskiej osoby, której odejście dosłownie pustoszy cały znany nam świat. Patrzymy jak bohaterka, próbuje załatać powstałą w sercu wyrwę, zacząć życie na nowo, a co ważniejsze odnaleźć siebie i to, kim naprawdę jest. Pisząc, iż po śmierci swojej siostry May, Laurel ma szanse wyjść z cienia i poznać smak życia byłoby może nieco okrutne, ale niesie ze sobą nieco prawdy. Czytając Kochani dlaczego się poddaliście? obserwujemy młodych ludzi wchodzących w okres dojrzewania, jeszcze nie dorosłych, ale już nie dzieci, zagubionych i niekiedy przytłoczonych nową rzeczywistością, jaka się przed nimi otwiera. Chociażby to, w jaki sposób zginęła May może służyć dla młodych ludzi za przestrogę. ?Dom wydawał się nawiedzony. Pomyślałam, że tylko ja rozumiem, jak nasze cienie, te, które porzuciliśmy, wsiąkły w drewno i naznaczyły je. Podłogi i ściany pełne były naszych ciał w najróżniejszych chwilach.? Dalsza część recenzji dostępna na blogu zewnętrznym.
Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z Martinem Collem - autorem "Adrii". Tych z was, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznania się z tym tytułem gorąco zachęcamy do nadrobienia zaległości. Aby nie przedłużać, oddajemy głos autorowi, który zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań.
1. Martin Coll to Pana prawdziwe imię i nazwisko, czy pseudonim? A jeżeli to drugie, dlaczego zdecydował się Pan pisać pod przykrywką?
Martin Coll to pseudonim, który ma swoją historię. „Coll” jest to nazwa własna, którą określanych jest kilka miejsc na świecie, jak również jest to rzeczywiste nazwisko spotykane w krajach anglojęzycznych. Wybrałem ten pseudonim ze względu na osobisty sentyment do tych kilku miejsc na świecie.
2. Jak zaczęła się Pana przygoda z książkami, a później z pisaniem? Co takiego odnalazł Pan w książkach, czego nie mogła Ci zaoferować żadna inna dziedzina?
Przede wszystkim bardzo to lubię. Pisanie jest podobne do czytania: można się w tym zatracić i wniknąć całkowicie w kreowane na bieżąco światy, postacie i zdarzenia. Tym samym pisanie pozwala przekazać określoną ideę, którą, co zabawne, każdy może odczytać po swojemu. Na tym polega piękno wyobraźni, gdzie możemy pisać z określonym zamiarem, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak zinterpretują to czytelnicy. Dzięki temu pisanie i czytanie nieodmiennie pobudza zarówno wyobraźnię, jak i kreatywność.
3.Skąd wziął się pomysł na "Adrię"?
Z krótkich nowelek tworzonych pod wpływem nagłego pomysłu na określoną scenkę. Z czasem tych „scenek” przybywało, a tym samym kształtowała się postać głównej bohaterki i jej otoczenia. W końcu zadałem sobie pytanie, jak to jest że tacy ludzie mogą naprawdę funkcjonować w naszym świecie, tuż obok nas? I z tego pytania narodził się pomysł na podjęcie się próby udzielenia metaforycznej odpowiedzi. „Adria” to tak naprawdę podana w bajkowej oprawie historia, która mogłaby spotkać każdego, z katastrofalnym skutkiem. W naszym świecie mamy aż nadto przykładów jak proces kształtowania takich osobowości może być nie tylko rzeczywisty, ale również zatrważająco prosty.
4. Czy rodzina i znajomi wpłynęli jakoś na zamierzoną koncepcję?
Tylko o tyle, że utwierdzili mnie w przekonaniu, że warto coś takiego napisać i wydać pod osąd szerszej publiki.
5. Czy mały kociak ukazany ze swoim odbiciem na okładce nawiązuje niejako do głównej bohaterki i metamorfozy jaką przechodzi?
Dokładnie.
6. Czym tak naprawdę jest Organizacja? Podczas lektury bardzo mnie zafascynowała, jednak poskąpił Pan o niej jakichkolwiek informacji. Czy możemy liczyć na rozwinięcie tego wątku w kolejnych tomach?
Powiedzmy, że w drugim tomie pojawi się nieco więcej odpowiedzi.
7.Instruktorzy, którzy nauczają adeptów są niesamowici, jednak brak informacji na ich temat. Może zdradzi pan coś chociaż o jednym z nich, np. moim ulubieńcu Gortexie? A może przyjdzie nam ich lepiej poznać w kolejnych tomach?
Instruktorzy to po prostu „mistrzowie” na swoistej „emeryturze”, jednak w każdej chwili gotowi do zmobilizowania. Natomiast historia każdego z nich jest na swój sposób inna, tak jak życiorys każdego człowieka będzie zawsze na swój sposób oryginalny. O Gortexie mogę powiedzieć jedynie tylko tyle, że dopuszczał się różnych czynów, o których niełatwo było mu później zapomnieć.
Dalsza część wpisu dostępna jest na blogu zewnętrznym.
W literaturze rzadko można spotkać naprawdę interesującą i przy okazji unikatową historię. Każda posiada jakieś elementy, które już gdzieś przecież widzieliśmy. Cała magia polega na tym, aby ukazać naszą opowieść w taki sposób, aby zataić powielane schematy, a na pierwszy plan wypchnąć nasze atuty. Czy pomimo takiego natłoku w literaturze jest jeszcze szansa na ukazanie się nowatorstwa i nietuzinkowości? Czy sprytne zagrania w połączeniu z niezwykłym pomysłem mogą sprawić, że nasze dzieło stanie się tym unikatowym? Jeżeli tak jak ja chcecie się dowiedzieć, czy istnieje skuteczna, magiczna receptura sukcesu, to zapraszam serdecznie do lektury dzieła Laury Łabno pt. ?Pan Żywiołów?.
Głównym bohaterem z którym przyjdzie nam, w głównej mierze, przeżywać przygody jest piętnastoletni Dany McCollguth. Po niewyjaśnionej, tragicznej śmierci swojej matki osierocony chłopak trafia do swoich dalekich krewnych, którzy sprawują nad nim opiekę. Już od najmłodszych lat bohater musi polegać wyłącznie na sobie i własnych umiejętnościach. Podczas lektury nie dowiadujemy się niczego szczególnego na temat jego życia u ?rodziny zastępczej?, jednak można śmiało założyć, że doskonale potrafi o siebie zadbać. Wraz z postępem lektury i rozwojem fabuły Dany przeżywa widoczną metamorfozę mentalną. Zaryzykuje tutaj stwierdzenie, że momentalnie dorasta do spraw, które przerosły by niejednego dorosłego. Szybki rozwój jest tutaj potrzebny, gdyż niezdecydowanie i ślamazarność bohatera mogłyby jedynie zniszczyć to, co autorka tak skrzętnie stara się nam ukazać. Dany w roli głównego bohatera sprawdza się nad wyraz intuicyjnie. Pomimo widocznych schematów i porównań z postaciami innych autorów posiada w sobie coś wyróżniającego. Osobiście nie widzę na tym miejscu nikogo innego. Parę słów pragnę poświęcić postacią pobocznym, na które natkniemy się podczas naszych wspólnych przygód. Na tym polu autorka nie zaszalała, jednakowo nie są to typowe zapychacze. Postacie posiadają swoiste cechy wyróżniające, lecz są to naprawdę schematyczne wybory, które tylko w jakiś sposób wybijają je do góry. Autorka mogła dopracować bardziej ten element, jednak należy pogratulować jej tego, iż nie poszła na łatwiznę z wykorzystaniem armii klonów. Pomimo tego da się znaleźć w tej grupie parę postaci, które zainteresują czytelników swoimi charakterami. Fabuła przedstawiona na łamach książki jest ekstremalnie wartka. Nie są to wyłącznie przechwałki. Podczas lektury nie znajdziemy chwili odpoczynku, więc warto zarezerwować trochę wolnego czasu na delektowanie się nią. Historia pomimo braku zawiłości jest zwarta i logiczna, co tylko pozytywnie wpływa na komfort czytania. Wątki pasują do siebie i w większości są dokładnie wyjaśnione. Na tym polu autorka postarała się, widać że włożyła sporo czasu w kreację fabuły. Czuć co prawda lekki powiew powtarzalności, lecz oprawa została wykonana w taki sposób, iż owe niedogodności są skutecznie zamaskowane przez pryzmat pomysłowości pani Laury. Można przyczepić się do niewyjaśnionych kwestii, choć dla mnie to idealna furtka dla powstania kontynuacji, za co trzymam mocno kciuki. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Miasto jest niczym żyjący organizm, nieustannie się zmienia. Coś przemija, by na jego miejsce powstało coś nowego. W codziennym pędzie nie zawsze jednak zauważamy te zmiany, bądź mijamy je obojętnie nie poświęcając im większej uwagi. Są jednak osoby, które przemierzają ulice w poszukiwaniu właśnie takich przemijających elementów i zbierając je, tworzą niezwykłe kolekcje. ?Street Art & Poetry of Wrocław? jest właśnie tego typu nietypową kolekcją. Zapraszam abyście razem ze mną odkryli inne, często niedoceniane oblicze Wrocławia przedstawione w tym nietypowym albumie.
Murale, graffiti, jak i inne formy sztuki powstającej w miejscach publicznych są różnie odbierane przez jego mieszkańców oraz przejezdnych. Dla niektórych są one formą sztuki, często niedocenianej, inni uznają je za element szpecący, który powinien zniknąć z przestrzeni miasta. Niezależnie od tego jakie mamy zdanie, nie da się jednak ukryć iż jest to nieodłączny element przestrzeni w której żyjemy. Praktycznie niezależnie od tego gdzie pójdziemy natkniemy się na owe, w większości anonimowe, dzieła. Niektóre odpychające, inne zaskakujące swą odmiennością, bądź po prostu zachwycające głębią czy też formą, jaką przybrały, sprawiają, że nie raz przystaniemy na dłużej zastanawiając się nad tym, co twórca chciał w ten sposób przekazać. Ta nietypowa twórczość ocierająca się o nazwanie jej sztuką, jest obecna w życiu codziennym każdego mieszkańca miasta, jednak często o niej zapominamy bądź też mijamy obojętnie zajęci swoimi sprawami. Niewiele się o niej mówi, a co dopiero pisze. Jednak są ludzie, dla których stanowią swego rodzaju pasję.
Dowodem na to jest ?Street Art & Poetry of Wrocław? ? niezwykły album, w którym zebrane zostały aż 53 fotografie wrocławskich murali. Zdjęcia te wykonał Wojciech Majczak na przestrzeni kilkunastu lat fotografując ściany i mury Wrocławia. Jednak nie tylko ze względu na tematykę zdjęć album stanowi swego rodzaju nowość, ale także i wyzwanie zarówno dla jego autorów jak i czytelników. W albumie pokuszono się bowiem o zestawienie fotografii ulicznej sztuki wraz z poezją, co jest nietypowym i nowatorskim zagraniem, łączącym zdawałoby się dwa bardzo odległe i różne od siebie światy. Dzieła ocierające się o sztukę połączone zostały z wierszami 23 wrocławskich i świdnickich młodych poetów i poetek, wybranych przez drugiego autora albumu - Jacka Inglota. Wiersze stanowią swoisty komentarz dla prezentowanych murali. To nietypowe połączenie dwóch, zdawałoby się odmiennych, a na pewno niestykających się ze sobą na co dzień, światów, ulicznej sztuki i poezji stanowi główny atut albumu wyróżniający go spośród innych pozycji. Choć już sam fakt stworzenia albumu poświęconego muralom czyni ?Street Art. & Poetry od Wrocław? dziełem innowacyjnym i pionierskim na rynku. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Przedstawiamy nową serię wydawnictwa Jaguar! Od dziś w księgarniach możecie szukać pierwszego tomu Akademii Dobra i Zła autorstwa Soman Chainani. Zaś na KZTK niedługo recenzja książki - liczymy na same pozytywne wrażenia! Akademia Dobra i zła przeniesie Was do świata rodem z baśni i bajek, które znacie z dzieciństwa. Jednak nie wszystko jest tutaj tak oczywiste jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, o czym przekonają się bohaterki historii. Przeznaczenie lubi bowiem płatać figle?
Myślisz, żeś dobry? Myślisz, żeś zły? My Ci powiemy: Tyś jeszcze nikt! Los Twój nieznany, lecz my podpowiemy: W baśni ziarno prawdy zaklęte czeka Więc wyrusz po nie już dziś ! Akademia Dobra i Zła czeka na Twą osobę Więc śmiało przybądź, jeżeliś godzien.
Tego roku, najlepsze przyjaciółki Sophie i Agatha dowiedzą się dokąd trafiają po skończeniu trzynastu lat wszystkie zaginione dzieci. Do legendarnej Szkoły Dobra i Zła, w której zwyczajni chłopcy i zwykłe dziewczynki są szkolone by zostać albo bajkowymi bohaterami, albo wielkimi złoczyńcami. Sophie, najładniejsza dziewczyna w całym Gavaldonie całe dotychczasowe życie marzyła żeby zostać już porwaną i trafić do zaczarowanego świata. Ze swoimi różowymi sukienkami, dobrymi stopniami i skłonnością do dobrych uczynków, wie, że ma szansę dostać się do szkoły Dobra i w efekcie zostać księżniczką z bajek. Z kolei Agatha gustująca się w mrocznych strojach i czarnych kotach, pełna niechęci do wszystkich napotkanych na jej drodze istot, myśli, że trafi do szkoły Zła. Tymczasem staje się zupełnie inaczej... Po więcej zapraszamy na nasz zewnętrzny blog.
Tonący brzytwy się chwyta - to przysłowie idealnie oddaje klimat drugiej powieści Pawła Jakubowskiego. "Kopuła" przenosi czytelnika do postapokaliptycznej rzeczywistości, w której ludność znalazła schronienie w pięciu, tytułowych Kopułach. Schronienia wybudowane przez Wielkiego Architekta miały zapewnić schronienie na rok, odgradzając ich mieszkańców zarówno od wrogich sił Dyrektoriatu jak i panującego skażenia. Od tamtej pory minęły trzy lata, a mieszkańcy Kopuł toczą z dnia na dzień zażartą walkę o przetrwanie. Co jednak najbardziej zagraża mieszkańcom Kopuł? Wszechobecne skażenie, kiepski stan kopuły, siły wroga, braki w żywności, fałszywe raporty, szpiedzy, a może kłamstwa ich przywódców? Serdecznie zapraszam do wspólnego poszukiwania odpowiedzi na to pytanie w jednej z Kopuł.
Paweł Jakubowski w swojej drugiej książce zabiera czytelnika do postapokaliptycznej wizji przyszłości, a dokładniej do jednej z pięciu Kopuł wybudowanych przez Wielkiego Architekta, w których ludzkość odnalazła schronienie przed zagładą. Każda z tych budowli miała zapewnić schronienie na dokładnie rok czasu. Po tym okresie jej mieszkańcy powinni znaleźć inne rozwiązanie zapewniające im przeżycie. Mimo to w każdej Kopule Wielki Architekt pozostawił kopertę zapewniającą Ostateczne Rozwiązanie. Mieszkańcy Kopuły, a dokładniej rządzący członkowie Partii, w przypadku gdy nie będą już widzieli innego wyjścia na przeżycie i tylko wtedy mogą po nią sięgnąć.
Porządku w Kopule strzeże siedmiu członków Partii, pełniących siedem odpowiedzialnych funkcji, są to kolejno: Wielki Sekretarz, Wielka Łącznik, Wielki Mierniczy, Wielki Strażnik, Wielki Inwentaryzator, Wielki Rachmistrz oraz Wielki Nadzorca. Praca każdego z nich ma zapewnić przetrwanie mieszkańcom Kopuły oraz jak najdłuższe funkcjonowanie jej samej. Na codziennych posiedzeniach członkowie Partii przedstawiają raporty z dnia poprzedniego i naradzają się nad dalszymi działaniami. Wszystko w imię wyższego dobra. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Pozytywne raporty, optymistyczne wizje przyszłości, plany nad polepszeniem obecnego stanu rzeczy wydają się aż nierealne w trudnych warunkach w jakich znalazła się ludzkość. I szybko się okazuje iż rzeczywistość nie jest aż tak kolorowa jak wynikałoby to z przedstawionych raportów. Na wierzch wychodzą skrywane kłamstwa, lęki i ambicje. Czego tak naprawdę powinni obawiać się mieszkańcy Kopuły i czy istnieje szansa na przetrwanie? Tego dowiecie się już sami podczas lektury.
Akcja powieści została zamknięta w jednym pomieszczeniu, w którym toczy się jedno z posiedzeń członków Partii. W książce nie uświadczycie rozległych opisów, ba! - nie ma ich praktycznie wcale. Miłośnicy scen walk czy heroicznych wypraw po ogarniętych zagładą terenach także nie mają czego szukać w "Kopule" Pawła Jakubowskiego. A jednak pomimo braku tych elementów, których wiele osób oczekuje sięgając po powieści postapokaliptyczne, nie można narzekać na nudę czy brak emocji podczas lektury. Autor poprzez zapis rozmowy sześciu osób (jeden z członków zgromadzenia będzie nieobecny, dlaczego, będziecie już musieli dowiedzieć się sami) nakreślił przejmującą wizję społeczeństwa zamkniętego w schronie, który od dawna nie powinien już pełnić swojej funkcji i który grozi pogrzebaniem żywcem swoich mieszkańców, praktycznie w każdej chwili. Nieustanne napięcie wyraźnie odbija się na osobach odpowiedzialnych za utrzymanie tego wszystkiego w całości.
O samych bohaterach można by pisać wiele i długo. Każdy z "Wielkich" posiada własną, staranie opisaną osobowość, własny styl mówienia (co bardzo umila lekturę) i stanowi zagadkę samą w sobie. Obserwując toczącą się naradę czytelnik ma wrażenie jakby uczestniczył w przedstawieniu, gdzie każdy z aktorów skrywa swoje oblicze za maską i dopiero w trakcie trwania owej maskarady powoli odkrywał prawdziwe oblicze skrywające się za zasłoną z kłamstw, ambicji i własnych strachów. Nie będę pisała o nich niczego więcej gdyż nie chcę żadnemu czytelnikowi psuć przyjemności jaką daje poznanie ich na własną rękę. Naprawdę warto poświęcić im dłuższą chwilę, stanowią niezwykle interesującą zbieraninę wyrazistych, niekiedy wręcz lekko przerysowanych postaci. Jednak nawet owa przesada idealnie do nich pasuje i nadaje głębszego charakteru całości.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
„KONIEC ŚWIATA to zadziwiająca miejscowość leżąca na styku PIERWSZEGO I DRUGIEGO ŚWIATA, okryta Całunem. Tylko tu Maria Antonina może kłócić się z Izaakiem Newtonem, Abraham Lincoln rozmawiać z Emilią Plater, a Elżbieta Batory nadal popełniać straszliwe zbrodnie. Nie trafiają tu turyści, trudno znaleźć nocleg, a w powietrzu czuć magię” – ten fragment opisu bardzo mocno podziałał na moją wyobraźnię. Już wtedy wiedziałem, że będę musiał zaspokoić moją ciekawość. Tak właśnie się stało, gdyż pytań rodzących się w mojej głowie była aż za wiele. Czy nieśmiertelność powinna być dostępna dla wszystkich ludzi? Jaki wpływ na nasz świat mają potwory, w które przecież i tak nie wierzymy? Odpowiedzi na te, oraz inne pytania znajdziecie w książce „Wszyscy jesteśmy martwi” autorstwa Katarzyny Grzędowskiej.
Pierwsze skrzypce w książce gra para bohaterów: tajemnicze rodzeństwo Dan i Alice. I choć niewątpliwie są oni najważniejszymi bohaterami, to nie zaskarbili sobie mojej uwagi. Już od początku biło od nich niesmaczną powtarzalnością, jednak z rozwojem fabuł to złudzenie minęło. Pomimo pokrewieństwa to całkowicie różne osoby, które zatracają się coraz bardziej w swoich nowych rolach. Zmiany są widoczne gołym okiem. Od typowego zera, do niesamowitego wybrańca. To trochę wyświechtana droga i tutaj bynajmniej nie pozbawiona większości wad. Trudno polubić to rodzeństwo. Tak naprawdę ich rozważania nie są zbyt błyskotliwe, a ich działania motywowane są czynami pozostałych osób.
Oprócz wspomnianej powyżej dwójki na naszej drodze stanie wiele ciekawszych postaci. Maria Antonina, Abraham Lincoln, Elżbieta Batory, Izaak Newton. To tylko niektóre z przykładów, bowiem w samym tytule znajdziemy dużo więcej postaci. Wiele z nich pomimo swojego wieku i pochodzenia z zupełnie innej epoki jest przedstawionych w zaskakująco nowoczesny, ale w tym pozytywnym znaczeniu, sposób. Komizm wpleciony przez autorkę idealnie pasuje do tytułu. Z wszystkich dostępnych postaci moim ulubieńcem został Czarny Dave. Wierzę, że każdy znajdzie tutaj swojego ulubieńca, bowiem jest w czym wybierać. Autorka zatarła niesmak pozostawiony po głównych bohaterach.
Świat przedstawiony w książce nie jest zbyt rozległy, mogę śmiało stwierdzić, że jest nieprzyzwoicie mały i sterylny. Pasuje to do tego tytułu, jednak czytelnicy lubujący się w rozbudowanych opisach nie mają tutaj czego szukać . Koniec Świata, oraz przyległe tereny to jedyne okolice jakie przyjdzie nam zwiedzać. Drugi świat przedstawiony jest raczej opisowo, a w samej książce nie zagłębiamy się w jego czeluściach. Czuć tutaj zmarnowany potencjał świata istot nadprzyrodzonych, nie wiem czemu nie został on wykorzystany w większym stopniu na przykład do urozmaicenia fabuły.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Serdecznie zapraszamy do przeczytania wywiadu z panią Haliną Biedroń, z którą niedawno mieliśmy okazję prowadzić spotkanie autorskie we wrocławskiej kawiarni Literatka.
Halina Biedroń, rodowita wrocławianka z wykształcenia pedagog. W roku 2012 nakładem wydawnictwa Novae Res ukazał się jej debiut literacki - ?Widok zza rogu życia?. Rok później pojawiła się wydana przez WFW druga publikacja autorki pt: ?Chwile zamknięte w obrazkach?. Obie pozycje, to przepełnione emocjami powieści z gatunku psychologiczno-obyczajowych.
W książce "Widok zza rogu życia" poznajemy losy Marty. Kobiety, która nie miała łatwego dzieciństwa. Porzucona przez ojca i wychowywana przez niezrównoważoną emocjonalnie matkę-alkoholiczkę wyrosła na nieśmiałą kobietę, ściśle podporządkowaną woli swojej rodzicielki. Jej los odmienia się, gdy poznaje Artura, starszego od siebie mężczyznę, z którego pomocą udaje jej się wyrwać z rodzinnego domu i pożegnać z prześladującymi ją nieustannie widmami przeszłości. Razem zakładają rodzinę i choć na ich drodze piętrzyło się wiele przeszkód, po latach mają powody by uważać się za prawdziwych szczęściarzy. Marta staje się pewną siebie, silną kobietą. Wydawałoby się, że jesteśmy świadkiem klasycznego "happy endu", jednak w tym momencie tak naprawdę rozpoczyna się cała historia. Do życia szczęśliwej rodziny wkrada się niespodziewany gość, Konrad - syn Artura i jego tragicznie zmarłej dziewczyny, z którą w okresie swoich studiów przeżył krótki, lecz burzliwy romans. Nowy członek rodziny, zdawałoby się idealna kopia ojca, szybko przyciąga uwagę Marty, a cała znajomość zmierza w kierunku, którego bohaterowie bynajmniej sobie nie życzyli.
Fabuła drugiej powieści "Chwile zamknięte w obrazkach" przenosi czytelnika do Niemiec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Norbert, będąc zdolnym ekonomistą, wraz ze swoją młodą żoną, opuszczają Polskę i przenoszą się do Niemiec, gdzie mężczyzna szybko odnosi sukces. Dostatnie życie, piękny dom, dwójka dzieci, dla niektórych zdawałoby się to spełnieniem wszelkich marzeń. Jednak Dagmara, zawsze wspierająca swojego męża, z czasem zaczyna czuć niezadowolenie, a jej serce zalewa rozgoryczenie i żal spowodowane wyrzeczeniami, jakie musiała ponieść decydując się na przeprowadzkę. Dla swojej rodziny, bowiem zrezygnowała z własnych marzeń. Złota klata, w jakiej zamknięta jest bohaterka zaczyna ją przytłaczać, a sytuacji nie poprawia zachowanie wiecznie zazdrosnego męża. Dagmara coraz więcej czasu spędza w swojej pracowni oddając się skrywanej przed innymi ludźmi pasji, jaką jest malowanie. Wszystko trwa do czasu, aż przypadkowo podsłuchana rozmowa telefoniczna sprawia, że jej dotychczasowe życie traci sens, a szczęście całej rodziny wydaje się wisieć na włosku. Losy bohaterów żyjących w Pani powieściach nie należą do najłatwiejszych. Stawia ich Pani pod przysłowiowym murem zmuszając do podejmowania trudnych decyzji. Czy pisząc o losach swoich bohaterów zastanawia się Pani, co sama zrobiłaby na ich miejscu? Kiedy piszę, zupełnie się na tym nie skupiam. Moje odczucia, wrażenia, przemyślenia schodzą w tym czasie na odległy plan, bo też i moje życie wówczas - poza niezrozumiałymi dla mnie do końca procesami zachodzącymi w mojej głowie i stukaniem w klawiaturę komputera -ogranicza się, niemal wyłącznie - do prozaicznej fizjologii. A bujne, dla odmiany, życie moich bohaterów w zasadzie się z nim nie łączy (a przynajmniej nie bezpośrednio). Prawdę powiedziawszy, podczas pisania zapominam o istnieniu panihb. Pani bohaterki to silne kobiety o artystycznych duszach, czy są one w jakiś sposób powiązane z Pani osobą? Wielu autorów przyznaje, że tworząc głównego bohatera/bohaterkę wzoruje się na własnej osobie. Żeby było jasne, żadna z dotychczas napisanych przeze mnie historii nie jest autobiografią. W moich powieściach bohaterowie do czytelnika nie powracają. Za każdym razem tworzę nową fabułę i nowe, w żaden sposób niepowiązane ze sobą postaci. Obawiam się, że gdybym za każdym razem obdarowywała (czy też, jak kto woli, obarczała ) je swoimi cechami, to wkrótce powiałoby pospolitą nudą i - o zgrozo! - nikt nie chciałby moich książek czytać. Myślę jednak, że przy pisaniu powieści psychologicznych nie da się tak do końca tego zjawiska uniknąć i choć niekoniecznie dzieje się to świadomie zawsze zdarzają się jakieś przecieki. Jednak, nie wiedzieć czemu, zdecydowanie częściej zdarza mi się odnajdywać własne cechy w postaciach drugoplanowych. Dalsza część wywiadu dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Niedługo Halloween, a co za tym idzie czas na wszystko co straszne i mrożące krew w żyłach. Z tej okazji mamy dla was trzy wyjątkowe tytuły od wydawnictwa Zysk i S-ka, w których zło i przerażenie przybiera różne oblicza. Zapraszamy do udziału wszystkich śmiałków, którzy nie wiedzą co to lęk!
Nagrody:
Trzy osoby zostaną nagrodzone egzemplarzem jednej z powyższych książek. Do wygrania trzy wyjątkowe powieści, które zachwycają nie tylko treścią, ale także wydaniem.
Zadanie konkursowe: Opisz krótko najstraszniejszą książkę, bądź motyw z książki z jakim przyszło Ci się zetknąć w trakcie Twojej czytelniczej przygody. Co Cię najbardziej przeraziło? Było to miejsce, sytuacja, a może mrożący krew w żyłach charakter? Koniecznie podajcie tytuł i autora! Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
?Zima w Piekle? to zbiór krótkich opowiadań , obracających się wokół nietypowego związku dwóch Demonów Zarazy ? Atry i Mirena. Utrzymane w klimatach shonen-ai (boys love oparte na delikatnych aluzjach, bez scen erotycznych) były dla mnie po części wyzwaniem i pierwszym kontaktem z gatunkiem, którego unikałam jak ognia. Co przyniosła ze sobą lektura perypetii dwóch zakochanych demonów? Serdecznie zapraszam do lektury recenzji.
W piętnastu opowiadaniach Weronika Bronowska, pisząca pod pseudonimem Demon Lionka, zawarła wycinki ze wspólnego życia Atry i Mirena, poczynając od ich pierwszego spotkania, poprzez zamieszkanie pod jednym dachem i związane z tym przygody. Cechą wspólną wszystkich historii jest nieodłączny humor i lekkość. Opowiadania są niezobowiązujące i mają na celu zabawić chociaż przez chwilę czytelnika. Osobiście owa ?krótkość? opowiadań była dla mnie sporym minusem i żałuję, że nie pokuszono się o rozwinięcie historii demonów, gdyż kryje się w nich spory potencjał. A tak cała zabawa kończy się, nim zdążymy zżyć się z bohaterami.
Głównymi bohaterami jak nie trudno się domyśleć jest para wspominanych demonów. Obaj panowie bez problemu już po pierwszych stronach dają się przypisać do dość tradycyjnych typów postaci. Otrzymujemy parkę złożoną z aroganta Atry i lekkoducha Mirena. Pomijając fakt, że obaj są Demonami Zarazy nie mają ze sobą wiele wspólnego i zdają się być ze sobą w myśl zasady, że przeciwieństwa się przyciągają. Arogancki, niezbyt sympatyczny i ogólnie unikany Atra dziwnym zrządzeniem losu zdaje się odwzajemniać uczucia Mirena, będącego przykładem dziecka z ADHD w ciele dorosłego. Nadpobudliwy, niezbyt rozgarnięty i fajtłapowaty wydaje się mieć z życiu więcej szczęścia niż rozumu. Już po tym krótkim opisie fani mangi i anime zauważą, że pokuszono się o tradycyjne rozwiązania i schematyczność charakterów. Biorąc pod uwagę krótką formę opowiadań nie jest to złe, gdyż nie ma tutaj zbytnio miejsca na zarysowanie głębszych osobowości. To samo tyczy się bohaterów pobocznych. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
"Percy Jackson i bogowie olimpijscy" to znana i ceniona seria, autorstwa Ricka Riordana. Jak w przypadku wielu tytułów, które zyskały rozgłos i uznanie wśród licznej rzeszy fanów, tak i w tym przypadku książki doczekały się licznych dodatków, adaptacji. Krótko mówiąc wszystkiego, co tylko może zwrócić uwagę głodnego kolejnych wrażeń i przygód z lubianymi bohaterami fana. Był film, teraz czas na komiks. Poniżej prezentujemy recenzję komiksowej adaptacji pierwszego tomu książki "Złodziej pioruna".
Życie Percy'ego Jacksona nie należy do najłatwiejszych. Wychowywany przez samotną matkę, nigdy nie poznał swojego ojca, który zginął na morzu. Dyslektyk, mający spore problemy z nauką, a co za tym idzie, raz za razem wyrzucany z kolejnych szkół. Jakby tego było mało pewnego dnia o mało nie zostaje zabity przez swoją nauczycielkę, która na jego oczach zmienia się w potwora rodem z greckich mitów. Jak szybko się okazuje, to dopiero początek przygody. Percy okazuje się bowiem potomkiem jednego z greckich bogów - Posejdona, i musi szukać schronienia w specjalnym obozie dla herosów. Zanim jednak udaje mu się tam dotrzeć, traci matkę, która poświęca się, by chronić swojego syna. Dodatkowo na miejscu dowiaduje się iż najwyższy z bogów Zeus oskarża go o kradzież Pioruna. Nie pozostaje mu nic innego jak spróbować odzyskać dobre imię i odnaleźć zgubę, a tym samym zapobiec wybuchowi kolejnej wielkiej wojny między bogami.
Fabuła zapewne jest dobrze znana wszystkim fanom serii, należy jednak brać pod uwagę iż nie tylko oni sięgną po komiksową adaptację. Nie rzadko przecież się trafia, że za sprawą adaptacji, czy to filmowej, czy graficznej chcemy zapoznać się z pierwowzorem, wiedząc, że będzie on miał do zaoferowania znacznie więcej, niż ta sama historia widziana oczami kogoś innego. Wracając jednak do powieści graficznej "Złodziej pioruna" ma do zaoferowania wartką akcję, wyrazistych bohaterów i ciekawą historię, która została bardzo dobrze opowiedziana i pomimo mniejszej ilości tekstu, niż w przypadku książki, trudno mówić o jakiś brakach. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
„Polskę opanowała epidemia zombizmu. Żywe trupy, których przysmakiem jest ludzkie mięso, sieją krwawy terror i spustoszenie na ulicach Gdańska. Jedyną szansą Karola na przetrwanie jest dołączenie do grupki nielicznych ocalałych, którzy schronili się w kościele Świętego Wojciecha na Zaspie. Czy ktoś z nich pomoże mu dotrzeć do rodziny w Poznaniu? Czy zaufanie i pomoc to puste pojęcia w świecie pogrążonym w koszmarze, gdzie nie obowiązują już żadne wartości? Podróż do stolicy Wielkopolski stanie się makabryczną szkołą przetrwania i mrożącą krew w żyłach przygodą.” – nad wyraz interesujący opis od razu przyciągnął mój wzrok tak samo jak stylizowana okładka. Jako fan zombie nie mogłem przepuścić takiej okazji, tym bardziej, że motyw ten w rodzimej literaturze jest coraz chętniej wykorzystywany. Czy pomysłowy naród jakim jesteśmy poradzi sobie z prawdziwą apokalipsą? Czy w tym zamieszaniu będzie jeszcze czas na moralne czyny? Na wszystkie nurtujące was pytania odnajdziecie odpowiedzi w książce „Zombie.pl”.
Podczas apokalipsy, czy każdej innej katastrofy w społecznościach, które przeżyły, wyłaniają się z czasem jednostki dominujące, które kierują tłumem. W tym tytule nie jest inaczej, gdyż napotykamy na naszej drodze trzy różne obozowiska: Chrześcijanie, Słowianie oraz Wojsko wiodą tutaj prym. Oprócz nich zapewne istnieją jeszcze wolni strzelcy, samotni ocaleni, lecz o ich losach nie dowiadujemy się wiele. O liderach wspomnianych ugrupowań można jedynie powiedzieć, iż są charyzmatyczni, oddziaływają na tłum swoją mową, kierując nim wedle własnych upodobań. Pomysł jaki przedstawili autorzy nie jest nowatorski, wręcz przeciwnie oklepany i nudny. Podczas lektury czułem, że już gdzieś spotkałem coś podobnego. To ogromna wada, lecz nie dyskwalifikuje tytułu.
Z kolei ogromnym plusem jest sposób w jaki zostały przedstawione przypadkowe osoby. Ludzkie odruchy i zachowania opisane są po mistrzowsku. Widmo zagłady i apokalipsy zombie odciska swoje piętno na psychice każdej postaci. To kluczowa sprawa, bowiem walka nieumarłych z tabunem kukieł w ubraniach nie była by już tak spektakularna, prawda?
Jak w każdej historii, tak i tu mamy do czynienia z głównym bohaterem. Jest nim Karol Szymkowiak, lecz takie jednoznaczne określenie nie jest na miejscu. To raczej jedna z ważniejszych postaci, choć to głównie u jego boku przeżywamy naszą przygodę. To osoba o wyrazistych poglądach, silnym kręgosłupie moralnym, posiadająca cel w życiu, którym jest odszukanie zaginionej rodziny. Karol podczas tej przygody przeżywa widoczną metamorfozę, która zmienia jego nastawienie do otaczającego świata i towarzyszy. Osobiście bardzo go polubiłem, jego niezłomność i mocny charakter sprawiły iż patrzyłem na tę postać z uznaniem, a co więcej jego zachowanie potrafiło zmobilizować towarzyszące mu osoby. Nietrudno się domyślić, że Karol nie jest jedynym żywym człowiekiem i bohaterem powieści, lecz specjalnie powstrzymam się od ich wymieniania. W końcu trwa apokalipsa zombie i resztę ocalałych będziecie musieli poznać sami.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Po przeczytaniu wszystkich tomów "Kroniki Klary Schulz" nie mogłam się powstrzymać, żeby nie sięgnąć po jej debiutancką książkę zatytułowaną "Przepowiednia". Nie zniechęciły mnie trudności w zdobyciu egzemplarza i nareszcie mogłam się zabrać do lektury. Jak się szybko okazało bardzo odmiennej od tego, co spotkałam w Kronikach. Z resztą przekonajcie się sami, czym zaskoczył mnie przedziwny sen zawarty na kartach książki.
Na wstępie muszę wyjaśnić, dlaczego użyłam słowa sen. Nie było ono przypadkowe. "Przepowiednia" należąca do gatunku fantasy, jak sama autorka przyznaje, w krótkiej przedmowie jest snem, spisanym by także inni mogli się w nim zagłębić i odnaleźć jego własną interpretacje. Sen ów dzieje się w krainie zwanej Wald, którą włada Człowiek-Wilk, Imperator na zamku Har, pod czujnym okiem swojego mentora Micha Jago. Jego postać można z początku opisać jednym słowem: tyran. Bezwzględny i okrutny za sprawą swojej wilczej natury terroryzuje swój lud, którego jedyną nadzieją jest przybycie zapowiedzianego w Przepowiedni Sędziego-Smoka, który zgładzi Imperatora i przywróci pokój światu.
"Długa droga do spokoju, zbyt wysoko jego kiść. Władca Har zrobi wszystko, by ostatni nie spadł liść. Bo gdy spadnie na dziedziniec - tam gdzie ciągły pada mrok, pojawi się przeznaczenie - sprawiedliwy Sędzia-Smok."
Historia, jak nietrudno się domyślić, skupia się wokół dwóch głównych bohaterów, przedstawiając nam wydarzenia widziane oczami Człowieka-Wilka i Człowieka-Smoka. Przepowiednia zaś napędza ich wzajemne działania, sprawiając iż jedno dąży do tego, by zaprzeczyć jej słowom i odwrócić swój los, drugie zaś ze wszystkich sił starać się będzie zakończyć erę terroru. Ani jednego z bohaterów nie będzie jednak czekała łatwa droga.
Lupus, gdyż takie imię nosi Imperator, od pierwszych stron został moim ulubieńcem i postacią, która mnie zafascynowała. Z jednej strony przesiąknięty złem, z drugiej targany licznymi sprzecznościami, wynikającymi z jego podwójnej natury, był postacią niezwykle interesującą i złożoną. Teoretyczny podział na czarne i białe, który wysunął się na pierwszy plan na początku historii z każdą kolejną stroną zmienia się w szarość, odkrywając przed czytelnikiem, że nie wszystko jest takie jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Nadszedł czas na kolejną pozycję poruszającą jakże popularny w książkach młodzieżowych temat samobójstw. Książki typu new adult w najróżniejszy, czasami zaskakujący sposób próbują przedstawić przeżycia i uczucia młodych ludzi, którzy zdecydowali się na opuszczenie tego świata. Krok po kroku patrzymy jak zbliżają się ku swojemu końcowi. Książka ?13 powodów? również pokazuje czytelnikowi związek przyczynowo-skutkowy, jednak z pewnością wyróżnia się z pośród innych pozycji oryginalnym sposobem jego przedstawienia. Na czym on polega i jak całość wypada w ostatecznym rozrachunku? Zapraszam do wspólnego odsłuchania siedmiu kaset magnetofonowych i zawartych na nich trzynastu historii.
Cała historia rozpoczyna się w dniu gdy Clay Jensen, główny bohater tej książki otrzymuje dziwną przesyłkę. W pudełku pozbawionym adresu zwrotnego znajduje bowiem siedem kaset magnetofonowych. Gdy odtwarza pierwszą z nich słyszy głos swojej zmarłej koleżanki Hannah Baker, po której samobójstwie nadal nie może się otrząsnąć. Nietrudno się domyślić jakie jest jego zaskoczenie gdy słyszy iż na kasetach dziewczyna zawarła trzynaście powodów swojej śmierci, trzynaście historii, których bohaterowie popchnęli ją swoim zachowaniem do odebrania sobie życia. A on jest jednym z nich. Jeżeli odsłucha kasety dowie się dlaczego znalazł się na tych nagraniach i jaka była jego rola w życiu i śmierci Hannah. I tak w raz z Clayem rozpoczyna się nasza wędrówka szlakiem wyznaczonym przez nieżyjąca już dziewczynę i jej nagrania. Każda strona kasety to inna historia i inny bohater. Hannah bez owijania w bawełnę wyciąga na światło dzienne brudy i występki znanych chłopakowi osób, całkowicie zmieniając jego światopogląd i opinie na temat otaczającego do świata i osób. Każdej historii towarzyszy rosnący niepokój i pytania: Dlaczego on też znalazł się na tych nagraniach? Co takiego zrobił? I dlaczego Hannah odebrała sobie życie? Owa niepewność i trzymanie czytelnika w napięciu bardzo przypadły mi do gustu. Przeplatające się myśli i czyny chłopaka opisywane w czasie teraźniejszym wraz ze snutymi przez Hannah historiami i jej odczuciami z początku zdawały się wywoływać lekki chaos w lekturze, jednak gdy tyko przyzwyczaiłam się do naprzemiennych, często wtrącających i przerywających sobie nawzajem wypowiedzi dwóch różnych bohaterów lektura okazała się bardzo porywająca. Ciekawy i nieco szokujący pomysł polegający na oparciu na oparciu fabuły na nagraniach zawartych na kasetach, będących jednocześnie testamentem i skargą martwej dziewczyny, niewątpliwie przyciąga uwagę. Dodatkowe napięcie i trzymanie w niepewności aż do niemalże samego końca sprawiały, że trudno było się od książki oderwać. Niestety to do czego większość osób może mieć zarzuty to samo zakończenie historii Hannah, a dokładniej powody dla których odebrała sobie życie. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
W życiu podobno wszystkiego warto spróbować. Po części zgadzam się z tym stwierdzeniem, przynajmniej jeżeli chodzi o książki. Z zaciekawieniem sięgam nie tylko po dzieła nieznanych mi autorów, ale także po coraz to nowsze gatunki. I tak w moje ręce wpadł pierwszy erotyk. Serdecznie zapraszam abyście razem ze mną odbyli tytułowy "Podniebny lot" i przekonali się jaką historię ma nam opowiedzenia pośród chmur autorka. Zapnijcie pasy. Startujemy!
Bianka to wyjątkowo piękna, dwudziestotrzyletnia kobieta, o bolesnych doświadczeniach z dzieciństwa. Obecnie pracująca, wraz ze swoim najlepszym przyjacielem gejem, będącym dla niej jednocześnie całą rodziną, w pierwszej klasie luksusowych linii lotniczych. Zawsze opanowana, zamknięta w sobie i stroniąca od mężczyzn kobieta, stanowi obiekt westchnień płci przeciwnej. Nadchodzi jednak dzień, w którym jej chłodna postawa topi się niczym kostka lodu, pod spojrzeniem turkusowych oczu należących do jednego z pasażerów. Jest nim James Cavendish, obrzydliwe bogaty, nieziemsko przystojny, młody milioner. Bianka wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi podporządkowuje mu się całkowicie, a mężczyzna powoli wprowadza niedoświadczoną dziewczynę w świat miłosnych zabaw, ale także bólu i uległości, budząc w niej głęboko ukryte, pierwotne instynkty.
Historia Bianki i Cavendisha przedstawia zderzenie dwóch światów, jednego przepełnionego przepychem i bogactwem, drugiego wypełnionego mozolną pracą i liczeniem z trudem zdobytych oszczędności. Do tego wszystkiego dodajmy mężczyznę dążącego do pełnej dominacji, we wszystkich możliwych aspektach życia swojej wybranki i nieudolnie broniącą się przed tym kobietę i mamy pełen obraz tego co ma nam do zaoferowania autorka w pierwszym tomie serii "W przestworzach". Oczywiście historia obfituje także w kilka wątków pobocznych i plejada bohaterów nie kończy się na wspomnianej dwójce, jednak to właśnie im poświęcona została największa uwaga w "Podniebnym locie".
Bohaterowie, jak to bywa w tego typu historiach, są niczym młodzi bogowie: ponadprzeciętnie piękni, młodzi, inteligentni, pewni siebie, ale także, co nikogo zapewne nie zdziwi, kryją w sobie tajemnice i bolesne doświadczenia z przeszłości, które rzutują na to jacy są oraz stanowią kolejny element zacieśniający więź między nimi. Widać więc, że autorka nie siliła się tutaj na oryginalność. Otrzymaliśmy postacie męską i kobiecą wyidealizowane, mające budzić pożądanie i rozpalać zmysły czytelnika podczas lektury. Czy się to udało będziecie musieli ocenić sami, jedno jest jednak pewne podczas lektury nie czekają Was żadne niespodzianki, ani niespodziewane zwroty akcji. Nie doświadczycie także głębokich, rozbudowanych charakterów bohaterów opowieści.
Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
Rozpoczynając lekturę książki Jessici Shirvington spodziewałam się lekkiej historii dla nastolatek, z elementami paranormalnymi. Przenikanie między jednym, a drugim życiem zdawałoby się, że nie może być nic wspanialszego. Możliwość posiadania dwóch żyć, daje przecież tyle możliwości. Szybko jednak przekonałam się, że pozycja ta kryje w sobie coś więcej, a przedstawiona historia zupełnie odbiega od tego, co sobie wyobraziłam. I całe szczęście! Ponieważ zamiast banalnej, otrzymaliśmy inteligentom opowieści o życiu i wyborach, jakie musimy dokonać.
Sabine, nastolatka o dwóch życia. Co 24 godziny następuje przeskok, który sprawia, ze raz żyje jako Sabine z Wellesley w bogatej rodzinie, otoczona gronem przyjaciół idealna dziewczyna. Młoda, inteligenta i kochana. Sabine z Roxbury nie wiedzie się tak dobrze. Jej rodzina ledwo wiąże koniec, z końcem, a ona sama uważana jest za odludka. Jedyną pociechą jest dla niej młodsza siostra, którą uwielbia i tajemniczy Ethan, z który krzyżują się jej drogi. Podwójna tożsamość jest dla bohaterki prawdziwym utrapieniem, ciągłe ukrywanie tego faktu, brak możliwości zwierzenia się ze swojego problemu mogą doprowadzić człowieka do szaleństwa. Jednoczesne chorowanie w dwóch światach, czy chociażby zmiany w wyglądzie przenoszące się z jednego świata do drugiego uniemożliwiają jej normalną egzystencję. Tak przynajmniej było, aż do osiemnastych urodzin dziewczyny, od których pojawiają się zmiany i ustępstwa od ustalonych reguł, a tym samym szansa na normalną egzystencję. Jaka jednak będzie cena za wymarzone życie? Głównym tematem, jak nietrudno się domyślić, będzie samobójstwo, które umożliwiłoby Sabine normalną egzystencję. Rezygnacja z jednego z dwóch żyć. Niektórzy będą potępiać postawę bohaterki, część doceni odwagę jaką trzeba mieć by zdecydować się na taki krok, sądzę jednak , że autorce przede wszystkim chodziło o próbę zrozumienia jej decyzji, która bynajmniej nie należała do łatwych. Liczne argumenty i rozważania Sabine mają temu dowodzić i zmusić czytelnika do wczucia się w jej trudną sytuację. Wszystko jednak wywraca się do góry nogami, gdy pojawia się wspomniany już Ethan, który sprawi, że Sabine niczego już nie będzie pewna. Oczywiście nie tylko główni bohaterowie są warci uwagi, postacie poboczne, zarówno w jednym jak i drugim życiu, odgrywają istotne role i sprawiają , że czytelnik ma ochotę dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Co więcej, fakt iż obserwujemy jednocześnie dwa różne światy sprawia, że na kartach książki zmieściło się ich naprawdę sporo!
Akcja pędzi do przodu, przez co książkę czyta się bardzo szybko i ani przez chwile nie można narzekać na nudę. Zaś przeskoki z jednego życia do drugiego następują zazwyczaj w najbardziej emocjonujących momentach, co dodatkowo sprawia, że czytelnik koniecznie chce wiedzieć, co się dzieje dalej z Sabiną w innej rzeczywistości. I tak w kółko przez całą opowieść, która jest niczym samo napędzająca się maszyna. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.