-
Zawartość
7050 -
Rejestracja
-
Wygrane dni
2
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez Artius
-
Dives Ostrzeżenie za ignorowanie uwag moderatorów dotyczących nazewnictwa tematów w PD, oraz za brak znajomości regulaminu owego działu.
-
Ostrzeżenie za ignorowanie uwag moderatorów dotyczących nazewnictwa tematów w PD, oraz za brak znajomości regulaminu owego działu.
-
Kolejna wchodząca w dorosłe życie bohaterka, w kolejnej książce young adult. Dodajmy do tego intrygującego chłopaka, dosłownie wyglądającego do niej zza płotu i otrzymujemy niemalże pewność iż będzie to kolejne romansidło skierowane dojrzewających dziewcząt. Jednak czy jest tak w rzeczywistości? Jeżeli już na dzień dobry chcielibyście zaszufladkować „Moje życie obok” nie róbcie tego. Popełnilibyście naprawdę duży błąd, bowiem Huntley Fitzpatrick ma czytelnikowi do zaoferowania o wiele więcej niż kolejną miłosną historię. Jeżeli jesteście ciekawi, co kryje w sobie tytułowe życie obok serdecznie zapraszam do lektury recenzji. Życie Samanthy Reed jest spokojne, uporządkowane, żeby nie powiedzieć sterylne jak dom w którym mieszka z matką i starsza siostrą. Podporządkowana wymaganiom swojej rodzicielki, chcąc sprostać jej oczekiwaniom skupia się na nauce i stara sprawiać jak najmniej kłopotów. Nie jest to jednak życie o jakim marzy, dlatego z niejaką zazdrością obserwuje mieszkających po drugiej stronie płotu Garrettów. Dużej, hałaśliwej i bałaganiarskiej rodzinie, która choć znacznie biedniejsza wydaje się być dużo bardziej zadowolona z życia. Choć dzieli ich zaledwie płot, tamto życie wydaje się dziewczynie odległym marzeniem. Do czasu aż pewnej nocy Jase Garrett wspina się na dach i zostaje jej przyjacielem, a następnie chłopakiem. Samantha zostaje częścią świata o którym marzyła, nie niepokojona przez swoją matkę, która skupia się na karierze politycznej i poświęca jej cały wolny czas. Choć nie jest łatwo, wszystko wydaje się zmierzać w dobra stronę, ku szczęśliwemu zakończeniu. Lecz jak to w życiu bywa nie zawsze wszystko układa się tak jak powinno. Jeden wypadek odmienia Zycie zarówno rodziny Reed jak i Garrettów zmuszając Samanthę do wyboru między tym co łatwe, a tym co słuszne, gdzie każdy wybór oznacza utratę czegoś co kocha. Autorka serwuje czytelnikom dwa odmienne światy wypełnione równie różnorodnymi charakterami. Rodzina Samanthy choć nieliczna tworzy wydawałoby się uporządkowany, spójny świat. Tak to wygląda dla osób z zewnątrz, od środka widzimy bowiem samotna matkę przepełnioną ambicjami i sztywnymi zasadami tego co wypada, co słuszne, a co źle widziane przez innych, które narzuca swoim dzieciom oraz jej córki pragnące się wyrwać z rodzinnego domu. Rodzina Garrettów zaś choć źle postrzegana przez otoczenie w środku przepełniona jest ciepłem i radością. Ojciec rodziny z trudem wiążący koniec z końcem i martwiący się jak wyżywić przybywających w domu nowych członków rodziny, matka, której całym światem są jej pociechy i oczywiście radosna gromadka dzieci w przeróżnym wieku: Jason, Joel, Alice, Andy, Harry, George, Patsy i Duff. I choć duet Samantha i Jase jest niezwykle ważny, nie stanowi on esencji historii a jedynie motor napędzający pewne wydarzenia i zderzenie obu tych światów. Było to dla mnie ogromnym plusem, bowiem autorka zamiast skupić się, jak to obecnie jest modne, na przeżyciach związanych z miłosnym zauroczeniem, pokazuje inne równie ważne, a nawet ważniejsze dla młodych ludzi wartości jakimi jest rodzina, zaufanie do bliskich i szczerość - także wobec samego siebie. Pokazuje, że życie, choć piękne, bywa trudne i zmusza do trudnych decyzji, których konsekwencje nie zawsze da się naprawić. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- recenzja
- wydarzenie
-
(i 1 więcej)
Tagi:
-
Dla wielu z Was zaczęło się upragnione lato,a czym je najlepiej powitać? Oczywiście dobrze spędzonym czasem przy ciekawej lekturze! Serdecznie zapraszamy do udziału w konkursie, gdzie do wygrania są trzy egzemplarze "Adria" martina Colla - książki przy której nie sposób się nudzić. Zachęcamy również do przeczytania recenzji, którą znajdziecie tutaj. Nagrody: 3 egzemplarze książki "Adria" Martina Colla Zadanie konkursowe: Jako świeży adept tajemniczej Organizacji, szkolącej młodych ludzi na zabójców, opisz 1 dzień swojego pobytu w Obiekcie numer Osiem. Od rannej zaprawy, po zajęcia dzienne, kończąc zejściem na odpoczynek. Praca w formie wpisu do pamiętnika. Termin nadsyłania zgłoszeń: do 18 lipca, do północy. Ogłoszenie wyników: 25 lipca Odpowiedzi na pytanie konkursowe prosimy wysyłać na adres: redakcjakztk@gmail.com W tytule maila należy napisać: Konkurs: Adria W treści należy podać swoje imię, nazwisko oraz swój adres i numer telefonu, przyspieszy to wysyłkę nagrody w razie ewentualnej wygranej. Wśród nadesłanych odpowiedzi redakcja KZTK wybierze zwycięskie po zamknięciu konkursu, wyniki zostaną opublikowane 25 lipca w aktualnościach na stronie głównej oraz na profilu na FB. Za wysyłkę nagród odpowiada redakcja KZTK. Wybór Redakcji jest subiektywny i nie podlega dalszej dyskusji. Wysyłając do nas pracę na konkurs, zgadzasz się na jej publikację na łamach KZTK.
-
Książki dla młodzieży zazwyczaj trzymają się pewnych utartych schematów, zapewniając przyjemną rozrywkę, nie raz przywiązując czytelnika do bohaterów, ale także świata w którym żyją. Susan Vaught w „Szaleństwie” postanowiła jednak pójść własną utartą własnymi pomysłami ścieżką. Dokąd ona prowadzi? Do szpitala pełnego wariatów, tajemniczych zjawisk, powracających zmarłych i bohaterów, którzy nie odsłaniają przed czytelnikiem wszystkich kart. Jeżeli czujecie się na siłach by zmierzyć się z wydarzeniami przekraczającymi granice ludzkiej wyobraźni serdecznie zapraszam do lektury. Susan Vaught w swojej książce zabiera czytelnika do niewielkiego miasteczka w stanie Kentucky, gdzie zlokalizowany jest stary, lecz wciąż działający szpital psychiatryczny Lincoln. W jego murach rozpoczyna pracę młoda, bo zaledwie osiemnastoletnia dziewczyna imieniem Forest, pragnąca zarobić jak najszybciej na wyjazd z Never i rozpocząć wymarzone studia. Nie brzmi zbyt oryginalnie prawda? Jednak gdy do tego wszystkiego dodamy zmarłego kilkanaście lat wcześniej chłopaka, a następnie spotkanie Leviego i Forest na korytarzach szpitala, bicie dawno niemych dzwonów starej dzwonnicy i powracających zza grobu martwych robi się coraz mroczniej i ciekawej. A jest to zaledwie początek historii, która poprowadzi nas przez czas i dwa odmienne światy do odkrycia tajemnic jakie skrywa w sobie Lincoln. „Szaleństwo” tak naprawdę można potraktować jak zbiór opowiadań. Książka nie posiada jednej linii fabularnej, a składa się z kilku poszatkowanych fragmentów rozrzuconych w czasie, ale ściśle związanych ze szpitalem psychiatrycznym w Never. Pomimo owych przeskoków i to niekiedy naprawdę sporych, gdyż przyjdzie nam obserwować nawet kilka przemijających pokoleń mieszkańców miasteczka, wszystkie elementy historii zachowały logiczny ciąg i zazębiają się ze sobą, nie pozostawiając miejsca na nieścisłości. W historii niewątpliwie najważniejszą rolę pełnią Forest i Levi, jednak jeżeli byłabym zmuszona wskazać głównego bohatera, byłaby nim nie para nastolatków, a szpital Lincoln. Cała fabuła obraca się wokół budynku i to on stanowi centrum wydarzeń. Skrywając w sobie wiele tajemnic, będąc mostem łączącym dwa światy nie raz zaskoczy czytelnika. Nie znaczy to jednak, ze ludzcy zarówno żywi jak i martwi bohaterowie tracą przy nim na znaczeniu. Zarówno tych pierwszych jak i drugich spotkamy w książce całkiem sporo i co ważniejsze każdy ma swoją historię do opowiedzenia. Wprowadzenie sporej liczby narratorów, a co za tym idzie postrzeganie opisywanych wydarzeń oczami różnych postaci może u niektórych czytelników wprowadzić lekki zamęt. Osobiście jednak bardzo mi się ten zabieg podobał i pozwalał spojrzeć z szerszej perspektywy na stworzony przez autorkę świat. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- recenzja
- wydarzenie
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
„Chwila w której poznajemy Jana Franciszka Stukułkę, porucznika służby czynnej 305 pułku piechoty jest cząstką drugiego dnia wojny, kiedy to Polska stała się początkowo natchnieniem świata, później zaś, pod koniec – nieodzownym elementem popularnej gry pt. „Co mam zrobić z tym fantem, który trzymam w ręku?” – użycie słów byłego Prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Roosevelta jako początku dla książki wzbudza pewien respekt. Połączenie ich podniosłości z charakterem książki tworzy znakomitą zachętę dla potencjalnego czytelnika. Czy porucznik Jan Stukułka był jedynym myślicielem narodu o takich poglądach? Gdzie w tym wszystkim znajduje się szary obywatel? Czemu życie bywa tak niesprawiedliwe, a sam los pcha nas w nieznane? Na te, oraz inne pytania odpowiedzi znajdziecie w dziele pt. „Wędrówki i myśli porucznika Stukułki (powieść dokończona)”, od wydawnictwa MG. Tytułowy porucznik Jan Franciszek Stukułka jest nad wyraz inteligentnym, a zarazem bardzo obrotnym i pomysłowym człowiekiem, o czym przekonujemy się podczas lektury. Patriotyzm bijący od jego osoby czyni z niego niemal ideał ówczesnych lat, jednak tak naprawdę to antybohater. Brakuje mu cech typowych dla podręcznikowych męczenników, wykrwawiających się bezsensownie na kartach historii. To osoba działająca nieschematycznie, która swoim intelektem potrafi zdziałać więcej, niż oddział uzbrojonych żołnierzy. Podczas lektury niejednokrotnie przekonamy się o jego nieszablonowości i o tym, że pomimo unikania walki można pozostać wiernym swojej ojczyźnie. Stukułka odrzuca wszelkie bohaterskie zrywy narodu, otwarcie je krytykując, co ważniejsze, nie boi się tego co mówi. Jan Stukułka jest niezwykle cenionym wojskowym, który przez zrządzenia losu rozpoczyna działalność konspiracyjną. W tej książce nietypowe zrządzenia losu odgrywają główną rolę, pchając porucznika w coraz to nowsze i nietypowe życiowe sytuacje. Nasz cud narodu nie jest pozbawiony wad. To istny wabik na kobiety, mężczyzna posiadający swoje potrzebny, które musi zaspokoić. Poza tym jego indywidualizm jest zbyt rażący, co w niektórych momentach było nad wyraz męczące. Autor dość dogłębnie przedstawił jego życie w każdym aspekcie. Od nauk szkolnych, po czasy służby czy niewolę i tułaczkę po świecie. Całość napisana jest swobodnym jeżykiem, który ułatwia przekaz, oraz wpływa na przyjemność lektury. Podążamy za porucznikiem od kampanii wrześniowej, zwiedzamy zrujnowany, okupowany kraj, a całość okraszona jest celnymi anegdotami czy obserwacjami. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
Serdecznie zapraszam do wspólnej wyprawy do tytułowej Smoczej Krainy, w towarzystwie księżniczki Klary, jej przyjaciela Rodricka i towarzyszącego im krasnoluda Napa, w komiksie nagrodzonym w „Konkursie im. Janusza Christy na komiks dla dzieci”. Zapewniam, że czytelników czeka wiele zwariowanych przygód, wyrazistych postaci i sporo zabawy. Księżniczka Klara spędza dni an psotach i zabawach ze swoim najlepszym przyjacielem Rodrickiem. Beztroskie życie zmienia się jednak, gdy ścieżki dzieci krzyżują się z losami krasnoluda Napa, który uciekł z rąk złego lorda Dartora, który z jego pomocą chce zdobyć władze nad światem. By temu zapobiec krasnolud musi jak najszybciej powrócić do swojej rodzinnej, magicznej Smoczej Krainy, w przeciwnym wypadku, cały świat znajdzie się w niebezpieczeństwie. Dzieci niewiele myśląc postanawiają pomóc Napowi wrócić do domu. I tak zaczyna się pełna przygód wyprawa w nieznane. Jednak czy Klara i Rodrick rzeczywiście mogą ufać swojemu towarzyszowi? „Krasnolud Nap. Smocza Kraina” to komiks skierowany do młodszych czytelników. Dzieci będą się świetnie przy nim bawić. To urocza opowieść, pełna pasjonujących przygód, niezwykłych krain i zamieszkujących je magicznych istot. Do tego wszystkiego należy dodać wyrazistych bohaterów, zarówno tych dobrych jak i złych, przy czym tych pierwszych z pewnością polubi każde dziecko. Do tego wszystkiego należy dodać obowiązkowy w historiach przeznaczonych dla młodszych czytelników morał i mamy pozycję niemal idealną. Komiks cechują barwne i wyraziste ilustracje, charakterystyczne zarówno dla naszych rodzimych jak i europejskich komiksów. Osobiście nie do końca odpowiada mi tego typu kreska, jednak jest to już kwestia indywidualnych upodobań i predyspozycji. Ilustracje cechuje również pewna prostota, brak tutaj jakiś specjalnych efektów „specjalnych” nakładanych komputerowo, komiks wydany został w tradycyjnym duchu, co dodaje mu wyłącznie klimatu. Dużym plusem jest wyrazista czcionka, którą z łatwością odczytają również dzieci. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- krasnolud nap
- smocza kraina
- (i 4 więcej)
-
Zarówno młodsi jak i starsi czytelnicy często z chęcią sięgają po komiksy. Stanowią one inną, choć równie przyjemną formę lektury, nie raz poza ciekawą historią zachwycając szatą graficzną. Jak wśród innych pozycji wpada dzieło blogera Joe Sugga, brata Zoe, która podbiła serca czytelników „Girl Online” oraz „Girl Online w trasie”? Do kogo jest skierowany komiks „Username: Evie” i co ma do zaoferowania czytelnikowi? Wszystkich ciekawych odpowiedzi na te pytania zapraszam do lektury recenzji. Evie, główna bohaterka komiksu Joe Sugga to niewyróżniająca się z tłumu nastolatka, odrzucona przez rówieśników, żyjąca z dala od innych, a za jedyne towarzystwo posiadająca swojego chorego ojca. Choć życie jej nie rozpieszcza, dzielnie kroczy przez każdy kolejny dzień, znosząc złośliwe komentarze i zaczepki bez słowa skargi. W głębi duszy marzy jednak do ucieczki w miejsce, gdzie mogłaby być po prostu sobą. Wszystko zmienia się w dniu, gdy umiera ojciec dziewczyny, a Evie odkrywa, że pozostawił jej ostatni prezent – wirtualny idylliczny świat, w którym nareszcie spełnią się wszystkie jej pragnienia. Jednak to co wydawało się dziewczynie rajem i bezpiecznym schronieniem zaczyna zmieniać w najgorszy koszmar. Co jest tego przyczyną i jaką drogą obierze bohaterka, o tym będziecie musieli przekonać się sami podczas lektury. Sięgając po komiks „Username: Evie” należy pamiętać iż jest to pozycja skierowana do dzieci i młodzieży. Porusza problemy typowe dla nastolatków, skupiając się na dyskryminacji, odrzuceniu z grupy, samotności, a także, choć w mniejszym stopniu, bólu po stracie bliskiej osoby i tym jak sobie radzić z taką stratą. Nie jest to jednak głęboka historia, wręcz przeciwnie - komiks nastawiony jest na to by przynieść czytelnikowi nieco rozrywki, zabierając nas do stworzonego przez autora wirtualnego świata, gdzie bohaterka będzie poszukiwać prawdy o samej sobie. Prosta, lekka opowiastka - tymi słowami najtrafniej zdefiniujecie przekazaną przez autora historię. Tak jak wspominałam historia jest przyjemna i łatwa w odbiorze, jednak nie pozbawiona wad. Tym co mnie dość mocno rozczarowało w historii było zakończenie. Zbyt proste, zbyt naiwne i zbyt szybko wszystko nagle się ułożyło. Bo o ile jasny podział na tych dobrych i tych złych nie był niczym zadziwiającym, a wręcz przeciwnie był konieczny i pasował do całości, to zbyt duże uproszczenie finału historii mocno kłuje w oczy. Uważam, że komiks miał spory potencjał i szkoda, że został zmarnowany w ten sposób. Tym bardziej, że Joe Sugg włożył w niego naprawdę dużo pracy i stworzył ciekawy świat i bohaterkę, do której można się przywiązać. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- username: evie
- insignis
- (i 4 więcej)
-
„Przeczytaj zanim obejrzysz” – tym hasłem reklamowana była książka „Warcraft. Durotan”. Czy słusznie? Przyznam szczerze, że choć lekturę zaczęłam przed obejrzeniem filmu, skończyłam ją już po seansie. Czy żałuję, że nie skończyłam jej wcześniej? A może wręcz przeciwnie film zaostrzył mój apetyt by dowiedzieć się co się działo przed przedstawionymi w nim wydarzeniami? Wszystkich ciekawych odpowiedzi na te pytania jak i wrażeń z lektury zapraszam na wyprawę w towarzystwie Mroźnych Wilków po ich umierającym świecie. „Warcraft. Durotan” opowiada historię tytułowego Duratana – orka i przywódcy klanu Mroźnych Wilków. Poznajemy go jeszcze jako dziecko, by obserwować, jak z młodego syna wodza, sam przejmuje przywództwo nad klanem. I bynajmniej nie dzieje się to w okolicznościach sprzyjających obejmowaniu rządów nad kimkolwiek. Świat w którym żyje jego klan zaczyna umierać i choć wydaje się, że dołączenie do stworzonej przez czarnoksiężnika Gul’dana Hordy i wyruszenie na podbój nowego świata jest jedyną formą ratunki ani Durotan ani Mroźne Wilki nie chcą z niej skorzystać. Czy uda im się wytrwać w świecie, który obrócił się przeciwko wszystkim żywym istotom? Co okaże się ważniejsze: terytorium, duma i tradycje klanu czy przetrwanie? A jeżeli to drugie, to jakim kosztem? Na początek muszę zaznaczyć iż sama niewiele miałam styczności z uniwersum gry Warcraft i choć wiem, co w trawie piszczy to jest to bardzo ogólna wiedza. Dlatego sięgając po książkę, nie kryłam obaw iż opowiadana historia może do mnie nie trafić, a nieznajomość jakiś oczywistych dla fanów informacji uniemożliwi mi cieszenie się lekturą. Na szczęście szybko okazało się iż były to zupełnie bezpodstawne obawy. Książkę czyta się bardzo przyjemnie, a opowieść wciąga już od pierwszych stron. Po pierwsze autorka zaserwowała czytelnikom głównego bohatera, którego nie sposób nie polubić. Durotan jest przykładem charyzmatycznego wodza, świadomego spoczywającej na jego barkach odpowiedzialności, a przy tym pełnego zapału, ciekawości, ale i pokory wobec otaczającego go świata. To ostatnie jest szczególnie niezwykle, gdy weźmiemy pod uwagę iż nasz bohater jest orkiem. A te przecież kojarzą się nam z uosobieniem zła, przemocy, rozlewu krwi i równie „przyjemnymi” określeniami. Większość osób postawiłaby ich po stronie tych złych. Tymczasem w trakcie lektury przyjdzie nam poznać równie uparty co dumny klan i choć nie można odmówić mu waleczności jego członkowie nie przelewają krwi be potrzeby, żywią głęboki szacunek do swoich przeciwników i zwierzyny, która jest ich pokarmem. Nie ukrywam, że bardzo zżyłam się zarówno z Duratanem, jak i jego ludem, choć nie tylko oni są warci uwagi czytelnika. Autorka stworzyła wiele naprawdę interesujących charakterów, kierujących się własnymi przekonaniami i szukających sposobu, by przetrwać w umierającym świecie. Skoro już mowa o miejscu gdzie rozgrywa się akcja książki, tutaj również nie można powiedzieć złego słowa, a wręcz przeciwnie należą się same pochwały. Opisy są bardzo bogate i szczegółowe, tak, że z pozoru nieciekawe śnieżne pustkowia zmieniają się w żywą krainę o którą zaciekle walczą i której bronią Mroźne Wilki. Co więcej gdy przyjdzie nam zobaczyć jak ta i inne krainy zaczną umierać, a z wraz nimi wszystkie zamieszkujące je istoty, naprawdę trudno pozostać obojętnym. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
Problem rozwiązany, więc temat zamykam.W razie potrzeby otwarcia tematu, proszę autora o kontakt przez PW.
-
Adria - Skrytobójcze bractwo „Adria” – nic niemówiące słowo-imię, które jest tytułem dzieła Martina Colla przyciągnęło mnie jakąś ukrytą mocą. Zaczynając lekturę nie spodziewałem się wiele, jednak niepozorny tytuł w połączeniu z tajemniczą okładką szybko zmienił moje podejście, a treść rozwiała wszelkie wątpliwości. Czy w zatłoczonym debiutami świecie literatury jest jeszcze miejsce na innowacyjne pomysły, które wyrwą się sztywno przyjętym ramom? Czy szkoła pełna bezwzględnych, młodocianych zabójców może pozostać w ukryciu przed wszystkimi ludźmi w królestwie? Czy ślepa wiara w rozkazy może zostać zakłócona przez zrządzenie losu? Na te, oraz inne pytania odpowiedzi odnajdziecie w książce Martina Colla pt. „Adria”. Jedną z najważniejszych postaci tego tytułu jest dziewczyna o imieniu Adria. Poznajemy ją stosunkowo szybko i w dość młodym wieku. Jesteśmy z nią od piątego roku życia, towarzyszymy w całym okresie szkolenia w Organizacji, gdzie dzieci zmieniane są w młodocianych zabójców. Na samym początku trudno napisać o niej cokolwiek specjalnego. Ot zwykłe dziecko zabrane z sierocińca, które nie zna swojego przeznaczenia, oraz losu jaki mu zgotowano. W miarę postępu historii dziewczyna przechodzi szereg zmian, istotnych metamorfoz, które są spowodowane życiem i treningiem w murach Obiektu numer Osiem. Zmienia się nie tylko jej fizyczna strona, co jest naturalne po morderczych treningach. Dziecko zostaje wyprane z uczuć, bowiem instynkt zabójcy nie toleruje przypadkowych drgań serca. I właśnie w owym okresie przyśpieszonego dojrzewania w murach Obiektu, za sprawą wspomnianych zmian, bardzo ją polubiłem za niesamowity charakter. Jest inna od pozostałych adeptów, ma w sobie siłę i coś nadzwyczajnego, coś o czym dowiadujemy się podczas lektury i wyłania się w najmniej spodziewanym momencie. Oprócz Adrii napotkamy na swojej drodze całą gamę świetnie wykreowanych postaci. Uczniowie posiadają odmienne charaktery, jednak skonstruowani są na pewnym „szkolnym” modelu. Nie jest to bardzo widoczne, powiedział bym, że pasuje do tytułu jak ulał. Oprócz adeptów napotkamy również trenerów, czyli Teshe, Methio, Moiry, Jorega, Yosseka, czy mojego ulubieńca Gortexa. Nie wymieniłem oczywiście wszystkich osób, nie chcę psuć wam samodzielnego zapoznania z kadrą nauczycieli, którzy będą was stale obserwować. Autor w tym miejscu stanął na wysokości zadania. Postacie naprawdę urzekają charakterem, są barwne oraz wyjątkowe na swój sposób. Tak jak w prawdziwym życiu, nie spotkamy tutaj dwóch takich samych osób. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
Są takie tytuły, których lektura odciska piętno na umyśle czytelnika. Które z początku wydają się dziwne i chaotyczne, jednak gdy już zagłębimy się w ich lekturę, nie możemy się oderwać aż do ostatniej strony. Przykładem takiej właśnie pozycji jest niewątpliwie „ty” Pawła Jakubowskiego. Co kryje w sobie ten minimalistyczny tytuł? Zapraszam byście zanurzyli się do świata wyrwanego z pogranicza snu. Główny bohater nazywany Pawełkiem to młody i niestabilny emocjonalnie mężczyzna, który wpada w sidła prawdziwej femme fatale, która zniewala mężczyzn i czyni swoimi zabawkami. Karolina, gdyż takie imię nosi nasza bohaterka, zwabia swoich kochanków do tajemniczego domu, w którym dzieją się rzeczy, których ludzi umysł nie jest w stanie ogarnąć. I to właśnie owi „wybrańcy”, bywalcy owego domu stanowią kwintesencję niezwykłości „ty”. Nie będę o nich pisać zbyt wiele, bowiem jedynym sposobem, by zrozumieć ich odmienność jest zagłębienie się w ich historie. Do tego wszystkiego dodajmy grasującego w mieście seryjnego mordercę i gwałciciela zwanego Trupiarzem, by otrzymać ogólny zarys fabuły „ty”. O czasie i miejscu akcji nie można zbyt wiele powiedzieć. Miasto, które przemierzamy towarzysząc Pawełkowi nie zostało nazwane i wydaje się nie różnić wiele od tego co sami zazwyczaj obserwujemy przemierzając ulice. Akcja rozgrywa się w czasach współczesnych i to w sumie wszystko co można powiedzieć . Owe zawieszenie w nieokreślonym miejscu i czasie jest kolejnym czynnikiem mającym na celu wywołanie w czytelniku poczucia niepewności, a niekiedy wręcz grozy. Czy autorowi udało się osiągnąć ten efekt? Osobiście uważam, że tak. Dodatkowo pojawiające się w późniejszej części elementy fantastyczne, a z pewnością nadprzyrodzone, dodatkowo czynią lekturę niepokojąca, a nakreślona przez autora rzeczywistość staje się daleka od tego, co znamy. Przesyconą seksem, przemocą, zmuszającą do przekraczania wszelkich możliwych granic i przypominającą narkotyczny sen, w którym nikt chyba znaleźć by się nie chciał. Tym, co podczas lektury podobało mi się najbardziej, były prowadzone przez autora rozmowy z czytelnikiem i liczne wtrącenia odnośnie rozgrywających się wydarzeń. Z początku wywołały one pewien chaos w lekturze i potęgowały uczucie zagubienia, ale gdy już się do nich przyzwyczaiłam z niecierpliwością wypatrywałam ich w tekście. Dodawały one historii niewątpliwie unikalnego uroku i wyróżniają tytuł spośród wielu innych. Warto także zwrócić uwagę na liczne inspiracje dziełami Witkacego i Gombrowicza, do których autor sam się z resztą przyznaje. Zebrawszy razem wszystkie te elementy otrzymujemy pełny obraz książki, która uderza w czytelnika, nie tylko niecodzienną formą, czy wybuchową mieszanką abstrakcji, surrealizmu, grozy i akcji, które stanowią esencję fabuły, ale również wydobyciem na światło dzienne wszystkich najgorszych cech i instynktów drzemiących wewnątrz każdego człowieka. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- recenzja
- wydarzenie
-
(i 2 więcej)
Tagi:
-
„Klara od zawsze czuła, że nie pasuje do swojego świata. Odkąd sięga pamięcią, targała nią tęsknota, której nie potrafiła wyjaśnić. Pewnego dnia otrzymuje od losu szansę poznania swojego prawdziwego pochodzenia. Zanim jednak dowie się, jakie jest jej przeznaczenie, będzie musiała stanąć przed śmiertelnym niebezpieczeństwem i walczyć o tych, których kocha. Przyjdzie jej również na nowo poznać siebie i dowiedzieć się rzeczy, o których nie odważyłaby się śnić.” – opis z okładki przedstawia to, co nas czeka podczas lektury. Czy zbyt rozległy pomysł przerośnie możliwości autorki? Jak do tego wszystkiego ma się sam tytuł książki? Gdzie w tym wszystkim mają swoje miejsce smoki? Na te, oraz inne pytania odpowiedzi znajdziecie w dziele Klary Miszczyk pt. „Dziedzictwo Smoka”. Główną bohaterką książki jest, wspomniana na wstępie, dziewczyna o imieniu Klara. Poznajemy ją od pierwszych stron dzieła jako najzwyklejszą na świecie nastolatkę, jednak żyjącą w przekonaniu, że jest inna od swoich rówieśników. Nie chodzi tutaj o cechy fizyczne, czy psychiczne, tylko o nieuniknione przeznaczenie. Młoda dziewczyna bardzo szybko przechodzi swoją pierwszą metamorfozę, więc o jej normalnym życiu nie dowiadujemy się zbyt wiele, skupiając się na ukrytym w niej potencjale. Po przeniesieniu się do nieznanego świata Klara staje się zagubioną osobą, jednak dziwnym trafem niczego się nie boi, co więcej szybko staje się popularna. Po serii późniejszych wydarzeń bohaterka przechodzi jeszcze dwie znaczne przemiany. Od zwykłej nastolatki, po niczego nieświadomą władczynię, aż po… Nie zdradzę o co chodzi, żeby nie psuć Wam zabawy z lektury, jednak to naprawdę zbyt wiele jak na jedną postać. Klara nie przypadła mi do gustu przez swoją monotematyczność i wyjątkowo ograniczone podejście do otaczającego świata. Chęć pomocy wszystkim i uszczęśliwianie otaczających istot jest zbyt lukrowe, przynajmniej jak dla mnie. Poza tym autorka zaprzepaściła naprawdę mocny motyw, który został jedynie szczątkowo przedstawiony w książce. Oprócz Klary na naszej drodze napotkamy wiele dziwnych stworzeń, a także ludzi. Prócz rodziny i bliskich dziewczyny przyjdzie nam się zmierzyć z mitycznymi zwierzętami, chochlikami, elfami, a nawet demonami. To całkiem pokaźna mieszanina, w której znajdziemy również magów. Na szczęście nie wszyscy są tutaj dobrzy, lecz Ci źli tak naprawdę kiepsko udają czarne charaktery. Po raz kolejny na pierwszy plan wyłania się motyw dobroci. Kolejnym minusem jest brak szczególnie zapadających w pamięci postaci. Świat po jakim przyjdzie nam się poruszać został podzielony na dwie części. Pierwszą z nich jest normalny świat ludzi, z którego pochodzi Klara, oraz bajeczna kraina, w której dzieje się lwia część wydarzeń. Ani jedna, ani druga strona nie zachwyca opisami, niemniej wszystko trzyma się raźnie całości. Brak innowacyjnych pomysłów trochę mnie zasmucił, gdyż autorka tak naprawdę nie przedstawiła niczego nowego. Świat pomimo swojego ogromu jest dosyć płaski i sztampowy, a można było wykorzystać jego potencjał na kilka różnych sposobów. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z Justyną Drzewicką autorką serii "Niepowszedni", której pierwszy tom "Porwanie" podbija już serca polskich czytelników. W wywiadzie przeczytacie nie tylko o samym procesie powstania "Niepowszednich" i ich drodze na półki księgarni, a stamtąd do umysłów młodych czytelników, ale także o wrażeniach autorki z Warszawskich Targów Książki. Absolwentka filologii polskiej, której fascynacja dekadencją fin de siecle nie przeszkodziła w ukończeniu również studiów MBA i odnalezieniu się w korporacji. Upodobania do literatury jednak nie porzuciła. Z czasem zaczęła marzyć o napisaniu własnej książki. Świadomie czekała na właściwy moment, bo wierzy, że człowiek sam dociera do chwili, kiedy wie, że teraz albo nigdy. Jest szczęśliwą mamą dwóch córek. źródło opisu: materiały wydawnictwa Jaguar. Jak rozpoczęła się Pani historia z pisaniem i ogólnie książkami? Dużo Pani czyta? Posiada Pani jakiś swój ulubiony gatunek/tytuł? Nie pamiętam pierwszej samodzielnie przeczytanej książki, ale jestem niemal pewna, że nie była nią lektura szkolna odpowiednia do mojego wieku. Wszystko dlatego, że żyłam otoczona książkami i ludźmi uzależnionymi od czytania. Powieści stały na każdej półce w mieszkaniu moich dziadków, panoszyły się w domu rodziców. Nie było żadnych zakazów, mogłam sięgać po każdą z nich, więc to robiłam. Czytałam i czytam dużo, bo wciąż nie znam doskonalszej formy odpoczynku. Nigdy natomiast nie pisałam. Chciałam, ale nie miałam w sobie wystarczającej odwagi i cierpliwości, by się z tym zmierzyć. Długo trwało zanim je znalazłam, a kiedy wreszcie to się stało, powstali „Niepowszedni”. Ulubionego gatunku nie posiadam. Mam natomiast ukochaną powieść. To dwutomowa historia życia Tomasza Cromwella napisana przez Hilary Mantel: „W komnatach Wolf Hall” oraz „Na szafocie”. Cudowna, absolutnie doskonała robota. Skąd wziął się pomysł na „Niepowszednich”? Prawdę mówiąc, nie było momentu olśnienia. Ta historia towarzyszyła mi od dawna, bo gdy ilekroć zastanawiałam się nad pisaniem, wiedziałam, o czym chcę opowiedzieć. Miały to być przygody ludzi, którzy stanęli do walki, chociaż los postawił ich wobec okoliczności zdających się nie do pokonania. Od czego Pani zaczęła, rozpoczynając pisanie: od wykreowania bohaterów, świata, a może wymyślenia akcji? Od bohaterów. Nie mieli imion, wyglądu i nazw dla swoich wyjątkowych zdolności, ale już ich znałam, gdyż każdy jest wspomnieniem moich marzeń i strachów z okresu dzieciństwa. Są odpowiedzią na chęć wyróżniania się wśród rówieśników, robienia czegoś lepiej i rozwiązywania problemów, takich jak choroba bliskich. Jak wspomina Pani kreację świata „Niepowszednich”? Była to bardziej zabawa czy ciężka praca? Czy czerpała Pani skądś inspiracje? Samo mnożenie pomysłów było cudownym etapem. Fantasy narzuca ograniczenia, ale jeśli przestrzega się praw rządzących wykreowanym światem, można poszaleć z wyobraźnią. I na tym zabawa się skończyła. Zaczęła się ciężka praca, czyli ubieranie tych wizji w słowa tak, żeby opisy były plastyczne, a sceneria, wydarzenia i bohaterowie wiarygodni. Nie szukałam inspiracji w sztuce. Czerpałam je z moich podróży, zamiłowania do historii i życia, najprościej mówiąc. W swojej książce czerpie Pani z klasycznych rozwiązań, czytelnik otrzymuje tradycyjny podział na dobro i zło, dzielnych i dobrych bohaterów rzuconych w wir niebezpiecznych zdarzeń i walczących nie tylko o własną wolność, ale także takie ideały jak przyjaźń, miłość. Książka zyskuje przez to nieco baśniowy charakter – czy od początku było to Pani celem? Z czego to wynikało, z własnego zamiłowania do tego typu historii, a może czegoś innego? Przede wszystkim to fantasy, więc odwołanie się do korzeni gatunku, czyli baśni i opowieści mitologicznych było dla mnie czymś oczywistym i naturalnym. Chciałam jasnych podziałów, klasycznych funkcji i typów bohaterów, rytuałów przejścia. Lubię i cenię sobie ten sprawdzony schemat. Poza tym, warto pamiętać, że „Niepowszedni” są przede wszystkim lekturą dla młodszej młodzieży. To cudowny wiek, kiedy wyobraźnia uwielbia być karmiona historiami z klarownym przekazem. Pamiętałam, jakie opowieści fascynowały mnie, gdy byłam w tym wieku i taką książkę pragnęłam napisać. Dalsza część wpisu dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
Radzę uważać na język. Jeżeli gra Ci się nie podoba, to po prostu w nią nie graj. Obrażanie producenta nic Ci nie pomoże, a może jedynie zaszkodzić. Następnym razem będzie ostrzeżenie.
-
"Witajcie w rzeczywistości, gdzie liczą się tylko wyniki, wypracowany zysk i miejsce w pracowniczej hierarchii. Poznajcie ludzi, którym system dał wszystko wyłącznie po to, by uczynić ich posłusznymi narzędziami. Przekonajcie się, jak szybko można zatracić się w wirtualnym świecie rozmytych wartości, głęboko pragnąc po prostu kochać i być kochanym". – zacytowany fragment opisu z olbrzymią dokładnością prezentuje ten tytuł potencjalnemu czytelnikowi. Czy korporacyjne życie może odmienić człowieka? Czy w pracy jest czas na przyjemności, przyjaciół, oraz życie prywatne? O tym, oraz innych aspektach pracy w olbrzymich molochach dowiecie się z książki „Niedopieszczeni”, od wydawnictwa Novae Res. „Korpo rządzi, korpo radzi, korpo nigdy cię nie zdradzi? Głównym bohaterem tego tytułu jest sam autor, o imieniu Jan. Właściwie nie wiemy czy tak ma na imię, jednak we wstępie każe tak do siebie mówić. To osoba inteligenta, atrakcyjna, zdolna i zaradna. W trakcie lektury widzimy zmiany w nim zachodzące, które są efektem pracy w korporacji. Nie zmienia się na gorsze, co to, to nie. Ambicja, profesjonalizm, ludzkość, z tymi cechami można go utożsamić w pierwszej kolejności. Osobiście Jan przypadł mi do gustu właśnie za sprawą swojej uniwersalności. Można na nim polegać, lecz posiada własne zdanie i potrafi postawić na swoim kiedy mu zależy. Oprócz Jana na naszej drodze napotkamy innych pracowników firmy „matki”, która uszczęśliwia ich dając możliwość pracy. Autor nie opisuje ich zbyt dokładnie, po prostu są i chwała mu za to, bowiem ich minimalizm świetnie pasuje do tytułu. Jan przedstawia zawiłe relacje zachodzące między pracownikami korporacji i zgrabnie maluje przed czytelnikiem obraz prawdziwych twarzy tak zwanych „przyjaciół”, których napotyka na swej drodze. Historia zawarta na kartach tej książki nie jest niczym nadzwyczajnym. Autor przedstawił nam życie i pracę w wielkiej korporacji, ze wszystkimi pozytywnymi jak i negatywnymi aspektami takiego trybu życia. Korporacyjny, specyficzny slang świetnie wpasowuje się w opisywane wydarzeniach i dodaje całości smaku. Podczas lektury czułem się jak pracownik takiej firmy, autor zadbał o szczegóły, zachowując przy tym umiar, dzięki czemu lektura nie przytłacza czytelnika. Całość czyta się niezwykle przyjemnie, a filmowe i muzyczne smaczki zawarte w książce tylko pobudzają do dalszej lektury. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- niedopieszczeni
- novae res
- (i 3 więcej)
-
Problem rozwiązany, więc temat zamykam.W razie potrzeby otwarcia tematu, proszę autora o kontakt przez PW.
-
Problem rozwiązany, więc temat zamykam.W razie potrzeby otwarcia tematu, proszę autora o kontakt przez PW.
-
„Ta zatruta, krwawiąca ziemia jest ojczyzną dla wielu, którzy przeżyli katastrofę. Ojczyzną, której są gotowi bronić do ostatniego tchu. Jedyny dom odważnych ludzi, dawno umarłych dla całego pozostałego świata. Ich ziemia. Ziemia Niczyja”. - specjalnie przytoczyłem końcówkę opisu, gdyż idealnie oddaje ona charakter książki. Coś, gdzieś i po coś, jednak wszystko zostało zatracone po drodze. Czy tytułowe „Ziemie Niczyje” okażą się puste i bezlitosne nawet dla czytelników? Gdzie w tym wszystkim są mutanty, oraz anomalie? Co tak naprawdę doprowadziło do wspomnianej katastrofy? Jeżeli chcecie się o tym przekonać, to zapraszam do lektury „Ziemi Niczyjej”. Jednym z najważniejszych bohaterów jest tutaj Michaił Siergiejew, z którym przeżyjemy praktycznie większą część przygód. To wyrachowana osoba, która potrafi sobie radzić w życiu, nawet pomimo słusznego wieku. Po drodze zapoznamy się także z okresem jego dojrzewania, co jest ważne dla rozgrywających się wydarzeń. Prosty, tajemniczy, oraz wyszkolony agent, który nie ma sobie równych. Nie polubiłem go, jednak w książce jest to jedna z najsensowniejszych postaci. Brak szczęśliwego dzieciństwa oraz życie zaplanowane przez dziadka widocznie odbiły się na jego zachowaniu, co czuje się podczas lektury. Z jednej strony ma to wiele plusów, dzięki temu udało mu się przeżyć największą katastrofę ludzkości. Pomimo szorstkości, okazuje on ludzkie uczucia, zarówno na Ziemiach niczyich, jak i w cywilizowanym świecie. Ciężko go rozgryźć, co dodaje mu dodatkowego uroku. Oprócz Michaiła Siergiejewa na naszej drodze napotkamy wiele postaci. Milczek, Rabbi, Placek, czy Wika, to tylko część z nich. Autorowi nie można odmówić różnorodności w ich toku myślenia. Każdy z nich posiada skomplikowaną osobowość, jednak odnoszą się one w cywilizowanym świecie, nijak mając się do prawdziwego miejsca akcji. Gdyby włożyć w ich kreację jeszcze trochę wysiłku, książka zyskała by naprawdę wiele, a tak jest jedynie przeciętnie. Świat przedstawiony jest podzielony na dwie odmienne strefy. Cywilizowany świat, oraz Ziemie niczyje. Pomiędzy nimi widać ogromną przepaść. Od starego świata, któremu udało się przetrwać katastrofę, po strefę buforową, jakimi są właśnie opuszczone tereny. Ten drugi świat przykuł moją uwagę od razu, jednak po dłuższej chwili okazał się pusty, niewygodnie wręcz ograniczony. Brak w nim mutantów, jakichkolwiek anomalii, interesujących miejsc, czegoś, co przyciągnie na dłuższą chwilę. Nie tego spodziewałem się po tym tytule. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- ziemia niczyja
- zona
-
(i 3 więcej)
Tagi:
-
Czasami natrafiamy na takie tytuły, które stanowią dla czytelnika zagadkę, której rozwiązanie przychodzi dopiero w trakcie lektury. Do tego grona bez wątpienia można zaliczyć „Wyspy Naftalinowe” Anety Skarżyński. Nic nie mówiący tytuł, którego sens znajduje się gdzieś pomiędzy kartami, okładka zdradzająca równie niewiele - sugerująca raczej powieść fantasy niż wspomnienia z czasów młodości autorki i do tego opis na okładce, który jedynie w niewielkim stopniu sugeruje co może czekać na nas na tytułowych Wyspach. Czy warto zapuszczać się na "Wyspy Naftalinowe"? Co nas tam czeka? Jeżeli jesteście tego ciekawi serdecznie zapraszam do lektury recenzji. Jak już zostało wspomniane książka stanowi wspomnienia autorki z okresu jej dzieciństwa, które przypada na epokę „późnego Gierka”, to jest czasów które są dobrze znane być może waszym rodzicom, dziadkom, ale dla młodszego pokolenia będące równie obce i tajemnicze co odległe lądy. Przekonałam się o tym osobiście podczas śledzenia dwudziestu ośmiu zwariowanych historii z udziałem głównej bohaterki - Anety, którą poznajemy w wieku ośmiu lat i towarzyszymy jej aż do wejścia w wiek nastoletni. „Mam na imię Aneta. Nie lubię tego imienia, ale cóż, pretensje mogę mieć jedynie do rodzinki. W innych kwestiach też proszę się wpisywać do familijnej książki skarg i wniosków, jak choćby w sprawie mojego wizerunku. Wyglądam, jak wyglądam, czyli paskudnie. (...) A na dodatek, buzia mi się nie zamyka i cierpię na nadpobudliwość psychoruchową. Katastrofa! I wiesz co? Pewnie z niej nigdy nie wyjdę, zważywszy na moją organiczną zdolność pchania się w dziwne historie, mniej lub bardziej przygodowe. Zaraz Ci wszystko objawię.” Dziewczynce i jej najbliższemu otoczeniu: rodzinie, sąsiadom, znajomym ze szkoły, towarzyszymy w ich codziennych sprawach. Zwykłe obowiązki domowe, wyprawy na zakupy, szkolne zaczepki, czy bicie świni, to właśnie świat Anety. Z pozoru szary i nieciekawy kryje w sobie prawdziwą paletę barw. Nawet najbłahsze czynności widziane oczami dziecka zyskują inny wymiar i zmieniają się w niezapomniane wydarzenia, a gdy dołączyły do tego niezwykły talent bohaterki do pakowania się w kłopoty możemy być pewni, że nic nie będzie takie jakim wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Dwadzieścia osiem wysp to dwadzieścia osiem historii, które choć ustawione w porządku chronologicznym można czytać w dowolnej kolejności bez obawy utraty wątku. Wszystkie zaś łączy tytułowy zapach naftaliny, jednak co on symbolizuje będziecie już musieli odkryć sami. Dalsza część recenzji dostępna jest na blogu zewnętrznym.
-
- wyspy naftalinowe
- recenzja
- (i 3 więcej)
-
Problem rozwiązany, więc temat zamykam.W razie potrzeby otwarcia tematu, proszę autora o kontakt przez PW.
-
Problem rozwiązany, więc temat zamykam.W razie potrzeby otwarcia tematu, proszę autora o kontakt przez PW.

