Jump to content

sSolo

Forumowicze
  • Content Count

    151
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

1 Neutralna

About sSolo

  • Rank
    Krasnolud
  1. Nerv0 - jak ja Ci zazdroszczę, jeszcze raz przeżyć to zakończenie... Dla mnie geniusz w czystej postaci, ale ja jestem zafascynowany uniwersum ME. Moja jedna rada: absolutnie nie kończ tej gry bez przejścia DLC Lewiatan. Kompletnie zmienia odbiór finału. Szczerze zachęcam do przejścia.
  2. Wczoraj ukończyłem Omegę, więc kilka słów ode mnie. Omega to bardzo solidny dodatek fabularny, jednak niemal całkowicie oderwany od głównej osi historii, czyli walki ze Żniwiarzami. Niby Aria coś tam wspomina, że zgodnie z umową ona daje swoje zasoby dla potrzeb wojny a Shepi pomaga jej z Omegą, ale jest to tak naciągane (w samej grze przecież Aria pomogła Shepardowi z innego powodu), że nie warto o tym wspominać. No i jest Cerberus który coś dłubie za przekaźnikiem Omega 4 i adiutanci, stworzeni przez technologię Żniwiarzy. Tak na marginesie, to pomysł wykorzystania uniwersum zza przekaźnika Omega 4 jest więcej niż interesujący i wart rozwinięcia w przyszłości. Oby. A sama Omega? Cóż, mimo że bawiłem się bardzo dobrze (blisko 6 godzin zabawy za 48 zł, za blisko 3 razy tyle w MoH: Warfighter bawiłem się przez jakieś 7-8 godzin, a zabawa aż tak fajna przecież nie była), to jednak jest to zdecydowanie najsłabszy DLC z tych wszystkich dużych, fabularnych DLC jakie powstały do całej trylogii. Przy czym nie liczę tutaj takich wynalazków jak Hammerhead czy podobne, stworzone trochę na siłę. Omega w porównaniu z takim Lewiatanem, czy Liar of Shadow Broker wypada bardzo blado. Rozgrywka to w zasadzie cały czas parcie na przód i walka, jednak wielka bitwa, rzekłbym że w sumie ciekawsza niż ta finałowa w Londynie. Poziom trudności jest wyważony bardzo dobrze, nowi przeciwnicy (adiutanci) choć niezbyt oryginalni, to jednak miejscami trudni (ale 1 magazynek z Motyki z pociskami zapalającymi wystarczy). Co tu dużo pisać: rzeźnia i tyle, kto lubi model rozgrywki w ME3 (ja uwielbiam), ten nie będzie narzekał. Gorzej trochę z lokacjami, bo są z reguły dość monotonne, ale też i kilka naprawdę fenomenalnych, jak np. kopalnia. No jest co zwiedzać, jest co zwiedzać... Trochę za to cierpi wątek fabularny: niby mamy dodatkowe zadania, sporo rozmawiamy z różnymi postaciami, ale to jednak nie ma kompletnie znaczenia, bo cel jest jeden: idź tu i tam, włącz/wyłącz to i to, żeby fabuła posuwała się do końca, czyli pokonania generała Petrowskiego (w ogóle to bardzo fajna postać, trochę za mało wykorzystana). Rozczarowuje trochę Nyreen, czyli samiczka turiańska, mocno idealistyczna ale po prostu to postać bardzo słabo rozwinięta, niewykorzystana. W ogóle, to poczucie niewykorzystania wielu szans w tym dodatku to coś co towarzyszyło mi bardzo często w czasie gry. Cóż, największy zarzut jaki można postawić temu DLC to poczucie, że był robiony na siłę, albo przez ludzi którzy nie do końca czują klimat ME. Jako że robił to BW Montreal, można raczej podejrzewać to drugie. Zabrakło rozmachu, pomysłowej fabuły, zwrotu akcji. Została tylko solidna walka i solidna rozrywka. To i tak sporo, bo na pewno w Omegę warto zagrać, ale to raczej rozrywka tylko dla tych, którzy naprawdę kochają świat ME. Mimo wszystko trochę jestem rozczarowany. No i jeszcze jedno: z 3 dodatkowych questów wykonałem? 0, choć jak zwykle grałem ?liżąc ściany?. Po prostu nie udało mi się znaleźć ani kanapy Arii, ani falowników, a z terminali do shackowania tylko jeden. Ech, starzeję się, albo co? 7/10
  3. Lewiatan siłą czerzy musiał robić duże wrażenie, bo wyjaśniał jedne z najważniejszych wątków zakończenia gry, natomiast Omega to po prostu dodatkowy content do pogrania, więc trudno oczekiwać porównywalnych emocji fabularnych.
  4. Echhh, żeby tak zrobili coś jak Arrival, czyli akcja rozgrywająca się po finałowej bitwie o Ziemię i Shepard oficjalnie żywy i w jednym kawałku.
  5. Czy fabuła Omegi w jakikolwiek sposób jest połączona z głównym wątkiem ME3? Mam cichą nadzieję, że nie, bo to by było dopiero bez sensu...
  6. Hej, Arrival był naprawdę fajny, tylko trochę krótki. Śmiem powiedzieć, że Arrival to jeden z lepszych DLC dla ME2. Jak powiedziałem, nie zetknąłem się z DLC do tej trylogii, który nie byłby conajmniej bardzo dobry.
  7. Pytanie retoryczne, żadne fabularne DLC do ME (ok, poza Pinnacle Station, bo w to nie grałem) nie było conajmniej wyśmienite.
  8. ??? Czy Ty w ogóle wiesz co znaczy słowo "obiektywnie" i "subiektywnie"??? Nie, nie da się ocenić nie subiektywnie, ergo ocena sama w sobie jest istotą subiektywizmu.
  9. Hmmm, przyznaję że nie miałem takich problemów jak u Ciebie. Doprecyzuję mój zarzut dotyczący schematyzmu rozgrywki. Owszem, tunelowość tejże ma duży wpływ na moje odczucia, ale jest tunelowość i tunelowość. Nie ma lepszego przykłądu jak soczysta i smakowita może być strzelanina, niża Crysis i Crysis 2. Tam wróg kombinuje, szarżuje, zachodzi z boku i robi 1500 innych kombinacji, byle tylko utrudnić mi życie. W MoH:W (ale dokładnie tak samo jest w Battlefield 3 czy Modern Warfare (skonczyłem przygodę z tym cyklem na pierwszej części, więc nie wiem jak jest w innych, ale zdaje się że nic się nie zmieniło) nie ma o tym mowy. Wróg siedzi jak przyspawany w jednym miejscu i co chwilę wystawia łebek, żebym mógł go odstrzelić. Monotonia rozgrywki w tym przypadku polega na tym, że zajmujesz miejsca za osłoną i mechaniczne odstrzeliwujesz wychylających się wrogów, jednego po drugim. To po prostu jest nudne na dłuższą metę. Co do "mocy" broni. Lubię jak strzał jest związany z hukiem, jak kula po trafieniu odrzuca ciało wroga. Po prostu lubię poczuć, że moja broń ma moc, a nie jest to pstrykacz z pestek po czereśniach. Tu znowu odwołam się do Crysisa, gdzie każdy strzał ze SCARa dało się poczuć, gdy wród słaniał się po trafieniu, a i odgłos był potężny i mięsisty. Tak to czuję.
  10. Wczoraj ukończyłem singla najnowszego MoH, więc napiszę kilka słów o wrażeniach. Na nowego MoHa czekałem z wielkim zainteresowaniem, bo pierwszy MoH z 2010 roku jest moim skromnym zdaniem jedną najciekawszych, a na pewno najbardziej niedocenionych, gier FPS w ostatnich latach. To co najlepsze w tej produkcji to bardzo wierne i realistycznie wyglądające odwzorowanie wyglądu, zachowania, taktyki i uzbrojenia (oraz realiów działania) współczesnych oddziałów specjalnych. Nie ukrywam, że uwielbiam takie klimaty, toteż i gra spodobała mi się ogromnie. Na podobne wrażenia czekałem w przypadku drugiej części i doczekałem się. Żeby nie smucić zbyt rozwlekle, opiszę wrażenia w punktach. Zacznę od tego co niedobre w grze: Minusy: - Monotonia mechanizmu rozrywki: to bodaj największa wada MoH:W. Idziesz, idziesz, spotykasz kilku wrogów pochowanych za przeszkodami, którzy w regularnych odstepach wychylają wraże łby zza tychże i wtedy trzeba ich odstrzelić. Zero kombinowania, zmieniania pozycji, prób oskrzydlenia. Nie, wróg siedzi z reguły w jednym miejscu i trzeba czekać aż się wychili, wtedy kulka w łeb i do następnego punktu rozgrywki. To męczące, niesatysfakcjonujące i po prostu psujące zabawę. Szkoda. - Bugi w grze: grałem oczywiście z patchem, ale mimo tego kilka razy zdarzył mi się zwis gry, a raz nawet musiałem zaczynać misję od początku, bo po uruchomieniu gry po prostu się nie chciał wpisać savepoint. Oczywiście nie miałem tylu problemów o których pisał recenzent w CDA, ale jak na grę tej klasy to nawet tyle błędów to o dużo za dużo. - Moc broni i odrzut: w zasadzie ten sam problem co w poprzedniej części. Nie czuć prawie w ogóle mocy broni, a większości misji (nie można wybierać samemu uzbrojenia) karabin jaki się ma na wyposażeniu ma taki celownik, że naprawdę trudno w cokolwiek trafić, szczególnie ruchliwego wroga. Sporo się z tym namęczyłem miejscami. - Element RPG: po co i na co rozwijanie nowych metod wyważania drzwi? Zupełnie tego nie rozumiem, co mi daje dostanie się do środka pomieszczenia tak czy inaczej? Co za różnica, czy wchodzę "z kopa", czy stosując materiał wybuchowy? Kompletnie niepotrzebny pomysł. - Brak kinowej lokalizacji: polskiego dubbingu nie znoszę i już. Plusy: - Scenariusz: niezbyt odkrywczy, albo to bardzo solidna i bardzo filmowo poprowadzona historia pościgu komandosów za liderem terrorystycznej organizacji. Nie ma tu typowo hollywoodzkiej maniery dopowiadanai wszystkiego otwartym tekstem, przeskoki fabularne są często spore (do tego retrospekcje), więc trzeba mocno skupiać się na tym co się widzi. Tutaj kompletnie nie zgadzam się z recenzją CDA, bo scenariusz jest sensowny, spójny i nie wiem zupełnie czego recenzent w nim nie zrozumiał. Aczkolwiek zgadzam się, że jak ktoś się zagapi, to może się pogubić w zawiłościach fabuły. W każdym razie to solidna i emocjonująca historia szpiegowska, bez ratowania świata i eksplozji nuklearnych. To nie CoD, tutaj jest bliżej realizmu i za to chwała twórcom. - Misje: dawno tak dobrze nie bawiłem się wyknujące kolejne zaania. Co i rusz jest coś nowego: a to goni się na piechotę handlarza bronią, a to trzeba uciekać przed ostrzałem motorówkami ratując umierającego, rannego zakłądnika, pędząc przez zalane miasto na Filipinach (huragan i powódź, kapitalny pomysł), ściga się i jest się ściganym samochodem, steruje się zdalnie robotem, albo trzeba po prostu oddać jeden strzał (serio, w jednej misji do oddania jest tylko jeden strzał) w określonym momencie. Tej różnorodności fabularnej misji jest naprawdę dużo i to bodaj największa zaleta gry. Do tego dochodzą fajne smaczki, na czele ze wspólną misją w Sarajewie z naszym GROMem (czy tylko mi się twarz dowódcy gromowców kojarzyła z Tomem Cruisem?), czy przygotowanie do finalnej misji na pokładzie samolotu transportowego nad Pakistanem (silne skojarzenia z początkiem Crysisa). Jest tego naprawdę wiele i miodność niektórych zadań jest wielka. - Grafika: co tu dużo mówić, gra jest po prostu bardzo ładna. Począwszy od świetnych scenerii/krajobrazów (Jemen, dżungla w Pakistanie, płonący pałac, Dubaj w godzinach szczytu), a skończywszy na sylwetkach żołnierzy (detale włącznie z naszywkami Walczącej Polski naszych gromowców), czy rozgrzewającej się do czerwoności lufie ciężkiego karabinu maszynowego)), animacji postaci itp. Bardzo, bardzo ładna gra i do tego z naprawdę niewielimi wymaganiami. Na absolutnie maksymalnych ustawieniach na 1920x1200 miałem w zasadzie stabilnie ponad 100 fps przez całą grę. Frostbite 2.0 to dobry silnik. - Dźwięk: cóż, efekty to wiadomo, bardzo dobre, nie są lepsze ani gorsze niż gdzie indziej. Co ciekawe nie bolały mnie polskie dialogi, choć dubbing nie jest zbyt udany, ale idzie się do tego przyzywczaić. - Przerywniki filmowe: świetna robota "filmowców". Po pierwsze historia Preachera (głównego bohatera) jest prosta ale fajna, miejscami wzruszająca, często ocierająca się o patos (szczeólnei w finale), ale ja akurat taki rodzaj patosu lubię. Po drugie, jeszcze w żadnej grze nie widziałem tak płynnego przechodzenia rozgrywki w cut-scenę. Moment gdy goniąc przeciwnika przeskakuję przez płot i uruchamia się film, to mistrzostwo świata. I tak to wygląda. Wbrew powszechnym opiniom MoH:W to kawał świetnej, emocjonującej i niezwykle miodnej gry, która jednak ma kilka poważnych wad. Szkoda, bo mogła powstać jedna z najlepszych gier FPS w tym roku, a tak niestety jest tylko bardzo dobrze. Solidna rozrywka i to w moich ulubionych, współczesno-militarnych klimatach. 7/10
  11. Hmmm, dzięki, ale chodziło mi o angielski dubbing i polskie napisy. Może ktoś jeszcze coś podpowie...?
  12. Dla mnie każda lokalizacja kaleczy uszy. Tak więc ponawiam pytanie: da się zrobić kinową lokalizację?
  13. Oceniam czy mi się podoba, czy nie. "Zapas wiedzy i punkty odniesienia" nie sprawią, że to co mi się nie podoba nagle zacznie mi się podobać. Nie muszę byc historykiem sztuki żeby mi się podobało malarstwo impresjonistów, nie muszę być zawodowym krytykiem literackim, żeby mi się podobała twóczość Ibsena. Proste, czego tu nie rozumieć.
  14. Zainstalowałem wczoraj, uruchomiłem i cycki mi opadły: nie ma lokalizacji kinowej tylko polski dubbing?? Powiedzcie mi, że można to jakoś obejść, please...
  15. Panowie, to trochę nie tak. To czy się jakiś gatunek gier lubi czy nie, to sprawa drugorzędna. Jak wspominałem, nie znosiłem kiedyś rpg, a w Mass Effect 1-3 się zakochałem. Podobnie miałem z Dead Space, który wyglądał mi na kretyńską gonitwę za maszkarami z kosmosu, a okazał się bodaj najlepszą grą roku w jaką grałem. W przypadku Dishonored liczyłem na podobne zaskoczenie: zanurkowałem głową w dół, ryzykując z gra która miała wiele elementów odpychających mnie, ale publicity miała świetne. Zaryzykowałem licząc że i tym razem moja niechęć do pewnych tematów zostanie przełamana. Nie udało się i trudno. Przynajmniej wiem teraz na pewno czego nie lubię. No, poza fantasy, którego nie znoszę chyba jeszcze bardziej. Aż do pierwszej gry fantasy, w której się zakocham. Chyba nie muszę tłumaczyć jak dziecinne i niepoważne to stwierdzenie?
×
×
  • Create New...