Skocz do zawartości

Pedigri

Forumowicze
  • Zawartość

    205
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez Pedigri

  1. Jaka szkoda, że to demko z Cda było ograniczone czasowo, a tak fajnie się grało. Chciałem powrócić do wersji 1.40 ( o ile dobrze pamiętam), ale nie chce mi już na żadnej konfiguracji graficznej wskoczyć. Na razie siedzi na dysku w oczekiwaniu na cud (np. przypadkowo zainstalowany sterownik czy cuś). Moim dosyć niskim rekordem, jak patrze na powyzsze posty było grubo ponad 90 000 exp. Najlepiej bawiło się dwójką shotgunów i High RPM'em. Lipny był natomiast Blow torch, Flamer i Gauss.
  2. Mnie też głos komentatorki nie przypadł do gustu, tak samo zresztą jak komentatora. Może i jest taki jakiś bardziej szorstki, ale mnie się nie podoba. Modele w UT 2004 z tego co widziałem nie są mniej udziwnione niż w poprzedniczce. Wehikuły robią wrażenie, a szczególnie ten łazik - dekapilator:D Co do broni... Design Link guna i Miniguna jest jak najbardziej w porządku, ale Flak Cannon nadal tak samo lipnie wygląda, jak wyglądał w UT 2003.
  3. Popieram pomysł z utworzeniem topicu o mitologii nie tylko greckiej ale i babilońskiej, rzymskiej, skandynawskiej, celtyckiej:D Tylko jeszcze trzeba się zastanowić o czym by się tam dało pogadać: ulubione mity? Ulubione potworki? Własne wersje mitów i dopowiedzenie starych? Hmm, co jeszcze... Pomyśle nad jakimiś kolejnymi propozycjami, ale licze, ze choć jedna trafi z tych, które przedstawiłem w tym samym temacie w dziale O CD Action...
  4. Hmm, gdyby to był, załóżmy jego pierwszy tekst, moja reakcja byłaby zupełnie inna. Ale jako, ze wcześniej napisał "Pomyłkę stwórcy" zaniepokoiła mnie ta zmiana poglądów. Wiesz, to trochę jakbym pisał jacy alkoholicy męzowie są #^^&%^#$ a później, ktoś, kto przeczytał mój art, zobaczył jak zataczam się po ulicy lub słyszał jakie bełkotliwe awantury urządzam w mieszkaniu. Tekst mną poruszył, ale najwyraźniej nie w ten sposób co powinien...
  5. Hmm, może Cormac trzeba było twoją prośbę o niezadręczanie umieścić gdzieś w widocznym i poczytnym miejscu na łamach? Bo bluzgacze i szpanerze zdaje się ten dział omijają jak regulamin forum. Hmm, Arvedui, ależeś temu kolesiowi sławę narobił podając jego ksywę, zwykle to się pisze "pewna osoba", ale co mnie to. Ah, i Smuggler ma na imie, nie zgadniesz jak... Kalasanty:D To są w 100% potwierdzone informacje z lewej ręki... O - Bisan (wiesz co oznacza przedrostek O- w japońskim?)>>> Racja, odwołując się do słów Sapkowskiego - sławnym można zostać wymalowawszy sobie pewną część ciała na niebiesko i udając żyrandol na zapełnionej hali sportowej, ale czy komuś zależy na takiej sławie, to już inna sprawa:D
  6. Ja mam takie rozwiązanie, żeby filmy dodawać niezbyt czesto, ale na dodatkowych Cd. W takim wypadku nie będzie co narzekać, że zamiast pełnych wersji/ płyt z demami dali film. Wtedy film będzie tylko dodatkiem a nie środkiem zastępczym. Najgorsze jest to, że trudno trafić filmem w gusta graczy...
  7. Obecny design Cda i pracę DTP chwaliłem już nie raz, ale wciąż pamietam jedną wpadkę. W recenzji Rezerwowych psów był jeden ocenzurowany screen, i dobrze, bo gra i tak była żałosna. Jakkolwiek, nie rozumiem dlaczego ten sam screen, nieocenzurowany, trafił jako tło recenzji na łamy Cda:D
  8. Podobnie jak ja. Zbierałem przez 6 miechów wszystko, co mi pozwolili ze sklepu zostawić, co zostawało z dojazdów do szkoły, co znalazłem na ulicy i odkładałem. Przez te pół roku uzbierałem pie dwie bańki (kwoty wahały się od 1 grosza do 1 złotego). Grubszych się pozbyłem, ale pozostało mi jeszcze sporo grosików. Przeliczyłem to, odsegregowałem w dziesiatki i poszłem do spożywczego, żeby mi to wymieniła, ale nie chciała. W kiosku też nie, więc musiałem z tym iść do prasowego i tam się naprzykrzać. Najpierw poprosiłem o wymianę na 10 zł, bo myślalem ze za drobniaki mi nie sprzeda, ale wzięła zaczęła wraz z przyjaciółką liczyć, gdy już przeliczyła to powiedziałem, że po prostu chciałbym za to kupic Cda. Trochu niezręczna sytuacja, ale wyszłem z tego cało:D No i oczywiście grzecznie przeprosiłem za kłopot.
  9. Głownie chodziło mi o opinie innych, a jak wspomniałem, cały czas odnosiłem wrażenie, że autor pisze powaznie, więc nie wiem czy był sens w tym by się o to pytać, czy w istocie tak jest.
  10. Być może faktycznie nie zrozumiałem, może jestem na to zbyt prymitywny, zeby zrozumieć? W każdym razi przyzyczajony jestem do jakiejś pointy, a Phnom czestuje mnie tekstem "prosze nie krytykujcie mojego postępowania" Wiesz, nie każdy zna Phnoma tak jak większość z was, ale przez takie coś można się do człowieka zrazić. A czy w takim wypadku mógłbyś mi wyjaśnić jakie było przesłanie tego tekstu? Może próbował wcielić się w skórę kogoś kto z takich rozrywek korzysta?
  11. Najbardziej podobają mi się zdjęcia z kotami i niezłym pomysłem było danie do bonusa 85 zdjęć i wlepienie całkiem symaptycznych zdjęć zarówno do NL (kot, bobas i farba:D), ale i do działu "Nie daj się nabrać" Jedne z moich ulubionych zdjęć to: kotek on drugs (ten z dużymi oczyma), kotek wepchniety w kieliszek i ten z ziomalską czapką na łebku, a poza tym szyld z niemiecką nazwą miejscowości, a pod tym "Bitte nicht so schnell" Na jakież to absurdy stać życie! Ah, i jeszcze stańczyk - dres był świetny:D A z tekstów bardzo spodobał mi się ten zapis rozmowy na gg. Współczuję temu kolesiowi, co musiał z nią rozmawiać.
  12. No, ale sam widzisz ile niektórym do szczęścia potrzeba:D
  13. Ach, byłbym zapomniał o dosyć ciekawej sytuacji. Oddawaliśmy znajomemu jego płyty, w tym jedną klasyczną czarną z Cda. Po wręczeniu znajomego nie było przez moment po czym wraca z roztrzaskanym czarnym i pyta się z zarzutem, co my takiego z nim zrobiliśmy. Liczył pewnie na wyłudzenie jakiejś nowej, ale niedoczekanie. Mieliśmy akurat dobrego znajomego za świadka:D
  14. Eeee, dotąd, z tego co wiem, starczało dla wszystkich, więc czemu miało być inaczej? A poza tym niefani nie potrafią docenić magii numeru setnego:D
  15. Wielu takich chce tylko pogadac dla szpanu i wątpliwej jakości prestiżu. Juz sobie wyobrażam taki dialog pomiędzy dumnym rozmówcą Cormaca a ziomalem z klasy: - Hej, wiesz, napisałem do tego Cormaca z Cda "jak leci" a on mi odpisał! - Taa, a co ci napisał? - Ze bardzo się cieszy z tego, ze w końcu może z kims pogadać i w ogóle... (w rzeczywistości było to określenie mocno zbliżone do "Śpię dalej!":D)
  16. Hmm, z całą pewnością zmieniło się nie tylko moje, mojego rodzeństwa, ale i rodziców. Czasem po stresującym dniu czytamy sobie na głos co smakowitsze kawałki z AR i papierowego Na luzie, zasiadmy obok kompa i przegladamy zbiory ze starszych i nowszych na luzie w Bonusie, Action magu i co się tam jeszcze nawinie. Tak myślę, że jeśli znajdzie się czas, poprzeglądamy co smakowitsze kąski z forumowego Na luzie. Jest to jeden z powodów dlaczego mama często się do CDA dokłada.
  17. Nie ma się co dziwić, ze ten i wielu innych krytykantów będzie was kupował, bo w końcu chce zobaczyć czy ta "thuszliwa i gupia retakcja odpowieciała na ich konstruktyfną, dobsze argumentowanom krytyke." Nie miałby z tego żadnej radości widząc, że bez jego wiedzy list wylądował do kosza. Takiemu zalezy przede wszystkim na wątpliwym rozgłosie i satysfakcji, że komuś popsuł dzień.
  18. Pedigri

    Only English :)

    I have only one book written in english at home... Critical Care Nursing:D It is quite hard to understand and rather boring, but for honing my english skills it's just perfect. I have also a book written in german, but I just don't find the time to read them.
  19. Pedigri

    Na Luzie

    Poprzedni post wysłalo mi dwa razy więc pomyślałem, że trza go jakoś zmienić. Postanowiłem, z braku laku umiescić moje opowiadanko - idiotomedię. Wiem, że moje poczucie humoru należy do tych dziwnych i mało zrozumiałych, ale... Może komuś z nudów będzie się chciało to przeczytać. To 1/3 całości opowiadanka bo nie starczyło mi czasu na napisanie reszty. Jeśli chciałby ktoś to skomentować lub poprosić o więcej, chętnie wysłucham:D:D Rzecz działa się 32 maja 2004 roku o jedenastej koma 63 po południu w Śmierdzidołkach Wielkich na wschód od Garbat. Był piękny, bezchmurny dzień. Wietrzył wiatr i padał deszcz. Jabku jak co dzień (zaczął od wczoraj) wybrał się ze swoim pieskiem (tak właściwie to nie był jego pies. Poprzedni właściciel zrzekł się praw rodzicielskich, poprzez wyrzucenie go z pędzącego 15 km co godzinę samochodu. Wystrzelony jak katapulta, piesek stoczył się ze zbocza i z impetem wpadł Jabkiemu na rower, który rozleciał się zaraz po przyjeździe do domu [Jabkiemu po godzinie odniechciało się trzymać widełeki i ramę razem]. Jabku podjął odpowiednie kroki, aby zapewnić biedaczkowi godny i pełen miłości dom, więc nie zwlekając ani chwili, zapiął mu na szyi łańcuch {od rowera} i udał się prosto, na skróty do pobliskiego schroniska dla bezpańskich kotów. Na miejscu jednak dowiedział się, że pies jest ubezpieczony i nie może opuścić właściciela aż do śmierci <urzędnik nie sprecyzował "czyjej">. Jabku nie wiedział, co począć, więc udał się do domu posługując się grzbietem psa i zawieszoną na wędce szynką. Zasnął jednak po drodze i zanim się obudził było już dobrze po północy. Od tamtej chwili, Jabku usiłuje za wszelką cenę posłać pieska na bezterminowy urlop za granicę świata żywych, oczywiście/, by wygarnąć za niego spore pieniądze w kolumbijskich nominałach ^peso w owym czasie stało wyżej niż dolar^. Pies wydawał się być jednak prawie zawsze inteligentniejszy od niego |wiem, to niemożliwe, ale...| i z każdej opresji wychodził obronną łapą, a nawet dwoma.) na spacer po ulicach (to on szedł po chodniku [beżowym, oczywiście], a psu pozostawił sam skraj szosy, mając nadzieję, że znajdzie się jakiś idiota, który odważy się przejechać 63 kilogramowego, wyhodowanego genetycznie rottweilera) jego pięknego, cudownego miasteczka, którego nazwy nawet nie pamiętał i nie mógł sobie przypomnieć, faktu, iż w ogóle ją zapomniał... Jabku nieśpiesznie zatrzymał się w miejscu i jął rozglądać się za czymś wartym uwagi (może za jakimś meteorem, który raczyłby spaść na łeb pieska? Taaakim duuużym! W końcu większe jest lepsze, a to wszystko to dla jego własnego dobra - tłumaczył sobie Jabku [Faktycznie. Nie ma nic gorszego dla zwierzęcia niż bycie prowadzonym na smyczy przez Jabkiego]). Już chciał się oddalić, lecz z przystanku po drogiej stronie ulicy dobiegł go czyjś głos. Ktoś go wołał... potrzebował pomocy... JEGO pomocy! Jabku nie mógł pojąć się z radości. Nie spiesząc się zbytnio, zbliżył się do krawędzi chodnika, wypatrując czy czasem jakiś samochód nie jedzie... cóż, nie jechał i to właśnie najbardziej wkurzyło Jabkiego. Wyglądało na to, iż los podłożył mu pod nogi kolejne kłody. Jabku jednak się nie poddawał! Nigdy się nie poddawał! Nawet wtedy, kiedy w wyścigu kajakarskim zgubił drogę i po trzech dniach dotarł do mety. Nikogo wtedy nie było, więc wywnioskował, iż zostawił swoich konkurentów daleko w tyle. Zaczął już podejrzewać, że zrezygnowali po drodze, kiedy dowiedzieli się, że to on wygrał. Nawet kibice nie pojwiali się wtedy, gdyż - co nie ulega wątpliwości - nie spodziewali się, iż ktokolwiek jest zdolny do pokonania takiego odcinka w tak krótkim czasie. Nie poddał się wtedy i nie podda się teraz! Nigdy! Wobec tego, miast przejść na drogą stronę, czekał i wypatrywał. Patrzył się z lewa na prawo i z prawa na lewo, a czasem dla odmiany z północy na południe i odwrotnie. Drogowcy (ludzie z drogiej strony ulicy) zaczęli się na niego dziwnie patrzeć (niemal tak dziwnie jak na półskiego polityka), ale on nie wydawał się być tym szczególnie przejęty (zresztą, kto by się tam przejmował opinią przypadkowych ludzi, kiedy na horyzoncie zawitałaby perspektywa taaakich pieniędzy. Ludzie dla czegoś takiego gotowi są zrobić z siebie największych idiotów pod słońcem. Jabku bynajmniej nie pretendował do tego tytułu - potrafił się zadowolić patronatem księżyca). Po kilkudziesięciu minutach żmudnego oczekiwania pojawiła się wreszcie okazja (a raczej samochód...)! Jabku spojrzał nań dyskretnie i wlazł na pasy akurat wtedy, kiedy kierowca samochodu miał minąć przejście dla pie(rw)szych. Na jego nieszczęście, żółte Szamborgini zatrzymało się z pyskiem opon już na kilka metrów przed wystawionym na środku jezdni pieseczkiem. Jabku nie wziął pod uwagę możliwości posiadania przez nadjeżdżający samochód najnowszego systemu hamowania (system, którego ojcem był japoński inżynier - Piwa Motorowa, a który polegał na bezustannym wysyłaniu fal dźwiękowych, które zatrzymywały samochód po odbiciu się od przeszkody na drodze, znajdującej się w odległości co najmniej ośmiu metrów). Kierowca wyjrzał przez okienko i miast Jabkiego porządnie zjechać (kto z tak zabezpieczonym samochodem obawiałby się jakiegokolwiek wypadku? No kto? [rzekłbym, że Jabku, ale ja się pewnie nie znam...]) przywitał się przyjaźnie, schował głowę do środka i niespiesznie manewrował zamierzając ominąć obu spacerowiczów - psa, który myślał jak zwykle o żarciu i Jabkiego, którego wyraz twarzy świadczył o tym, że miał nieodpartą ochotę by kierowcę utopić, później udusić, a na koniec powiesić (tym, którzy nie znają się na ludzkiej mimice, wystarczy wiedzieć, że wyglądał jak debil). Samochód okrążył powoli stojących na drodze osobników, a kiedy kierowca już miał 25% (25% to i tak uprzejmość ze strony dresa) pewność, że żadnego z nich nie potrąci, przyspieszył. Jabku popisując się swym harcerskim doświadczeniem, zarzucił pętlę smyczy na hak holowniczy. Samochód oddalił się... Smycz naprężyła się... Czy Jabku w końcu coś zarobi? Czy pokona wreszcie pasmo nieszczęść? Czy będzie to skuteczny sposób na pozbycie się psa? Tego dowiecie się w następnym odcinku! A na razie będziecie musieli zadowolić się tym, iż Jabku wzbogacił się... o jeden tylni zderzak (beżowy, jeśli chcecie wiedzieć). Jabku spojrzał na psa, wykrzywił twarz niczym ściśnięta w ręku gąbka, po czym wymierzył psu siarczystego kopniaka. Jak łatwo się domyślić na osiągnięcie celu mógł liczyć równie bardzo, co Józek spod Mostu na zostanie reżyserem serialu "M jak M16". Wściekły z powodu kolejnej interwencji sił wyższych, uznał, iż dalsze poczynania w kierunku uzyskania - jego zdaniem - należnych mu pieniędzy, przysporzą mu więcej kłopotów aniżeli widocznego skutku. Wyprostował się, potrząsnął głową z rezygnacją i zabrał się za ścieranie brudu z rękawów. Ledwie zaczął, trąbiący Trabant Turbo GTX34 śmignął obok opróżniając jedną z wielu dziur asfaltowych ze swej mętnej i raczej mało przyjemnej, zarówno wizualnie, jak i zapachowo, zawartości. Z litości pominę imię tego, kto ubezwłasnowolniony zgodził się całą zawartość przygarnąć. Jabku wzniósł oczy ku niebu, westchnął i zrezygnowany pochylił się, chcąc odpiąć zderzak od smyczy. Trwało to nadzwyczaj długo, gdyż Lauzi (takie imię miał wypisane na obroży, o której istnieniu Jabku dotychczas nie miał nawet pojęcia) nie bardzo wiedział, co ten chce zrobić i chciał go ugryźć. Lauzi szybko się jednak zgubił i zaczął gryźć zderzak. To ułatwiło sprawę. Pozostawiwszy zderzak na środku jezdni, udał się w stronę człowieka, który miał do niego sprawę. Jabku przyglądał mu się z dala... Niski... krępy... czarne włosy... łysina... żonaty... dwójka dzieci... Jabku znalazłszy się w jego pobliżu, zagadnął. - E... Mężczyzna rzucił mu szybkie spojrzenie, po czym udzielił błyskawicznej i nad wyraz wyczerpującej odpowiedzi, poprzedzającej nawet jego pytanie. - Hej, potrzebuję twojej pomocy, przyjacielu. - Wyjaśnił. Jabku z wolna pokiwał głową, rozumiejąc powagę sprawy. - Dobra. Przejdźmy może od razu do konkretów... - Skinął głową - Oooo! Ale faaajny krawat! Mężczyzna spojrzał za siebie, wyraźnie skrępowany. - Słuchaj... Nie ma na to czasu!Nooo aaale... dzięki. Mama mi uszyła. Własnoręcznie. Jabku skinął głową ze zrozumieniem. - No, fajna myszka Milki. Pasuje do pańskiego nosa. Jeśli oczywiście wie pan, co mam na myśli... Mężczyzna skrzywił się z lekka. Nie wiedział. I prawdę powiedziawszy, nie chciał wiedzieć. - Tak, tak. W pełni rozumiem... ale dosyć o tym. Do politykowania wrócimy później... Interesy czekają. Hmm, bo widzisz, jestem tego autobusu, o tam - wskazał ręką coś, co miało kształt konserwy (ale na szczęście dało się przez pewien szczegół obie konstrukcje od siebie odróżnić - ten był koloru bananowego w żółte kropki) - kierowcą. - Mężczyzna odetchnął. Jeszcze nigdy nie udało mu się powiedzieć bezbłędnie tak długiego zdania (najwidoczniej działał pod wpływem silnych bodźców emocjonalnych). - Aaaa, jest pan kierowcą! No czemu tak nie od razu? - Przerwał na moment, lecz w chwilę potem podjął wątek - A co to ma do rzeczy? - Spytał wyraźnie zaintrygowany Jabku. Kierowca zaczął się irytować. - Posłuchaj, bardzo mi się gdzieś spieszy, a nie... Nie, może tak. Masz przy sobie prawo jazdy? - Zapytał, rozczesując dłonią kołtun na czubku głowy. Jabku pomyślał przez moment, po czym mruknął twierdząco, a następnie wziął się za przeczesywanie przepastnej kieszeni swoich bermud. Zabrzęczała sprężyna, stłukło się jakieś szkiełko, chrupały stare chipsy, rechotała jakaś żaba... w końcu jego palce natrafiły na to, czego szukał. Podał kierowcy dokument - kartę hulajnogową, która straciła na ważności jakieś 5 lat temu. Kierowca spojrzał nań wyraźnie zawiedziony. Nie dokładnie o to mu chodziło. - Nieee... to nie przejdzie... masz może coś innego? Zobacz. Jabku pomyślał przez moment, po czym mruknął twierdząco i ponownie zabrał się za przegrzebywanie kieszeni. Zachlupotało Old Szprajs z zapachem prawdziwego mężczyzny, zabrzęczały półgroszówki, zarechotała wysokim basem żaba, zagrzechotała fibzdźiółka, trzasnęła pułapka na myszy... i w końcu znalazł. Podał dokument kierowcy. Mężczyzna uchylił skórzaną oprawkę (nie interesuje was czasem jakiego koloru była?) i przeczytał: - Z.A.M.S.Z - Związek anonimowych miłośników spopielonych ziemniaczków (miejscowa specjalność kulinarna, której przepis jest pilnie strzeżony niczym ten na Oszczypki) - kierowca następnie spojrzał na kartkę wsadzoną do drugiej kieszonki i przeczytał treść - Honorowa karta członkowska Śmierdzidolańskiego Klubu Miłośników Hip - Hopolo. Kierowca patrzył na to przez chwilę, po czym pokiwał głową z zadowoleniem. - Taaa... Właśnie tego ci było trzeba. Pałer Rangers (policja - dop. Tumacz) łagodniej traktują deb... yyy... eściackich kultywatorów kultury Półski - naszego pięknego kraju! No, a teraz ruszaj! I niech święty Antoni ma nad tobą opiekę. - Kierowca obkręcił się na pięcie szykując się do odejścia, lecz zaniechał tego pomysłu, przypomniawszy sobie o... - A, byłbym zapomniał. Tu masz kluczyki. - Jabku dziwnie patrzył się na to, co odeń otrzymał - A nie. To moja łopatka. Oddaj mi ją, a ja ci dam kluczyki. - Wymienili się przedmiotami - Wybacz, ale zapomniałem z domu okularów. 5 dioptrii jeśli nie mniej. Tragedia mówię ci, tra - ge - dia. Kierowca spojrzał na zegarek firmy Szwacz. Wskazywał punktualnie 15 i 36,567. - No muszę się śpieszyć. Trzymaj się! A kierownicy szczególnie! Już chciał pobiec w siną dal, lecz Jabku zatrzymał go, chcąc się czegoś dowiedzieć. - Taa? Co jest? Spieszę się... - Rzekł zniecierpliwiony kierowca, nerwowo spoglądając na swój punktualny co do mikrosekudy zegarek (wskazywał 17 i 42, 233). - Gdzie mam właściwie jechać? - Zapytał Jabku. Kierowca spojrzał w niebo, jakby prosił Boga o pomoc. Najwyraźniej jej nie otrzymał, bowiem spojrzał na Jabkiego i rzekł. - Do Żulibora. Jedziesz prosto, potem skręcasz w trzecią odnogę i wjeżdżasz na autostradę R2D2 a przed 32 mostem, skręcasz w lewe prawo, o ile dobrze sobie przypominam, a później prosto w lewo, aż trafisz na skrżyżowanie. A później cały czas na północ, od czasu do czasu skręcając w lewo. Później Jedziesz A4 i... - tutaj Jabku na moment stracił wątek -... a stamtąd już widzisz Żulibor. Proste jak drut, nie możesz się zgubić. No, to czas na mnie. Jabku zatrzymał go ponownie. - A co z moją zapłatą? - Chciał wiedzieć Jabku. - Chętnie, ale... nie mam drobnych. - Rzekł kierowca z uśmiechem na twarzy. - Nie szkodzi. Wezmę całość. - Rzekł Jabku wyciągając rękę. - Yyy... ale tego jest naprawdę dużo! Ciężar mógłby ci złamać kręgosłup albo co, albo też mogliby cię okraść... Jabku skinął kilkakrotnie głową ze zrozumieniem (nie lubił gdy go okradano, bowiem zabierano mu najróżniejsze rzeczy, ale nigdy psa. Jabku zastanawiał się nieraz, czy posmarować jego zęby supełglułem i uczepić nogi złodzieja. Kiedy jednak zaczynał myśleć nad tym, co mogłoby pójść źle, jego plany odchodziły w zapomnienie). Kierowca chciał pocieszyć go, że dostanie je po odbytym kursie, ale w duchu zbeształ się za tą myśl. Nie był przecież idiotą. No, a przynajmniej nie aż takim... Kierowca już chciał się oddalić, lecz ciekawość Jabkiego była silniejsza. - Czego znowu? Nie mam czasu! - Wrzasnął ze złością. - Jeszcze tylko jedno pytanko, jeśli można. Chciałem się dowiedzieć takiej rzeczy, normalnie... no... dlaczego akurat ja otrzymałem zaszczyt zastępowania pana? Kierowca zastanowił się na moment. - No bo nikt nie jest takim deb... eee... eściackim kumplem i ludziem dobrej woli, jak ty. Juz rozumiesz? - Kierowca nawet nie czekał na odpowiedź Jabkiego - No to lecę. Nie spóźnij się tylko, dobrze? - I tym razem nie czekał na jego odpowiedź, bowiem doskonale wiedział, że idioci i ignoranci najprędzej spieszą się do zadań, do których nigdy, przenigdy nie powinni być przydzieleni. No, ale to już nie jego sprawa... No i poleciał, ile tylko pary miał w nogach. Jabku wbrew swoim wyborczym obietnicom rzucił kolejne pytanie, ale kierowca najwyraźniej nie dosłyszał, gdyż nagle naszła go ochota na podśpiwywanie starego przeboju "Oł maj darling! Oł maj darling! Oł maj darling klementajn!". Był jednakże na tyle skromny by podczas śpiewania zatkać własne uszy. Według Jabkiego niepotrzebnie. Bardzo mu się podobało. Dlatego też obdarował go owacją, ale ze względu na to, iż jego utwór rozbrzmiewał zdecydowanie za krótko, nie mogła to być owacja na stojąco, więc Jabku usiadł na asfalcie. Klaskał przez równe 1,5 minuty, ale za to siedzenie na asfalcie trwało o dwie minuty dłużej. Kiedy już spostrzegł, że kierowca usunął się z widoku, Jabku postanowił przystąpić do wykonywania przydzielonych mu obowiązków. Jabbku wstał i ze zdziwieniem spostrzegł, iż jego prawy but ledwie trzyma się stopy, ponieważ Lauzi nagle zgłodniał i zżarł język jego markowego buta od Pumeksa. Jabku mruknął gniewnie pod nosem i wykopał but w powietrze tak daleko, aż ten wylądował na jezdni. Lauzi zobaczywszy przecinający powietrze but pobiegł za nim, wziął do pyska i położył się, beztrosko delektując się niezasłużonym (według Jabkiego nawet jego życie było niezasłuzone) obiadem. Wpadł na niego rozpędzony Maluch Down i pofrunął w powietrze koziołkując kilkakrotnie, a następnie wydachował. Kierowca beżowego Malucha zdążył się jednak bezpiecznie katapultować poprzez podwozie (system obustronnego katapultowania, którego autorem jest japoński inżynier - konstruktor, Ei Toniedziawa). Jabku węsząc kłopoty przywołał psa do siebie licząc na to, iż zdąży się wynieść nim kierowca się otrząśnie. Pies tępo patrzył się na asfalt i nie zamierzał się ruszyć z miejsca. - No, przynieś! - Zawołał. Pies spojrzał tępo (słowo "tępo" jest użyte niepotrzebnie, bowiem on na wszystko patrzył tępo) na Jabkiego, potem na asfalt, następnie znowu na Jabkiego. W końcu wziął do pyska zderzak malucha i pobiegł z nim ku swemu właścicielowi. Jabku wypuścił powietrze przez zwarte zęby, po czym w pośpiechu wpakował psa wraz ze zderzakiem do bagażnika, a sam skierował się ku kabinie kierowcy. Po drodze przyjrzał się jeszcze czerwonym napisom na boku autobusu. Przeczytał: "PKS Żuli - dołki. Rok założenia 1834. Śluby, wesela, komunie, przysięgi, rocznice, rozwody, pogrzeby, wycieczki, przesyłki, konwojowanie, pościgi, śledzenie UFO, zsyłki na Sybir. Tel 0 - 700 - 350 - 446 - 886 - 000 lub 997 - zgłaszanie usterek techniczych. Jeśli nasze usługi wywołały w Tobie niezadowolenie, frustracje lub przewlekłą depresję, jesteśmy w stanie wypożyczyć Tobie jednorazowo pistolet .44 magnum." a pod spodem slogan reklamowy "Nigdzie nie jest bezpiecznie, jak u nas". Jabku zauważył, że pomiędzy "jest" a "bezpiecznie" było kiedyś słowo "tak". Jabku nie rozumiał po co, ktoś miałby odklejać literki. Wydawalo mu się to co najmniej głupie. Jabku znalazł się za kierownicą i jął się z zainteresowaniem przyglądać kabinie. Kabina posiadała wszystko, czego tylko potrzeba kierowcy. Zakładając oczywiście, że kogoś zadowala różowy kolor tapicerki, fotografie na których jest George W. Butch, Britney Szpryc, NapijsieLeon Albowyjdźnaparter, Józek spod mostu i chorwacki konstruktor najbezpieczniejszego samochodu na świecie - Zabiuo Mnieprzytym, a poza tym breloczek z ukrytymi postaciami w Teletubisiach, markowa wycieraczka Derdiedasa, przyciemnione (brudem) szyby, zapożyczona z awionetki tablica rozdzielcza z wskaznikiem prędkości, poziomem paliwa, przebiegiem oraz (nowość w dziedzinie motoryzacji) wmontowaną w siedzenie wagą łazienkową, obracana o 360 stopni czarna kierownicą w żółte słoniki, energoszczędne lusterko, latarka pokładowa połączona z akumulatorem, mini supermrożący zamrażalnik, którego drzwiczek nie sposób było uchylić, bo przymarzły, urządzenie antynałogowe (papierośniczka, która parzyła w ręce kiedy się ją dotknęło), maleńka doniczka z fiskusem, lipne (o zapachu lipy) odświeżacze powietrza zawieszone na lusterku i sporych rozmiarów pilot (jeśli pilotem można nazwać cegłę podłączoną czternastoma grubymi kablami do deski rozdzielczej, a która mogła oddalić się odeń zaledwie na metr), który potrawił usuwać śmieci z drogi (symbol kartaczownicy zamontowanej na masce), czyścić podłogę (symbol zawieszonego ukośnie podwozia), wentylować pojazd (symbol zawieszonego ukośnie dachu), uspokajać nerwowych pasażerów (symbol kartaczownicy zamontowanej pod siedzeniem) oraz dostosowywać sie do potrzeb kierowcy (symbol katapultującego się kierowcy ze spadającego w przepaść autobusu). Jabku w pierwszej chwili pomyślał, że nie ma już nic, z czym byłoby warto się zapoznać, lecz mylił się. Tuż pod kierownicę wisiała metalowa karteczka zawierająca - jeśli wierzyć w to, co było tam napisane - 10 zasad szanującego się kierowcy. Jabku palnął się w łeb, ganiąc się za swoją bezgraniczną głupotę. Jak mógł w ogóle zabierać się za jazdę nie znając ani jednej z tych zasad? To nie byłoby do pomyślenia... Pasażerowie z pewnością odkryliby, że jest kimś podstawionym a jako szanujący się kierowca nie mógł w żadnym wypadku do tego dopuścić. Jabku spojrzał na pierwszą z zasad, która twierdziła, iż dobry kierowca powinien się jak najczęściej uśmiechać do swych pasażerów. Jabku wziąwszy sobie tą przestroge głęboko do serca, odwrócił się do pasażerów i uśmiechnął się od ucha do brzucha (czy jakoś tak), na skutek czego wyskoczyła mu z przedniego zęba plomba (o czym oczywiście nie wiedział). To bardzo rozbawiło pasażerów (szczerze powiedziawszy nie było rozbawienie Śmierdzidolańczyka nie należy do prac herkulesowych. Śmierdzidolańczycy od lat zbijają kokosy na wypełnianiu sal kabaretowych i nagrywaniu śmiechów, które później trafiały jako podkład dla lipnych komedii z Ażurkołczanu i Biwaku), a Jabku z poczuciem spełnionego obowiązku, powrócił do swoich dwóch kątów przedniej części pojazdu. Niezmiernie uszczęśliwiony odniesionym sukcesem, postanowił wprowadzić w życie kolejne zasady. Zdecydował, że kolejną zasadą, którą od tej chwili będzie wyznawał, będzie zasada trzecia. Twierdziła ona, iż dla żadnego z pasażerów nie może braknąć biletu. Jabku z przerażeniem podniósł głowę, obowiązkowo wyrzynając nią o kierownicę. Jabku zasyczał z bólu niczym jego teściowa na widok jego skromnej osoby, lecz nie zajmował się sobą. Nawet nie rozmasował guza. W tej chwili miał coś znacznie ważniejszego na głowie... coś, do czego potrzebował obu rąk (jedną by szukać, a drugą, by z wściekłością rąbnąć o coś twardego, na wypadek gdyby to coś się nie odnalazło). Jął przerzucać umieszczone na desce rozdzielczej za kierownicą dokumenty. Losy z totolotka, faktury, ulotki, niewysłane listy miłosne do Zbuntowanej Józefiny (tutejsza gwiazda hip - chłopu), rachunki z autografem Alexandra Kwushneevskeego, oryginalna karta rejestracyjna z pieczątką łudząco podobną do śmierdzidolaśkiej 5,43 srebrówki, śmierdzidolańskie widokówki przedstawiające naturalnej wielkości makietę ExaMarketu (ogromne centrum handlowe zawsze dodaje prestiżu zabitej dechami, zalanej betonem, powleczonej zasiekami, przysypanej ziemią, obłożonej kamieniami, zasypanej złomem i otoczonej fosą dziurze jaką były Śmierdzidołki Wielkie) oraz nieco mini - pisemek oznaczonych rzucającą się w oczy czerwoną osiemdziesiątką. Ale ani śladu biletów. Jabku przygryzł w zakłopotaniu pięść i rozwarł szeroko oczy ze zdumienia. Co on zrobi jeśli ktoś będzie chciał wsiąść, a nie będzie dla niego biletów? Jabkiego nachodziły czarne myśli, lecz szybko odfrunęły z wiatrem. Jabku miał pomysł. Wstał, opuścił swoje stanowisko, stanął przodem do licznej gromadki pasażerów i oznajmił: - Panie i panowie oraz dzieci i dzieciowie! Bileciki do kontroli! Nagle oczy pasażerów rozwarły się szeroko niczym portfele starych dewotek, którym nagle przypomniał się dziewiętnastocyfrowy numer konta księdza Ryzyka. Część z nich zachłysnęła się powietrzem z wrażenia niczym stare dewotki, które przypadkiem dowiedziały się, że ktoś ŚMIAŁ wpałacić na konto księdza Ryzyka większą kwotę niż ich. Rozległy się pomruki niezadowolenia niczym pomruki starych dewotek, które przypadkiem dowiedziały się na co szły ich ciężko wyemerytowane pieniądze. Jabkiego obchodziło to równie bardzo, co śmierć ostatniego na tym świecie pantofelka himalajskiego opłakiwanego przez rodzinę. Honor prawdziwego kierowcy z prawdziwego zderzenia był pstrokroć ważniejszy. Świeżo ugotowany kierowca podszedł do siedzącej w pierwszym rzędzie blondynki i poprosił o bilet. Blondynka uśmiechnęła się uroczo, po czym sięgnęła do torebki wykonanej z wielorybiej skóry. Włożyła rękę do torebki i z miną uczestniczki loterii fantowej zaczęła mieszać. Krótko po tym zatrzymała rękę i wyciągnęła znalezisko - pęk dwóch kluczy z breloczkiem z podobizną Kasiora Ronalda. Popatrzyła się na nie dziwnie i mruknęła coś niewyraźnie pod nosem. Chyba coś jak... "Dziwne, tydzień temu jeszcze ich nie było". Jabku nie przywiązywał do tego szczególnej uwagi. Kierowca zrobił poważną minę i pospieszył guzdrającą się kobietę (nie bardzo go obchodziło to, iż co dopiero zaczęła poszukiwania). Blondynka uśmiechnęła się krzywo i powróciła do poszukiwań. Położyła na fotelu konieczny do samoobrony przed akwizytorami pistolet Casull .454, beżowy notes z datą 1995 (oczywiście nówka... to znaczy nic na zapisany...), ługopisy (prymitywne korektory w sztyfcie), nieodebrane od fotografa zdjęcia (oczywiście, jej tylko wydawało się, że ich nie odebrała), paszport z mozębykańską pieczątką (łudząco przypominającą tutejsze 5,43 srebrówki), kartę rejestracyjną samochodu (który zwędzili jej zanim wpłaciła pierwszą ratę), latarkę na energię słoneczną (wymagany bezpośredni dostęp do źródła), apteczkę pierwszej pomocy (zamkniętą na kłódkę, której dwucyfrowy szyfr już dawno temu zapomniała), syrop przeciwdepresyjny (łudząco przypominający pół litra bimbera; niestety był zbyt mocno zakorkowany, a ilekroć prosiła o pomoc jakiegoś tęgiego śmierdzidolańczyka, ten zawsze ulatniał się z rzeczoną flaszeczką), zdjęcie Józka spod Mostu z autografem, kilka rachunków i... i... znalazła! Z niekłamanym uśmiechem na twarzy podała go kierowcy. Ten rzucił okiem na bilet, spojrzał na pasażerkę z wyższością i odszedł wsuwając bilet do kieszeni. Zdezorientowana pasażerka chciała coś rzec, lecz w końcu zaniechała. Jabku podszeł do odzianego w młodzieżowe sztruksy, barwną kamizelkę, białą koszulę i odwróconą daszkiem do tyłu bejzbolówkę. młodzieniec nie raczył na Jabkiego spojrzeć. Żując gumę, podał mu bilet. Jabku spojrzał i bez słowa wsunął bilet do kieszeni. Nie zwrócił uwagi na to, iż data na bilecie wskazywała okolice zeszłego Bożego Narodzenia. Zresztą, nawet gdyby zauważył nieaktualną datę, nie powiedziałby ani słowa na ten temat. Liczyło się jedynie to, że pasażer miał bilet i ten trafił do jego rąk. Dzięki temu miał, co sprzedać na wypadek gdyby ktoś chciał wsiąść po drodze. Jabku pozbieral bilety od pozostałych pasażerów i w tym momencie kierował się w stronę czwórki skinów siedzących na tylnim siedzeniu. Poprosił o okazanie biletów. - #&$&%^@, frajerze, bo ci !#$%^&$!!! - Rzekli chórem (powiedzmy, że chórem... tak naprawdę mieli takie głosy, że nawet na stadionie podczas odśpiewywania hymnu państwowego kazanoby im się zamknąć, już nie mówiąc o jakimkolwiek chórze...). Jabku zanim zapytał ich o bilety, ułożył sobie kilkanaście formułek, którymi zamierzał zagiąć osobliwych pasażerów na wypadek, gdyby powiedzieli "nie". Wziąwszy pod uwagę zaistniałą sytuację, Jabku nie powiedział nic. Odwrócił się i pomaszerował naprzód, lecz po chwili przystanął w miejscu i skierował wzrok w stronę niskiego, nadgryzionego zębem czasu mężczyzny ubranego w stary granatowy płaszcz i kapelusz. Zajmował się najwyraźniej handlem międzynarodowym (tj. przemycaniem przez półsko - szambodżańską granicę bimberu) sądząc po ukrytych pod płaszczem (to był baardzo stary i w związku z tym baaardzo przewiewny płaszcz) identycznych buteleczkach z etykietami własnoręcznej roboty na których widniał napis "Czaj". Jabku nie "czajił", co też mogły one zawierać. Miał tylko niejasne wrażenie, iż nie zawierają tego, na co wskazywała etykieta... Jabku dotknął jego ramienia staruszka. Ten podskoczył w fotelu, po czym spojrzał zza swoich grubych niczym denka od butelek okularów na Jabkiego. - Bilet do kontroli, poproszę! Staruszek chciał teatralnie wstać, okazjując tym swoje oburzenie, lecz odbił się od naprzeciwległego siedzenia i z powrotem usiadł. Przez moment kręcił głową zdezorientowany, usiłując przypomnieć sobie, dlaczego usiadł. "Mniejsza o to" - pomyślał. - Nie słyszał pan, co koledzy powiedzieli?! - Wrzasnął. Jabku rzucił szybkie spojrzenie za siebie, po czym zwiał ile pary w nogach ku swemu stanowisku za kierownicą. Znalazłszy się całkiem niedaleko fotela kierowcy, pomyślał, że nadszedł czas, by wprowadzić w życie piątą zasadę kodeksu prawdziwego kierowcy. Jabku wziął rozbieg z zamiarem wskoczenia za stery. O tym, gdzie i jak wylądował, lepiej jest nie wspominać. Żeby być prawdziwym kierowcą musiał czyms zabłysnąć... niezwykłymi umiejętnościami lub wiedzą. Chciał zabłysnąć tym pierwszym, lecz najwyraźniej będzie musiał obejść się smakiem. Byc może spróbuje ponownie jeśli tylko przestanie go dręczyć głowa po zderzeniu czołowym z kierownicą. No, ale cóż. Trudno się mówi. Jedynym pocieszeniem było to, że kolejny raz zdołał szczerze rozbawić pasażerów.
  20. Pedigri

    Na Luzie

    - Panie sierżancie, jestem na wysokości 500 metrów, czy mam otworzyć spadochron? - Jeszcze nie! - Panie sierżancie, jestem na wysokości 400 metrów, czy mam otworzyć spadochron? - Jeszcze nie! - Panie sierżancie, jestem na wysokości 300 metrów, czy mam otworzyć spadochron? - Jeszcze nie! - Panie sierżancie, jestem na wysokości 5 metrów... -A z pięciu metrów nie skoczysz bez spadochronu?!! Odbywa się musztra, żołnierze stają w szeregu. Kapral daje komendę: - Prawą nogę do góry podnieść! Nowakowi się pomyliło i podniósł lewą. Kapral patrzy wzdłuż szeregu i wreszczy: - Co za debil podniósł obie nogi?!!! Tonie statek, wokół pełno rekinów. Kapitan krzyczy: - Kobiety i dzieci pierwsze! Może później będą mniej żreć... Kapłan rozmawia w więzieniu ze skazanym: - Kiedy stąd wyjdziesz synu, chciałbym ci pomóc. -Nie może ksiądz mi pomóc, w moim fachu potrzebna jest duża wprawa... Po 30 latach odsiadywania wyroku mężczyzna wychodzi na wolność. Oddają mu ubranie, a w marynarce znajduje kwitek i przypomina sobie, że przed wyrokiem zamówił u lokalnego szewca buty. Wchodzi do zakładu, patrzy a za ladą siedzi, zgarbiony, zmęczony życiem starzec. Były skazany mówi: - Panie majster, zamówiłem u pana buty przed moimi długimi wakacjami zamówiłem buty - pokazuje mu kwitek. Staruch podnosi głowę, zerka przelotnie na kwitek, po czym pospiesznie rzecze: - Na czwartek będą gotowe! Naczelnik więzienia mówi do skazanego: - Pamiętaj, tu obowiązuje porzadek i dyscyplina, kto tego nie przestrzega, wylatuje stąd, zrozumiano?!! Do Boga w Niebie przybywa Putin i pyta: - Boże, czy kiedyś moi ziomkowie będą bogaci? - Na pewno nie za twojej kadencji - odparł Bóg. Putin popłakał się i odszedł. Przychodzi do Boga Bush - Czy Ameryka wygra wojnę w zatoce? - Na pewno nie za twojej kadencji. Bush popłakał się i odszedł. Przychodzi do niego Kwaśniewski i pyta: - Czy Polacy przestaną wreszcie narzekać? - Na pewno nie za mojej kadencji... Górnik ma jedynie dwa dni wolnego. Kiedy? Po śmierci. Potem znowu pod ziemię. Ziomalska przygotowywuje świąteczne potrawy w kuchni i nagle słyszy wołanie synka z drugiego pokoju: - Mamoooo! Choinka się pali! - Jacuś, mówi się "Choinka się świeci" a nie "Choinka się pali" Przez chwilę jest cisza, po czym Jacuś krzyczy: - Mamoooo! Firanki się świecą! Do Świętego Mikołaja podchodzi 10letni skin i mówi: - Dziadu, daj na piwo! - Ja prezenty daję tylko grzecznym dzieciom. - mówi Mikołaj. Skin gwiżdże na swoich dwukrotnie starszych kumpli. - Hej, chłopaki, wytłumaczcie temu dziadowi, że ja jestem grzeczny! Policjant zatrzymuje jadącego zygzakiem malucha. - No panie kierowco, zrobimy próbę alkoholową. - Jaszne, panie właso, od chtórej knajphy zaszynamy? Lekarz do 70letniej pacjentki: - No, babciu, musicie się teraz oszczędać, unikać chodzenia po schodach. Minął rok i babcia ponownie przychodzi na badania kontrolne. - No i jak się babciu czujecie? - pyta lekarz. - A świetnie, panie doktorze, tylko mam jedno pytanie, czy mogę już chodzić po schodach? - Tak, babciu, możecie. - To i chwała Bogu, strasznie mnie męczyło wchodzenie do mieszkania na 4 piętrze po rynnie. Na budowie, majster do robotnika: - Kowalski, czemu nosisz po jednej desce a Nowak po dwie?! - Bo to leń, panie majstrze, nie chce mu się dwa razy chodzić. Wchodzi klient do sklepu mięsnego, widzi obfitość towaru, ale i dużą kartkę z napisem "Mięso nie do jedzenia". - Panie, jak to tak można, sprzedajecie niejadalne mięso?! - Ciii! To tylko tak dla zmylenia much. Lis, zając i żółw za składkowe kupili flachę wódy, ale nie mieli czym otworzyć. Kłócili się kto pójdzie po otwieracz i w końcu zdecydowali się rzucić monetą. Wypadło na żółwia. - Dobra, ale nie zaczynajcie beze mnie! - Idź, idź poczekamy - zapewniają lis i zając Poszedł. Mija godzina, dwie, trzy a żółwia nie ma. W końcu lis mówi: - Nie ma go, to może zaczniemy bez niego? Wtedy z krzaków odzywa się żółw: - Enoooooo, bo nie pójdę! Na wyborach Miss Swiata do kandydatek podchodzi juror. - Pani - wskazuje kolejno palcem - pani, pani, pani i pani - I jeszcze ja!!! I jeszcze ja!!! - woła jedna z kandydatek - No dobrze, i jeszcze pani... Proszę się ubrać i iść do domu.
  21. Wiesz, nie chodzi o to, że tekst jest badziewny, źle napisany czy coś w tym stylu. Mnie uraziło to, ze najpierw pisze w Pomyłce stwórcy, że potępia kumpla który poszedł do łoża z byłą dziewczyną a teraz pisze, że sam korzysta z usług cór koryntu. Hell, niech robi co chce, ale czy musiał się tym nie dość, ze chwalić, to jeszcze bronić? (a przynajmniej takie odniosłem wrażenie). Zwyczajnie brakuje mi szacunku do tak przewrotnych ludzi... Może i to był primaaprilisowy żart, bądź prowokacja, ale było to dosyć niesmaczne.
  22. Przyniosłem raz na mój ukochany rosyjski Cda z recenzją CIA Operative napisaną przez EGM do zweryfikowania nazwy kasyna. Oczywiście, okazało się, że również i moje podejrzenia się potwierdziły - napis został faktycznie spartaczony, ale nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że na drugiej lekcji miałem sprawdzian i dzięki temu że siedziałem w pierwszej ławce uzyskałem od mej profesorki kilka bardzo cennych wskazówek:D Poza tym do dziś mam przed oczami stojącego dumnie na półce Cda w Empiku w Nowym Targu (numer z Maxem Damagem na okładce) z oderwanym cedekiem. Zastanawiam się, czy czasem nie wyłączają tam kamer, żeby się "nie przegrzewały"....
  23. Najzupełniej nieskromnie pisząc, propozycja padła już wczesniej w pytaniach do readkcji, z mej równie nieskromnej inicjatywy. Bardzo dziękuję Smugglerze za spełnienie prośby i podzielenie się takim cudownym spisem z forumowiczami. Mnie by się tam pewnie nie chciało:D
  24. Nie wiem jak wy, ale ja się powąznie zawiodłem na Phnomie za jego tekst z numeru 49. Kiedy sobię przypominam "Pomyłkę Stwórcy" aż żal się robi na widok takiego załamania wartości. Mam cichą nadzieję, ze to co napisał było, co prawda, niesmacznym, ale primaaprilisowym żartem...
  25. Przydałby się w końcu kurs graficzny, bo programowania już trochę było, a co do pomysłu z czatem, nie sądzisz, że odciągnąłbyś tym ludzi od forum:D
×
×
  • Utwórz nowe...