Jump to content

MajinYoda

Zwycięzcy Smugglerków
  • Content Count

    936
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    32

Everything posted by MajinYoda

  1. W poniedziałkowym poście na Facebooku Smuggler poruszył dość ciekawy temat. I choć szykowałem inny wpis (do Przemyśleń) to chętnie go nieco opóźnię ;). Choć, co muszę przyznać, moja lista nie jest zbyt długa… Kolejność alfabetyczna: Age of Empires 2 (HD) Gdy mam ochotę pograć w RTSa od razu odpalam AoE2 i gram aż nie nabiorę ochoty na coś innego ;). Jest to też chyba jedyna gra w wersji HD, którą toleruję (patrz – jeden z moich starszych wpisów). Źródło Assassin’s Creed Odyssey Najnowsza gra w zestawieniu. Wracam do niej cyklicznie – robię tygodniowe zadania (szczególnie, gdy trzeba zatopić wrogi statek) i powoli przechodzę ostatnie DLC. Mam jednak cichą nadzieję, że nadchodząca Valhalla będzie jeszcze lepsza . Cities Skylines Jedyny city-builder, który zdołał mnie do siebie przekonać. Wielość budynków, możliwości budowy miasta i opcji sprawia, że wracam do tej gry od czasu do czasu i nigdy nie czuję, że gram w coś nudnego. Fallout 4 Do tej produkcji wracam gdy tylko najdzie mnie ochota na strzelankę… oraz na budowanie :). Wiem, nie jest to najlepszy shooter (ani RPG) jaki kiedykolwiek powstał, ale ma pewną magię, która wciąż mnie przyciąga. Źródło Might and Magic: Heroes 7 Choć za najlepszą część cyklu uważam „czwórkę” (patrz – jedna z moich list) to obecnie najczęściej wracam do najnowszej odsłony cyklu. Wiem, że nie jest doskonały (brak Inferno…), ale z tą grą mam dokładnie tak samo, jak z Fallout 4 – nie potrafię się od niej oderwać, mimo jej mankamentów. Total War: Rome 2 Muszę przyznać, że nieco się wahałem przy tym tytule, bo równie chętnie wracam do Shoguna 2. Jednakże, zmagania w Japonii potrafią mi się czasami znudzić, podczas gdy Starożytne tłuczenie Rzymian i Greków – nigdy. Na koniec miejsce honorowe Skyrim. Honorowe, ponieważ mimo wszystko gra potrafi mi się znudzić… albo uderzy mnie nagle w potylicę jakimś irytującym błędem (np. nie mogę zostać tanem Windhelm, bo nowy jarl nie chce pełnić swoich obowiązków). A do jakich gier Wy najchętniej wracacie?
  2. Rok 2020 zaczął się niewesoło – pożary, koronawirus, (prawdopodobny) upadek CD-Action… ale osobiście się nie załamuję, bo wygląda na to, że ten rok jeszcze pokaże mi swoją dobrą stronę. Ba, są nawet zwiastuny tego. Przede wszystkim mam nadzieję, że Mount&Blade Bannerlord wyjdzie z Early Access (bo z założenia nie kupuję gier „niedokończonych”) i będę mógł pograć w pełnoprawną grę. Szczególnie, że strasznie pociągają mnie zmiany, jakie zaszły w tej serii. Źródło Ale M&B musi ustąpić pola innej grze. Jak wiecie uwielbiam serię Assassin’s Creed i – moim zdaniem – Valhalla zapowiada się wręcz genialnie. Szczególnie, że Odyssey przypadł mi do gustu. Choć tak naprawdę najbardziej cieszą mnie inne kwestie. Pierwszą jest możliwość stworzenia własnego Eivora… czy raczej – własnej Eivor (bo zamierzam grać kobietą, co moi stali czytelnicy mogli założyć z góry :)). Szkoda, że Ubisoft nie pokazał pełnego kreatora postaci, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Jednocześnie, o ile sam temat Wikingów średnio mnie interesuje to bardzo jestem ciekaw jak Ubisoft to przedstawi – bo IX-wieczna Anglia, z czasów Alfreda Wielkiego też wydaje się super miejscem dla tej serii. Ciekawy też jestem mechaniki osady i pływania drakkarem. Ciekawe kiedy Ubi pokaże coś więcej? Równie ważne w kwestii nowego Asasyna jest dla mnie coś jeszcze – powrót Jaspera Kyda jako kompozytora muzyki do gry. Muszę przyznać, że jego kompozycje o wiele lepiej zapadły mi w pamięć (choćby genialny utwór z jedynki), niż jakiekolwiek późniejsze dzieła innych autorów. Ostatnia dobra wiadomość pochodzi sprzed zaledwie kilku dni. Jak wiecie nie lubię remasterów i tym podobnych „wersji HD” (choć niedawno przekonałem się do nich - w pewnym stopniu), jednak tym razem zdecydowanie zrobię wyjątek. Oto trzy części Mafii dostaną odświeżoną wersję. I powiem Wam, że bardzo chętnie zobaczę „nową” jedynkę. Oby twórcy zachowali klimat i modele zniszczeń. A jak Wam zapowiada się reszta 2020 roku pod względem gier?
  3. Przedsłowie - zgodnie z wynikami ankiety (7 do 2 do 1) na obu blogach (tym i tym na bloggerze) będą pojawiać się pełne teksty moich wpisów. Jakiś czas temu zapowiadałem, że na blogu pojawi się świeżutki artykuł o grach. Wprawdzie miał być to inny tekst, ale ten wydał mi się ciekawszy. Przed Wami Marcin Miller (nie, nie ten disco-polowiec ) i jego książka pt. „Bezpieczne funkcjonowanie w mediach społecznościowych ze szczególnym uwzględnieniem zagrożenia sieciowymi grami komputerowymi”, która została wydana w 2019 roku (a od marca 2020 dostępna za darmo na ore.edu.pl – link na końcu). Sam tekst jest mocno nierówny – jest trochę całkiem mądrych treści (stąd tag MoG), ale – niestety – Autor napisał też dużo MSM-owych treści. Niemniej, będzie trochę tego i trochę tego . Gotowi? Interesujące stwierdzenie – niestety, Autor nie podaje żadnych danych na poparcie swoich słów. Trochę szkoda, bo chętnie bym się z nimi zapoznał. Od tego miejsca Autor zajmuje się głównie e-sportem i to jest super. Naprawdę - dobrze, że to tym pisze, dostrzega rolę trenera itp. Nie znam się na e-sporcie, ale - moim zdaniem - Autor poradził sobie z tematem. Dalej pisze o polskich firmach produkujących gry komputerowe: Jest to ciekawe wtrącenie, ale potem Autor jednak wraca do e-sportu i gier MMO... Wprowadza to chaos do tekstu. Najlepszy przykład: To jest okej - w kolejnym akapicie Autor opisuje czym jest rozwój postaci, zdobywanie wyposażenia itd. po czym pojawia się taki fragment: Kompletnie nie rozumiem dlaczego Autor najpierw pisał o grach stricte multi, by potem wrzucić fragment o grach singleplayer - powoduje to, że ostatnie zdanie jest bzdurne. Przecież zamiast „Wieśka“ mógł napisać o WoWie, Guild Warsie czy jednym z wielu innych gier MMORPG. Szczególnie, że na samym początku książki (we Wstępie) dał do zrozumienia, że zna tego typu tytuły... Dalej jest o... uzależnieniu od gier. Zupełnie nie wiem jaki ma to związek z wcześniejszą częścią książki, ale okej - warto o tym pisać. Jednakże to co się dzieje dalej... Wszystko super, są nawet przypisy... ale takie badania pojawiają się od lat. A poza przypadkami, gdzie obwiniano gry (bo to najłatwiej zrobić) nie ma masowych morderstw dokonywanych przez graczy. Chyba, że o czymś nie wiem . Źródło Autor - oczywiście - powołał się także na badania przeprowadzone przez pracowników mojej alma mater, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie podaje przypisu... Dziwne... Idźmy dalej: Tego tematu też nie mogło zabraknąć. Rzućcie jeszcze raz okiem na tytuł książki i na ten akapit. Dziwne, prawda? Dziwniejszy jest jednak dobór daty - dlaczego, na Innosa, 2015? Przecież pierwsza gra o Larrym Lafferze pojawiła się w 1987 roku! Nie wspominając już o młodszych grach - typu Gothic 2 czy pierwszy Wiedźmin. Szczególnie, że dalej Autor pisze: Sięgnąłem pamięcią do GTA 2 i nie przypominam sobie scen erotycznych w tej części... Chyba, że Autor uważa, że seria zaczęła się od „trójki“: Aż mnie to zaciekawiło i postanowiłem to sprawdzić - tak, Autor tekstu przekonał mnie do sprawdzenia czy w GTA V da się obejrzeć scenę seksu w aucie . I wiecie co? Albo ja jestem ułomny i nie potrafiłem umieścić kamery w odpowiednim miejscu, albo Autor odkrył jakąś tajną kombinację klawiszy, która umożliwia obejrzenie sceny seksu w aucie. To drugie wydaje mi się prawdopodobne, bo wszelkiej maści spychologowie są znani z odkrywania takich rzeczy w grach . Hmm... moim zdaniem w tym kontekście warto byłoby podkreślić coś innego - NIECH RODZICE PATRZĄ NA **************** OZNACZENIA PEGI I NIE DAJĄ SWOIM MAŁYM DZIECIOM GTA DO GRANIA!!!! Już nawet pomijam słowo-wytrych „może“. Autor kolejny raz powołuje się na grę 18+... Oczywiście - z jakiegoś tajemniczego powodu - nie wspomina o tym, że W3, GTA i podobne tytuły są przeznaczone dla DOROSŁYCH graczy. Co gorsza - w moim odczuciu sugeruje, że te gry są kierowane do dzieci i młodzieży, co jest oczywistym kłamstwem. Na tym zakończę. Powiem Wam, że najbardziej zadziwia mnie, że Autor w książce wymienia wszystkie znaki PEGI. Jednak co z tego, skoro w tekście tego nie widać? Obiecany link. Do zobaczenia za tydzień!
  4. MajinYoda

    CDA RIP?

    Dzięki- każdy głos się liczy . Moim zdaniem to nie jest plagiat . Ale - dla spokoju Twojego sumienia - zaraz zmienię opisy i będzie git .
  5. Jak już zapewne wiecie magazyn CD-Action powoli (i mocno przedwcześnie) kończy swój żywot, dlatego uznałem, że muszę napisać te kilka słów.. Dwadzieścia lat spędzonych z pismem to niemal 2/3 mojego życia i niezmiernie mi żal, że czasopisma już nie będzie. Z CDA wchodziłem w świat gier i komputerów, chodziłem na lekcje i zajęcia. Do tego zawdzięczam mu tematy moich prac naukowych - licencjackiej i magisterskiej. Oraz - co oczywiste - istnienie tego bloga (a w zasadzie dwóch, ale w tych okolicznościach lepiej nie rozgrzebujmy tamtej sprawy ). Mam nadzieję, że Redaktorzy pozostaną w branży i nadal będą publikować swoje teksty. Pozostaje jednak kwestia Forum i bloga. Nie jestem pewny przyszłości FA, zatem postanowiłem przenieść się (póki co częściowo) na nowy adres: https://nowykacikyody.blogspot.com/. Na chwilę obecną blog się tam odbudowuje, zatem proszę o sugestie. Naturalnie, proszę Was o zaglądanie tam, komentowanie i ocenianie moich tekstów. Pierwszy tekst pojawi się zgodnie z planem - w sobotę 09.05.2020 roku. Na koniec, mam do Was prośbę o wypełnienie krótkiej (jedno pytanie, max. 2 minuty) ankiety związanej z blogiem: https://forms.gle/6sWNc6B7qLWsuWQ67.
  6. MajinYoda

    Zaorane

    Z tego co pamiętam jest całkiem niezły - na pewno da się ustawić fryzurę i ubrania. Oraz wybrać płeć. Tyle pamiętam . Za to nie wiem czemu Twój komentarz nie wyświetlił mi się na stronie bloga (miałem pokazane 0 komentarzy).
  7. To ja też dorzucę swoje trzy grosze. CDA kupuję od stycznia 2000 roku ("Shogo" - mój pierwszy pełniak!). Pismo zawsze będzie się wiązało ze wspomnieniami - choćby z gimnazjum, gdy zawsze brałem je ze sobą na WF (gdy nie ćwiczyłem) i czytałem z innymi . Do tego obie moje prace naukowe - licencjacka i magisterska - zawdzięczają swoje istnienie właśnie CDA. A także mój blog, który wciąż funkcjonuje na Forum Actionum. Szkoda, że to się kończy - trzeba tak postawić sprawę. Uwielbiałem kupować pismo w drodze do szkoły i na uczelnię. Nawet oczekiwanie na upragniony numer przy skrzynce budził emocje. Całej redakcji, wpółpracownikom i innym osobom, które przez te lata tworzyły to wspaniałe czasopismo chcę złożyć wyrazy uznania i powiedzieć jedno słowo: DZIĘKUJĘ!
  8. Cóż, spróbuję .
  9. Tak, najlepiej jakby było na Netfliksie . Obecnie oglądam Smoczą pilotkę - bo mi Netflix to polecił . I całkiem mi się podoba. OPM i BL dopisuję do listy . Ogólnie szukam różnych gatunków (poza horrorami). Nawet jak czegoś nie obejrzę teraz, to spróbuję obejrzeć w przyszłości .
  10. Niedawno sprawiłem sobie Netfliksa. Na rozgrzewkę postanowiłem obejrzeć serial fantasy, który wiele osób chwali – szczególnie, że bardzo spodobał mi się trailer i aż nie mogłem się doczekać aż wreszcie będę mógł go obejrzeć. I wiecie co? Wcale się nie rozczarowałem. Disenchantment to najnowszy serial Matta Groeninga, twórcy Simpsonów i mojej ulubionej Futuramy. Zresztą, netfliksowa produkcja bardzo mocno przypomina tę drugą produkcję. Co więcej - w Rozcarowanych pojawia się mnóstwo nawiązań do tej serii (np. Fry i Bender pojawiają się osobiście). Serial przedstawia przygody księżniczki Tiabeanie (w skrócie Bean) - alkoholiczki i awanturniczki. Bean jest córką króla Zøga, władcy Dreamlandu (w tej roli znakomity John DiMaggio). W podróżach towarzyszą jej elf Elfo i demon Luci. Źródło Przez kolejne odcinki przewija się sporo postaci pobocznych i praktycznie każda z nich ma swoje tajemnice, które są powoli odkrywane. Oczywiście, ma to na celu utrzymanie nas przy serialu, ale - w sumie - jest to niezbyt potrzebne . Największą różnicę, jaką zauważyłem, między Rozczarowanymi a innymi serialami Groeninga jest ciągłość akcji. W takiej Futuramie odcinki były luźno powiązane ze sobą. Tu z kolei tworzę całość i niektóre wydarzenia są przypominane lub pokazywane z innej perspektywy. Jest to całkiem dobry zabieg, moim zdaniem. Brakowało mi tego w przygodach Fry'a, tak szczerze pisząc . Dostępne dwa sezony oglądało mi się świetnie. Animacja i grafika jest typowo "groeningowa", więc nie mam się czego przyczepić. Podobnie humor - fani Futuramy będą usatysfakcjonowani, bowiem to właśnie do tego serialu zauważyłem najwięcej nawiązań (szczególnie do Bendera). Oczywiście pojawiają się też inne gagi (niektóre pojawiają się w trailerach) i jeśli ktoś lubi nieco absurdu to jest to serial dla niej/niego. Po tej krótkiej recenzji pora na ocenę. Moim zdaniem serial w tym momencie zasługuje na 5. Teraz nie pozostało mi nic innego, jak czekać na 3 sezon. A w międzyczasie obejrzę jakieś anime. Polecicie coś? Do zobaczenia za dwa tygodnie!
  11. Sądzisz, że Autorkę (i jej podobnym) obchodzą jakiekolwiek gry? Bo moim zdaniem wystarczy im, że rzucą kilka ogólników i już - tekst gotowy... Merytoryczny brak sensu im nie przeszkadza - w końcu jest skierowany do takich samych "ekspertów" jak oni, więc nie ma czym się przejmować. A punkty za publikację lecą . Właściwie to nie do końca rozumiem czemu w ludzkiej świadomości zakodowane jest, że "film/serial animowany=dla dzieci". Wielokrotnie odwoływałem się tu do przykładu South Park czy nawet Dragon Balla. Oba leciały przez jakiś czas w paśmie dla dzieci (bodajże Puls i RTL7/TVN7), ale przecież nie powinny być przez nie oglądane. Z drugiej strony powtórzę - Autorka nie podała nawet jednego tytułu. Masz rację, mój błąd . Nie wiem skąd mi się wzięły te dodatkowe 2 lata... Zaraz poprawię .
  12. MajinYoda

    Zaorane

    Korzystając z konieczności siedzenia w domu postanowiłem sprawdzić przetestować wreszcie grę, którą kilka miesięcy temu Epic Games Store rozdawał za darmo. Mam tu na myśli Farming Simulator 19 - w końcu musiałem sprawdzić „o co w tym wszystkim chodzi”. Szczególnie, że kiedyś – w ramach „badań naukowych” na potrzeby pracy magisterskiej – grałem w wersję Classic. Przyznaję - wówczas (tj. w 2013) miałem wrażenie, że ta seria nie ma najmniejszego sensu. Bo co może być ciekawego w powolnym oraniu, sianiu i robieniu podobnych rzeczy? Możliwe, że moje myśli wiązały się z faktem, ze jestem „mieszczuchem”. Jednakże, pustka i praktycznie bezcelowość "Classica" sprawiła, że bez problemów odłożyłem tę grę na półkę - obok innych tytułów do magisterki. Przynajmniej dzięki niej miałem choć jedną produkcję pozbawioną jakiejkolwiek przemocy, więc wyszło na plus . Źródło Z zamierzchłych czasów mojego dzieciństwa pamiętam inną grę o podobnej tematyce – Harvest Moon. Mój brat bardzo ją lubił, ale dla mnie była dość nudna. Czekać cały dzień, by coś podlać i potem znowu czekać? Dla 10 lub 11 latka było na to dobre określenie - nuuuuda! Aczkolwiek, co muszę przyznać, podobała mi się grafika – wyglądała jak w Pokemon Red (a może tylko ją tak zapamiętałem?). Niestety, niewiele więcej pamiętam z tej produkcji. Jednak moje próby pogrania „rolnikiem” na tym się nie skończyły, o nie. Kilka lat temu kupiłem Stardew Valley, która - przynajmniej tak mi się wydaje - nawiązywała do HM. Pograłem kilka godzin i znowu nic – nie dałem rady. Szkoda, bo teraz bardzo lubię budować i tworzyć. Może warto dać jej jeszcze jedną szansę - jak myślicie? Wracając do Farming Simulator 19 – od momentu, gdy zapowiedziano, że będzie dostępna za darmo byłem sceptyczny. Ba, nawet w czasie pobierania myślałem „co ja robię? Czy nie szkoda mi miejsca na dysku?”. Ale co tam – raz się żyje. A za darmo spróbować można, prawda? Jednakże, po stworzeniu postać (oczywiście, kobiecą) zobaczyłem ogromną mapę. Wówczas postanowiłem pograć i wreszcie dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. I może to nawet polubić. W końcu dopiero przy Fallout 4 polubiłem klimaty postapokaliptyczne. I wiecie co? Po wyłączeniu tempomatu podczas orania pola i osiągnięciu jakiś 30 km/h wiedziałem co zrobić dalej. Ta myśl pojawiła się w mojej głowie nagle, ale została na dłużej. W tej sytuacji była to zresztą jedyna sensowna opcja. Tak jest – obejrzałem odcinek „Top Gear” (s09e05), w którym prowadzący kupili traktory, by zasiać „ekologiczne paliwo”. Czas minął mi bardzo miło i było go na tyle dużo, by z mojego dysku zniknął wszelki ślad po Farming Simulator 19. Może to i lepiej? Do zobaczenia za tydzień !
  13. Dzisiejszy MSM jest dość dziwaczny – Autorka przez cały tekst skacze z jednej sprawy na drugą, ale teza jest jedna – gry komputerowe (oraz seriale animowane i internet) to zło. Oto przed Wami dr Anna Krajewska i artykuł pt. „Niebezpieczeństwa szybkostrzelnej kultury obrazu w okresie dzieciństwa”, opublikowany w „Journal of Modern Science” w 2012 roku (link – tradycyjnie – na końcu). Po przeczytaniu całości zastanawiam się (nie po raz pierwszy na moim blogu) – gdzie, na Innosa, był recenzent?! Gotowi? Te dwa zdania rozpoczynające tekst już pokazują pewną tendencję, której Autorka będzie się kurczowo trzymała przez cały artykuł. Ten fragment wrzuciłem, żebyście wiedzieli czym jest ta „szybkostrzelna” kultura . To jest dość ciekawy zabieg – najpierw napisać zdanie, a potem je rozwinąć, wciąż nie podając żadnych konkretów. Bo z powyższego wynika, że np. użycie Sarkazmu w Fallout 4 jest praktycznie równoznaczne z odstrzeleniem komuś głowy… Nie wiem też o co chodzi z tym „najczęściej pozytywnym” – to miał być – nomen-omen – sarkazm? Czy chodzi Autorce o to, że Bohater może być Zbawcą Świata (ale nie musi)? I czemu nie ma tu żadnego przykładu? Aż by się prosiło… Źródło Tu znowu nie ma konkretów…. Autorka rzuca ogólnikami na lewo i prawo i NIC z tego nie wynika. Dodatkowo, równie dobrze można tam wpisać np. Jamesa Bonda – wyobrażacie sobie Agenta 007 głupszego, słabszego i bardziej niezdarnego od swoich wrogów? Kto by to oglądał? Chyba, że jako komedię… Ale to by to tezy nie pasowało, więc co ja się czepiam . Jakichkolwiek danych, oczywiście, brak. Bo i po co? Autorka tak gdzieś wyczytała, więc tak jest! Źródło Hmm… to może… ale to nie jest taka prosta sprawa… bo przecież rodzice…. Przecież rodzice nie są od tego, by pilnować co oglądają lub w co grają ich dzieci. Nie – to głupie. Nie, to zdecydowanie nie jest ich rola. Słyszeliście kiedyś o czymś tak abstrakcyjnym? Bo ja na 100% nie. Zatem Autorka ma rację - to wszystko wina gier i kreskówek. Pewnie teraz myślicie „Hej! Majin! Przecież to jest całkiem mądre, co się czepiasz? Nie pasuje do reszty tekstu, ale tu jest wszystko okej.” Zgadzam się z Wami! Tak, tu jest super. Ale kolejny akapit brzmi tak: Tego jeszcze nie grali – sami przyznacie. Pierwszy raz w życiu widzę, by gry (i filmy!) oskarżać o tworzenie niebezpieczeństw w Sieci. Ha, czyli Czarna Wołga należała do jakiegoś gracza! Ale w takim razie nie rozumiem czegoś – dlaczego ludzi urodzeni przed „erą gier” byli uczeni, by nie rozmawiać z obcymi? Czego się bano? Przecież wówczas świat był idyllą, a tymczasem moi rodzice i dziadkowie byli uczeni takich rzeczy. Ktoś-coś? Autorka ponownie nie podała ŻADNYCH przykładów. Za to ten tekst – według przypisu - pochodzi z 1997 roku (!). Piętnaście (15!!) lat to szmat czasu, droga Autorko. Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dlatego miło byłoby albo podawać przykłady – albo uaktualnić bazę publikacji! Trochę tego nie rozumiem… Nie wiem ile lat ma Autorka, ale nawet z „gotowymi” zabawkami można wymyślić tysiące zabaw – niekoniecznie nawiązując do filmów/gier. W takim razie zasadnym wydaje się pytanie – a co z książkami? Co ciekawe - tu nie ma przypisu, więc nie wiem skąd Autorka wzięła te mądrości. Ale dalej jest jeszcze lepiej: Ponownie – nie bardzo rozumiem o co Autorce chodzi. Przecież zabawa „w wojnę” np. na patyki istnieje od wielu lat – zapewne nawet dłużej niż „powszechna” telewizja. Napiszę to po raz kolejny – GDZIE SĄ PRZYKŁADY? Tym razem Autorka sięgnęła po pozycję z 2003 roku, ale skutek wciąż jest ten sam – nic nie wiadomo. Czeski film, normalnie. Tu z kolei mamy tekst – według bibliografii (w przypisie Autorka wstydziła się podać rok?) – z 1999 roku. Sam fragment jest pełen frazesów i nie bardzo wiem co on tu robi. To chyba normalne, że dzieci identyfikują się z bohaterami, których znają? Kiedyś dziewczynki przebierały się na Królewny Śnieżki a chłopcy za Krasnoludki – i nikt się jakoś nie czepiał. Ale jak się któryś przebrał za Majora Kupricza to dopiero się zaczynało! Na tym mądrym fragmencie zakończę. Szkoda, że Autorka nie stosuje się do własnych postulatów i zamiast edukować rzuca na lewo i prawo wyświechtane frazesy z Wielkiej Księgi Spychologii (wydanie III, poprawione). Naprawdę, wielka szkoda. Obiecany link. Ze względu na Święta Wielkiej Nocy kolejny wpis pojawi się za dwa tygodnie. Życzę Wam przede wszystkim zdrowia i #zostanciewdomu!
  14. Osobiście zawsze uwielbiałem klimat Włoch. Szczególnie, że wówczas namiętnie czytałem książki Mario Puzo . Dla mnie po świetnym Brotherhood (także pod względem multi), Revelations nie było już tak dobre. Dlatego uważam, że ten element był wciśnięty do gry na siłę. Na szczęście Ubi już nigdy więcej do niego nie wróciło. Szczerze pisząc to uważam, że Ezio był świetną postacią, ale jego wątek się skończył. Szczególnie, że moim zdaniem Edward Kenway, Shay Cormac i Kassandra byli równie interesującymi postaciami. Szczególnie w porównaniu np. z Connorem czy Arno .
  15. Czwarta odsłona Assassin’s Creed – o podtytule Revelations­­ - pojawiła się na rynku w listopadzie 2011 roku i z miejsca została okrzyknięta najgorszą częścią. Gdyby wówczas widzieli Unity... Niemniej, – gra po raz ostatni rzuciła nas w buty Ezio Auditore da Firenze. A także przedostatni raz (o czym wiemy od części „trzeciej”) w skórę współczesnego nam Desmonda Milesa. Dodatkowo, poznaliśmy dokończenie historii Altaïra Ibn-La’Ahada - bohatera pierwszej części sprzed i po akcji „jedynki”. Poniższą recenzję pisałem po pierwszym ograniu tytułu. Bohater-ów 3-ech Jak wspomniałem, w najnowszej części ponownie sterujemy głównie Ezio. Tym razem jednak porzucamy Italię i wybieramy się na Bliski Wschód. Cała gra ponownie skupia się na jednym mieście – Konstantynopolu/Stambułu/Istambułu (niepotrzebne skreślić). Miasto wygląda wspaniale, prawdopodobnie zostało doskonale odwzorowane. Grafika niewiele zmieniła się od pierwszej części, ale widać, jak mocnym narzędziem jest silnik graficzny. Troszeczkę zmieniła się jednak muzyka. Bardzo dobrze pasuje do klimatu miasta – połączenia Europy z Azją. W samej rozgrywce zmiany są tylko kosmetyczne. Nadal skaczemy, biegamy i zabijamy tak jak poprzednio. Sterowanie jest takie samo jak w poprzednich częściach. W trakcie gry wskoczymy też na dłużej w skórę Desmonda przemierzając wyspę (będącej jego podświadomością (sic!) oraz Altaïra, by zakończyć wątki z nim związane. Skoro już o tym wspomniałem - na wyspie, poza nami, znajduje się Obiekt 16. Przy każdym spotkaniu z nim możemy wykonać misje, które – z grubsza - przypominają zadania z Portala. Najczęściej sprowadza się to do biegania po zamkniętych pomieszczeniach w trybie FPP i ustawianiu belek, ramp itp., by móc przejść dalej. Są to etapy „inne”, ale niestety podobieństwo do wspomnianej gry powoduje, że niechętnie się do nich wraca (w przeciwieństwie do serii od Valve). Służą one jedynie przedstawieniu historii bohatera. Znacznie lepsze są misje Altaïra. Jego etapy niewiele różnią się od reszty rozgrywki. Dodatkowo, w przeciwieństwie do zadań Desmonda, są one krótkie, dynamiczne i konieczne do przejścia gry. Najczęściej musimy w nich biegać, skakać i oglądać dobrze wyreżyserowane cut-scenki - innymi słowy są kwintesencją AC. Jeśli graliśmy w „jedynkę” to bez trudu rozpoznamy postacie, które się tu przewijają. Bractwo na bis Wrócę jednak do głównego wątku. Podobnie jak w „Bractwie” tak i tym razem rekrutujemy nowych zabójców. Zostało to rozwiązane nieco lepiej, niż poprzednio. Nie wystarczy tylko podejść, zabić atakujących potencjalnego ucznia strażników i tyle. Teraz dla większości „nowych” musimy wykonać jakieś zadanie. Nie są one zbyt skomplikowane – zabić kogoś albo wygrać wyścig po dachach. Aby jednak móc kogokolwiek dołączyć do Bractwa trzeba zdobyć kryjówkę. Tych jest sześć. Po ich zajęciu i wyszkoleniu Asasyna do 10 poziomu możemy go zrobić przywódcą. Dla każdego z dowódców są dwa zadania związane z głównym wątkiem fabularnym. Kłopot w tym, że teraz swoich włości należy także bronić. Niestety, jest to najsłabszy element rozgrywki. Sama obrona przypomina popularne gry „tower defence” – na dachach rozstawiamy Asasynów, a na drodze - którą biegną przeciwnicy - barykady. Na szczęście tylko raz, w ramach głównego wątku, musimy się bronić. W pozostałych możemy łatwo ich unikać lub pozwolić je zdobyć Templariuszom i im je odebrać. Odniosłem wrażenie, że twórcy nie mieli innego pomysłu i wsadzili do gry to „coś”. Źródło Szczęśliwie sami rekruci wciąż są bardzo użyteczni w walce. Mają świetną sztuczną inteligencję i nawet zostawieni samopas sobie poradzą. Hop po linie Jak już wspomniałem głównym obszarem naszych działań jest XVI wieczny Konstantynopol. Kiedy do niego przybywamy wita nas szef lokalnej społeczności Asasynów. Dostajemy od niego najciekawszy przedmiot w historii serii – ostrze z hakiem (ang. hookblade). Używamy go jak drugie ukryte ostrze. Poza zabijaniem służy nam za hak podczas ucieczek – dzięki niemu możemy prześliznąć się po przeciwniku lub zjechać po linie. Te ostatnie możemy znaleźć na dachach. Pomijając fakt, że przypominają sznury na pranie, jest to powiew świeżości dla serii. I trochę szkoda, ze później z niego zrezygnowano – aczkolwiek linka z Syndicate nieco przypomina to rozwiązanie. Źródło Kłopot jest jednak w samym mieście. O wiele lepiej poruszało mi się po Rzymie niż po Istambule. Może się wydawać, że „nowe” miasto różni się od tamtego tylko ilością meczetów. Dodatkowo, liczbę zadań pobocznych można tu policzyć na palcach jednej ręki. W Brotherhood było ich znacznie więcej. W czasie samej rozgrywki zwiedzimy także liczne podziemia, lochy itp. Te zawstydziłyby nawet Indianę Jonesa i Larę Croft. W większości musimy trochę pokombinować, by cokolwiek zrobić. Na szczęście gra podpowiada nam, co powinniśmy zrobić, a śmierć nie oznacza zaczynania całego etapu od początku. Z czym do ludzi? W grze dostajemy cały wachlarz broni i lekkich zbroi. Ezio, oprócz ukrytych ostrzy, korzysta także z miecza bądź topora (!), kuszy, noży do rzucania, zatrutych strzałek i bomb. O tych ostatnich za chwilę. Samo uzbrojenie możemy zdobyć kupując je u kowali lub wykonując misje. Kłopot w tym, że uzbrojenie ze sklepu szybko się wymienia na lepszy. Główną wadą jest fakt, że „kupne” zbroje trzeba naprawiać za gotówkę, a te z misji są niezniszczalne. Szybko więc gracz dochodzi do wniosku, że zamiast kupować nowe naramienniki może odbudować sklep medyka i móc się uleczyć, kupić lekarstwa lub truciznę. Czyni to usługi kowala praktycznie bezużytecznymi. W poprzednich częściach było to zrobione dużo lepiej. Bomby są bardzo proste do złożenia i użycia. Wystarczy zdobyć składniki porozmieszczane w skrzynkach w całym mieście. Za pomocą stosownego stołu składamy trzy rodzaje ładunków po trzy w każdym. Na pierwszy rodzaj składają się wszelkie zabójcze kombinacje – trujące, wypełnione gwoździami lub metalowymi kulkami. Drugi – wszelkie osłaniające nas np. dymem. Trzeci rodzaj pozwala na odwrócenie uwagi okolicznych strażników - głównie hukiem lub dymem. Bomby mają też różne obudowy. Ja najczęściej korzystałem z ładunków eksplodujących przy uderzeniu. Nec plures contra Ezio System walki niewiele zmienił się od pierwszej części. Wciąż najbardziej zabójcza jest kontra, jednakże nie każdego przeciwnika możemy tak zabić. Wymusza to na graczu ocenienie, który przeciwnik nie jest podatny na nasz atak i zaatakowanie innego. Później dzięki kilku szybkim kliknięciom zabijamy twardego wroga. Wymaga to odrobinę wprawy, ale dość szybko uczymy się, że przeciwnik z maską na twarzy jest twardszy od tego bez. I jakoś idzie. W tej części, tradycyjnie zresztą, doszło kilka nowych animacji zabójstw. Moim zdaniem są one zrobione nieco na siłę i często się psują. Bardzo często zdarzało mi się widzieć jak Ezio dobija powietrze, bo sam przeciwnik zdążył już się paść na ziemię. Jednocześnie inteligencja przeciwników nie zmieniła się ani trochę. Wciąż, jeśli nas otoczą, grzecznie atakują pojedynczo pozwalając się łatwo wybić. Jedyną różnicą jest fakt, że częściej uciekają z pola walki, jeżeli zobaczą, że przegrywają. Fair play jak widać obowiązywało także w renesansie. W grupie raźniej? Zanim zakończę tę recenzję, kilka słów należy powiedzieć o trybie multiplayer. Mieliśmy tu standard – deathmatch, capture the flag i eskorta. Uważam jednak, że w „Bractwie” było to lepiej rozwiązane. Przede wszystkim szwankowało kojarzenie przeciwników. Nigdy nie byłem maniakiem, by siedzieć cały dzień i nabijać punkty doświadczenia, więc ciągle trafiałem na przeciwników nawet 50 (!!) poziomów silniejszych. Inna sprawa, że o ile w poprzedniej części tłum bardzo skutecznie ukrywał graczy, tak w Revelations kilka razy miałem wrażenie, że jestem równie trudny do znalezienia co żywy słoń w składzie porcelany. Podsumowanie Assassin’s Creed Revelations był bez wątpienia najsłabszą częścią cyklu - aż do Unity. Poza kilkoma dodatkowymi atrakcjami nie wniósł nic ciekawego do serii. Równocześnie wciąż jest bardzo dobrą grą. Stawiam jej ocenę 6,5/10.
  16. MajinYoda

    Kici, kici!

    Niedawno, po dość długim czasie, postanowiłem wrócić do Assassin’s Creed Odyssey – szczególnie, że można teraz dostać strój Ezio i muszę wreszcie przejść drugi dodatek do tej gry. Jednakże, podczas rozgrywki przyszedł mi pomysł na wpis. I oto jest . Kassandra (lub Alexios) jest nazywana „Eagle Bearer”, ponieważ posiada orła imieniem Ikaros. I to właśnie ten zwierzak zmusił mnie do Przemyśleń. Bo w sumie jest pełnoprawnym bohaterem drugiego planu. Muszę przyznać, że nawet przywiązałem się do niego – choć służy głównie do zwiadu… Ale przecież nie jest on jedynym towarzyszem bohatera gry. Wcześniej był choćby Senu, orzeł Bayeka z Origins (którego Ikaros jest rozwinięciem). I, oczywiście, była też Sowa, towarzysz bohatera Far Cry Primal. Źródło Jednakże, te przykłady nie są aż tak dobre. Ubisoft (poza Ikarosem) mocno spłycił zwierzęcych towarzyszy w swoich grach (nawet nie pomnę imion koni Bayeka czy Kassandry). Dlatego postanowiłem sięgnąć po inne przykłady. Naturalnie, Płotka przychodzi do głowy jako pierwsza. Choć klacz nie odgrywa jakieś wielkiej roli w Wiedźminie 3 to jest naszym środkiem transportu… choć tylko teoretycznie – w końcu sama przyznaje, że „każdy ma jakieś ograniczenia” i ominięcie małej przeszkody czasami jest dla niej niemożliwe. Na szczęście CD Projekt RED zauważył to i sam się nabija z Płotki: Źródło Dalej jest Fallout 4, gdzie opiekujemy się psem imieniem Dogmeat (po polsku chyba nazywa się Ochłap). I, szczerze pisząc, nigdy nie interesowałem się tym zwierzakiem. Fakt, umie wykopać interesujące przedmioty, ale jakoś nigdy nie dostrzegałem jego funkcjonalności… oczywiście, poza zadanie, w którym musiałem skorzystać z jego nosa – ale miałem wrażenie, że Bethesda wrzuciła to do gry na siłę. Jednakże, jeśli chodzi o użyteczność to zwierzaki w WoWie biją wszystkie pozostałe na głowę. Ale to dlatego, że gram Hunterem ;). Szczególnie było to widoczne w Legionie, gdzie mogłem biegać z dwoma (w BfA też się da, ale wymaga to wzięcia odpowiedniego talentu). Jednocześnie, jakiś czas temu odkryłem, że granie Demonology Warlockiem też sprawia mi frajdę… ale czy demony mogą być traktowane jak zwierzęta? Bo Wilfred Fizzlebang poznał różnice dość boleśnie ;). To samo pytanie dotyczy Unholy Death Knighta. A co Wy sądzicie ;)? Podobna mechanika pojawiła się w Guild Warsie. Szkoda, że w dwójce nie ma Menażerii Zaishen z jedynki – to było genialne! Otóż, po złapaniu zwierzaka przez Łowcę można było dodać go do swego rodzaju „zoo”, gdzie każdy pet miał własny wybieg. Ale i tak nic nie przebije Pokemonów. Bo przecież w grach, w których się pojawiają, ich użyteczność jest jedyną opcją. Kiedy tak się przyglądam tym produkcjom (sam grałem tylko w Reda i Crystal) mam wrażenie, że w tych produkcjach ludzie to jakieś melepety, które bez pomocy swoich zwierzaków… Do zobaczenia za tydzień !
  17. Jak zapewne zauważyliście w ostatnim czasie MSMów jest nieco mniej. Bynajmniej nie dlatego, że takie treści nie powstają – zwyczajnie kolejni spychologiwie jedynie spisują teksty od innych spychologów i musiałbym się w kółko powtarzać. Niemniej, „mądre” treści będą się pojawiać, nie martwcie się . Dzisiaj wziąłem na warsztat tekst Dominiki Przybyszewskiej pt. „Brutalność i destrukcja w grach komputerowych”, który został opublikowany na łamach czasopisma „Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze” w 2015 roku. Wiedzcie, że jakieś 70% treści z tego artykułu pochodzi z innych źródeł – Autorka jedynie je wpisała do swojego tekstu. Korzystałem z wersji elektronicznej, więc link znajdziecie na końcu – jak zwykle . Jesteście gotowi? Nie czuje zmęczenia? A mechanika staminy to co? Nie czuje strachu ani lęku? A co z grami typu survival horror? Coś Autorka kiepsko się przygotowała do napisania tego tekstu. Jest to jedno z niewielu naprawdę mądrych zdań w tym artykule. Szkoda. Ponownie się zgadzam – ale Autorka chyba zapomina, że w grach DLA DZIECI przemoc nie występuje. A jeśli już – to w formie zbliżonej do kreskówek, które dzieci oglądają codziennie. Tymczasem mam wrażenie, że według Autorki dziewięcioletnie dziecko gra w gry pokroju Soldier of Fortune… Zły przykład . Dalej Autorka sensownie opisuje PEGI. Ale następnie pisze: Rozumiecie – Autorka najpierw obawia się o dzieci, które mogłyby zobaczyć brutalną grę (i całkiem słusznie), a potem skupia się na dorosłych graczach. Kompletnie tego nie rozumiem – nie żyjemy w ascetycznym świecie i dorosła osoba styka się z przemocą w ten czy inny sposób (choćby w filmach, serialach czy nawet Wiadomościach). Ale niech będzie. Choć ogólnie rozumiem przesłanie tego fragmentu – to całkowicie się z nim nie zgadzam. Gdyby te teksty były prawdziwe to gracze już dawno doprowadziliby do jakiejś poważnej apokalipsy. Bo skoro tylu spychologów twierdzi, że gry są „instrukcją zabijania” to co się dzieje? Przecież według tych przewidywań już dawno powinniśmy podbić świat i posadzić na tronie jakiegoś Wielkiego Mandorfa . Nie wiem o jakich grach pisał p. Jędrzejko, ale przecież istnieje całe mnóstwo gier, w których przemocy NIE MA. Oraz takie, w których przemoc jest, ale niekoniecznie jest bezkarna (gwiazdki w GTA, strażnicy w TES itp.). I co z grami wojennymi, gdzie pokazana jest… wojna? A w rzeczywistości żołnierze zabijający innych żołnierzy nie dość, ze nie są karani to bardzo często są za to nagradzani – medalami. Nie rozumiem też co złego jest w powtarzalności. Filmy też mogę przewijać i za każdym razem oglądać śmierć Mufasy czy coś. Książkę też mogę „cofnąć” i raz za razem rozkoszować się śmiercią Azji Tuhajbejowicza. Bo czemu nie? Źródło Słowo-klucz „często”. Obawiam się, Autorko, że mimo czytania kolejnych tekstów spychologicznych nadal nie wiem jaka to liczba. Droga Autorko – jeśli to czytasz to muszę Cię zaszokować, więc proszę o bardzo głęboki wdech. Już? Okej – przemoc istniała na wiele tysięcy lat przed powstaniem pierwszej gry wideo. Naprawdę! Oczywiście, nie musisz mi Autorko uwierzyć na słowo! Wystarczy zajrzeć do podręcznika od historii i pamiętać, że pierwsza gra powstała w 1947 roku. Wystarczy spojrzeć co działo się dwa (2) lata wcześniej. Już? Wszystko jasne? Oby… Ciekawe czy M. Wrzesień (nawet nie znam płci tej osoby, bo Autorka nie wpisała jej do Bibliografii…) podała jakiekolwiek statystyki. I, oczywiście, czy wykazała bezsprzeczną korelację między grami a wzrostem przestępczości. Zakładam jednak, że to jak z korelacją między filmami z Nicholasem Cagem a ilością samobójstw (czy coś w tym stylu). Tu z kolei przydałyby się jakieś badania. Ale Autorka ich nie przedstawia – innymi słowy: nie ma ŻADNYCH dowodów, że gracze mniej boją się np. zamachów terrorystycznych. Aż nie chcę wiedzieć skąd Autorka wzięła ten tekst. Chyba, że jej zdaniem mamy się bać wszystkiego – w ten sposób najlepiej nie ruszać się z domu, bo może akurat uda się zobaczyć jak dwóch pijaków się bije albo co. To głupie. To w końcu reagują czy nie reagują? Czy EA tworząc kolejną części serii FIFA (które bezsprzecznie sprzedają się bardzo dobrze, a przemocy w nich brak) brutalizuje rynek? Ten tekst p. W. Poznaniak(a?) jest kompletnie bez sensu i równie dobrze można to samo napisać o filmach czy serialach. Z jednym tylko muszę się zgodzić - gry komputerowe to biznes . Źródło Dobrze czytacie – cały artykuł był poświęcony dorosłym graczom (poza początkiem) a tu - niczym hiszpańska inkwizycja - pojawia wątek dzieci. Droga Autorko – prosiłbym o konsekwencję! Bo inaczej wychodzi jeszcze większa bzdura. Na zakończenie – obiecany link. Do zobaczenia za tydzień!
  18. Od kilkunastu dni media zdominowane zostały przez jeden temat – koronawirus. Sama epidemia jest ważnym tematem, nie przeczę. Jednakże cała sytuacja skłoniła mnie do Przemyśleń nad tematem chorób w grach. Pierwsze co przyszło mi do głowy to – oczywiście – słynny błąd w World of Warcraft, który spowodował epidemię „Corrupted Blood” (więcej informacji możecie znaleźć tutaj). W tym przypadku można jednak mówić o wypadku przy pracy – ale i tak ta „zaraza” przeszła do historii gier. Rzecz jasna, seria Warcraft jest związana także z inną chorobą – Plagą. Choć jest to zaraza stworzona magicznie to moim zdaniem należy ją zaliczyć do chorób. Szczególnie, że odegrała dość ważną rolę w lore – doprowadziła do powstania nieumarłych i Death Knightów. A skoro już o tej klasie mowa – nakłada on również nakłada choroby (disease) na przeciwników (np. Virulent Plague w specjalizacji Unholy). Idąc dalej mamy serię Fallout i schorzenia związane z promieniowaniem – w każdej części nadmiar „Radu” prowadził do śmierci bohatera (w ten czy inny sposób). W serii pojawia się także inny rodzaj zaburzeń zdrowotnych – uzależnienie. Jak w życiu – bohater może uzależnić się od alkoholu lub narkotyków… lub Nuka-Coli :). Dodatkowo, w „czwórce” jest możliwość złapania choroby – typu osłabienie. Podobny pomysł pojawił się już wcześniej w serii The Elder Scrolls. Z tych gier najbardziej znana jest infekcja o nazwie „sanguinare vampiris”, która – jak nazwa wskazuje – może zmienić bohatera w wampira. Sam motyw "przemiany" po chorobie też przewija się dość często w grach - choćby "Wirus T", który przemienia żywe istoty w zombie w serii Resident Evil. Ten sposób powstawania "żywych trupów" pojawia się także w innych grach (i nie tylko) - przykładowo w Dying Light czy serii Dead Island. Jednakże, chyba najbardziej wkurzającą mechanika chorób spośród wszystkich gier są kontuzje w serii FIFA. Przyznajcie, fani tych gier – ile razy przed ważnym meczem najlepszy piłkarz łamał sobie coś podczas treningu? Osobną kwestią są tutaj gry typu Plague Inc. Wspominam o niej, bo jest ona (jak zapewne dobrze wiecie) symulatorem zarazy i głupio byłoby o niej zapomnieć . Do zobaczenia za tydzień!
  19. No właśnie mnie to dziwi za każdym razem - Warcraft 3 HD nie ma dodatków, HoMM 3 HD też do dzisiaj ich nie otrzymał. Za to AoE2 HD dopiero później je dostało - i to mnie dopiero przekonało. Nie wiem czemu twórcy to robią...
  20. Dokładnie pięć lat temu (no, prawie dokładnie ) zastanawiałem się dlaczego twórcy odświeżają swoje hity i sprzedają je jako nowy produkt, tyle, że z łatką (HD). Wówczas myślałem o HoMM III HD i tym, że nie był dobrym pomysłem (nadal nie jest). Teraz Blizzard potwierdził moje zdanie i dobrze, że nie kupiłem ich Warcraft III No-Refunds. Źródło Choć z drugiej strony nieco szkoda, że nie wyszło – jak pisałem nigdy nie grałem w oryginalnego Warcrafta i chciałem zapoznać się z tą produkcją. Trudno. Za to powiem Wam, że mimo wszystko połakomiłem się na jednego „starocia” w wersji HD. Mianowicie, jakiś czas temu kupiłem sobie Age of Empires II Defenitive Edition HD (czy jakoś tak). I, przyznam szczerze, myślałem, że zmienię zdanie o odświeżonych wersjach. Gra jest zrobiona świetnie – ma ładniejszą grafikę i usprawnione niektóre mechanizmy rozgrywki względem oryginału (np. chłopi przestali stać pośrodku pustego pola), ale wciąż jest to ta sama produkcja, w którą w podstawówce zagrywałem się godzinami – aczkolwiek wówczas nie miałem żadnych dodatków, tylko podstawkę. Na minus jest zmiana muzyki - ta nie brzmi tak wspaniale jak oryginalna, ale - w sumie - też daje radę. Ale wciąż jest to tylko wyjątek od reguły. Szkoda, bo ostatnio myśląc nad tym doszedłem do wniosku, że może odświeżanie starych tytułów nie jest takie złe? O ile, oczywiście, twórcy pozwolą posiadaczom oryginałów pobrać „nową” wersję za darmo/drobną dopłatą. A jakie jest Wasze zdanie?
  21. Kontynuując zeszłotygodniowy wątek „MSMowego detoksu” postanowiłem znaleźć tekst, któremu z czystym sumieniem przyznam oznaczenie „mog”. I wiecie co? Udało się! Przed Wami artykuł autorstwa Moniki Wdowińskiej pt. „Najpierw gra, potem książka” – gry wideo jako motywacja do czytania wśród młodzieży szkół średnich”, który został opublikowany na łamach czasopisma „Literatura – Teatr – Kultura” w 2018 roku. Link (do CEEOL) znajdziecie na końcu. Niestety, sporo treści musiałem usunąć. Jak widzicie, już na samym początku Autorka pokazuje, ze nie będzie demonizować gier. Wręcz przeciwnie – przejawia zdroworozsądkowe podejście do tematu. Całkowicie to pochwalam . Źródło Jak na pytanie do pracy magisterskiej jest nieźle – jak sądzicie? Gorzej, bo – muszę się przyznać – nie lubię książek na podstawie gier. W życiu przeczytałem jedną (World of Warcraft: Zbrodnie wojenne) i to tylko dlatego, że wygrałem ją w konkursie ;). Dalej Autorka opisuje badania przeprowadzone przez nią –niestety, Autorka przebadała zaledwie 135 osobach – wśród których znalazło się zaledwie 15 (7 dziewcząt i 8 chłopców) uczniów szkół technicznych, zawodowych i liceów ogólnokształcących oraz 120 graczy, którzy wypełnili ankietę internetową. Szkoda, że tak mało, bo bardzo dobrze się zapowiadało, ale w sumie i tak więcej niż u niektórych spychologów . Dodatkowo, mimo sympatii dla Autorki i jej próby pokazania dobrej strony gier muszę także dodać, że napisała lakonicznie, iż w/w ankieta została umieszczona na „stronach zrzeszających graczy”, co niewiele znaczy. Szkoda. Na szczęście Autorka pamiętała o metryczce, więc przynajmniej wiemy w jakim przedziale wiekowym były badane osoby. Niemniej, kilka fragmentów wrzucę: Chodzi, oczywiście, o pierwszą część gry, co mimo wszystko byłoby warto dodać . Niemniej, nawet nie wiedziałem, że tak było. Przynajmniej wiem już ile wynosi większość . Ale żarty na bok – ponownie szkoda, że Autorka nie podała w tym miejscu żadnych tytułów (pojawiają się dalej w tekście, ale nie mam na nie miejsca), lecz przynajmniej wiemy, że gracze (przynajmniej jakiś procent ) czyta książki . Tu akurat nieco się uśmiechnąłem. Sam na lekcjach języka polskiego miałem fragmenty Wiedźmina i wiecie co? Chyba były słabo dobrane, bo mnie odrzuciło… Inna sprawa, że potem przetrwałem tylko do końca Czasu pogardy, więc może to nie była wina tych fragmentów? Bardzo się cieszę, że przynajmniej te kilka procent badaczy dostrzega potencjał gier. Autorka zaraz o tym więcej napisze, ale i ja mam pewną myśl – może najpierw właśnie nauczyć ludzi jak dobierać gry? Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie wpisał tego do programu np. lekcji informatyki? Mój nauczyciel z LO grał w Gothica i czasami gadałem z nim na ten temat – po lekcjach, oczywiście . W tym miejscu przyszło mi do głowy coś jeszcze – istnieją przecież gry, które wykorzystuje się w rehabilitacji – nie znam dokładnych zastosowań, ale chyba po udarze stosuje się takie programy. Jak ktoś zna się na trym szerzej – proszę o info . Ten akapit chętnie bym wydrukował i oprawił w ramkę . Moim zdaniem świata nie da się cofnąć, technika idzie do przodu i tworzenie – jak to nazywam - „cyfrowych kalek” (jak ktoś chce może użyć tego terminu :)) całkowicie mija się z celem. Dlatego dziwi mnie, że szkoły tak chętnie zakazują uczniom korzystania z telefonów, zamiast nauczyć ich przede wszystkim jak korzystać z tzw. „nowych mediów”. I piszę to całkowicie poważnie. To też jest interesujący pomysł. Na podstawie np. Wiedźmina 3 można byłoby omówić skąd wzięły się niektóre motywy – pierwszy z brzegu to Olgierd von Everec z dodatku Serce z kamienia i jego podobieństwo z Andrzejem Kmicicem z Potopu. Dlaczego by tego nie wykorzystać w czasie lekcji? I to by się sprawdziło nie tylko na lekcjach języka polskiego! Pomyślę o tym i zrobię jakiś wpis . Co Wy na to? Na zakończenie jedno zdanie, które powinno się wyryć przed oczami każdego spychologa: I tą myślą zakończę dzisiejszy wpis. Obiecany link. I do zobaczenia za tydzień!
  22. W ramach odtrutki od wszelkiej maści MSMów postanowiłem Przemyśleć pewną kwestię – jaki jest najtwardszy pancerz w grach komputerowych? Pierwsze, co przyszło mi do głowy to zbroje wykonane ze Smoczych Łusek – twarde, wytrzymałe i (niekiedy) odporne na magię, zupełnie jak Smoki. Ale nie – przecież do ich zabicie wystarczy wystarczająco mocny oręż – albo Wiedźmin. To może Pancerz Wspomagany X-01? No, w sumie… ale też nie – da się zabić osobę odzianą w ten pancerz… W takim razie jakaś tarcza energetyczna? Także nie. Bowiem najtwardszym pancerzem w 99% gier jest – a raczej są – drewniane drzwi i meble. Zanim zaczniecie się śmiać spójrzcie na to z tej strony – Geralt z Rivii jest w stanie zabić dowolnego przeciwnika mieczem i Znakami. A drzwi czy nawet zwykłego krzesła nie ruszy niczym – nie spali ich Igni, nie rozbije ich Aardem ani nie rozwali mieczem. Podobnie Dragonborn – może i zabił Alduina, ale do otwarcia drzwi potrzebuje wytrychu zamiast rozwalić je w drzazgi toporem czy Fireballem. Nie wspominając, że o przesunięciu dowolnego drewnianego stołka o milimetr obaj mogą tylko pomarzyć. Jasne, można powiedzieć, że to drewno magiczne, runiczne, artefaktyczne – nawet, jeśli znajdują się w drewnianej (i równie nietykalnej) chałupie zwykłego chłopa. Okej. Ale co w takim razie z drewnianymi ozdobami w ruinach np. postapokaliptycznego Bostonu? Ich nawet mini bomba atomowa nie rusza. Ba, podejrzewam, że nawet Spirit Bomb nie przebiłby się przez drzwi! Zastanawiając się głębiej nad tym tematem doszedłem do wniosku, że w sumie to aż dziwne, że jeszcze w takim np. Dark Souls nikt nie wpadł na pomysł odziać bossa w drewniane atrybuty. No wiecie – zbroja z dwóch stołów, tarcza z drzwi, hełm z krzesła a jako broń – taboret. I już – boss doskonały, niemożliwy do pokonania żadnym sposobem. Hmm… choć może to właśnie dlatego? Ostatecznie gracz musi mieć jakieś szanse na zwycięstwo, nie?
  23. Dokładnie trzy tygodnie temu pisałem o tym, że „tradycyjne” media wciąż zrzucają winę za rozmaite tragedie na gry komputerowe. I w tym tygodniu muszę do tego wrócić za sprawą zabójstwa dokonanego przez czternastoletniego Łukasza W. - choć miałem w planach zupełnie inny wpis. Ale cóż zrobić - życie. Źródło Przyznam szczerze, że wcześniej nie miałem ochoty pisać tekstu o tym zdarzeniu. Ale zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem reportaż programu „Uwaga!”, w którym usłyszałem wypowiedź spychologa (w programie jest błąd, bo został podpisany jako „psychoterapeuta”) Karola Łojka (9'50''): Ta dość nieskładna (musicie przyznać) wypowiedź mną wstrząsnęła… a w zasadzie powinna, ale już przywykłem do tego typu tekstów . Szczególnie spodobało mi się słowo-wytrych. A skoro gry zostały wywołane do tablicy to ja bardzo chętnie zająłem się tą sprawą bazując na wiedzy pochodzącej z reszty tego reportażu: 1. chłopak zabił swoją macochę, z którą nie do końca jasne są jego relacje. Ojciec chłopaka twierdzi, że wszystko było dobrze, ale internetowa znajoma podejrzanego informuje, że „czuł się zaniedbywany” i „poświęcano mu zbyt mało czasu”; 2. podejrzany fascynował się morderstwami (szczególnie tym z Rakowisk), bronią palną oraz, jak już wiecie, „brutalnymi grami komputerowymi”; 3. Łukasz W. upodobał sobie również masakrę w Columbine High School w Littleton. Tak, tę samą, za którą - w swoim czasie – również obwiniono gry komputerowe, i o której pisałem na tym blogu; 4. kilka miesięcy przed zabójstwem groził, ze wysadzi szkołę w powietrze. Tłumaczył potem, że to był żart - i wszyscy mu uwierzyli! Normalnie nie brałbym tego pod uwagę – bo ilu z nas tak mówiło wśród znajomych ;), ale tutaj chłopak miał wyraźne zaburzenia; 5. do tego wyciął sobie żyletką inicjały pseudonimu morderczyni z Rakowisk, razem z datą popełnienia przez nią zbrodni. Poza tym – szukał z nią kontaktu; 6. chłopak był badany przez psychiatrę – jedyne zalecenie, jakie dał to - zgadza się! - ograniczenie chłopakowi dostępu do komputera… 7. dzień przed zabójstwem chłopak napisał na swoim profilu na fb: „Pora zabijać, ty szmato pijacka”; 8. Jego wybryki i słowa nie zainteresowały NIKOGO. Każda sprawa została skrupulatnie olana przez wszystkich - od ojca, przez nauczycieli, po znajomych. Po przeanalizowaniu tych wszystkich informacji mogę stwierdzić jedno – pan spycholog powinien dostać Nobla w dziedzinie spychologii stosowanej. Pięknie odwrócił uwagę (nomen-omen) od innych źródeł tej tragedii, skupiając się na jednym wycinku – tym, że chłopak uwielbiał „brutalne gry komputerowe”. Wygląda na to, że dla wszystkich spychologów oczywistym jest, że samookaleczanie jest normalną rozrywką. A i uwielbienie dla morderców nie jest niczym nagannym – jedni zbierają znaczki, inni obrazki z psychopatycznymi mordercami. Jedynie zabijanie wirtualnych wrogów jest ZŁEM.
  24. Dosłownie kilka dni temu, podczas poszukiwań kolejnych MSMów, odkryłem tekst ks. Dariusza Rasia pt. „Media – edukator i nauczyciel wiary. Ewangelizacja w świecie ekspozycji medialnych”. Widząc tytuł uznałem, że może być ciekawie – w końcu jakiś dobry MoG napisany przez duchownego. Szczególnie, że jest to tekst dość nowy, bo z 2018 roku to i miałem nadzieję, że Autor poruszy temat w jaki sposób wykorzystać gry komputerowe do niesienia Ewangelii. I się mocno przeliczyłem… W razie czego – link do niego znajdziecie na końcu wpisu. Gotowi? Ten fragment wskazywał, że będzie to dobry tekst… Więc najlepiej od razu przejdę do gier, przy których Autor się dość mocno wyłożył: Wstęp jest w miarę okej, nie ma się czego przyczepić, choć spodziewałem się jakiejś informacji dla „niosących wiarę”, ale cóż… Nie regulujcie monitorów ani własnych oczu – Autor naprawdę jako przykłady złych gier komputerowych podał te same gry, co zawsze. Właściwie to rozmaici spychologowie mogliby oszczędzić masę papieru i wpisywać „to, co zawsze” – choć wtedy pewnie mieliby mniejszą ilość stron i gdzie indziej musieli się wysilać :P. A tak – wystarczy spisać tekst sprzed X+1 lat od dr Ulfik-Jaworskiej (chyba nie sądziliście, że cytat pochodzi od kogoś innego…) i odjazd. Kij, że te słowa mają już 20+ lat i już w momencie ich pisania były bzdurne – pasują do tezy, więc jest okej. Źródło Ten tekst także już się zestarzał – nie rozumiem, czemu rozmaici Autorzy biorą się za temat, o którym nie mają bladego pojęcia i piszą o nim tonem znawców wszechrzeczy. Autor (poza spisaniem starych gier) nie podał ŻADNYCH danych potwierdzających jego tezy. I tylko papieru żal (także tego elektronicznego ). Uff… przynajmniej tu Autor napisał coś z sensem. Aż się uśmiechnąłem widząc ten tytuł. Jeśli go nie znacie – macie tu link to filmu NRGeeka - (jeśli ktoś nie zna jego twórczości to ostrzegam - materiał 18+!): Niemniej, on to lepiej skomentuje niż ja . Choć muszę przyznać, że przynajmniej Autor wskazał, że jednak zna "nowe" produkcje . Tu Autor zrobił ciekawy zabieg – urwał w tym miejscu temat i dał przypis do strony jakiegoś katolickiego wydawnictwa. Zajrzałem tam. Poza „Być uczniem Jezusa” i „Przygodą ze świtem Piotrem” (w pakiecie za 59 złotych) nie ma tam ANI jednej gry komputerowej – bo komputerowego quizu o Kościele Katolickim do tej kategorii raczej bym nie zaliczał. A co jest? Jakieś filmy animowane i czytanki. Nie znam się na tym za dobrze, ale mam wrażenie, że trudno to nazwać alternatywą dla gier… Zanim przeczytacie dalej – obstawiajcie, o czym Autor napisał? Nie ma to jak w „poważnym” tekście pisać o blue whale… i nazywać to grą komputerową! Pamiętam, że MEN (który od zawsze był siedliskiem idiotów, IMHO) też nazwał to gra komputerową – ale, na Innosa, przydałoby się weryfikować informacje (przykład - artykuł serwisu Spider's Web). Ale Autorowi by znów do tezy nie pasowało… I pewnie teraz zastanawiacie się „ale chwila, przecież Autor nie napisał nic o możliwości wykorzystania gier komputerowych do Ewangelizacji młodych – bo wątpliwej jakości gry studia Pasterz prędzej takie osoby odstraszą” – i macie rację. Ja też się nad tym zastanawiam. Bo uważam, że Kościół powinien umieć rozmawiać z młodymi – i na szczęście poznałem w swoim życiu wielu księży, którzy nie patrzyli na gry przez pryzmat „gry = zło”… Choć był też jeden czy dwóch takich . Na tym zakończę ten wpis. Obiecany link. Do zobaczenia za tydzień!
×
×
  • Create New...