Jump to content

MajinYoda

Zwycięzcy Smugglerków
  • Content Count

    868
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    28

Everything posted by MajinYoda

  1. MajinYoda

    Moralność pana gracza

    @NomadP - z jakiegoś dziwnego powodu zapomniałem o wyborach w GTA IV :). Przy Francisie i Derricku zawsze miałem zagwozdkę - obaj byli siebie warci. Zazwyczaj zabijałem tego drugiego - w końcu Francis był szychą w policji, mógł się przydać.
  2. MajinYoda

    Moralność pana gracza

    Nieodłącznym elementem większości gier RPG są wybory moralne. W zasadzie to głównie RPG, bo takowe zaczynają się pojawiać też w innych produkcjach (nawet w GTA V). Ostatnio zastanawiałem się nieco nad tym – jakich wyborów dokonywałem w grze i dlaczego? Utarło się, że gracz najpierw idzie dobrą ścieżką. Ja jednak robię nieco inaczej – za pierwszym razem przechodzę tak, jak uważam za stosowne, a dopiero potem czytam „co zrobić, by mieć najlepsze/najgorsze zakończenie w…?”. Często też rozmyślam – kto tak właściwie ma rację? (UWAGA – spoilery!) Wprawdzie już kiedyś pisałem o Gothicu 3, ale sądzę, że warto to rozwinąć. Dlaczego założyłem, że buntownicy są tymi dobrymi? Tak, Innos i te sprawy, walka z okupantem… ale może to jednak orkowie mają rację? Oczywiście, że nie mają – to akurat kiepski przykład ;). Za to większą zagwozdkę miałem w Skyrimie, gdzie ścierają się dwie grupy – Legion - uważający, że kraina powinna być nadal częścią Cesarstwa - oraz Stromcloaks – uznający Skyrim za odrębne państwo. A temu wszystkiemu przyglądają się elfy… Napisałem, że miałem zagwozdkę? Owszem, ale tylko początkowo. W tym przypadku uznałem, że wybór jest oczywisty – Legion, ponieważ, moim zdaniem, zjednoczone Cesarstwo lepiej poradzi sobie w nadciągającej drugiej wojnie niż odrębne państewka. Ale czy na pewno? Cóż, z odpowiedzią poczekamy pewnie do TES VI… Źródło: ballmemes.com Zupełnie inny kłopot miałem z Fallout 4, gdzie do wyboru mamy cztery frakcje: Minutemenów – rodzaj milicji, chcą odbudować społeczeństwo po wojnie na zasadzie „ludzie dla ludzi” – Bractwo Stali – armia wyposażonych w technologię (często kradzioną) żołnierzy – Instytut – banda jajogłowych, którzy żyją pod ziemią i tworzą syntetycznych ludzi (porywając tych z powierzchni) – oraz Railroads – grupa, która za zadanie postawiła sobie uwolnienie syntetycznych od Instytutu… Źródło: 9gag.com I wiecie co? Na pierwszy rzut oka wygląda to następująco (od dobrej do złej): Minutemen –> BoS –> Railroads -> Instytut. Jednakże, po dłuższym czasie spędzonym z tą grą mam wrażenie, że wcale tak nie jest. Owszem, „minutowcy” (jak ich nazywam) mają wizję wspólnego życia w społeczeństwie i wzajemnej ochrony (głównie tych, którzy sami nie mogą się obronić) i są oni, bezsprzecznie, tymi dobrymi. Co jednak z resztą? Moim zdaniem drugą dobrą opcją jest Instytut. Fakt, tworzą oni syntetyczne wersje ludzi, ale nie widzą w tych robotach żywych istot – raczej narzędzia. Nie zapominamy też, że każdy z nich ma połowę (chyba) DNA naszej postaci. Dodatkowo, ich wizja sprowadzenia ludzkości pod ziemię wcale nie jest taka zła, szczególnie patrząc na to, jak wygląda powierzchnia. Railroads to banda przygłupów, którą Instytut przesadnie się nie przejmuje. Ale to nic przy Bractwie, które uważam za opcję najgorszą. Ich jedyną bronią jest, cóż, broń. Sami tworzą technologię, owszem, ale najczęściej próbują kraść cudzą. I Elder Maxon mnie zawsze irytował. Opuśćmy jednak gry Bethesdy, które nigdy nie słynęły z głębokich wyborów moralnych (choć w Fallout 4 długo myślałem) i przejdźmy do Wiedźmina 3. W tym przypadku od razu wiedziałem, że są trzy zakończenia, ale i tak robiłem wszystko po swojemu. Efekt był taki, że dostałem to, czego, w sumie, od początku chciałem – Ciri jako cesarzową Nilfgaardu. Dlaczego to, a nie życie wiedźminki? Cóż, najpierw stwierdziłem, ze króla Radowita trzeba się pozbyć, bo był szalony. Następnie jednak miałem wybór między Dijkstrą-kanclerzem a wolną Temerią. Źródło: kwejk.pl Tu wybór był dość nieoczekiwany dla mnie - musiałem zdecydować "na już". I wybrałem Vernona Rosha Czemu? Ponieważ w mojej rozgrywce Dijkstra nie udzielił mi wsparcia podczas oblężenia Kaer Mohren, bo nie pozwoliłem torturować Triss. Więc mu się odwdzięczyłem. Jednocześnie uważam, że cesarzowa Cirilla to najlepsze możliwe wyjście. owszem, Nilfgaard to "ci źli", ale mam wrażenie, że jest z nim tak, jak ze wspomnianym Instytutem - mają po prostu zły PR ;). Dodatkowo, wychowana przez Geralta i Yennefer oraz wspomagana przez ojca Zirael poradzi sobie z władzą i jej nie odbije. Oby. Rodzima produkcja miała jednak więcej wyborów, których dokonałem – więc nie pamiętam większości z nich ;). Najbardziej, chyba, zapamiętałem zadanie z zaginioną żoną i jej siostrą, która chciała mnie odwieść od poszukiwań. Cóż, po ujawnieniu prawdy oszczędziłem ją. Również wcześniejsza część - Zabójcy królów - dała mi kilka miejsc na przemyślenie swojego wyboru. Najgorszy był ten ostatni - zabić Letho czy go oszczędzić? W mojej jedynej rozgrywce nad tą kwestią głowiłem się dobre 10 minut. Poważnie! Ostatecznie jednak go zabiłem uznając, że zrobił zbyt dużo złego i do tego, na początku gry, wina za śmierć króla Foltesta spadła na Geralta. Kończąc, muszę napisać jeszcze o wspomnianym na początku GTA V. Pod koniec jest wybór czy zabić gangstera i mordercę Michaela czy psychopatycznego ćpuna Trevor, albo oszczędzić obu. Cóż, w tym przypadku wybór był oczywisty i za każdym razem jest. Oszczędzam obu, bo w końcu wszyscy trzej są bohaterami, nie? A jakie jest Wasze podejście do wyborów moralnych w grach? Piszcie w komentarzach :).
  3. MajinYoda

    Smoczy pojedynek

    Dragon Ball – jedyne anime, do którego mam sentyment, i które wciąż lubię oglądać – szczególnie genialną Zetkę (oczywiście, po angielsku). Ale to nie ta wersja będzie dziś porównywana – lecz jej „następcy” – GT i Super. Jak fani zapewne wiedzą – ta druga seria jest kanoniczna. Niemniej, postanowiłem odpowiedzieć na pytanie – którą serię ocenię lepiej? Zachęcam Was do pisania swoich przemyśleń i komentarzy :). Przy okazji trochę sobie pomarudzę, ale wiecie, że to lubię (pozdro @DJUDEK :P). Zacznę od fabuły – przyznam szczerze, że ta z GT nigdy mi się nie podobała – nie wiem kto był taki mądry, by wymyślić, że Goku powinien być znowu dzieciakiem… I to nie przez jedną-dwie sagi, a przez cały serial (z małymi wyjątkami, o czym za chwilę). Poza tym, w historii przedstawionej w GT nie podobał mi się motyw szukania Smoczych Kul – i to w sposób o wiele nudniejszy niż w poprzedniczkach. Zresztą – samo wprowadzenie Czerwonego Shenrona było mocno naciągane. No serio, kto by trzymał tak niebezpieczne przedmioty razem i jeszcze beznadziejnie strzeżone? I jeszcze to, że rozlatują się po całej galaktyce (czy tam wszechświecie) i doprowadzają do wybuchu planety, na której wypowiedziano życzenie… Kto to wymyślił? Co dziwniejsze, czego także nie rozumiem, Ziemia zostaje zniszczona przez Czerwonego Shenrona, bo upłyną rok. Okej, ludzie uratowani, a Porunga przywraca Ziemię na swoje miejsce… Tylko czemu, na Zeno, nikt nie pomyślał, by przy okazji poprosić go o… bo ja wiem… przywrócenie Goku normalnego wyglądu? Ostatecznie, Porunga jest w stanie spełnić trzy życzenia. Więc nie powinien to być dla niego problem, nie? Z kolei z fabułą Super mam inny problem: o ile pierwszej sadze można wybaczyć kilka kwestii związanych z koniecznością przypomnienia/zapoznania widzów ze starymi bohaterami, tak saga Friezy jest zupełnie bez sensu. Samo wskrzeszenie (i to w kawałkach) najciekawszej złej postaci w całym DB było dobrym pomysłem (choć czuć było, że to odgrzewany kotlet…), tak wprowadzenie Ginyu tylko po to, by zginął (w zabawny sposób, fakt) po jakiś dwóch odcinkach? Nie wspominając o przybocznych Friezy, którymi w sumie chyba nikt się nie przejmował – nie byli taką klasą jak Zaarbon, Gui czy całe Ginyu Force – po prostu gdzieś tam robili za tło, coś pogadali, a nawet nie pamiętam teraz ich imion. Skoro zarys fabuły mamy za sobą (będę o niej wspominał później), czas zająć się postaciami i ich mocami… Bezsensownie odmłodzony Goku, jak już wspomniałem, nie jest dzieciakiem przez całą serię. Mimo, że jego formy SSJ 1-3 utrzymują jego formę, tak z niewyjaśnionych powodów SSJ4 (którego nazywałem i nazywam „czerwoną małpą”) odwraca efekt życzenia. Wiem, ze jaki…ś czas temu napisałem, że kochamy DB za dziury fabularne, ale tutaj mamy ogromne dziursko! Ale zostawmy Goku, niech sobie będzie dzieciakiem. Gorzej sprawa ma się z Vegetą. O ile motyw z „córeczką tatusia”(o której też zaraz napisze kilka słów) jest świetny, o tyle zarówno saga Baby’ego i późniejsza pokazują jak bardzo kiepską postacią jest Książę w GT. Zupełnie nie rozumiem jak jakiemuś tuffulskiemu słabiakowi udaje się go przejąć – PRZEJĄĆ! Mam wrażenie, że to miało być takie nawiązanie do Majin Vegety, ale w Zetce Książę przynajmniej pokazuje, że Babidi nie ma nad nim żadnej władzy. Zabrakło mi tego, szczerze przyznam. Dobrze jednak, że w Super pojawił się żart z tego wątku ;): W Sadze Super 17 Vegeta znowu odgrywa rolę chłopca do bicia (pokonał np. Nappę, wow…). Z kolei w ostatniej sadze – Złych Shenronów - Vegeta przez większość czasu nie odgrywa żadnej roli. Ot, jest. Dopiero pod koniec przybywa w chwale i glorii… Żartuję, przybywa, by pomóc Goku, osiągając poziom SSJ4… Znowu – nie wiem dlaczego twórcy zastosowali najgłupszą zagrywkę odnośnie tej transformacji – zamiast osiągnąć ją po swojemu: treningami, walką, chęcią przebicia Kakarotto – Książę sięga po jakieś promienie. Innymi słowy – idzie na skróty! Vegeta!! Nigdy nie mogłem tego zrozumieć. Skoro omówiłem obu bohaterów, czas na ich fuzję – Gogetę. Kiedy pierwszy raz, za dzieciaka, oglądałem GT myślałem sobie „WOW! Teraz na bank pokonają tego złego”. Ale nie – twórcy znowu z jakiegoś powodu postanowili zrobić z tej postaci kompletnego głąba (vide konfetti… konfetti!!!). Super również mnie nieco zawiodło pod względem aktywności Vegety. Szczęśliwie, przynajmniej tutaj zachował swoje cechy i nie idzie na skróty, niekiedy nawet przebijając Goku (vide walka z Toppo). I choć na jakiś czas traci moc (w fillerze) to jest to lepiej wytłumaczone fabularnie i przynajmniej stara się coś zrobić (m.in. desperackie ratowanie Trunksa, które niemal go zabija). W Super pojawia się także ich fuzja – Vegito. Szkoda, że Toriyama zastosował podobny zabieg jak w GT… Chociaż nie – muszę przyznać, że walka między Vegito a Fused Zamasu jest przynajmniej emocjonująca i nie ma tego efektu „co tu się odp…?”. I nie ma konfetti :P. Dobra, czas napisać kilka słów o pozostałych postaciach: Pan GT zachowuje się jak idiotka. Wiem, że ma zaledwie 10 lat, ale twórcy nie pomyśleli, że nawet w tym wieku nie można być takim idiotą. Ale przynajmniej wygląda na swój wiek, nie to, co młodsza od niej o rok (!) Bulla. Kiedyś myślałem, że ona ma 14-15 lat, a tu się okazało, że w GT ma 9… Jak scenarzyści mogli to przegapić? Pozostaje jeszcze kwestia Piccolo… Jedyne, co zrobił w GT to to, że się zabił razem z Ziemią. Niby było to wyjaśnione fabularnie – chciał zniszczyć Czerwonego Shenrona – ale przecież musiał być inny sposób. Dobrze, że przynajmniej potem odegrał swoją rolę przy wypuszczaniu Goku z piekła… co jest o tyle dziwne, że przecież Goku już kiedyś z piekła wyszedł. Ale dobra, nie czepiajmy się. Nameczanin w Super odgrywa o wiele większą rolę, szczególnie pod koniec. Wcześniej pojawia się sporadycznie (jako niańka…), a nawet raz ginie, ale przynajmniej jest pokazywany. Skoro o tym wspomniałem – krótko o finałach obu serii. Zarówno GT jak i Super skończyły się całkiem podobnie do Zetki – główny wróg pokonany, wszyscy się cieszą, pokój i jajko na twardo dla wszystkich… Przy czym Omega Shenron został pokonany w sposób aż zbyt mocno przypominający pokonanie Majin Buu – czyli Spirit Bombą – co dla fanów Zetki było zapewne świetne. Jednakże, uważam, że pokonanie Jirena było o wiele ciekawszym finałem. Zwycięstwo, okupione ranami, bólem i koniecznością walki ramię w ramię z Friezą jest dla mnie kwintesencją DB. Do tego, na końcu GT Goku zwyczajnie odlatuje, żegnając się z widzami na zawsze, a w Super robi to, co powinien – czyli trenuje, by stawać się silniejszym. Czyli standard zarówno dla Kakarotto jak i Vegety :). Jeszcze słowo o nowych formach SSJ. Tu muszę przyznać, że obie serie się popisały. Zarówno „czwórka” (wiem, że nazwałem ją „czerwoną małpą”, ale to nie jest inwektywa a opis) jak i SSJ God oraz SSJ Blue spełniły moje oczekiwania. Jestem też ciekaw która z nich jest silniejsza? Ponoć za jakiś czas się tego dowiem :). By już nie przedłużać kilka słów o muzyce… Dobra, przyznam Wam się szczerze – Dan dan kokoro hikareteku z serii GT jest jedną z moich ulubionych piosenek, choć nie w wykonaniu Field of View (to ta z serii), a przez (nieżyjącą już) autorkę słów do tego utworu – Izumi Sakai, wokalistkę zespołu ZARD. Co ciekawe, podoba mi się również ta wersja: Co wcale nie oznacza, że utwory z Super mi się nie podobały – jak niedawno pisałem do gustu przypadł mi utwór Ultimate Battle w wykonaniu Akiry Kushidy, ale także oba openingi (Chōzetsu! Dynamic! wyk. Kazuya Yoshii oraz Limit Breaker x Survivor wyk. Kiyoshi Hikawa) znajdują się na mojej playliście. A - w każdym z tych przypadków nie spodobała mi się wersja angielska. Nie wiem dlaczego, ale oryginalne głosy lepiej brzmią. Pora na werdykt… jak widzicie, mimo sentymentu do GT, uważam serię Super za o wiele lepszą. Możecie się ze mną, oczywiście, nie zgadzać :). PS. Jak zauważyliście, zamieściłem cały wpis i tak będę robił aż mój blog nie zostanie naprawiony :). Może po wakacyjnej przerwie w końcu powróci...
  4. MajinYoda

    Moralność pana gracza

    Zgadzam się z Tobą - niemniej lubię ten element w grach, choć jest, jak słusznie zauważyłeś, banalny. Z drugiej strony - pomyślałem o G3. Najlepiej to widać w ścieżce Beliara - Bezimienny, po długim czasie wojowania dla Innosa (w 1 i 2) uznaje "chrzanić króla, orkowie powinni rządzić!". Po czym Beliar (spoiler alert!) każe nam pozabijać orków, bo poszli za Xardasem-Adanosem, a nie za nim. Szkoda tylko, ze są zastępowani przez buntowników, ale co tam ;). W zasadzie tylko dlatego wybieram Instytut w F4 - niby są tymi złymi (w końcu porywają ludzi i przerabiają ich na roboty), ale, z drugiej strony, tej organizacji przewodzi syn głównego bohatera! Wiem, że jest to strasznie spłaszczone, ale hej - to tylko gra od Bethesdy :P. Żałuję, że nie mogę w niego zagrać - nie posiadam i w najbliższym czasie na pewno nie będę (może kiedyś się złamię? :P).
  5. MajinYoda

    Jestem piękny

    W tym tygodniu w MSM poddaję „rzetelnej analizie” książkę Małgorzaty Przybysz-Zaremby pt. „Uzależnienia młodzieży od współczesnych mediów” (2008). Ze względu na ilość „treści” zawartej w tej publikacji, poświęcę jej dwa wpisy. Zacznę od rozdziału 1 – uzależnienia młodzieży od współczesnych mediów jako problem społeczny (ale długie, nie?), a konkretniej podrozdziału 1.3 – Formy uzależnienia komputerowo-sieciowego (?) i punktu 1.3.3 – „Gry komputerowo-sieciowe”. Swoją drogą, w do jednego worka Autorka wrzuciła wiele tytułów, ale przecież nie wszystkie (co z tymi grami, które nie są sieciowe, a?). Niemniej – pierwszy fragment: Cóż, można się z tym zgadzać lub nie, ale nie ma się czego czepiać, prawda? Dalej jest krótko o historii gier – Autorka zaczyna od 1962 roku (Spacewar! – ale nie pojawia się nazwa) i 1972 (Pong – tu już jest tytuł) zapominając o Cathode Ray Tube Amusement Device – wybaczymy jej, prawda? J Nie ona pierwsza i nie ostatnia . Dziwniej jest jedno zdanie dalej: Deja vu? Dokładnie tak – tekst o technologii CD-ROM pojawił się już na tym blogu (nawet w AR był :P) w tym poście. Już wiemy od kogo pan Sylwester Bębas spisał te głupoty :P. Idźmy dalej: Okeej… a czym się różnią „gry doomopodobne” od strzelanin? Autorka powinna to wyjaśnić czytelnikowi. W końcu zarówno FPS-y, jak i TPS-y są określane jako strzelanki lub strzelaniny :). A teraz Doom jest strzelaniną. Co, jak co, ale chyba Doom jest najbardziej doomopodobny ze wszystkich gier, nie? Mam pytanie – od kiedy Total Carnege jest bijatyką? Z tego, co widzę to bardziej strzelanka (w dodatku wydana na Amigę!). Ale co ja się tam znam… Cóż, trudno mi się z tym częściowo nie zgodzić – o ile przyjmiemy, że pod strategiami Autorka miała na myśli tylko RTS-y. Bo przy TBS-ach albo ekonomicznych już bym się sprzeczał. Uwaga! Teraz będzie wyjątkowo krwawy fragment! Jaka to była gra? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast kto napisał ten tekst. Nie będę jednak pokazywał kart i daję Wam czas na zastanowienie się – odpowiedź znajdziecie na końcu tekstu . Kolejny raz – można się zgodzić, choć przecież nie wszystkie RPG-i to „przerażający świat” – choćby Pokemon Red :P. Z tego co sprawdziłem (jestem Święty i nie grałem w Diablo :D) Butchera trzeba pokonać, ergo – zakończyć jego zło. W sumie, to coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, czy nie powinno się też spalić dzieła sztuki, w których pojawia się krew, nagość i ciała. Będzie tego sporo . Kurcze, czy to źle? Z tego co rozumiem, to dziecko powinno grzecznie siedzieć na tyłku i wykonywać rozkazy. Czyli to, co robi na co dzień w szkole, gdzie myślenie autonomiczne jest źle widziane :P. I pisze to osoba, która w podstawówce (5 klasa, bodaj) na pytanie w „anonimowej” (ta, jasne) ankiecie „co należy zmienić w klasie?” napisała „wychowawcę” :D*. Hmm.. czyli te dzieci są politykami? J Pewnie do „uchylania się” stosują Charyzmę albo, dla fanów TES, Retorykę :D. Dobra, koniec żartów – tak uargumentowany wywód musi być prawdą. Zaraz zdejmę ze ścian mojego pokoju doskonałe autoportrety, na których prezentuje się moje godne i pełne majestatu oblicze. Jestem zbyt piękny, by się samemu oglądać. Czy tylko mi się wydaje, czy wyszło tu tzw. „masło-maślane”? Cóż, nie jestem pewny, więc lepiej zniszczę też ten złocony, marmurowy ołtarzyk ozdobiony szmaragdami, który sam sobie postawiłem. Wy zaś przestańcie czytać – jesteście niegodni moich wywodów (to był żart, nie róbcie mi tego ). Albo to moje, narcystyczno-dominatorsko-autonomiczne, wrażenie, albo w całym tym podsumowaniu wciąż pojawiają się te same wnioski. To tak, jakby udowadniać, że np. politycy kradną, bo są złodziejami, bo kradną. Ciekawe, ciekawe… Część pierwszą zakończę podaniem źródła wspomnianych recenzji – D. Sikorski, www.sop.salwatorianie.pl. Tekstu już tam nie ma (a szkoda). W sumie to zaprosiłbym Was na część drugą wpisu (która będzie za tydzień), ale nie wiem, czy nie wyjdę na uzależnionego od gier narcyza… *Tak, naprawdę jej nie lubiłem. Jestem pewny, że to na niej była wzorowana Dolores Umbridge z piątego tomu Harry’ego Pottera :P.
  6. Typowe polskie, postpeerelowskie, osiedle bloków mieszkalnych - szare, bure i nieciekawe. Ciemną nocą, tuż przed 23, pod lokalnym sklepem monopolowym "Kubuś" zatrzymał się wysoki mężczyzna o wielkich bicepsach i bardzo krótkich włosach. Miał na sobie czerwony dres z dwoma paskami, a w ręku trzymał pustą butelkę. Nagle, z sąsiedniej klatki, wyszedł drugi mężczyzna. Podszedł do tego pierwszego, a słabe światło pobliskiej latarni oświetliło wysoką i łysą postać w niebieskim dresie, bez pasków. Obaj młodzi popatrzyli chwilę na siebie spode łbów i nagle... wyciągnęli ręce i przywitali się: - Witaj, Janie. - Witaj, Marcinie. - Jakże jestem szczęśliwy, że cię tu spotykam. Mam do ciebie sprawę. - Słucham cię, przyjacielu drogi. W czymże mógłbym ci pomóc? - Słyszałem, żeś zaznajomiony z Karoliną, niewiastą mieszkającą dwie ulice stąd. - Owszem, znam ją od czasów szkolnych naszych. Była mi dobrą koleżanką podczas moich lat edukacji. - Czy mógłbym więc ośmielić się i poprosić cię o przedstawienie nas sobie? - Ależ nie ma żadnego problemu, mój drogi Marcinie. Wiedz jednak, że Karolina to niewiasta wymagająca. Jeżeli jakieś awanse do niej stroisz to lepiej dobrze się zastanów. - Z radością przyjmę twą radę. A kiedy mógłbyś być tak łaskaw i nas zapoznać? - A co byś powiedział o miłym zapoznaniu na przyjęciu u Karola? Tamże się wybieram z mego serca wybranką i wiem, że Karolina też tam będzie. - Doskonale, świetna okoliczność. A cóż to? Czemu trzymasz tę butelkę, miast do kosza ją wyrzucić? - Powiem ci, drogi Marcinie, że potrzebna mi ona bardzo. Wody święconej z kościoła zabrać muszę, by księdza godnie po kolędzie przyjąć. - A racja, racja. Ja już swoją mam ? zaiste wczoraj mnie matula wysłała. - Powiedz mi jeszcze, przyjacielu, czy wybierasz się może jutro na mecz piłkarski? - Oczywiście, nie mógłbym sobie darować, gdybym nie wziął udziału w tej sportowej uczcie. A i kibiców przyjezdnych trzeba godnie przywitać. A i z policją trzeba porozmawiać, by dobrze pilnowali porządku. - Święte słowa. - Nie bluźnij, przyjacielu. - O, przepraszam, zapomniałem się - wszystko przez te wiersze, które ostatnio czytuję. - Wybaczam ci, ale lepiej nie czytaj ich za dużo. - Obiecuję. A cóż teraz zamierzasz robić, Marcinie? - Wiesz, chyba do domu wrócę, bo wiatr mocno dziś wieje i chłodnawo się zrobiło. Żegnaj Janie, do jutra. - Do zobaczenia. I Marcin odszedł w swoją stronę.
  7. MajinYoda

    Urodzinowy MSM

    Mojemu blogowi stuknęły właśnie cztery lata (jak ten czas leci :)), więc postanowiłem wrzucić MSMa. Jest to inny artykuł z książki sprzed dwóch tygodni (link), więc tylko napiszę, że tym razem będzie mało o grach, ale więcej o filmach animowanych. I nie jest tak głupi, jak ten poprzedni, co muszę przyznać. Przed Wami Marta Czerwiec - „Wirtualne dzieciństwo – realne zagrożenie dla najmłodszych” (przypominam – 2013). Gotowi? Nie wiem czy Autorka zauważyła, ale za wychowanie i sprawdzanie co robi dziecko odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice (i, nieco później i w innych aspektach, szkoła), a nie twórcy filmów czy gier. Ale skoro w 2013 roku wciąż pisze się o „życiach” w grach to tak się to kończy… Aż dziwne, że o punktach nie wspomniała ;). No to zakazujemy: „Zwariowane melodie”, „Tom i Jerry”, „Dora”, "Świnka Peppa"… Acha, jak zawsze złe anime winne wszystkiemu… Fajnie, że Autorka dodała "między innymi" :). Kurde, jakbym czytał charakterystykę (nie tylko japońskiej) kinematografii. Więc czemu Autorka twierdzi, że dotyczy to tylko anime? Jestem ciekaw odpowiedzi… Nie rozumiem też ostatniego punktu - co w tym niezwykłego? Czyżby m.in."Makbet" też był anime? Coś w tym jest – takie Muminki czy Pszczółka Maja cały czas biegały na golasa! Sodomia i Gomora, deprawacja dziatwy, tfu! wybaczcie – nie znam współczesnych anime. Ktoś poratuje? Jednakże, tutaj Autorka odwołuje się do strony www.abcb.com/parents, której kompletnie nie rozumiem… Wiem, że Dragon Ball Z w Japonii, USA i innych krajach jest różny, ale po co umieszczać go w dwóch kategoriach, skoro we wszystkich wersjach wpisuje się niemal to samo do opisu? Zdawaliby sobie sprawę, gdyby spychologia nauczyła ich sprawdzać co oglądają ich dzieci. Dobrze pamiętam jak moja Mama oglądała ze mną Pokemony i nie było problemu. Pominę też traktowanie przez Autorkę jedynie DB, Pokemonów i Sailor Moon (i im podobnych) jako jedynych anime i zapominaniu o wspomnianych w moich wcześniejszych wpisach m.in. Smurfach. Bo to tylko świadczy o jej znajomości tematu. Na zakończenie - mądre zdanie: Dziękuję Autorce, że nie zapomniała o rodzicach i ich obowiązkach związanymi z dziećmi. I na tym zakończę dzisiejszy wpis :).
  8. MajinYoda

    Głupio i mądrze cz. 1

    Było trochę przerwy od artykułów naukowych, czas więc jakiś wrzucić. Tym razem jest on dwuczęściowy i dotyczy artykułu pochodzącego z omawianej już tu dwa razy książki (pierwszy raz tu). Przed Wami „Fenomen zabijania w grach komputerowych” autorstwa Damiana Kołomyjskiego (2013). Jest to tekst, przyznam, dość nierówny, dlatego obok tagu MSM widnieje MoG – zwyczajnie trochę ponad pół tekstu to bzdury a drugie "mniejsze pół" (:P) – całkiem sensowne treści. Jednakże, ze względu na ilość wartych odnotowania treści musiałem omawiany artykuł podzielić na dwa posty. Drugi będzie, tradycyjnie, za tydzień :). UWAGA - produkt może zawierać czepialstwo :P. Jesteście gotowi? Pierwszy akapit i już jest ciekawie – o ile z pierwszą częścią trudno polemizować (choć Autor nie podaje o jakich „ekspertów” chodzi), tak druga... Cóż - jestem ciekaw jakie "skutki destruktywne" Autor miał na myśli. Pogarszający się wzrok? "Alienacja"? Toż te zjawiska są znane już od baardzo dawna. Aczkolwiek to tylko moje dywagacje ;). Wróćmy jednak to tekstu: Nie bardzo rozumiem ten fragment – co lub kto uczy podstawowych funkcji (jak rozumiem – komputera)? Chyba Autorowi wcięło kawałek tekstu… Odrobinę nie rozumiem co jest złego w "stopniowaniu" gier dla dzieci? Przecież o ile taki 6-7 letni dzieciak może układać jakieś wzorki, uczyć się literek i cyferek, tak już taki 9-10 raczej będzie potrzebował czegoś ciekawszego (i nie mam tu na myśli SoFa, w którego grałem mając jakieś 10 lat..). I co złego (bo taki jest, w sumie, wydźwięk tego fragmentu) jest w zmuszaniu młodego człowieka do planowania (nie tylko) w grach? Yyyy… nie? No, chyba że Autor ma jakieś badania potwierdzające ten fakt. Ponadto, przemoc w grach samych w sobie (tj. przez npc-ki, które, technicznie na to patrząc, stanowią wirtualne społeczeństwo) jest często piętnowana (Autor chyba nigdy nie walczył ze strażą w Oblivionie/Skyrimie/Gothic 2 albo policją w GTA czy Mafii – a przecież jest to „wewnątrz-growy” rodzaj piętnowania przez społeczeństwo, nie?). Powinienem się przy tym odwołać do filmów, w których też pojawia się przemoc - ale to by już było powtórzone n-ty raz :P. A jakby uciekali w świat książek to byłoby wszystko okej, tak? Bo powyższy fragment, po drobnych modyfikacjach, można przerobić, by piętnował literaturę (mam niejasne wrażenie, że już kiedyś o tym pisałem…). To do cyberświata przenosi się Rzesza? Chyba Autor nieumiejętnie postawił przecinki… To straszne! To niedopuszczalne! TO HEREZJA! Ciekawe czy Google Earth/Maps oraz wszelkiej maści programy i książki podróżnicze też tak działają? Wzmocnienia? W sensie enchanty? I co jest złego w wirtualnej możliwości zrobienia czegoś, czego nigdy nie dokona się w rzeczywistości? O ile, oczywiście, jakiemuś czubkowi nie pomyli się fikcja z prawdą – choć chętnie bym zobaczył jak ktoś wykuwa miecz jak w Skyrim lub WoWie :P. No, nie wiem… Raczej wolę żyć w prawdziwym świecie, niż w Commonwealth AD 2287… - no, chyba, że ktoś mieszka w Detroit to faktycznie - postapokaliptyczny świat Fallouta może wydawać mu się lepszą perspektywą :P. Ludzie czytający namiętnie książki lub oglądający filmy… czytający komiksy… chodzący do teatru... melomani… (wstaw cokolwiek) też raczej nie odczuwają znudzenia (choć, w sumie, może nie do końca dobrze zrozumiałem "co Autor miał na myśli"...). Ale przynajmniej dano graczom jakąś zaletę, więc nie mam co narzekać :). Za pierwsze zdanie w tym fragmencie chętnie bym Autorowi podał rękę. Serio. Z drugim jest już nieco gorzej - choćby użycie "słowa-wytrychu" czy "kojarzenie" - powiedzcie mi - czy naprawdę rozmaitym spychologom trudno zrozumieć, że ludzie nie są tacy sami? Że są jednostki, które mogą grać tygodniami w np. Postala i nigdy nie skrzywdzą nawet karpia na Wigilię, a są też tacy, którzy naoglądają się My Little Pony i pójdą mordować? Przy czym w tym drugim przypadku spycholog, oczywiście, "zapomni", że morderca miał depresję, gnębili go w domu/szkole/pracy oraz pracował w sklepie z bronią/chodził na strzelnicę/polowania... Tym razem naprawdę bym uścisnął rękę Autorowi. Wreszcie ktoś, kto dostrzega istnienie istot zwanych "rodzicami". Z kolei za te słowa dałbym mu kopa w d### - od kogo to Autor spisał (dodatkowe życia – serio?!)? A co do reszty tego fragmentu - owszem, gracze nie ratują świata "prawdziwego" - ratują nieistniejący świat, wirtualny. Tak jak James Bond, Superman, Goku i im podobni - też nie ratują prawdziwego świata... choć może niektórzy młodzi widzowie tak myślą? No to mamy dużo rzeczy do zakazania :). Eee… odczłowieczenie? Przecież ci „konkurenci” nie są ludźmi! To tylko zlepki wielokątów! Halo! Ej – dlaczego przemoc skierowana w złych ludzi (bandytów, morderców itp.) jest zła, a zabijanie mutantów, potworów i zombie – uzasadnione? Chyba czas założyć Ruch Zapewniający Emancypację Stworzeń Zupełnie Antropomorfizowanych* i przenieść go do cyberświata :D! To zdanie… nie wiem nawet jak je skomentować. Czym jest wspomniany „humorystyczny sposób” zabijania? Czy chodzi o coś w stylu „Toma i Jerry’ego”? Ale oni się tam nie zabijają… Może Mario skaczący po głowach Koopach? Hmm… nawet sensowne. Ale to oznacza, że jakieś 80% dorosłych graczy ma zahamowaną empatię! I to w 360 stopniach! Motyla noga - mamy pojechane ! Można też wcielić się w kierowcę rajdowego, rolnika, strażaka lub piłkarza. Ale o tym przecież nie warto pisać w artykule naukowym... A, przypisu odwołującego się do takich badań – brak, rzecz jasna . W sumie to te procentowe ilości brutalnych gier na rynku są jakieś dziwne, nie sądzicie? W każdym artykule pojawia się inna ich liczba i praktycznie nigdy nie ma informacji skąd te dane pochodzą... Mam na ten temat pewną myśl - może ci wszyscy spychologowie biorą tarczę do rzutek, zapisują procenty od 80 wzwyż i "wybierają"? Myślicie, że tak jest? Tu akurat Autor napisał coś, w sumie, mądrego – ot. opisał co się dzieje w popularnym (ciekawe tylko - jak bardzo?) gatunku gier. I tym pozytywnym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Zapraszam za tydzień na drugą część ;). *Swoje pomysły na nazwę zamieśćcie w komentarzach :).
  9. MajinYoda

    Smoczy pojedynek

    No, dla mnie też :). Dlatego fajnie, że Toriyama wrócił do tworzenia kolejnych serii - choć, póki co, Zetka jest niedoścignionym wzorem ;). Jeszcze Gigi i W królestwie kalendarza!
  10. MajinYoda

    To było Super!

    Dokładnie trzynaście dni temu zakończył się jedyny serial, który (premierowo) oglądałem – Dragon Ball Super. Ponad rok temu (!) pisałem Wam o moich wrażeniach, więc nadszedł czas napisać o moich przemyśleniach dotyczących ostatniej sagi i serii jako całości. Zanim zacznę to muszę Was ostrzec – będzie trochę spoilerów. Dodatkowo, wykorzystane w tekście grafiki pochodzą ze strony http://dragonball.wikia.com oraz jbzdy.pl :). Już na początku muszę przyznać, że „Universal Survival Saga” – najdłuższa w historii DB, bo licząca 54 odcinki – była jednocześnie najlepsza w całym Super. Ale po kolei. Postacie Gdy tylko zapowiedziano ten „arc” spodziewałem się, że zobaczę całe spektrum nowych postaci i nie zawiodłem się. Zacznę jednak od naszych bohaterów. Przede wszystkim zupełnie nie rozumiem jednego zabiegu, który w Super już się pojawił – przesadne wzmocnienie Master Roshi’ego. Wiem, że w pierwszym DB był bardzo silny, ale przy postaciach osiągających moc bogów? Serio, panie Toriyama? Tyle dobrze, że w czasie Turnieju „Genialny Żółw” bardziej polegał na sprycie niż walce wykorzystując m.in. Mafubę, czy pokonując „humorystycznie” (a raczej – ciut zboczenie, co jest normalne dla tej postaci ;)) jedną z przeciwniczek. Ale ogólnie, werbowanie go do turnieju nie miało najmniejszego sensu. Co innego Frieza, który miał swoje momenty w tej sadze, choć znowu - spodziewałem się, że będzie gorszy. Tymczasem poza kilkoma zagrywkami w jego stylu (pastwienie się nad przeciwnikiem zmuszając go do samoeliminacji czy naigrywanie się z Frosta) raczej stał na uboczu i przez większość czasu nie robił nic. O niektórych pozostałych postaciach i ich mocach napiszę później. Przechodząc do nowych bohaterów – całkowicie rozczarował mnie Jiren, czyli najsilniejszy wojownik na arenie. No serio, rozumiem, że Toriyama chciał pokazać „postać tak silną, że boją się jej bogowie zniszczenia”, ale chyba trochę przesadził. Szczególnie, że właściwie niewiele wiemy o samym Jirenie, poza tym, że ktoś zabił jego kogoś tam i on jest przez to zły i w sumie to chce być tylko silny. No bez jaj. Zupełnie inaczej ma się sprawa z dwiema pierwszymi kobietami rasy Saiyan pokazanymi w serii – czyli Cauliflą i Kale, które szybko stały się moimi ulubionymi postaciami w Super. O ile jednak Kale była właściwie jedynie kanonicznym Brolym (przynajmniej dowiedziałem się, że jarmuż (kale) i brokuły (broccoli) pochodzą z tej samej rodziny roślin, zawsze coś ;)), tak Cauliflę nazywałem „Vegetą w spódnicy” ze względu na jej zachowanie. Dodatkowo, to właśnie ona jako pierwsza stała się Super Saiyanką (kanonicznie), więc tu też dla niej plus. Fajnie też, że obie się scaliły przez Potarę, tworząc Keflę (która jednak nie była aż tak ciekawa, jak może się wydawać). Odnośnie reszty nowych postaci… nie bardzo mam co o nich napisać, bo większością się nie przejmowałem ani trochę. Ot, jacyś tam biegają, coś tam robią, ale w sumie to nie mają żadnego znaczenia. Nawet Ribrianne okazała się tak nudna, że nawet nie zawracałem sobie głowy tym, co robi. Warto tu jednak wspomnieć o bogach zniszczenia, którzy zostali pokazani w całej okazałości. Najlepiej (poza naszym Beerusem, rzecz jasna) wyglądała Helles (którą nazywałem Kleopatrą), Belmod (Joker ;)) oraz Iwne (ten śmieszny mały brodacz). Reszta byłą tylko zapychaczami. Fabuła Ogólnie, założenia tej sagi były dość proste – Zeno się nudzili i, za namową Goku, zorganizowali turniej, w którym nagrodą, poza Boskimi Smoczymi Kulami (czy jak je tam nazwać po polsku) było przetrwanie. Wydaje się super, szczególnie patrząc na dotychczasowe zachowanie obu „wszech-bogów”. Szkoda tylko, że zakończenie serii było strasznie przewidywalne. Ale to dobrze, choć lekko się zawiodłem. Głównie jednak zawiodło mnie coś innego – brak Vegito. Szkoda, liczyłem, że ostateczna walka rozegra się właśnie między fuzją Goku i Vegety a Jirenem. Tak się jednak nie stało. Oczywiście, jak to w Dragon Ballu, nie zabrakło dziur fabularnych. Ale nie wiem czy jest sens się w nie zagłębiać – w końcu za to też kochamy ten serial, prawda? „Ga ga ga ga gachida ze…” Na koniec zostawiłem sobie nowe umiejętności i moce pokazane w serii. Zacznę ponownie od zawodu – czemu Gohan jest taki słaby? Rozumiem, że jego Unlocked Potential jest już trochę słaby, ale żeby obrywał praktycznie od każdego? No bez żartów. Inną kwestią jest dziwaczne skalowanie mocy postaci. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko na potrzeby serialu, ale czy serio mam uwierzyć, że dwóch Nameczan jest dość silnych, by walczyć na równi z Gohanem i Piccolo? Wiem, że byli połączeni z innymi ze swoich ras, ale obaj „nasi” powinni ich byli pokonać bez najmniejszego problemu. A tu nic z tego. Zawiódł mnie także Vegeta, czyli moja ulubiona postać. Poza tym, że nie doszło do fuzji między nim a Kakarotto to jeszcze był jakiś taki… słaby. Jedyna dobra walka, jaką stoczył, była z Toppo, gdzie całkowicie niepotrzebnie zużył całą swoją energię tylko po to, by dwa odcinki później dać się wyeliminować Jirenowi. Głupotą byłoby nie wspomnieć o Ultra Instinct, który Goku „odpalił” w sobie. Fajnie, że nie twórcy nie zrobili z niego przekokszonej postaci (jak ma to miejsce z Supermanem) ograniczając tę zdolność do niezbędnego poziomu. Podobały mi się też zabiegi pokazujące jak Goku UI mija ciosy, pociski i jak atakuje. A „Ultimate Battle” w wykonaniu Akiry Kushidy za każdym razem mówił mi „zaraz się zacznie!”. Pozostaje jeszcze kwestia wspomnianych wcześniej Saiyanek. Ponownie, Toriyama każe nam wierzyć, że obie po zaledwie dwudniowym treningu są w stanie walczyć na równym poziomie z innymi postaciami. Choć Berserker Kale byłą całkiem spoko – szczególnie, gdy wszystko niszczyła. I nie była zbyt potężna, czego można by się było spodziewać, pamiętając co potrafił zrobić Broly. Podsumowanie Jak wspomniałem na początku, USS przyciągała mnie do ekranu przez wszystkie odcinki tak mocno, że nie odczuwałem znużenia. Gdybym miał wystawić ocenę tylko tej sadze to dałbym jej 5/6. Jeśli chodzi o cały Dragon Ball Super to muszę mu, jako całości, wystawić ocenę niższą, mianowicie 4/6. Mam jednak nadzieję, że zarówno najbliższy film kinowy, jak i kolejna seria (zapowiedziana na bodaj 2019 rok) będą co najmniej równie dobre (a pod względem animacji – oby lepsze). Do zobaczenia za tydzień!
  11. MajinYoda

    Smoczy pojedynek

    Pisałem - na starym Kąciku Yody ;). To jest reupload - jak większość wpisów na Nowym Kąciku Yody ;). Zwyczajnie szkoda mi tamtych moich tekstów, więc powoli je wrzucam na swoje miejsca. Ale to trwa, niestety... Edit - sam już zapominam o czym pisałem "tam" a o czym "tu" :P. Ten wpis był zamieszczony na siostrzanym blogu na bloggerze, a na oryginalnym był tylko link. O samym Dragon Ballu dużo pisałem na tym blogu - m.in. moje spojrzenie na Dragon Ball Super.
  12. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    A ja dołączyłem do akcji ;). W zasadzie to przez dwa lata prenumerowania pisma tylko raz zdarzyła się obsuwa - podejrzewam, że Poczta zwyczajnie zgubiła moją przesyłkę.
  13. MajinYoda

    Zakochani gangsterzy

    Ja, jeszcze w gimnazjum, też bez przerwy oglądałem filmy gangsterskie :). Teraz nadal lubię do nich wrócić, ale już nie tak często :).
  14. MajinYoda

    Zakochani gangsterzy

    Swego czasu uwielbiałem kino gangsterskie. Kasyno, Scarface, Ojciec chrzestny… Aż trafiłem na film Bonnie i Clyde z 1967 roku, w reżyserii Arthura Penna. Opowiada on historię autentycznej pary przestępców – Bonnie Parker (grana w filmie przez piękną Faye Dunaway) i Clyde’a Barrowa (Warren Beatty), których gang działał w latach 30. XX wieku w USA. Pod względem sprawności reżyserskiej utwór pozostawia wrażenie na widzach. Jednak kunszt operatorski niekiedy zawodził, co uwidoczniło się już w pierwszej scenie, w której łatwo można było dostrzec niepotrzebne cięcie. Takich nieudanych montażowo scen jest w filmie zdecydowanie za dużo i w mojej ocenie psuje to efekt końcowy i obniża poziom artystyczny i warsztatowy dzieła. Na początku film przypomina raczej komedię sensacyjną z elementami romansu niż dramat gangsterski. Widać, że dzieło powstało u schyłku pierwotnej popularności tego gatunku. Przekonanie, że mamy do czynienia z komedią towarzyszy nam od pierwszej sceny. Streszczając ją, trzeba przywołać słowa znanej piosenki, że młody mężczyzna z przeszłością spotyka piękną nieznajomą. Zakochują się w sobie. Rozumiem, że taka była historia autentycznych Bonnie i Clyde’a, ale w filmie gangsterskim motyw sentymentalny zupełnie nie pasuje. Co gorsza, bohaterowie przez dłuższy czas działają w konwencji komediowej. Mają pogodne twarze, dialogi między nimi są żartobliwe, a czyny raczej śmieszą widza, niż wywołują rozterki prawno-moralne. Dodatkowo film – jak na gatunek gangsterski - jest zbyt długi. Przykładowo - scena, w której Clyde Barrow napada na pusty bank, trwa kilka nieznośnie długich minut. Do tego wywołuje raczej śmiech, niż trwogę. Film nabiera rumieńców wraz z pierwszym zabójstwem. Dopiero wówczas można go uznać za prawdziwy dramat gangsterski. Źródło: http://lecinemadreams.blogspot.com Szkoda tylko, że do filmu dodano kilka całkowicie zbędnych scen. Na przykład ta, w której jakiś chłopak przynosi prowiant. I nic z tego nie wynika, brakuje związku z akcją. Może się wydawać, że autorom zabrakło pomysłu na zdynamizowanie filmu. Z całego dzieła można spokojnie wyciąć kilkanaście minut taśmy filmowej i nikt nie zauważyłby różnicy. Ba, taki zabieg spowodowałby zwiększenie atrakcyjności utworu. Film budzi również mieszane uczucia pod względem wartości etyczno-moralnych. Reżyser, scenarzysta, operator kamery, scenograf czy kostiumolog, a także sami aktorzy zadbali o powstanie więzi emocjonalnej między widzami a bohaterami obrazu. Więź ta jednak ma dwuznaczną wartość. Bonnie i Clyde, mimo prób pozyskania sympatii, nie wywołują u odbiorców pozytywnych uczuć. W tym miejscu pokuszę się o analogię z bohaterami innych filmów o tematyce gangsterskiej wyprodukowanych w amerykańskich wytwórniach filmowych. Warto tu przywołać co najmniej dwa przykłady: Ojciec chrzestny (1972) Francisa Forda Coppoli oraz Człowiek z blizną (1983) Briana De Palmy. Rodzinę Corleone, w tym niektórych jej członków, czy Tony’ego Montanę można było polubić, zaś Bonnie i Clyde są, jak trafnie określa ich jedna z postaci - „parą dzieciaków”. Po scenie bezsensownego zabójstwa bankiera chciałoby się rzec - para bardzo niebezpiecznych dzieciaków. Muszę przyznać, że z lekką ulgą ogląda się końcową scenę, w której oboje giną od policyjnych kul. Mógłbym nawet uznać tę scenę za najlepszą w całym filmie. Jeśli chodzi o inne postacie to przede wszystkim należy wymienić Gene Hackmana, który wcielił się w Bucka Burrowa – brata Clyde’a. Była to chyba jego pierwsza poważna rola i wypadł świetnie.. Jedynie dowcip opowiedziany przez niego był tak denny, że kawał Quentina Tarantino z Desperado wydał mi się przy tym arcyśmieszny. Duży ciężar spoczywał też na Michaelu J. Pollardzie, którego kreacja C. W. Mossa również zapada w pamięć. Odnośnie innych postaci to cóż – mogę powiedzieć z całą pewnością, że byli. Źródło:m www.flickr.com Największym atutem dzieła jest doskonale oddany klimat lat 30. Dobrze dobrane stroje i scenografia oraz nastrojowa muzyka sprawiają, że film dobrze się ogląda, mimo jego wad. Również gra aktorów stanowi filmowe mistrzostwo. Za ostatnią scenę, która jest bardzo autentycznie zrobiona, należą się twórcom brawa. Czas na podsumowanie. Pomysł na film był świetny – historia znanej pary gangsterów, oparta na opowieściach członków ich gangu. Szkoda tylko, że denerwujące niedoróbki i ogólna nuda fabularna doprowadziły do powstania utworu, który nie przetrwał próby czasu. Bowiem o ile w 1967 roku film dostał dwie statuetki Oscara i szereg nominacji, nie wspominając już o innych nagrodach, teraz nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Moja ocena końcowa to 3,5/6.
  15. MajinYoda

    Witajcie (aktualizacja)

    Witam na moim blogu. Będę głównie zamieszczał swoje felietony, recenzje i opowiadania. Najczęściej będę pisał o grach i sprawach okołogrowych, ale pojawią się także filmy, seriale i książki. Nowe wpisy będą pojawiać się regularnie, w każdą sobotę. Cóż więcej mogę napisać - zapraszam do lektury, obserwowania i komentowania! Privy także mile widziane :).
  16. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    A co - jakiś gorszy jestem? Wykupywałem prenumeratę, bo mi się opłącało (jeśli dobrze pamiętam wychodziło mi, że jeden numer mam za free). Zmiana ceny mnie zaskoczyła i pewnie bym ją przełknął, gdyby nie fakt, że na początku była mowa o "rekompensatach dla prenumeratorów". Odnośnie Bauera - wyszli z tego z twarzą i nie mamy co narzekać.
  17. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Heh, sorry, źle zrozumiałem ;). "Dzień dobry, w związku z obniżką ceny sklepowej magazynu "CD-Action" z 16,99 złotych na 9,99 złotych oraz obietnicą rekompensat dla prenumeratorów (wspomnianą w mailu przesłanym przez Państwa w dniu 28.08.2018 r.) chciałbym zapytać, czy mógłbym uzyskać informację w tej kwestii. Nadmienię, że mam wykupioną prenumeratę od numeru 3/18 do 2/19. Serdecznie pozdrawiam"
  18. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    prenumerata@bauer.pl
  19. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Od 3/18 do 2/19 - czyli zostały mi jeszcze dwa numery z tej prenumeraty. Policzyli mi za numery 10, 11 i 12 - dlatego czekam z decyzją, by zobaczyć czy numer 1 i/lub 2 też nie będą tańsze.
  20. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Piszcie do Bauera - mi zaproponowali albo zwrot za nadpłacone numery (w tym momencie wychodzi mi jakieś 20 złotych) albo odjęcie tej kwoty od kosztu następnej prenumeraty. Chyba wybiorę to drugie :).
  21. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Odpowiem za siebie - doskonale zdaję sobie sprawę, że redakcja nie ma nic do tego, że "starzy" prenumeratorzy wciąż nie dostali rekompensat - i myślę, że nikt tutaj nie uważa inaczej. Niestety, deklaracja, że "coś będzie" pojawiła się na cdaction.pl i od tamtej pory cisza - ze strony wydawcy, naturalnie. Nie dziw się więc, że niektórzy czują się skrzywdzeni i wypisują swoje (słuszne) żale tu, na Forum Actionum, w dziale poświęconym nam - prenumeratorom. Ja czekam na mailową odpowiedź od Bauera - jeśli nie odezwą się do poniedziałku to do nich zadzwonię. I każdemu, kto chce rekompensaty radzę zrobić to samo.
  22. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Nowy numer dostałem dzisiaj.
  23. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Posłuchałem Twojej rady i właśnie do nich napisałem ;).
  24. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    @Scouser - odpowiem zbiorczo - dzwoniłem, bo przez 2 tygodnie nie przyszedł mi poprzedni numer i, oczywiście, zapomniałem zapytać o rekompensaty ;). Póki co cały czas czekamy na info od @spikain. Najwyżej, jak będę miał któregoś dnia chwilę czasu, do zadzwonię do nich i zapytam.
  25. MajinYoda

    Kącik prenumeratora

    Dwa tygodnie temu do nich dzwoniłem i odebrali bez problemu. Może zależy od szczęścia ;). Dzwoniłem na ten numer - 67 354 16 05 (https://bauer.pl/kontakt/ - prenumerata).
×