Nigdy bym nie pomyślał, że mój pierwszy post znajdzie się w takim temacie, ale niech już będzie. Po prostu gdy tylko zobaczyłem jego nazwę, odpowiedź sama rzuciła się na usta. Watkins. Prosta platformówka z grafiką z przed epoki, w której pokraczny pingwin przepełniony rządzą zemsty kładzie niczym rosły kombajn wątłe łany zboża kolejne zastępy stworzeń północy na swej drodze do ostatecznego odkupienia- Lodowej Wieży. Tyle w temacie patosu, którego ogólnie w grze było brak. Zielony ( a jakże!) pingwin prując z procy kasował stające mu na drodze łosie w słonecznych okularach, foki, niesamowicie upierdliwe mewy oraz całe grono innych przedstawicieli arktycznego biotopu. Od czasu do czasu zapodał w niemilca wszechpotężną Molekułą (przynajmniej ja tak to nazywałem...) która obalała "na raz" nawet najtęższego zakapiora. Podczas wspólnych zmagań niejednokrotnie przyszło nam zmoczyć kulasy, jako że drogi często było trzeba szukać pod powierzchnią lodowatej wody. Oczywiście aby oczy nie czuły się osamotnione w katuszach zadawanych przez archaiczną grafikę, uszy również dostawały za swoje od niesamowicie upierdliwej, zapętlonej muzyczki nadającej gdzieś w tle całej "zabawy". Nigdy nie zapomnę, ile to "przecinków" zmuszony byłem ponastawiać w każdym z monologów wytoczonych podczas gry w tego potworka. Tak, mówiłem do siebie. Bo zmagałem się okrutnie I wiecie co? Ukończyłem to monstrum. Po prostu potrzebowałem tego zwycięstwa, tego poczucia sukcesu, sprostania wyzwaniu, jakie rzucił mi ten skubany pingwin. Nie staliśmy się jednością, jego zemsta nie była moją zemstą (o co poszło? Nie pamiętam, pewnie jak zwykle o dzierlatkę, puch marny wszystkiemu zawsze winien! )- to była sprawa pomiędzy mną a nim.
Po latach próbowałem ponownie znaleźć to cudo- bezskutecznie. Chodź może to i dobrze...
Najgorsza gra
w Ogólnie o Grach (PC i Konsole)
Napisano · Raportuj odpowiedź
Nigdy bym nie pomyślał, że mój pierwszy post znajdzie się w takim temacie, ale niech już będzie. Po prostu gdy tylko zobaczyłem jego nazwę, odpowiedź sama rzuciła się na usta. Watkins. Prosta platformówka z grafiką z przed epoki, w której pokraczny pingwin przepełniony rządzą zemsty kładzie niczym rosły kombajn wątłe łany zboża kolejne zastępy stworzeń północy na swej drodze do ostatecznego odkupienia- Lodowej Wieży. Tyle w temacie patosu, którego ogólnie w grze było brak. Zielony ( a jakże!) pingwin prując z procy kasował stające mu na drodze łosie w słonecznych okularach, foki, niesamowicie upierdliwe mewy oraz całe grono innych przedstawicieli arktycznego biotopu. Od czasu do czasu zapodał w niemilca wszechpotężną Molekułą (przynajmniej ja tak to nazywałem...) która obalała "na raz" nawet najtęższego zakapiora. Podczas wspólnych zmagań niejednokrotnie przyszło nam zmoczyć kulasy, jako że drogi często było trzeba szukać pod powierzchnią lodowatej wody. Oczywiście aby oczy nie czuły się osamotnione w katuszach zadawanych przez archaiczną grafikę, uszy również dostawały za swoje od niesamowicie upierdliwej, zapętlonej muzyczki nadającej gdzieś w tle całej "zabawy". Nigdy nie zapomnę, ile to "przecinków" zmuszony byłem ponastawiać w każdym z monologów wytoczonych podczas gry w tego potworka. Tak, mówiłem do siebie. Bo zmagałem się okrutnie
I wiecie co? Ukończyłem to monstrum. Po prostu potrzebowałem tego zwycięstwa, tego poczucia sukcesu, sprostania wyzwaniu, jakie rzucił mi ten skubany pingwin. Nie staliśmy się jednością, jego zemsta nie była moją zemstą (o co poszło? Nie pamiętam, pewnie jak zwykle o dzierlatkę, puch marny wszystkiemu zawsze winien!
)- to była sprawa pomiędzy mną a nim.
Po latach próbowałem ponownie znaleźć to cudo- bezskutecznie. Chodź może to i dobrze...