-
Zawartość
556 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Typ zawartości
Profile
Fora
Kalendarz
Blogi
Wszystko napisane przez Hellspawn
-
Czyli snujemy wniosek, że nowa seria pójdzie w ślady poprzedniej? No co wy Panowie.... Tej serii raczej nie "grozi" wydoroślenie. Poprostu nie wpisuje się w tą koncepcję (tak przynajmniej mi się zdaje). Jednocześnie trudno mi cokolwiek powiedzieć czy wysnuć na temat kolejnej odsłony ( a przyznam, że mroczny motyw ostrych klimatów pojawił się między innymi w mojej głowie po premierze Sands of Time- i patrz ). Chyba jest...mniej przewidywalna, lub już sama pierwsza część bardzo mnie zaskoczyła (pozytwynie ofkors)
-
Żaden z CoD'ów nie zdołał przytrzymać mnie przy multi, choć główny tego powód spoczywa raczej w mojej naturze gracza- jestem czystym singlowcem (dlatego też między innymi MMO musi naprawdę trafić w mój gust by mnie przytrzymać na dłużej). Nie powiem- MW było najbliżej sukcesu, chyba głównie za sprawą znakomitego klimatu jak i oprawy graficznej. Ona sama sprawiła również....że dałem sobie z multi spokój. Dlaczego? Często trafiałem na mapy toczące się w otoczeniu bliskowschodnich miasteczek- i strasznie trudno było mi tam taliba wypatrzeć. Oczywiście- mógłbym spróbować się przemuc, ale słabe umiejętności, wszechobecni, wspomiani wyżej Pr0 no i chyba ta ogólnie pojęta niechęć do multi sprawiły, że dałem sobie spokój. Często też sam mam wrażenie, że przez to nie "smakuję" tytułu w pełni- np. takiego F.E.A.R.'a przeszedłem w singlu trzykrotnie, nawet nie zaglądając do multi. Podobnie jest i z tą serią. W pierwszej części zajrzałem do tego trybu jako że było to przecież coś świeżego, pogromca MoH'a itd. (nawet jeśli to za duże określenie, a myślę, że nie, to napewno był wtedy naprawdę godnym konkurentem) United Offensive z racji genialnej kampanii single player wogóle sprawiło, że nawet o śmiganiu po sieci nie pomyślałem, natomiast do "dwójki" usiadłem się nieszczęśnie już po obeznaniu z częścią czwartą- i przez to zmagania w Afryce zdawały mi się...strasznie dziecinne. Tak, wojna nie wyglądała już tak poważnie jak u boku twardzieli z SAS'u czy "hamerykanskich" Marines, więc zaliczyłem tą część jakby dla świętego spokoju. Tragicznie nie było- ale przebojowo również. To samo zresztą mógłbym powiedzieć o piątce- to, co najpierw sprawdziłem sam, przeczytałem później przy okazji recenzji w CDA (i kto wie, czy gdybym nie przeczytał jej najpierw, ta część wogóle znalazła się na mojej półce)- jako drugowojenny FPS to dobra gra, momentami wręcz genialna (pierwsza wizyta w Rosji, poezja!) lecz jako nowa odsłona osławionej już serii- nie za bardzo.... Dlatego też i tu multiplayera nie spróbowałem- choć pojazdy kuszą....
-
Do Morka zrobiłem sporo modów- CS przedłużył żywotność tego tytułu o jakieś 1.5 roku i chwała mu za to! Tworzyłem w dużej mierze miejsca, które można by było nazwać prywatną ostoją bohatera- zazwyczaj na wyspie, z małym jeziorkiem i przytulną chatką. Czasami podziemne, z wejściem gdzieś na Pastwiskach. Oblivion nie przytrzymał mnie na tyle długo (lub inaczej: nie zdążyłem znudzić się jego światem) bym zaczął coś w nim grzebać.
-
Tak straszyli tym uproszczeniem nowego PoPa, ale muszę powiedzieć, że wcale nie jest tragicznie. Trochę się załamałem, gdy biegnąc po ścianie puściłem gałkę a Książę mimo to biegł (to nawet jej nie trzeba pchać..?), ale po prostu przestałem się tym kłopotać i dalej trzymam analog do przodu podczas akrobacji, jak gdyby to było koniecznie. Gra nie jest frustrująca, nie trzeba kłopotać się z kamerą i kursorami, by Prince wyskoczył we właściwym kierunku a nie w bliżej nieokreśloną przestrzeń a i dzięki temu sam gameplay nabrał tępa (jeśli sami oczywiście tego nie wymusimy, między akrobacjami nie ma żadnych przerw, są niesamowicie płynne i szybkie). Myślę, że fani PoPrzedniej trylogii śmiało odnajdą się w nowej części nie biadoląc wielce nad zmianami.
-
Jak niektórzy sam również nie patrzę, kto co napisał, chyba że: -grę mam zamiar kupić (wtedy nie ważne, czy po niej jadą czy nie) -gdy grę lub serię gnoją, a ją kocham -gdy recenzja mnie rozbawi (patrzę, kto to tak kunsztownie sklecił) -to kaszanka (zawszę zerkam, kto się przy tym męczył, co bym mógł mu szczerze współczuć) Ogólnie często mam wrażenie, jakby wszystkie recenzje pisała jedna osoba- są bardzo spójne klimatycznie i stylowo (zaliczyłbym to na plus, widać, że redakcja jest...zgrana?). Wyjątki to oczywiście Mac Abra i EGM. Pana Generała baaardzo łatwo rozpoznać (i chyba nie trzeba się wielce rozwodzić, dlaczego) natomiast Mac Abrę poznaję po często dość racjonalnym podejściu do tematu, skrupulatności w dostrzeganiu pojedynczych elementów (i ich ganienia bądź chwalenia- spotykane najczęściej w grach wojennych wszelkiej maści) oraz ogólnie bardzo dojrzały styl wypowiedzi (może troszkę dla tego, że wyobrażam go sobie trochę jako Ojca Młodzieży....W pozytywnym znaczeniu tego słowa- o ile to możliwe.) Jeśli musiałby kogoś wyróżnić to na pewno byłby to: 1. Greg (taka jakaś świeżość bije od chłopaka) 2. Quń 3.Allor 4. Czarny Iwan Kolejność dowolna. Jakoś do dwóch ostatnich panów mam sentyment, jako pierwszych ich zapamiętałem, jeszcze za czasów, kiedy CDA oglądałem u kumpla.
-
No tak, ale nie sposób zaprzeczyć, że NPC często były chodzącymi encyklopediami- zasypywali nas takimi informacjami, jakie w życiu nie padłyby z ust poczciwego mieszkańca Balmory W końcu oszczędniej jest coś napisać, niż to nagrać right? Dlatego też pod tym względem bardziej ceniłem Gothica i dlatego też bardzo ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że w Obku dialogi będą mówione. Nie powiem, jest coś kultowego w tych czytanych, mają swój urok, ale już wymieniony wyżej Gothic pokazuje, że nagrywane dialogi też potrafią być niesamowicie klimatyczne. Choć gdyby rozwodzić się nad tym dalej- nie wyobrażam sobie polskich lektorów w Elder Scrolls. Gothic to Gothic, nie ma chyba co mieszać. Ale za to Mirosław Utta byłby świetny! Dobra, żartuję.
-
Patrz, Ebonheart! O tym kopniętym kocie to wiem, po Cyrodill też łazi. To bardziej taki easter egg niż postać, chyba, że naprawdę potraktujemy go jako świra. Ale uwierz mi, stęskniony za rumakami heros we wspomnianej miejscowości też jest ( i bynajmniej nie tłumaczy braku ich obecności). Zresztą, ten kociak to swoista wypowiedź twórców nad niektórymi elementami, które w grze się nie znalazły ( jak np. tryb multi- w jego wypowiedzi na ten temat kryje się pewna trafna uwaga, nie powiem) Damn, to moja osobista porażka, zapomnieć nazwy jeden z miejscowości!
-
A w Morku za to jest kolo (chyba w Ebontown), cesarski, który opowiada nam o koniach w Cyrodill (których za to tu, na Vvardenfell, nie może spotkać). Dzisiaj to nic, ale wtedy jak się tak słuchało... P.S http://www.downthewall.com/wp-content/uplo...y_snowskadi.jpg Słodkie ;D
-
Happy Brithday, moja ulubiona Pełno save'ów na necie, wklep "Mafia The City of Lost Heaven 100% save download" i na stówę coś znajdzie. Potem już tylko będziesz śmigał dalej od momentu, który cię interesuje (bo chyba można i tak right?)
-
No tak, ale każdy z nich mógł zgarnąć kulkę i kopnąć w kalendarz- to nie była armia duchów (na co właśnie wskazywałaby mapa, gdzie ikonki postaci, jak zauważyłeś, "płyną" poza obszar)- najnormalniejsi NPC, tylko w ilości masowej. Poezja Zawsze myślałem, że drą się "Jame, jame!!!", ale widać wszystko zależy już od osobistej interpretacji Oczywiście po wymienionym okrzyku paść musiało jeszcze przecudne "Iniakala! Kispaki!" (to muszą być jakieś hasła bojowe ) Nie zapomnę też nigdy tego pełnego trwogi zapytania w łamanej przez japońców angielszczyźnie: "What you want?" Kultowe teksty z dwójki? Pierwsza misja z brzegu, cel: Giuliani i jego wesoła kompania klonów-ochroniarzy z ich przesłodkimi wstawkami: "Aide buttana! Komefero? Strocio di merda!" (to musi przecież coś znaczyć nie?)
-
Tja, Bloodmoon dodawał fajny bajer- likantropię- ale patrząc na niego poprzez pryzmat zapowiedzi, wyszedł suchawo (i tylko tak, jeśli dać sobie spokój z tym, co zapowiadali twórcy, jest git). O co chodzi? Otóż obiecane nam było, że po Solstheim rozrzucone mają być wioski i każda z nich będzie mogła otrzymać od nas pomoc w obronie (lub odwortnie- stać się celem) przed atakiem wilkołaków. Z tą myślą pierwszy raz wybrałem się na tą wysepkę wpław- trafiłem w świetnym momencie- trwała śnieżyca a ja tułałem się po lesie naparzając się z niedźwiedziami i innymi cudami północy. Klimat pierwsza klasa, nic nie widzę, podziwiam nowy exterior. Ale po jakimś czasie zaczęło mnie to nużyć, gdy brnąc coraz bardziej na północ w końcu zawitałem na skraj lodowca (lokacja świetna, nie powiem!) a żadnej wioski jeszcze po drodze nie spotkałem..."Co jest?', myślę i zasuwam na drugi kraniec wyspy. Ostatecznie dotarłem do fortu cesarstwa, ale już lekko zawiedziony. Wyspa jest, pod względem nordyckich osad, nieco pustawa, podobnie jak lasy. Co prawda ówcześnie nie dało się jeszcze odwalić takiego buszu jak w Oblivionie, ale już coś na miarę świetnego Gorzkiego Wybrzeża dałoby radę zrobić (wiem, wiem, tam inny typ drzew rośnie...). Jednak nie ma co Bloodmoonowi wielce ujmować- rozbudowa Kruczej Skały, polowanie na niedźwiedzia czy powoli wypełniająca się tytułowa przepowiednia tak czy siak tworzą niesamowicie klimatyczny twór
-
Tak, jest całkiem, całkiem podobny. Mafia to jeden z najbardziej klimatycznych tytułów, w jakie grałem, a dla mnie to już ogromny plus- trudno o coś takiego, jak klimat. Gra może być dobra, ale to jednocześnie nie oznacza, że ma duszę. Sami chyba wiecie, że trudno jest zdefiniować to pojęcie- miodności, klimatu. Wszystkie elementy (naprawdę wszystkie!) muszą ze sobą współgrać, aby coś takiego zaistniało. To sprawia, że świat, w którym przychodzi nam się zmagać, jest wiarygodny (w każdym przypadku oczywiście na swój sposób) a tytuł zyskuje to "coś". Mafia jak najbardziej to ma. Może przesadzę, ale według mnie, w kategorii "żyjące miasto" Mafia może śmiało konkurować z najnowszym GTA. Nawet uwzględniając to, że ludzie po ulicach po prostu chodzą. Ale sposób, w jaki to współgra z otoczeniem, z gwarem ulicy, przejeżdżającymi tramwajami, klimatyczną muzyką, wyjętą jakby prosto z tamtych czasów- wszystko to daje niesamowicie dynamiczny obraz Lost Heaven. I za to między innymi tą grę kocham- nie sposób nie polubić tej gangsterskiej Mekki. Do tego dołącza się oczywiście znakomita fabuła, muzyka, bronie, pojazdy ( w szczególności te z Freeride Extreme, hehe)...W sumie musiałbym wymienić wszystkie elementy....Bo to wielka gra jest. I basta!
-
O w mordę! Gdzie dorwałeś te książki? Pamiętam pierwszą zapowiedź, jaką przeczytałem o nadejściu tej serii i odtąd szukałem ich gdzie się dało (w pierwszej części na okładce był jakby szyb wentylacyjny z kratką, przez którą przebijał się zielony snop światła), ale jak widać, z marnym skutkiem. Pisz bracie!
-
Ahh..Misja Basement Killing. Kocham! Wsłuchaliście się w muzykę na tym poziomie! Genialna! Z jedynki? Ubóstwiałem zadanie w hotelu (gdzie zgarnąć mamy tego doktorka pracującego nad bodajże bronią biologiczną- szybko, łatwo i przyjemnie możemy zakończyć jego żywot przy pomocy sauny). Ta, w której spotkać się mieli liderzy gangów ( z motywem zostawienia medalionu jednej ze stron na stole) też była niezła. Z Blood Money będzie już trudniej. Misja na typowym amerykańskim przedmieściu (zdjęcie świadka koronnego), a może centrum odwykowe dla bogaczy? Ale przecież jest jeszcze ta z postronną ochroną polityka (jak udało im się zrobić tłum w taki sposób, że fps'y nawet nie myślą o spadku?....). To chyba najlepiej świadczy o tej części- multum genialnych misji ( w zasadzie...to nie potrafię wybrać takiej, której nie lubię.)
-
Aeonowie 4 life! Dlaczego? Uwielbiam zielony a poza tym mają (jak dla mnie) najfajniejsze jednostki eksperymentalne. Chodź w pokoju mam plakat Cybrian (często też nie mogę się zdecydować, którą rasę tak naprawdę lubię- "Czerwoni" wymiatają ze swoimi kroczącymi statkami) to jednak myślę, że wolę kroczyć Drogą w walce z innowiercami. Aw, yes....
-
SI pobił na głowę dodatki do Morka, zjadając przy okazji wątek główny już z samego Obliviona (chodź to akurat już trudne nie było). Najkrócej? Tak się powinno robić dodatki- niesamowicie klimatyczne lokacje (ten świat jest naprawdę...chory), ciekawe misje poboczne (chodź te dla Gildii Złodziei czy Mrocznego Bractwa w podstawce też wymiatają) i mnóstwo zapadających w pamięci momentów. This is Sparta! Co mi się natomiast w nim nie podobało? Końcówka- żeby nie zdradzać za dużo- ja wcale nie chciałem, to mi psuje image postaci
-
Ci powiem, że co do TES'a V mocno obstawiałem zestawie Elsweyr i Khasyyk- możliwość pobicia kolejnego rekordu w wielkości terenu do przemierzania (tym razem aż dwa państwa) i za to jaka różnorodność- na zachodzie bezkresne pustynie i lekko arabskie klimaty kotopodobnych, na wschodzie zaś gęste i mroczne lasy deszczowe królestwa jaszczuroludzi. Co prawda żadna z tych dwóch ras nie jest zbyt gościnna dla obcokrajowców ale o zróżnicowanie nie moglibyśmy narzekać. Co do obaw na temat MMO- również powstaje, ale jako osobny produkt. Bethesda zarezerwowała swego czasu adres elderscrollsonline.com, czy coś w tym stylu. P.S Tak swoją drogą- nie wiem kto wymyślił, żeby dać w Oblivionie sposobność Argorianom i Khajiitom do noszenia butów, ale powinien za to zostać wykastrowany. Przy pomocy kaktusa. Cały klimat tych ras poszedł się je....
-
Zainspirowany filmem o symulatorze Chucka Norrisa przekopałem youtube w poszukiwaniu innych kaszanek. Czy w CDA recenzowana była gra Big Rigs? Nie bardzo sobie ją przypominam, a raczej myślę, że takiego crapa bym zapamiętał: http://www.youtube.com/watch?v=lAr6bF3oSqw...B49&index=3 Komentarze wypowiadane przez Ivonę równają się niekiedy z poziomem samej gry, ale ogólnie ta "recenzja" dość dobrze przedstawia istotę samej rozgrywki. Jak można zrobić taki szmelc i jeszcze kazać ludziom za to płacić? Szczerze współczuję recenzentom CDA, że muszą ślęczeć nad takimi badziewiami (to musi być ta mroczna strona tej pracy, niewątpliwie...). W sumie, można się było tego domyślić- bo wszystko co piękne (przezabawny tekst Kaszanki) zrodzone jest w bólu (przymus grania w tego potworka)
-
Zgodzę się z tą nudą, bo faktycznie- motyw przybywania nowych przeciwników wraz z wzrostem poziomu był i jest głupawy (pamiętam, jak pierwszy raz zaczepił mnie troll, a było to spory kawałek czasu po rozpoczęciu rozgrywki. To niby gdzie był wcześniej, zimował?). Ale to, że szczur na każdym poziomie stanowi takie samo wyzwanie, już nie do końca jest prawdą. O ile sprawdza się to np. w starciu z minotaurem to słabsze stworzenia (jak np. wspomniany szczur czy kraby) z początku są, o ile nie grzebaliśmy w poziomie trudności, średnio wymagające, później zaś to jedynie jednostrzałowe przeszkadzajki. Przecież zwyczajny gryzoń nie może stanowić dla nas takiego zagrożenia jak atronach (wynika to z jego maksymalnej ilości HP czy punktów uderzenia, jakie może osiągnąć- to oczywiste, że taki szczurek będzie miał ich mniej od daedry). Choć jeden element level-scallingu nie do końca mi się podoba- gracz nie rośnie w siłę proporcjonalnie do wzrastającego poziomu trudności- w zasadzie im wyższy level, tym większa nasza przewaga (plus pojawiający się lepszy sprzęt). Ogólnie nie rozumiem tego wrzasku wzniesionego nad tym systemem. Nie powiem, jest coś old-schoolowo-magicznego w fakcie, że "kurdę, tędy jeszcze nie przejdę, za duże tu dla mnie koksy, wrócę później", ale od tego mam Morka...
-
Nie, niech nie wychodzi. Sam już wystarczająco stracił w oczach fanów po DA. Nie zasługuje na tą hańbę Ostatecznie można by zresetować serię (coś jak w przypadku PoPa), zostawiając jednak te same postaci. Lub wydać prolog (w końcu Fisher miał mnóstwo innych misji przed NSA). Próba wybrnięcia z zakończenia DA może się okazać tragiczna w skutkach...
-
Eh, po co, fani i tak zrobią coś takiego krótko po premierze Co do tego układania przedmiotów- Oblivion wymiata. Już nie muszę, (jak w Morrowindzie) wskoczyć na stół i wyrzucić z niego kirys, żeby ten znajdował się na nim. Wykorzystanie fizyki w interakcji z przedmiotami znajdującymi się w otoczeniu to chyba jeden z najprzyjemniejszych aspektów rozgrywki. Na Obliviona nie ma co tyle biadolić- ja ciągle czuję w nim ducha TES, może nie aż tak silnego jak w Morrowindzie, ale to już chyba nie jego wina. Stary poprostu już jestem, jakby nowa odsłona Elder Scrolls świetna nie była, nie oczaruje mnie tak jak przy pierwszym kontakcie, kiedy to się jeszcze laikiem było. Co zrobić, co było, nie wróci. Dlatego raczej nie ma co się oszukiwać i wymyślać zbyt wiele wad Obka- prawda, bandyta wyskakujący w złotej elfickiej zbroi żulący o marny grosz jest trochę śmieszny ale nie dajmy się zwariować. Nie rozumiem, jak można przyczepić się do grafiki (przez wielu nazwaną "disneyowską"). Zrozumiałbym jeszcze, gdyby przesłodzono np. wspomniane Morrowind w następnej części TES'a- w końcu to prowincja Tarmiel, okrutne zadupie okryte popiołami Czerwonej Góry, tam nie miało być ładnie. W większości tereny tej wyspy są wrogie i nieprzystępne dla człowieka. Cyrodill zaś to taki Rzym- centrum potęgi Cesarstwa, pokaz siły i piękna. Klimat zresztą też inny- stąd dana nam przyjemność przemierzania tych wszystkich cudownych lasów (jeeeedyś, kocham to!), polan i innych cudów Matki Natury.
-
Yup, Morrowind wymiata. I koniec. W żadną inną grę nie przyszło mi grać 3 lata bez przerwy. Bez znudzenia. Pamiętam, że kupiłem ją niemal w ciemno- jedyną rzeczą, którą o niej wiedziałem, to to, że ma otwarty świat. "Wow, to znaczy, że będę mógł sobie chodzić gdzie chcę? Coooool....". Kto wie, czy tak nie rozpoczęła się moja właściwa przygoda z RPG'ami. Oj, ależ byłem wtedy zielony...Wiecie, że wybrałem klasę "Skrytobójca" tylko dla tego, że fajnie brzmiała, a całą grę zasuwałem w kościanej średniej zbroi i z Lodowym Ostrzem Monarcha w łapie? (kocham ten miecz!). Dopiero przy okazji Tribunala i klimatycznych zbroi Mrocznego Bractwa spostrzegłem, jaką klasą ja tu właściwie zasuwam (i przy okazji znalazłem odpowiedź na pytanie "dlaczego tak ciężko mi idzie"- no cóż, skoro "długie ostrze" oscylowało coś w okolicach 10, nic dziwnego że nie mogłem trafić skubanego Ogara stojąc bliżej jak metr przed nim....). Morrowind to zbiór najwspanialszych wrażeń i wspomnień, jakie związane są u mnie z grami. Nie zapomnę, jak zapuściłem się jako niskolevelowiec na Pastwiska. Jak spierniczałem przed Ogrimem. Jak po raz pierwszy zmierzając w stronę Caldery stanąłem twarzą w twarz (a raczej w dziób) z Skrzekaczem. Ta gra jest....jest poprostu wielka. A Oblivion...Cóż... Muszę to przemyśleć Nie wiem, czy ktoś wcześniej już o tym nie wspominał, ale czy wiecie, że w V części powrócimy na Morrowind? Tak, znów będziemy mogli odwiedzić Balmorę i popływać kanałami w Vivek. Dodatkowo prócz Vvardenfell zwiedzimy również pozostałą część prowincji Tarmiel, schodząc na kontynent (zwiedzimy więc całe Morrowind). Tym razem zrealizowane mają być wszystkie pomysły, które nie przeszły przy okazji tworzenia Morka (jak np. słynny screen z postacią płynącą gondolą po Vivek- w czasie rzeczywistym- teraz będziemy mogli tego zasmakować). Zdaje mi się, że wyczytałem to wszystko na Adamantytowej Wieży, spory czas temu. Co mówicie?
-
Coś jest w tym stwierdzeniu "gra na raz", chodź w swoim wypadku winę zrzucałbym na sam początek. Po pierwszym przejściu zaczynałem AC równe 4 razy, ale nigdy nie przebrnąłem w tych staraniach za daleko. Ba, raz dałem sobie spokój nawet na tutorialu. Dlaczemu? Bo strasznie wnerwiający jest. Ok, za pierwszym razem było się czego uczyć, ale Panowie, ja już to wszystko umiem, dlaczego każecie mi to przechodzić jeszcze raz? Plus to śmiertelnie długie okraszanie wszystkiego wstawkami z teraźniejszości (również nie do pominięcia, a jak). Zresztą, kiedy zasmakowało się umiejętności z końca gry, "upośledzony" ruchowo Altair z początku zaczyna trochę irytować...
-
Nie inaczej. W miarę starań palące się gluty (Zapałki, czyż nie? ;] ) muszą obstawiać białą konstrukcję dość symetrycznie, aby i w taki sposób się spaliły- im płomień równiej strawi obydwie strony tym większa szansa, że biała konstrukcja legnie centralnie na środku. Oj, nie powiem, też się na tym zatrzymałem. Ale jaka radość, gdy znajdzie się rozwiązanie!
-
Ja tutaj raczej z takim małym pytankiem-prośbą. Otóż żaden ze mnie wielki fan przygodówek- chodź dwa tytuły z tego gatunku zaliczyć mogę do najlepszych gier jakie grałem w życiu (siódma część Larrego oraz niesamowicie klimatyczny Jack Orlando). Chciałbym ponownie spróbować coś ciekawego z tego gatunku a niedawno w oko wpadły mi dwie części chwalonej przez wszystkich Monkey Island ( był też Sam & Max: Hit the Road ale raczej ostatecznie skłoniłbym się w stronę Małpiej Wyspy). Niestety nie pamiętam poszczególnych tytułów wyżej wymienionych dwóch części, ale jedna z nich była, jak głosił napis na pudełku, " w nowej, przebojowej grafice 3D!" (tja, przebojowej...nie dzisiaj panowie) a druga, o wiele apetyczniejsza (zdaje się, że z ręcznie rysowanymi miejscówkami jak i bohaterami), traktowała o jakiejś pirackiej klątwie, którą to obarczony był pewien pierścionek- chyba dar dla lubej głównego bohatera. Myślę, że tą częścią byłbym zainteresowany, dlatego pytam- czy dobra? Czy ja, jako przygodówkowy noob z paroma tytułami na karku podołam tamtejszym wyzwaniom? (pudełko chwaliło się napisem "logiczne łamigłówki", co zbawiłoby mnie od niesamowicie wnerwiającego, old-schoolowego używania wszystkiego na wszystkim) Czy nie zagubię się w fabule, jako że nie znam poprzednich części? (chodź zakładam, że i tak wiele smaczków ukrytych w grze nie będę w stanie zrozumieć)
