Koleś, który ponad 2,5 roku grał non-stop w Morrowinda, miał nie krótszy romans z Oblivionem a teraz najzwyczajniej w świecie nie chce mu się grać w Skyrima ( czego sam trochę pojąć nie potrafi i z czego, bynajmniej, dumny nie jest), wpadł w Reckoning niczym przysłowiowa śliwka w kompot. Mowa tu o mnie i o 50 godzinach, jakie mam za sobą z tym tytułem. Z miejsca zdementować muszę wspomniane w recenzji CDA jak i przez samych twórców 100h, jakie skonsumować ma nam omawiana w temacie gra - zostało mi już tylko parę questów pobocznych do wykonania i zaledwie kilka niezwiedzonych plamek na mapie. Co prawda myślę, iż niedorzecznością jest porównywać te dwie serie ( starą jak i nowo narodzoną), albowiem zaiste, są to dwa zupełnie różne, odrębne światy. Być może Skyrim odpycha mnie swoim ogromem, na którego nie mam już dzisiaj zwyczajnie czasu, być może nie potrafię z nim "przysiąść", bo zakupiłem go, z sentymentu, na PC ( Amalur zaś to dla mnie synonim czystej przystępności i wygody, kiedy to zasiadłszy z padem w ręku w wygodnym fotelu potrzebuję zaledwie kilku chwil by ponownie wskoczyć w tą piękną Krainę Wysokich Drzew, Gdzie Nieczęsto Dane Nam Jest Oglądać Niebo ). Tak- questy poboczne to najczęściej idź, ubij, zniszcz i ubij, znajdź i ubij i wróć, ale piękno sadzonych przez mojego bitewnego maga siarczystych combosów przy pomocy wirujących czakramów bądź dwumetrowego, dwuręcznego miecza skutecznie zachęcają do spędzenia z grą "jeszcze 15 minut". Cóż można rzec więcej? Czekam, jak dalej nam się to uniwersum rozwinie - świat nie jest aż tak płytki i stworzony "na odwal się", jak niektórzy by tego chcieli a ja sam z przyjemnością sprawdzę, jak twórcom uda uwypuklić się ten aspekt w następnej części.