Jump to content

XMirarzX

Forumowicze
  • Content Count

    295
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by XMirarzX

  1. Może zależy od źródła. Akurat oparłem się na informacjach z Wiki.
  2. @Copara Bardzo możliwe. Co nie zmienia faktu, że nie wszystkie wpadające w ucho piosenki nas przeżyją Chociaż kto wie, może za pięć dekad ktoś uzna, że nieśmiertelne jest np. "Ona tańczy dla mnie" czy inna "Ruda jest moja". Z drugiej strony, to zależy tylko od gustu, bo dla mnie - nie bijcie - w "Nothing else matters" czy "Smells like teen spirit" nie ma nic wyjątkowego, a dla większości moich znajomych są one nie tylko obowiązkowe, ale też niepowtarzalne.
  3. Ależ bardzo proszę Osobiście nie przepadam za coverami, wolę słuchać oryginału, choć przyznaję, niektóre z nich są naprawdę fajne, np. metalowa wersja motywu głównego z Doktora Who, polecam
  4. Po dość długiej nieobecności spowodowanej różnymi głupotami i pierdołami mniejszymi lub większymi (ach, matura...), powracam do cyklu Utworów Nieśmiertelnych. Dziś zaprezentuję w stu procentach nieśmiertelny utwór, który znać po prostu MUSI każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z tak zwaną kulturą, nawet masową - a być może ZWŁASZCZA z nią, zważywszy na fakt, że podobnie jak "O Fortuna" Orffa jest często wykorzystywany w reklamach i filmach. Mowa oczywiście o Kanonie D-dur Johanna Pachelbela. Datę skomponowania Kanonu szacuje się na okolice 1680 roku. Utwór zdobył sporą popularność w swojej epoce, jednak odkryty na nowo został pod koniec lat 70. ubiegłego wieku za sprawą niejakiego Jeana-François Paillarda oraz jego orkiestry. Jeśli wierzyć cioci Wiki, nawiązania do niepozornego arcydzieła Pachelbela znajdują się w takich utworach, jak: "Basket Case" Green Day "Cryin" Aerosmith "Maciek ja tylko żartowałem" Kazika Staszewskiego i wielu innych, których wykonawców jednak w żaden sposób nie kojarzę.
  5. @up Wiesz, z pewnością byłoby ich więcej, gdyby nie szkoła i trudności natury finansowej. Ponadto nie wpisywałem książek, które czytałem po raz wtóry
  6. Spis i recenzje książek, które przeczytałem w roku ubiegłym. Mam nadzieję, że uda mi się kogoś zachęcić do przeczytania choć jednej z niżej wymienionych pozycji. LÓD - Jacek Dukaj Książka nabyta w dniu urodzin mojego ojca, choć długa niemal boleśnie, okazała się pomimo gabarytów zaskakująco ciekawa. Rok 1924, Warszawa. Benedykt Gierosławski, warszawski matematyk, zostaje nawiedzony przez dwóch czynowników carskiego Ministerjum Zimy. Dostaje zadanie odnalezienia swego ojca na dalekiej Syberii, gdzie prężnie rozwija się przemysł choładniczy i zimnazowy. Już podczas podróży Transsibem uwikłany zostaje w najróżniejsze gierki i intrygi, a to dopiero początek drogi... Książka, licząca 1045 stron, z carskim orłem wyrzeźbionym z lodu na okładce, opatrzona nazwiskiem Dukaja. No cóż, pomyślałem, dlaczego nie spróbować? Tak też, choć z pewnymi oporami, zostałem wciągnięty w świat, gdzie z powodu stopniowego zamarzania Europy i świata Wielka Wojna nie wybuchła, Kraj Przywiślański dalej leży w granicach Cesarstwa Rosyjskiego pod berłem Mikołaja II, zaś Rosja bogaci się dzięki złożom tungetytu i zimnaza, wydobywanym na Syberii. Pojawiają się tu takie postaci, jak Piłsudski, Tesla czy Rasputin, gaspadin Jerosławski napotyka na swojej drodze intrygi czynowników Ministerjum Zimy, arystokracji i fabrykantów, lute, marcynowców, fiodorowców i inne stronnictwa silnie powiązane z Lodem lub równie silnie mu niechętne. Lektura prócz dumy z przebrnięcia przez tę lodową cegłówkę oferuje nie tylko barwny język epoki (sam Gierosławski często zaciąga z rosyjska, charakterystyczna dla międzywojennej Polski pisownia niektórych wyrazów i sformułowań), ale też rozważania nad Prawdą, Kłamstwem, samym Istnieniem. Jeśli masz wystarczająco dużo czasu, nie masz się czego bać. P.S. Z tą książką chodziłem pod pachą po korytarzu. O zakładce, którą dostałem od mojej koleżanki z klasy, ze względów polityczno-patriotycznych nie wspomnę, choć było zabawnie. VATERLAND - Robert Harris Ponoć kultowa książka, na podstawie której powstał w 1994 film pod tym samym tytułem. Co prawda, po raz pierwszy usłyszałem o niej, czytając o... kondycji nazistów w literaturze w którymś Focusie, potem jednak zapomniałem o niej. W oczy rzuciła mi się w księgarni przypadkiem, chyba tylko dzięki Bramie Brandenburskiej, Krzyżowi Żelaznemu i, muszę przyznać, świetnie dopasowanej czcionce tytułu. Niedługo potem była już moja. 1964. III Rzesza zwyciężyła i przeżywa okres swego rozkwitu. Aryjskie imperium sięga od Alzacji-Lotaryngii aż po Ural, gdzie nadal toczone są zacięte walki z partyzantami radzieckimi. Między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi trwa zimna wojna; okazja do ocieplenia stosunków pomiędzy mocarstwami nadarza się, gdy do Berlina przylecieć ma John Kennedy. W międzyczasie znalezione zostają zwłoki jednego z wpływowych członków NSDAP. Śledztwem zajmuje się Xavier March, oficer Kripo. W trakcie śledztwa dokonuje on odkrycia, które może doprowadzić do załamania się potęgi Rzeszy oraz ukazania okrucieństwa nazistów. Doskonały thriller: czyta się w napięciu, nie chcąc przerywać lektury ani na chwilę. Sprawa początkowo zdaje się banalna, stopniowo akcja się rozkręca, a samo morderstwo nabiera swego rodzaju głębi. Wątki poboczne, oparte na faktach (np. dzieła sztuki) doskonale uzupełniają fabułę i wprowadzają w swego rodzaju niepewność. WILCZY LEGION - Adam Przechrzta Jako zatwardziały piłsudczyk niemal instynktownie wychwyciłem zdjęcie Marszałka na okładce. sięgnąłem z ciekawości - opis jak zawsze niewiele mówiący, ale wzmianka o energii bardziej niebezpiecznej niż elektryczność zafascynowała mnie bardziej, niż można by się spodziewać. Myślałem, że chodzi o atom. Co prawda pomyliłem się, jednak było warto. Akcja książki rozpoczyna się w 1938, może 1939 roku - trudno stwierdzić jednoznacznie, bowiem data nie została podana. Major Johannes Krohne służy w polskiej Dwójce, zajmując się likwidacją niebezpiecznych elementów politycznych i wywiadowczych. Musi toczyć bój nie tylko z agentami radzieckimi, ale też niemieckimi, takimi jak Gerhard Glube, as wywiadu Trzeciej Rzeszy. Ponieważ nie godzi się opowiadać książki, wspomnę tylko, że w międzyczasie Krohne styka się także ze ściganym nawet przez OGPU Łowcą, byłym agentem tejże organizacji o niezaspokojonej żądzy krwi, morderstwami w luksusowym domu publicznym oraz tajemniczą kobietą. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie że książka nie jest zbyt interesująca. Po chwili wrażenie to mija, a czytelnik daje się wciągnąć w świat majora Krohnego, aparatów odycznych i leczonego za ich pomocą, dogorywającego z powodu nowotworu Marszałka. Zmagania "dwójkarza" z obcym wywiadem, dziwnymi morderstwami w luksusowym domu publicznym "Raj" oraz problemami natury osobistej w ostateczności pochłaniają czytelnika. Autor jest historykiem, dzięki czemu realia Drugiej Rzeczypospolitej, choć nieco zmodyfikowane, oddane są bardzo ładnie, zaś wszelkie informacje o działaniach wywiadu, ich wyposażeniu i wyszkoleniu (jak np. stosowane przez agentów ZSRR tzw. SAM czy wschodnie sztuki walki, wykorzystywane przez Polaków) zawarte w książce wyjaśnione zostały obszernie w posłowiu, cennej skarbnicy wiedzy (choć szczątkowej, najpotrzebniejszej) dla zainteresowanych historią, w szczególności okresem międzywojnia. AMERICAN PSYCHO - Brett Easton Ellis Powszechnie chyba znany film, nierzadko uważany za kultowy (przynajmniej w niektórych z kręgów, wśród których się obracam), powstał na podstawie książki. Gdy tylko zwróciłem uwagę na wzmiankę o niej w napisach początkowych postanowiłem znaleźć ją, zdobyć i przeczytać. Z czasem zapomniałem o niej, jednak rzuciło mi się w oczy pewnego razu wydanie kieszonkowe ze znajomym tytułem na okładce. Za szesnaście złotych kupiłem miesiąc wyjątkowo brutalnej, naładowanej okrutnym, acz rozbrajającym poczuciem humoru lektury, ukazującej groteskowo przerysowany, lecz zaskakująco prawdziwy zarazem obraz amerykańskiego społeczeństwa pod koniec lat 80. z punktu widzenia psychopatycznego przedstawiciela yuppies. Patrick Bateman pracuje w dużej korporacji. Bogaty, pożądany przez kobiety, wie, z czyjej (i której) kolekcji pochodzi dana część garderoby osoby stojącej przed nim, przechodzącej obok lub tylko przewijającej się gdzieś w tle, podążający za modą, przystojny, wyrzeźbiony, obeznany w towarzystwie i nocnym życiu miasta. Zdawałoby się - ideał. W pewnym sensie owszem, niemniej na tym nieskalanym wręcz obrazie 27-letniego człowieka sukcesu znajduje się niewidoczna na pierwszy rzut oka rysa - Bateman wdaje się w romans z narzeczoną swojego "kumpla" i uwielbia wyrafinowanie mordować prostytutki i bezdomnych. Czasem nie oszczędza nawet "kolegów" z pracy. Jak już wspomniałem, film z Christianem Bale'em w roli głównej jest u nas bardziej popularny niż książka, przy czym książka zawiera więcej scen brutalnego, wyuzdanego seksu, jeszcze brutalniejszych morderstw (znacznie więcej) i okrutnie szczegółowych opisów morderstw. Język, choć miejscami wyjątkowo dosadny i nieomal uwłaczający literaturze, okazuje się idealny, gdy przedstawiane są sceny erotyczne, jak obydwie tego typu sceny z filmu z udziałem niejakiej Christie. Jeśli cenicie sobie dość absurdalny i/lub czarny humor, przewalające się z niesamowitą częstotliwością tony wnętrzności i hektolitry krwi, morderstwa na bezdomnych, prostytutkach czy po prostu ostro opowiedziane sceny "łóżkowe", szczerze polecam. Jednak w innym przypadku nawet nie dotykaj tej książki, odrzuci Cię smród zgnilizny, krwi i gotowanego mięsa. (Nie pytajcie). MALEUS MALEFICARUM - Jacob Sprenger, Heinrich Kramer Spisana przez Jakuba Sprengera i Heinricha Kramera do dziś budzi postrach. Niestety, w wydaniu, jakie trafiło w moje ręce zawarte są tylko dwie pierwsze części dzieła, traktujące odpowiednio o czarach i sposobach zapobiegania ich skutkom. Niestety trzecia część, opisująca samo postępowanie sądowe przeciw czarownicom, nie została tam zamieszczona ku memu wielkiemu zawodowi. Niestety, oprócz kilku zabawnych (z perspektywy czasu) "dowodów" na istnienie diabła i czarów oraz nielogiczności w iście chrześcijańskim stylu ("zabobon" jest zły, ale odmawianie modlitw nad chorym człowiekiem lub zwierzęciem i tego typu obrządki już nie, albo teza, jakoby czarownice i czarownicy mogli rzucać czary tylko, jeśli Bóg im na to pozwoli) w książce nie znalazłem niczego, co mogłoby wzbudzić we mnie jakikolwiek dreszcz strachu czy obrzydzenia, jednak winą za to obarczam wydawnictwo - w końcu najciekawszej części dzieła nie zamieścili. Niemniej warto przeczytać, jeśli interesuje kogoś spojrzenie na czary pod koniec średniowiecza (książkę wydano w 1487) i, poniekąd, magia. 2856 KROKÓW - Andrzej Pilipiuk Zbiór opowiadań, na który polowałem od pewnego czasu - bezskutecznie, z powodu niedostatku pieniędzy lub, jeśli pojawiły się środki, braku czasu bądź... książki na półkach! Niemniej dzięki mej uroczej dziewczynie dostałem ją pod choinkę, lektura zajęła około trzech dni. Jak na pierwsze spotkanie z Pilipiukiem i jego twórczością, nie było wcale tak źle, nie zostałem odrzucony przez styl pisarza lub same jego utwory, co jednak czasem się zdarzało. Tytułowe "2856 kroków" przedstawia losy polskiego lekarza w Norwegii, walczącego zarazą. Wspomnianego lekarza, Pawła Skórzewskiego, spotykamy także w innym opowiadaniu z tego zbioru. Utrzymane w podobnej stylistyce, bardzo ładnie napisane. Pozostałe opowiadania jakby nieco pozostawały w cieniu tychże dwóch, jednak czyta się je wszystkie szybko, łatwo i przyjemnie. Jak już mówiłem, zbiór ten czyta się szybko i przyjemnie, jednak z jednym opowiadaniem miałem drobny problem. Polska jako kolos na gliniano-atomowych nogach bez (?) broni nuklearnej, którą zastraszyła świat, oraz podległa jej Ukraina, gotująca się do wojny z Rzeczpospolitą, w której miałaby znaczącą przewagę w sprzęcie... tego akurat łatwo mi się nie czytało. Niemniej polecam gorąco.
  7. XMirarzX

    SPAM

    Żeby nie użyć słów wulgarnych powiem tylko, że mnie z tzw. równobieżni ostro wyprowadziło po 89-99 komentów pod kilkoma wpisami, a nie dałbym rady tego skasować w jeden wieczór, będę musiał po prostu rozłożyć na raty. Znam regulamin, m.in. część o pornosach na forum i blogach, mimo to nie zamierzam ryzykować.
  8. XMirarzX

    SPAM

    Kompletnie nie wiem, o co chodzi, ale mój blog - zresztą i tak rzadko odwiedzany i przez Was, i przeze mnie - został doszczętnie ZASPAMIONY bezsensownymi komentarzami w języku angielskim... z odnośnikami do stron porno, jak sądzę. Dlatego ogłaszam, co następuje: 1. Osobom niezarejestrowanym na Forum odebrane zostaje prawo do publikowania komentarzy na PoLitBlogu. 2. Wszystkie komentarze użytkowników zarejestrowanych na Forum, dla stuprocentowej pewności, będą poddawane cenzurze (zatwierdzanie i odrzucanie) przez Centralny Komitet Wykonawczy. Nie powiem, nie jestem zadowolony ani z sytuacji na PoLitBlogu, ani ze środków, jakie zostałem zmuszony podjąć, ale... 110 STRON SPAMU Z KOMENTARZY? W KÓŁKO TO SAMO, TA SAMA PSEUDOROZMOWA, POD KAŻDYM WPISEM? Odczekam tydzień, mam nadzieję, że zostaną skasowane automatycznie. Do tego czasu PoLitBlog i Centralny Komitet Wykonawczy zapadną ponownie w głęboki letarg blogowy.
  9. Z całego serca przepraszam wszystkich, których w jakikolwiek sposób uraził mój poprzedni wpis (chociaż osobiście nie widziałem w nic obraźliwego), spieszę też donieść, iż został usunięty. Wydźwięk faszystowski był osiągnięciem całkowicie niezamierzonym, zaś sama nowomowa partyjna, którą wpis został napisany, użyta została dla żartu. Celem wpisu nie było namawianie do nienawiści rasowej lub innej, lecz zwrócenie uwagi na zakłamywanie historii naszego kraju i przedstawianie nas, Polaków, w negatywnym świetle przez zagraniczne media. No nikt mi nie powie chyba, że jako Polak zareagowałem źle, wyrażając swoje oburzenie? (Fakt, źle ubrane w słowa.) Wzmianka o żydowskich korzeniach Debbie Schlussel wzięła się stąd, że po prostu byłem w ciężkim szoku - do tej pory sądziłem, że przedstawiciele narodowości żydowskiej są świadomi swojej historii. Prawda, Polacy także brali udział w pogromach i dziele eksterminacji Żydów - ale czy powszechnie? Sądzę wręcz, że odwrotnie, przypadki takie zdarzały się sporadycznie, nie będę więc wyliczał. Toteż - raz jeszcze przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że wpis ów pisałem pod wpływem silnych emocji, nie mając jednocześnie złych intencji.
  10. XMirarzX

    Shogun 2 - pomożecie?

    Pierwszego próbowałem niezliczoną ilość razy, ni chu-chu, cały czas to samo. Wyłączyłem, nic. -.-'
  11. Otóż sytuacja przedstawia się tak: w sobotę drugiego czerwca br. na giermaszu CD Projektu nabyłem podstawkę Shoguna 2 oraz dodatek Zmierzch Samurajów. Zainstalowałem, wszystko ładnie, pięknie... Dopóki nie chciałem włączyć. Pokazuje się wciąż komunikat o następującej treści: Trwa konfigurowanie początkowe... Instalacja: flashsecurity.exe (etap 1 z 1) by po chwili zniknąć, nic nie zdziaławszy. Proszę Was, pomóżcie!
  12. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    Doskonalić umiejętności i stawiać na realizm - całkowicie popieram, jednakowoż na razie i tak jestem zbyt leniwy, by cokolwiek napisać w przeciągu miesiąca, dlatego na razie się tym nie martwię Opowieść dziwaka, proszę bardzo, od razu z linkiem
  13. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    @Knight Martius Mea culpa, siła przyzwyczajenia... i środowiska. Kajam się. 1. Szli na imprezę, więc to ona była celem ich podróży, nieprawdaż? Do parku weszli... przy okazji 2. Dla zaakcentowania zapasu czasu, jakim dysponowali. 3. Nienawidzę powtórzeń. Zwłaszcza, że zawsze byłem uczony, iż jeden zwrot lub słowo nie powinno się powtarzać w jednym zdaniu, zaś w tym akurat przypadku właśnie "godzina" byłaby słowem powtarzającym się. Prawdę mówiąc, podchodziłem do tego zawsze w nieco... hollywoodzki sposób, stąd takie, a nie inne rozwiązanie. Poza tym, w mojej wizji nie pieścił się z nią, ale od razu przeszedł do rozcinania, dlatego u mnie zdążył jeszcze odejść i popatrzeć z fajkiem w zębach. A co do przytoczonego przydługiego fragmentu... Na pewno wiesz przecież, jak to jest myśleć/pisać/opowiadać pod wpływem silnych emocji, zwłaszcza, gdy wspomnienia są wciąż żywe Jeśli jesteś zainteresowany, część pierwsza powinna być gdzieś w czeluściach Twórczości własnej.
  14. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    Pierwsze od dłuższego czasu napisane opowiadanie. Mam nadzieję, że się spodoba, jeśli ktokolwiek tu zajrzy. BTW, jeśli to kogoś obchodzi, od razu uprzedzam stróżów moralności, by odpuścili sobie tę lekturę. Naprawdę. Kto przeczyta, ten zrozumie zapewne, czemu to piszę. Być może pamiętacie moje ostatnie wynurzenia młodocianego mordercy. Tak, to ja, ów dziwak szkolny, bez szwanku po pierwszym akcie zemsty wyszedłszy, wracam z kolejną historią, której nie weźmiecie na poważnie. Zresztą, kto wam każe? Myślcie, co chcecie, od tego przecież macie wolną wolę, sami podejmiecie decyzję w sprawie prawdziwości mojej kolejnej opowieści. Nie powiem, że od zawsze, jednak zastanawiałem się nad miłością przez jakiś czas: jaka ona jest? Czym się objawia? Jak ją rozpoznać? Jak odróżnić zwykłe zauroczenie od prawdziwego uczucia? Tak, brzmi to tak, jakby miłość była chorobą, i właściwie w istocie nią jest. Z miłości można zrobić naprawdę wszystko, jednak podobnie jest z nienawiścią; te dwa płomienne, nierzadko destrukcyjne uczucia różnią się, że tak to ujmę, dwubiegunowością, położeniem na wyimaginowanej skali odczuć względem innych istot ludzkich. Czasem, jak w moim przypadku, miłość przeradza się w najprawdziwszą, morderczą nienawiść pod wpływem silnej traumy? jeśli można to tak nazwać. Poznałem ją w lutym, tym przeklętym miesiącu, obarczonym straszliwym, naiwnym komercyjnym świętem walentynek. Na szczęście nasze spotkanie nie przypadło na czternastego, za co do dziś dziękuję Bogu, Szatanowi, Losowi czy co tam jeszcze może mogło mieć mnie w opiece. Nawet nie kojarzyłem jej z korytarza, po prostu luźna pogawędka nawiązała się podczas jakiegoś apelu szkolnego. Wespół zaczęliśmy psioczyć na głupoty, jakie ? w naszym mniemaniu ? opowiadała szanowna pani dyrektorka. W międzyczasie zacząłem ją po cichu przedrzeźniać, czym niebywale rozbawiłem rozmówczynię. Tak rozpoczęła się nasza dość? płomienna znajomość. Zaczęło się od luźnych pogaduch na chacie, wyszliśmy razem dwa razy. Z różnych powodów później nie mogła już wychodzić z domu, toteż często ją odwiedzałem. Aż pewnego razu? Przed tą konkretną wizytą, o której zaraz wam opowiem i od której wszystko się zaczęło, właściwie nie czułem do niej nic szczególnego, lubiłem z nią rozmawiać, przebywać z nią, natomiast serce nie biło mi szybciej, gdy o niej myślałem lub na nią patrzyłem, jej twarz w żaden sposób na stałe nie gościła w moim umyśle, nie miałem problemów ze snem, monotonia dnia powszedniego dobijała mnie jak zawsze. To jednak zmieniło się, gdy pewnego słonecznego dnia przyszedłem do niej w odwiedziny. Siedzieliśmy, żartowaliśmy, śmieliśmy się? aż położyła mi głowę na ramieniu. Nic szczególnego? Fakt. Dla mnie jednak miało to wtedy naprawdę duże znaczenie, żadna dziewczyna do tej pory nie odważyła się zbliżyć do mnie w takim stopniu (jak to brzmi!). W rewanżu, wiedząc, że to lubi, zacząłem gładzić ją po włosach, pięknych, długich brązowych włosach, drapiąc delikatnie skórę głowy. ? Dobrze? ? szepnąłem, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany, zapach jej ciała wymieszany z wonią perfum owionął mnie jak kłąb słodkiego, wyjątkowo natarczywego dymu. Ona mruknęła tylko twierdząco, opierając nadal głowę z zamkniętymi oczami na moim ramieniu. Toteż brnąłem dalej, serce biło spokojnie, lecz mocniej niż zazwyczaj, otaczający mnie zapach ? jej zapach ? wrzynał mi się w pamięć jako najsłodszy i najcudowniejszy z istniejących, najpiękniejszy, jaki do tej pory czułem w całym swoim życiu? Nie należę do wyjątkowo impulsywnych czy porywczych, dlatego nie zrobiłem nic, czego można by się spodziewać po osobie płci męskiej w tego typu opowieściach: dalej ręka moja delikatnie przesuwała się po jej aksamitnych włosach, druga dłoń z kolei złączyła się w ciepłym, subtelnym uścisku z jej kruchą dłonią; dłoń, którą ją gładziłem, schodziła stopniowo coraz niżej, gładziłem ją po szyi i nieomal po dekolcie, a choć bluzka dekolt miała zdecydowanie zauważalny, nie odważyłem się dotknąć jej piersi. W ten sposób moja prawa ręka miała zagwarantowaną wycieczkę od samego czubka jej głowy, przez szyję, piękną, delikatną szyję, pod której skórą czułem jej szybkie tętno, po wyimaginowaną granicę dekoltu, którą wytyczyłem we własnym umyśle na jej ciele i której nie zamierzałem przekraczać ze względu na jej cześć? oraz własne przekonania. W końcu prawa dłoń zaczęła wodzić od szyi po usta, gładziłem ją po policzkach, zaś gdy zacząłem palcem drażnić jej usta, złapała powoli palec ów zębami i przygryzła. Siedzieliśmy tak jeszcze, przytuleni, złączeni uściskiem dłoni przez, zdawało się, wieczność? jednak i ta wieczność okazała się za krótka i zbyt szybko przeminęła, przynajmniej w moim odczuciu. W końcu musiałem jeszcze wrócić do domu na czas. Tej nocy nie mogłem spać, wciąż myślałem o niej, moje ręce i koszulka przesiąkły jej zapachem, ten z kolei wpędzał mnie jednocześnie na wyżyny rozkoszy i w najgłębsze czeluście Piekieł. Tylko cudem udało mi się w końcu zasnąć. Tyle dobrego, że był to weekend. Następnego dnia także do niej zajrzałem, wpierw zapytawszy, czy mogę to zrobić, a ponieważ nie było sprzeciwu? Przywitała mnie gorącym, długim pocałunkiem już na klatce schodowej. Weszliśmy do jej mieszkania, przywitałem się z jej rodzicami i poszedłem z nią do jej pokoju. Usiadłem na kanapie, ona mnie na kolanach? i zaczęliśmy się całować. Nie narzekałem wtedy, nie narzekam i teraz. Jak powiedziałby pewien mój znajomy, wielki fan gier RPG ? nabijałem expa. Tak mijały nam dni, kiedy się widywaliśmy po szkole. Od razu chciałbym wyjaśnić, że między nami nie doszło do? niczego poważniejszego. Częściej się całowaliśmy, choć ona chciała. Natomiast nie należę do ludzi, którym się wyjątkowo spieszy, zwłaszcza jeśli chodzi o seks. Fakt, na całowaniu się nie kończyło? ale czy to naprawdę ważne? Ta sielanka trwała około miesiąca, zresztą tak jak przewidywałem. Natomiast nie sądziłem, że skończy się tak? Nie mógłbym nigdy powiedzieć i nie powiem teraz, by zaliczała się do dziewczyn brzydkich, mogła mieć każdego i wiedziała o tym. Wiedziała także, że kocham ją, kocham tak mocno, że zrobiłbym dla niej wszystko. W miarę możliwości ? w końcu jestem racjonalistą. Pewnego dnia wszystko runęło. Widziałem ją, wracającą ze szkoły, z jakimś chłopakiem. Fakt, kojarzyłem go, jednak osobiście nie był mi znany. Coś zaczęło we mnie pękać, gdy zobaczyłem, że trzymają się za ręce. Pełen najgorszych przeczuć szedłem za nimi, obserwując bacznie sytuację. Gadali, żartowali, a jej perlisty śmiech rozdzierał mi serce. Nie dlatego, że to on go wywołał, ale dlatego, że już wiedziałem: nigdy go już nie usłyszę, będąc z nią sam na sam? o ile w ogóle nadarzy się jeszcze okazja. Doszli niespiesznie do jej klatki. Stali chwilę, rozmawiając, aż przy pożegnaniu pocałowała go tak, jak mnie po odprowadzeniu do domu nigdy nie chciała. Do domu wróciłem całkowicie załamany, myślcie co chcecie, ale serce pękło mi na miliard kawałków, a łzy same cisnęły się do oczu, choć nie łączył nas żaden związek. Przez dwa tygodnie chodziłem jak zbity pies, dwa tygodnie straszliwego bólu, rozrywającego mi pierś, powstrzymywania łez, byle się tylko nie rozpłakać jak jakaś pięcioletnia dziewczynka, leżąc w łóżku w pozycji embrionalnej i próbując o tym nie myśleć! Męczarnie te trwały ni mniej, ni więcej, jak do najbliższej pełni. Tego dnia do wieczora nadal chodziłem z silnym poczuciem zgnojenia przez życie, myślą, że byłem tylko jej zabawką, dawałem jej się manipulować, jakbym był jakimś cholernym samochodzikiem na radio, a ona trzymała ten pieprzony kontroler! Jednak gdy zapadły wieczorne ciemności, Słońce schowało się za horyzontem, a na niebie pojawiła się srebrna, piękna, pełna tarcza Księżyca ? wszystko mi odeszło. Nie czułem już nic, kompletnie nic ? poza wściekłością i niepohamowaną żądzą zemsty. Zabiłem Darka, pomyślałem ? mogę zrobić wszystko! Jednak w międzyczasie z tego wszystkiego wpadłem w szpony nikotynowego nałogu. Kumpel mi zaproponował jednego; przyzwyczajony do moich odmów, niebywale się zdziwił, gdy wziąłem papierosa i podziękowałem serdecznie. Obserwowałem ich, paląc, z bezpiecznej odległości, zazwyczaj skryty gdzieś w cieniu. Unikałem z nią kontaktu, bo czułem, że wszystko może jeszcze powrócić, a jej twarz, piękna twarz, którą widziałem tyle razy, i cudowne oczy, w których chciałem się kiedyś pogrążyć bezpowrotnie ? odwiodą mnie od powziętego raz zamiaru pomszczenia krzywdy, jaką mi wyrządziła. Wszystko było przygotowane, czekałem tylko na dogodny moment. Sądząc, że już się nie nadarzy, wątpiąc w ogóle w sens całej akcji ? stało się! Cud! Los, Bóg, Szatan, nieważne kto, ale to na pewno nie był zbieg okoliczności! Doszły mnie bowiem słuchy, że idą na jakąś imprezę. Nie wnikałem w szczegóły, kto został zaproszony, a kto jest osobą towarzyszącą. Wiedziałem gdzie i kiedy mają być, z innego źródła z kolei dowiedziałem się, do której godziny była skłonna się w ogóle spotkać. Stąd wysnułem wniosek, że od tej właśnie godziny należy na nich czatować. Znając miejsce, w którym miała odbyć się rzeczona impreza, mogłem przyczaić się w dogodnym miejscu, w którym nikt mnie nie zobaczy? i w którym będę mógł spokojnie działać. Kupiwszy sobie paczkę papierosów na miarę moich skromnych możliwości finansowych, przyczaiłem się w parku, przy którym musieli przejść. Zapaliłem. Na szyi wisiała moja maska przeciwgazowa, w kieszeni miałem scyzoryk, sprężynowiec oraz samodzielnie zaostrzoną z jednej strony stalową rurę o niedużej średnicy, dwa do trzech centymetrów, na pewno nie więcej. Było gorąco, jednak wziąłem moją skórzaną kurtkę. Paliłem sobie spokojnie, obserwując bacznie wszystko dookoła. Paląc piątego już pod rząd, wypatrzyłem ich, szli trzymając się za ręce. Poczułem, jak wzbiera we mnie wściekłość; nienawidziłem ich obojga, jej może troszkę bardziej. To była sprawa osobista. Wyrzuciłem papierosa, założyłem maskę i ruszyłem za nimi skrajem parku, ściskając w kieszeni otwarty sprężynowiec. Szli powoli, więc ja także się nie spieszyłem; z moich informacji wynikało, że mają co najmniej jeszcze dwie godziny, choć dotarcie do celu zajęłoby im nawet spacerkiem ? maksymalnie do dwóch kwadransów. Po prostu nie lubię być niedoinformowany, zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą porachunki. Weszli do parku. Wszystko było jak najbardziej w porządku, zmrok zdążył zapaść, prócz nas w najbliższej okolicy nie było nikogo. Kierowali się ku środkowi parku. By nie stracić ich z oczu (co było trudniejsze niż zwykle ze względu na maskę przeciwgazową), raz szedłem ścieżką, raz ? przedzierałem się przez chaszcze, starając się nie narobić zbytnio hałasu. O dziwo nawet, gdy zaplątałem się w te przeklęte krzaki i raz wyrwało mi się siarczyste przekleństwo, ci nie zwrócili na to uwagi. Usiedli na ławce, przytulili się? chyba rozmawiali, widziałem, jak obracają ku sobie głowy, poruszają ustami, słyszałem, jak śmieją się? aż w końcu zaczęli się całować. Znałem ją już na tyle dobrze, że wiedziałem, iż na pocałunkach się nie skończy. Mnie tego typu przygody z nią ominęły z tego tylko prostego względu, że nie miałem prezerwatyw. On, jak widać, miał. Widząc, jak się do siebie dobierają, zdjąłem maskę, oddaliłem się po cichu i zapaliłem kolejnego papierosa. Paliłem, zerkając od czasu do czasu w ich stronę. Byłem całkowicie spokojny i opanowany, nie spieszyło mi się; to im trochę zajmie. Wypaliłem, wziąłem dwa głębokie oddechy i założyłem maskę. Dłoń ukryta w kieszeni zaciśnięta była na sprężynowcu, drugą miałem wolną. Podszedłem do nich niespiesznie, powoli, zbliżając się zza jego pleców; przez chwilę patrzyłem, jak się zabawiają ? on był nią zbyt zajęty, ona zamknęła oczy z rozkoszy. Po chwili i ja wtrąciłem swoje trzy grosze. Chwyciłem sprężynowiec i wbiłem mu ostrze prosto w tętnicę, błyskawicznie wyjąłem zaostrzoną rurkę i wbiłem ją między żebra. Zanim zorientowała się, że coś jest nie tak, on już krztusił się własną krwią, zaś czarny, gęsty płyn wylewał się coraz mniejszym strumykiem przez rurkę. Chciała krzyknąć, otworzywszy oczy, jednak zakryłem jej usta dłonią. Mimo wszystko sądzę, że większe wrażenie na niej zrobił smak ostrza scyzoryka na języku oraz groźba, wypowiedziana dziwnie znajomym głosem: ? Piśnij tylko, a pożegnasz się z językiem i połową gardła. Siedziała na wpół naga, przerażona, wpatrywała się we mnie jak w coś, w co nie do końca jeszcze wierzyła. Zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy, maska ukryła mój uśmiech i sprawiła, że mój oddech brzmiał jak dyszenie jakiegoś wyjątkowo perwersyjnego zboczeńca, ale przez szkła maski dostrzegłem w jej oczach, że już wie, wie wszystko, nie muszę nic mówić, bo poznała mnie po oczach; ileż to razy leżeliśmy, przytuleni, wpatrując się sobie głęboko w oczy między pocałunkami? Jej twarz przybrała mocno zaskoczony wyraz, po czym spoważniała, a jej oczy nabrały surowości, wymieszanej z niedowierzaniem i zaskoczeniem. ? Więc to ty ? powiedziała. ? Nie inaczej ? powiedziałem. ? Nikt inny, tylko szalony, mściwy, nieobliczalny, oszukany? ja. ? Oszukany? ? A nie? ? Nie. Nie byliśmy razem. ? Za to dzięki Szatanowi. ? Czego ode mnie chcesz? ? Tylko jednego? Zaostrzona rurka wbiła jej się prosto w serce. ? ?byś poczuła to, co ja! Pchnąłem rurkę mocniej, krew trysnęła z niej strumieniem. Chwyciłem sprężynowiec, zdarłem jej spodnie oraz majtki, po czym rozciąłem ją od pochwy po pępek. Krztusiła się krwią; miałem coraz mniej czasu, toteż sprężynowcem posiekałem jej także twarz: poszerzyłem usta o jakieś dziesięć centymetrów. ? Teraz idź się lizać. Odszedłem kilka kroków; nadal żyła. Zdjąłem maskę, wyciągnąłem paczkę papierosów, wyciągnąłem jednego i zapaliłem, patrząc w jej gasnące oczy. Poczekałem, aż przestanie choćby drgać, po czym wyjąłem z jej serca rurkę. By się upewnić, że nie żyje, poderżnąłem jej gardło, a następnie odszedłem. Poszedłem nad Wisłę, by wyrzucić ów kawałek stali. Mija miesiąc, byłem na jej pogrzebie, jego nawet nie znałem, a nasze pierwsze spotkanie nie sprzyjało nawiązaniu bliższych relacji. I znowu ? poza wszelkim podejrzeniem. Fakt, byłem przesłuchany, ale właściwie tylko dlatego, że ją znałem. Standard. Przecież nie miałem motywu, nikt nie wiedział, że ją kochałem i co się między nami działo. Chyba, że miała język równie gadatliwy, co? ruchliwy? Skoro przesłuchali mnie tylko raz, to znaczy, że nic na mnie ani do mnie nie mają. Słowem: bezpieczny. Jedyne, co mnie zastanawiało podczas drogi nad Wisłę tamtego pamiętnego wieczora: po co wziąłem ten cholerny scyzoryk?
  15. Z tego, co słyszałem w tamtym czasie akurat chrześcijaństwo nie było tak silnie zakorzenione w umysłach ówczesnych Polaków, toteż na fali nastrojów religijno-reakcyjnych (chęć powrotu do pogaństwa wśród ludu) został albo osadzony na tronie, albo jako zwolennik tychże ruchów pogańskich odszedł od chrześcijaństwa. Nie powiem, ten okres nie jest mi zbyt dobrze znany ani - nie linczujcie! - nie uważam go za zbyt interesujący w historii naszego kraju czy świata, mówię tylko, z jaką teorią się spotkałem. Co do kwestii jego okrucieństwa, może ona być mocno dyskusyjna, jeśli brać pod uwagę hipotezę o powrocie do pogaństwa. Zresztą, nawet jeśli nie powrócił do wiary słowiańskich pogan, wzmianka o okrucieństwie świadczyć może o zaakcentowaniu roli pomazańców bożych, królów prawowitych i ich przywiązaniu do swego kraju, któremu nie wyrządzaliby szkody, w przeciwieństwie do uzurpatorów.
  16. Osobiście słyszałem mimochodem na historii, że Bolesław Zapomniany wymazany z kart historyi polskiey został, albowiem wiarę pogan na ziemiach polskich przywrócił, i wcale prawdopodobnem jest, że i tak było, toteż w tejże kwestyi z tą teoryą zgadzam się.
  17. Victoria - fajna gierka, strategia od Paradoxu, można wziąć udział w Wielkiej Wojnie. Niezbyt popularna.
  18. @Lord Hrabula No właśnie zależy, jaka to miłość. Akurat opisałem najgłupszą ze wszystkich, bo ślepą, zapatrzoną w obiekt uwielbienia. Tak. Szczerze przyznam, że tak, i nie będę się opierał. Natomiast w tej kwestii nie ma miejsca na obiektywizm, bo poglądy na temat miłości biorą się z własnych przeżyć, opowieści innych i własnych wyobrażeń. W ten sposób miłość nigdy nie jest postrzegana obiektywnie, podobnie inne uczucia. OK, tyle tylko, że seks MA NA CELU reprodukcję, jego przeznaczeniem ewolucyjnym nie jest przecież sam seks i obustronna przyjemność, ale właśnie przedłużenie gatunku, czyli reprodukcja. Żaden inny gatunek na Ziemi poza ludźmi (no i delfinami, z tego co słyszałem...) nie spółkuje dla przyjemności, ale dla przedłużenia gatunku. Wszystko właśnie moim zdaniem zależy od postrzegania świata, a nie od emocji. Jeśli przykładasz wagę do własnego honoru, nie musi to być związane wyłącznie z emocjami, bo przy odpowiedniej rozumowej hierarchii wartości te cechy da się wyćwiczyć, nie wiążąc ich z uczuciami. Osobiście uważam, że skoro dobro i zło są kwestiami całkowicie dyskusyjnymi, to nie ma ludzi dobrych i ludzi złych, tylko tacy, których za takowych uważamy z różnych względów. No cóż, spróbujmy przyjąć ogólnie przyjęte normy nikczemności i dobra: - nikczemni kierują się własnym interesem i zazwyczaj uważanymi za negatywne emocjami? - dobrzy kierują się dobrem bliźniego, czasem mimo wszystko bez zastanowienia, i ustalonymi mniej lub bardziej odgórnie standardami dobra (prawo, Kościół katolicki)? O to chodziło? Bo jeśli tak, to nadal potrzebny jest rozum, by rozstrzygnąć, co jest opłacalne (źli) i dobre (wiadomo). Inaczej wszystko zależałoby od chwilowego widzimisię, impulsu ("ja chcę"), tymczasem by podjąć dobrą decyzję i skuteczne działania, wpierw trzeba je dobrze przemyśleć. Ponadto trzeba jakoś ustalić, co jest naszym zdaniem dobre, a co złe - tutaj więc także do roboty zaprząc trzeba Rozum, a następnie zasady te jakoś sensownie sformułować. Niestety, ale nie dojdziemy, czy przyszłość taka byłaby dobra, czy zła: zbyt wiele niewiadomych. Nie sądzę, by było taniej. Z jednej strony fakt, kobieta w ciąży generuje pewne dodatkowe koszty, z drugiej - utrzymanie maszyny, jej konserwacja, energia, pożywienie, ciepło, sztuczne płyny fizjologiczne - to wszystko kosztuje, toteż moim zdaniem na razie jest to niemożliwe Na temat socjopatycznej przyszłości nakręcono zdaje się film "Equilibrium" (i jeszcze jeden, którego tytułu nie pamiętam), gdzie emocje zostają tłumione wśród społeczeństwa za pomocą leków, branych przez ludzi pod przymusem prawnym. Polecam (Oczywiście, główny bohater leki odstawia i się zakochuje...) Zło JEST potrzebne dla istnienia dobra; bez Zła nigdy nie poznałbyś Dobra i odwrotnie. Dzięki temu, że istnieją obok siebie jednocześnie, masz pewne rozeznanie. Nie mord i narodziny, ale Śmierć i Życie. Sensem życia jest śmierć, nie ma śmierci bez życia, a cóż to za życie bez śmierci? Czy nadal można by nazwać je życiem? Nie, inie brnijmy w to dalej, schodzimy na zbyt metafizyczne i filozoficzne tematy. Oczywiście, że są. Dzięki wrażliwcom wiesz, jak zachowują się nieczuli i odwrotnie, wiesz, jaka jest granica między czułością a socjopatią. Jedno i drugie w ekstremum jest niewskazane (jak wszystko inne). Dzięki temu, że istnieją jednocześnie, a Ty możesz ich ze sobą porównać, masz wybór, do której z tych grup chcesz należeć i masz pełną świadomość dlaczego wybrałeś tak, a nie inaczej. Tzn. to moje zdanie, zgadzać się nie musisz, a ja przymusu nie uznaję. Prawdę mówiąc sądzę, że Postęp jest wynikiem nie tyle nudy, co ludzkiej ciekawości i prób jej zaspokojenia, swego rodzaju lenistwa i po prostu pracy ludzi uzdolnionych. Nie sądzę, by koło, muszkiet, silnik parowy i spalinowy, okręty turbinowe i statki kosmiczne powstały z nudy. Nie chciałem Cię urazić. Zarzuciłeś mi ambiwalencję odczuć i niezdecydowanie, dlatego też wyjaśniłem, skąd wzięły się argumenty tłumaczące potrzebę miłości oraz je podważające, niemal oczerniające. Natomiast obiektywnym w stu procentach można być tylko w tej sprawie, z którą nie mamy żadnego związku, którą rozstrzygnąć mamy bez wcześniejszych doniesień o niej ze źródeł masowego przekazu (zazwyczaj są one subiektywne). Dlatego nadal twierdzę, że ludzi obiektywnych nie ma. Nie obiektywnych w pełni.
  19. Jestem i głupi, i młody, jak to ująłeś - słowem, wszystko w porządku Druga klasa liceum, 17 lat. Jednej, fakt, jednak potwierdziła ona w wyjątkowo dobitnie słuszność moich wcześniejszych przekonań, które zaprezentowałem powyżej. Nie twierdzę nigdzie, że "wszystko skupia się na rozmnażaniu" - seks jedno, miłość drugie, połączone dają jeszcze co innego. Seks moim zdaniem winien być dopełnieniem miłości (w związku, rzecz jasna), i tylko za zgodą obu stron, bez żadnego przymusu. Seks bez miłości? Owszem, do przyjęcia, ale to takie... prymitywne trochę, górę nad Rozumem bierze Ciało napędzane Popędem. Miłość bez seksu? The Pope approves! Błędem jest kochanie na ślepo, nie sama miłość. Oczywiście, że powinniśmy kierować się nie SAMYM Rozumem (o czym za chwilę), ale głównie nim: moim zdaniem tak jest po prostu bezpieczniej i tyle, bierze się pod uwagę wszystkie możliwości, konsekwencje czynów, a dla mnie to jest akurat jak najbardziej plus logicznego, racjonalnego myślenia. BTW, co jest złego w dzieciach z probówek? Wybacz, ale nie bardzo rozumiem, skąd się tu wziął ten argument. Tak czy inaczej ludzkość nie zginie... chyba... tylko sądzę, że IQ w pewnych kręgach spada, co mnie niepokoi, i tyle. Masz całkowitą rację. Fakt, jestem tego samego zdania, ale mam zdolność do popadania w skrajności. Tak też jest i w tym przypadku: z dwojga złego wolę dyktat Rozumu niż anarchizm Sercowy, wprowadzający jeszcze większy chaos w życie. Nikomu nigdy nie doradzałem rozwiązań ekstremalnych, zwłaszcza w tej kwestii. Właśnie o to chodzi, by kochać ROZSĄDNIE. Obsesji się nie poddać, nad myślami zapanować, tęsknoty zdławić: obsesja prowadzi do chorobliwej zazdrości, myśli napędzają same siebie, a czasem - także i nas przecież, zaś tęsknota - "Zobaczę się z nim/nią jutro/za godzinę/dwie/kilka". Problem pojawia się natomiast przy kilku dniach, ale cóż zrobić - miłość... Miłość (ślepą) mam za słabość i to nie byle jaką, bo największą z możliwych - jeśli odwzajemniona pozornie tylko, i do losu Wertera doprowadzić może. A Śmierć... tak, we dwójkę umrzeć się nie da. Jednocześnie owszem, ale nie razem. Widziałem Szczerze polubiłem tą psychopatyczną zdzirę, graną przez Angelinę Jolie (moja wina, że lubię filmowe "czarne charaktery" i socjopatów bardziej, niż bohaterów pozytywnych? ). Z pewnością wyglądałby inaczej. Osobiście jestem zwolennikiem pluralizmu i tyle: potrzebni są wrażliwcy i nieczuli. Najważniejsza jest różnorodność, czyż nie? Bo staram się być obiektywny, postawić się na miejscu osoby kochającej. Nie lubię subiektywnego od początku do końca wywodu, bo nie będzie w nim krzty prawdy, a w ten sposób jestem jej choć odrobinę bliższy. Ooo, zapewne Pozdrawiam
  20. Miłość to temat jak świat stary, a popularny jak mało który. Nie poświęcono nawet w połowie tyle dzieł innym uczuciom, co właśnie temu. Postaram się dojść, czemu stało się właśnie tak, a nie inaczej. I AM THE WAY (RZEKŁO SERCE Z ANGIELSKA) Miłość, choć to temat ponadczasowy i wręcz niewyczerpany, najpewniejszy okres swego pierwszego tryumfu przeszła w średniowieczu, głównie za sprawą eposów rycerskich: dzielny rycerz, piękna księżniczka, miłość ich łącząca... a czasem nie. Zresztą, miłość najpiękniejsza to miłość owszem, szczera, ale nie mimo wszystko sakramentem małżeństwa nie uświęcona: cierpią obydwoje, lecz żadne przeciw szczęściu i dobrobytowi drugiego nie wystąpi. Sądzę, że bardzo duże znaczenie ma tu sentencja "Bóg jest miłością"; choć wiem, że panowie feudalni i społeczeństwo w średniowieczu nie było bezkrytycznie wpatrzone w Kościół i proboszczów, to chyba instytucja ta miała bardzo duży wpływ na sposób postrzegania miłości przez lud: "chrześcijańskie miłosierdzie", "miłujcie bliźniego" itp. Nie mówię, że to źle - po prostu moim zdaniem wywarło to spory wpływ na postrzeganie tego uczucia przez wiernych. SZEKSPIR - MISTRZ MIŁOSNYCH TRAGEDYJ I TRAGICZNYCH MIŁOŚCI O Trzęsidzidym słyszał każdy, toteż powołam się tylko na jedną jego sztukę: "Romeo i Julię". Każdy ją zna, mnie znudziła, więc odpuszczę sobie przeżywanie tego koszmaru raz jeszcze. Czy jest coś słodszego, bardziej rozczulającego niż miłość nieodwzajemniona? Albo odwzajemniona i zakończona związkiem pełnym szczęścia aż do tak zwanego porzygu? Tak: samobójstwo obojga z rozpaczy po utracie obiektu uwielbienia. Co prawda Romeo zabija się w wyniku nieszczęśliwej pomyłki, co Julii dane już nie było, ale ta historia dwójki ludzi zakochanych w sobie mimo odwiecznego konfliktu pomiędzy werońskimi familiami nadal wyciska łzy z oczu. Dlaczego? Nie mnie pytajcie. Może i jestem nieczuły, ale z tego się cieszę. Wyjaśnię pod koniec. STURM UND DRANG, CZYLI BURZLIWE WERTERA PRZYPADKI W XVIII w. nastał okres Sturm und Drang - Burzy i Naporu, słowem: przedednia romantyzmu. W tym właśnie okresie Johann Wolfgang von Goethe napisał powieść, na której oprę treść tego akapitu: "Cierpienia Młodego Wertera". Werter zakochuje się w zaręczonej Lotcie. Uważa się za jednostkę wybitną, niedocenioną, drażnią go ludzie i obowiązujący porządek społeczny, uprzywilejowanie klas wyższych (wywodzi się z rodziny mieszczańskiej). Jego tytułowe cierpienia poznajemy w formie listów, pisanych przez niego do Lotty, do swego serdecznego przyjaciela Wilhelma... i to temu drugiemu zazwyczaj opisuje stan swojej duszy. Ten natomiast, przez miłość właśnie, nie rysuje się zbyt kolorowo: dopóki przebywa z Lottą, czuje się wspaniale, przepełnia go gorące uczucie (często tak gwałtowne, że nijak nie potrafi go opanować, a czasem nawet z nieomal ekstazy nagle przeradza się w rozpacz, np. płacze, gdy Lotta gra na fortepianie, choć przed chwilą jeszcze był zachwycony i napawał się każdym dźwiękiem, który niewiasta wydobywała z instrumentu). Ona wychodzi za narzeczonego (Alberta), Werter zaś - nadal pała gorącym, niszczącym go uczuciem. W końcu nasz udręczony młodzian popełnia samobójstwo. Lepiej już chyba miłości, przynajmniej tej toksycznej, nieodwzajemnionej, opisać nie można - Werterowi nie przynosi ukojenia natura ani samotność, które ubóstwiał, dzieci przypominały mu o rodzeństwie Lotty, z praktycznie każdym mijanym miejscem w Wahlheim wiązało się wspomnienie chwil wspólnie przez nich spędzonych... czy można wymarzyć sobie lepszą karę dla zajadłego wroga, niż takie właśnie uczucie? CIĘŻKOŚĆ SAMOTNICZEGO BYTOWANIA Człowiek jest istotą społeczną. Korci mnie, by zaprzeczyć, ale nie bardzo jest jak. W każdym razie: skoro jest istotą społeczną - potrzebuje innych, to akurat jasne. Niektórych, jak się okazuje po pewnym czasie, potrzebuje bardziej niż pozostałych. Dlaczego? Bo chcemy być kochani, bo kocha się ludzi takimi, jakimi są: z nosem prostym czy krzywym, z mniej lub bardziej ciętym językiem, dowcipem, ze wzrokiem sokolim lub odwrotnie, niedowidzących... Ludzie chcą miłości, bo ona gwarantuje (z pewnymi wyjątkami i marginesem błędu) właśnie poczucie akceptacji, bycia potrzebnym. Darzymy miłością i chcemy być kochani, chcemy, by kochając, otrzymywać miłość w zamian. To z kolei daje nam poczucie bezpieczeństwa, wiemy, że w ukochanej osobie możemy odnaleźć oparcie, że wysłucha nas ona, gdy będziemy chcieli zwierzyć się ze swych problemów, po prostu zrzucić część przygniatającego nas ciężaru. Gdy jest w pobliżu, czujemy się pewniej, bezpieczniej niż bez niej. Dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zrobić wszystko, powodowani tym zdradzieckim uczuciem. Ponadto kochamy, bo dla większości z nas miłość kojarzy się ze szczęściem, uczucie to uważane jest za jego synonim; czyżby kochając, automatycznie stajemy się szczęśliwi? Twierdzić tak mogą albo ludzie, którzy nigdy nie byli zakochani, wyjątkowo naiwni lub kochający głupio. To nie NASZA miłość daje nam przecież szczęście, ale miłość, będąca odwzajemnieniem naszej. Lub tylko jej pozory... Poza tym, chcemy mieć po prostu przy sobie kogoś, kto nas nigdy nie opuści (taką mamy nadzieję, kochając), znajdzie dla nas zawsze czas i na kogo możemy liczyć. Słowem: kogoś, kto nie pozwoli nam dostać się w boleśnie słodkie objęcia Samotności. Tutaj z kolei pojawia się pytanie: dlaczego Ludzkość tak bardzo obawia się samotności? czemu na stroniących od towarzystwa innych patrzy się krzywo, jak na dziwadła, wybryki natury? Jedni kochają życie w tłumie, więc czemu tak dziwi, że drugich bardziej satysfakcjonuje przebywanie wyłącznie z samym sobą? W samotności należy się odnaleźć, i tyle. Nie jest sztuką siedzieć cicho pośród tłumu; sztuką jest umieć się dogadać samemu ze sobą. Do tego jednak potrzeba ciszy i spokoju, których zazwyczaj w "stadzie" takim myślicielom brakuje... SPOJRZENIE CAŁKOWICIE SUBIEKTYWNE Ja osobiście uważam, że nie warto kochać. Z miłości wynika więcej problemów, niż korzyści: tęsknoty, obsesje, nerwice, zazdrość chorobliwa... Nie mówię tego tylko jako osoba zaznajomiona z przeżyciami innych w tej kwestii, ale też - niegdyś dotknięta tym nieszczęściem, wyciągnięta z tego patologicznego stanu umysłu przez przymusowe zastosowanie wyjątkowo bolesnej, acz skutecznej terapii. Otóż moim zdaniem miłość wybierają ludzie na tyle słabi, by MUSIEĆ mieć kogoś u swego boku, nie od czasu do czasu, w chwilach trudnych, lecz non stop; z jakiegoś powodu niedowartościowani lub niegdyś, w przeszłości, skrzywdzeni. Miłość sama w sobie nie jest słabością: jest POWODEM słabości (do kogoś) i jej WYNIKIEM. Nie potępiam ludzi, którzy kochają; w pogardzie mam tych, którzy bawią się, wykorzystują uczucia innych z pełną premedytacją. Dlaczego miłością tak gardzę? Bo moim zdaniem to Rozum, nie Serce powinien mieć władzę nad człowiekiem, nie Impuls, ale Namysł; nie Emocja, lecz Myśl. Kierowanie się tylko głosem Serca zmusza nas i doprowadza do działań nieprzemyślanych, z których konsekwencjami się nie liczymy, a to najgorsze, co może być. Chyba, że ktoś lubi najpierw lekkomyślnie podejmować decyzje, a potem psioczyć na ich skutki, nie dostrzegając własnej tępoty. A więc: będąc zakochanym, myśli nasze krążą tylko i wyłącznie wokół TEJ osoby; każda sekunda bez niej zdaje się być straconą; pędzimy do niej na złamanie karku, i nie możemy powiedzieć choćby "do zobaczenia", bo już Tęsknota wżera się w Serce; kładziemy się spać, myśląc o niej, gdy wstajemy, twarz jej/jego staje nam przed oczyma; "czy dziś się zobaczymy", "czy wszystko w porządku" - takie myśli nachalne błąkają się po naszym skołatanym, trawionym gorączką miłosną umyśle. Każdy pocałunek na wagę złota, im dłuższy, tym cenniejszy, najlżejszy dotyk wywołuje dreszcz przyjemny w ciele naszym, zapach persony umiłowanej prześladuje nas, czasem nawet nie dając zasnąć... Nikt mi nie powie, że jest to stan normalny. Dlatego miłość mam w głębokim poważaniu: wszystkie procesy decyzyjne są zakłócone przez jedno, głupie a mocne uczucie, którego nijak pozbyć się nie da... bo się tego NIE CHCE. Mnie tylko ciekawi, jak Wy postrzegacie tę Klątwę Ludzkości... i jak wiele Świętego Gniewu spłynie na mnie za nie do końca popularne poglądy ze strony zakochanych i uczucia pragnących. Tymczasem proponuję utwór na ostudzenia emocji... traktujący także o miłości, ale w mniej duchowym aspekcie, niż ja to opisałem Czekam na Wasze opinie. [media=]
  21. ...właśnie się nawróciłem. Od dziś składam modły i pokłony Jabłoniom, a Owoce Ich spożywam tylko raz do roku, w trzecią pełnię Księżyca.
  22. Nie kula, po prostu kanty były "spiłowane", obłe; dla porównania - zwykła kostka do gry. Postaram się coś naskrobać, wielkie dzięki Mam nadzieję, że część jeszcze nienapisana także Ci się - jako tako xD - spodoba
  23. Jakiś czas temu napisałem nieomal cykl fraszek. Jedne zabawne, inne mniej, ale wszystkie równie fajnie mi się pisało. Mam nadzieję, że i Wam się spodobają FRASZKA ANDROGENICZNA Ciało ma piękne, oczy cudowne, Spojrzenie zalotne, acz bardzo wymowne; Choć włosy ma długie, nie będę zań wył: Doszły mnie słuchy, że chłopak to był. FRASZKA BŁĘDNA Popełniłem błąd, pomyłkę straszliwą, Lecz to dlatego, żeś praktycznie Zatraciła estetycznie Cechy, co robią Cię dziewczyną. FRASZKA ROZBAWIONA Gdy patrzę na ciebie Lic mój się śmieje; Kiedy cię słyszę Ma dusza się kołysze Pośród sztormu rozbawienia; Ty ślesz mi spojrzenia Wzgardy pełne i obojętności - Od chichotu już bolą mnie kości. Jam ci obojętny? Śmiech mnie bezwzględny Przepełnia od środka Przez ciebie, moja słodka. *** Czerwonomrok znienacka oczy mi zalewa, W falach słodkości ciało me omdlewa. Zaciskam powieki nad wydrążonymi oczy: Odpływam; roztapiam się w rozkoszy. *** Bestia siedzi, patrzy głodnie, Patrzy za ofiarą swą; W trupy jej kryjówka obrodziła płodnie: Nim nowe ciało dopadnie ? zabić ją!
  24. Kolejna część Wilszczura. Mam nadzieję, że wciąż chcecie poznać dalsze losy Uwięzionej mimo "wspomnienia we wspomnieniu" Miłej lektury! Płakała. Nadal. Od jej przebudzenia minęły już trzy godziny; przez cały ten czas leżała skulona na posadzce, pogrążona w ciemnościach. Ogarnęło ją całkowite zwątpienie: w sprawiedliwość, ludzi, mężczyzn, świat i szansę na wydostanie się stamtąd za życia. No bo jakżeby inaczej? Nigdzie nie było drzwi do jej przeraźliwie wysokiej, wręcz przepastnej celi; nie pamiętała nic po rozprawie, prócz kolejnego ciosu w twarz. Samo skazanie jej na to więzienie było wręcz absurdalne, nie dano jej dojść do głosu, a całemu ?procesowi? przewodniczył tamten drań w czarnym płaszczu. Nie mogło być inaczej, musiała zostać uwięziona, nie miała żadnych szans, by wydostać się z opresji. Najlepszy adwokat by jej nie wybronił, nie kiedy miała przeciw sobie Trybunał, a zwłaszcza trzecią najsilniejszą i trzecią liczącą się w państwie osobę ? Pyrvusa Melfera. Jego wredny uśmieszek i okrutne, bezwzględne spojrzenie nadal nie dawały jej spokoju; widziała je za każdym razem, kiedy zamykała oczy. Słyszała jego słowa, odbijające się w ciszy od kamiennych ścian, nie burząc przerażającej ciszy mrocznej celi, wprowadzając w błąd jej słuch i doprowadzając ją do obłędu. Teraz jej życie nabrało sensu, nawet więzienie, choć nie było żadnych szans na wyjście na wolność, zdawało się mieć sens. Wcześniej, przed uwięzieniem, sens jej życiu nadawała miłość: jej serce ogrzewał cudownie rozkoszny żar płomienia odwzajemnionego uczucia. Teraz jej jaźń rozjaśniało potężny płomień nienawiści, krwawy ogień pragnienia zemsty, za którym krył się arcyksiążęcy syn, ze swoim krwiożerczym uśmiechem i błękitnymi oczami. To głównie oczy widziała, gdy powracało koszmarne wspomnienie rozprawy. Zamierzała im pokazać, do czego zdolna jest nienawidząca kobieta; zwłaszcza niesłusznie oskarżona. Usłyszała gdzieś nad sobą potworny zgrzyt, zaś chwilę potem brzęk i tykanie ogromnego mechanizmu. Usiadła na lodowatej podłodze, wpatrując się z przerażeniem w górę. Serce waliło jej jak oszalałe; czyżby to było coś, co miało ją zabić? Jakieś wymyślne, przerażające narzędzie tortur? ? Mam nadzieję, że nie obudziłem ? rozległ się kpiący głos następcy tronu. Był zniekształcony przez echo i hałas z góry, ale rozpoznałaby go wszędzie. Obok strachu zaczął rosnąć w niej gniew? i nienawiść. ? Niemniej mam nadzieję, że dobrze się spało? w miarę. Hałas nasilał się z każdą chwilą; był coraz bliżej, to było jasne. Tykanie doprowadzało ją swym spokojem i miarowością do szaleństwa. Budziło w niej lęk głównie dlatego, że nie wiedziała, co tak tyka i czemu ma służyć. Nie chciała się przekonywać, co to mogło być. Ani teraz, ani nigdy. Dopiero teraz doszedł do niej z góry ogłuszający syk. ? Wiesz dobrze, czemu cię tu zamknięto. Daj mi, czego chcę, a puszczę cię wolno. Jego głos był zimny. On nie prosił; składał propozycję, której odrzucenie mogło kosztować ją życie. Hałas przybierał na sile z każdą sekundą; przypominał tykanie ogromnego zegara. Coraz głośniejszy stawały się też szum i zgrzytanie. Odsuwała się, póki plecy nie napotkały kamiennej ściany; wtedy pozostało jej już tylko uniesienie głowy i oczekiwanie na rozwiązanie zagadki opuszczanego urządzenia. Nie mówiła kompletnie nic. Pomimo narastającej nienawiści, przerażenie okazało się silniejsze. Czuła się upokorzona. Strach powstrzymywał ją przed wyrzuceniem z siebie potoku wyzwisk pod adresem księcia. ? Jesteś bardzo milcząca ? zauważył z wyraźną nutą satysfakcji w głosie Pyrvus. ? Lubię takie. To niefortunne, że spotykamy się w takich akurat okolicznościach. Tak piękna kobieta doskonale odnalazłaby się w dworskim życiu, byłabyś adorowana przez wszystkich najważniejszych ludzi w Felmerii. Może nawet? dostałabyś propozycję małżeństwa od jakiejś koronowanej głowy? Z góry rozległ się jego okropny śmiech. Najbardziej zaskoczyło ją to, że był? szczery. ? O tak, wiele tracisz, odmawiając złożenia zeznań, na których nam zależy. Twój upór szkodzi tylko tobie. Nie nam, nie państwu, nie twojej rodzinie ani przyjaciołom, ale tobie. Dlatego powtarzam: powiedz nam tylko to, czego od ciebie oczekujemy. Wtedy będziesz wolna. Zgrzytanie, szczękanie i szum były coraz bliżej. Wczepiła się palcami w kamienną ścianę. Najgorszy jest strach przed nieznanym. Tak zawsze mawiał jej ojciec: przed pierwszym dniem w szkole dla dziewcząt, kiedy nie chciała spróbować nieznanej jej do tej pory potrawy? aż w końcu, pewnego słonecznego, wiosennego dnia, sam dał się ponieść temu najgroźniejszemu ze wszystkich rodzajów strachu. ? Nadal milczysz ? powiedział Melfer z lekkim zaskoczeniem i być może też? rozdrażnieniem? ? Więc dobrze. Sądzę, że już niedługo. Nie bój się jednak, nie będziemy cię torturować fizycznie. Za często? Niespodziewanie szum i zgrzytanie chwilowo przybrały na sile, zagłuszając monotonne tykanie; widziała jakiś majaczący wysoko nad środkiem celi obiekt o w miarę regularnych kształtach. Skoro nie zamierzali jej tutaj torturować, to czemu służyło wiszące nad nią ustrojstwo? Hałas ustał. Rozległo się teraz z kolei potworne, ogłuszające zgrzytanie, a gdzieś zza niego głos okrutnego członka rodziny arcyksiążęcej: ? Do zobaczenia na najbliższym przesłuchaniu, śpij dobrze! O ile zdołasz zasnąć? Przez zgrzyt rozległ się okrutny śmiech Pyrvusa. O dziwo, przerażająco dobrze współbrzmiał z owym straszliwym, mechanicznym hałasem. Jego śmiech rozbrzmiewał z góry do momentu, kiedy ustał zgrzyt, a zamiast niego rozległ się krótki, ale wyraźny odgłos zakleszczania się dwóch grubych, stalowych płyt. Gdy echo ucichło, pośród morderczej ciszy pozostało tylko tykanie. Wpatrywała się w ciemny, niemal niewidoczny kształt nad sobą. Niespodziewanie padł na nią szeroki, żółtawy promień światła. Oślepił ją, ostry ból przeszył jej oczy, głowę rozsadzał ból, którego samo centrum umieszczone było pomiędzy brwiami; upadła na kolana, zakrywając twarz dłońmi, zaciskała powieki, tarła je, krzyczała z bólu i zaskoczenia. Tymczasem pięć lub więcej metrów nad posadzką i kulącą się z bólu kobietą ogromna machina rozbłysła światłem; miała kształt stalowego sześcianu o zaokrąglonych kantach, doskonale widoczne były nity i łączenia, dzięki którym cała bryła trzymała się w jednym kawałku. W podstawie sześcianu umieszczona była wielka, oświetlona tarcza zegarowa; gdyby tylko mogła spojrzeć w górę, zobaczyłaby, jak porusza się ogromna wskazówka sekundowa przy wtórze głuchego, intrygującego w tych warunkach odgłosu. Z przeciwległych ścian machiny wystawały pracujące tłoki, rzucające cień na ściany; z drugiej pary boków dobywało się światło poprzez obracające się zębatki mechanizmu zegarowego, rzucające fantastyczne cienie. Mechanizm umieszczony był na niknącej w ciemnościach, teleskopowej rurze, po której spływały pojedyncze kropelki wody. Spomiędzy poszczególnych elementów wysięgnika czasem wydobywały się obłoczki pary przy akompaniamencie krótkiego, ostrego syku. Para czasem dobywała się też z samego zegara, buchała ze ścian przez otwory na wielkie zębatki i spomiędzy tłoków. Mechanizm nie był jednak doskonały ? jakiś element uderzał co pewien czas w jedną ze stalowych ścian, łomocząc straszliwie, przy czym ów hałas rozlegał się nieregularnie, doprowadzając ją po dłuższym pobycie tam nieomal do obłędu. Teraz o tym nie myślała, obchodził ją tylko straszliwy ból oczu i głowy od zalewu żółtego, brudnego, sztucznego światła; miała wrażenie, że pęknie jej głowa, jej czaszka eksploduje, rozsiewając mózg na ściany i posadzkę, rosząc zimne, wilgotne kamienie krwią. Pod zaciśniętymi powiekami widziała w chwilach największego bólu lodowate oczy i szyderczy, podły uśmiech następcy tronu arcyksiążęcego. Wtedy przepełniał ją nie tylko fizyczny ból, ale też bezsilna wściekłość: samo wspomnienie tych niesamowitych, okrutnych oczu i przerażającego, szaleńczego, sadystycznego śmiechu, który rozbrzmiał na sam koniec rozprawy w pogrążonej w półmroku sali nieokreślonych rozmiarów. Moment odzyskania przez nią przytomności zapisał się w jej pamięci przede wszystkim, a być może nawet ? wyłącznie dzięki niesamowitej, niemal namacalnej ciszy, panującej w pomieszczeniu. Siedziała pomiędzy dwoma żołnierzami na drewnianej ławie, pierwszej spośród przynajmniej sześciu rzędów. Nad środkiem sali wisiał wielki kandelabr, i choć widziała na nim mnóstwo nadtopionych świec, z których zaschnięty wosk utworzył obrzydliwe, tłuste sople, zwisające nad obradującymi w komnacie, zapalona była zaledwie co trzecia świeca; do tego z szesnastu świec, umieszczonych w uchwytach w kształcie smoków, paliły się tylko cztery, rozmieszczone strategicznie ? tak, by widzieć tylko najważniejszy obiekt w komnacie i właściwie nic poza tym. Obiektem tym był ogromny, nakryty czerwonym obrusem stół w kształcie podkowy, za którym siedziało trzynastu ludzi. Rozstawione z rzadka na blacie świeczniki oświetlały twarze siedzących migotliwym, niepewnym blaskiem, zaś ona, przerażona, bez trudu rozpoznała skrytą w cieniu twarz siedzącego na honorowym miejscu mężczyzny. Głowa dumnie podniesiona, skierowana w jej stronę, oraz niewątpliwie wykwitły na jego ustach szeroki uśmiech nie dawały jej złudzeń co do jego osoby. Jedna z kilku głów przez przypadek lub nie odwróciła się w jej stronę. Zobaczywszy, iż siedząca między żołnierzami zdezorientowana kobieta odzyskała przytomność i rozgląda się z niepokojem po pomieszczeniu, obwieściła wszystkim obecnym: ? Oskarżona się obudziła! Do tej pory niespokojni ławnicy przestali kręcić głowami, rozglądać się i szeptać między sobą. Siedzący po lewej stronie oprawcy mężczyzna o siwych, matowych włosach skierował na nią swoje przenikliwe spojrzenie zielonych oczu. ? Arsegato Mortag, zostałaś oskarżona o przynależność do niebezpiecznej, nielegalnej grupy religijnej o charakterze skrajnie antypaństwowym, udział w obrzędach magicznych, spisek przeciwko arcyksięciu Felmerii, miłościwie nam panującemu Jego Oświeconej Wysokości Siegemundowi Melferowi, opór przy aresztowaniu oraz? ? rzucił ciężkie spojrzenie siedzącemu z pochyloną głową, jakby rozkoszującemu się każdym słowem aktu oskarżenia młodzianowi ? ?obrazę majestatu. Czy masz coś na swoją obronę? Nie odpowiedziała. Była zszokowana, zdezorientowana i przede wszystkim ? pewna, że tak czy inaczej wyrok w żadnej mierze nie będzie łagodny. O uniewinnieniu nie mogło być mowy, dopóki między nimi siedział ten zawzięty padalec. Mężczyzna zwrócił się do niej po raz kolejny: ? Arsegato Mortag, czy masz coś na swoją obronę? Nie odezwała się ani słowem, sądząc, że to tylko jakiś koszmar. Siedziała między dwoma żołnierzami, przed nią siedziało trzynastu ludzi, którzy bez względu na wszystko wydadzą wyrok skazujący, ponieważ jednym z nich jest Pyrvus Melfer. Nie doczekawszy się odpowiedzi, mężczyzna już otwierał usta, by zadać jej ponownie pytanie o zeznania, jednak szybszy okazał się książę ? wstał z miejsca i zwrócił się do siedzących za stołem sędziów: ? Sędziowie Trybunału! Sądzę, że nie ma sensu prosić jej o usprawiedliwienie tych odrażających zbrodni, których zdążyła się dopuścić w ciągu swego krótkiego życia. Fakt, że należy do grupy otwarcie krytykującej nie tylko rządy mego ojca, Radę Państwową Najwyższą i służby, utrzymujące porządek w całym państwie, ale też samą formę ustroju panującego w naszym kraju, mało tego! Zarzuca instytucjom państwowym liczne kłamstwa, nieprawidłowości oraz subiektywność wydawanych przez nie decyzji, ale, co najgorsze, brała czynny udział w obmyślaniu działań, mających na celu sterroryzowanie kraju poprzez sparaliżowanie tych instytucji w sposób niebezpieczny dla obywateli oraz obalenie obecnego rządu i arcyksięcia na drodze krwawej rewolucji bądź za sprawą serii zamachów, których celami mieliby być najważniejsi działacze państwowi, sprawia, że przepełnia ją wstyd ? z powodu popełnionych czynów lub tego, że została pojmana, dlatego nie odezwie się ani słowem. ? Książę, wybacz moją śmiałość ? odezwał się ktoś ? ale nie możemy stwierdzić, co ta grupa zamierza zrobić, a co za tym idzie: jak. Aby się tego dowiedzieć, musimy zdobyć zeznanie oskarżonej. Z tego, co słyszałam, została potraktowana w sposób, który wyklucza zaskoczenie zachowaniem siedzącej na tej ławie kobiety. Głowy wszystkich sylwetek poruszyły się nerwowo, szepcząc między sobą i rzucając niespokojne, pełne ciekawości spojrzenia to w stronę młodego Melfera, to na osobę, która właśnie skrytykowała najbardziej chyba niebezpieczną osobę w państwie. Melfer sam także odwrócił się do przedmówczyni. ? Droga pani sędzio ? zaczął uprzejmie, choć w jego głosie dało się słyszeć wyraźnie napastliwy ton i zapowiedź jadu, mającego w sposób jak najbardziej subtelny, ale zauważalny dosięgnąć kobietę za ławą Trybunału. ? Oczywiście, że wiemy. Gdybyśmy nie wiedzieli, my, a także i ta kobieta, byśmy tu nie siedzieli. Kilku działaczy owego zbrodniarskiego, niemoralnego ugrupowania zostało już pojmanych, i choć część ich zeznań jest ze sobą zbieżna, to druga część budzi wątpliwości pewnymi nieścisłościami, i musimy te właśnie nieścisłości wyjaśnić. Ponieważ została wymieniona jako jedna z działaczek owej grupy, znalazła się tutaj. Mało tego! Została wskazana jako jedna z głównych aktywistek, biorących udział w spiskowaniu przeciw koronie. Ponieważ nie chce odpowiedzieć, oznacza to, iż zapisana w jej zbrodniczych, występnych genach zatwardziałość kryminalisty nie pozwala jej przyznać się do winy, nawet, jeśli oznacza to dla niej mniejsze cierpienia i łagodniejszy wyrok. Czasem mam wrażenie, że jest pani za mało obiektywna, pani sędzio, jednak ten temat przemilczę, jeśli pani pozwoli, i powrócę do sprawy milczenia tej kobiety. Spiskowała ? wiemy o tym i my, i ona, ale nie chce się przyznać, gdyż wtedy zawiedzie siebie i zdradzi tych łajdaków, nie obchodzi jej zupełnie, że uchroni tym państwo przed całkowitym upadkiem ? i władzy, i moralnym, o gospodarce i kondycji morale oraz patriotyzmie nie wspominając. Wie, że wszystko, co zostało jej zarzucone, to szczera prawda, więc będzie szła w zaparte; spodziewałem się tego i na mocy danej mi przez arcyksięcia Felmerii kazałem umieścić ją na Poziomie Czwartym tego więzienia. Zostanie tu do czasu, gdy złoży zeznania? lub postrada żywot. Co do tego chyba nie ma pani zastrzeżeń, czy mam może przyprowadzić tu także pani syna? ? Uśmiechnął się przebiegle. Tamta zesztywniała. Odwróciła się powoli do Arsegaty. ? Arsegato Mortag, czy masz coś na swoją obronę? Książę Melfer zwierzył się nam, iż najchętniej posłałby panią na długie, bolesne tortury, by w ten sposób wyciągnąć z pani odpowiednie zeznania. ? Wyrok będzie łagodny ? wtrącił się błyskawicznie Melfer ? jeśli podasz nam nazwiska pozostałych członków sekty. Zdradź nam wasze plany, przyznaj się do spiskowania przeciw państwu i pomóż nam wyłapać ten zepsuty, zdradziecki element. Opisz, co robiliście podczas ceremonii. Kto brał w tym udział. Gdzie i kiedy się spotykaliście. O czym rozmawialiście. Powiedz nam to, a wyrok będzie łagodny. ? Panno Mortag ? powiedziała kobieta, próbująca nie tyle pomóc Arsegacie, co pokrzyżować szyki Melferowi i nie dopuścić, by w trakcie przesłuchania doszło do kolejnego ?niefortunnego zejścia śmiertelnego?. ? Proszę powiedzieć, czy ma pani coś na swoją obronę? ? Tak ? wybełkotała Arsegata. Nadal była mocno zdezorientowana. ? Owi więźniowie kłamali bądź to państwo się pomylili, bo choć faktycznie jestem Arsegatą Mortag, to nie brałam nigdy udziału w żadnych tajnych spotkaniach, ceremoniach czy tym bardziej... ? Kłamiesz! Mamy świadków! ? Kogo? Pijaczków? Okolicznych bezdomnych, zdolnych powiedzieć wszystko, co im każecie z obawy o własne zdrowie i życie? ? TO ZNIEWAGA! ZNIEWAŻYŁA TRYBUNAŁ! ? W głosie Melfera brzmiała kpina. ? Straże! Uciszyć ją! Arsegata poczuła kilka ciosów na twarzy, dostała nawet kopa w brzuch. ? Dobrze, dosyć już ? rozległ się głos księcia, zaś strażnicy natychmiast odstąpili od bicia kobiety i usiedli znów po obydwu jej stronach. ? Teraz Trybunał podejmie decyzję w sprawie wyroku. Członkowie Trybunału zaczęli gorączkowo szeptać między sobą, lecz do pobitej, zdezorientowanej Arsegaty docierały tylko szumy i fragmenty wyrazów, które nijak nie mogły jej pomóc w ocenieniu swoich szans na uniewinnienie. Zamknęła oczy w oczekiwaniu na decyzję Trybunału. Błagam, żeby wyrok był uniewinniający. Żeby mnie uniewinnili, błagam, błagam, błagam? Jakie uniewinnienie? Tam jest Melfer. Na uniewinnienie nie ma szans. Pójdziesz do więzienia, a potem na tortury. ? Arsegato Mortag! Otworzyła oczy; książę górował nad członkami Trybunału, stojąc za wielką ławą. Jego podniesiony głos napełnił ją lękiem, wiedziała bowiem, co powie. ? Zostałaś skazana na czterdzieści lat więzienia w Samotni na Poziomie Czwartym, bez prawa do widzeń i wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym. ? Jego pogrążona w cieniu twarz przybrała tryumfalny, przebiegły wyraz: uniósł głowę wyżej, a ogólny zarys fizjonomii wskazywał na szeroki uśmiech. ? Chyba, że powiesz nam wszystko, co chcemy wiedzieć. Wtedy zostaniesz nie tylko zwolniona ze skutkiem natychmiastowym, ale ? co ważniejsze ? z pewnością dożyjesz w spokoju swoich dni. Tutaj nie dożyjesz końca wyroku, zadbam o to, i tego możesz być pewna. ? Chwycił jeden ze świeczników i przybliżył go sobie do twarzy, tak, by dobrze go widziała: jego roziskrzony wzrok i szeroki, okrutny uśmiech. ? Wydaj nam innych członków sekty. Tylu, ilu pamiętasz. Daj nam ich nazwiska i adresy. Powiedz, o czym rozmawialiście. Jak wyglądały ceremonie i obrzędy, w których braliście udział. Zdradź nam szczegóły spisku. Powiedz nam to, a zobaczysz swoje wnuki w dniu, kiedy pójdą do szkoły. Jeśli zdecydujesz się za późno, możesz nie mieć nawet dzieci, dlatego zastanów się dobrze. Podpisz te dokumenty, podaj nam nazwiska działaczy sekty, a będziesz wolna. ? Ale ja nie należę do żadnej sekty! ? Arsegata zerwała się z ławy oskarżonych, jednak dwaj żołnierze błyskawicznie złapali ją za ręce i przytrzymali. ? To kłamstwo! Nie należę do żadnej sekty! Nie znam nikogo, należącego do jakiejkolwiek nielegalnej organizacji! ? W takim razie pozostaje nam tylko jedno ? skwitował Melfer. ? Straże! Zabrać ją na Poziom Czwarty! Arsegata zaczęła wyrywać się z rąk żołnierzy jeszcze żywiej. Chciała dopaść do stołu, za którym siedział Trybunał z Melferem na czele. Chciała dopaść tego drania i udusić go gołymi rękoma, za wszystkie zęby, których brak wyczuła w trakcie rozprawy. Za krew, lepiącą jej włosy, za zdemolowanie jej domu, ba! Doprowadzenie go do kompletnej ruiny! Wiedziała, że nie ma szans tam wrócić, ale sądziła, że gdyby jakimś cudem udałoby jej się tego dokonać, zastałaby nie dom, kupiony za ciężko zarobione pieniądze, ale opustoszały, pozbawiony drzwi i okien budynek, będący od czasu jej aresztowania hotelem dla żebraków, uliczników, bezdomnych, drobnych złodziejaszków i wędrownych alkoholików. Pewnie znalazłoby się tam i kilku opiumistów. Diabli z całą pewnością wzięli porcelanę, którą dostała z okazji rocznicy podjęcia pracy w dotychczasowym miejscu jej zatrudnienia? ? NIE! ? krzyczała, walcząc z silniejszymi żołnierzami. ? NIE! NIE MOŻECIE MI TEGO ZROBIĆ! NIE! NIE MOŻECIE! NIE MACIE PRAWA! Pyrvus nadał stał, patrząc na zakrwawioną, szamoczącą się kobietę. Skinął głową na żołnierzy, by przyprowadzili ją do niego. Ci natychmiast wykonali rozkaz i przywlekli ją brutalnie przed oblicze arcyksiążęcego syna. Nadal próbowała wyrwać ręce z uścisku żołnierzy, jednak zapał jej znacznie ostygł, znalazłszy się tak blisko znienawidzonego młokosa. Wpatrywała się w jego pogrążoną w mroku twarz, w miejsce, gdzie powinny być oczy. ? Panno Mortag ? powiedział spokojnym, przymilnym tonem Wielki Książę Felmerii, przybliżając twarz do twarzy roztrzęsionej, okrutnie zbitej kobiety, chwytając najbliższy świecznik i przysuwając go do siebie tak, by oświetlona została jego twarz. ? Została pani skazana? praktycznie na dożywocie. Możesz się wykupić tylko w jeden sposób. A tymczasem? miłego gnicia w lochach Samotni! Roześmiał się okrutnie. Śmiał się i śmiał, a ona, odciągana od niego przez żołnierzy wpatrywała się wściekle, milcząc, w jego lodowate oczy. Nie przymknął ich bowiem, śmiał się prawie bez opamiętania, z szeroko otwartymi oczyma, jakby nie chciał stracić ani sekundy z tej właśnie chwili. Nie chciała zostać wywleczona z tej sali w ten sposób. Nie chciała, by w jakikolwiek sposób wzięli ją za słabą. ? NIC WAM NIE POWIEM! NIC! SŁYSZYCIE? NIC! Zaczęła się wyrywać, szarpała się, miotała, wrzeszczała, ile sił w płucach? a Melfer tylko stał i śmiał się z niej, słysząc jej wściekłe krzyki. Jego śmiech odbijał się echem po komnacie i w jej głowie, doprowadzając ją do jeszcze większej furii. W końcu Pyrvus swym nieprzerwanym śmiechem tak ją rozwścieczył, że o mały włos nie wyrwała się mundurowym. ? No, uciszcie ją, znacie się na tym ? zakrzyknął do żołdaków arcyksiążęcy syn, ledwo opanowując atak śmiechu. ? Polecam cios kolbą karabinu w twarz. Przy wtórze na nowo rozlegającego się okrutnego śmiechu Pyrvusa na twarz Arsegaty spadł cios pięścią, ułamek sekundy zaś potem po raz kolejny w tak krótkim czasie poczuła zimne uderzenie kolby. Wyniesiono ją bez większych problemów z komnaty. Śmiech Melfera nie ustawał. Ciąg dalszy (może) nastąpi
  25. XMirarzX

    Wilszczur - część II

    Będzie WIĘCEJ konkretów, nie mogę podać wszystkiego na tacy, prawda? Sądzę, że broń palna z XIX w. będzie pasować do tego uniwersum, już się o to postaram
×
×
  • Create New...