Jump to content

XMirarzX

Forumowicze
  • Content Count

    295
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

-1 Słaba

About XMirarzX

  • Rank
    Człowiek
  • Birthday 01/09/1995

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  1. Może zależy od źródła. Akurat oparłem się na informacjach z Wiki.
  2. @Copara Bardzo możliwe. Co nie zmienia faktu, że nie wszystkie wpadające w ucho piosenki nas przeżyją Chociaż kto wie, może za pięć dekad ktoś uzna, że nieśmiertelne jest np. "Ona tańczy dla mnie" czy inna "Ruda jest moja". Z drugiej strony, to zależy tylko od gustu, bo dla mnie - nie bijcie - w "Nothing else matters" czy "Smells like teen spirit" nie ma nic wyjątkowego, a dla większości moich znajomych są one nie tylko obowiązkowe, ale też niepowtarzalne.
  3. Ależ bardzo proszę Osobiście nie przepadam za coverami, wolę słuchać oryginału, choć przyznaję, niektóre z nich są naprawdę fajne, np. metalowa wersja motywu głównego z Doktora Who, polecam
  4. Po dość długiej nieobecności spowodowanej różnymi głupotami i pierdołami mniejszymi lub większymi (ach, matura...), powracam do cyklu Utworów Nieśmiertelnych. Dziś zaprezentuję w stu procentach nieśmiertelny utwór, który znać po prostu MUSI każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z tak zwaną kulturą, nawet masową - a być może ZWŁASZCZA z nią, zważywszy na fakt, że podobnie jak "O Fortuna" Orffa jest często wykorzystywany w reklamach i filmach. Mowa oczywiście o Kanonie D-dur Johanna Pachelbela. Datę skomponowania Kanonu szacuje się na okolice 1680 roku. Utwór zdobył sporą popularność w swojej epoce, jednak odkryty na nowo został pod koniec lat 70. ubiegłego wieku za sprawą niejakiego Jeana-François Paillarda oraz jego orkiestry. Jeśli wierzyć cioci Wiki, nawiązania do niepozornego arcydzieła Pachelbela znajdują się w takich utworach, jak: "Basket Case" Green Day "Cryin" Aerosmith "Maciek ja tylko żartowałem" Kazika Staszewskiego i wielu innych, których wykonawców jednak w żaden sposób nie kojarzę.
  5. @up Wiesz, z pewnością byłoby ich więcej, gdyby nie szkoła i trudności natury finansowej. Ponadto nie wpisywałem książek, które czytałem po raz wtóry
  6. Spis i recenzje książek, które przeczytałem w roku ubiegłym. Mam nadzieję, że uda mi się kogoś zachęcić do przeczytania choć jednej z niżej wymienionych pozycji. LÓD - Jacek Dukaj Książka nabyta w dniu urodzin mojego ojca, choć długa niemal boleśnie, okazała się pomimo gabarytów zaskakująco ciekawa. Rok 1924, Warszawa. Benedykt Gierosławski, warszawski matematyk, zostaje nawiedzony przez dwóch czynowników carskiego Ministerjum Zimy. Dostaje zadanie odnalezienia swego ojca na dalekiej Syberii, gdzie prężnie rozwija się przemysł choładniczy i zimnazowy. Już podczas podróży Transsibem uwikłany zostaje w najróżniejsze gierki i intrygi, a to dopiero początek drogi... Książka, licząca 1045 stron, z carskim orłem wyrzeźbionym z lodu na okładce, opatrzona nazwiskiem Dukaja. No cóż, pomyślałem, dlaczego nie spróbować? Tak też, choć z pewnymi oporami, zostałem wciągnięty w świat, gdzie z powodu stopniowego zamarzania Europy i świata Wielka Wojna nie wybuchła, Kraj Przywiślański dalej leży w granicach Cesarstwa Rosyjskiego pod berłem Mikołaja II, zaś Rosja bogaci się dzięki złożom tungetytu i zimnaza, wydobywanym na Syberii. Pojawiają się tu takie postaci, jak Piłsudski, Tesla czy Rasputin, gaspadin Jerosławski napotyka na swojej drodze intrygi czynowników Ministerjum Zimy, arystokracji i fabrykantów, lute, marcynowców, fiodorowców i inne stronnictwa silnie powiązane z Lodem lub równie silnie mu niechętne. Lektura prócz dumy z przebrnięcia przez tę lodową cegłówkę oferuje nie tylko barwny język epoki (sam Gierosławski często zaciąga z rosyjska, charakterystyczna dla międzywojennej Polski pisownia niektórych wyrazów i sformułowań), ale też rozważania nad Prawdą, Kłamstwem, samym Istnieniem. Jeśli masz wystarczająco dużo czasu, nie masz się czego bać. P.S. Z tą książką chodziłem pod pachą po korytarzu. O zakładce, którą dostałem od mojej koleżanki z klasy, ze względów polityczno-patriotycznych nie wspomnę, choć było zabawnie. VATERLAND - Robert Harris Ponoć kultowa książka, na podstawie której powstał w 1994 film pod tym samym tytułem. Co prawda, po raz pierwszy usłyszałem o niej, czytając o... kondycji nazistów w literaturze w którymś Focusie, potem jednak zapomniałem o niej. W oczy rzuciła mi się w księgarni przypadkiem, chyba tylko dzięki Bramie Brandenburskiej, Krzyżowi Żelaznemu i, muszę przyznać, świetnie dopasowanej czcionce tytułu. Niedługo potem była już moja. 1964. III Rzesza zwyciężyła i przeżywa okres swego rozkwitu. Aryjskie imperium sięga od Alzacji-Lotaryngii aż po Ural, gdzie nadal toczone są zacięte walki z partyzantami radzieckimi. Między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi trwa zimna wojna; okazja do ocieplenia stosunków pomiędzy mocarstwami nadarza się, gdy do Berlina przylecieć ma John Kennedy. W międzyczasie znalezione zostają zwłoki jednego z wpływowych członków NSDAP. Śledztwem zajmuje się Xavier March, oficer Kripo. W trakcie śledztwa dokonuje on odkrycia, które może doprowadzić do załamania się potęgi Rzeszy oraz ukazania okrucieństwa nazistów. Doskonały thriller: czyta się w napięciu, nie chcąc przerywać lektury ani na chwilę. Sprawa początkowo zdaje się banalna, stopniowo akcja się rozkręca, a samo morderstwo nabiera swego rodzaju głębi. Wątki poboczne, oparte na faktach (np. dzieła sztuki) doskonale uzupełniają fabułę i wprowadzają w swego rodzaju niepewność. WILCZY LEGION - Adam Przechrzta Jako zatwardziały piłsudczyk niemal instynktownie wychwyciłem zdjęcie Marszałka na okładce. sięgnąłem z ciekawości - opis jak zawsze niewiele mówiący, ale wzmianka o energii bardziej niebezpiecznej niż elektryczność zafascynowała mnie bardziej, niż można by się spodziewać. Myślałem, że chodzi o atom. Co prawda pomyliłem się, jednak było warto. Akcja książki rozpoczyna się w 1938, może 1939 roku - trudno stwierdzić jednoznacznie, bowiem data nie została podana. Major Johannes Krohne służy w polskiej Dwójce, zajmując się likwidacją niebezpiecznych elementów politycznych i wywiadowczych. Musi toczyć bój nie tylko z agentami radzieckimi, ale też niemieckimi, takimi jak Gerhard Glube, as wywiadu Trzeciej Rzeszy. Ponieważ nie godzi się opowiadać książki, wspomnę tylko, że w międzyczasie Krohne styka się także ze ściganym nawet przez OGPU Łowcą, byłym agentem tejże organizacji o niezaspokojonej żądzy krwi, morderstwami w luksusowym domu publicznym oraz tajemniczą kobietą. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie że książka nie jest zbyt interesująca. Po chwili wrażenie to mija, a czytelnik daje się wciągnąć w świat majora Krohnego, aparatów odycznych i leczonego za ich pomocą, dogorywającego z powodu nowotworu Marszałka. Zmagania "dwójkarza" z obcym wywiadem, dziwnymi morderstwami w luksusowym domu publicznym "Raj" oraz problemami natury osobistej w ostateczności pochłaniają czytelnika. Autor jest historykiem, dzięki czemu realia Drugiej Rzeczypospolitej, choć nieco zmodyfikowane, oddane są bardzo ładnie, zaś wszelkie informacje o działaniach wywiadu, ich wyposażeniu i wyszkoleniu (jak np. stosowane przez agentów ZSRR tzw. SAM czy wschodnie sztuki walki, wykorzystywane przez Polaków) zawarte w książce wyjaśnione zostały obszernie w posłowiu, cennej skarbnicy wiedzy (choć szczątkowej, najpotrzebniejszej) dla zainteresowanych historią, w szczególności okresem międzywojnia. AMERICAN PSYCHO - Brett Easton Ellis Powszechnie chyba znany film, nierzadko uważany za kultowy (przynajmniej w niektórych z kręgów, wśród których się obracam), powstał na podstawie książki. Gdy tylko zwróciłem uwagę na wzmiankę o niej w napisach początkowych postanowiłem znaleźć ją, zdobyć i przeczytać. Z czasem zapomniałem o niej, jednak rzuciło mi się w oczy pewnego razu wydanie kieszonkowe ze znajomym tytułem na okładce. Za szesnaście złotych kupiłem miesiąc wyjątkowo brutalnej, naładowanej okrutnym, acz rozbrajającym poczuciem humoru lektury, ukazującej groteskowo przerysowany, lecz zaskakująco prawdziwy zarazem obraz amerykańskiego społeczeństwa pod koniec lat 80. z punktu widzenia psychopatycznego przedstawiciela yuppies. Patrick Bateman pracuje w dużej korporacji. Bogaty, pożądany przez kobiety, wie, z czyjej (i której) kolekcji pochodzi dana część garderoby osoby stojącej przed nim, przechodzącej obok lub tylko przewijającej się gdzieś w tle, podążający za modą, przystojny, wyrzeźbiony, obeznany w towarzystwie i nocnym życiu miasta. Zdawałoby się - ideał. W pewnym sensie owszem, niemniej na tym nieskalanym wręcz obrazie 27-letniego człowieka sukcesu znajduje się niewidoczna na pierwszy rzut oka rysa - Bateman wdaje się w romans z narzeczoną swojego "kumpla" i uwielbia wyrafinowanie mordować prostytutki i bezdomnych. Czasem nie oszczędza nawet "kolegów" z pracy. Jak już wspomniałem, film z Christianem Bale'em w roli głównej jest u nas bardziej popularny niż książka, przy czym książka zawiera więcej scen brutalnego, wyuzdanego seksu, jeszcze brutalniejszych morderstw (znacznie więcej) i okrutnie szczegółowych opisów morderstw. Język, choć miejscami wyjątkowo dosadny i nieomal uwłaczający literaturze, okazuje się idealny, gdy przedstawiane są sceny erotyczne, jak obydwie tego typu sceny z filmu z udziałem niejakiej Christie. Jeśli cenicie sobie dość absurdalny i/lub czarny humor, przewalające się z niesamowitą częstotliwością tony wnętrzności i hektolitry krwi, morderstwa na bezdomnych, prostytutkach czy po prostu ostro opowiedziane sceny "łóżkowe", szczerze polecam. Jednak w innym przypadku nawet nie dotykaj tej książki, odrzuci Cię smród zgnilizny, krwi i gotowanego mięsa. (Nie pytajcie). MALEUS MALEFICARUM - Jacob Sprenger, Heinrich Kramer Spisana przez Jakuba Sprengera i Heinricha Kramera do dziś budzi postrach. Niestety, w wydaniu, jakie trafiło w moje ręce zawarte są tylko dwie pierwsze części dzieła, traktujące odpowiednio o czarach i sposobach zapobiegania ich skutkom. Niestety trzecia część, opisująca samo postępowanie sądowe przeciw czarownicom, nie została tam zamieszczona ku memu wielkiemu zawodowi. Niestety, oprócz kilku zabawnych (z perspektywy czasu) "dowodów" na istnienie diabła i czarów oraz nielogiczności w iście chrześcijańskim stylu ("zabobon" jest zły, ale odmawianie modlitw nad chorym człowiekiem lub zwierzęciem i tego typu obrządki już nie, albo teza, jakoby czarownice i czarownicy mogli rzucać czary tylko, jeśli Bóg im na to pozwoli) w książce nie znalazłem niczego, co mogłoby wzbudzić we mnie jakikolwiek dreszcz strachu czy obrzydzenia, jednak winą za to obarczam wydawnictwo - w końcu najciekawszej części dzieła nie zamieścili. Niemniej warto przeczytać, jeśli interesuje kogoś spojrzenie na czary pod koniec średniowiecza (książkę wydano w 1487) i, poniekąd, magia. 2856 KROKÓW - Andrzej Pilipiuk Zbiór opowiadań, na który polowałem od pewnego czasu - bezskutecznie, z powodu niedostatku pieniędzy lub, jeśli pojawiły się środki, braku czasu bądź... książki na półkach! Niemniej dzięki mej uroczej dziewczynie dostałem ją pod choinkę, lektura zajęła około trzech dni. Jak na pierwsze spotkanie z Pilipiukiem i jego twórczością, nie było wcale tak źle, nie zostałem odrzucony przez styl pisarza lub same jego utwory, co jednak czasem się zdarzało. Tytułowe "2856 kroków" przedstawia losy polskiego lekarza w Norwegii, walczącego zarazą. Wspomnianego lekarza, Pawła Skórzewskiego, spotykamy także w innym opowiadaniu z tego zbioru. Utrzymane w podobnej stylistyce, bardzo ładnie napisane. Pozostałe opowiadania jakby nieco pozostawały w cieniu tychże dwóch, jednak czyta się je wszystkie szybko, łatwo i przyjemnie. Jak już mówiłem, zbiór ten czyta się szybko i przyjemnie, jednak z jednym opowiadaniem miałem drobny problem. Polska jako kolos na gliniano-atomowych nogach bez (?) broni nuklearnej, którą zastraszyła świat, oraz podległa jej Ukraina, gotująca się do wojny z Rzeczpospolitą, w której miałaby znaczącą przewagę w sprzęcie... tego akurat łatwo mi się nie czytało. Niemniej polecam gorąco.
  7. XMirarzX

    SPAM

    Żeby nie użyć słów wulgarnych powiem tylko, że mnie z tzw. równobieżni ostro wyprowadziło po 89-99 komentów pod kilkoma wpisami, a nie dałbym rady tego skasować w jeden wieczór, będę musiał po prostu rozłożyć na raty. Znam regulamin, m.in. część o pornosach na forum i blogach, mimo to nie zamierzam ryzykować.
  8. XMirarzX

    SPAM

    Kompletnie nie wiem, o co chodzi, ale mój blog - zresztą i tak rzadko odwiedzany i przez Was, i przeze mnie - został doszczętnie ZASPAMIONY bezsensownymi komentarzami w języku angielskim... z odnośnikami do stron porno, jak sądzę. Dlatego ogłaszam, co następuje: 1. Osobom niezarejestrowanym na Forum odebrane zostaje prawo do publikowania komentarzy na PoLitBlogu. 2. Wszystkie komentarze użytkowników zarejestrowanych na Forum, dla stuprocentowej pewności, będą poddawane cenzurze (zatwierdzanie i odrzucanie) przez Centralny Komitet Wykonawczy. Nie powiem, nie jestem zadowolony ani z sytuacji na PoLitBlogu, ani ze środków, jakie zostałem zmuszony podjąć, ale... 110 STRON SPAMU Z KOMENTARZY? W KÓŁKO TO SAMO, TA SAMA PSEUDOROZMOWA, POD KAŻDYM WPISEM? Odczekam tydzień, mam nadzieję, że zostaną skasowane automatycznie. Do tego czasu PoLitBlog i Centralny Komitet Wykonawczy zapadną ponownie w głęboki letarg blogowy.
  9. Z całego serca przepraszam wszystkich, których w jakikolwiek sposób uraził mój poprzedni wpis (chociaż osobiście nie widziałem w nic obraźliwego), spieszę też donieść, iż został usunięty. Wydźwięk faszystowski był osiągnięciem całkowicie niezamierzonym, zaś sama nowomowa partyjna, którą wpis został napisany, użyta została dla żartu. Celem wpisu nie było namawianie do nienawiści rasowej lub innej, lecz zwrócenie uwagi na zakłamywanie historii naszego kraju i przedstawianie nas, Polaków, w negatywnym świetle przez zagraniczne media. No nikt mi nie powie chyba, że jako Polak zareagowałem źle, wyrażając swoje oburzenie? (Fakt, źle ubrane w słowa.) Wzmianka o żydowskich korzeniach Debbie Schlussel wzięła się stąd, że po prostu byłem w ciężkim szoku - do tej pory sądziłem, że przedstawiciele narodowości żydowskiej są świadomi swojej historii. Prawda, Polacy także brali udział w pogromach i dziele eksterminacji Żydów - ale czy powszechnie? Sądzę wręcz, że odwrotnie, przypadki takie zdarzały się sporadycznie, nie będę więc wyliczał. Toteż - raz jeszcze przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że wpis ów pisałem pod wpływem silnych emocji, nie mając jednocześnie złych intencji.
  10. XMirarzX

    Shogun 2 - pomożecie?

    Pierwszego próbowałem niezliczoną ilość razy, ni chu-chu, cały czas to samo. Wyłączyłem, nic. -.-'
  11. Otóż sytuacja przedstawia się tak: w sobotę drugiego czerwca br. na giermaszu CD Projektu nabyłem podstawkę Shoguna 2 oraz dodatek Zmierzch Samurajów. Zainstalowałem, wszystko ładnie, pięknie... Dopóki nie chciałem włączyć. Pokazuje się wciąż komunikat o następującej treści: Trwa konfigurowanie początkowe... Instalacja: flashsecurity.exe (etap 1 z 1) by po chwili zniknąć, nic nie zdziaławszy. Proszę Was, pomóżcie!
  12. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    Doskonalić umiejętności i stawiać na realizm - całkowicie popieram, jednakowoż na razie i tak jestem zbyt leniwy, by cokolwiek napisać w przeciągu miesiąca, dlatego na razie się tym nie martwię Opowieść dziwaka, proszę bardzo, od razu z linkiem
  13. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    @Knight Martius Mea culpa, siła przyzwyczajenia... i środowiska. Kajam się. 1. Szli na imprezę, więc to ona była celem ich podróży, nieprawdaż? Do parku weszli... przy okazji 2. Dla zaakcentowania zapasu czasu, jakim dysponowali. 3. Nienawidzę powtórzeń. Zwłaszcza, że zawsze byłem uczony, iż jeden zwrot lub słowo nie powinno się powtarzać w jednym zdaniu, zaś w tym akurat przypadku właśnie "godzina" byłaby słowem powtarzającym się. Prawdę mówiąc, podchodziłem do tego zawsze w nieco... hollywoodzki sposób, stąd takie, a nie inne rozwiązanie. Poza tym, w mojej wizji nie pieścił się z nią, ale od razu przeszedł do rozcinania, dlatego u mnie zdążył jeszcze odejść i popatrzeć z fajkiem w zębach. A co do przytoczonego przydługiego fragmentu... Na pewno wiesz przecież, jak to jest myśleć/pisać/opowiadać pod wpływem silnych emocji, zwłaszcza, gdy wspomnienia są wciąż żywe Jeśli jesteś zainteresowany, część pierwsza powinna być gdzieś w czeluściach Twórczości własnej.
  14. XMirarzX

    Dalsze losy Dziwaka

    Pierwsze od dłuższego czasu napisane opowiadanie. Mam nadzieję, że się spodoba, jeśli ktokolwiek tu zajrzy. BTW, jeśli to kogoś obchodzi, od razu uprzedzam stróżów moralności, by odpuścili sobie tę lekturę. Naprawdę. Kto przeczyta, ten zrozumie zapewne, czemu to piszę. Być może pamiętacie moje ostatnie wynurzenia młodocianego mordercy. Tak, to ja, ów dziwak szkolny, bez szwanku po pierwszym akcie zemsty wyszedłszy, wracam z kolejną historią, której nie weźmiecie na poważnie. Zresztą, kto wam każe? Myślcie, co chcecie, od tego przecież macie wolną wolę, sami podejmiecie decyzję w sprawie prawdziwości mojej kolejnej opowieści. Nie powiem, że od zawsze, jednak zastanawiałem się nad miłością przez jakiś czas: jaka ona jest? Czym się objawia? Jak ją rozpoznać? Jak odróżnić zwykłe zauroczenie od prawdziwego uczucia? Tak, brzmi to tak, jakby miłość była chorobą, i właściwie w istocie nią jest. Z miłości można zrobić naprawdę wszystko, jednak podobnie jest z nienawiścią; te dwa płomienne, nierzadko destrukcyjne uczucia różnią się, że tak to ujmę, dwubiegunowością, położeniem na wyimaginowanej skali odczuć względem innych istot ludzkich. Czasem, jak w moim przypadku, miłość przeradza się w najprawdziwszą, morderczą nienawiść pod wpływem silnej traumy? jeśli można to tak nazwać. Poznałem ją w lutym, tym przeklętym miesiącu, obarczonym straszliwym, naiwnym komercyjnym świętem walentynek. Na szczęście nasze spotkanie nie przypadło na czternastego, za co do dziś dziękuję Bogu, Szatanowi, Losowi czy co tam jeszcze może mogło mieć mnie w opiece. Nawet nie kojarzyłem jej z korytarza, po prostu luźna pogawędka nawiązała się podczas jakiegoś apelu szkolnego. Wespół zaczęliśmy psioczyć na głupoty, jakie ? w naszym mniemaniu ? opowiadała szanowna pani dyrektorka. W międzyczasie zacząłem ją po cichu przedrzeźniać, czym niebywale rozbawiłem rozmówczynię. Tak rozpoczęła się nasza dość? płomienna znajomość. Zaczęło się od luźnych pogaduch na chacie, wyszliśmy razem dwa razy. Z różnych powodów później nie mogła już wychodzić z domu, toteż często ją odwiedzałem. Aż pewnego razu? Przed tą konkretną wizytą, o której zaraz wam opowiem i od której wszystko się zaczęło, właściwie nie czułem do niej nic szczególnego, lubiłem z nią rozmawiać, przebywać z nią, natomiast serce nie biło mi szybciej, gdy o niej myślałem lub na nią patrzyłem, jej twarz w żaden sposób na stałe nie gościła w moim umyśle, nie miałem problemów ze snem, monotonia dnia powszedniego dobijała mnie jak zawsze. To jednak zmieniło się, gdy pewnego słonecznego dnia przyszedłem do niej w odwiedziny. Siedzieliśmy, żartowaliśmy, śmieliśmy się? aż położyła mi głowę na ramieniu. Nic szczególnego? Fakt. Dla mnie jednak miało to wtedy naprawdę duże znaczenie, żadna dziewczyna do tej pory nie odważyła się zbliżyć do mnie w takim stopniu (jak to brzmi!). W rewanżu, wiedząc, że to lubi, zacząłem gładzić ją po włosach, pięknych, długich brązowych włosach, drapiąc delikatnie skórę głowy. ? Dobrze? ? szepnąłem, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany, zapach jej ciała wymieszany z wonią perfum owionął mnie jak kłąb słodkiego, wyjątkowo natarczywego dymu. Ona mruknęła tylko twierdząco, opierając nadal głowę z zamkniętymi oczami na moim ramieniu. Toteż brnąłem dalej, serce biło spokojnie, lecz mocniej niż zazwyczaj, otaczający mnie zapach ? jej zapach ? wrzynał mi się w pamięć jako najsłodszy i najcudowniejszy z istniejących, najpiękniejszy, jaki do tej pory czułem w całym swoim życiu? Nie należę do wyjątkowo impulsywnych czy porywczych, dlatego nie zrobiłem nic, czego można by się spodziewać po osobie płci męskiej w tego typu opowieściach: dalej ręka moja delikatnie przesuwała się po jej aksamitnych włosach, druga dłoń z kolei złączyła się w ciepłym, subtelnym uścisku z jej kruchą dłonią; dłoń, którą ją gładziłem, schodziła stopniowo coraz niżej, gładziłem ją po szyi i nieomal po dekolcie, a choć bluzka dekolt miała zdecydowanie zauważalny, nie odważyłem się dotknąć jej piersi. W ten sposób moja prawa ręka miała zagwarantowaną wycieczkę od samego czubka jej głowy, przez szyję, piękną, delikatną szyję, pod której skórą czułem jej szybkie tętno, po wyimaginowaną granicę dekoltu, którą wytyczyłem we własnym umyśle na jej ciele i której nie zamierzałem przekraczać ze względu na jej cześć? oraz własne przekonania. W końcu prawa dłoń zaczęła wodzić od szyi po usta, gładziłem ją po policzkach, zaś gdy zacząłem palcem drażnić jej usta, złapała powoli palec ów zębami i przygryzła. Siedzieliśmy tak jeszcze, przytuleni, złączeni uściskiem dłoni przez, zdawało się, wieczność? jednak i ta wieczność okazała się za krótka i zbyt szybko przeminęła, przynajmniej w moim odczuciu. W końcu musiałem jeszcze wrócić do domu na czas. Tej nocy nie mogłem spać, wciąż myślałem o niej, moje ręce i koszulka przesiąkły jej zapachem, ten z kolei wpędzał mnie jednocześnie na wyżyny rozkoszy i w najgłębsze czeluście Piekieł. Tylko cudem udało mi się w końcu zasnąć. Tyle dobrego, że był to weekend. Następnego dnia także do niej zajrzałem, wpierw zapytawszy, czy mogę to zrobić, a ponieważ nie było sprzeciwu? Przywitała mnie gorącym, długim pocałunkiem już na klatce schodowej. Weszliśmy do jej mieszkania, przywitałem się z jej rodzicami i poszedłem z nią do jej pokoju. Usiadłem na kanapie, ona mnie na kolanach? i zaczęliśmy się całować. Nie narzekałem wtedy, nie narzekam i teraz. Jak powiedziałby pewien mój znajomy, wielki fan gier RPG ? nabijałem expa. Tak mijały nam dni, kiedy się widywaliśmy po szkole. Od razu chciałbym wyjaśnić, że między nami nie doszło do? niczego poważniejszego. Częściej się całowaliśmy, choć ona chciała. Natomiast nie należę do ludzi, którym się wyjątkowo spieszy, zwłaszcza jeśli chodzi o seks. Fakt, na całowaniu się nie kończyło? ale czy to naprawdę ważne? Ta sielanka trwała około miesiąca, zresztą tak jak przewidywałem. Natomiast nie sądziłem, że skończy się tak? Nie mógłbym nigdy powiedzieć i nie powiem teraz, by zaliczała się do dziewczyn brzydkich, mogła mieć każdego i wiedziała o tym. Wiedziała także, że kocham ją, kocham tak mocno, że zrobiłbym dla niej wszystko. W miarę możliwości ? w końcu jestem racjonalistą. Pewnego dnia wszystko runęło. Widziałem ją, wracającą ze szkoły, z jakimś chłopakiem. Fakt, kojarzyłem go, jednak osobiście nie był mi znany. Coś zaczęło we mnie pękać, gdy zobaczyłem, że trzymają się za ręce. Pełen najgorszych przeczuć szedłem za nimi, obserwując bacznie sytuację. Gadali, żartowali, a jej perlisty śmiech rozdzierał mi serce. Nie dlatego, że to on go wywołał, ale dlatego, że już wiedziałem: nigdy go już nie usłyszę, będąc z nią sam na sam? o ile w ogóle nadarzy się jeszcze okazja. Doszli niespiesznie do jej klatki. Stali chwilę, rozmawiając, aż przy pożegnaniu pocałowała go tak, jak mnie po odprowadzeniu do domu nigdy nie chciała. Do domu wróciłem całkowicie załamany, myślcie co chcecie, ale serce pękło mi na miliard kawałków, a łzy same cisnęły się do oczu, choć nie łączył nas żaden związek. Przez dwa tygodnie chodziłem jak zbity pies, dwa tygodnie straszliwego bólu, rozrywającego mi pierś, powstrzymywania łez, byle się tylko nie rozpłakać jak jakaś pięcioletnia dziewczynka, leżąc w łóżku w pozycji embrionalnej i próbując o tym nie myśleć! Męczarnie te trwały ni mniej, ni więcej, jak do najbliższej pełni. Tego dnia do wieczora nadal chodziłem z silnym poczuciem zgnojenia przez życie, myślą, że byłem tylko jej zabawką, dawałem jej się manipulować, jakbym był jakimś cholernym samochodzikiem na radio, a ona trzymała ten pieprzony kontroler! Jednak gdy zapadły wieczorne ciemności, Słońce schowało się za horyzontem, a na niebie pojawiła się srebrna, piękna, pełna tarcza Księżyca ? wszystko mi odeszło. Nie czułem już nic, kompletnie nic ? poza wściekłością i niepohamowaną żądzą zemsty. Zabiłem Darka, pomyślałem ? mogę zrobić wszystko! Jednak w międzyczasie z tego wszystkiego wpadłem w szpony nikotynowego nałogu. Kumpel mi zaproponował jednego; przyzwyczajony do moich odmów, niebywale się zdziwił, gdy wziąłem papierosa i podziękowałem serdecznie. Obserwowałem ich, paląc, z bezpiecznej odległości, zazwyczaj skryty gdzieś w cieniu. Unikałem z nią kontaktu, bo czułem, że wszystko może jeszcze powrócić, a jej twarz, piękna twarz, którą widziałem tyle razy, i cudowne oczy, w których chciałem się kiedyś pogrążyć bezpowrotnie ? odwiodą mnie od powziętego raz zamiaru pomszczenia krzywdy, jaką mi wyrządziła. Wszystko było przygotowane, czekałem tylko na dogodny moment. Sądząc, że już się nie nadarzy, wątpiąc w ogóle w sens całej akcji ? stało się! Cud! Los, Bóg, Szatan, nieważne kto, ale to na pewno nie był zbieg okoliczności! Doszły mnie bowiem słuchy, że idą na jakąś imprezę. Nie wnikałem w szczegóły, kto został zaproszony, a kto jest osobą towarzyszącą. Wiedziałem gdzie i kiedy mają być, z innego źródła z kolei dowiedziałem się, do której godziny była skłonna się w ogóle spotkać. Stąd wysnułem wniosek, że od tej właśnie godziny należy na nich czatować. Znając miejsce, w którym miała odbyć się rzeczona impreza, mogłem przyczaić się w dogodnym miejscu, w którym nikt mnie nie zobaczy? i w którym będę mógł spokojnie działać. Kupiwszy sobie paczkę papierosów na miarę moich skromnych możliwości finansowych, przyczaiłem się w parku, przy którym musieli przejść. Zapaliłem. Na szyi wisiała moja maska przeciwgazowa, w kieszeni miałem scyzoryk, sprężynowiec oraz samodzielnie zaostrzoną z jednej strony stalową rurę o niedużej średnicy, dwa do trzech centymetrów, na pewno nie więcej. Było gorąco, jednak wziąłem moją skórzaną kurtkę. Paliłem sobie spokojnie, obserwując bacznie wszystko dookoła. Paląc piątego już pod rząd, wypatrzyłem ich, szli trzymając się za ręce. Poczułem, jak wzbiera we mnie wściekłość; nienawidziłem ich obojga, jej może troszkę bardziej. To była sprawa osobista. Wyrzuciłem papierosa, założyłem maskę i ruszyłem za nimi skrajem parku, ściskając w kieszeni otwarty sprężynowiec. Szli powoli, więc ja także się nie spieszyłem; z moich informacji wynikało, że mają co najmniej jeszcze dwie godziny, choć dotarcie do celu zajęłoby im nawet spacerkiem ? maksymalnie do dwóch kwadransów. Po prostu nie lubię być niedoinformowany, zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą porachunki. Weszli do parku. Wszystko było jak najbardziej w porządku, zmrok zdążył zapaść, prócz nas w najbliższej okolicy nie było nikogo. Kierowali się ku środkowi parku. By nie stracić ich z oczu (co było trudniejsze niż zwykle ze względu na maskę przeciwgazową), raz szedłem ścieżką, raz ? przedzierałem się przez chaszcze, starając się nie narobić zbytnio hałasu. O dziwo nawet, gdy zaplątałem się w te przeklęte krzaki i raz wyrwało mi się siarczyste przekleństwo, ci nie zwrócili na to uwagi. Usiedli na ławce, przytulili się? chyba rozmawiali, widziałem, jak obracają ku sobie głowy, poruszają ustami, słyszałem, jak śmieją się? aż w końcu zaczęli się całować. Znałem ją już na tyle dobrze, że wiedziałem, iż na pocałunkach się nie skończy. Mnie tego typu przygody z nią ominęły z tego tylko prostego względu, że nie miałem prezerwatyw. On, jak widać, miał. Widząc, jak się do siebie dobierają, zdjąłem maskę, oddaliłem się po cichu i zapaliłem kolejnego papierosa. Paliłem, zerkając od czasu do czasu w ich stronę. Byłem całkowicie spokojny i opanowany, nie spieszyło mi się; to im trochę zajmie. Wypaliłem, wziąłem dwa głębokie oddechy i założyłem maskę. Dłoń ukryta w kieszeni zaciśnięta była na sprężynowcu, drugą miałem wolną. Podszedłem do nich niespiesznie, powoli, zbliżając się zza jego pleców; przez chwilę patrzyłem, jak się zabawiają ? on był nią zbyt zajęty, ona zamknęła oczy z rozkoszy. Po chwili i ja wtrąciłem swoje trzy grosze. Chwyciłem sprężynowiec i wbiłem mu ostrze prosto w tętnicę, błyskawicznie wyjąłem zaostrzoną rurkę i wbiłem ją między żebra. Zanim zorientowała się, że coś jest nie tak, on już krztusił się własną krwią, zaś czarny, gęsty płyn wylewał się coraz mniejszym strumykiem przez rurkę. Chciała krzyknąć, otworzywszy oczy, jednak zakryłem jej usta dłonią. Mimo wszystko sądzę, że większe wrażenie na niej zrobił smak ostrza scyzoryka na języku oraz groźba, wypowiedziana dziwnie znajomym głosem: ? Piśnij tylko, a pożegnasz się z językiem i połową gardła. Siedziała na wpół naga, przerażona, wpatrywała się we mnie jak w coś, w co nie do końca jeszcze wierzyła. Zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy, maska ukryła mój uśmiech i sprawiła, że mój oddech brzmiał jak dyszenie jakiegoś wyjątkowo perwersyjnego zboczeńca, ale przez szkła maski dostrzegłem w jej oczach, że już wie, wie wszystko, nie muszę nic mówić, bo poznała mnie po oczach; ileż to razy leżeliśmy, przytuleni, wpatrując się sobie głęboko w oczy między pocałunkami? Jej twarz przybrała mocno zaskoczony wyraz, po czym spoważniała, a jej oczy nabrały surowości, wymieszanej z niedowierzaniem i zaskoczeniem. ? Więc to ty ? powiedziała. ? Nie inaczej ? powiedziałem. ? Nikt inny, tylko szalony, mściwy, nieobliczalny, oszukany? ja. ? Oszukany? ? A nie? ? Nie. Nie byliśmy razem. ? Za to dzięki Szatanowi. ? Czego ode mnie chcesz? ? Tylko jednego? Zaostrzona rurka wbiła jej się prosto w serce. ? ?byś poczuła to, co ja! Pchnąłem rurkę mocniej, krew trysnęła z niej strumieniem. Chwyciłem sprężynowiec, zdarłem jej spodnie oraz majtki, po czym rozciąłem ją od pochwy po pępek. Krztusiła się krwią; miałem coraz mniej czasu, toteż sprężynowcem posiekałem jej także twarz: poszerzyłem usta o jakieś dziesięć centymetrów. ? Teraz idź się lizać. Odszedłem kilka kroków; nadal żyła. Zdjąłem maskę, wyciągnąłem paczkę papierosów, wyciągnąłem jednego i zapaliłem, patrząc w jej gasnące oczy. Poczekałem, aż przestanie choćby drgać, po czym wyjąłem z jej serca rurkę. By się upewnić, że nie żyje, poderżnąłem jej gardło, a następnie odszedłem. Poszedłem nad Wisłę, by wyrzucić ów kawałek stali. Mija miesiąc, byłem na jej pogrzebie, jego nawet nie znałem, a nasze pierwsze spotkanie nie sprzyjało nawiązaniu bliższych relacji. I znowu ? poza wszelkim podejrzeniem. Fakt, byłem przesłuchany, ale właściwie tylko dlatego, że ją znałem. Standard. Przecież nie miałem motywu, nikt nie wiedział, że ją kochałem i co się między nami działo. Chyba, że miała język równie gadatliwy, co? ruchliwy? Skoro przesłuchali mnie tylko raz, to znaczy, że nic na mnie ani do mnie nie mają. Słowem: bezpieczny. Jedyne, co mnie zastanawiało podczas drogi nad Wisłę tamtego pamiętnego wieczora: po co wziąłem ten cholerny scyzoryk?
  15. Z tego, co słyszałem w tamtym czasie akurat chrześcijaństwo nie było tak silnie zakorzenione w umysłach ówczesnych Polaków, toteż na fali nastrojów religijno-reakcyjnych (chęć powrotu do pogaństwa wśród ludu) został albo osadzony na tronie, albo jako zwolennik tychże ruchów pogańskich odszedł od chrześcijaństwa. Nie powiem, ten okres nie jest mi zbyt dobrze znany ani - nie linczujcie! - nie uważam go za zbyt interesujący w historii naszego kraju czy świata, mówię tylko, z jaką teorią się spotkałem. Co do kwestii jego okrucieństwa, może ona być mocno dyskusyjna, jeśli brać pod uwagę hipotezę o powrocie do pogaństwa. Zresztą, nawet jeśli nie powrócił do wiary słowiańskich pogan, wzmianka o okrucieństwie świadczyć może o zaakcentowaniu roli pomazańców bożych, królów prawowitych i ich przywiązaniu do swego kraju, któremu nie wyrządzaliby szkody, w przeciwieństwie do uzurpatorów.
×
×
  • Create New...