Jump to content

t3tris

Hall of FAme
  • Content Count

    3,311
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    15

Blog Entries posted by t3tris

  1. t3tris
    STAŁA SIĘ RZECZ STRASZNA.
    Zły czarodziej Sedesus spragniony władzy, wina i kobiet pokonany przed laty przez bohaterskiego rycerza Klakkierra i przezeń też uwięziony w odmętach odpływu, wraz z przypadkowym zatkaniem się tegoż zdołał się wydostać na wolność! Nie pachnie zbyt pięknie, nie przeszkodziło mu to jednak wywrzeć na mieszkańcach forume straszliwej pomsty! Uwięził on ksienszniczke Katharaktę_Nawijkę w obrzydliwej formie galaret3ty. Ocalić mógł ją pocałunkiem tylko młody ksionże orgiusz, ten jednak dał się okrutnie oszukać straszliwemu Sedesusowi. Za nic mając konwencję genewską zmienił on również przypadkowego zauważonego w rzece Gofra w galaret3tę, przez co orgiusz miast Katharakty pocałunkiem obdarzył Gofra. Przyniosło to skutek iście przerażający - orgiusz oszalał, a Gofr pokrył się bitą śmietaną! Szaleństwo opanowało wszystkich - kogo tylko dotknął ktoś zamieniony w galaret3tę - sam natychmiast dołączał do grona przeklętych. Plaga galaret3ty przewala się przez forume. Zajęła profile:


    blogi

    aż wreszcie przystąpiła do szturmu na siedzibę administracji

    Czy forume kiedykolwiek wróci do normy? Czy też na amen zapanuje tu zamęt i żelatyna?
    DOWIECIE SIĘ W NASTĘPNYM ODCINKU, ZOSTAŃCIE Z NAMI.
  2. t3tris
    Opisywał po latach Kazik Staszewski swoje pierwsze spotkanie z zespołem, który na polską scenę punkową wdarł się z gracją barbarzyńcy uzbrojonego w siekierę, podbił ją nie biorąc jeńców, by chwilę potem rozpaść się, ku rozpaczy licznych fanów.
    Mimo upływu lat liczba jego miłośników nie maleje, a słabość do najpopularniejszej kapeli drwalskiej przenosi się z pokolenia na pokolenie. Przed Państwem - Siekiera.
    Czy tu się głowy ścina? Czy zjedli tu murzyna?
    Inaczej zakłada się zespół mając dostęp do internetu, szerokiej gamy instrumentów i dziesiątek chętnych, a inaczej gdy w sklepach na półkach króluje ocet, zdobycie papieru toaletowego porównywalne jest wzbudzanym entuzjazmem ze zdobyciem Bastylii, a przeciętny instrument kosztuje 30 krotność pensji miesięcznej, do kupienia jest zaś raczej na zachodzie, gdzie z kolei opiekuńcza władza nie bardzo chce obywatela wypuścić. Rok 1983 (so close) w Polsce upływał pod sztandarem zniesienia Stanu Wojennego i Pokojowej Nagrody Nobla dla Lecha Wałęsy, w Stanach zaś wyemitowano premierowy odcinek "Drużyny A" oraz wydano "Kill 'em All". Mimo przepaści cywilizacyjnej, której przeoczyć nie było sposobu i trudności wydawałoby się nie do przeskoczenia - w kraju nad Wisłą ludzie również nagrywali dobrą muzykę. W takich warunkach rodziła się nie tylko Siekiera, ale i Dezerter, Piersi, Republika, Brygada Kryzys, Bikini i Kult. Bogactwo polskiej sceny rockowej lat 80-tych należy zatem rozpatrywać nie tyle w kategoriach naturalnego zjawiska popkulturowego, co raczej cudu.

    Mimo świadomości wiszącego nade mną potencjalnego linczu ze strony miłośników architektury barokowej ośmielę się postawić tezę, że kapela Adamskiego to najlepsze co się miastu Puławy przytrafiło w jego nie najkrótszej historii, wypinając się tym samym końcówką pleców na Pałac Czartoryskich. Jako, że tradycji muzycznych w mieście jednak zbyt dużych nie było, tym większy szok musiała wywołać swoim żywiołowym charakterem rodząca się Siekiera.
    Gdy w listopadzie 1983 w puławskiej "Mozaice" Zarząd Miejski Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej zorganizował eliminacje rejonowe "VIII Ogólnopolskiego Młodzieżowego Przeglądu Piosenki Puławy" i wciągnął w ostatniej chwili na listę uczestników konkursu zespół "TRAFO" w składzie Budzyński, Adamski, Janaczek i Czerniak z pewnością nie oczekiwał, że daje tym samym sygnał startu jednej z najbardziej wyrazistych kapeli, jakie na naszym małym poletku rockowym zaistniały. Nie mogli tego oczekiwać również i sami członkowie zespołu, którzy na celu mieli głównie zrobienie "bałaganu", co też skądinąd osiągnęli w 100% - podczas ich występu komisja kwalifikacyjna salwowała się ucieczką, ludzie rzucili się do tańca a sprzęt się, delikatnie rzecz ujmując, sfatygował.
    Tę genezę potwierdzał sam Czerniak opisując to jak Siekiera TRAFO trafiło na przegląd jako żart:
    Gdy kilka tygodni później pojawiła się możliwość występu w Lubelskim Domu Kolejarza u boku Dezertera, Kultu, Abaddonu i Patologii Ciąży na dwudniowym przeglądzie muzycznym nikt nie zastanawiał się ani momentu, i Siekiera pod właściwą już nazwą swój debiutancki koncert zaklepała 16 lub 17 grudnia. Nieścisłość wynika z prozaicznego faktu, że do żadnego występu ostatecznie nie doszło, gdyż perkusista "Borys" nie dojechał. Choć istnieje też nieco bardziej punkowa wersja tej historii, bo jak wyznał Budzyński w jednym z wywiadów:
    Warto nadmienić, że Budzyński był do tego stopnia zdeterminowany by jednak zagrać, że w ostatniej chwili starał się namówić perkusistów Dezertera i Abaddonu do zastępstwa, co wspomina po latach Krzysztof Grabowski z Dezertera:
    Nie był jednak wyjazd do Lublina tak bezowocny, jak się mogło zrozpaczonemu Budzyńskiemu w pierwszej chwili wydawać - samą swoją obecnością i wyglądem wzbudzili oni zainteresowanie Kazika Staszewskiego i Janka Grudzińskiego, którzy po powrocie do Warszawy polecili Siekierę uwadze Grzegorza Brzozowicza z klubu Remont.
    Wojowniku każę ci; Wojowniku zabij ich
    Skłaniam się ku temu, by właśnie ten moment uznać za właściwy początek Siekiery. To po niedoszłym koncercie w Lublinie Adamski zdecydował się na wprowadzenie większego rygoru przy próbach, co szybko doprowadziło do odejścia z zespołu Czerniaka i Janaczka, w miejsce których pojawili się Grela i Malinowski. Skład uzupełnił drugi gitarzysta - Szewczyk, i tak to Siekiera na krótką chwilę stała się kwintetem. Ten ostatni długo miejsca nie zagrzał głównie z powodu swojej pasji do bluesa, na rozwój której w Siekierze szans raczej nie miał. Wcześniej jednak zdążył wraz z "klasyczną czwórką" zagrać w Warszawie koncert, który pokazał do czego zdolny jest młody Puławski zespół - rozpisanego na 30 minut seta zagrali w 15, a przed utworem "Krwawy front" Adamski rzuca dziś już słynne "Świry do przodu, próchno za drzwi". Po koncercie doszło do sporych rozmiarów bójki, jednym słowem - punkowo było aż trzeszczało.

    Warszawskie popisy to jednak małe piwo przy tym, co dopiero miało nadejść.
    Wielkimi krokami zbliżał się festiwal w Jarocinie - największy "rockowy" festiwal w Polsce. Jak setki innych zespołów Siekiera zgłosiła się do konkursu mającego wyłonić kapele, które zostaną dopuszczone na scenę. Przez eliminacje przeszła i dnia 4 sierpnia '84 20 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie tańczyło pogo w rytm tnącej Siekiery.

    Temu, że Festiwal w Jarocinie był już wtedy ogólnopolskim wydarzeniem zawdzięczamy możliwość odsłuchania jak Puławianie grali na żywo - nagrania się zachowały.
    Naprzód, ognia, zabić, zgnieść; Dobrze jest, dobrze jest
    By choćby częściowo zrozumieć fenomen Siekiery trzeba sobie uświadomić jak bardzo "inni" byli. Nie dawali się łatwo zaklasyfikować światopoglądowo - nie tylko nigdy jasno nie deklarowali się jako prawicowi/lewicowi, ale wręcz stronili od jakichkolwiek zewnętrznych przejawów światopoglądu - gitarzysta nosił brodę, co w świecie punkowym stanowiło taki ewenement, że stawało się niejednokrotnie pretekstem do bójek. Adamski przedstawia sprawę w ten sposób:

    Również i walkę z systemem w Siekierze pojmowano inaczej niż wszędzie, bowiem sam system definiowany był odmiennie - jako taki postrzegane było wszystko, co niedoskonałe i niezasługujące na uwagę. To był brud, który próbowano zmyć czystością muzyki. Ta "Dezynfekcja" odbywała się jednak głównie na przestrzeni mentalnej, bowiem nikt o zdrowych zmysłach muzycznie twórczości kwartetu z Puław "czystym" nie nazwie. Wstręt do wszystkiego co brudne, co powiązane z niedoskonałością dosadnie przedstawiano w tekstach - jeszcze większe wrażenie robią, gdy zestawi się je z faktem, że piszący je Adamski miał 20 lat. Swoją twórczość Adamski opisywał w ten sposób:
    Ogromnej mocy ekspresji nie sposób im odmówić, dziś ze świecą szukać czegoś podobnego.
    Tak silne emocje płynące z tekstów Siekiery obrazują wyłącznie charyzmę Adamskiego - nic zatem dziwnego, że między nim, a mającym równie duże zapędy liderskie Budzyńskim dochodziło do sporów, które ostatecznie doprowadziły do odejścia tego ostatniego z zespołu.
    Jego exodus umozliwił również zmianę kursu twórczości kapeli Adamskiego - zwrot w kierunku Nowej Fali muzycznie był jakąś formą postępu, ale jak pokazał czas - sukcesu nie zagwarantował.
    Nadchodzi zwykłe świństwo; Kompletne skurwysyństwo
    Wydana już po zastąpieniu Budzyńskiego i Greli Młynarczykiem i Musińskim "Nowa Aleksandria" nie dorównała popularnością trzecioobiegowym nagraniom z czasów Jarocina '84. Siekiera jeszcze przez jakiś czas działała, ale był to jedynie marny cień dawnej chwały. Agonię zakończył sam Adamski rozwiązując grupę w roku 1988. 2 lata temu, w 2011 ukazała się płyta "Ballady na koniec świata" sygnowana logiem Siekiery, tym niemniej są to tak naprawdę kompozycje solowe Adamskiego. Gościnnie w jednym z utworów udziela się Musiński, ale to byłoby na tyle, jeśli chodzi o dziedzictwo "Siekiery". Sam Adamski zajął się aktorstwem i tworzeniem poezji, zaś poza sporadycznymi wybrykami (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) rodzaju "Ballad" muzyką się nie para.
    Budzyński po swoim odejściu z Siekiery spełnił się w roli lidera zakładając Armię. Paradoksalnie właśnie fakt odejścia pozwolił się urodzić arcydziełu, czyli płycie "Legenda" z 1991, stanowiącej epokowe dokonanie Armii. Nic lepszego nie udało im się nagrać, i wątpię, by się kiedykolwiek udało. Pozostaje tylko marzyć co mógłby stworzyć duet Adamski-Budzyński gdyby wciąż grali razem...
    Krzysztofa Grelę spotyka los dosłownie tragikomiczny - zostaje zastrzelony przez rosyjską mafię w puławskiej knajpie "Pod dębami" przez pomyłkę - gangsterzy wzięli go za jego brata, który miał być celem.
    Dariusz Malinowski grał w Siekierze do samego końca - po jej rozpadzie ożenił się, przeprowadził i założył własny zespół "Kapawanka", który jednak żadnego większego sukcesu nie odniósł.
    Sama zaś twórczość Siekiery ma się nieźle - w 2008 wydano dwa krążki z twórczością najlepszego składu tegoż zespołu:
    1) CD "Na wszystkich frontach świata", na której znajdują się nagrania z dema i koncertów;
    2) winyl "1984", będący zapisem jednej z ostatnich prób "starej" Siekiery.
    Szczególnie ten ostatni jest rarytasem dla fanów, bo wydano go w limitowanym nakładzie 941 egzemplarzy.
    Siekiera ma dla mnie znaczenie nie tylko rozrywkowe - niesie ze sobą ogromną wartość sentymentalną, jako, że jest jednym z niewielu zespołów, które pamiętam, że były mi puszczane przez rodziców z winyli. Nawet abstrahując od sentymentów z twórczością Siekiery zapoznać się warto, bo drugiego takiego zespołu punkowego to nie mieliśmy. I raczej mieć nie będziemy.

    Dane do tekstu zaczerpnąłem głównie z książeczki dołączonej do płyty "Na wszystkich frontach świata", gdzie wydrukowano felieton autorstwa Roberta Jarosza oraz ze strony http://www.siekiera.serpent.pl/
  3. t3tris
    TO JUSZ OFICJALNE.
    Org i Ylthin nie są razem. Tajemnicą poliszynela jest to, że to ork pragnął więcej, niż tylko wzajemnego zgadzania się ze sobą w internetach. Ylthin pozostała jednak nieczuła na jego zaloty i przypomniała mu o swoim chłopaku komuniście. Ork, jako człek postury nikczemnej (z ZAUFANEGO ŹRÓDŁA wiadomo, że ma 153 cm wzrostu) na pojedynek na pięści wyzwać go nie miał śmiałości, i tak to pogodzić się musiał z odmową.

    Chciałoby się powiedzieć, że ciąg dalszy nastąpi, jednakoż wygląda na to, że nie - ork odrzucenie zniósł tak ciężko, że odmawia spotykania się z ludźmi w internetach i wypowiada się jedynie przez mamę i tatę wysyłających maile. Koszty leczenia to CZY MILJONY DOLANÓW.
    Przelewy o tytule "orgu orgu orgu - lewaku i cyborgu" wysyłajcie na:
    03 1140 2004 0000 3102 6373 4336
  4. t3tris
    BEZCZELNOŚĆ ADMINISTRACJI PSZEKRACZA KOLEJNE GRANICE.
    Niejaki mariusz(stefan), znane multikonto Mateusza_Sainta dopuścił się zbrodni niewyobrażalnie bezwstydnej!
    Jego post w piłce nożnej, będący fachową analizą sytuacji na meczu spotkał się z żywiołową reakcją tłumów, lajki spływały milionami, niczym pomoc humanitarna dla ogarniętego zarazą kraju trzeciego świata.

    Nieokiełznany w swojej chęci czynienia zła ADMINISZTRATOR SZTEFEN VON RIBENTROP PODMIENIŁ pod osłoną dnia swój wpis, i teraz jest on nudną masakracją 8azylizka (dzień jak co dzień, aye?).
    DOWUT:

    Zwracam się z apelem do SZTEFENA - SZTEFENIE! LUDIWKU SZTEFENIE! SABO! NIE IĆCIE TOM DROGO!
    do ADMINISTRATORA DUCHA: proszem uprzejmie o zbanowanie sztefena. Jego beszczelność przekracza granice między Tadżykistanem a Chinami.
  5. t3tris
    Jak nazwać grupę osób, które napadają na Bogu ducha winnych przechodniów i niszczą im ubrania? Wandale. A jak nazwać takich, którzy uniemożliwiają budowę drogi, bo przywiązują się do drzew, przez co narażają ludzi na straty? Sabotażyści.
    Ale nie, gdyż to wcale nie tak! Przeciez w istocie to szlachetni wojownicy o wyższe cele. Więc oczywiście są usprawiedliwieni!
    Po kolei. Czemu wkurzają mnie zielone świry? Bo nie mają zielonego (hah, jakaż złośliwość polskiej frazeologii) pojęcia o biologii, fizyce i geologii. Oraz historii.
    Takie wydarzenia, jak banda kretynów nalepiająca na kominie chłodni elektrowni atomowej transparent "Stop emisji CO2" zapadają w pamięć (dla nieobeznanych - komin chłodni odprowadza parę wodną). O micie globalnego ocieplenia powodowanego przez człowieka opowiem kiedy indziej.
    Nasi miłujący pokój zieloni znani są ze spokojnych demonstracji, w trakcie których w pełni "opancerzeni" policjanci odnoszą rany, zaś samochody mają dziwną skłonność do przewracania się kołami do góry, tracenia szyb i palenia się.
    Słynni z powodu benedyktyńskiej cierpliwości i anielskiej dobroci zieloniutcy atakują przy użyciu wielu różnych broni statki wielorybnicze. Kogo obchodzi, że te łowią akurat Grindwale, które uparcie nie chcą wymierać. Ważne, że wieloryby! A każdy wie, że wieloryb to zwierzę, które za wszelką cenę należy chronić! I jeśli fakty mówią inaczej, tym gorzej dla faktów! *

    Bycie kretynem powinno być "ILLEGAL"...
    Wyjątkowo działają na mnie każde wybryki w stylu przywiązywania się do drzew na trasie budowy autostrady. Bo przecież jest tam jest siedlisko wyjątkowych chrząszczy! Jedno z zaledwie 500 tysięcy na terenie Europy! Z utęsknieniem czekam na kogoś, kto zrobi jedną z trzech rzeczy:
    - zostawi bohatera wcześniej odgrodziwszy go barierkami na 3 dni, oczywiście nie karmiąc ani nie pojąc;
    - każdego przywiązującego się do drzewa wraz z kawałkiem drzewa wsadzi do więzienia, nie odwiązując go oczywiście. Niech targa za sobą dajmy na to 100 kg klocek drewna.;
    - lub też wyjście trzecie, ale to już naprawdę trzeba chłopa z jajami jak kule do kręgli i bez sumienia - chłopak chce zostać bohaterem przywiązując się do drzewa i stając na drodze buldożerów? Dać mu zostać bohaterem, i rozjechać idiotę. Ja po nim płakać nie będę, a pula genowa zyska.

    Ten pan chyba ma bardzo nudne życie...
    Właściwie ja tego nie pojmuję - przecież jest tyle fajnych rzeczy, o które lubiący faunę i florę mogą walczyć - humanitarne zabijanie zwierząt przeznaczonych na mięso bądź futro. Czystość wód. Zbieranie śmieci. Czemu zatem właśnie tak kretyńskie idee przyciągają rzesze napaleńców? Buk jeden wie. Chociaż nie, topola też wie, ale nie ośmielę się zapytać, bo posądzą mnie o molestowanie flory, or sth like that.
    Z tymi przywiązującymi się do drzew to w ogóle jest jakaś paranoja. Nieuzgodnione z właścicielem wdzieranie się na teren budowy jest wykroczeniem, prawda? To dlaczego policja zamiast tych debili odkuć, zaś co oporniejszych poczęstować pałą po dupie, stoi obok, i nie wie co ze sobą zrobić? Ha, i tu dopiero dochodzimy do ciekawego wniosku. Otóż muszą istnieć jakieś zielone źródła nacisku. Nie mówię już o tym, że w tej chwili jesteśmy obłożeni masą nakazów i zakazów z UE, i niestety stoją one ponad polskim prawem, ale na buka! Zielone lobby przyczynia się do tworzenia iście kretyńskich norm prawnych. I to nie od wczoraj. Mamy na przykład w Polsce wspaniałe prawo (to akurat bardziej wina socjalistów, ale jak wiadomo zielony to niedojrzały czerwony), które zakazuje mi własną siekierą ściąć na własnej działce drzewo posadzone własnoręcznie przez mojego dziadka z pestki jabłka które kupił za swoje pieniądze. Nie wolno mi, i koniec! A jak się nie zastosuję - mandat. I to naprawdę niemały. Niejednego z Was zapewne by zadziwił. Jedno z najbardziej idiotycznych praw istnieje sobie spokojnie, i jakoś nie słyszę głosów nawołujących do jego zniesienia. Ba, jest nawet inaczej - w końcu skąd odpowiednie organy wiedzą, że ktoś ściął drzewo? Donos! Tak jest, ci sami mili sąsiedzi, którzy wczoraj gorąco przepraszali, że ich pies znowu napaskudził na Twoim progu dzisiaj gorączkowo wydzwaniają z uprzejmą informacją "pan X, to on ściął drzewo! Tak jest! Nie wiem czy miał zezwolenie. Wy to sprawdźcie!". Załamuje mnie to. No, no, ale odbiegam od główne myśli. **
    W Hiszpani pojawił się całkiem niedawno pomysł, żeby przyznać małpom prawa człowieka. Genialna to iście inicjatywa! Spodobał mi się tu komentarz Janusza Korwin-Mikkego, który napisał, że to nawet i na dobre wyjdzie, bo małpa wybierze w wyborach coś całkowicie losowego, więc jest szansa 50%, że wybierze dobrze, a tacy, co jej przyznali prawa wyborcze to zapewne w 99% wybiorą głupio.
    Czemu uważam, że warto zapewnić zwierzętom śmierć bez zbędnego znęcania się? Bo oglądałem video, na którym zwierzęta przeznaczone na futro są obdzierane ze skóry żywcem. Niefajny widok. Poza tym skoro nie trzeba wielkiej doprawdy finezji czy pomysłowości, by zwierze przedtem ogłuszyć, tudzież ukatrupić, to czemu nie? W jakimś kraju (niestety moja memoria ostatnio zawodzi mnie coraz częściej... Zaraz, a o czym to ja?) jest tak, że przed zabiciem świni aplikuje się masaż i saunę. For goat's sake! To przegięcie zdecydowane. Choć jeśli ktoś chce, to niech sobie tak robi, ale nie wydaje mi się to zbyt dochodowym interesem.
    Co skłoniło mnie do napisania tego właśnie narzekania? Ano tak sobie pomyślałem, że napisałem o ludziach, którzy mnie wpieniają (o feministkach), a pominąłem grupę, która z feministkami w szranki może stawać w zmaganiach o koronę durnych żądań.
    Czemu tak długo? Hm, widzę, że odwiedzaliście mojego blogaska dość często jak na taki, na którym ostatni nowy wpis był grubo ponad tydzień temu. A jak dodałem wpis, to w ciągu pierwszej doby doczekałem się jedynie jakiś 30 odwiedzin. Więc był foch, i w ogóle, bo żeby wpis miał mniej obejrzeń, niż poprzedni miał komentarzy, kto to widział... To była wersja oficjalna. Z subtelnym przesłaniem. //please rate and subscribe!!!!11!eleven
    Wersja nieoficjalna - ludzie podobno pochodzą od małpy. Ja muszę webec tego mieć wśród przodków jakiegoś leniwca. Nie chciało mi sie pisać, ot co ;P
    Na ten wpis czekaliście dośc długo. Następny pojawi się jak tylko (wersja możliwa przy złym zbiegu okoliczności - JEŚLI tylko) wrócę do Polski. Jutro ebałt mid-day ide sobie grzecznie łapać stopa. Przy dobrych wiatrach we środę powinienem być w Polsce. Więc nowego wpisu oeczekujcie ok. piątku misie pysie ;*
    * Będąc w Norwegii miałem okazję jeść wielorybka z grilla. Pycha! Poza tym muszę sobie kupić taką koszulkę, którą widziałem u kogoś na ulicy:

    SAVE WHALES!!! for dinner.
    ** W pierwszym (no, drugim, bo pierwszy był polemiką) wpisie ostrzegałem, że mam niebywałą skłonność do popadania w dygresje.
  6. t3tris
    Jeżeli już zadecydowaliśmy w co zapakujemy swoje rzeczy nadchodzi chwila, gdy trzeba je zebrać. I to jest moment, na którym wykładają się niemal wszyscy początkujący podróżnicy. Zabierają stosy niepotrzebnych rzeczy, a te naprawdę konieczne zostawiają w domu. Potem do końca podróży robią sobie wyrzuty, że jak to się stało, że zapomnieli o czymś tak ważnym. Teraz zaś podam radę, po przeczytaniu której większość pewnie się roześmieje, i lekturę tego wpisu zakończy - polecam robienie LISTY RZECZY. Tak, zupełnie tak jak w podstawówce, gdy jeździliśmy na zieloną szkołę. 2 tygodnie przed wyjazdem usiądź spokojnie na tyłku i zastanów się co powinieneś mieć ze sobą. Spisz na kartce, potem wiele razy ją przeczytaj, ewentualnie wykreśl niepotrzebne, a dodaj te, które Ci się przypomną. I koniecznie weź ze sobą tę listę. Ja sam nieraz się nadziałem na to, że po powrocie do domu dopiero sobie przypominałem, że coś zostawiłem. Pół biedy, jak są to skarpetki, ale zostawić buty czy PSP to już trochę gorzej.
    Ale, ale, do rzeczy. Co musimy koniecznie mieć ze sobą?
    Ubrania
    Tu od razu możecie zacząć mnie przeklinać, ale nie podam Wam idealnej formuły na zestaw ubraniowy. Bo nie ma czegoś takiego. Inne ciuchy zapakujemy jadąc sobie do Hiszpanii w lipcu, a inne do Finlandii w styczniu.
    Założę jednak, że zimą mało kto tak naprawdę gdzieś jeździ na własną rękę, więc opiszę wariant letni. Jako, że latem bywa ciepło w KAŻDYM kraju, to kurtki zimowej nie ma sensu brać. No, chyba, że zamierzamy iść w wysokie góry. Ale nie ma co rozdrabniać się na miliony przypadków.
    Bielizna. Jako, że bierzemy pod uwage samodzielne wypady musisz mieć świadomość, że sam sobie będziesz prał. A z doświadczenia wiem, że nigdy się nie chce robić prania. Tak więc weź sobie co najmniej 12 par gaci i skarpet. Bo chodzić w brudnych chyba nie masz zamiaru?
    Koszulki z krótkim rękawem - nie mniej niż 8. Po prostu jeżeli będzie tam bardzo ciepło to musisz liczyć jedną koszulkę na dzień. A jak mówiłem pranie samo się nie zrobi.
    Spodnie. Wyjdź z założenia, że 2 pary krótkich i 3 długich w zupełności wystarczą.
    Dobra, stop. Naprawdę uważasz, że to co napisałem wyżej jest dobre? Bo ja uważam, że tak można się pakować na wakacje, gdy do najbliższego sklepu masz 30 km.
    Więc teraz coś bardziej życiowego - zestaw minimum. Bo tak naprawdę nie możesz brać zbyt wiele ciuchów. Nie ma na to miejsca. Dużo praktyczniej (i zazwyczaj taniej) będzie, jeśli dokupimy sobie na miejscu. Ze sobą bierzesz zestaw na 5 dni. Nie ma sensu więcej. 4 pary skarpet i gaci, 4 koszulki, jedne spodnie na zapas, kurtkę i sweter. Buty jedne na sobie, i drugie do plecaka. A po przyjeździe robimy najazd na sklepy i lumpeksy. Tak jest, zwłaszcza lumpeksy. Nie ma co wydziwiać, można tam dostać dobre ubrania w śmiesznie niskich cenach. I wtedy kompletujemy sobie zestaw o jakim mówiłem wcześniej. Na wyjazdach rzeczy mają dużą tendencje do darcia się. Tak więc z powrotem wieźć nie będziemy dużo większej, niż przywieźliśmy ze sobą. I powtarzam, bo to naprawdę ważne, a mało osób z tego korzysta - lumpeks Twoim przyjacielem. Tam gdzie jedziesz nikt Cię nie zna, więc wstydu nie ma, zresztą co to za wstyd kupować w lumpie? Trafiają tam głównie dobre ubrania, a ceny są takie, że nic, tylko brać. Ponadto zazwyczaj można tam trafić na ciekawe rzeczy - ja na przykład w Anglii w zeszłym roku w lumpie nabyłem Hannibala, Milczenie Owiec i Czerwonego Smoka za... 3 funty. Właściwie odradzam zakup książek (o tym za chwilę), ale co tam ;P Te akurat przywiozłem do Polski i jestem zadowolony z interesu, bo w Polsce książki po angielsku kosztują za dużo. Dużo za dużo.
    Rozrywka
    Tu może zacznę od tego, czego brać nie należy. Książek. Tak, to brutalne, ale wierz mi - i tak nie będziesz miał chęci czytać. A już zwłaszcza książek naukowych. Oraz podręczników. Po prostu gdy jesteś z dala od szkoły, to na sam widok tych dzieł odechciewa się składać literki w słowa. Można się oczywiście zawziąć, i uczyć się, ale pojechaliśmy, żeby wypoczywać, czyż nie? Tak więc weź sobie najwyżej dwa dzieła, i to z gatunku tych, co się je łatwo czyta. Pratchetta na przykład.
    Nie bierz też więcej niż jednego przenośnego dostarczacza rozrywki - albo mp4 albo PSP albo DS. Bo to zbędne zajmowanie cennego miejsca.
    Tak samo "nie" mówimy instrumentom muzycznym. Jak widzę zawodników, którzy stopa łapią pod Warszawą z napisem na kartonie "Zielona Góra", a na plecach poza plecakiem mają gitarę, to płakać mi się chce. Sam nie wiem, czy bardziej ze śmiechu, czy z żalu. Jak masz za mało bagażu, to weź fortepian.
    A teraz co brać. Bierz Pan JEDEN przenośny odtwarzacz muzyki. Bo pomaga zabić nudę gdziekolwiek ona nas akurat zaatakuje. Najlepiej mały gabarytowo.
    Laptopa można wziąć, ale hmm. Mam tu mieszane uczucia - raz, że łatwo stracić, dwa, że baterie wyczerpią Ci się błyskawicznie. Tu jestem raczej na nie, ale niezbyt zdecydowanie. Choć lap to spora strata miejsca.
    Telefon komórkowy - o tym chyba nie muszę przypominać, prawda?
    Aparat fotograficzny. Niby niepotrzebna strata miejsca, ale polecam brać. Bo zdjęcia są świetną pamiątką.
    Jedzenie
    Haa, nie spodziewaliście się, co? Nikt nie spodziewa się Hiszpańskiej Inkwizycji! Znowu zacznę od narzekań - czyli czego NIE brać, przechodząc płynnie do tego, co można pakować w ciemno ;]
    Pączków i drożdżówek. Jak widzę takiego koksa, którego czeka 8 godzinna jazda, a on wyciąga pączka, to mnie chwyta skurcz. Ulepione lukrem łapy, wszystko się klei, ble. Dziękujemy.
    Chipsów. Jedna z najczęściej branych ze sobą przekąsek. I po co? Nie dość, że pić Ci się będzie chciało strasznie, to jeszcze przypuszczalnie Cię zemdli.
    Picie. Trzeba go mieć jak najmniej, ale jednocześnie tyle, żeby starczyło. Bo butelki mają tę szalenie zaskakującą właściwość, że zajmują dużo więcej miejsca, niż powinny.
    Jak już bierzemy picie, to niech będzie to woda. Niegazowana, zwykła woda. Dobrze gasi pragnienie, w razie wylania nie kleimy się. Same zalety!
    Jedzenie - kanapki. Ale! Jeżeli to ma być podróż tego typu, że kanapki mają jechać z nami w iście spartańskich warunkach, to lepiej ich nie brać. Bo rozwalone i pogniecione kanapki tracą swoje walory smakowe i estetyczne. Lecz jeśli to kulturalna przejażdżka autobusem czy pociągiem, to jak najbardziej. Na upalne dni doradzam, żeby wystrzegać się żółtego sera. Szynka jest zawsze dobra.
    Sucharki. Niby się chce po nich pić, ale nie bardzo. A smaczne i lekkostrawne.
    Czekolada. Zawiera dużo cukrów, minerałów i powoduje uwalnianie endorfiny, co pomaga znosić wysiłek i zachować dobry humor. Jest wskazana zwłaszcza, jak chodzisz po górach (to już dobrze opisał @P_aul na swoim blogu. Jeśli wybieracie się w góry, to polecam właśnie ten blog, dużo się można dowiedzieć ;]).
    Trochę inna sprawa jest z rzeczami, które bierzemy w celu skonsumowania ich po przybyciu. Tego nie kupujesz, bo kupisz na miejscu. Jak się chce oszczędzać na jedzeniu, to trzeba brać samochód.
    Przybory toaletowe
    Szczoteczka do zębów i pasta. Będę o tych przedmiotach pisał szerzej za moment, także wytrzymajcie chwilę.
    Mydło. Nie żadne płyny pod prysznic, bo mają diabelnie denerwujący zwyczaj się rozwalania i otwierania po drodze, a wtedy maszynka do golenia, szczotka do zębów, grzebień, i co tam jeszcze masz będzie uwalane w dziwnej mazi. Tak więc bierzemy dwie kostki mydła, i jazda!
    Szamponu NIE bierzemy, bo jest z nim dokładnie ten sam problem, co z żelem pod prysznic, a przecież to żadne problem kupić na miejscu. A w razie naprawdę naglącej potrzeby włosy można umyć mydłem.
    Grzebień - ja osobiście nigdy nie biorę, bo też i czeszę się tylko przed wyjściem do fryzjera, żeby pani fryzjerka sobie swojego grzebienia nie połamała. Jak jednak ktoś ma fryzurę tego typu, że musi się uczesać, to bardzo proszę, mało miejsca zajmuje, więc no problem sir!
    Dezodorant. O nim też szerzej za chwilę.
    Pianka do golenia. Jak jesteś kobietą, to możesz sobie odpuścić ;] Ale faceci wiedzą, że ten sprzęt do najczęściej spotykanych na stacjach nie należy, więc warto mieć go ze sobą. Zastosowanie mydła jako substytutu? No nie wiem, mnie zawsze po tym za bardzo boli gęba.
    Niezbędnik prawdziwego hardkora
    Tak, to jest lista rzeczy, które powinieneś mieć w "małym" plecaku (no, takim szkolnym, mały to on jest przy tym, w który pakujemy wszystkie rzeczy). A jeśli nie bierzesz takiego ze sobą, to w kieszeni. Może wyróżnię tu te, które trzeba mieć przy sobie zawsze (Z) i te, które tylko gdy mamy plecak (P). A zatem!
    Szczotka do zębów i pasta (Z). To jest po prostu NIEZBĘDNA spawa. Możesz być zarośnięty jak stumilowy las, koszulkę mieć brudną jakby się po niej przebiegło stado nosorożców, ale z ust nie może Ci śmierdzieć! Po prostu nie! Poza tym wyobrażasz sobie jak się czułbyś nie myjąc zębów dajmy na to tydzień? Ten osad, ble... Nigdy też nie wiesz, czy nie będziesz musiał z kimś porozmawiać, a wtedy co? Kto zrobiłby na Tobie lepsze wrażenie - gość w czystej koszulce, ogolony, ale z tak śmierdzącym tchem, że musisz odwracać głowę, czy pan w brudnej koszulce, nieogolony, ale za to ziejący jedynie miętą? Na mnie zdecydowanie ten drugi. Znajomy moich rodziców jest psychiatrą, i zapamiętałem go głównie po tym, że ZAWSZE nosi szczoteczkę do zębów w kieszeni. Bo mówi, że nigdy nic nie wiadomo ;] I taką postawę przyjmuj, gdy gdzieś jedziesz.
    Poza tym ostatnie czego chcesz, to dostać bólu zęba za granicą.
    Telefon komórkowy, portfel (Z). Chyba nie muszę tłumaczyć? Zresztą, czy jest ktokolwiek, kto tego nie nosi?
    Dezodorant (Z/P). Człowiek ma to do siebie, że się poci. A pot ma dość nieprzyjemny zapach. W przypadku długich podróży bez możliwości wzięcia prysznica jest to szczególnie uciążliwe. Więc warto się przeprosić z dezodorantem, bo pomaga od nam w nie byciu uwzględnianym przy spisach broni chemicznych.
    Mydło (P). Uzasadnienie chyba zbędne, c'nie?
    Skarpetki na zmianę (Z). Uzasadnienie jak przy dezodorancie. Skarpetki to ta część garderoby, która zaczyna śmierdzieć jako pierwsza. A po 4 dniach bez zmiany przy zdjęciu obuwia może zamordować okoliczną faunę. Dlatego też woź ze sobą jedną zapasową parę, i zmieniaj co najmniej raz na 2 dni.
    Koszulka na zmianę (P). Uzasadnienie jak wyżej. Gacie wbrew pozorom można nosić dość długo zanim zacznie się to robić niemożliwe do zniesienia.
    Nożyczki do paznokci, tudzież "obcinaczka" (Z). Zajmuje mało miejsca, a pomaga nam utrzymać ręce we względnym porządku.
    Worki foliowe (Z). Musisz mieć ich co najmniej ze 20 w plecaku, ale przy sobie warto mieć 1 lub 2. Jak na przykład będziesz zmieniał skarpety, to co zrobisz z tymi starymi i śmierdzącymi? Do wora je, zawiązać, i nie będzie śmierdziało.
    Mapa (Z). Po prostu NIE WYOBRAŻAM sobie jak można podróżować bez mapy. No way, musisz wiedzieć gdzie jesteś, i gdzie masz trafić.
    Słownik (P). Musisz mieć ze sobą słownik. I to polsko-xjęzyczny, gdzie x=język kraju do którego jedziesz. Na migi jest się trudno dogadać. A i po angielsku nie wszędzie mówią. A tak rzucasz jednym słowem kluczem, i już wiesz.
    Wilgotne chusteczki (P) Ponieważ nigdy nie wiadomo gdzie i czym się upaprzesz, to one zawsze się przydają. Najlepsze są te z alkoholem.
    No, wpis ten był dość obszerny, więc oparłem się chęci okraszenia go obrazkami. W następnym odcinku - Jak przeżyć bez dużej ilości pieniędzy i jak jechać.
    Aha, i zdecydowałem, że na moim blogu póki co przyjmę taką zasadę - co drugi wpis będzie z gatunku tych "lekkich" (poradniki akwarysty i podróżnika, jakieś przepisy kulinarne, oraz co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy), a te drugie co drugie będą moimi narzekaniami w stylu "Świętych krów", albo "Ty też terefere".
    Tak więc następny wpis będzie kolejnym wylewaniem moich żali, bójcie się.
  7. t3tris
    Tak jak obiecałem dzisiaj dowiemy się jak się wyżywić w obcym kraju za małe pieniądze oraz jak podróżować.
    Zacznę od kwestii krótszej, czyli
    Jak podróżować?
    Tu opowiem z grubsza jak się zachowywać, jak ubrać na sam czas podróży. Ponieważ o autostopowych przygodach napiszę innym razem (raczej po powrocie do Polski, bo też i wracać zamierzam autostopem, więc będę o to jedno doświadczenie bogatszy), to akapit ten będzie dotyczył podróży "każualowymi" środkami transportu - koleją, autokarem.
    Jedną z rzeczy o których musisz pamiętać, to fakt, żeby do bagażu podręcznego napakować te rzeczy, które Ci się akurat przydadzą w trakcie podróży. Bez sensu jest ładowanie 3 książek, iPoda i mp4, albo PSP i DSa. Albo rybki albo akwarium. Jest to zbędne zajmowanie miejsca, co w konsekwencji prowadzi do powstania totalnego chaosu w plecaku. Nieraz zapewne zdarzyło Wam się, przetrząsać pełen okruszków, pustych butelek, wyrwanych kartek i poplątanych kabli plecak w poszukiwaniu gum do żucia. Więc mili Państwo - ograniczamy fantazję. Jeżeli podróż ma trwać jeden dzień, to nie bierzemy ładowarki do komórki (do bagażu podręcznego oczywiście). Albo jeżeli jechać będziemy 14 godzin, z czego 8 w nocy, to nie bierz książki, gazety i laptopa. I tak nie użyjesz tego wszystkiego. W poprzednim odcinku omówiłem co koniecznie masz mieć ze sobą.
    W co się ubrać... Hmm, tu może Was zaskoczę, ale ja gdzie bym nie jechał ZAWSZE ubieram się tak samo. Długie spodnie - bojówki. Mają dużo kieszeni, a to pozwala opróżnić plecak z takich cudów natury jak komórka, portfel, paszport, klucze, mp4, psp i małych paczek (ciastek na przykład). Nie ugotujesz się w nich za żadne skarby, w długich spodniach da się przeżyć nawet w największy upał. Krótka koszulka i bluza z kapturem (jeżeli jest ciepło, to bluzą przewiązuję się w pasie). Dzięki temu Jak jest ciepło, to zdejmujemy bluzę i zarazem mamy ją przy sobie, a jak się zrobi chłodniej, to można założyć. Jak zacznie padać - kaptur na głowę. Aha, koszulka ma być jasna. Jak słońce będzie świecić, to w czarnej się zagotujecie.
    Buty - kochane discolaski - zapomnijcie o kozakach. Kochani metale - zapomnijcie o glanach. Wysokie buty do jazdy autobusem? Chybaście poszaleli. Adidasy, ewentualnie sandały (choć tych akurat nie polecam, bo na dworcach pełno brudu, najdzie Wam w stopy (zakładam, że nie jesteście z tych, co noszą skarpetki w sandałach)). Adidaski są wygodne, przewiewne, LEKKIE (argument mający zamknąć usta metalowej braci). Jak w autobusie wyjmiesz nogę z glana, zwłaszcza w upalny dzień, to zamordujesz połowę pasażerów. Z przewienego adidaska - nawet nikt nie zauważy.

    Calm down! Jedziesz do Hiszpanii, nie na Grenlandię!
    Jak się zachować... No cóż, kierujesz się tu piękną zasadą "czyń innym tak, jak chciałbyś, żeby Tobie czyniono". Dlatego nie wierć się, nie gadaj głośno, jeżeli leci film, nie kop w siedzenie przed sobą, nie rozwalaj się na pół autobusu, nie rzucaj papierków na podłogę, NIE PAL! Jak widziałem zawodowca, który odpalał peta w autobusie, to myślałem, że padnę. Całe szczęście kierowca kazał mu zgasić.
    Hmm, co jeszcze... A, mam! Żarcie w autobusie. Pisałem o tym w poprzednim wpisie, ale teraz chciałbym przypomnieć, i wyszczególnić pod kątem podróży zorganizowanymi środkami transportu. Do naszego pięknego plecaczka, drogie wafle, bierzemy sobie sucharki. Będą bardzo przydatne, jeżeli na przykład mamy mało picia. Po nich nie chce się pić tak, jak po czekoladzie, albo chipsach. Woda - w zależności od długości podróży bierz różną ilość. Choć NIGDY więcej, niż 1,5 litra. To jest duża butla. A jakby podróż miała być dłuższa, to się zatrzymacie na jakiejś stacji, gdzie możesz dokupić. Kanapki. NIGDY z cebulą! To jest po prostu najłatwiejszy sposób, żeby sprawdzić, który z towarzyszy podróży cierpi na chorobę lokomocyjną. Z praw Murphyego wynika, że z prawdopodobieństwem 1:2 będzie to ktoś, kto siedzi bezpośrednio za nami. Cebula śmierdzi! Na buka, w autobusach nikt nie czuje się komfortowo, więc dodatkowo nie zanieczyszczaj atmosfery. Weź sobie kanapki z szynką, sałatą i papryką. Smaczne, każdy lubi i nawet przy upale nie tracą zbyt wiele ze swojej okazałej formy, czego niestety nie da się powiedzieć o kanapkach z żółtym serem.
    Aha, odradzam picie alkoholu w autobusie. Jeszcze nigdy nie jechałem autbusem z Polski (na dłuższych trasach), żeby jakiś ktoś nie pił ukradkiem, bądź całkiem jawnie piwa, i nie zachowywał się potem jak nieokrzesany barbarzyńca. Darcie japy, próby nawiązywania zajomości z ludźmi którzy dziwnym trafem o 4 w nocy chcą spać, itd. Lista jest długa. Wiem, że z pewnością są na sali tacy, którzy po alkoholu potrafią być kulturalni, ale pozostaje argument taki jak z cebulą - piwo też capi. Jak ktoś nie lubi jego zapachu, to przypuszczalnie go przyprawimy o pawia. Więc daj sobie na wstrzymanie, i napij się po przyjeździe.
    Jak się wyżywić?
    Heh, to jest po prostu temat rzeka. Podzielę tu możliwości na trzy grupy - hardkorzy, którzy na żarciu zamierzają oszczędzić jak najwięcej, po prostu oszczędni, oraz tacy, którzy co prawda nie oszczędzają, ale też woleliby nie wydawać zbyt wiele. O tych, co nie licza się z kosztami pisać nie będę, bo do restauracji chyba sami trafią, c'nie?
    Hardkorzy
    Masz cztery certyfikaty? To czytaj. Jeśli zamierzasz się tak żywić, to niestety, jak nie masz woli silnej niczym pustelnik, to porzucisz ją po paru dniach. I od razu mówię - ta dieta równoznaczna jest z utratą wagi. Szybką. I bolesną (brzuch boli). Ja po dwóch tygodniach na takiej diecie (a co, byłem hardkorem) schudłem 9 kg.
    Otóż wychdzimy z prostego założenia - wydać jak najmniej. A co jest tanie i napychające? Makaron. Nie znam kraju, gdzie makaron byłby drogi. Nie ma takich rzeczy. Ten piękny wyrób ze względu na swoje zdolności do pochłaniania wody zapycha niesamowicie. Kupujemy NAJTAŃSZY makaron. Nie ma sensu kupować drogiego, i tak nie odróżniłbyś smaku. Ten oto makaron jesz. Na śniadanie i obiad. Kolację spkojnie można sobie odpuścić, lżej się śpij. Na śniadanie możesz go posypać cukrem, na obiad dodać keczupu i udawać, że to spaghetti. Gwarantowana utrata wagi co najmniej 5 kg w 2 tygodnie, rozstrój żołądka i dożywotnia niechęć do makaronu. Ale można tak żyć. Dlatego jak ktoś mi mówi, że za 200 zł miesięcznie nie można się wyżywić, to mu się śmieję w twarz, bo mi się udało wyżywić siebie przez 2 tygodnie za 10 zł.

    Jeśli bardzo się Wam sprzykrzy makaron, to można go zastąpić kaszą, ryżem i innymi wynalazkami, które po ugotowaniu zwiększają swoją wagę poprzez pochłanianie sporej ilości wody.
    Oszczędni
    Hm, tu nasza dieta też będzie oparta na makaronie, ale nie tylko. Otóż z makaronem można wyczyniać istne cuda. Zrobić można sobie tak zwane biedne spaghetti. Smażysz cebulę (nie jest droga), potem zalewasz to wodą i keczupem (tanim jakimś), mieszasz, doprawiasz, wlewasz ten "sos" na makaron, posypujesz startym serem i jesz. Pycha.
    Napisałem, że nie tylko makaronem się tu żywimy - otóż sekretem prawdziwym jest fakt, że w każdym, dosłownie każdym kraju istnieje coś takiego, jak "tania pizza mrożona". W Anglii - pizza z Tesco. Mówię z ręką na sercu - jak żyję lepszej mrożonej pizzy nie jadłem. A kosztuje to cudo 1 funta (no w sumie 2, ale w Tesco ta pizza jest niemal zawsze w promocji "buy one, get one free"). Tak więc możesz sobie zaserwować pizzę, i budżet Cię nie zabije. Co jeszcze? Marchewka i ziemniaki przyjacielem Twym. Oba te warzywa ugotowane dają się zjeść nawet bez sosu. Ale sosy z torebki drogie strasznie nie są, więc możesz sobie zrobić "prawie" normalny obiad.
    Mrożone frytki. Niespodzianka, co? Też nie należą do drogich rzeczy, a za to są sycące.
    Chleb z masłem orzechowym. Chleb wszędzie mozna dostać tanio (no w Norwegii akurat jest z tym problem, bo naprawdę najtańszy chleb kosztuje 5 koron, a taki dobry - 30. Za bochenek. Ale ten za 5 nie jest taki zły.), a masło orzechowe jest tanie na całym świecie.
    Chleb możesz też jeść z topionym serem, on też nie jest drogi.
    Dziwi Was nieobecność zupek chińskich? Otóż pewna rzecz mnie za granicą zaszokowała - zupki chińskie NIE SĄ TANIE! Oczywiście można trafić na takie w "polskiej" cenie, ale są niejadalne. Te lepsze zaś kosztują śmiesznie dużo (w Norwegii na przykład 12 koron za jedną zupkę. 6 zł.).
    Tak więc zupek chińskich nie kupuj.
    Ha, zapomnielibyśmy o deserze - banany! Tanie, smaczne, nic tylko brać.

    Jeżeli wybierasz tę drogę żywienia - to będzie Twój najlepszy przyjaciel.
    Niezbyt hojni
    To Ci, którzy też chcieliby uniknąć ekstrawagacnji, ale też nie zamierzają się głodzić. Tu polecam oczywiście zestaw z poprzedniego akapitu wzbogacony o wiele ciekawych pozycji.
    Lody. Tak jest, deser ten pyszny jest w miarę ekonomiczny. W Norwegii na przykład za pudełko naprawdę dobrych lodów o pojemności 2 l płaci się ok 40 koron. 10 zł za litr. To są te drogie. Tanie i dobre można dostać i za 25 NOK za 2 litry.
    Mielone. Tak jest, rób sobie mielone. Mięso mielone jest dużo tańsze niż steki, a mielony smacznym kotletem jest.
    Chipsy. Nie ma miejca na świecie, gdzie nie możnaby dostać tanich i smacznych chipsów. Znowu zrobię tu całkiem jawną reklamę - z Top Chipsami z Biedronki nie mogą się równać nawet Lay'sy. Nie rozumiem tego fenomenu, ale te chipsy są NIESAMOWICIE smaczne. Po prostu je uwielbiam.
    Możesz szaleć, i kupować tanią szynkę. Ponieważ w Polsce mamy taniutkie mieso, to doznasz pewnego szoku kupując za granicą. Znowu posłużę się przykładem patologicznej Norwegii - mortadela, i to wyjątkowo nędzna, kosztuje tu najtaniej 80 koron za kg. 40 zł. Dobra szynka od 200 do 300 koron za kilo. Naprawdę smaczna szynka (coś z gatunku tych dostępnych w Polsce za 35-60 zł / kg) powyżej 400 koron za kilo. Po prostu paranoja.
    Mrożone warzywa - mniam. Bierz pan dużo, bo zesmażone z ziemniakami i jajkiem daje smaczne danie.
    Świeże warzywa - też bierz. Może nie być tanio, ale nie będzie tragicznie drogo.
    Dobra, starczy o tym, co brać, bo tak można wymieniać w nieskończoność. Powiem czego na pewno NIE BRAĆ (jeśli chcemy oszczędzić).
    Miejscowych specjałów. Można spróbować raz, i starczy. Miejscowe specjały mają to do siebie, że jakoś dziwnie dużo kosztują. W końcu to na turystach się ludzie w tej branży dorabiają.
    Cukierków. Ach, life is brutal. W Polsce naprawde jest tanio. Ceny słodyczy za granicą mordują. Jak chcesz coś słodkiego - weź czekoladę.
    Kanapek gotowych. To jest jakaś śmieszna sprawa, takie pakieciki z kanapkami sprzedawane są praktycznie wszędzie, i zawsze w takich cenach, że opakowanie musi chyba być ze szczerego złota, dodatkowo zdobionego diamentami, bo zawartość kanapki nie zasługuje na cenę taką, że za te same pieniądze ja mogę sobie kupić bochen chleba, i kilo każdego ze składników w kanapce.
    Alkohol. Tak jest mili Państwo, w Polsce mimo akcyzy, to mamy stosunkowo tanie trunki (no, oczywiście do Czech, czy Ukrainy to nam trochę brakuje, ale ja mówię barziej o wycieczkach na zachód). Ponieważ o alkoholu zasadniczo nie wolno się rozpisywać na tym forum, to podam cenę piwa w Norwegii - w barze w Oslo pół litra Calsberga (w Polsce - najwyżej 7 zł) 60 koron. 30 zł. Powariowali. O cenach wyżej oprocentowanych trunków pisać nie będę, bo osoby o słabszych sercach mogłyby paść na zawał.

    Forget about 'em maaan...
    No, to tyle mili Państwo na jakiś czas. Po powrocie do Polski napiszę trochę o podróżach autostopem. No, chyba, że macie jakieś sugestie, jakiego to aspektu podróżowania nie wziąłem pod uwagę, napiszcie w komentarzach, a ja zobaczę co da się na ten temat naskrobać.
    Hm, no już sam sobie znalazłem nawet. Jak zwiedzać.
    Zatem do zobaczenia za 4 wpisy ;]
    ps. Oczywiście, jeśli macie sugestie co jeszcze powinienem opisać nie krępujcie się. Dla Was piszę, więc Wy decydujcie ;P
  8. t3tris
    Wpis ten będzie protestem! Pozornie osamotnionym głosem ludu! Czas przerwać zmowę milczenia! Na dniach z forum wyleciał (tak jest, nie bójmy się tego stwierdzenia) nasz drogi kolega Kratos1989. Za co? Otóż ośmielił się on zwrócić uwagę wpychającym kaprawe nochale w nie swoje sprawy moderatorom! Napiętnował gorszący preceder dopisywania się do cudzych postów, co więcej, ukazał niecną praktykę podpisywania się skrótami! Jest pierwszym, który odważył się wywlec to odrażające zjawisko na światło dzienne. Wyraźnie wskazał jego wady - głębia argumentów musiała moderatorów uderzyć w czuły punkt - dostał on dodatkowo +20% za linki do licencjonowanego anime. Dziwny zbieg okoliczności? No nie sądzę!
    Dalej mężny Kratos zaatakował swoisty bastion moderacji - ich wybory. Bez obawy wzniósł swą karzącą ręką na winnych - celnym uderzeniem znokautował zwłaszcza imć Gofera, znanego forumowiczom ze swej głupoty i dziwnych upodobań. Różowy jednorożec, gofry? Czy kogoś to bawi? Nie sądzę! Żelazną siłą swego przekonywania obalał jedno kłamstwo za drugim. I niechybnie byłby je wszystkie wydobył na światło dzienne stając się naszym zbawcą, który otworzył nam oczy, gdyby nie haniebny czyn Turka, ps. zoofil, prawdziwe zaś miano jego Izaak Goldstein. Znany ze swych powiązań z cyklistami mason ten udzielił Kratosowi (niech buki poniosą Jego miano aż na skraj stumilowego lasu) urlopu! Wywalił go za poglądy! To nie pierwsza, i zapewne nie ostatnia próba zakneblowania nam ust! Nie możemy się poddać!
    Bo choć mistrz nasz, Kratos przytoczył przypadek forumowicza, który odszedł zasmucony wielce niepowagą modów (nick niestety nic mi nie mówił, lecz jedynie przez ignorancję swą ogromną nie znałem tak ważnej persony, którą sam Kratos przywołał), to jak sam zaznaczył - on też może odejść. A tego byśmy nie chcieli. Walczcie wraz ze mną Bracia i Siostry! Pokażmy ilu nas jest! Oto dzień, w którym damy do zrozumienia modom, że nie straszni nam oni, bo w sercach naszych płonie nieśmiertelny ogień rozniecony przez najlepszego z modów - Kratosa! Chwała Jego pamięci! Niechaj żyje wiecznie!
    Teraz zaś bonus. Nie miałem siły konstruować dłuższego wpisu, gdyż łzy rzęsiste zrosiły mi klawiaturę, gdy tylko wspomniałem dzieło Kratosa, to otwieram własny kącik kucharski. Nie będę jak @P_aul (który również członkiem tej zbrodniczej organizacji moderatorskiej jest!) twierdził, że zżnam od @Rankina (kolejny mod! Widzicie? Wszędzie wlezą! Jak pluskwy!), bowiem to Rankin musiał pomysł mój ukraść nim jeszcze nań wpadłem. Kuglarska to iście sztuczka, lecz gdy Kratos powróci zdradzi nam jej sekret.
    Chilli con carne
    Prawdziwe żarcie dla prawdziwego faceta. Oczywiście, to metafora, od razu zaznaczam, bo buk wie jakie znowu feministki tym stwierdzeniem oburzę.
    Poziom trudności - łatwy
    Długość przygotowania - 45 minut.
    Składniki:
    400 g mielonego mięsa
    puszka fasoli czerwonej w zalewie
    duża papryka
    2 cebule
    czosnek
    pomidory w puszce, bądź przecier pomidorowy 0,5 l
    przyprawy
    Paprykę tniemy w paski, zaś cebulę w kostkę. Pomidory z puszki siekamy na jak najmniejsze kawałki Mięso mielone smażymy na ostrym ogniu przez około 15 minut. Potem dodajemy niego cebulę i wyciśnięty czosnek, i smażymy aż się cebula zeszkli. Wtedy wrzucamy posiekane pomidory z puszki wraz z sokiem, lub przecier pomidorowy, jeżeli na niego się zdecydowaliśmy. Doprawiamy sooolidnie chilli, cayenne, pieprzem czarnym i ziołowym. Dusimy na średnim ogniu często mieszając przez 15 minut. Gdyby całość robiła się zbyt gęsta - dolać wody. Potem dorzucamy odsączoną fasolę i pokrojoną paprykę, zmniejszamy ogień, i na małym ogniu gotujemy jeszcze przez około 10 minut. Całość powinno mieć dość gęstą konsystencję. Polecam jeść z chlebem, najlepiej razowym, można też podwać z ryżem.
    Jeśli nie lubimy zbyt ostrych dań, możemy dodać dodatkowo kukurydzy, łagodzi ona smak.
    Smaczego!
  9. t3tris
    Zgodnie z oficjalną polityką wszystkich krajów Europy mieszkańcy tejże darzą się niemożliwą do opisania miłością, a jednostki, które ośmielają się kogoś nie lubić są uznawane za niegodne życia w nowoczesnym społeczeństwie. Chyba, że nie lubią akurat ludzi nielubiących uprzywilejowanych grup (vide "święte krowy"). Uff, strasznie to skomplikowane...
    Może na przykładach będzie łatwiej. Czy mi wolno powiesić kartkę na drzwiach baru "murzynom/żydom/masonom/cyklistom/brunetom/garbatym wstęp wzbroniony!"? Oczywiście, że mi nie wolno!
    Co takiego zdrożnego jest w tym napisie? Intencja. Mi nie wolno nie lubić. Ja mam wszystkich ludzi kochać. Strasznie to po chrześcijańsku, ale o ile ja się orientuję, to mamy mieć rozdział między państwem a Kościołem. Poza tym największe represje za powieszenie takiego napisu spotkałyby mnie w krajach, które od doktryny chrześcijańskiej odcinają się ze szczególnym zapałem. Co jest zatem jest powodem ograniczania mi wolności? Strach. Strach przed czymś, co już się kiedyś stało. Tym, co stało się w Niemczech w latach 30-tych ubiegłego wieku. Wszyscy jednak zapobiegliwi politycy zapominają o dwóch bardzo ważnych rzeczach.
    Pierwsza - w Niemczech niechęć wobec żydów był oficjalną linią partii, którą dzielni i miłujący pokój (na jakich się obecnie stylizują - Hitler tak właściwie sam się wybrał - którego Niemca nie spytać, to jego rodzina była przeciw...) zachodni sąsiedzi wybrali. Tak więc zaryzykowałbym twierdzenie, że gdyby do władzy nie doszła NSDAP, to żydzi w Niemczech żyliby jak wcześniej (w końcu było ich tam trochę, zatem nie było im najgorzej).
    Druga - III zasada dynamiki. Akcja powoduje reakcję. Im mocniej władza naciska na lud, że ma kochać żydów, tym mocniej im się kiedyś wahadło nastrojów społecznych odfajtnie. Przykładem mogą być sympatie wobc Rosjan - za PRLu trzeba ich było kochać. Więc teraz większość polityków sobie rekompensuje to nie kochając ich z całej siły. Nawet jeśli na obecną chwilę lud nie ma nic do murzynów, to incydenty takie, jak z czarnoskórymi zombie w Resident Evil ileś tam, powodują, że to nie tylko do władzy mamy pretensje, ale i do czarnoskórych! Nawet jeśli nieświadomie, to jednak. A już media nam w tym wydajnie pomogą, bo tytuły będą "Rasistowski wybryk w grze!". A jak ktoś przeczyta co to za rasistowski wybryk, to zazgrzyta zębami i wymruczy pod nosem, że się murzynom w d***** poprzewracało. Tak się momentami zastanawiam, czy władza robi to specjalnie, żeby spowodować w końcu jakiś poważniejszy wyskok wobec tych grup społecznych, co będzie pretenkstem do odebrania nam kolejnego kawałka wolności osobistej.
    Argumentem przeciwko barom "nur fur" jest... tolerancja! Ta źle pojęta. Otóż z punktu widzenia co bardziej postępowych osób biednym garbatym będzie przykro, jak będą w mieście miejsca, gdzie oni nie będą mogli wejść. Jest to podejście dosyć chore. Ja nie czuję się ani trochę dyskryminowany faktem, że do 99,9% budynków w mieście nie mogę wejść, bo stanowią one teren prywatny, na którym ktoś może sobie mnie nie życzyć widzieć. Tak więc jeżeli ktoś powiesi na drzwiach mieszkania kartę z napisem "t3trisowi wstęp wzbroniony" nie będę wcale zmartwiony, bo przecież to nie moje mieszkanie, więc po kiego grzyba miałbym tam leźć, zwłaszcza, że w środku mogę się spodziewać osób, które mnie nie lubią.
    Czemu tak nie może być z barami? Nie da się ukryć, że są w tej chwili ludzie, którzy nie lubią jakiejś grupy społecznej bez wyraźnego powodu, za sam fakt ich istnienia. Są, i nic się na to nie poradzi, no chyba, że władza zakaże wolności myśli (obym nie powiedział tego w złą godzinę...). Skoro zatem są sobie takie indywidua, to czy nie lepiej będzie z punktu widzenia ludzi rozsądnych "odseparować ich", a raczej pozwolić im samym się odseparować? Jak ktoś zrobi knajpę, i na drzwiach powiesi napis "niebieskookim blondynom z kręconymi włosami wstęp wzbroniony" to ja się tam pakowac nie będę, a co więcej będę szczęśliwszy, bo pójdę sobie do innego miejsca, gdzie nie zastanę nielubiących niebieskookich blondynów z kręconymi włosami, bo przecież udadzą się oni w miejsce, gdzie nie wpuszcza się takich. Strasznie namieszałem, ale zobaczcie! Jest to korzystne dla obu stron - nielubiący kiszą się we własnym nienawistnym sosie, a ja wraz z ludźmi, którym to wisi i powiewa jestem wolny od obecności ludzi nielubiących w innym miejscu. Powiedzieć, że wilk syty i owca cała to mało. To wilk syty i z pełną spiżarnią, a owca sama na gigantycznym pastwisku.
    Rodzą się w Was pewnie obawy co, jeśli nie będzie miejsca z wolnym wstępem - nierealne. Business is business. Szerszy wachlarz klientów=większe zarobki. Dlatego też sądzę, że na wybieg typu "x wstęp wzbroniony" zdecydowaliby się nieliczni.
    So let me hate.
    Choć do tej pory pisałem codziennie nowy wpis, to w powyższy zajął mi 2 dni. Niby miałem go napisać na wczoraj, ale najpierw opuściła mnie wena, a potem byłem niezadowolony z tego, co stworzyłem, i wywaliłem wszystko poza wstępem. Więc wpisy będą się pojawiać nieco mniej regularnie, bo lepiej pisać rzadziej, niż wypuszczać buble.
  10. t3tris
    Ach, miało być o akwarium teraz, ale @Dracia sprowokowała mnie tym wpisem. Rybki zatem muszą poczekać do jutra.
    Od czego zacząć? Może najpierw pozwolę sobie na polemikę a potem ponarzekam na sam feminizm.

    Domyślam się, że o aborcję chodzi. Tak więc pozwolę sobie przedstawić nieco inna wizję - może nie tyle o własnym ciele, co o ciele dziecka. Które notabene jest w Was, ale jest zarazem osobnym organizmem. Zaś fakt jego zabicia (no bo usunąć to można zmarszczki, ale coś co żyje można wyłącznie zabić) nie jest już wyłącznie sprawą kobiety. Oczywiście o aborcji można sobie dyskutować latami, ale nie zmieni to faktu, że nie pozbawiamy Was możliwości decydowania o własnym ciele, tylko możliwości zabicia żywego człowieka, który się w Was rozwija. Poza tym o ile ja sie orientuję, to nie tylko mężczyźni stanowią prawo w tym kraju.

    Po kolei. Niższe płaca - hmm, pomijając fakt, że nie wierzę w takie bajki jak to, że kobieta dostaje za identyczną robotę mniej od faceta, to jeżeli jest tak, to poniekąd da sie to wyjaśnić zaskakująco prostym faktem. Może najpierw podzielmy prace na fizyczne i umysłowe. W fizycznych chyba nie ulega wątpliwości, że kobieta fizycznie jest słabsza od mężczyzny. Zatem naturalne jest, że wykona mniejszą dawke pracy. W umysłowej mamy do czynienia z innym powodem - facet zwyczajnie nie ma okresu. Wszyscy doskonale wiemy, że kobieta gdy ma okres nie jest w pełni, hmm funkcjonalna. Tak więc potencjalny pracodawca też musi brać poprawkę na to, że pracownik płci pięknej nie będzie w pełni wydajny przez cały miesiąc.
    Mało Was w prestiżowych zawodach. Lol, i to nasza - facetów wina? O ile ja się orientuję, to zasadą rynku jest to, że bardziej opłacalny produkt wypiera mniej opłacalny. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że jakakolwiek poważna firma unika zatrudnienia kobiety na wysokim stanowisku tylko dlatego, że jest ona kobietą. A jesli prawdą jest to, że kobieta otrzymuje mniejszą płacę, to zachowanie potencjalnego pracodawcy urasta do rangi kretynizmu do kwadratu. Jakby była dużo lepsza od męskich współkandydatów, to by została wybrana. Nie zostaje - widocznie facet był lepszy. Kropka.
    Tak wiele w nisko opłacanych - pardon, ponownie - czy to nasza wina? Kto zabrania kobietom zakładać firmy? Ba, w tej chwili mamy nawet do czynienia z prawem, które dyskryminuje facetów - kobieta zakładająca firmę może liczyć na jakieś tam ulgi, które mężczyznom nie przysługują.

    A to już mnie zabiło i sponiewierało. To bycie kurą domową jest czymś złym? Skorzystam z wcześniejszego dowodu - każdy robi to, w czym jest lepszy. Kobieta jest lepsza w zajmowaniu się domem. Facetowi zazwyczaj nie przeszkadza bałagan, dopóki może znaleźć co mu jest potrzebne. Faceci z reguły gorzej gotują. Nie mają poczucia estetyki. Nie potrafią robić DOBRZE więcej niż jednej rzeczy naraz. Poza tym - wolicie 8 godzin pracować poza domem mając nad głową szefa, czy zająć się tym, co jest w domu? Mi się wydaje, że opcja numer 2 jest nieco bardziej zachęcająca. Tu ewidentnie feministki wychodzą z założenia "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".

    A ja widzę artykuły o morderczych meblościankach, o ludziach, którzy nie śpią, bo trzymają szafę i o lądowaniu kosmitów. Jakby życie było takie, jak je widzą w mediach, to byśmy tygodnia nie przeżyli.

    Ekhem... Przypadków, gdy policja nie zareagowała na gwałt szuka się na siłę. Zachodzą sporadycznie. Nie ma robić z policjantów bezmyślnej męsko-szowinistycznej masy. Poza tym o ile ja sie orientuję, to w Policji pracują też kobiety.

    No cóż... Durnych żartów o facetach jest mniej więcej tyle samo, co o kobietach, więc argument dość nietrafiony.

    (podkreślenie moje) Ugh... Feminizm ma z liberalizmem tyle wspólnego, co słoń z baletem. Może początkowo był ruchem mającym na celu zrównanie w prawach kobiety i mężczyzn, ale obecnie jest ruchem mającym przyznać kobietom przywileje, bo im się historycznie należą. Przykład? No w tej chwili facet, który pozwoli sobie pod adresem kobiety na nieprzystojną uwagę zostaje skazany za seksizm, ale nie słyszałem o skazywaniu kobiet z tego samego paragrafu za nazywanie nas "męskimi szowinistycznymi świniami" (jakbyś sie poczuła, jakby Cię ktoś nazwał żeńską szowinistyczną lochą?).
    Liberalizm poza tym polega nie na zrównywaniu wszystkich, tylko specjalizacji.

    O nie. Na widok słowa "równi" włącza mi się kontrolka ostrzegawcza. Jakbyśmy mieli być równi, to byśmy byli hermafrodytami. Płcie ukształtowały się, bo mamy być inni. Równi w obliczu prawa, ale inni. Kobiety mają znacznie lepiej rozwinięty zmysł estetyczny i mają lepszą pamięć, facet ma znacznie lepiej ukształtowany zmysł logiki i orientację w przestrzeni. Czy to źle? To właśnie dzięki temu, że jesteśmy inni uzupełniamy się.

    Ekhem, brzmisz, jakbyście były dyskryminowane przez władzę. O ile się orientuję, to prawo polskie nie rozgranicza przestepstw popełnianych przez mężcyzn i kobiety więc cóż... Jakby nie patrzeć nie macie gorzej. Macie tak samo.

    To bardzo ryzykowne stwierdzenie. Ja, wydaje mi się, NIGDY nie napisałem, że zgadzam się z czymś, co ktoś pisze. Mogę się zgadzać z czymś co już napisał, ale zgadzać się z kimś w ciemno nie wiedząc co powie jutro to duże ryzyko. Zaś w moim przekonaniu to co piszą obecnie feministki to stek bzdur. Jakich - za moment.
    Tu zas zaczynają sie moje narzekania. Na feminizm. Niektóre argumenty będą się pokrywały z tymi przedstawionymi powyżej.
    Czego żądają feministki? Teoretycznie zrównania w prawach kobiet i mężczyzn. I to już jest zrobione. Od wielu lat.
    Ale to im nie wystarcza. Jakie sa otóż ich postulaty? Zasadniczo opierają się na założeniu, że kobieta może robic dokładnie to samo co facet tak samo, albo i lepiej. A tu zaskoczenie - nie może.
    Może to zabrzmieć istotnie jak wieśc hiobowa, ale, uwaga! Różnimy się. Psychicznie i fizycznie. Tu aż sobie pozwolę zacytować jednego ze swoich ulubionych bloggerów:
    "Facet ma zdolności empatii na poziomie przydrożnego kamienia, i gdyby kazać mu zajmować się gromada dzieci przez dłuższy czas, połowę by utopił, drugą połowę zaś wywiózł do lasu i zostawił. Dziewucha zaś, dzięki naturalnemu instynktowi, ma do dzieciarni większa cierpliwość i okazuje więcej zrozumienia, nawet, jeśli brygada bachorów ją wybitnie irytuje."
    Sam tego lepiej ująć nie potrafiłem, więc bezczelnie zacytowałem. Tyle na razie w kwestiach różnic psychicznych. Teraz fizyczne.
    Skoro feministki chcą takiego zrównania za wszelką cenę, to ja sobie życzę, żeby połowę pracujących na przodku w kopalni stanowił? kobiety. A najlepiej te, które krzyczą o to, żeby ustawowo zapisać, że kobiety mają stanowić połowę prezesów. I oczywiście nie wypuszczać, aż wypracują tyle, ile wypracowuje tam facet. Tę część, która przeżyje pierwszy dzień wypuścić, i pozwolić zmienić poglądy.
    Dalej chcecie równości we wszystkich sferach? To do woja drogie panie! Połowę żołnierzy na pierwszym froncie niech stanowią kobiety! Ba, połowę zabitych też!
    Takie na siłę wyrównywanie przyniosło już śmieszny skutek w straży pożarnej. Śmieszny dla mnie, ale nie dla właścicieli palących się domów w Stanach Zjednoczonych. Z tego co czytałem, to tak w ramach wprowadzania kobiet do straży... zmniejszono średnicę węża strażackiego. Bo kobiety nie mogły sobie poradzić z grubym. Dla tych, którzy nie rozumieją w czym rzecz wyjaśnię - przez cieńszy wąż można przecisnąć mniej wody. Pojęli? To nie jest już zabawne, to jest niebezpieczne.
    Facet jest inny. Ba, z punktu widzenia typowo biologicznego - lepszy! Bo większy, silniejszy. Bardziej wytrzymały. Mniej podatny na ból. Czego chcieć więcej? No właśnie. Z tego założenia wyszły feministki, i miast skupić się na tym, co kobiety mają lepsze za wszelką cenę chcą sobie przywłaszczyć zasługi męskiej siły.
    Ale drogie panie - przecież i Wy jesteście w wielu rzeczach dużo lepsze niż faceci! Macie znacznie lepszą pamięć. Zatem jesteście lepszymi lingwistkami. Macie lepsze wyczucie kolorów. Więc lepiej projektujecie wnętrza. Czy naprawdę tak trudno pogodzić się z faktem, że facet lepiej zetnie sosnę siekierą, pomacha kilofem w kopalni, zakomenderuje podwładnymi?
    Dlatego jak słucham bzdurzenia feministek, że facet to istny prześladowca kobiet, to nóż mi się w kieszeni otwiera.
    Miłe panie! My podporządkowaliśmy sobie ten świat dla Was! Żadna kobieta nie naraża się na wstyd dostania kosza. To facet się oświadcza. To facet prosi do tańca, i musi liczyć się z ewentualną odmową. To kobieta pierwsza wchodzi do pomieszczeń. To kobieta siada, gdy jest tylko jedno wolne miejsce. Po kiego grzyba facet gwałci swoją niechęć do sprzątania, gotowania? Bo chce zrobić dobre wrażenie na kobiecie! Po co facet robi jak wół, skoro mógły sobie pracować o połowę mniej, a i tak na wszystko by mu wystarczyło? Bo chce swojej kobiecie zagwarantować jak najlepszy los. Nie po to sili sie niebywale, wytężając swój nikły zmysł wrażliwości próbując napisać wiersz, by zaspokoić własną próżność. Nie, on robi to po to, żeby pokazać kobiecie jak mu niej zależy.
    Więc zamiast szukać na siłę czegoś, co nie istnieje doceńcie nasze wysiłki. Bo my chcemy, żeby Wam było dobrze.
  11. t3tris
    Rybki jakoś wytrzymały opóźnienie spowodowane feminizmem, lecz zapowiedziały, że Kazimierę Szczukę to zagryzą jak tylko zobaczą.
    Skoro zatem wybraliśmy sobie już zbiornik, to... Co? Jak to nie wybraliśmy? O masz ci los! Na razie dowiedzieliśmy się jakiego zbiornika nie wybierać. Do dzieła zatem młodzi drwale!
    Zbiornik
    Po udaniu się do sklepu akwarystycznego (są takie, co prawda zazwyczaj występują łączone z zoologicznym, ale widziałem i specjalistyczne dla akwarystów) wyjaśniamy panu sprzedawcy co i jak. Jeżeli kompletny z nas laik, to najlepiej będzie przywlec ze sobą jakiegoś obytego w temacie znajomego, bo zaufania do pracowników sklepów zoologicznych nie mam, odkąd z uporem maniaka twierdzili, że molinezje będą się w moim akwarium czuły wspaniale, wręcz, że są to idealne rybki do warunków mojego mikroświata. Uja, że tak powiem jako dumny student UJ. Molinezje zdychały w podziwu godnym tempie, a skalar, którego pani sprzedawczyni mi gorączkowo odradzał, tylko się gapił i dziwił. Co gorsza, zdychać też nie chciał przez długi czas, co podważyło ostatecznie moją wiarę w znajomość tematu pani "akwarystki". Ewidentnie czasy, gdy do pracy w zoologicznym wymagana była miłość do zwierząt bezpowrotnie minęły.
    Dlaczego zatem mamy się pytać sprzedawcy? Bo posiada on wiedzę, w przypadku której nie kłamie, bo zauważyłby to nawet totalny kretyn - jakie gatunki ryb z jakimi się jakoś nie lubią. Oraz jak dobrać skład akwarium, żeby temperatura, odczyn PH i napowietrzenie odpowiadały wszystkim mieszkańcom naszego wodnego królestwa (choć na tym się właśnie naciąłem. Ale żaden z moich znajomych nie miał z tym problemu).
    Ale, ale, do rzeczy. Wybieramy sobie piękny zbiorniczek. STOP! Zbiorniczek nie ma być piękny! Piękne to ma być wnętrze zbiorniczka. Odradzam (acz nie bardzo gwałtownie) wszelkie profilowane cuda, raz, że buk jeden wie jak to ustawić w domu, dwa, że ma ono część wad wspomnianych przy okazji omawiania kul. Choć nie jest to koniec świata, i jeśli na przykład popełniamy niewybaczalny błąd, i kupujemy akwarium dla dziecka w jego obecności, a akurat profilowane wpadnie mu w oko (a wówczas przekonanie dziecka, że to akwarium wcale nie jest fajne jest niemożliwe. Ach, staje mi przed oczami obraz, jak kupowałem swój pierwszy tornister ) to można sobie napluć w brodę (profilowane są oczywiście droższe) i kupić.

    Ale tak czy inaczej tu akurat opłaca się być konserwą niewzruszoną, i nie zważając na błagania sprzedawcy, by kupić kulę, bądź proflowane, wybrać zwykły zbiornik w kształcie prostopadłościanu. Pojemność... Hmm, na pewno nie mniej, niż 50 litrów. Oczywiście sprzedaje się i mniejsze (sam byłem swego czasu dumnym posiadaczem 10-litrowego, ale dlaczego, i jak do tego doszło, w odcinku dotyczącym najgorszych wpadek, jakie popełniają początkujący akwaryści ), ale specjaliści oceniają, że rybom do w miarę normalnej egzystencji potrzebne jest co najmniej 50 litrów. Na początek nie ma co szaleć i kupować 200, czy nawet 300-litrowego kolosa, bo się zarżniecie przy sprzątaniu (początkowo zajmuje ono duuużo więcej czasu, niż jak się człowiek wprawi). 120 to max. A polecam 80. Wbrew pozorom NIE JEST to mały zbiornik. Wyobraź sobie ile to jest 80 litrów wody, najlepiej przy pomocy wiader
    Zawartość nieorganiczna
    Co musi być obecne we wszystkich akwariach? Żwir. Bez żwiru na dnie, to możesz sobie co najwyżej rośliny pływające hodować.
    Znowu przytoczę zdanie nieznanych mi bliżej, ani nawet dalej, specjalistów, którzy twierdzą, że jaskrawy żwir dezorientuje ryby. Cóż, moja mama wiedziała o tym, gdy kupowała mi pierwszy zbiornik, więc nie mogę tej teorii empirycznie potwierdzić, bo od zawsze mam szary. I to samo zalecam i Wam. W zależności od wielkości zbiornika musicie się zabawić matematyka, i obliczyć ile żwiru kłaść na dno. Niestety, na śmierć zapomniałem ile kładłem sam, ale przyjmijcie za pewnik - żwiru lepiej za dużo, niż za mało. Ja mam taką 7-centymetrową warstwę, i starcza ona w zupełności. Więc tu możecie sie posłużyć panem sprzedawcą, który ma Wam powiedzieć ile paczek kupić.
    Sztuczne rośliny - polecam. Jak najbardziej, nie jest to żart, na samym początku rośliny będą Wam gnić w ekspresowym tempie. A sztuczne nie dość, że ładne, to i nie gniją. Najlepiej wybierać możliwie gęste, bo ryby się boją ludzi, i muszą sie mieć gdzie schować. Ustawiamy je zatem w okolicach kątów, żeby ryba uciekając "jak najdalej" od tych przerażających stworów z drugiej strony szyby mogła skryć się w liściach.
    Puste korzenie, zamki - YES SIR! Pusty korzeń to ulubione miejsce zabaw moich neonków (i ulubione miejsce zdychania moich glonojadów, o czym przekonałem się później...), w razie czego mniejsze rybki mogą się tam chować, tudzież ganiać. Brać w ciemno. Co prawda czyszczenie tego cholerstwa, to droga przez piekło, ale dodaje akwarium uroku.

    To ma być pusty i WYDRĄŻONY korzeń. Ten na zdjęciu ma imo nieco za dużo dziur, ale o to mniej więcej chodzi.
    Sprzęt
    Aby ryby nie musiały żyć w czymś na kształt obozu zagłady trzeba im zapewnić kilka urządzeń, które ich egzystencję czynią łatwiejszą. Właśnie ten element jest największym wydatkiem. Tu akurat nie ma co oszczędzać, bo jest to coś, co kupuje się raz na wieeeele lat.
    Co musisz mieć? Pokrywę po pierwsze. O ile nie nabyłeś jej razem ze zbiornikiem, to idziesz do zoologicznego i podajesz sprzedawcy wymiary. Nie jest to tania sprawa, ale to konieczność.
    Grzałka. Nastawiamy na optymalną temperaturę, i grzałka dba, żeby w akwarium nie spadła poniżej tego poziomu. Warto mieć. Poza tym niektóre choroby ryb leczy się przez zwiększanie temperatury w zbiorniku. A bez grzałki jak chcesz to zrobić? Dolewać wrzątku wiadrem?
    Termometr. Niby niepotrzebny, bo masz grzałkę, ale czasem się przydaje. Gdybym pewnego dnia nie rzucił przypadkiem okiem na termometr, to nie dowiedziałbym się czemu mi rybki zaczęły pływać przy dnie, i jakoś ta ciężko oddychają - siostra, lat 5, postanowiła pokręcić tą śmieszną gałką, co tam jest (do dziś nie wiem, jak zdjęła pokrywę sama, nic nie tłukąc), i przestawiła temperaturę z 24 na 35 stopni...
    Filtr napowiertrzający. Ryby oddychają tlenem. Więc naturalne jest, że musimy im jakiś jego dopływ zapewnić. Nie jest to trudny do czyszczenia, więc nie ma żadnego usprawiedliwienia dla nie posiadania tego wynalazku.

    Flora
    Od razu mówię - rośliny kupujemy przy drugiej wizycie. I tak będziecie mieli urwanie głowy z tym, co trzeba zrobić na początku, więc ostatnie czego Wam trzeba, to użeranie się z roślinami. Tu nie będę Wam zbędnie gadał, rośliny dobieramy do temperatury i odczynu PH. Polecę trzy, które się powinny utrzymać w prawie każdych warunkach: Kryptokoryna Wendta zielona, Lagarosyfon madagaskarski i Moczarka argentyńska. Sam miałem każdą z tych roślin, i powiem - są łatwe w utrzymaniu i odporne na "przeprowadzki".

    Na obrazku Wendta zielona wg gugla... Hmm, u mnie wyglądała nieco inaczej, ale co tam ;]
    Fauna
    Taa... Oczywiście każdy i tak kupi co mu się spodoba, ale mogę doradzić.
    Czego nie brać - bojownika. Tak, to brutalne, bo bojownika teoretycznie najtrudniej zabić złą metodą hodowli, więc dla początkujących wydaje sie idealny. Niestety tylko się wydaje. Każdy (no, prawie) chce mieć dużo różnych, kolorowych rybek. Wpuść dowolną rybkę o rozmiarach mniejszych, niż 20 cm i bojownika, to jedną znajdziecie zagryzioną, a drugą ledwie żywą (jeśli ta druga ryba będzie bojowa), albo znajdziecie jedynie zadowolonego bojownika (jeśli ofiara do wojowniczych sie nie będzie zaliczać). Innej opcji nie ma, bojowniki swojej nazwy nie zawdzięczają choremu poczuciu humoru odkrywcy, tylko cechom charakteru. Choć teoretycznie bojowniki (samczyki) powinny atakować jedynie inne samce swojego gatunku, to kończy się tym, że mordują wszystko co się rusza. Od razu mówię - być może to tylko moje doświadczenia, bo koleżanka ma bojownika, który się grzecznie toleruje z innymi rybami, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem, jak akurat traficie na złośliwego bandytę.
    Co kupić? Gupiki. Tak, to brzmi gupio (ach, humor +2), ale najłatwiej je rozmnożyć. Bo przecież po to hodujemy, żeby się oczekać potomstwa urodzonego w naszym własnym akwarium, czyż nie?
    Gupiki mnożą się jak durne, za nic mają więzi rodzinne (przykładem może być moje patologiczne akwarium, gdzie jurny gupik wariat zbrzuchacił własną babkę, a zarazem matkę - wcześniej jego ojciec też popisał się kazirodczymi skłonnościami... Ble, może już o tym nie mówmy), albo ekonomiczne (mnożą się cholery jak szalone, gdyby nie zaraza, która położyła mi trupem zdecydowaną większość zawartości akwarium - przeżyły jedynie dwa guraminy i kirysek - to chyba bym musiał je sprzedawać, albo kupić nowy zbiornik). Tak, dobrze przeczytaliście - sprzedać. Niektóre sklepy akwarystyczne skupują młode rybki, więc warto się na ten temat doinformować.
    Glonojady. Wbrew pozorom glonów Wam nie zeżrą, bo nie dadzą rady. W każdym razie nie wszystkie. Ale zdecydowanie warto mieć, są NIEBYWALE długowieczne (widziałem 15-letniego glonojada u kolegi), i ładne. Żeby jednak je trzymać trzeba często zmieniać wodę i mieć dobry filtr napowietrzający.
    Kiryski. W sklepach zazwyczaj spotkacie się z tymi z rodzaju Corydoras, choć zdarza się i Kirysek szmaragdowy, a jest on przedstawicielem rodzaju Brochis. Nieistotne to jest w każdym razie, dla laika i tak wyglądają tak samo ;] Miłe, fajne, małe rybki. Pomykają po dnie, i ładnie wyglądają. Często można spotkać albinosy - dużo częściej, niż w przypadku innych gatunków. Przydatne, bo zżerają pokarm, który spada na dno, więc mniej go zgnije.
    Neonki. Ponieważ mamy już ryby, które pływają przy dnie potrzeba nam jakiś, które trzymają się w środku. I neonki sa do tego idealne. Stadne cholery, jak kupujesz, to kup co najmniej 10. Podobno w grupach powyżej 20 próbują tworzyć coś na kształt ławicy. Nie potwierdzam, bo nigdy nie miałem więcej niż 8. Błyszczą się, i ładnie wyglądają.
    Skalary. Duże, ładne, spokojne. Żywotne skubańce, nie zdychają z byle powodu, poza tym, hmm... Podobają mi się, no ;]
    Tu kończą się moje rady jako człowieka, który się na tym trochę zna. Wybierzcie sobie zestaw glonojady + kiryski + neonki + najwyżej 3 gatunki ryb żyjących przy powierzchni (mieczyki, gurami, skalary, gupole, molinezje itd).

    To jest moja ukochana rybka - gurami złoty. Pierwsza rybka, jaką dostałem, hoduję je do tej pory... Ach, łza się w oku kręci...
    O ile jakieś feministki znowu mnie nie zaskoczą, to kolejny odcinek będzie za 3 wpisy. So long.
    Aha, jeszcze jedno. Przez feministki przemknął bez reakcji mój wpis "Nie lubię Cię". Zmartwiło mnie to, bo wydawało mi się, że napisałem o czymś nowym. Tak więc jeśli bylibyście łaskawi napisać mi jakie jest Wasze zdanie na ten temat, to byłbym wdzięczny.
  12. t3tris
    Jestem dumny z dokonań rasy białej! Przyszłość należy do nas, to my będziemy rządzić światem!
    Gdyby takie słowa wypowiedział publicznie jakikolwiek polityk będący aktualnie przy władzy, nie minęłoby 15 minut, a setki oburzonych obrońców praw człowieka zażądałoby jego głowy, drużyna dyżurnych autorytetów wystosowała list protestacyjny, prezydent Francji przeprosił czarnoskórych, a parlament Belgii uchwalił oficjalną notkę potępiającą.
    A tymczasem podobne teksty z powodzeniem wypowiadają działacze organizacji murzyńskich zmieniając oczywiście rasę białą na czarną, i nikt nie protestuje. Ba, elity przyklaskują i cieszą się, że murzyni tak dzielnie sobie radzą.

    Mamy w naszym społeczeństwie kilka grup, które moga sobie pozwolic na więcej niż inne. Co najśmieszniejsze motywują to tym, że są rzekomo prześladowane.
    Jako pierwsi idą czarnoskórzy. Choć okres kolonializmu skończył się już wiele lat temu, to większość krajów Afrykańskich ma w zwyczaju za swoje obecne problemy finansowe winić białych. Poza tym murzni stanowią dość ciekawą społeczność - widać to było głównie przy wyborach w USA. Otóż widziałem wiele wywiadów z tego okresu, i gdy pytano dowolnych przedstawicieli rasy białej co sądzą o nowym prezydencie ci odpowiadali czego się spodziewają, czego nie, itp, natomiast gdy do głosu dopuszczano jakiegokolwiek przedstawiciela rasy czarnej - jedyne co dało się usłyszeć, to to, że wspaniale jest mieć czarnego prezydenta. Ciekawi mnie niezmiernie, czy ktoś robił badania (pewnie nie - w końcu mało kto chce iść do więzienia za rasizm) jak rozłożyły się głosy wśród czarnych i mulatów. Jestem absolutnie pewien, że na Johna McCaina nie zagłosowało więcej, niż 5% z nich. No, ale mamy demokrację, i w sumie każdy może sobie głosować na kogo chce bez podawania przyczyn. Może sobie nawet głosować bo mu się podobają buty kandydata.
    Bardzo dziwne jest zresztą to, że o prawa czarnych troszczą się biali. I dochodzi tu do swoistych paranoi - widzimy rasizm nawet tam, gdzie go absolutnie nie ma. Przykładem tego może być choćby niedawna afera związana z czarnoskórymi zombie (dokładniej na ten temat pisał @mielu na swoim blogu.)
    Jestem pewien, że rozsądni czarni na wieść o tym walnęli klasycznego facepalma, i pokiwali z politowaniem głową.
    Następną grupą, która żąda więcej, niż by to wynikało z logicznego punktu widzenia są... homoseksualiści. Tak jest. Może w Polsce nie jest to tak widoczne (thank God), ale na przykład w Szwecji niebezpiecznie jest nawet pomyśleć w ten sposób, że geje bądź lesbijki uznają to za obraźliwe. Przesadzam? Pastor Ake Green boleśnie sie przekonał, że nawet wytłumaczenie tego, co jest napisane w Biblii może być przestępstwem! Ostatecznie Sąd Najwyższy uchylił wyrok skazujący pastora na więzienie, ale co szokuje? To na podstawie czego skazał go sąd rejonowy - "nawoływania do nienawiści" (sic!). To się w głowie nie mieści! Bo jedyne co on zrobił, to powiedział, że w myśl nauczania Biblii homoseksualizm jest zboczeniem i grzechem (akty homoseksualne, sama orientacja nie jest grzechem). I choć na końcu kazania powiedział "Nie możemy potępiać tych ludzi - Jezus też tego nigdy nie robił. Każdemu okazywał, że ma do niego głęboki szacunek jako do osoby (...) Jezus nikogo nigdy nie poniżał.", to sąd uznał, że pastor Green jest niemal drugim Adolfem Hitlerem, który doprowadzi do mordów.

    Czego jeszcze chcą sodomici? Nazywają to "tolerancją". Ale o ile ja się znam na języku, to tolerancja w ich wykonaniu ma oznaczać coś z pogranicza akceptacji, pochwały a czci. Tolerowani w społeczeństwie są od zawsze. Nie ma co się oszukiwać, homoseksualizm jest obecny w historii ludzkości od wieków, i nic tego nie zmieni. I tolerancja polega na tym, że ja sie nie wtrącam w to, co oni sobie robią w domu. Nie obchodzi mnie to, tak jak i ich nie powinno obchodzić co ja robię w swoim. Ale teraz oni wyskakują mi z żądaniami wprost bezczelnymi - domagają się, żeby wszystkich, którzy myślą inaczej zamykać w więzieniach - w końcu po to domagają się wciągania "homofobii" na listy przestępstw nienawiści i listy chorób psychicznych. O tym, jak drażni mnie słowo "homofobia" pisałem w swoim pierwszym wpisie.
    Kto jeszcze nam został? No jasne - żydzi. A raczej Żydzi. Bo na chwilę obecną nie można nawet w złym świetle przedstawić polityki Izraela, żeby tym samym nie przykleić sobie łatki antysemity. Ja rozumiem, że ucierpieli oni bardzo w czasie II Wojny Światowej. Ale chyba nie rozumieją, że nie tylko ich nie lubili naziści.
    Ponadto doprowadzili oni do dziwnej sytuacji - antysemityzmem nazywamy jedynie wystąpienia przeciw Żydom. O ile ja się orientuję ludy semickie to trochę szerszy zbiór niż tylko Żydzi. Tak więc który naród jest najbardziej antysmicki? Żydzi właśnie, bowiem w swoich działaniach i wystąpieniach nie kryją wrogości wobec pozostałych tamtejszych ludów. Trochę to dziwne.
    Zresztą, ktokolwiek w Polsce spróbuje choćby wychylić nosa zza granicy tego, co można powiedzieć, od razu dyżurne autorytety i polit-poprawne media robią z tego aferę. Przykład? Michał Kamiński. Tak jest, ten z PiSu. Choć z poglądami tej partii zgadzam się nie częściej, niż z kibicami Barcelony gdy chodzi o kwestię tego, jaki klub jest najlepszy, to tu muszę przyznać mu rację. Zostaje on przedstawiony niemal jak Goebbels, bo ośmielił się zaprotestować wobec faktu, że wymaga się od nas oficjalnych przeprosin w kwestii mordu w Jedwabnem.

    A co takiego powiedział pan Michał? Pełną wersję wywiadu z nim można przeczytać tutaj, a to, co napisała o nim brytyjska gazeta tutaj. Artykuł z prawdą ma tyle wspólnego, co ja z baletem - parę razy widziałem, i nawet mi się podobało, ale żeby samemu spróbować, to nawet mi się nie śniło.
    Zastanawiacie się pewnie po co w ogóle jest ten wpis. Odpowiedź jest prosta - po to, żeby uświadomić Wam, że czasem warto włączyć myślenie, i zamiast ślepo klepać za innymi: "im historycznie należy się szacunek" stanąć w prawdzie, i zapytać "czemu?". Czas skończyć z bezsensownym faworyzowaniem pod szlachetną przykrywką.
  13. t3tris
    Często bywając u znajomych mam okazję widzieć smętnego bojownika leżącego sobie bezwiednie na dnie kulistego akwarium. To NAJGORSZY los, jaki może czekać rybę w niewoli. Istny obóz zagłady. Sam jestem akwarystą od 8 lat, i gdy widzę coś takiego włos mi się jeży na głowie (choć przy mojej fryzurze właściwsze byłoby określenie, że włos mi się prostuje na głowie ;P).
    Jeżeli nie rozumiesz dlaczego czepiam się tej metody "hodowli" ryb, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie!
    Zacznijmy zatem od początku. Co początkujący akwarysta kupuje jako pierwsze? Akwarium oczywiście! I tu, już na samym wstępie nadziewamy się, jeżeli trafimy na sprzedawcę, który liczy głównie na zysk. Dlaczego? Bo ten doradzi nam akwarium - kulę. A to absolutnie najgorsza rzecz, jaka może spotkać rybkę.
    Choćby się zawzięła, to w takim zbiorniku nie może pływać inaczej, jak tylko w kółko. A to powodować to będzie u niej zaburzenia błędnika. Ryba potrzebuje prostych, na których może sobie poszaleć.
    Następna sprawa: niech mi ktoś wytłumaczy JAK zamontować grzałkę i filtr w kuli? Bo jak żyję nie widziałem żadnego z tych akcesoriów z jedną przyssawką. Zawsze są co najmniej 2, a wtedy montaż na powierzchni krzywej jest niemożliwy. Będziesz hodować ryby bez filtra i grzałki? Spoko, zdemontuj sobie w domu łazienkę, wywal odkurzacz, odłącz bierzącą wodę, prąd, gaz i przeżyj choćby tydzień.
    Z filtrem w kuli wiąże się jeszcze jedna ciekawa sprawa. Zakładając, że go jakimś cudem zamontujesz już jakieś 30 sekund po włączeniu zaobserwujesz ciekawy efekt - rybki będą Ci pływały w kółko. I to nie z własnej woli! Zresztą nie tylko one - również żwir, jeśli masz jakieś roślinki, to one też, itd. Wytworzy się efekt, jakbyś pomieszał w akwarium łyżką To nie magia, to fizyka.

    Kolejna sprawa - rozmiar. Widział kto kulę o objętości chociaż 30 litrów? Ja nie. Największe, z jakimi sie spotkałem miały na oko 15 litrów objętości. Hodowla rybek wiąże się z koniecznością zmieniania wody co jakiś czas (ja mając 80 litrowe zmieniałem co tydzień ok. 10 litrów). Nie dlatego, że takie mamy widzimisię, a z prozaiczengo powodu - piękne zwierzę w łuski też wydala przetrawione resztki pokarmu. Chciałbyś pływać we własnym g*****? No właśnie. A jak zmienić wodę w 5-litrowym (taką pojemność najczęściej mają kule) czymś? Szklankami? Głupiego robota.
    Wodę w normalnych awkariach zmienia się przy użyciu gumowego węża - wkładamy jeden koniec do wody, drugi do ust, zasysamy starając nie napić się wody, po czym umieszczamy go w wiadrze. Wyobrażasz sobie coś takiego z kulą? No way, zanim w ogóle zaczniesz operować końcówką umieszczoną w zbiorniku nie będzie tam już wody.
    A choćbyś się zgiął, i stosował najwymyślniejsze preparaty, i tak pojawią Ci się glony na ściankach. Nie ma bata, glony są niemożliwe do uniknięcia. Do ich usuwania używa się takiej skrobaczki z żyletką na końcu. Jakim cudem chcesz usunąć żyletką coś z wnętrza kuli? A może palcem będziesz zeskrobywał? Jeśli tak, to jesteś hardkorem.

    Teraz sprawa trochę poważniejsza - kula jest najlepszą metodą, żeby zwierzę nam wykorkowało ze stresu. Rybki posiadają coś takiego, jak linia naboczna. Bez zagłębiania się w naukowe szczegóły wystarczy powiedzieć, że jest to bardzo czuły zmysł reagujący na zmiany ciśnienia. Ryba płynąc wywołuje ruchy wody, fale, które odbijają się od przeszkód, i pozwalają się im doskonale orientować się w otoczeniu nawet bez światła. Kształt kuli sprawia, że odbijające się od ścianek fale krzyżują się ze sobą, i ryba przestaje rozumieć gdzie właściwie jest ta przeszkoda - tu akurat ścianka akwarium. Sprawia to, że żyje w nieustannym stresie, i zmniejsza się jej odporność na choroby. Ja bym wyskoczył z takiego akwarium jak najszybciej.
    Właśnie. Wyskakujące rybki. Zmora każdego akwarysty (ganianie rzucającego się po dywanie guramina, bo przy zmianie wody wykorzystał fakt, że zdjąłem pokrywę, wciąż śni mi się po nocach) i jedna z najczęstszych przyczyn śmierci ryb z kuli. Bo jak ryba wyskoczy, to nie leży spokojnie na boku czekając na ratunek, tylko o ile przeżyła upadek miota się jak szalona, i zazwyczaj kończy pod jakimś meblem. Zapobiec wyskakiwaniu rybek z normalnych akwariów jest łatwo - kupujemy pokrywę (zazwyczaj jest dołączona do samego zbiornika). A profesjonalną pokrywę na kulę dostać jest baaardzo trudno. Zazwyczaj dlatego, że typowa kula jest tak mała, że nie ma na nią czegoś takiego. Oczywiście możesz bawić się w małego inżyniera, i konsruować własną, ale nie zapominaj, że trzeba ją też czyścić. Jednym z tajemniczych zjawisk jest pojawianie się glonów na pokrywie. Całe szczęście są to zazwyczaj te z rodzaju łatwych do zmycia nawet gąbką.
    Kula ma meleńkie dno. Jak, pytam się, jak bakterie mają przetwarzać resztki (między innymi rybie odchody) skoro powierzchnię ich hipotetycznego żerowania zmniejszymy do minimum?
    Na samym początku wpisu wspomniałem, że cwany sprzedawca często wciska nieobytym z tematem potencjalnym amatorom hodowli ryb kulę. Czemu? Bo kula kosztuje nieproporcjonalnie dużo do swojej objętości. Dobre akwarium 100-litrowe można dostać w tej samej cenie, co 15-litrową kulę. Poza tym, jak wiadomo choćby po lekturze powyższych narzekań, rybki w kuli szybko zdychają. Tak więc sprzedawca ten zapewnia sobie klienta na nowe rybki. A nie tylko rybki, bo w końcu żaden klient sam z siebie nie dojdzie do wniosku, że to wina zbiornika, tylko będzie kupował setki preparatów, żeby uczynić wodę idealną.
    Śmieszą mnie opinie, że ktoś ma bojownika w kuli (właściwie bojowniki to jedyne znane mi ryby, które są w stanie przetrwać w kuli dłużej niż pół roku), i że ma się on wspaniale. Jeżeli leżenie na dnie, bądź zawisanie w przestrzeni nazywacie "świetnie się mieniem", to chyba nie widzieliście bojownika w dużym, normalnym akwarium. To wariat, nie ryba!
    Rybka stworzeniem jest nieśmiałym i płochliwym. Lubi chować się w kącie, w rozmaitych zaroślach, w pustych korzeniach (baaardzo polecam tę ozdobę, moje neonki ją uwielbiały). A co czeka je w kuli? Nie ma kątów, roślin mało (czemu - poniżej), a porządnego korzenia nie postawisz, bo dno za małe. Więc ryba chcąc, nie chcąc musi być na widoku, a tego nie lubi. I zasadniczo jest to kolejny z powodów, z jakich rybka może mieć nerwicę i obniżoną odporność.
    No i ostatnia kwestia - po co właściwie kupujemy akwarium? Bo ładnie wygląda. Nikt nie wmówi mi, że pusta kula (bo z powodu małego dna, dziwnej cyrkulacji wody, słabego utlenienia dużo roślin się tam nie utrzyma) ma jakieś walory estetyczne. Zresztą, zobaczmy:


    Które będzie większą ozdobą? Będąc rybą gdzie wolelibyście mieszkać? ;]
    Jeśli chcecie, żebym pisał więcej o hodowli ryb, to zaznaczcie to w komentach. Bo jeśli chętnych nie ma, to ja mam o czym pisać. A nie piszę tu sobie a muzom, tylko dla Was ;]
  14. t3tris
    Bogactwo naszego ojczystego języka w zakresie przekleństw oraz rozmaitych bluzgów może zaskakiwać. Ale nie dane nam jest usłyszeć je w telewizji. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo młodsi przedstawiciele narodu i tak wystarczająco dużo mają okazji, żeby nasłuchać się tego na ulicach, więc chociaż w domu ich oszczędźmy, ale z drugiej, na bukę, po 23 przed telewizorem siedzą już niemal wyłącznie dorośli, których psychika nie zostanie brutalnie zgwałcona, jak usłyszą, że "dobry" mówi "k****".
    Skoro zatem skazani jesteśmy na czytającego wszystkie ścieżki dialogowe bezpłciowego lektora, niech przynajmniej tłumaczy on dokładnie. Pamiętam jakby to było wczoraj moment, gdy oglądałem na Polsacie "Speed". Keanu Reeves wypowiada tam kwestię brzmiącą mniej więcej tak: "this f***er is too early", co zostaje nam przeczytane jako... "skubaniec się pospieszył!". Śmiech na sali. Ja mam uwierzyć, że dorosły chłop po tym, jak dostaje dwie kulki w ramię mówi "a niech to dunder świśnie"? To dodatkowo przeszkadza w odbiorze filmu. Jak ja mam sie wczuć, skoro widzę policjanta tłukącego podejrzanego, i mówiącego "przyznaj sie łotrze, gdzie są zakładnicy, do diaska!". Normalny widz uśmiecha się po czymś takim z politowaniem, i cały nastrój filmu idzie się ganiać po zielonych pastwiskach.
    A już wszelkie rekordy śmieszności biją sytuacje, gdy główny zły rozmawia (zazwyczaj przez krótkofalówkę) z głównym dobrym w momencie, gdy zły już chce się dogadać, bo wie, że przegrywa. Zapada cisza, i główny dobry cedzi z bezdenną pogardą "F*** you". Widz w krajach, gdzie mamy film z napisami w tym momencie wie, że to kulminacyjna chwia, że od tej pory dla czarnych charakterów będzie już wyłącznie tragicznie. Co widzi widz w Polsce? Pogawędkę, zapada cisza, i słyszy "spadaj". Mnie każdorazowo w takich sytuacjach dopada czkawka ze śmiechu. Jest to jeden z powodów dla jakich zrezygnowałem niemal całkowicie z oglądania telewizji gdy jestem w Polsce.
    Jest to tylko jednak skutek. A warto popatrzeć na przyczyny - zasadniczo skupiłbym sie na dwóch. Po pierwsze filmy w Polsce są z lektorem. Obowiązkowo. Bo Polak to głupek i leń, i sam sobie nie przeczyta napisów. A przynajmniej za takiego mają nas ci, którzy są za ten stan rzeczy odpowiedzialni.
    Miałem okazję oglądać telewizję w wielu krajach. I Polska jest jedynym, który nie oferuje nam możliwości usłyszenia oryginalnej ścieżki dialogowej.
    Jestem teraz w Norwegii. Tu nie ma czegoś takiego, jak film po norwesku. WSZYSTKIE (no, poza naprawdę niszowymi produkcjami, ale takich się zazwyczaj nie puszcza w tv) filmy są po angielsku. Gdy powiedziałem swojemu wujkowi (jest Norwegiem), że w Polsce mamy filmy wyłącznie z lektorem nie mógł zrozumieć jak to możliwe. Tutaj jedyne rzeczy, które są czytane przez lektora to bajki dla małych dzieci. Niektóre. Bo większość i tak jest po angielsku. I dzięki temu, że dzieci od pierwszych lat są przyzwyczajane do obcego języka tu każdy mówi w co najmniej dwóch językach. Każdy. Nawet starsza babcia, która prawdopodobnie pamięta jeszcze drugą wojnę światową po angielsku mówi na takim poziomie, że bez problemu zdałaby maturę rozszerzoną z tego języka z wynikiem powyżej 80%. Nie ma tu czegoś takiego, jak problem, że nie możesz się z kimś dogadać. Zdarzało mi się zaczepiac przypadkowych ludzi na ulicy pytając na przykład o drogę, i nigdy nie natknąłem się na nikogo, kto nie umiałby mi odpowiedzieć płynną angielszczyzną. Kurczę, a miałem się powstrzymywać od durnych dygresji...
    Drugim powodem jest przypuszczalnie źle pojmowana dbałość o moralność Polaków. Nic nie przeszkadza różnym telewizjom emitować coraz to głupszych programów, ale przecież nie przetłumaczą "f*** off" na "od******* się", bo co to by było! Przecież Rada Radiofonii i Telewizji natychmiast rzuciłaby się na nich z pazurami! Nie wiem, czy niektórzy dawno nie wychodzili na ulicę, gdzie można usłyszec takie wiązanki, że szewc by się zaczerwienił słysząc je, ale ewidentnie coś jest nie tak. Więc zamiast chronić mnie przed przekleństwami niech zajmą się zbieraniem znaczków, albo czymś podobnym. Będzie to znacznie bardziej pożyteczne.
    Najgorsze jest to, że wielu osobom obecny stan rzeczy w ogóle nie przeszkadza. Gwałt popełniany na arcydziełach kinematografii nie razi. Po co ja mam słyszeć zachrypnięty głos Clinta Easwooda, skoro mogę zamiast niego otrzymać sporą dawkę beznamiętnego gadania w wykonaniu lektora, który jednym tonem czyta kwestie w komediach romantycznych, westernach i horrorach? Przynajmniej się męczyć nie musze, i czytać. Poza tym napisy małe, a oni gadają w jakimś dziwnym języku... Dobrze jest jak jest!
    Smutne...
  15. t3tris
    Hm, zasadniczo to tak powinien był wyglądać mój pierwszy wpis, ale byłem tak przejęty tym, co napisał Rebel, że rozum mi odjęło.
    Czego możecie się spodziewać po tym blogu? Wszystkiego. No, prawie. Tematyki od filozofii, przez kucharstwo (Rankin nie jest jedyną osobą, która potrafi i lubi gotować ;]), aż po poradniki. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Nie mogę zagwarantować, że każdy polubi to, co zostanie tu napisane, ale postaram się zrobić co w mojej mocy, aby opanować swoje zapędy do niekończących się dygresji i wtrąceń niekoniecznie na temat.
    Czego się spodziewać nie powinniście - przede wszystkim wypowiedzi na tematy na których się nie znam. Nie mam zwyczaju pisać o czymś, o czym nie mam choćby teoretycznego pojęcia. Tak więc porad tkackich oraz analizy malarstwa flamandzkiego się tu nie doczekacie, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.
    Pisał będę tez zapewne nieco o sobie, w końcu to mój blog ;P
    O grach teksty tworzył będę sporadycznie, bowiem na ten temat swoją inwencję twórczą wyczerpuję na polemikach na forum. Tak więc jeżeli pojawi się tu jakiś tekst dotyczący konkretnej gry to możecie uważać fakt ten za wielkie święto.
    Aby nie tracić czasu na czcze gadanie od razu przystąpię do czegoś naprawdę pożytecznego.
    Kto zaglądał w mój profil wie, że podróżować lubię. I to nie za pośrednictwem biur podróży, ale zazwyczaj na własną rękę. Mogę zatem swobodnie powiedzieć, że pewne doświadczenie w tej kwestii mam, i podziele się kilkoma radami dotyczącymi wyjazdów w dalekie i niedalekie kraje.
    I W co się do diaska spakować?
    Mówimy tu o dalekich podróżach, zatem wybór mamy dość ograniczony - torba podróżna, bądź plecak - gigant. Jako, iż podróżowałem spakowany i w jedno i w drugie, spróbuję porównać powyższe cuda.
    Torba podróżna

    Typowa torba podróżna ma znacznie większą pojemność niż plecak, jednak poruszanie się z nią na dłuższych dystansach może sprawiać duże trudności, zwłaszcza, jeżeli napakowana jest do pełna. Jej rozmiary stanowią zarazem jej zaletę i wadę - w końcu jeżeli jesteśmy hardkorem, i podróżujemy autostopem wiem z doświadczenia, że samochody osobowe rzadko kiedy zatrzymują się, jeżeli obok potencjalnego pasażera leży torba rozmiarami przewyższająca samego poszukującego darmowej przejażdżki. Zakładając jednak, że jak zwyczajny człowiek kupujemy sobie bilet i jedziemy dowolnym publicznym środkiem transportu nie robi to różnicy. W trakcie podróży. Bo gdy tylko wysiądziemy trzeba dojść do miejsca, gdzie czeka na nas łóżko. O sytuacjach, gdy łóżko nie czeka, tylko trzeba go szukać powiem kiedy indziej. W zależności od dystansu niesienie torby może być niewygodne, diabelnie niewygodne, bądź niemożliwe. Zasadniczo zależność jest taka, że na każdy przebyty metr przypada kwadrat dyskomfortu. Głupio brzmi? Zaraz wyjaśnię. Chodzi mi o to, że idąc z torbą podróżną 2 km odczujemy 4 razy większe zmęczenie i rozdrażnienie niż 1 km. Nie jest to oczywiście potwierdzone żadnymi oficjalnymi badaniami, za wyjątkim mojego własnego doświadczenia. Dyskomfot związany z niesieniem torby wynika z bardzo prozaicznego faktu - Torby podróżnej NIE DA SIĘ wygodnie zarzucić na ramię, ani nieść na plecach. WSpowodowane jest to jej specyficzną budową, i nic na to nie poradzimy. Da się za to zapakować w nią dziwne przedmioty - zdarzyło mi się przewozić w torbie podróżnej na przykład kolumnę (głośnik) sporej wielkości.
    Aha, jeszcze jedno - mówiąc o torbie podróżnej nie mam na myśli tych śmiesznych wynalazków z kółkami - te nadają się wyłącznie do podróży samolotem, gdzie wysiadamy z samochodu, i poruszając sie po idealnie gładkiej powierzchni docieramy do miejsca odprawy bagażowej, po wylądowaniu znowu jedziemy z naszym bagażem po pięknym podłożu, i wsiadamy do samochodu. Kółka w tego typu bagażach sa tak malutkie, że w przypadku najmniejszych nierówności, w które na przykład obfitują chodniki we wszystkich krajach Europy (przepraszam za ewentualne bezpodstawne oskarżenie, co prawda nie byłem jeszcze we wszystkich, ale w przeważającej większości), kończy się to na ciągnięcu bagażu, który uroczo szoruje i podskakuje całą drogę.
    Plecak gigant

    Plecak. Zdecydowanie mniejsza pojemność od torby, ale zarazem duuużo bardziej życiowy. Plecaki są różnych gabarytów, od 18-litrowych szkolnych, z którymi każdy z nas miał do czynienia, po 100-litrowe kolosy, których zastosowanie ogranicza się do wykorzystania ludzi jako zwierząt pociągowych.
    Ze względu na fakt, że miejsca w plecaku niemal zawsze jest o 2 litry za mało (chyba, że ktoś sobie lubi nosić 100+20 litrowego bydlaka, albo jest doświadczony, ale w obu tych przypadkach może sobie odpuścić czytanie tego lamerskiego poradnika), więc bardzo ważne jest wykorzystanie kieszeni po bokach. Takie, gdzie można włożyć butelkę, tabliczkę czekolady, batona, tudzież szczoteczkę do zębów i pastę (temat niezbędności tych przedmiotów również poruszę kiedy indziej).
    Brak miejsca wewnątrz rekompensuje on za to możliwością podczepienia wielu rzeczy nad i pod niego. Namiot na dół, karimata na tył, i nie straszna nam żadna droga! Oczywiście nie należy przesadzać, i nie tworzyć piramid, na widok których każdy Egipcjanin zapragnąłby zostać po śmierci pochowany w naszym bagażu. Po pierwsze wtedy plecak traci swą wygodę, po drugie staje się rozchybotaną bronią masowego rażenia, a po trzecie, to skoro masz tyle tobołów, to czemu nie wziąłeś większego plecaka?
    Jeżeli decydujemy się na plecak konieczne jest zwrócenie uwagi na obecność zapięcia, na wysokości klatki piersiowej - znacząco poprawia ono komfort targania betów. Jeżeli nie ma zapięcia, to używamy... pasków od rączek. Wiążemy te paski w ten sposób, żeby sam opierały się nam one na klatce piersiowej. Na początku możecie się czuć dziwnie, ale Wasze ramiona będą Wam dozgonnie wdzięczne.
    Z plecakiem można bez większych przeszkód pokonywać pieszo większe dystanse, tak więc jeżeli odległość od miejsca dojazdu do łóżka jest daleka z plecakiem nie odczujemy tego w kręgosłupie.
    Podsumowanie
    Wszystko zależy od ilości bagażu i rodzaju wycieczki. Jeżeli wycieczka jest wyjątkowo dobrze zaplanowana - wiemy co, gdzie, jak i kiedy odjeżdża, a odległość od miejsca dojazdu do miejsca zamieszkania jest stosunkowo niewielka - bierzemy torbę. W przeciwnym razie polecam zaopatrzyć się w plecak, i nie martwić się na przyszłość. Bo zawsze jakoś to będzie.
    Oczywiście torby podróżne mają swoich zwolenników, sam z nich korzystam, ale z przekonania jestem plecakowcem ;P
    Za 3 dni część druga - "Co ze sobą zabrać?"
    Prosiłbym o komentarze, czy mam tworzyć dalsze części poradnika, bo nie ukrywam, że jeżeli nie będzie żadnego zainteresowania, to poprzestanę na dwóch.
  16. t3tris
    Do założenia bloga skłonił mnie wpis szanownego Rebela. Spróbuję podjąć tu jakąś polemikę z jego wpisem.
    Od czego tu zacząć? Może najlepiej zacznę od samego początku.
    Otóż Rebel zarzuca Polakom rasizm i homofobię. I zwłaszcza drugi termin budzi we mnie sprzeciw. Dlaczego? Bo jest to najpopularniejszy błąd z którym stykamy sie wszędzie naokoło. Dlaczego, ja się pytam, nazywamy to fobią? Czym jest fobia? Fobia jest nieuzasadnionym lękiem przed zjawiskiem, przedmiotem, osobą. A większość określanych terminem homofoba osób żadnego lęku przed homoseksualistami nie odczuwa. Wyrażają oni sprzeciw wobec poglądów prezentowanych przez homoseksualistów, ale na pewno nie ma miejsca irracjonalny lęk, jakim napełniają je osoby o odmiennej orientacji.
    Ponieważ jednak w regulaminie zakazano mi rozpisywać się o orientacjach seksualnych (dlaczego, zastanawiam się...), to przejdę do drugiego zagadnienia.
    Otóż Rebel przytacza tu przykład o. Rydzyka (tytułując go "panem", ja tego robic nie będę, bowiem nie ja nadałem mu tytuł księdza, więc i ja nie będę go jego pozbawiał), który na forum publicznym popisał się absolutnym brakiem kultury, i wyjątkowo kiepskim poczuciem humoru. Ale Rebel robi z tego, oraz incydentu z obrazkiem dołączonym do "Małego Gościa Niedzielnego" dowód, że Kościół popiera rasizm (Kościół też piszemy z wielkiej litery; ja choć nie lubię Lenina, to piszę jego nazwisko wielką literą). Pomijam juz fakt, że Rebel przypuszczalnie obrazka z murzynkiem nie widział na oczy, a już na pewno nie był na roratach, gdzie obrazki te były rozdawane, i miały w dowcipny sposób obrazować co w czytaniach mogło zostać źle zrozumiane (tak, dowcipny - obrazek ten nie jest rasistowski, bowiem właśnie sytuację jakoby murzynek chciał sobie rozjaśnić skórę traktujemy w charakterze żartu - bo po co miałby to robić?), ale fakt, że oficjalne stanowisko Kościoła jest zupełnie inne wyraźnie świadczy, że nie popiera on rasizmu w żaden sposób. Rebel z dwóch incydentów (z czego jeden faktycznie zasługuje na potępienie, a w drugim przypadku zrobiono z igły widły) wysnuł wniosek, że ten podły Kościół podsyca naturalną nienawiść drzemiącą w Polakach do przedstawicieli ras o innych kolorach skóry. Jest to równie zasadne, jak twierdzenie, że ludzkość nienawidzi niedźwiedzi - bo paru ludzi zabiło małego misia w górach. Moim zdaniem nie ma co szukać winnych, tylko zastanowić się, dlaczego istnieją ludzie, którzy przedstawicieli kolorowych ras nienawidzą za sam fakt ich istnienia. Bo co do tego, że tacy ludzie są nikt nie ma wątpliwości.
×
×
  • Create New...