Skocz do zawartości

PIMP

Forumowicze
  • Zawartość

    142
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez PIMP

  1. Oj gra dzieciństwa. Pamiętam jak tłukłem w nią całymi dniami ^^ Niektórych potworów się bałem ^^
  2. PIMP

    Życie ludzkie jest kruche...

    Wigilia. Jak byłem mały czekałem z utęsknieniem na ten dzień... w końcu to gwiazdka... moc prezentów i w ogóle. Od kilku lat jakoś nie czekam na ten dzień... pieniądze dostaje na początku grudnia i z tego kupuje sobie prezent, czy co tam chce. Nie przepadam za świętami również z powodu, że muszę wyjeżdżać, a to do rodziny, a to do znajomych. To jest żenujące, tym bardziej, że w mojej rodzinie nie ma moich rówieśników. Co będę poczynał z dziesięciolatkami? 24.12.2009, szesnasta gwiazdka w moim życiu. Wspólnie z rodzicami i siostrą poszliśmy do babci na wigilię. Wszystko bylo jak co roku, od wejścia czuć było zapachy z kuchni, w pokoju stół był już udekorowany a pod choinką leżał stosik prezentów. Weszliśmy i usiedliśmy do stołu. Wygłupiałem się z Tatą, rzadko mam na to okazje, bo co tydzień wyjeżdża na delegacje. No więc mama i siostra pomagały babci dokańczać stół i potrawy. W końcu usiedliśmy do stołu, wszyscy. Tata, jako głowa rodziny wstał, podał każdemu opłatek i wygłosił, krótką ale sensowna mowę. Opłatek został przełamany między domownikami. Przyszła pora na czerwony barszcz. Po zjedzeniu zabrałem się z tatą za karpia. Rozkroił go ostrożnie i podał mi porcję karpia. Zacząłem jeść. Wszystko było ok, tata chciał nałożyć sobie swoją porcję... i nagle zaczął kasłać. Myślałem, ze się zakrztusił. Nic jeszcze nie zdążył zjeść, poza barszczem. Mama krzyknęła żebym go poklepał. Zrobil się cały czerwony nie mógł złapać oddechu, osunął się z krzesła na podłogę... Zaniemówiłem. Pukałem go w plecy... byłem bez radny. Patrzyłem jak ojciec sie dusi... Wewnątrz się gotowałem. Że nie moge mu pomóc... W kilku milisekundach przeleciały mi przed oczyma wszystkie dobre chwile spędzone z ojcem... Pomyślałem, że to koniec.... zacząłem panikować... Dobrze, że babcia była kiedyś pielęgniarką. Podeszła do taty, podniosła jakoś jego ręce i mu próbowała pomóc. Chwilę po tym odkaszlną i wstał. Nic mu sie nie stało. Z głupim uśmieszkiem na twarzy powiedział: Kłaczek... W takiej chwili miał jeszcze ochotę na żarty... podziwiam go. Usiadł na krześle, otworzyłem okno żeby przewietrzyć a mama kazała Mu sciągnąć garnitur i krawat. Łzy samoczynnie leciały mi z oczu. I nie dlatego, że jestem [beeep] czy coś... pomyślałem, że mogłem stracić ojca... jedyny męski autorytet... człowieka, który zawsze był dla mnie życzliwy, a kiedy wymagała tego sytuacja stanowczy... Nie chce o tym mysleć co by było gdyby nie babcia... Tata pracuje w firmie zajmującej się ubojem zwierząt i padliny. Kiedyś, pracując 2km za miastem projektował tylko maszyny do tego. Dzisiaj się zmienilo. Od dwóch lat na pięć dni wyjeżdża 200km od domu. Jest kierownikiem w tym zakładzie pracy. Musi pilnować czy wszystko idzie zgodnie z planem. Jest to ubojnia zwierząt. Przez pięć dni musi gnić w tym smrodzie i oparach gnijącego mięsa... przez pięć dni. Przed jego wyjazdami był zdrowy, nic mu nie było, bynajmniej nie przypominam sobie czegoś gorszego. Bardzo mu to zniszczyło zdrowie... Najgorsze jest to, że uważa on, że nic się nie stało, że się zakrztusił. Tylko się pytam jak, skoro nic nie zjadł i nastąpiło to po kolejnym ataku tego dziwnego kaszlu. Nie chce iść do szpitala, zapewnia, że wszystko jest dobrze. Pewnie, dobrze. A co gdyby stało się to kiedy prowadziłby samochód? Albo gdyby szedł gdzieś do miasta albo co? Nie da mu się przetłumaczyć, że to dla jego dobra. On wie lepiej.... Cóż, musiałem o tym opowiedzieć... Te przeżycia zmobilizowały mnie do myślenia, co by było gdyby. O rozmyślaniu na temat kruchości życia ludzkiego. Że należy szanować bliskich, bo nie zna się dnia ani godziny. Mam nadzieję, że to się już więcej nie powtórzy, i że to było naprawdę "zakrztuszenie". Swoją drogą musi iść do tego lekarza... Przepraszam za wszystkie popełnione błędy, ciągle jestem w szoku. Może uznacie mnie za dziwaka... Ale kocham bliskich i nie wyobrażam sobie życia bez nich... Cóż, święta dopiero się rozpoczęły... Tak więc wesołych Świąt i szczęśliwego nowego roku... pozdrawiam.
  3. HammerHead, uwierz mi, jak się ma wenę, to nie takie rzeczy się wymyśla ;>
  4. Daruś bez Ciebie ten świat byłby nudny. Oby tak dalej łobuzie :*:*:*:**:*:*:*:*:* :icon_razz: :icon_mrgreen: :icon_mrgreen: :admin_twisted: :admin_twisted: :admin_twisted: :wub: :wub: :wub:
  5. PIMP

    Gry i dobre filmy

    Dużo by wymieniać co do tych gier... Grałem w Maxa Payne, Hitmeny, splinter celle, gta, mafia, bondy, gears of war, cody, mohy, feary, bioschock, brothers in arms, stalkery, ojce chrzestne... naprawdę dużo tego było. UncleSam, po obsadzie tak sądziłem. DeNiro i Pesci (chyba) razem. ;]
  6. PIMP

    Gry i dobre filmy

    Czyżby casino jest kontynuacją chłopców z ferajny? Obsada taka sama... cóż po trailerach sądzę, że film warty obejrzenia.
  7. PIMP

    Gry i dobre filmy

    W każdą z części gta już grałem więc odpada. Wcielałem już też się w rolę nowojorskiego gliny. Stranglehold przeszedłem, gra całkiem udana, nie miałem praktycznie kłopotów na moim komputerze. Sprawdzę The Club. Dzięki za tytuły filmów, idę obejrzeć jakieś zwiastuny na YouTube. Dzięki za odpowiedź, czekam na inne propozycje.
  8. PIMP

    Gry i dobre filmy

    Cześć wszystkim. W końcu wybiła godzina wolności na niespełna dwa tygodnie. Dwanaście dni przed nami stoi otworem. Niestety jak się okazało, akurat teraz pobiera mnie jakaś grypa. Typowe, przecież mam wolne... I tu zaczyna się Wasza rola. Otóż, jestem zdruzgotany, nie mam co robić ani w co grać. Chciałem obejrzeć jakiś film, oczywiście w polsacie i innych tefauenach lecą same "mega hity", które widziałem dwadzieścia razy w życiu... Polecacie jakieś dobre gry i filmy? Co do gier, podajcie tytuły tych, które najbardziej Was urzekły. Te, które według Was mają naprawdę dobrą fabułę i nie sposób się przy nich nudzić. Najlepiej, żeby nie miały jakiś wygórowanych wymagań sprzętowych, tak aby komputer sprzed trzech lat udźwigną je. Mogą to być również gry na konsole, chociaż jak wszyscy wiemy, są one cholernie drogie... (Pentium 4 3,2GHz, GeForce 7300 256mb, 2gb ram, xp). Co do gatunku? Praktycznie każde, chociaż nie ukrywam, ze najbardziej lubię gry akcji. Nie lubię, zaś strategii. Nie wiem czemu, za dużo czekania. Jeśli macie jakieś sensowne tytuły, proszę mi je przybliżyć. No i najważniejsze, żeby nie były one również kosmicznie drogie. Mój fundusz jest dosyć mały, myślałem raczej o jakiś reedycjach. Drugim problemem są filmy. Z okazji, że są jeszcze dwa dni pracujące, chciałbym zdobyć jakiś dobry film. Myślałem o czymś w klimacie gangsterów. Ojca chrzestnego widziałem, Chłopców z ferajny mam zamiar obejrzeć w tą przerwę, pozostaje mi jeszcze Człowiek z blizną. Znacie inne filmy o gangsterach? Proszę o tytuły. No, dobrym wojennym filmem również nie pogardzę... Tak, więc liczę na Was, mam nadzieję, że pomożecie umilić mi te długie wieczory, kiedy będę grzał się przy kominku (No dobra, kaloryferze) by się wychorować. Będę wdzięczny za pomoc. Pozdrawiam
  9. PIMP

    Ubieranie choinki.

    Witam w ten jakże mroźny wieczorek. Śniegu po kolana i nie zanosi się, by przestało padać. Będzie dobrze jak biały puch dotrwa do gwiazdki, o Świętach nie wspomnę. Wróciłem ze szkoły, rzuciłem plecak w kąt, wiedząc, że nie muszę się już uczyć i odrabiać lekcji. Poszedłem do salonu, zjadłem obiad. Za oknem zapadał mrok. Z racji tego, że do świąt zostało już niewiele, zdecydowałem się ubrać choinkę. W tym roku rodzice kupili żywą, mniejszą choinkę, od tej, która była w zeszłym roku. Powód? Przemeblowanie salonu. Brakło dla niej miejsca. Cóż, mówi się trudno. Zszedłem do piwnicy po choinkę, która czekała już od soboty. Wtaszczyłem ją na czwarte piętro i zacząłem przygotowywać do ubierania. Nie powiem, z igieł, które z niej spadły można by zrobić jeszcze jedno drzewko. Próbujemy ustawić ją w jakiś sensowny sposób. Nie chciała ustać na stojaku, wpadłem więc na pomysł by wsadzić ją do wazonu. Tak też zrobiliśmy. Po wielkich trudnościach stoi w miarę pionowo, nie pochylając się. Następna część programu. Oświetlenie. I tu się zaczęło. W pudełku znajdowało się kilka tych chińskich oświetleń z diodami, w których jedna działa za wszystkie, a wszystkie za jedną. Jak zobaczyłem jak te cienkie kabelki są poplątane, od razu odechciało mi się. Z czterech par oświetlenia, tylko jedna świeciła. I to ta, która miała tylko 50 lampek. Cóż, postanowiłem improwizować i założyć to oświetlenie. Choinka nie miała wdzięku. Taka jakaś goła, za mało lampek. Z pozostałymi oświetleniami się nic nie dało zrobić, niestety. Musiałem ubrać się i iść do babci po oświetlenie. Nie chętnie założyłem kurtkę i wyszedłem na ten ziąb. Poszedłem do niej i pożyczyłem to oświetlenie. Nie muszę mówić, że zmarzłem. Po powrocie do domu okazało się, że babcia spakowała nie to oświetlenie. Tak, po raz kolejny musiałem zejść na dół i iść w tą zamieć śnieżną z powrotem. Tym razem było mi raźniej. Dodatkowo został wręczony mi mój kochany piesek. Owczarek niemiecki. Niby. Koło owczarka to on tylko stał. Ale i tak jest kochany. Cóż, założyłem mu obrożę i kaganiec i zszedłem po schodach. Pod klatką dobiegł do drzewka by odcedzić kartofelki. Uwierzcie mi. Ten pies wychodzi od trzech do pięciu razy dziennie na dwór. Tylko co z tego? Z zegarkiem w ręku patrzyłem ile się załatwia. Trzy minuty z haczykiem. Co ten pies ma za pęcherz? No dobra zbiegłem trochę z tematu. Poszedłem ponownie do babci i wymieniłem to oświetlenie. Wróciłem cały w śniegu, bo pieskowi zachciało się wygłupów. Na szczęście ten egzemplarz świecił. Ubierałem choinkę dalej. Dobra, oświetlenie założone, czas wziąć się za bombki. Otwieram jedno pudełko, zakładam. Otwieram drugie pudełko zakładam. Otwieram trzecie pudełko i... I co się okazuje? Że w nim są cztery nie odpakowane oświetlenia. Trochę się zdenerwowałem, że biegałem w ten mróz po dworze z głupimi lampkami, a nowe, nieodpakowane były tuż pod nosem. Pocieszam się, że wyszło mi to na zdrowie. Ale trochę czasu straciłem. Cóż, w końcu ubrałem choinkę i wsunąłem na miejsce, w którym miała stać. Wyszło całkiem nieźle, chociaż jak co roku bombki wiszą bez ładu i składu. Ale kto by na to zwracał uwagę. I znów za niespełna trzy tygodnie będzie żal ją rozbierać... Cóż, jeszcze tylko jeden dzień i ferie. Mam nadzieje, że nie zanudziłem Was tym wpisem. Pozdrawiam i wesołych świąt.
  10. twoja prowokacja już się robi nudna...
  11. PIMP

    The Saboteur.

    Witam. Z racji tego, że jest już późno, przepraszam za błędy. Kontynuując. Dziś w swe, rządne gier łapy dostałem The Saboteur. Gra została 8 grudnia tego roku przez EA games. I tutaj jestem zdziwiony. Ostatnio, poziom gier w wersji PC ze stajni EA był bardzo niski. Bo co jest ciekawego w dawaniu po raz enty tego samego, w nowym opakowaniu? Na pewno tańsza produkcja... Ale z tytułem The Saboteur, EA mnie zaskoczyło. Ten tytuł wyszedł im całkiem, całkiem. Jest to typowy klon serii Grand Theft Auto, z elementami rozgrywki z Assassins creed'a. Wcielamy się w postać mechanika samochodowego, który jeździł trochę w wyścigach. Jest okres zimnej wojny. Przygodę zaczynamy w nocnym klubie w Paryżu, gdzie naziści popijają wino i oglądają występy kobiet. Spotykamy tam nieznajomego, który po dłuższej rozmowie z bohaterem, wychodzi mówiąc, żebyśmy do niego dołączyli. Tak więc robimy. Schodzimy na dół i wychodzimy z klubu. Naszym oczom pokazuje się niepozorna paryska ulica, utrzymana w czarno białych barwach (Niektóre elementy mają swój kolor jak np. światło okien, swastyki. Przywodzi mi to na myśl Sin City). Oznacza to, że dany obszar jest opanowany przez nazistów. Jeśli odbijemy teren, kolory powrócą, a dzielnica stanie się bardziej przyjazna. The Saboteur Sin City Kiedy dołączymy do naszego nowego przyjaciela, będziemy musieli wykonać nasze pierwsze zadanie. Musimy wdrapać się na budynek i skopać tyłek wartownikowi na dachu. Schodzimy na dół by wysłać do nieba (A raczej piekła) pozostałych dwóch. Rozwalamy dwie drewniane skrzynki, podnosząc dynamit, który z nich wyleciał. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do wyznaczonego punktu na mapie. Mapa jest bliźniaczo podobna do tej znanej z GTA, co ciekawe w Saboteurze, jest system gps. Pokazuje on najkrótszą drogę do celu. Po dojechaniu w wyznaczone miejsce, musimy wdrapać się na budynek. Kiedy już tam wejdziemy, nasz przyjaciel odwraca uwagę nazistów wysadzając ich ciężarówkę w powietrze. My w tym czasie, niczym Altair zjeżdżamy po linie do składu paliwa. Zabijamy jednego niemiaszka i podkładamy ładunek. Jak nie trudno się domyślić należy uciekać, w prawym górnym rogu pojawia nam się informacja ile zostało do wybuchu. Wyjeżdżamy ze składu paliwa, zabieramy przyjaciela do samochodu i uciekamy. Pojawia się filmik, na którym w efektowny sposób, skład paliwa przechodzi do historii. Musimy uciec żołnierzom Wermachtu. Robimy to podobnie jak w gta IV. Musimy wyjechać z określonego okręgu na mapie. Odwozimy znajomego do nocnego klubu i wchodzimy na zaplecze. W dalszej części gry weźmiemy udział w wyścigu. Jest on podobny do słynnego wyścigu z mafii. Naszym zadaniem jest osiągnąć pierwsze miejsce. Niestety, nie uda się wygrać tego wyścigu. Nie będę mówił dlaczego. Sprawdźcie sami. W grę grałem zaledwie godzinkę lub dwie. Podczas rozgrywki spotkałem kilka rodzajów broni, jak mp44 czy mp40. Są również granaty i karabiny. Możemy również wyposażyć nasz karabin w lunetę. Nasz bohater, Sean potrafi również efektownie się bić, czy zabijać przeciwników z ukrycia. Gra jest typowym sandboxem. Podobnie jak w w/w GTA możemy ukraść samochód i pojechać gdziekolwiek się chce. Dziwne jest to, że niby Sean to zwykły człowiek, a kradnie samochody i rozjeżdża niewinnych ludzi. Ale kto by tam się nad tym zastanawiał. Dźwięk jest całkiem dobry, chociaż mógłby być lepszy. Dźwięki broni są trochę naciągane, samochody mają podobne warkoty. Dobre są zaś "audycje" radiowe, w których leci muzyka z epoki. Możemy również wspinać się na punkty widokowe, coś jak w Assassins creedzie. Najwyższym punktem jest wieża Eiflfel'a. Grając na xboxie, za wdrapanie się na nią dostaniemy 15g, zaś skacząc z niej do basenu, otrzymamy kolejne 15g. Tak zachwalam grę, a nie powiedziałem najważniejszego. Owszem, jest dobra, ale nie wybitna. Autorzy mieli fajny pomysł, który po części został wykorzystany. Mogli trochę podrasować to i owo, widać brakło czasu. Ale kontynuując. Gra zawiodła mnie tylko pod jednym względem. Wymagań sprzętowych. Tak! O zgrozo! Na moim leciwym sprzęcie (P4 3,2Ghz, 7300 256mb i 2gb ramu) chodzi gorzej od Grand Theft Auto IV. O ile w gta miałem od 16 w porywach do 25 fpsów, w tej grze jest ich mniej. Ponadto gra chodzi jakieś 40% wolniej niż powinna. Wiem, powinienem się cieszyć, że w ogóle chodzi, jeśli nie spełnia nawet najmniejszych wymagań. Cóż, widać mój komputer się starzeje. Niestety. Ale przyznać muszę, że są momenty, w których gra zyskuje na płynności. Szczególnie jest to na wyzwolonych terenach, na wsi, za dnia. Ustawiając kamerę pod odpowiednim kątem (to samo robiłem w gta IV ^^) gra zyskuje 3-5 fps'ów. Na zakończenie. Dopiero zacząłem grać w najnowsze dziecko EA. Mam nadzieję, że lagi mnie nie zniechęcą i ukończę ją, chociaż główny wątek. Bo dla prawdziwego gracza, jakieś tam lagi to mała przeszkoda, jeśli gra jest dobra. Na chwilę obecną, po przejściu prologu i dwóch misji pierwszego aktu, wystawie grze ocenę 7.5/10. Może płynność naprawią patche, które być może wyjdą w niedalekiej przyszłości. Bądź co bądź, polecam serdecznie The Saboteura. To podobno od 12 do 18 godzin zabawy. W moim przypadku będzie to trochę więcej. O jakieś 40% ^^. Pozdrawiam.
  12. Witam Was w ten jakże piękny dzień. W dzień kiedy zaczyna się weekend. Tak, w końcu nastał wyczekiwany przez nas piątek (A po nim weekend na który, według Loverboy'a, wszyscy czekają :]) Lekcje w szkole się dłużyły, szczególnie Polski i matematyka... ale zleciało. Na dworze minus kilkanaście stopni, pełno śniegu. W oknach świecą się udekorowane już choinki. Dzieciaki wrzeszczą i wygłupiają się. Same plusy. No prawie. Oprócz tego, że jeszcze dwa dni do ferii... ale zlecą. Mój dzisiejszy wpis, będzie o wszystkim i o niczym. Dlaczego? Bo sam nie wiem o czym chcę napisać. Zacznę od tego, że z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, chciałem Wam wszystkim życzyć wesołych świąt, aby Wasze pragnienia się spełniły, i żebyście odnaleźli swoje miejsce na ziemi. Przechodząc dalej... Nie lubię sypkiego śniegu... oj bardzo. Nie lepi się... to zawsze mi psuło zimę. Co z tego, że mam prawie 17 lat. Czasem i tak lubię jak dzieciak, powygłupiać się w śniegu.... ehh ;] Co jeszcze? A wspomniane wcześniej dwa szkolne dni... Poniedziałek i wtorek. O zgrozo... W poniedziałek klasówka z niemieckiego, we wtorek Historia, dwie godziny Polskiego, jasełka i spotkanie z nauczycielem. Najgorsze jest to, że obecność obowiązkowa... cóż. Mówi się trudno. Święta. Okres fajny. W sumie. Z okazji prezentów powiecie? Owszem. Klimat? Jakoś od dwóch lat nie mogę odczuć tego prawdziwego klimatu i atmosfery... Rodzina? Niestety, przesadna "miłość" i "grzeczność" wobec siebie. I te wyjazdy... Przeżyje się. Ale ma się co załamywać. Z każdym tyknięciem zegara, coraz bliżej do sylwestra. I znowu postanowienia noworoczne, których nikt nie spełni... Może jestem pesymistą, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby któreś z moich postanowień się spełniło. Może za mało się starałem... Jak mówiłem, przepraszam za zupełny brak powiązania dzisiejszego wpisu. Napiszę coś sensownego, jak będę miał natchnienie i co najważniejsze temat. Może mało osób tutaj zagląda, ale nie chcę, żeby mój 'blog' się zakurzył. Nawiązując do tytułu.... Reniferu i dres. W wykonaniu kabaretu Limo. http://www.youtube.com/watch?v=tUMxeNVygKs No i może jeszcze jeden filmik, który nie ma w ogóle powiązania ze świętami. Dodał go dziś mój przyjaciel ze społeczności YT. Sprawdźcie sami. http://www.youtube.com/watch?v=dpmgxOPRjOs Dobra, kończę ten wpis. Pozdrawiam wszystkich i jeszcze raz życzę Wam wesołych świąt. Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie związane ze świętami. Mam nadzieję, że się spodoba...
  13. PIMP

    TELEFON

    Jeśli nie ma uszkodzeń to pewnie za darmo. Tak by podciągnęli pod uszkodzenie mechaniczne. No chyba, że gwarancja wygasła.. bądź dobrej myśli ^^
  14. PIMP

    Gry

    Witam, siódmy dzień tygodnia, dzień odpoczynku. Teoretycznie, a praktycznie sami wiecie jak jest. Szkoła, lekcje, nauka. Dość o tym. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył gier, do których mam sentyment. To od nich zaczęło się moje uzależnienie od komputera. No od gier, bo nie wszystkie dotyczą blaszaka. Dobrze to będę wymieniał je i opisywał je w miarę chronologicznie. Cóż... na pierwszy ogień idzie: 1.Nieśmiertelne Mario. Jak dzisiaj pamiętam, miałem z 7 lat, usiadłem po obiadku do mojego pegasusa, którego dostałem na urodziny. Eh, to była konsola. Kontynuując, wziąłem żółtą kasetę, czy może dyskietkę, jak zwał tak zwał, z rzekomo 168 grami na niej. "Konsola" niemrawo odczytała zawartość kasety. Kwadratowym padem wybrałem Mario. I tutaj się zaczęło. W każdej wolnej chwili siedziałem przy tej grze, starając się przejść dalej. Śmieszny hydraulik, który zjada grzyby i bije żółwie. Ma za zadanie uwolnić księżniczkę, którą porwał zły smok. I tak stoi przed nami dość dużo poziomów, ograniczonych czasowo i naszpikowanych wszelkiej maści paskudztwem. Przebijamy się przez całe to robactwo zwiedzając zamczyska, podziemia a nawet levele pod wodą (I tu śmieszna historia. Jak po raz 1 doszedłem do tego lvl nie moglem zrozumieć jak się pływa. Miałem jedno życie i czas cały czas spadał. Cóż, tak się zdenerwowałem, że mama mi wyłączyła konsolę i kazała iść do pokoju. ^^). Nigdy jej nie skończyłem, pamiętam, że doszedłem kiedyś do lvl z chmurką i konsola odmówiła posłuszeństwa. Cóż, mówi się trudno. Musiałem obejść się smakiem. Kilka lat później, kiedy dostałem internet, pragnąłem znaleźć mario w necie. Znajdywałem same podróbki, nie było oryginalnego z NES'a. W końcu, po przewertowaniu 100 stron znalazło się. Jak się prezentuje dziś? Według mnie bardzo dobrze. Fajna, kolorowa grafika (choć, trochę pikselizacja.) i dość wysoki poziom trudności. Warto zagrać. 2.Kolejną grą będzie rasowa rajdówka. Kiedy w 2002 dostałem pierwszy komputer nie miałem żadnych gier. Dobrze, że mam brata ciotecznego, który już wtedy był zagorzałym graczem. Poszedłem do niego i pożyczyłem gierkę. Jaką? Ano jako 10 letnie dziecko, kochałem samochody. Rally champioship. Tak, to było coś. Masa samochodów, nie patrzyłem na grafikę czy dźwięk, w końcu to była moja pierwsza gra. Wybrałem Nisana micre ze spisu i pierwszą trasę. Miałem ustawioną manualną skrzynię biegów i nie mogłem jechać do przodu. Po rozmowie z bratem, przestawiłem skrzynie biegów i zacząłem grać. Na początku nieporadnie rozbijając się o każdy słupek/drzewo. Pamiętam, że rajdy pirelli były najgorsze. Większość po nocy w deszczu i były strasznie długie. Często nie jechałem trasy tylko zwiedzałem obszar. Ta gra miała plus, że nie cofało Cię jak wyjechałeś za mapę, mogłeś zwiedzać wszystko do woli. Zwiedzałem okolicę, znajdywałem samochody które pełniły rolę otoczenia (Transit i peugeot). Za wszelką cenę chciałem nimi pojeździć. Jak dzisiaj prezentuje się ta gra? Grafika się postarzała, ale zła nie jest, zniszczenia stoją na dużym poziomie. Brak porównania do tych znanych z Grida, naliczanych w czasie rzeczywistym. Ale tam, samochód mógł się popsuć w czasie jazdy. Była masa usterek, od przegrzania silnika, awarii chłodnicy po awarię silnika. Wóz wtedy odmawiał posłuszeństwa. Pamiętam, że kiedyś po raz pierwszy dojeżdżałem do mety na pierwszym odcinku pirelli i tuż przed metą awaria silnika. Nieźle się wkurzyłem. Dziś gra odchodzi w zapomnienie, ale nadal warto w nią pograć. Na głowę bije Colina McRae 2.0, który wyszedł praktycznie w tym samym czasie. Później wyszła gra pod tytułem Rally Championship Extreme... ale to już nie było to samo. 3. Trzecią grą będzie Colin McRae 2.0. Arcadowa rajdówka, różniąca się od Rally Championship prawie wszystkim. Do dyspozycji mieliśmy masę samochodów i możliwość wystartowania w WRC. Mogliśmy się ścigać we Francji, Szwecji, Australii, Finlandii... Rozgrywka była bardzo prosta i wciągająca. Kolejna gra, w którą grając, biłem rekordy. To była moja pierwsza kupiona gra. (2 bądź 3 ogółem.) Pamiętam jak zbierałem 49 zł żeby ją kupić... Za każdym razem jak byłem w sklepie, musiałem zajrzeć i zobaczyć czy stoi i nadal na mnie czeka. Byłem trochę zawiedziony, jak gra cofała mnie jak wyjechałem za trasę. Kochałem niszczyć samochody. Dlatego, że nigdy nie odmawiały posłuszeństwa i nawet mając uszkodzenia na czerwono, dało się dojechać do mety. Dziś gra prezentuje się nadal ciekawie. Dużo fanów serii mówi, że 2.0 było najlepsze. Polecam, nadal warto zagrać. 4. To było to. W swoje ręce dorwałem grę o jakiej nawet nie śniłem. Tyle możliwości. Tyle samochodów, każdy do mojej dyspozycji. Mogłem zwiedzać całe miasto, rozbijając się śmieciarką, radiowozem, hummerem, viperem.... Już wiesz o jakiej grze mówię? Tak, Grand Theft Auto III. Co z tego, że miałem tylko 10 lat grając w nią... Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Pewnego dnia, jak co wieczór oglądałem HYPER'a, patrząc na te wszystkie gry. I znalazłem tą jedyną. GTA III. Grafika do kitu? Nędzna fabuła? Co z tego! To była rewolucja! I każdy o tym wie. Grając na moim pierwszym blaszaku miałem z nią małe problemy. Chodziła 25% wolniej a kolory po jakimś czasie się zmieniały. Heh, miałem zintegrowaną kartę 8mb. No ale cóż, w takich warunkach przeszedłem główny wątek. Dopiero po jej przejściu dostałem GF 2 z 64mb. Jak dziś się prezentuje? Całkiem nieźle, dalej jest bardzo popularna i grywalna, a jej następczynie z każdą odsłoną były coraz lepsze. Jeśli nadal nie grałeś, w co szczerzę wątpię, bardzo polecam. Można ją kupić za 25zł wraz z 1 i 2 odsłoną serii. Jak za taką grę, to praktycznie nic. 5. Gdyby ta gra wyszła dwa miesiące wcześniej to nie grand theft auto było by na szczycie. Mowa o Mafii, kolejnej grze, która jest dla mnie ważna. Dostałem ją od najlepszego kumpla. Ta grafika, klimat... to było to. Razem przechodziliśmy ją dzieląc się ze sobą przeżyciami. Wożenie się furami z okresu prohibicji w stanach zjednoczonych i te efektowne strzelaniny. Fabuła to prawdziwy majstersztyk. Co z tego, ze miałem wtedy tylko 11 lat. Historia opowiedziana w mafii, była taka dobra, że się bardzo wkręciłem. Największym zaskoczeniem była ostatnia misja, a raczej jej zakończenie. Ludzie mówią, że mafia jest toporna i sztywna. Dla mnie liczył się ten cholerny realizm, i ta fabuła.. Najtrudniejszą misją był chyba ten wyścig. Z 10 razy próbowałem go przejść... w końcu się udało. Pamiętam, że z kumplem często w nią razem graliśmy. Pewnego dnia poszedłem do niego, razem skończyliśmy główny wątek i graliśmy w jazdę ekstremalną. Zdobyliśmy shuberta six w wersji opancerzonej. Włączyliśmy swobodną jazdę, ustawiliśmy patrole na maxa i wystartowaliśmy z małej italii. Przez kilka dobrych godzin szaleliśmy, a gliniarze nic nam nie mogli zrobić. Tak, te wspomnienia. Dziś gra, może nie oszałamia grywalnością, ale fabuła nadal jest numerem jeden. Taksówkarz, który przypadkiem wplątał się w pojedynki mafii... Grafika się postarzała, warto powiedzieć, że gdy mafia ujrzała światło dzienne, recenzenci uważali grafikę za fotorealistyczną. Warto zagrać, tym bardziej, że za pół roku wychodzi sequel. Tak, to już wiecie, do jakich gier jestem przywiązany emocjonalnie. Może to nie wszystkie perełki w jakie przyszło mi zagrać i które pozostały mi w pamięci. Może kiedyś jak znajdę czas, napiszę drugi wpis, o pozostałych. Mam nadzieję, że się podobało. Przepraszam za błędy składniowe. Szczerze Wam polecam te tytuły. I pytanie do Was. Jakie gry są dla Was czymś czym dla mnie w/w tytuły? Odpowiedzi proszę pisać w komentarzach. Pozdrawiam :]
  15. PIMP

    Przedświąteczne porządki.

    Witam! Dzisiejszy wpis, będzie krótki i na temat (bynajmniej się postaram^^) O godzinie 10, może kilka minut przed, promienie słońca przedzierające się przez żaluzje, powoli i subtelnie wybudziły mnie ze snu. Aż, dziwne, sobota, a ja obudziłem się w dobrym humorze. Nie miałem na dziś sensownych planów, wolałem chociaż jeden dzień od kilku tygodni spędzić w spokoju. Wydaje mi się, że mój organizm powoli przyzwyczaja się do życia w stresie, też więc siedząc na pupie wytrzymałem z godzinę, zajadając przy tym śniadanko i słuchając muzyki. Zerknąłem na zegar, po czym rozejrzałem się po pokoju. Uwierzcie mi, nie widzieliście nigdy czegoś takiego. Pewnie ktoś powie, co Ty gadasz, u mnie tak jest co tydzień. Może i tak, ale jak na moje standardy to było jak krajobraz po wojnie nuklearnej. Na podłodze leżały książki wysypane z plecaka, obok była rozsypana karma dla papug (obudziły mnie w nocy bo im się jedzonko skończyło. Ot takie sympatyczne stworki). W kącie leżała poduszka bez poszewki, z której wysypały się pióra. Biurko w nie lepszym stanie. Klejący się blat, dwa kubki po herbacie i talerz z kolacji. Półki białe od kurzu... Pomyślałem, tak być nie może. Zebrałem się, choć początkowo trochę niechętnie... Przede mną stała poranna kawa. Dopiłem ją i zabrałem się do roboty. Nie śpieszyłem się z porządkami. Na początku chciałem tylko trochę ogarnąć ten nieład... a skończyło się posprzątaniem wszystkich zakątków moich czterech ścian. I wiecie co Wam powiem? Może to się wydać dziwne, ale przeżyłem ciekawą przygodę. Włączyłem sobie głośniczki w komputerze (zazwyczaj siedzę na słuchawkach) i puściłem w miarę cicho muzykę, zabierając się za robotę. Pościeliłem łóżko, umyłem okna, nawet udało mi się doprowadzić do sensownego stanu moje biurko. Wymyłem klatkę moich pierzastych przyjaciół, a one w międzyczasie buszowały pod sufitem mojego pokoju ćwierkając i szalejąc jak dzieci. Zrobiłem porządek w płytach, wyczyściłem moją starą gitarę klasyczną, której już nie używam, nastroiłem ją i postawiłem koło łóżka obok basi i elki. Naprawiłem mojego xboxa (wymieniłem pastę na radiatorze). Przyszedł czas na płyty i szafkę. No więc zabrałem się do walki z brudem, mając do dyspozycji pronto i szmatkę do kurzu. O ile z płytami poszło szybko i sprawnie, to w szafce dopiero przygoda się zaczęła. Odsunąłem szkło za, którym stały niegdyś moje resoraki i modele samochodów.... i tutaj się zaczęło. Czyszcząc każdy po kolei, przypominałem sobie dzieciństwo, tą beztroskę. Łezka w oku mi się zakręciła. Wyczyściłem każdy model, od tych w skali 1:18 do tych najdrobniejszych. Ustawiłem je tak by każdy je podziwiał. Może się to wydać dziwne, ale to kawał mojego życia. Kończąc rozkminkę na temat dzieciństwa, złapałem za trój kołowego potwora walcząc z (przepraszam za wyrażenie) syfem na podłodze. Zacząłem odkurzać pod meblami. Kurz latał w powietrzu jak szalony. Zaglądam pod szafę, odsuwam pudełko po butach i widzę... Siedlisko pająków. Widok zarazem piękny jak i okropny. Jestem jedną z osób, która cierpi na arachnofobię. No cóż. Postanowiłem jakoś pozbyć się "współlokatorów". Wpuściłem do pokoju Arnolda. To mój pies. Miał niezłą uciechę. Wiem, może to mało humanitarny sposób... Ale oszczędziłem sobie zszarganych nerwów. Odkurzyłem pozostałą część podłogi, skrzętnie czyszcząc dywan. Spocony i brudny stanąłem w drzwiach patrząc na moją kilkugodzinną pracę. I wiecie co? Jestem dumny z tego co zrobiłem. Naprawdę. Mój pokój już dawno nie wyglądał tak dobrze. Wymieniłem jeszcze żarówkę. Jasny czysty pokoik. Podoba mi się ten klimat. I tak w połowie tygodnia zapewne zapomnę o tym i znów zacznę bałaganić... Cóż, już dawno tak dobrze się nie bawiłem robiąc porządki. Moja mama była bardzo zdziwiona, co to się stało, że wziąłem się za taką robotę. ^^. Idę jej jeszcze pomóc sprzątać inne pokoje. Wam też polecam, od razu poprawi się nastrój i atmosfera. Czystość pracy to ważna rzecz nie? I jak zwykle przepraszam za nieścisłości, jeśli takowe wystąpiły. Nie mam czasu na poprawę, idę pomóc reszcie domowników w sprzątaniu na święta. Pozdrawiam.
  16. PIMP

    Ballady rockowe.

    ^^ widzie, że masa komentarzy od mojej ostatniej wizyty. I już tłumaczę, napisałem rockowe, bo metalowe to dziwnie brzmi. Znów jakbym napisał metalowe, to np led zeppellin by nie pasowało. Unforgiven III nowoczesny? Nie wiem, może. Ja go dodałem przez ten moment. Po kolejnej aktualizacji dodam resztę unforgivenów jak Wam tak na tym zależy ^^ A, i miejsce na liście nie ma znaczenia. Wszystkie są bardzo dobre i na próżno szukać faworyta ;]
  17. PIMP

    Ballady rockowe.

    Na twoje Życzenie dodam :]
  18. PIMP

    Ballady rockowe.

    Muzyka. Czym bez niej byłby świat? Zastanawiałeś się kiedyś? Ja uważam muzykę za coś naprawdę ważnego... kiedy słucham dobrych kawałków i przechodzą mnie ciarki po plecach... to jest to, tego nie da się opisać. Ile razy było tak, że muzyka pomagała Ci w złych chwilach? Ona towarzyszy nam na co dzień. Nie mówię tutaj o technie bo przy tej muzyce się tylko bezsensownie stresuje od tego samego dźwięku powtórzonego 232421razy. Nie chcę tutaj nikomu wtykać jakie to techno jest złe i w ogóle. Mój wpis dotyczy muzyki, do której potrzeba instrumentu i talentu, a nie włączonego komputera. Ale co tam. Kontynuując. Dzisiejszy wpis chciałbym poświęcić balladom rockowym. Podam swoje typy najlepszych według mojego uznania ballad. 1. TSA - trzy zapałki http://www.youtube.com/watch?v=OT-wW06LCqY...feature=related 2. TSA - 51 http://www.youtube.com/watch?v=cI7hsdaCqJ8 3. Metallica - Nothing Else Matters http://www.youtube.com/watch?v=1lljBSQdlvY 4. Metallica - Fade to black http://www.youtube.com/watch?v=WEQnzs8wl6E 5.Metallica - Unforgiven III ( I i II unforgiven też jest niczego sobie, również polecam. Ale III mnie jakoś tak urzekła, szczególnie tym skowytem Jamesa o wybaczenie, z wejściem solówki Kirka. Poezja) http://www.youtube.com/watch?v=A6hGQ71NXrE 6.Metallica - the Day that never comes http://www.youtube.com/watch?v=VYBtn4CwjMc&feature=fvst Aktualizacja 7. Led zeppelin - Stairway to heaven http://www.youtube.com/watch?v=BcL---4xQYA 8.Aerosmith - Dream on http://www.youtube.com/watch?v=BYojs78Tf9Y 9. Soad - Lonely Day http://www.youtube.com/watch?v=WvVj7E8Dc9Y 10.Led zeppelin Babe I'm Gonna Leave You http://www.youtube.com/watch?v=rrVDViSlsSM 11. Pink Floyd - Wish You Were Here http://www.youtube.com/watch?v=IXdNnw99-Ic 12. megadeth - promises http://www.youtube.com/watch?v=fBjZJ4-vAeY 13. Guns 'n roses - Don't cry http://www.youtube.com/watch?v=zRIbf6JqkNc 14. Guns 'n roses - Civil war http://www.youtube.com/watch?v=E9VhD4SccSE Hej, to nie jest tak, że lubię tylko metallikę. Nie, po prostu te kawałki przypadły mi do gustu. I proszę nie wypowiadać się tutaj na temat jaką to komercją stała się metallica. Więcej ballad mi nie przychodzi na myśl w tym momencie. Jeśli przypomnę sobie kolejną porcję, to wrzucę na blog. Wracając do techna. Nie chciałem nikogo urazić, może źle to ująłem. ps. Wiem, że to odbiega od tematu ale utwór MJ'a http://www.youtube.com/watch?v=asfiKvQxbnM też jest dobry. Pozdrawiam i życzę miłego słuchania. Jeśli znacie jakieś inne dobre ballady, wpisujcie w komentarzach.
  19. PIMP

    Szkoła.

    Będąc w gimnazjum chciałem uważałem, że gorzej być nie może i chcę już kończyć tą szkołę. Moje zdanie zmieniło się we wrześniu tego roku. Teraz? Tęsknię za gimnazjum, tymi wszystkimi znienawidzonymi nauczycielami i kumplami... ale cóż, trzeba żyć dalej
  20. PIMP

    Szkoła.

    Ho ho ho, święta zbliżają się pewnym i szybkim krokiem. Tak samo wyczekiwane przez wszystkich ferie zimowe, chwila relaksu i przygotowania się do końca pierwszego półrocza. Dzień coraz krótszy, to i szybciej się spać chce. Widać, że mój blog okrył się już pierzyną. Nie, nie śniegiem, a raczej kurzem, bo dawno tutaj zaglądałem. Dzisiaj chcę wyżalić się na temat szkoły. Jestem uczniem 1 klasy technikum informatycznego. Brzmi głupio i dziwnie? Jakoś tak wyszło. Nie planowałem tego. Ale lepsze to niż zawodówka. No cóż, kontynuując.. zbliża się półrocze, nauczyciele zaczynają szaleć. Nienawidzę tego. Zacznijmy o mojej półtora tygodniowej przerwie od nauki. Był pewien okres w życiu mojej klasy, gdzie z 31 uczniów na zajęcia uczęszczało tylko 10. I tak przez pięć dni. Taki obraz rzeczy nie ukazywał się tylko w mojej klasie, ba nawet szkole. Większość szkół chcieli zamknąć z powodu "epidemii grypy". Kto był chory to był, kto wykorzystał chwilę aby się polenić, trudno jego sprawa. Ja byłem naprawdę chory. I cholernie tego żałuję. Czemu? A bo wróciłem do szkoły i się zaczęło... poszedłem pierwszego dnia po chorobie do mojej wychowawczyni. Nie powiem fajna babka, miła sympatyczna, można nawet na niej zawiesić oko... no dobrze mówie jej jaka była/jest sytuacja i, że chciałbym mieć jakiś czas na uzupełnienie lekcji. Powiedziała, że porozmawia z nauczycielami, aby nie pytali tak od razu, tym bardziej, że nie byłem odosobnionym przypadkiem. Ok, wszystko "elegancko", rozpoczyna się pierwsza lekcje w środę (pierwszy dzień po chorobie w szkole) Dzień dosyć uciążliwy, bo same "najgorsze" według mojego uznania lekcje. Sytuację ratuje to, że 2 ostatnie godzinki to wf. Więc rozpoczynamy PO. Idę, zgłaszam jaka jest sytuacja, ok. Nie będę pytany, mam czas na uzupełnienie lekcji. Spoko, siedzę i czekam na dzwonek. Następna lekcja. Chemia. Nie to, że nie lubię chemii. Po prostu za nią nie przepadam. Jakoś nigdy nie kręciły mnie te wszystkie pierwiastki i inne szmery bajery. Dobra rozpoczyna się lekcja, idę zagadać do nauczycielki. Okazuje się, że pod moją nieobecność była klasówka z Chemii. Oczywiście nie było gadania, że jestem pierwszy dzień po chorobie, że jeszcze się nie zaklimatyzowałem... nie. Usłyszyałem - SIADAJ W PIERWSZYM RZĘDZIE I PISZ!. Trochę zdruzgotany i zawiedziony usiadłem i czekałem na kartę pracy jak na wyrocznie. Napisałem. Pod koniec lekcji co? A no niedostateczny proszę ja Ciebie. Do poprawy. Fajnie. 3 lekcja. Podstawy przedsiębiorczości. Nie wiem po co mi ten przedmiot na informatyce, ale cóż. Wchodzę. Wszystko ok, temat, data... otwieram książkę. W technikum dojrzałem. Od początku roku nie dostałem żadnej uwagi, to też nie w głowie mi jakieś rozmowy czy kręcenie się. W gimazjum o tej porze miałbym już nieodpowiednie (pkt karne...). Wracając. Mam w klasie 31 osób z czego 29 to płeć męska. Jakieś 10 z nich uważa się za fajnych, spoko i wyluzowanych ziomali. Więc zaczynają nawijkę do facetki. Widać po jej minie, że ma już dość. Przegieli. Wyciągamy karteczki. Genialnie! Dziękuje wam kretyni za kolejną ocenę niedostateczną. Co z tego, że zgłosiłem na początku lekcji, że mam nie uzupełniony zeszyt. Cytuje moją psorkę od pp - "zgłosiłeś, że masz nieuzupełniony zeszyt, nic nie mówiłeś o nieprzygotowaniu". I c*uj bombki strzelił choinki nie będzie. Piszę kartkówkę, nie ma rady. Wyniki? Ano 1, ale za to z +. Rzeczywiście dużo mi po tym plusie. Kontynuując, kolejna jedynka jakże pięknej środy. 3 lekcja. Fizyka. Wyciągamy karteczki. Na szczęście koleś od fizyki to wyrozumiały człowiek i pozwolił mi nie pisać. Upiekło mi się. Kolejna lekcja. Geografia. Ciekawy i przyjemny przedmiot? Owszem. Do czasu. Powtarza się ta sama sytuacja co na chemii. Kolejna jedynka. Genialnie! Kogo to obchodzi, że mnie nie było tydzień, a nawet więcej. Od razu założenie, że jak 20 osób było nieobecnych to, że połowa waliła w ch**a za przeproszeniem. Zdruzgotany i wkurzony na maxa idę na ostatnią lekcję - matematykę. I co się okazuje? Przy ławce czeka już na mnie kobieta, która śni mi się w koszmarach, moja matematyczka. Stoi i z głupim uśmieszkiem - XXX była klasóweczka jak byłeś nieobecny. Musisz dzisiaj napisać. A, że wykorzystałem już nieusprawiedliwienia, muszę napisać. Tak, a jakże inaczej. Potęgowanie. Potęga do pierwiastka? Ja pierdole, co to jest?! Zgadnijcie jaka ocena. Tak dzień był po prostu cudowny. 4 jedynki. Pozostał wf, ale to jest mało istotna rzecz. I pytam się, do cholery jasnej, czy nie mam prawa być chory, a potem mieć 3 dni (regulaminowe) na uzupełnienie wiadomości? Czy wyjaśnienia wychowawczyni nie wystarczyły? Nie rozumiem tego! Przecież nasze oceny, będą świadczyć o ich poziomie nauczania. Cóż, dziwny jest ten świat jak mawiał Czesław Niemen. Kolejną sprawą jest pchanie 150 klasówek w jednym tygodniu. Na dzień dzisiejszy czekają mnie jeszcze 3 sprawdziany i 2 poprawy w/w klasówek. W tym tygodniu oczywiście. O przyszłym tygodniu już nie wspomnę. Rozumiem, że to szkoła średnia, że to już nie to cackanie się co było w gimnazjum... ale ludzie, do K***Y nędzy! Nie dość, że musisz być przygotowany do 15 przedmiotów z 3 ostatnich lekcji to jeszcze klasówki i prace domowe. Siedzisz człowieku w szkole od 8 do 16. Cały dzień, wracasz do domu z nadzieją odpoczynku. Gdzie tam. Żeby spełnić wymagania nauczycieli musisz siedzieć tylko nad książkami. A gdzie rozrywka, spotkania ze znajomymi? W weekendy? Pewnie. Sobotę prześpisz a w niedziele na nowo uczenie się i zaległe prace domowe... Wiem, że może ktoś z Was nie ma z tym problemu. Ja mam. I mnie to strasznie irytuje, że mogę poświęcić tak mało czasu dla przyjaciół. Ostatnim wątkiem jaki poruszę jest zbieżność nazwisk. Mam w klasie kolegę, który szczęśliwym bądź nie, trafem ma takie samo nazwisko jak ja. Co za tym idzie? A no, że nygusom nauczycielom nie chcę się sprawdzać, w którą rubrykę wpisują ocenę i stawiają moje oceny jemu i na odwrót. Co ciekawe to z reguły ja dostaje te negatywne. Taki mój pech. Była wywiadówka. Pewien byłem, że mam z 7 jedynek, okazuje się, że mam znacznie więcej. I co? Teraz muszę iść i się tłumaczyć i wyjaśniać. Dość, że mam wyrozumiałych rodziców i nie dostałem wp*****l za nie moje oceny. To drastycznie obniża moją średnią, która nie ukrywam nie jest wysoka. To trochę nie fair. Dobra, kończę już moje narzekanie. Jeśli Was zanudziłem, przepraszam. Musiałem z kimś się tym podzielić. Wiem, może gdybym się bardziej przykładał... ale co z tego jak i tak wyżej wymienione problemy nie pozwolą mi w pełni rozwinąć moich możliwości. Może jak nauczyciele się w końcu łaskawie nauczą, że w ATI jest dwóch XXX, będzie lepiej. I może kiedyś zrozumieją, że przedmiotów jest 18 a nie, ich jedyny i najważniejszy. Przepraszam za miejscowy brak sensu albo zaplątanie się myślach. Idę pouczyć się troszkę. To będzie desperacki akt, tym bardziej, że jestem już zmęczony, a gdzie tu jeszcze do końca dnia... Cóż, pozdrawiam i życzę powodzenia w szkolę i oby takie sytuacje Wam się nie przytrafiały. Do zobaczenia... oby. :]
  21. PIMP

    'House', 'home' = dom

    Tylko, że nie każdy operuje biegle językiem angielskim, a szkoda...
  22. PIMP

    Polski kwiat młodzieży.

    Pisząc akapit o religii, przez myśl przebiegły mi twarze moich znajomych. Uważają się za katolików... a w momencie kiedy ksiądz czyta Pismo Święte, prychają pod nosem i śmieją się z niektórych rzeczy dotyczących kościoła, na przykład z czynów Jezusa. Ile razy słyszałem wypowiedzi na zasadzie "Ta jasne, tą Biblie to napisał chyba jakiś ćpun". To po co ośmielacie nazywać się dziećmi Bożymi skoro się z tego śmiejecie? Kolejną sprawą jest taki jakby "trend". Dużo młodych ludzi uważa, że wiara w Boga to głupota i jest to jakby to nazwać... niemodne, staroświeckie. Niektórzy z tego grona wymyślają sobie jakąś religię, albo czczą szatana (Co o pomstwe do nieba woła), a niektórzy wstydzą się tego, że w głębi duszy wierzą w Boga, i zasłaniają się, że są niewierzący bądź coś. Jak można wstydzić się swojej wiary? Jak będziesz pokazywał, że jesteś wierzący to kumple Cię zostawią? To znajdziesz sobie innych, nie mogę tego pojąć, ale to już chyba temat na kiedy indziej. Mam nadzieję, że odpowiedziałem na pytanie. Jeśli jednak nie udało mi się, piszcie w komentarzach. Pozdrawiam.
×
×
  • Utwórz nowe...