Skocz do zawartości

Sabi

Forumowicze
  • Zawartość

    124
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wszystko napisane przez Sabi

  1. Wyniki ciekawe, nie ma co... Wg. Political Compass, na osi poziomej jestem prawie po środku (czyli mam szanse na posła :]), a w pionowej ciągnie mnie ku górze. Ale ogólnie prawie środek, zabawna sprawa. A z polskiej strony: Wolność gospodarcza: 40 (więcej od 69.5% uczestników testu) Tradycjonalizm:51 (więcej od 90.3% uczestników testu) Wolności obywatelskie:-10 (więcej od 14% uczestników testu) Najbliższa Ci ideologia to: Konserwatywny liberalizm No i wszystko się zgadza. Nawet partia, na którą głosowałem :]
  2. Prawdę mówiąc, też chciałem kiedyś ocenić Wiedźmina - ale nie podołałem. Ilekroć próbowałem się zbliżyć do tej gry, niewiarygodna niechęć odrzucała mnie na kilometr. Po prostu poszło o reklamę. Otwieram dowolne czasopiosmo - wiedźmin. Otwieram gazety - wiedźmin. Wchodzę na strony o grach - wiedźmin. Wchodzę na forum - to samo. Otwieram klapkę w WC - nie, szczęśliwie nie. Ale jeżeli nawet w takim CDA przez parę miesięcy można było się nadziać na "mamy całe 3 nowe screeny z wiedźmina!!! OMGOMGOMG!!!! IM CUUUUUMING" a i teraz co drugi RPG jest na polskich forach porównywany do tej produkcji - to przysiągłem sobie w duchu nigdy się do tego nie tknąć. Hej, ale teraz ma być produkowana druga część. A to oznacza kolejne newsy o 2 nowych screenach i erekcje fanów na ich widok....
  3. Miało być o Exteel?u, miało być o Wiechu, miało być na wszelki temat, byle pozytywny. Żadnego smęcenia, złości czy wykpiwania. Miało być ? ale nie jest. Nieważne, w jak dobrym byłby człowiek humorze, zawsze znajdzie się taki, którą swoją głupotą przerobi cały urok dnia na mielonkę. A dzisiaj takim ?błogosławionym? został Piotrek66. Drobna uwaga ? ten tekst zawiera sporą dozę nieżyczliwości, podyktowanej czystymi emocjami negatywnymi. Jeżeli masz tego dosyć na blogach ? nie czytaj dalej. To się więcej tutaj nie powtórzy. Mam nadzieję. A cel był szczytny, zaś problem znany od dawna ? piractwo. Tekstów na temat tego zjawiska było od groma i jeszcze trochę, więc nie ma co się dalej rozpisywać. Wiadomość też, choć bolesna, to standardowa ? kolejne miliony nielegalnych kopii rozeszły się po sieci, ludzie cierpią, firmy z głodu umierają, nic, o czym byśmy jeszcze nie słyszeli. Ale w głowie zaryła mi się za to opinia z końca tego krótkiego newsa - opinia, która wyzwoliła u mnie pokłady czystego, błogosławionego ?pure internet RAGE?. Myślenie zaiste genialne. Czemu jeszcze nikt na to nie wpadł? Szybkie łącze to domena piratów! Przecież wszystkie dzieci wiedzą, że łącza używa się JEDYNIE do zasysania gier/filmów/programów/pornoli. No i do video-konferencji. KAŻDY normalny użytkownik ogranicza się do wchodzenia na Onet i sprawdzania poczty. A gry dalej są na kasetach, a 1KB pamięci wystarcza do wszystkiego (w Atari wystarczał). Prawda? PRAWDA!? Rozwiązanie? Odcinajmy łącza ludziom z prędkością większą niż 1 mb/s? nie, stop. Większą niż prędkość modemową. Przecież kiedyś, za monopolu ?tepsy?, modem wystarczał, a ludzie żyli. Ba, Internetu kiedyś też nie było, a ?świat nie potrzebował więcej niż 3 komputerów?, a jakoś to szło. Więcej niż do przeglądania wiadomości nie potrzebują. A, ściągać się coś chce? PIRACI! Do pociągu ich i na Sybir, bez sądu, nago. Rozpuściły się, skubańce, nie ma co. I nie tłumaczyć się, że patch do WoWa, czy innej gry (narzędzia szatana) waży 800mb i że z tydzień sobie komputer postoi, zanim to zassa. Nie zasłaniać się poprawką do Xp?ka, czy innego śmiecia ? my już wiemy, co szykujecie. Ale czy to koniec? Nie, ta idea jest zbyt genialna, żeby ją pozostawić tylko w tej sferze! Takie np. wypadki drogowe. Czy gdy samochody wloką się w korkach, są jakieś wypadki? Rozjadą kogoś, pędząc z prędkością 5 km/h? Oczywiście, że nie! No, chyba, że ktoś wybitnie pokrzywdzony przez los da się mimo to rozsmarować, bo i to jest możliwe. Rozwiązania się chyba domyślacie ? ograniczenie do 10.. nie, 5 km/h! Ni cholery nikt nikogo nie zabije! Narzekacie, że wolno? A potrzeba wam większej prędkości? Do pracy i tak dojedziecie, a, że na nogach byłoby szybciej ? co nas to obchodzi. Wstawać wcześniej, albo w ogóle się nie kłaść (?śniadanie jem na kolację?, jak się chwalił jeden z bohaterów ?Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?). Tyle ofiar zostało już zabitych nożem ? produkujmy tępe noże! Chleba tym nie ukroisz, ale człowiekowi ręki też nie, genialne zabezpieczenie przed tymi wszystkimi demonami z padami/myszkami w rękach (po sesji w Dooma, a jakżeby inaczej). Co najwyżej rączką zatłuczesz. Aj, tu też jest problem, bo jak ktoś ma parę w rękach, to i dowolnym przedmiotem życie odbierze. A w ogóle, to na co im taka siła? Na cholerę ćwiczą, skoro mają tylko umieć przełączać kanały w TV, więcej do życia nie potrzeba (no i umieć zamówić pizzę przez telefon ? czyli wcisnąć klawisze na telefonie). Pobicia też grozę sieją po społeczeństwie, wszak tak? Koniec z siłowniami, koniec z lekcjami WFu w szkołach, koniec z zajęciami z fitness w klubach sportowych! Obowiązkowy stół hamburgerów i 5 litrów coli dziennie! Jak wszyscy już się utuczą na idealne, okrąglutkie baryłki, nikt nikogo nie zabije. Bo ręką nie dosięgnie. Albo dosięgnie, ale za bardzo się zmęczy po drodze. I problem z głowy! I jeszcze? Taką logikę można wciskać w dowolne ramy. Zbyt niebezpieczne, stwarzające problemy ? to zakazać, bo zawsze winna jest rzecz, a nie człowiek. I nikogo nie obchodzi, że pan K od 10 lat regularnie rozpędza się do setki daleko od miast i jeszcze nigdy nie spowodował wypadku. Ma pewną rękę, doświadczenie w jeździe i używa ich, razem ze swoim własnym rozumem, żeby nie szkodzić innych. Nie, wszyscy patrzą teraz na pana P, który zabił już trzecią osobę, co i rusz przekracza dopuszczalne normy i sieje ogólny postrach. Wszyscy domagają się ukarania wszystkich kierowców, nie zwracając uwagę na proporcje udziału panów K i P. Winne są szybkie samochody, bo one dają możliwości P do uprawiania Carmaggedonu na żywo. Nie głupota P, nie jego brak doświadczenia, tylko rzecz martwa. Tak samo za zabójstwo winę ponosi pistolet, broń Boże nie ten, co naciskał spust. Kiedyś miałem Internet 128kbs. I było genialnie ? Evil Islands chodziło po sieci, Starcraft chodził, mogłem sobie Onet przeczytać. Było fajnie. Było. Do niedawna biadoliłem się z ukochaną przez Piotrka prędkością 512, zanim skończyła się umowa i można było przejść do Aster. Z 512, bo stare kable nie tak daleko od centrum Warszawy więcej nie mogły unieść. Pamiętam przekleństwa przy updatowaniu systemu od początku, czy zostawianie komputera na cały dzień, aby mógł się ściągnąć patch do Warcrafta 3. 100mb ściągało się godzinami, jak łącze było wyjątkowo obciążone, to nawet strony zrywały połączenie ? z biegiem lat, dane do ściągnięcia urastały do coraz większych rozmiarów, z którymi kiedyś wspaniałe łącze przestało sobie radzić. O graniu w MMO czy FPSy nie wspomnę ? dość powiedzieć, że z większości pokoi zostawałem wywalany, ?bo ta lama będzie nam grę spowalniać?. A próbowaliście kogoś ustrzelić w Counter Strike, kiedy między naciśnięciem myszy a strzałem mija 1,5 sekundy? Brutalna prawda jest taka, że szybki Internet jest w dzisiejszych czasach koniecznością. Kiedyś dane mieściły się na dyskietkach, teraz zajmują przestrzenie o wiele większe, a to rodzi problemu podczas ich transportu. Tu nie chodzi wyłącznie o zabawę, choć kto raz chociaż spróbował updatować WoWa od wersji 1.0 do obecnej, wie o czym teraz mówię. To także konieczne poprawki do systemu, ściąganie programów potrzebnych do pracy, wreszcie sama praca zdalna. Czasy idą naprzód i tego się nie zatrzyma, coś co kiedyś było niepotrzebnym dodatkiem, dzisiaj staje się normą. W czasach, kiedy coraz więcej procesów komputera jest na bieżąco powiązane z globalną siecią, szybki dostęp do niej powoli urasta do rangi rzeczy koniecznych. Ale zawsze łatwiej jest przecież pomalować świat na biało i czarno ? i skreślić tą drugą połowę. Tak jest prościej i bez dodatkowego myślenia, bez ryzyka, że poznamy coś, co może nam się nie spodobać. Zupełnie jak w książeczce dla dzieci. Jasio otwiera, czyta i zamyka ? ?jaki ten świat jest prosty?. Hurra.
  4. "A" wygląda na "prosto z aparatu", jako, że brakuje mu kolorów - jeżeli wykorzystany aparat nie był ustawiony na jakiś konkretny tryb (o ile takowy posiada), to tak zazwyczaj "chwyta" zdjęcia, ponadto działał bez lampy błyskowej. "C" jest przesycony - jeżeli był robiony cyfrowym, to pewnie robota oprogramowania urządzenia. "B" wygląda na poprawiony za pomocą zewnętrzego programu, takiego dobrego efektu mało który aparat potrafi uzyskać "sam z siebie". To jak, panie profesorze, będzie 3 czy mam ciągnąć dalej?
  5. A Armored Core to pies? Jak na tamte czasy, gra była naprawdę niezła... pomijając fakt, że mało ogólnie jest gier z mechami w roli głównej.
  6. Takich da sie jeszcze znieść, nieco gorzej jest już z podgatunkiem "mlaskaczy" - siedzą we dwójkę i jakby się mieli za chwilę połknąć w całości, oczywiście robiąc to tak, aby cały autobus/trwamwaj/przedział to słyszał. Walentynki od zawsze były "świętem" sztucznym, komercyjnym i durnym, więc czego można oczekiwać? Poza tym, nie zapominajmy, że Walenty jest patronem, ale od cierpiących z powodu "ciężkich chorób, zwłaszcza umysłowych, nerwowych i epilepsji" (błogosławione Wiki). Niby pasuje. W każdym razie, miło, że nie tylko ja mam czasem ochotę wykonać takim namiętnym "kochankom" lewatywę z rozgrzanego do białości drutu zbrojeniowego... zimną stroną (na wypadek, gdyby chcieli to jednak usunąć).
  7. To wy dostajecie jakieś pieniądze za to? Chyba niektórym proboszczom odbija.... Jakby mi mieli zaproponować, to bym się chyba obraził. Za służbę przy ołtarzu pieniądze brać?
  8. Ciekawy akronim z tego wyszedł - LoL :] Ale jak gra od twórców DotA, to lecę ściągać - zgubiłem płytę od W3 dawno temu, a ciągnie mnie...
  9. Sabi

    Feryjna rozkminka

    Nawet nie wiesz, ile razy już słyszałem to pieprzenie... wybacz, że padło akurat na ciebie, ale powiem krótko - mówiąc, że wierzysz, ale nie praktykujesz, stwierdzasz, że żyjesz, ale nie oddychasz. Więc po prostu zasanów się chwilkę nad tym stanowiskiem, a potem przestań pieprzyć te same głupoty o tym, jacy to księża są źli a do wiary ich nie potrzebujesz..
  10. Sabi

    Prywata

    Dzisiaj, po sporej przerwie (hej, ktoś to czyta?) będzie krótko i na parę tematów jednocześnie ? te przemyślenia to jednocześnie wystarczająco dużo, by się tym podzielić z innymi, a z drugiej strony zbyt mało na pojedynczy wpis. Dodatkowo, część dotyczy mnie w sposób bezpośredni, jest nawet odrobina chwalenia się :] Ale najpierw o gwieździe tego tygodnia, czyli Mass Effect 2. Rzecz cała w wielkim skrócie, zabili go i uciekł, włożył papucie i znów pełni straż. (Tak, to pewien ironiczny komentarz na temat fabuły, ale co poradzę, że właśnie to pierwsze przychodzi mi na myśl, gdy czytam o nowym dziecku Bioware?) Mógłbym teraz zakrzyknąć ?A ja mam Mass Effect 2, a wy nieeee?, wsadzić lizaczka w buzię i odmaszerować, ale domyślam się, że składających zamówienia przedpremierowe było znacznie więcej (mimo ?ciekawego? podejścia EA Polska wydawanych przez siebie gier) i nie jestem jedynym szczęśliwym, mogącym trzymać teraz pudełko i zaciągać się jego wspaniałym zapachem. Z drugiej strony, ME2 przyjechał do mnie akurat w przeddzień sesji, więc i tak nie będzie czasu się nim nacieszyć ? ponadto mech w Exteel (swoją drogą, to naprawdę świetna gra, ale o niej będzie? następnym razem) niecierpliwie już oczekuje kolejnego meczu i że oddam mu godzinę, czyli mój dzienny przydział czasu na granie (tak jakby się ktoś zastanawiał, czy studenci kierunków oscylujących wokół matematyki/fizyki mają czas na ?imprezowanie?. Patrząc po moim roku ? nie. Imprezowicze zrezygnowali po pierwszej połowie semestru, bo te dwie rzeczy ciężko pogodzić)., Z prawdziwym zainteresowaniem czekam za to na pierwsze mini (i pełnoprawne oczywiście też) recenzje na forum/blogach, ale także te ocierające się o trolling (nie God lvl trolling?, jak KyoAni, to już granica nieosiągalna dla przeciętnego zjadacza chleba), jako, że tylko rzeczy wielkie wywołują duże emocje (a czasem bywają celne ? CzytelNICK w swojej recenzji Dragon Age?a, jaka by ona nie była, podstawowe wady wytknął precyzyjnie. A że je wyolbrzymił? Takie teksty nie mają prawa być obiektywne). A kiedy sesja się skończy, będzie co robić. Drugą poruszaną kwestią, leżącą dwa skrzyżowania i jedną równoległą dalej, jest język ?mu00czesheszy?, a konkretniej pewna spora przewaga ?prze-kur-cinków?. Pół roku temu, maszerowałem od przystanku do domu, jak zwykle mijając miejscowe gimnazjum. Padał lekki deszcz. Z naprzeciwka szła grupka panienek, wizualnie prezentująca zbliżony poziom, chociaż zapewne każda upierałaby się, że ?ubiera się alternatywnie? (zapytana, definicję słowa ?alternatywa? podałaby ciekawą, ale raczej odbiegającą od podręcznikowej). Niespodziewanie, deszcz ustąpił i słońce zaczęło przebijać się przez chmury ? widok jak z obrazka. Zauważyły to też panienki ? jedna z nich podniosła rączki do góry i uśmiechem na twarzy wydała głos. Cóż mogła powiedzieć? Może zachwyt nad otaczającym ją światem? A może radość z tego, że oto przestała moknąć? Być może to i jeszcze parę innych rzeczy, które przez jej ograniczony umysł zostały upchnięte do jednego, długiego ?*uuuuurwaaaaaaaa? . To już nawet nie było głupie, tylko żałosne. Ale takie coś obserwować możemy na co dzień, na ulicach, w szkołach, w komunikacji miejskiej. Pal licho, jeżeli mają ku temu powody ? i mnie zdarza się rzucić ?macią? w krytycznych momentach meczy sieciowych, ale przekleństwa zarezerwowane są dla sytuacji naprawdę dołujących, a nie do codziennego użytku. Tym bardziej, że one same zdają się już nie rozróżniać bluzgów od zwykłej mowy. Ot, na przykład zasłyszane przeze mnie niedawno w metrze radosne ?..no i się normalnie k**wa, wk**wiłam.? Swoją drogą, skoro tak się wyraża, gdy jest zadowolona, to co mówi, gdy się zdenerwuje? Strach pomyśleć. Na osobny komentarz zasługują handlujący na bazarze przy Grójeckiej w Warszawie ? w trakcie ostatnich trzech lat, gdy mijałem to miejsce codziennie rano, miałem okazję otrzeć się o wielce skomplikowany i bogaty dialekt środkowo-sprzedawczy. Jeden z rozstawiających kramik przywitał swojego sąsiada przeciągłym ?kuuuu**aaaa?, ale drugiego już krótkim i zdecydowanym ?k**wa?. To drugie było zapewne prostym ?dzień dobry? a pierwsze pełnym wyrazu ?szczęśliwy ten dzień, w którym ciebie spotykam?. Na koniec wspomniane ?chwalenie?. Od paru lat staram się nauczyć rysować, mimo, że ?styl? zdążył już nasiąknąć Wschodem (chociaż bez wielkich oczu), panowie wychodzą zniewieściali a tło albo kuleje, albo w ogóle go brak. Jednak jakoś mnie korci czasami, żeby pokazać to ludziom i zapytać się ich o zdanie? taka niewielka, prywatna potrzeba :] (Tu same panny, panowie to widok zbyt straszny): http://img246.imageshack.us/img246/9987/skanowanie0001.png http://img402.imageshack.us/img402/6687/girl10001.png http://img682.imageshack.us/img682/4300/skanowanie0003.png http://img695.imageshack.us/img695/6821/skanowanie0004.png http://img402.imageshack.us/img402/5035/skanowanie0005.png http://img4.imageshack.us/img4/9031/skanowanie0002.png A tu jeszcze z liceum: http://img716.imageshack.us/img716/2406/skanowanie0007.png http://img687.imageshack.us/img687/4467/skanowanie0006.png http://img402.imageshack.us/img402/1016/skanowanie0008.png Jest tego dużo więcej, ale w 90% to szybkie szkice na boku, testowanie i ćwiczenia. Może byłoby lepiej, gdybym dostał się na jakiś kurs? A dla wszystkich niepocieszonych jakością tego tekstu ? zdjęcie dwóch nagich piersi, jako bonus. (wiem, że dowcip zerżnięty z Orient Hadala , ale jakoś nie mogłem się powstrzymać :] ).
  11. Mam NDSa, ale dziewczyną jestem tylko w internecie, pasuje? Przynajmniej będziesz się mógł pochwalić :]
  12. Sabi

    Podróże w czasie.

    Można też powiedzieć, że każda podróż powoduje powstanie zupełnie nowych "odnóg" rzeczywistości z "punktu czasu" do którego trafiłeś, podobnie zresztą, jak każde zdarzenie losowe. Generalnie, ciężko sobie wyobrazić same przemieszczanie się w czasie, jako, że jesteśmy pod tym względem ograniczeni i przywiązani ciągiem przyczynowo-skutkowym, a taki obiekt musiałby móc się z tego ograniczenia wyrwać... prawdopodobnie permanentnie.
  13. @momruk Dzięki, na pewno sprawdzę, bo temat wciągnął mnie niesamowicie :] @mars90 Wybacz, następnym razem nie będę wrzucać niczego, co ma wicej niż godzinę... Dowiedziałem się, zachwyciło mnie, chciałem się z innymi podzielić - ty to znasz, reszta może niekoniecznie.
  14. Dzisiaj w piwnicy znalazłem wyrzucone przez kogoś, stare numery Secret Service - czasopisma o grach komputerowych, z roku 95. Łezka się w oku zakręciła podczas czytania na temat starych gier, oglądania reklam (Warcraft II po promocyjnej cenie 140zł, Polanie w specjalnej edycji CD, etc), etc. Był nawet tekst o wtórności gier i stagnacji na rynku (zabawne w kontekście tego, że piszą o tym także i dzisiaj). Była tam też recenzja pewnej ciekawej gry od LucasArts - The Dig. Zainteresowanych odsyłam do http://en.wikipedia.org/wiki/The_Dig, ponieważ nie jest to związane z tym tematem (tak na marginesie ? czytanie starych numerów czasopism dostarcza materiałów na całe serie felietonów). Ważne, że w grze poruszona była kwestia przestrzeni 6-cio wymiarowej. Autor tekstu o grze z http://www.letsplayarchive.com po wyjaśnienia odsyłał z kolei do strony Rob'a Bryanton'a, do jego książki i 12-to minutowego filmu "Wyobrażanie sobie 10-tego wymiaru": http://www.tenthdimension.com/medialinks.php Wiecie co? To jest niesamowite. Może się wydawać niewiarygodne, ale naprawdę ma sens. Z całego serca zachęcam do zapoznania się z materiałem, bo może on zupełnie zmienić wasz sposób postrzegania świata. Oczywiście, facet może się mylić, ale z drugiej strony - ani tego doświadczalnie nie udowodnisz, ani nie obalisz. Na mój gust, to może być prawda. Krótkie streszczenie dla tych, co mają problemy z angielskim - nie oddaje nawet w części treści filmu, ale lepsze to, niż nic: Pierwsze trzy wymiary wyobrazić sobie łatwo - zaczynamy od punktu, łączymy go z drugim takim samym, otrzymując linię - czyli długość. Punkt końcowy nie musi znajdować się w tym samym miejscu - jest naprawdę spora liczba możliwości. Jeżeli narysujemy linie łączące punkt wyjściowy i kilka możliwych zakończeń - otrzymujemy wymiar drugi, czyli szerokość. Istota żyjąca w 2 wymiarach, widziałaby obiekty 3D dość dziwnie - nie dostrzegałaby 3 wymiaru, a jedynie wycinek 2D tych obiektów, znajdujący się na jej poziomie - czyli patrząc np. na sześcian od przodu, widziałaby kwadrat, będący jego elementem składowym, pod kątem - dziwnie wyglądającą figurę, którą uzyskałoby się, krojąc ów sześcian na płaskie kawałki pod tym samym kątem. Jeżeli wyobrazimy sobie przestrzeń 2D jako płaską kartkę papieru i puścimy po niej dwuwymiarową mrówkę (A), a następnie zagniemy tą kartkę (zwijając, dla przykładu), to mrówka będzie mogła po tym zagięciu przejść na jej drugi koniec - z naszego punktu widzenia to nic niezwykłego, ale dla innej mrówki (B) obserwującej to całe zdarzenie, będzie to niewiarygodne widowisko - mrówka A na oczach B, nagle przeskoczy z jednego punktu kartki do drugiego (przypominam - A i B nie widzą trzeciego wymiaru, więc zagięcie dla nich nie istnieje). A więc możemy powiedzieć, że trzeci wymiar uzyskuje się przez zagięcie dwóch pozostałych ("fold" - to założenie stanie się za chwilę kluczowe). Teraz przechodzimy do czasu. Wymiar czwarty jest "długością" = powiedzmy, linią łączącą obiekt sprzed 5 minut, z obiektem teraz. Gdybyśmy przedstawili tak nasze życie, to uzyskalibyśmy właśnie linię, z początkiem przy narodzinach, a końcem w chwili śmierci. Ale żyjemy w 3D, więc z punktu widzenia wymiaru czwartego, jesteśmy jak wspomniane mrówki - widzimy tylko wycinek 3D tej linii (wycinek siebie cztero-wymiarowego), w danej chwili czasu. Autor zwraca uwagę na fakt, iż będąc "przywiązanym" do jednego wymiaru, jest się nieświadomym pewnych aspektów wymiaru wyżej. Przykładem jest "Wstęga Möbiusa" ( http://pl.wikipedia.org/wiki/Wst%C4%99ga_M%C3%B6biusa ) - jeżeli przyłożymy ołówek do jednej strony i zaczniemy rysować linię, to ta po jakimś czasie zetknie się końcówką ze swoim początkiem - czyli w praktyce ma jedną i tą samą stronę. Jeżeli na tej wstędze umieścimy wspomnianą mrówkę 2D (już trzymajmy się jednego określenia), to idąc po powierzchni, nie widziałaby różnicy, chociaż my, obserwując ją z boku, widzielibyśmy, jak jej droga wykręca się i zagina. Tak też, postrzegając czas jako prostą linię, możemy nie zdawać sobie sprawy, z tego, że tak samo jak Wstęga, linia ta jest skręcana i zaginana w wymiarze wyżej. Linia, którą podążamy, jest więc jedynie jedną z możliwości, zaś wymiar piąty - zbiorem tych wariacji, tworzonych przez elementy losowe, działania innych obiektów, czy nasze własne decyzje ("split"). Powiedzmy, że chciałbyś odwiedzić siebie samego z przeszłości. Możesz więc nagiąć (fold, mówiłem, że to będzie kluczowe) wymiar czwarty do piątego, by cofnąć się w czasie. Powiedzmy, że chciałbyś odwiedzić wersję, gdzie jako to dziecko wynajdujesz coś niezwykłego i teraz (tj. na etapie, z którego wyruszyłeś) jesteś bogaty. Możesz przesuwać się w wymiarze piątym, ale ni cholery nie trafisz na poszukiwaną wersję, ponieważ droga "genialnego dziecka" nie jest możliwa w twojej obecnej linii. Co więc można z tym zrobić? Możesz więc cofnąć się w czasie, w jakiś sposób spowodować powstanie wynalazku, co otwiera nową linię i sprawdzać wszystkie możliwości. To długa droga, a jaki jest skrót? Tak jak zagięliśmy kartkę papieru, możemy zagiąć i połączyć te linie, tak, aby dokonać nagłego (z punktu widzenia obserwatora 5D, sytuacja dokładnie taka sama jak przy mrówkach) skoku z naszego obecnego położenia do innej pięciowymiarowej linii. Tak jak wymiar trzeci uzyskaliśmy poprzez zagięcie dwóch poprzednich, tak uzyskujemy wymiar szósty, zaginając piąty. Teraz zaczynają się schody. Obiekt 4D był prostą łączącą stany obiektu z różnych odcinków czasowych. Możemy to tez rozszerzyć na linię łączącą wszechświat w chwili Wielkiego Wybuchu do przypuszczalnego jego końca (koniec i początek czasu). Przechodząc na wymiar czwarty, sprowadziliśmy poprzednie trzy do pojedynczego punktu. Przechodząc na wymiar siódmy, także musimy sprowadzić poprzednie trzy do punktu. Punkt startowy jest niezmienny, punkt wyjściowy to wszystkie możliwe końce wszechświata, uzyskane linie to wszystkie możliwe drogi rozwoju wszechświata (ze względu na mnogość zmiennych, koniec i początek mogą być te same, przy czym środek będzie się różnił). A więc uzyskany punkt w wymiarze siódmym, dla nas będzie... powiedźmy, że nieskończonością. Mamy więc punkt w 7D. Aby poprowadzić w nim linię, potrzebujemy drugiego takiego punktu, ale skoro ten już jest nieskończonością, to jak mamy to niby osiągnąć? Odpowiedzią jest.. druga, inna nieskończoność, o innym punkcie startowym (tworzącym np. wszechświat o innych prawach fizycznych). Rozszerzając go na tej samej zasadzie, otrzymujemy właśnie drugą, niezależną "nieskończoność". Możemy je połączyć ze sobą, uzyskując linię (7D), ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby połączyć ją z innym takim punktem, uzyskując 8D. Odkryliśmy już, że możemy przemieszczać się z jednego punktu do drugiego, w obrębie danej przestrzeni, naginając ją w przestrzeni wyżej. Skoro zastosowaliśmy to już do poprzednich wymiarów, to dlaczego by nie zrobić tego samego tutaj, otwierając sobie drogę do wszechświatów równoległych (9D). Na pocz ątku rozważań, oznaczyliśmy pojedynczy punkt, startując tak jakby z wymiaru "zerowego". Połączyliśmy go linią z drugim takim samym, zaś zbiór możliwych takich linii, oznaczyliśmy jako przestrzeń 3D, którą to sprowadziliśmy do kropki, przechodząc na wymiar czwarty. Przeprowadziliśmy linię oznaczającą zmianę stanu tej przestrzeni, i ponownie, zbiór możliwych tych linii sprowadził się do punktu w wymiarze siódmym. Połączyliśmy różne takie punkty (nieskończoności), zebraliśmy wszystkie możliwe połączenia, wszelkich możliwych czasów, praw, wszechświatów, tworząc multiwersum w wymiarze dziesiątym. Czyli... punkt? Niby wydaje się, że powinniśmy powtórzyć całą operację, ale skoro już wzięliśmy całą możliwą przestrzeń, cały możliwy czas i całe możliwe multiwersum... to co nam zostaje? Czyli po wszystkim tym doszliśmy do... Boga? ///////////////////// Znajomemu udało się znaleźć wersję z napisami pl (ja tam nie miałem problemów ze zrozumieniem tekstu, ale niektórzy mogą nie nadążać) (link) oraz ten sam tekst na wykopie: http://dziesiatywymiar.smietnik.xon.pl http://www.youtube.com/watch?v=6580BRPL6KA
  15. Kiedy ostatnio sprawdzałem, wspomniany Beyond Good & Evil był prawie nie do dostania, a ostatnim razem widziałem go właśnie w supermarkiecie, w koszyku po 3 złote. Może za słabo szukałem, ale jest to niestety możliwe.
  16. Ktoś kiedyś powiedział, że "lubi się te piosenki, które się zna". Można z pewną przykrością stwierdzić, że gracze także wolą "produkcje, w które już grali". Temat stary, jak świat, przy okazji większości premier zawsze znajdzie się paru narzekających, że "to już było", a sprezentowany im "świeży" produkt to tak naprawdę te same mechanizmy, tylko ubrane w nowe szaty. Oczywiście, problemu nie ma, gdy gra taka miała być - jeżeli City Interactive wypluje z siebie kolejnego "Terroris Takedown", to na 110% będzie zawierał kilka prostych, liniowych map, zapewniających parę godzin prucia ołowiem do wychylających się niemilców. Nieco gorzej, jeżeli gra zapowiadana była na "innowacyjną, epicką, wstrząsającą", a okazuje się klonem paru bardziej znanych produkcji, tyle, że z dodatkiem jednego czy dwóch dodatkowych elementów (jeżeli to FPS - obowiązkowo krycie się za osłonami, a biorąc pod uwagę sukces Borderlands, pewnie niedługo dojdą do tego elementy RPG; kiedyś takim elementem obowiązkowym "na 3", była samo-regenerująca się tarcza, potem zdrowie). Co jakiś czas można przeczytać/usłyszeć, czy to ze strony recenzentów, komentatorów czy zwykłych "szarych zjadaczy myszek", jak to branża najzwyczajniej w świecie stoi w miejscu, czyli de facto sie cofa. Pytanie brzmi jednak, czy z punktu widzenia producentów na pewno jest to taki tragiczny proceder? W końcu nie uprawia się go od wczoraj, trwa to już pewien (spory) czas i wszyscy mają sie dobrze. A może to jednak winni temu wszystkiego są sami gracze? Mówi się, że sequel idealny, to "to, co wcześniej, tyle, że więcej". Gdy opisywałem Etrian Odyssey na NDS, wspomniałem o sequel'u. EO było grą specyficzną, a jednak szalenie interesującą. O tym, że powstanie sequel, wiedzieli wszyscy, opcja zapisu "hasła" (takie konsolowe rozwiązanie przenoszenia save'ów z jednej części gry do drugiej) wskazywała na to dobitnie. I rzeczywiście, EOII pojawiło się stosunkowo szybko, przynosząc jednak wspomnianą definicję sequel'a idealnego na zupełnie nowy poziom... i nie jest to, niestety, komplement. EOII rzeczywiście było TYM SAMYM, tyle, że w większej liczbie. Ponownie zwiedzało się wirtualne labirynty, tłukąc moby i zbierając materiały na nowy sprzęt, dla odmiany z dołu na górę (w 1 części podróżowało się w dół, na coraz głębsze poziomy, "wkraczając do piekła"). Ponownie było tylko jedno miasta, w formie bazy wypadowej, ZNOWU 5 "sanktuariów" (sanctum) po 5 pięter + jedno dodatkowe, dostępne po jednorazowym przejściu gry, ZNOWU ten sam schemat linii fabularnej (!) (ostatnie sanktuarium w klimacie SF, dwoje doświadczonych podróżników spotykanych po drodze a związanych z głównym wątkiem, etc), ZNOWU seria dodatkowych, niezwykle trudnych bossów (do sprawdzenia umiejętności i zdobycia materiałów na najlepszy sprzęt dla danej klasy) i, co gorsza, potraktowanie "po macoszemu" poprzedniej części (kto widział zakończenie, mógł być niemal pewien, że takie coś MUSI mieć oddźwięk w świecie gry - a tu nic). A to "więcej"? Dwie dodatkowe klasy, stare o przebudowanych drzewkach umiejętności (większość skilli albo zbalansowano, albo w ogóle usunięto, wstawiając na ich miejsce nowe, niekiedy nawet bardziej przydatne), nowa lista ekwipunku, drobne zbalansowanie samej rozgrywki (większa siła broni, ale i większa liczba HP przeciwników, większy drop niektórych materiałów, błogosławiony Quick Save, sprawniejsze poruszanie się po mapie i masa innych poprawek). Gra się dalej przyjemnie, ale spójrzmy prawdzie w oczy - to bardziej EO 1.5, niż rzeczywista część druga. Coś, co na PC załatwiało się patchem, ewentualnie dodatkiem, tutaj zaaplikowano i wypuszczono jako nową część. Oczywiście, dla wszystkich fanów "jedynki" była to rewelacja i okazja do dalszego kombinowania z build'ami postaci/drużyny. A reszta, jak machnęła ręką wcześniej, tak tym razem nawet brwi nie podniosła. I w efekcie pod znakiem zapytania stoi wydanie części trzeciej (premiera JP w marcu 2010) - ta będzie już dużym krokiem (skokiem?) naprzód, ale komu zechce się to sprawdzić? 7th Dragon, gra będąca "duchowym następcą" EO (ale dużo bardziej rozwiniętym) do dzisiaj nie została wydana po angielsku, mimo dużego zainteresowania ze strony graczy w USA, podczas gdy Japończycy pewnie już nie pamiętają, że w coś takiego grali. EO II miało pewną niezaprzeczalną zaletę - jeżeli grało się w poprzednią część, wystarczyło tylko przelecieć się po wykazie zmian, pokombinować trochę nad nowymi możliwościami konstrukcji party i już można było iść siekać pierwsze moby, bez czytania instrukcji, czy wertowania FAQ. Jaki "target" sobie wybraliśmy przy okazji premiery, takiego się trzymamy, bo reszta i tak tego nie kupi. I to jest prawdziwy problem - niechęć do zmian. Parę lat temu jęczano podobnie jak teraz - aż tu nagle pojawia się taki Beyond Good & Evil, gra "małe dzieło sztuki", stworzone bardziej z miłości, niż chęci zysku. Mieszanka gatunkowa, niezrozumiała z punktu widzenia "rasowego recenzenta" (bo ani to RPG, "przekombinowana" jak na grę akcji, etc), za to zaskakująco oczywista, jeżeli potraktujemy ją jako przeżycie, zanurzymy się wraz z bohaterami w wykreowany świat, który żyje własnym życiem. W Hillys naprawdę chciało się mieszkać, było to miejsce na swój sposób spokojne i urocze (przynajmniej do czasu inwazji, ale to inna sprawa). I co? Ano nic, recenzenci powystawiali swoje oceny (jedni się zachwycali, drudzy pojęczeli, że to nie to, co zwykle pochłaniają), a gracze niemal całkowicie produkcję olali. Jak ktoś miał okazję, to zapewne kupił, ale większość wolała zainwestować w 667 dodatek do Simsów. "Niedzielniak", jak dzisiaj byśmy go nazwali (kwestia sztucznego podziału "hardcore/casual" była poruszana już tyle razy, że nie ma sensu trącać tego tematu nawet dwumetrowym kijem), nie czytuje prasy, więc pewnie grę nawet nie zauważył, nie można go więc winić - zresztą, pewnie i tak by stwierdził, że nie ma czasu opanować sterowania, że nie na jego lata, etc. A co z bardziej doświadczonymi? Czemu taki Mietek (przepraszam wszystkim Mietków, na kogoś musiało paść), który umiał wprowadzać nieskończone combos'y w Mortal Combat zanim wyrosły mu pierwsze zęby, nawet na grę nie spojrzał? "A, do [beeep] to, oczka duże, jakieś spokojne... idę trzepać Niemców w Wolfie". Co oczywiście nie przeszkodzi mu za 5 minut, w przerwie podczas ładowania mapy, pojęczeć może na temat braku innowacji. Od dłuższego czasu, kiedy rynek MMO został zalany przez produkcje z Korei, każdy reklamowany MMORPG wygląda tak samo - klon WoWa (dla innych klon FlyFFa, zależy, jak patrzeć), albo (w przypadku starszych produkcji) Diablo. Jeżeli odpalę taki np. Runes of Magic (w sumie niezły, ale bardzo jaskrawy przykład), to gdyby nie system dwuklasowy, podobny do tego z Guild Wars, mógłbym się zacząć zastanawiać, czemu Blizzard nie pozwał jej właścicieli do sądu za plagiat. Czy się klasa nazywa Knight, czy Protector, czy Crusader - każdym jednym gra się jak Palkiem w WoWie, podobnie jak wszystko inne to wariacja na temat Rogalików, Magów i Priestów. Wszystko jedno i to samo - walczący wręcz, łotrzyk i mag od obrażeń i leczenia + stany pośrednie, które i kulą ognistą przypalą i mieczem pochlastają, ale nie tak dobrze jak "oryginały". Oczywiście, że w takiej formie gra się najprzyjemniej, ale do cholery jasnej - ile razy można brać się za to samo? Czasem nawet zmiana klimatu z wytartego fantasy na SF niewiele pomaga, bo co z tego, że w RF Online mamy lasery i mechy, skoro biegamy jako człowiek, maszyna lub nieśmiertelny elf (nazwany fikuśnie inaczej, ale wciąż z dużymi piersiami i spiczastymi uszami), dalej grindując moby, z tą różnicą, że zamiast łuków mamy karabiny a miecze są wspomagane mechanicznie. Doszło nawet do tego, że sam Blizzard apeluje o innowację i oderwanie się od schematu - tylko co to da? Serwery każdej nowej produkcji zapełnią się zaraz po premierze, bo przecież jak darmo dają, to grzech nie spróbować, może jednak się skusi i zakupi choćby możliwość zmiany koloru kiecki. Ostatecznie wychodzi na to, że to jednak sam gracz jest tu najbardziej winien - bo mimo całego tego narzekania, woli to, co poznał już dogłębnie, kupując n-tą część ulubionej gry, zamiast zainteresować się czymś nowym. W efekcie studia się nie wychylają (bo to kosztuje i długo się goi), dalej trzepiąc te same produkcje i wałkując te same schematy, skazując te prawdziwie oryginalne i ciekawe na powolną śmierć w koszach hipermarketów. Pytanie - czy to nie jest również Twoja i moja wina? Oczywiście, chciałbym, żebyście mi udowodnili, że jednak nie mam racji.
  17. Sabi

    Legend: Hand of God

    Witajcie, mam problem związany z walką. Otóż, gdy używam broni dodającej obrażenia elementarne, gdy atakuję przeciwnika, postać... ginie - tj. dalej walczy, ale po zakonczeniu serii ciosów, miast paść na glębę, zamiera w powietrzu, a po chwili respawnuje się koło ostatniego obelisku. Zaznaczam, że przeciwnik nawet jej nie trafia - po prostu wraz z pierwszym ciosem postaci, jej poziom życia i many spada do zera. Jedyny patch do wersji polskiej jest, jak patrzyłem, po niemiecku. Jest jakieś rozwiązanie? Bo nie uśmiecha mi się lać ostatniego bossa zwykłym kozikiem...
  18. To chyba wszyscy znamy, prawda? Na każdym kroku mamy okazję spotkać się z próbami dopasowania nas do ogółu, począwszy od prób "łagodnych" ("przecież wszyscy to noszą/każdy teraz słucha xxx") do bardziej "ostrych" ("powinieneś iść do fryzjera - każdy porządny chłopak ma krótkie, uczesane włosy" lub "powinieneś/aś przyprowadzić już do domu dziewczynę/chłopaka - jesteś w już przecież w tym wieku"). Jedni częściej, drudzy sporadycznie - ale każdy mógłby się przyznać, że choć raz usłyszał podobne zarzuty. Ma to swoje uzasadnienie - człowiek lubi mieć uczucie panowania nad sytuacją, a jeżeli przygotuje sobie zawczasu kilka kategorii ludzi i odpowiednio pogrupuje tych, których poznał, może w pewnym stopniu przewidzieć ich działania - i czuje się już bezpieczniej. Takie oskarżenia to pewne odruchy obronne, stosowane, gdy ktoś zaczyna wymykać się schematowi, czyli traci się nad nim "kontrolę", staje się nieprzewidywalny. Z drugiej strony - biorąc pod uwagę to, jak powstaje ludzka osobowość, niemożliwe jest, aby dwoje ludzi działało i myślało dokładnie tak samo w każdej sytuacji! Gdy chodziłem do liceum (co w sumie nie było tak dawno), religię mieliśmy przez jeden rok z księdzem z miejscowej parafii. Głównie słuchaliśmy, w przeciwieństwie do poprzednich lat, kiedy to zajęcia były z katechetą (który zachęcał do dialogu i wspólnych przemyśleń na temat omawianych fragmentów Pisma Świętego), ale o tym może innym razem. Na paru lekcjach mieliśmy okazji wysłuchać wybranych rozdziałów pewnej książki poświęconej życiu rodzinnemu i relacji mąż-żona, która to prowadzącemu bardzo do gustu przypadła. Książka była pisana (teoretycznie) przez człowieka w tym temacie obeznanego, bo pracującego w poradni małżeńskiej. Specjalnie wstawiłem "teoretycznie", bowiem jej treść w najmniejszym nawet stopniu nie pokrywała się z tym, co mogłem obserwować tak u swojej rodziny, jak i innych. Pomijam już fakt, że autor traktował przykładową żonę z pewną pogardą, wyznaczając jej miejsce głównie w kuchni i przy dzieciach, sprowadzając ją wielokrotnie do roli usługującej mężowi - ten miał wracać z pracy wieczorem, od razu dostawać obiad ("żonie należy wybaczyć, jeżeli po powrocie do domu obiad nie będzie gotowy" - autentyczny cytat), ciszę i spokój (kolejny cytat: "dzieciom trzeba wytłumaczyć, że ojciec potrzebuje odpoczynku w ciszy - to również dobry moment, by nauczyć je wyciszenia w pewnych porach dnia") oraz serię pochwał za to, jak to on wspaniale się rodziną zajmuje (tak jakby żona wcale nie pracowała - widok nader rzadki w dzisiejszych czasach). Jak oderwane od rzeczywistości by nie było (moim zdaniem, nie musi się oczywiście pokrywać z prawdą), autor raz po raz popełniał olbrzymi błąd w swoich tezach - zakładał, że KAŻDY maż i KAŻDA żona myśli i działa tak samo, bez wyjątków. Zakładał, że KAŻDY facet odpoczywa poprzez długie leżenie w miejscu, a kobieta w kilku krótkich, 5 minutowych chwilach "wyciszenia", a potem "zasuwa" bez przerwy (nie spotkałem jeszcze kobiety/dziewczyny, która odpoczywała by w ten sposób - większość preferuje pół-godzinne/godzinne drzemki lub leżenie - za to znam paru facetów, dla których właśnie 5-10 minutowe siedzenie w miejscu, powtarzane co godzina, wystarcza przez cały czas pracy). Był święcie przekonany, że KAŻDY mężczyzna spełnienie znajduje wyłącznie w długotrwałej pracy fizycznej i kocha grzebać w samochodach, kobieta jako jedyna zna się na gotowaniu, i tak dalej... Tak, wiem - pewne odgórne predyspozycje są. Większość facetów (podkreślam - większość, nie wszyscy), gdyby dać im do upilnowania przedszkole, to po pierwszej godzinie połowę dzieci wyrzuciliby za okna, a resztę związali, zakneblowali i odstawili do kąta. Ale, do cholery jasnej, 100% kobiet to nie ciche, nieśmiałe, wrażliwe mamusie, których szczytem marzeń jest zostanie idealną gospodynią domową (co do pierwszych dwóch cech - z moich prywatnych obserwacji, są już niestety na wymarciu), a populacja facetów nie składa się wyłącznie ze stad napakowanych twardzieli, tyrających po 16h w fabrykach i poświęcających cały wolny czas na oglądanie meczy w TV, popijając piwo. Nawiasem mówiąc, otwartym stwierdzeniem, że "nie będę tego idioty słuchać" (z paroma argumentami) mocno się zraziłem prowadzącemu (na czas jakiś), ale dalej uparcie twierdzę - ludzie nie pospadali z taśmy montażowej i nie są identyczni. Załóżmy, że ludzka psychika, choć na "starcie" posiada pewien już zarys, kształtuje się przez całe życie. Każde doświadczenie, każda napotkana osoba wpływa na to, jak będziemy zachowywali się w przyszłości, jak będziemy przetwarzali otrzymywane informacje. Owszem, przyjmuje się istnienie tak zwanego "żeńskiego" i "męskiego typu mózgu", gdzie ten pierwszy wykazuje większe zdolności w dziedzinie nauki nowych języków czy nawiązywaniu stosunków, zaś drugi - wyobraźni przestrzennej i matematyki, ale są to jedynie jedne z elementów składowych - inaczej w szkołach matematyki uczyliby wyłącznie faceci (na etapie lat szkolnictwa obowiązkowego widok prawie nie występujący). Odpowiednio wpływając na działania młodego człowieka (promując wybrane zachowania, a karcąc za niepożądane - dzieciaka rzucającego się z pięściami na wszystkich dookoła można, z pewnym trudem, wychować na stroniącego się od przemocy i odwrotnie - kwestia zaparcia), można otrzymać dowolną kombinację. A ponieważ żaden człowiek nie przeżywa swojego życia dokładnie w ten sam sposób, doświadczając tych samych zdarzeń (i interpretując je w identyczny sposób, pomijam tu przypadek bliźniaków syjamskich) - każda uzyskana w ten sposób osobowość będzie unikalna i niepowtarzalna (szanse jak te z eksperymentu o milionie małp z maszynami do pisania). Oczywiście, w pewnych kwestiach, czyli w wybranych "wycinkach" tej osobowości, może się pokrywać ze zdaniem innych ludzi, ale całość nigdy nie będzie w 100% zgodna. Ale przejdźmy może do bardziej prozaicznego rozwiązania problemu - dlaczego ktoś miałby się nie wyróżniać z tłumu? Czy każdy z nas naprawdę nie ma prawa mieć własnego zdania? Pomińmy tu subkultury - co to za "bunt", jeżeli co drugi młody w wieku takiego "buntownika" to w ten sam sposób? Na każdym rodzinnym obiedzie (gł. u cioć) mam okazję wysłuchać skarg. "Sąsiadki syn dorabia, dając korepetycje - czemu ty tego nie robisz?" albo moje ulubione: "Zajął byś się czymś porządnym, a nie tylko ciągle te gry i gry...Przecież to zabawa dla dzieci, jesteś już dorosły". W ostatnie wakacje jedna wizyta była rekordowo krótka - usiadłem przy stole, usłyszałem "No, skoro xxx i yyy (rodzeństwo cioteczne, w tym samym wieku) przyprowadzili już dziewczynę/chłopaka, to teraz ty MUSISZ też jakąś pannę nam przedstawić", skomentowałem to krótkim acz dosadnym "Nie muszę" i wyszedłem. Oburzenie było niewiarygodne, ale dalej uważam, że w pełni uzasadnione. Tak, będę się dalej interesował grami, dalej rozmawiał ze znajomymi na te same tematy (wbrew temu, co mogą niektórzy uważać - są dziewczyny-gracze. Znam parę takich, a ostatnio, zupełnie przypadkowo, spotkałem miłośniczkę sesji RPG), dalej uparcie będę spędzał wolny czas według własnych upodobań, dalej będę się starał przełamać swoja wrodzoną nieśmiałość w kontaktach z dziewczynami (może kiedyś się uda, w każdym razie próbuję), a do tego momentu będę się zadowalał po prostu rozmawianiem na różne, ciekawe tematy. Uparcie pozostanę sobą. Może i "przegram" życie, ale to będzie moja, i tylko moja, w pełni świadoma decyzja.
  19. Gdy w ostatnim wpisie wspominałem o specyfice Dragon Age'a, wymieniłem też jeszcze jedną grę skierowaną do wąskiej grupy odbiorców i przez to słabo znanej. Mam tu na myśli Etrian Odyssey na NDS'a - "first person dungeon crawler", czyli zjawisko raczej nie często spotykane na tę platformę. Do samej gry podchodziłem raczej bez większych oczekiwań i zapewne dlatego też okazała się dla mnie niezwykle przyjemną niespodzianką. W sieci często znajdowałem narzekania na ten tytuł - że trudne, dużo grindu, kiepska grafika, miejscami upierdliwe, etc. Tak, częściowo mógłbym się z tym zgodzić i zaraz dodać - ale to wszystko bez znaczenia. Bo ta gra coś ma w sobie, coś co przypomniało mi czasy spędzone nad starusieńkimi RPG'ami "zachodnimi" i nie pozwoliło mi się oderwać, dopóki ostatni "boss" nie gryzł ziemi. A to kim on był i dlaczego przyszło mi się z nim zmierzyć, osobiście uważam za jeden z bardziej oryginalnych pomysłów, z jakimi się w grach spotkałem... Bo przecież nigdy bym nie przypuszczał, że jednak to NIE JEST fantasy? (zamieszczone screeny zostały bezwstydnie wzięte ze strony http://www.intothelabyrinth.net do odwiedzenia której zachęcam) The Labyrinth swallowed all... Innocents were stranded; sinners drowned in the depths; the damned vanished there. The great power was lost to Man, and Mother Earth turned her back to the New World. Only the cursed king on his throne in the abyss remembers that golden age. Pod względem fabuły zaczyna się łagodnie, bez opowieści o ratowaniu świata, wybrańcach czy innych tego typu elementów. Wioska Etria nie należała do specjalnie znanych, aż do chwili, kiedy odkryto przy niej wejście do legendarnego Labiryntu, na końcu którego, jak głosi legenda, spoczywa sekret nieśmiertelności, ukryty wewnątrz drzewa Yggdrasil... i z całą pewnością mnóstwo sprzętu, złota, wina i kobiet - jak szaleć to szaleć, niech ewentualni samobój.. tfu, "podróżnicy" nie będą mieli wątpliwości, gdzie spędzić najbliższe lata. Zapuszczanie się coraz głębiej pod ziemię przynosi nowe odkrycia i zapewnia istny "cud gospodarczy" (proszę tu bez śmiechu :]) dla dotychczas małej wioski. Mało kto zaczyna wracać z tych wypraw w jednym kawałku, jednak nie stanowi to przeszkody dla coraz to nowych grup śmiałków. A wśród nich odnalazł się i gracz. Cóż, nie pozostaje już nic innego, jak zarejestrować swoją gildię, zgarnąć pierwszą misję, zrekrutować członków maksymalnie 5-osobowej grupy i stanąć przed Bramą, na spotkanie przygodzie. Może to właśnie wy odkryjecie sekret stojący za Labiryntem, jego przeszłość i prawdę o otaczającym was świecie? W grze obecne jest tylko jedno miasto, wspomniana Etria, jednak posiada ona wszystko, co potrzebne ewentualnym odkrywcom. Mamy tu odpowiednik ratusza, gdzie przeglądamy dane na temat odkrytych przez nas miejscach, utłuczonych mobach, znalezionych materiałach, a przede wszystkim - odbieramy misje popychające fabułę do przodu. Jest pub, gdzie można posłuchać lokalnych plotek i podjąć się wykonania questów pobocznych, zlecanych przez mieszkańców miasta. W budynku Gildii Odkrywców można skompletować drużynę, zrekrutować nowych bohaterów, a starych przeszkolić. Sklep z kolei funkcjonuje na nieco odmiennych zasadach, niż nas przyzwyczajono. Początkowy wybór produktów jest niewielki, ale właścicielka (prawdziwa chłopczyca) nie daje sobie w kasze dmuchać i wszystkie wyniesione z labiryntu i sprzedane jej przedmioty czy materiały, wykorzysta do produkcji nowej broni, zbroi i lekarstw. Z kolei zarobione pieniądze przepuścić przyjdzie w lokalnej gospodzie, gdzie za wzrastające z czasem kwoty będzie można zregenerować siły. Sama gra sprowadza się do eksploracji coraz to głębszych pięter labiryntu i walki z napotkanymi po drodze przeciwnikami. Tych pokonuje się w turach - po wydaniu odpowiednich rozkazów, gra, przeliczając odpowiednie współczynniki, wprowadza je w odpowiedniej kolejności w życie. Same postacie mogą należeć do kilku zróżnicowanych klas, prezentujących znane graczom RPG archetypy - Protector, Medic, Alchemist, Bard, etc. Każda z nich posiada unikalne dla siebie drzewko umiejętności, zarówno pasywnych, jak i aktywnych, o kilku stopniach zaawansowania. Do tego dochodzą również te użyteczne poza polem bitwy, umożliwiające min. zbieranie z określonych miejsc materiałów (drewna, ziół czy rud metalu) czy pozwalające zmniejszyć ryzyko ataku lub odwracające uwagę FOE. Te ostatnie można określić mianem "mini bossów" - kręcą się po niektórych planszach razem z graczem (ponieważ nawet poruszanie się po mapie odbywa się w turach, przesuwają się o jedno pole na każdy ruch drużyny). Jedne są bardziej agresywne, i rzucają się w pościg, gdy tylko cię wyczują, zaś inne spokojnie drepczą po wyznaczonej trasie. Jedno jest pewne - są niezwykle silne i, zwłaszcza w początkowym etapie gry, lepiej wiać, gdy tylko się je zobaczy. Oczywiście, jeżeli uda się je pokonać, otrzymane doświadczenie i przedmioty wynagrodzą trud. Autorzy wprowadzili też konieczność samodzielnego kreślenia mapy. Oczywiście, w miarę postępów, ta samodzielnie oznacza odwiedzone pola, ale automat nie określi, gdzie są drzwi, gdzie teren różni się od reszty a gdzie radośnie biegają FOE - to musi zrobić już gracz. A wykonuje się to stylusem na dolnym, dotykowym ekranie konsoli. Dla mnie - strzał w dziesiątkę, świetnie potęgujący wrażenia z gry! Podróżować będziemy po najróżniejszych obszarach, bowiem, jak się okazuje, Yggdrasil sięga naprawdę głęboko, chowając w swych konarach nie tylko początkowy las, ale także i najprawdziwszą dżunglę, krajobraz jak z dna oceanu, pustynię, a na samym dole... Nie, tego akurat zdradzić nie mogę, to odkrycie za założenia miało powodować opad szczęk u graczy. Powiem tylko, że czegoś takiego się nie spodziewałem i widok ten sprawia, że zaczyna się zupełnie inaczej rozumieć tekst z intra, a także dlaczego napotkani po drodze "forest folks" wydają się dziwnie z "powierzchniowcami" spokrewnieni, dlaczego w tym świecie nie istnieje magia, a wszystkie dziwne ślady, odkryte po drodze układają się w logiczną całość. Na koniec trzeba niestety wspomnieć o pewnej przeszkodzie, przez którą wielu od gry zwyczajnie się odbiło - poziom trudności. Nie ma co ukrywać, że Etrian Odyssey jest trudne. Początki są tu najgorsze - moby biją mocno i atakują w dużej liczbie, a drużyna przecież dopiero przygodę zaczyna, a więc i bije słabo, umie niewiele i sprzęt nadaje się raczej do ubijania komarów, niż wyprawy w nieznane.... a pieniędzy ubywa, bo za coś trzeba gospodarzowi za nocleg zapłacić. W związku z tym, zamiast biec na oślep, trzeba te pierwsze parę godzin poświęcić na mozolne trenowanie drużyny na pierwszym piętrze. Oczywiście, dalej już aż tak trudno nie jest, jednak pierwsze kroki zniechęciły już nie jednego. A szkoda. Na zakończenie powiem jeszcze, że obawiałem się, iż ta naprawdę wspaniała gra odejdzie w zapomnienie (tak naprawdę to niedługo po 1 wyszła część druga, o której... znowu będzie następnym razem :] ) , bo choć fora jej poświęcone działają, to jednak fanów jest niewielu, a przy wszystkich zestawieniach zazwyczaj się ją pomija (a wrzuca się ograne do bólu Final Fantasy, Laytona i Zeldę, jakby nic innego na DSa nie wyszło). A tu niedawno świat obiegła wieść, że autorzy.. planują jednak zrobienie "trójki". Patrząc na pierwsze screeny, nie sposób się nie uśmiechać, widząc naprawdę spory krok, tak w świecie przedstawionym, jak i mechanizmach rozgrywki. Czyli jednak ktoś to docenił. I tak, ponownie zachęcam wszystkich do zapoznania się z tą grą. Może i wam nie przypadnie do gustu, ale jeżeli już w niej zasmakujecie... nie będą to godziny stracone :] Ps: jako coś całkowicie oderwanego od tematu - czym się student może zajmować na nudnym wykładzie. Wychodzi na to, że coś tam jeszcze potrafię, chociaż jest to już "skażone" przez wschód :]
  20. Przed zakupem gry, zawsze wcześniej zapoznaję się z opiniami na jej temat. W większości przypadków sprawa ogranicza się do przejrzenia któregoś-tam numeru CDA (Jeżeli chodzi o gry z Różowej Kolekcji czy innej tańszej serii, błogosławieni niech będą wydawcy za możliwość pogrania za pół ceny :] ), ewentualnie opinii w Internecie (Bo tak się kiepsko składa, że niewiele moich znajomych gra... Nie żeby to uważali za dziecinne, ale jak się ma mało wolnego czasu, to trzeba wybierać pomiędzy klubem/pubem/kinem a PC/konsolą. Ja akurat wybrałem "piecyk"...). Z tym ostatnim akurat mam nieco gorzej. Choćby taki Divinity II - w CDA pojechany równo od góry do dołu, recenzent nie zostawił suchej nitki, etc, etc. Wczoraj sprawdziłem z ciekawości gamespot.com i widzę: Ja rozumiem, że ocena 3/10 może być dla niektórych zbyt ostra, że to gra stworzona na niemiecki rynek i pod ichnich graczy (coś jak Wiedźmin w Polsce -może niezbyt trafne porównanie, bo na zachodzie został w miarę ciepło przyjęty, ale pewnien "patriotyzm" zadziałał, prawda?), ale żeby średnia koło 8/10? Czy na pewno ci ludzie grali w tę samą grę? Co prawda z recenzji "z prawdziwego zdarzenia" jest wymieniona na razie jedna (PC Power Play, australijski - czyli siłą rzeczy nie austriacki, choć na zachodzie mieliby co do tego wątpliwości), bo gra dopiero wchodzi na ich rynek (poprawcie mnie, jeżeli się mylę), ale jak na razie ewentualny nabywca mógłby pognać do sklepu z uśmiechem na ustach, święcie przekonany, że idzie kupić coś naprawdę dobrego. Ale czy aby na pewno doznałby zawodu? W sklepie gram.pl w opiniach też mamy całkiem pozytywny obraz produktu (o ile ocena 5/5 z adnotacją "wielce się zawiodłem" jest pozytywna), ba, ktoś nawet uznał toto za lepsze od Dragon Age'a (co akurat niekoniecznie może dziwić, jako, że DA jest grą skierowaną do specyficznej grupy odbiorców, sytuacja podobna jest tu do tej z Etrian Odyssey na DS'a, o której będzie następnym razem). Pojawia się zatem pytanie - komu wierzyć? Jako wieloletni czytelnik CDA mogę w sumie polegać na ich opinii, jako, że nawet jeżeli moje prywatne oceny początkowo mijały się z ichnimi, to po pewnym czasie przyznawałem im rację (np. zaczynając wspomnianego Dragon Age'a, zastanawiałem się, czemu nie dostało 9,5/10, po 3/4 gry, zapytany o zdanie, gotów byłem dać 7/10, a po skończeniu - 8/10, czyli niewiele mniej niż dał Allor). Ale w końcu nie każdy czyta te same czasopisma, więc widząc, że tylko jeden czy dwóch recenzentów kręciło nosem, podczas gdy reszta zgodnie orzekła Hit przez duże H - nie będzie się długo zastanawiał. A co z produkcjami spoza PC? Jeżeli chciałbym kupić jakiegoś nowego jRPG'a na DS'a, to jego recenzji w CDA nie znajdę - trzeba się będzie posiłkować Internetem (akurat do takiego np. PSX Extreme nie mogę się przekonać, choć u znajomego przeczytałem parę numerów). Zazwyczaj na takim gamespot'cie użytkownicy wystawiali celne i poparte dobrymi argumentami oceny (w kwestii gier na NDS - co do reszty się niestety nie orientuję) i sam mogłem się podpisać pod ich opiniami, ale zakup gry na konsolę przenośną jednak tani nie jest. I co teraz? Ps: Niemcy standardowo dają tej grze coś koło 80%, jak wynika rajdu wraz z wujaszkiem Google. Co chyba specjalnie nie dziwi. Czyżby na świecie było aż tylu Niemców? :]
  21. Sabi

    Start

    ... i tyle. Bo co można ponadto powiedzieć? Stosunkowo sporo. Mógłbym zacząć od tego, jak to kiedyś, gdy pojawiały się pierwsze blogi, zapierałem się, że to durnota i nigdy czegoś takiego nie postawię. A jednak, z biegiem czasu uznałem to za całkiem interesujący sposób spędzania czasu - przelewanie własnych przemyśleń na klawiaturę i prezentowanie tego w Internecie. Człowiek stojący w miejscu tak naprawdę się cofa, a z listy "czegoś nowego do spróbowania" padło akurat na prowadzenie bloga. Mógłbym też zacząć od tego, że liczę na dużo komentarzy, wielką popularność i inne tego typu drobiazgi. Ale to by się mijało z celem, skoro takowy blog ma stanowić pewnego rodzaju "otwarty pamiętnik", a raczej, jak już wspomniałem, zbiór przemyśleń. Ja "wypluwam", co mi akurat leży na wątrobie, w mniej lub bardziej chaotyczny sposób, a Wy - o ile wytrzymacie to grafomaństwo - możecie się z tym zgodzić, lub nie. Wszelkie komentarze byłyby mile widziane, bo co to za "twórczość" (o ile można to tak nazwać) bez krytyki? Wreszcie, mógłbym zapewnić o częstych wpisach i trzymaniu się jednego, ściśle określonego zagadnienia. I znowu nie mogę się pod tym podpisać, ze względu na studia oraz wymienione w poprzednich akapitach powody - przemyślenia nie trzymają się jednego "obszaru", dotyczą tego, co się na co dzień przeżywa. A to po odstaniu godziny lub dwóch w pociągu można "wysmażyć" kilku-akapitowy tekst o stanie PKP, czy to zwrócić uwagę na jakąś interesującą grę, która umknęła uwadze większości, etc, etc... Czyli z "tyle" zrobiły się trzy krótkie akapity. Nie za dużo, ale tez zdecydowanie więcej, niż być powinno. Mam nadzieję, że ewentualnych czytających nie zanudzę na śmierć przy kolejnych wpisach :]
×
×
  • Utwórz nowe...