Skocz do zawartości

Burza'P

Forumowicze
  • Zawartość

    163
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wpisy blogu napisane przez Burza'P

  1. Burza'P
    Wchodzę na stronę CDA, przeglądam newsy i...wiedźmin?
    Za pomyślność sprawy słusznej!
    Tego szczerze mówiąc się nie spodziewałem, w życiu strona główna CDA nie dała mi takiego powodu do radości. Komentarze były sceptyczne, ?fake?, ?supernowa nie promowała, to bs? i krążyły wątpliwości co do zamieszczonego w internecie fragmentu (którego zresztą nie przeczytałem). Nie zamierzając dalej zwlekać wyszukałem wywiad z Spakowskim*, w którym parę miesięcy temu m. in. został za pytany o czym będzie najnowsza książka z wiedźminem. Nie mam pojęcia jak przeszło to bez echa, ale nie to jest tu tematem. Książkę zamówiłem i przyszła 31 października.
    Jaka jest? Ma ten klimat? Walki, dialogi? Kontynuacja, prequel, luźne opowiadanie? Jak z formą Spakowskiego? Dawno czytałem sagę, nie ukrywam i nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić, czy coś się znacząco zmieniło w stylu ASa, ale według mnie spod jego pióra wyszedł stary, dobry wiedźmin. Są humor, ciekawa przygoda, pięknie opisane walki i klimat, który trzyma aż nie skończysz na 404 stronie. Nie mogę też całkowicie porównywać książki do zbioru opowiadań, bądź sagi, ponieważ opowieści były rozłożone albo na kilka tomów, albo na parędziesiąt stron. Sezon Burz zamyka się tylko w jednym tomie. W związku z czym intensywność rozgrywanych wydarzeń była inna, co wpływa częściowo na odbiór. Nie ma czego się obawiać, książka jest wyśmienita. Sapkowski stwierdził, że dla niego pisanie to rzemiosło i pisze, bo musi. Dopóki będzie to wychodziło równie dobrze, jego pobudki mnie nie interesują.
    Nie spoilerując, jest to opowiadanie mające miejsce przed wydarzeniami z odczarowaniem Strzygi. A kończy się.. intrygująco. Dość powiedzieć, że ?Historia nie kończy się nigdy?. I z tym Was zostawię.
    A na pohybel skurwysynom!
    *http://tvp.info/informacje/kultura/nastepny-wiedzmin-bedzie-o-statkach-parowych/7338140
  2. Burza'P
    Trzech stanowiący oryginalny team starszych facetów bawiących się najdroższymi i najszybszymi autami świata w sposób dla innych pozostający w sferze marzeń, tych trzech, którzy już nie raz udowodnili że mają poczucie humoru, szalone pomysły i przede wszystkim umieją to wszystko zgrać ze sobą by powstał kolejny bardzo dobry odcinek Top Gear. Zapewne niejeden fan oglądając je zastanawiał się jakie kąski z kręcenia programu mu umknęły, które z różnych przyczyn zostały za kulisami. Książka Hammonda powinna w pełni usatysfakcjonować taką osobę.
    Powinna. Nie rozwlekając: częściowo podołała wyzwaniu. Podczas czytania odniosłem wrażenie, że można było to napisać trochę lepiej i ciekawiej, ponieważ nie miałem syndromu jeszcze jednej strony, brakowało ?tego czegoś?. Nie mniej autor przyzwoicie wywiązał się z zadania i nie zabrakło anegdot, ogólnie pojętego dowcipu i dość dobrze opisanych niecodziennych przygód i wyzwań, którym musiał stawić czoła. Od razu zaznaczam, że osoby nie zainteresowane Top Gear oraz nie wiedzące kim jest Chomik prawdopodobnie nie będą z wypiekami na twarzy śledzić jego losów i mogą już bez wyrzutów sumienia poszukać innej pozycji. Jeśli jednak od czasu do czasu oglądasz któryś z odcinków to radzę poświęcić chwilę i przeczytać o czym konkretnie ta książka traktuje.
    ?Rok Ekstremalnych Przygód?, w oryginale ?As You Do?, bo to o niej mowa, przybliża nam:
    - trudy jakie wiązały się z przygotowywaniami Richarda do wyścigu TG na biegun północny i uroki pracy z psami husky, kamerzystami a także operatorami, którzy zwykle mają nierówno pod sufitem. Sam wyścig też został uwzględniony, ale oczywiście (i słusznie) Hammond skupił się na tylko swoim udziale, któremu w telewizji nie poświęcono zbyt dużo czasu.
    - trochę zwariowaną wyprawę dzielnej trójcy do Botswany zdezelowanymi Lancia Delta Coupe, Mercedes- Benz 230E, Oplem Kadettem i osobliwe przywiązanie Hammonda do samochodów.
    - intrygujący odcinek, w którym prezenterzy próbowali przepłynąć Kanał La Manche, topili się, dalej próbowali, znów topili aż Clarkson w pływającym i nieśmiertelnym Hilux?ie okazał się zbawicielem dwójki niedorajdów i jedynym, który mógł podołać wyzwaniu w swej..eee.. amfibii?
    - wielką powódź jakiej pośrednio doświadczył Richard w Anglii i jak pomógł znajomym, którzy znajdowali się pośrodku tej katastrofy.
    - emocje, masę wrażeń towarzyszące temu jak wraz ze swoją ekipą (nie TG) nagrywał dokument o już zmarłym Evel Knievel?u, sławnym kaskaderze motocyklowym, który przeskakiwał w latach 70. nad samochodami, busami etc.
    Podsumowując, jeśli usiądziecie w bibliotece i będziecie mieli czas to polecam zerknąć. Długie to nie jest (260 stron), nie poczujecie że to czas stracony (jeśli jesteście fanami TG), a jeśli zastanawialiście się jak wygląda Top Gear od kuchni to będziecie w miarę zadowoleni. Co do kupna? te 15zł spożytkowałbym raczej na nowe CDA.
    Tak przy okazji wspomnę, że wartymi uwagi książkami dotyczącymi Top Gear są: seria "Świat według Clarksona" i ?Człowiek W Białym Kombinezonie STIG Le Mans i moje życie na wysokich obrotach?. Pierwsze są zbiorem felietonów Jeremiego pełne dobrego humoru i celnych spostrzeżeń nie zawsze związanych z motoryzacją. Książka Bena Collinsa (The Stig) w ciekawy sposób oddaje jego dotychczasową karierę w białym kombinezonie, w wojskowym mundurze oraz to jakim był naprawdę człowiekiem. Czytałem ją dość dawno, więc już nie jestem w stanie pisać recenzji, ale do tej pamiętam, że nie odłożyłem jej do momentu kiedy ze smutkiem odkryłem, że ostatnia strona naprawdę jest ostatnia.
  3. Burza'P
    W przeddzień urodzin doznałem motoryzacyjnego orgazmu. Pełno koni upchanych w niesamowite, mało gdzie spotykane kształty, niespodzianek, hostess, spalonej gumy sprawiło, że wracałem wypełniony po brzegi emocjami. Na pytanie czy było warto jechać na Verva Street Racing istnieje chyba tylko jedna odpowiedź.
    ?No raczej, kurde, nie inaczej.? Ok, Talar to ciut inaczej ujął.
    W sumie do ostatniej chwili nie wiedziałem kto będzie moim towarzyszem podróży, ponieważ zaskakująca ilość pozornie poważnych i szanujących Cię osób ma jedną drażniącą tendencję(tu pozwolę sobie na małą dygresję-zainteresowanych tylko imprezą zapraszam do nowego akapitu). Umawiasz się z konkretną osobą, prosisz by poinformowała Cię czy się pojawi. Oczekujesz, że nawet jeśli nie będzie mogła to zadzwoni, bo w końcu szanuje Ciebie, twój czas i wie, że część rzeczy planujesz też pod nią, w tym rezerwacje. Więc nie zrobienie tego jest klarownym przejawem niedojrzałości, a nie drobnym nietaktem. Najwyraźniej ludzie mają odmienne zdanie, nikt się nie pofatygował i sam musiałem dzwonić po zaproszonych i to na chwilę przed ostatnim możliwym momentem rezerwacji autobusu by usłyszeć, że "nie, wiesz, bo Bogdan.." . Duża większość osób myśli (tu raczej to nieadekwatne słowo), że jak napomknie, że może przyjdzie lub wypowie magiczne "nie wiem, ale dam znać" to automatycznie dostaje zezwolenie by dokumentnie zignorować osobę ją zapraszającą ew. dać znać na minutę przed terminem, że nie mogą się pojawić. Żeby to dotykało tylko młodzież to bym przemilczał. Niestety, to tyczy się prawie każdego pokolenia. Pół biedy jak chodzi o coś mało istotnego. No ale przepraszam, jeśli planuje się np. imprezę charytatywną i sto osób składających się na gości głównych i oczekiwanych showmanów mówi, ze zawita, a potem przychodzi garstka... Czy reszta liczy, że się o nich zapomni, czy że przy następnym spotkaniu uda im się machnąć Ci przed nosem ręką i licząc na wysoką ilość midichlorianów w swych żyłach wypowiedzą "to nie tych znajomych zapraszałeś"? Nie wiem jak Wy, ale ja takich ludzi zostawiłbym na środku pustyni, gdzie zasięg nie dociera i obiecał, ze zadzwonię i powiem kiedy i czy może wpadnę ich zabrać.

    Hostess nie brakowało, szkoda, że tych z VIPowskiej części nie mogłem cyknąc.
    Koniec końców, o 20 na dzień przed imprezą nie brany wcześniej pod uwagę kumpel z Pasymia spytał mnie na Xfire czy jadę do Wawy na VST. Niewiele się zastanawiając zgodziłem się skoczyć po niego i przenocować u siebie. 5h snu, 3h jazdy Radexem, nieodebrana flota na Ogame podsumowana moim złomem i Marymont wita gości. Zmęczeni, niewyspani, głodni, na dodatek zaraz mający być przesiąknięci smrodem tego wielkiego miasta udaliśmy się metrem w okolice Teatru Wielkiego. Wychodząc z Ogrodu Saskiego naszym oczom ukazały się stoiska oblegane przez zwiedzających. Przy pierwszej wystawie znaleźliśmy oblepionego hostessami Nissana GTR, którego to ludzie tak uwielbiają tuningować. Szybkie auto, ale na dobrą sprawę nie budziło we mnie nadmiernej ekscytacji, ponieważ nie ma w sobie ducha drapieżności, co jest winą wpychającej się w każdy kąt elektroniki. Przechodząc obok Land Roverów, w tym dość nowego Evoque?a, kątem oka uchwyciłem znajomy kształt. Podszedłem bliżej i aż się zapowietrzyłem na moment, bo oto przede mną stały dwa cudowne i w stu procentach rzeczywiste, pełnokrwiste Astony.

    Mrrr...może kiedyś. W końcu to kosztuje tylko jakieś pół miliona zł.
    Eleganckie, harmoniczne i jakże gustowne linie nadwozia skrywającego przed ciekawskimi silniki o brutalnej wręcz mocy były ma wyciągnięcie ręki. Może dla mieszkańców stolicy to nie był wielki szok, ale ja, obywatel Zarośli, obszaru Stawigudy nie wskazującej na dzielnię burżujów po prostu odpłynąłem z zachwytu. A szczena opadła mi jeszcze bardziej, gdy za Astonami zobaczyłem sportowego Jaga XKR i zwodząco niepozorne Lotusy Evora. Kumpel ledwo zmusił mnie by iść dalej. Gdzieś tam w pobliżu minęliśmy Merca klasy A, który wtedy miał mieć swoja premierę, ale nawet się nie przyjrzałem, bo z mej prawej strony wyhaczyłem SLSa AMG. Będąc już praktycznie w motoryzacyjnym niebie, w podskokach przyleciałem by pożreć go wzrokiem. Wydawało się, ze piękniej być nie może, ale tak, cuda się zdarzają. Zaraz przy AMG stały dwa, pełną gębą wyścigowe Mercedesy należące do klasy Touring Cars, w tym jeden Mikka Häkkinena - dwukrotnego mistrza świata F1.


    Dotknąłem!
    Stwierdzenie I was so happy I could shit raimbows niewiele się mijało z prawdą. Otarłszy łzy szczęścia, poszliśmy na dalszy obchód stoisk. Hotwheels, Top Gear i inne marki miały własne zakątki, organizowane były konkursy dla dzieci, chętni mogli spróbować swoich sił w Dirt 3, inni wygrać roczny zapas paliwa w simie F1, ale my, na szczęście dla innych, nie mieliśmy czasu na rozgramianie żółtodziobów. Priorytetem było znalezienie dobrego miejsca na show. Szukając miejsca startu przeszliśmy obok wehikułu z Back to the Future,

    ktmów i.. niespodziewanie ukuł nas smutek - zza barierek odgradzających strefę VIPów doszedł nas dźwięk żyłowanego przez gości silnika któregoś z superaut. Za późno chcieliśmy kupić bilety na Pit Party i były już wyprzedane. Nie dane nam było wsiadać do Aventadora, Audi Qattro i reszty bestii , które miały wystąpić w pokazie. Cóż, nie w ten rok to w następny. Nie mieliśmy czasu na rozpaczanie. Obeszliśmy tor i wybraliśmy jedno z najlepszych miejsc do obserwacji. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, ze vipy, choć na miejscach siedzących, najprzedniejszego widowiska doświadczyć nie mogli. Usadowiliśmy się tuż przy wyjściu z pierwszego zakrętu. Wzrokiem dało się objąć nie tylko start (czyli oglądać astronomicznie przyspieszające auta), ale również wspomniany szeroki zakret, na którym prawie każdy starał się zarzucić na ręcznym lub zrobić inną popisówę. Jedynym zgrzytem był ambulans częściowo zasłaniający widok, ale sukcesywnie wpychaliśmy się w lepsze miejsca. Z kolei relację z reszty toru oglądaliśmy na telebimie umieszczonym na wewnętrznej części toru naprzeciwko nas.

    Zabijanie nudy w oczekiwaniu na start przerwała nam czwórka motocyklistów wykonujących ewolucje takie jak supermany, backflipy (i ich odmiany) na składanej rampie. Show oficjalnie otworzył jeden z prezenterów TVN Turbo, solar żelik z wąsikiem, imienia nie pamiętam. Jako że program VST jaki jest każdy widzi, szczegółowo opiszę tylko najciekawsze, według mnie, momenty imprezy. Większa jej część (90%) miała charakter prezentacyjny. Z grubsza rzecz biorąc, wszelkiego typu auta wykonywały kilka okrążeni, a ich przejazd urozmaicał informacjami komentator Eurosportu czasami zagłuszany całkiem dobrymi i znanymi rockowymi kawałkami. W zależności od jaj kierowców oglądaliśmy mniejsze bądź większe popisy, od duszenia silnika na prostych, przez kręcenie bączków po niebezpieczne poślizgi. "No Fear" mieli włączeni w mózgu tylko naprawdę nieliczni i to mnie ciut bolało. A auta budziły zazdrość każdego. Autentyki pamiętające wczesne lata Monte Carlo, ryczące klasyki 24h Le Mans, Mustangi, w tym Elanora Shelby GT500 z 60 sekund godnie, a czasami urwisując, przejeżdżały ściągając na siebie pełne zachwytu spojrzenia.

    Zrywem, mocą i brutalnością chyba żadne auto nie mogło się z nim równać.

    Później wjechały auta współczesne. Żenującym momentem była zapowiedz najmocniejszych aut świata. Spodziewasz się ch..umójudzikiewęże a tu na tor wyjeżdża... parę seryjnych bmw i mercow. Lord, gimme strenght. Incydent ten dało się zapomnieć, bo zagłuszyły go piekielnie seksowne V10tki Lamborghini Murcielago, Gallardo i V12 przypominającego myśliwiec Aventadora. Jakby tego było mało tuż przed naszymi oczami śmigał bolid Sebastiana Vetella z 2011 roku, którego słychać było pewnie z drugiego końca Warszawy.

    Swoje pięć groszy dorzucili stuntmeni swobodnie harcujący na dwuśladach i Mikka Häkkinen w SLS AMG przystosowanym do wyścigów w GT3 (jest taki lekki, ze sędziowie każą go obciążać przed wyścigami o 150kg). Nie powiem, przejazdy przejazdami dobre, ale spodziewałem się choć jakichś prowizorycznych wyścigów. Sytuację uratowali moi bohaterzy dnia, czyli driffterzy z czołówki Polski, włączając w to Jakuba Przygońskiego. Najpierw dano im za zadanie okrążenie podczas przejazdu ustawionej dla nich pośrodku ulicy toyoty. Najlepsi, wybrani przez sędziów, zmierzyli się w najbardziej widowiskowy sposób, bo mieli powtórzyć to co wcześniej tyle że walcząc w parach uciekający-siedzący na zderzaku. Wśród kłębów różnokolorowego dymu można było zobaczyć popis precyzji i płynności, ale kontaktu też nie brakowało.


    Zdjęcie prawie jak zza mgły, ale trudno było o lepsze z tej pozycji. Ostro palili.
    Gdy mistrzowie jazdy bokiem oddali pole punktowi programu nazwanego Gwiazdami na Torze, który litościwie pominę milczeniem, zadzwonił do mnie znajomy z sojuszu z Ogame i zawiadomił, ze flota, którą niezłomnie stawiałem i chowałem przez dwa lata została przerobiona na złom, ponieważ z wszystkiego o niej zapomniałem.. Humoru mi to jednak za bardzo nie zepsuło. Starałem się wrócić duchem na show. Gdzieś tam miedzy driffterami śmigneły mi Radicale(wiecie, że są one dopuszczone do ruchu?) auta z GT3, porschaki, Hilux występujący w Rajdzie Dakar i parę innych wynalazków. Niestety, o ile rok temu były bmw z Hołkiem i Peterhanselem za kółkiem o tyle tutaj nie zobaczyliśmy zeszłorocznych Mini Countrymanów. Skoro już przy Dakarze jesteśmy, warto nadmienić, ze swoją obecnością zaszczyciła nas rankingowa czołówka motocyklistów z sympatycznym Markiem Coma i Cyrilem Depres włącznie. O Polakach nie wspominam, bo to chyba oczywiste

    Z wielkich nieobecnych nie związanych z tym rajdem muszę wymienić Bena Collinsa a.k.a The (ex) Stig. Wracając do imprezy: podobała mi się, jak i do tej pory drętwej publiczności, jazda precyzyjna trójki kierowców w mazdach. Wykręcali Jotki w chyba każdych możliwych kombinacjach, ładnie drifftowali, a na zakończenie przygotowali niezły popis. Dwójka mazd ustawiła się tak, by miedzy nimi było miejsce do zaparkowania dla trzeciej. Chyba każdy się domyśla, ze gość parkował jak Tiff Needle na ręcznym. Z każdym kolejnym podejściem było coraz węziej, aż w końcu by się wydostać musiał to facet robić na pięć razy. To jest skill. Na zakończenie dnia pełnego wysokooktanowych emocji dyrektorzy imprezy przewidzieli wielki finał Mikka Häkkinen vs Kuba Giermaziak, sesje autografów i wiele innych niespodzianek. Chcąc nie chcąc byłem zmuszony zrezygnować i z finału i z reszty, bo nocować z przyczyn ode mnie niezależnych nie mogłem.

    Podsumowując, przez całe swoje życie nie widziałem tylu koni mechanicznych co tego jednego dnia. Od dziecka miałem ambicję.. marzenie zostać kiedyś kierowcą wyścigowym i zamierzam na to zarobić, więc tego typu show z wyścigowymi jak i rajdowymi autami mile mnie połechtał. Ścigania, czyli tytułowego street racing może nie było, ale w świetle całokształtu i różnego rodzaju występujących fur jestem w stanie organizatorom wybaczyć te nieporozumienie. Pisząc to, jeszcze raz jak na żywo przeżywam w wyobraźni VST. Każdemu wielbicielowi niedostępnych zwykłym śmiertelnikom aut gorąco polecam pojechać za rok. Co się tam działo to muzyka dla uszu, uczta dla oczu i ogromna satysfakcja dla motoryzacyjnej duszy.
    Zdjęcia: pierwsze, Audi Quattro i dymiącej bmki skopiowałem z oficjalnej strony VST. Reszta moja.
    Plan obiektu. Start przy prawym górnym rogu toru, ja zdjęcia cykałem na wyjściu z pierwszego zakrętu.

  4. Burza'P
    Nie każdy z nas ma hobby, bo zwykle nie mamy pomysłu co by to miało być. Rysowanie, malowanie, czytanie, walenie w bęben etc. Trochę tego jest, ale nie za dużo. Więc po chwili namysłu nieusatysfakcjonowana i zrezygnowana statystyczna większość siada przed kompem i klepie na fb ankiety a la ? Czy uważasz, że umieranie na kiblu to:..? i zapewnia sobie i swoim odpowiednikom zajęcie na weekend. Jeśli jednak nie chcesz siedzieć przed monitorem i nie masz pomysłu na swoje hobby, które jednak chciał(/a)byś mieć to jest takie jedno, prawie zapomniane, traktowane z dystansem, ale grzechu warte.
    Death Star - Empire failed twice... so build it on your own!

    Modelarstwo. Brzmi równie emocjonująco co gra w szachy, czy struganie balustrad i przyjmując to błędne założenie zapominamy, że pod ten termin podchodzi nie tylko rzeźbienie przez cały rok miniaturowych elementów na takielunek w naszym metrowym H.M.S Victory (co tak btw też ma swoje uroki). Wachlarz możliwości związanych z zabawą modelami jest naprawdę duży, poczynając od klejenia figurek żołnierzy po budowanie zdalnie sterowanych samolotów. Wśród tych kilkunastu rodzajów modelarstwa każdy może znaleźć coś co akurat go kręci. Co więcej, jak się nie ma lub nie chce nie trzeba poświęcać na to dużo czasu a i tak można mieć frajdę. Robienie modeli brzmi dla niezorientowanych tysiąc razy trudniej niż rzeczywiście jest i dlatego też mało kto w ogóle próbuje, od razu oceniając to tylko po swoich mylnych wyobrażeniach i zakładając ?nie mam tyle cierpliwości, wolę zrobić setne okrążenie na Nordschleife i urwać dwie sekundy?. Błąd. Przybliżę więc na czym toto polega i pomogę zrozumieć dlaczego jest masa ludzi, których ta pasja zajmuje na lata lub którzy traktują to jako dobrą zabawę w wolnych chwilach klejąc niszczyciel Imperium. Zaprezentuję również najpopularniejsze rodzaje modelarstwa i te najbardziej przystępne cenowo dla początkujących.
    Lecimy z tym koksem

    Potencjalnie najciekawszymi modelami są RC(Radio Control). Co należy zrobić aby móc cieszyć się taką oto repliką Miga? Najlepiej zawitać do klubu modelarskiego, w którym pozna się podstawy budowania i konstruowania części, wstawiania elektroniki. Oprócz tego będzie można podglądać innych i korzystać z ich porad. Wiadomo ? nie od razu Rzym zbudowano, więc by było łatwiej najlepiej zacząć od prostych szybowców, potem przenieść się na samoloty śmigłowe i na koniec ewentualnie odrzutowe. Przede wszystkim zaś trzeba znaleźć osobę lub dwie, z którymi się taki model marzeń stworzy. Nie tylko będzie raźniej, także koszty zmaleją. Najtańsze są szybowce i samoloty śmigłowe- w zależności od silników, czyli tego jak wielki model muszą udźwignąć, koszty budowy chodzą od 100zł up. Najdroższy jest pilot, 400 - 800zł, ale najlepiej kupić jeden dobry za 600, bo pozwoli to na oszczędność i użycie przy innych projektach w przyszłości. Samoloty odrzutowe to już wyższa szkoła jazdy, dopiero po paru latach doświadczenia i odziedziczeniu czyjegoś majątku jest sens o tym myśleć ? po pierwsze, latania też trzeba się nauczyć, po drugie ceny silników odrzutowych chodzą po parę tysięcy. Najszybsze zawsze kosztuje... ale może kiedyś?

    King Tiger
    Jak wspomniałem, powinno się zapisać do modelarni. Samemu można kupić gotowy model z instrukcją, ale jest to droższe, a i nie ma takiej zabawy jak przy robieniu części na podstawie planu z innymi kumplami. Przy tym idzie to o wiele szybciej i miesiąc wcale nie jest nierealnym terminem ukończenia. Mówię o budowaniu modelu, ale to chyba oczywiste, że drugie tyle radochy będzie jak to cudo wzbije się w powietrze i się tam utrzyma
    Dla ambitnych samotników znalazłem w internecie dość tani śmigłowy model na podstawie planu, do it yourself. Krok po kroku opisany przez doświadczonego modelarza, więc nie powinno być większych problemów :
    http://www.saumodela...-kroku,819.html
    Plastiki nie są złe

    M18 Hellcat
    Jeśli jesteś jedną z tych osób, którym Rudy kojarzy się nie tylko z rdzą wylaną przez dziewczyny na ich piękne naturalne włosy, a po zobaczeniu w telewizorze niebieskiego ?A long time ago in a galaxy far, far away..? ślinisz się i zaczynasz dyrygować wyimaginowanej orkiestrze do głównego motywu ? jeszcze nie przepadłeś, są modele związane pośrednio z twoimi zainteresowaniami. Modele plastikowe są bodaj najpopularniejsze, najtańsze i ich sklejanie jest najciekawsze. Zróbmy więc krótki rekonesans i zacznijmy od początku, czyli wyprawy do sklepu. Pierwsze pytanie: co Ciebie interesuje? Druga wojna światową i wierne repliki pojazdów z tego okresu? No problem, Bf Me-109, Tygrys, Bismarck, itd., wszystko jest. Star Warsy podobnie. Druga rzecz, a mianowicie czas ulatujący zanim się zdąży o nim pomyśleć. Modele których ukończenie trwa do maksimum trzech godzin są, ale tylko do sklejania z gotowym już malowaniem. Najłatwiej w tym segmencie o gwiezdnowojenne statki, ale tego typu modelarstwo może na dłuższą metę tylko zniechęcić ? to tak jakby np. grać w piłkę tylko na jedną bramkę we dwójkę. Minimalnie więcej czasu trzeba poświecić na robienie samolotów ?około 15h. Dla czołgów i modeli SW 50-200h z racji sporej ilości części, zaś okręty potrafią nas pozbawić od 100 godzin wzwyż. Jak Yoda mawiał ?Size matters not.? Nie miał racji. Najłatwiej sklejać większe modele( circe about 15cm dł.), bo nie tylko reprezentacyjnie wyglądają, ale łatwiej dopracowywać szczegóły. Polecam więc skale 1:72 (samoloty), 1:35 (czołgi) a okręty to już jak kto woli, bo za przeproszeniem, pieprzenia się z półmilimetrowymi elementami nie uniknie. Cenowo modele idą od jakichś 30zł za samoloty i do 200zł za dobre czołgi.

    Halftrack
    Jest to prawie najtańsza półka modelarstwa jako takiego, tym samym z największym gronem wielbicieli.. ale i najfajniejsza. Wist polega na dużej przyjemności jaką się czerpie z procesu samego robienia takiego modelu. Na początek go kupujesz, uradowany jak dziecko rozpakowujesz i przeglądasz instrukcję, dotykasz wszystkich części wyobrażając sobie jak to będzie wyglądało gdy skończysz. Obmyślasz plan malowania, wnosisz poprawki na instrukcję i grzejesz do domu by rozpocząć klejenie. Tniesz, sklejasz, malujesz, zżywasz się z zapachem rozpuszczalnika do farb i to ten moment w życiu kiedy zaczynasz go używać zamiast dezodorantu/perfum, cały czas obserwujesz jak model nabiera kształtów. Ledwo kończysz o północy, bo syndrom jeszcze jednego elementu upiększającego całość nie pozwala Ci skończyć. Zasypiasz przeklinając te naturalne ograniczenie człowieka i o 7 wstajesz by zgnieść model, bo olśniło Cię i zamarzyłeś by twoja niemiecka ciężarówka była na makiecie wraz z taranującym ją ruskim czołgiem. Wena twórcza non stop daje o sobie znać i umieszczasz na dioramie (makiecie) innych szkopów, by scena była identyczna jak w ?Zakładzie o śmierć? z Czterech Pancernych. A potem pozostaje wyznaczyć dla modelu zaszczytne miejsce i podziwiać.
    To nie prawda, ze niezbędne jest od groma cierpliwości. Jej potrzebują ci, którzy od razu by uznali, że to nie to. Mogę próbować opisać emocje temu towarzyszące, ale jednak to tak jakby głuchemu opisywać dźwięk. Jest tylko jeden sposób na zrozumienie tego: doświadczyć.
    Inne takie i owakie

    Santa Maria
    Wartymi uwagi są kosztujące kilkadziesiąt złotych figurki żołnierzy, którzy mogą pochodzić z różnych okresów historycznych, od starożytności po czasy po drugiej wojnie światowej. Z mojego założenia wadą jest to, że pojedyncze modele składają się z kilkudziesięciu elementów przez co szybciej się je kończy. Niewątpliwym plusem okazuje się rozmiar dający szersze pole manewru do ustawienia figurki, np. na biurku przed monitorem, gdzie z postawieniem T-34/85 byłby już kłopot. Najtrudniejsze jest ich malowanie z uwagi na bardzo małe części, ale jak ktoś nie ma problemów z operowaniem nad obrusem łyżeczką pełnej gorącej herbaty to na pewno sobie poradzi.
    Wystrzegać się natomiast powinno modeli kartonowych, przynajmniej na początek. Są one najtańsze, ale i najtrudniejsze. Efekty pojawiają się bardzo wolno i pośpiech może przynieść tylko mierne rezultaty. Dla przykładu koło czołgu składa się z kilkunastu części, każdą powinno się umocnić odpowiedniej giętkości tekturą i skleić tak, by nie widać było śladu po kleju. Masa zachodu, a gwarancji powodzenia nie ma. Dla idących na architekturę jest to dobry sposób na pobudzenie wyobraźni przestrzennej ze względu na operowanie na bryłach i ich przekrojach, ale pozostałym póki co odradzam.

    Stella
    Ostatnią godną wzmianki gałęzią modelarstwa są drewniane modele okrętów z okresu między największą życiową pomyłką Kolumba i czasów gdy jeden utalentowany kurdupel zdominował Europę. Tego typu okręty są bardzo drogie (od 1000zł), robienie ich trwa..trwa.. tzn. mam tu na myśli miesiące idące w lata. Masochiści sami tworzą części i na podstawie znalezionych planów budują okręt na specjalnej stoczni modelarskiej, ale bez podstaw i jakiekolwiek doświadczeń z gotowymi zestawami możesz co najwyżej się pokaleczyć. Swoją drogą ?gotowce? też wymagają przycinania, tworzenia niektórych elementów, ale materiały są już zapewnione(włącznie z instrukcją). Największy błąd, grzech numer jeden, dotyczy wydawania pieniędzy na czasopisma z dołączanymi kilkoma elementami, których będzie nam z czasem przybywać i pozwolą na zbudowanie pięknego galeonu. Taka teoria, niestety pisma szybko padają i taniej wychodzi kupić zestaw samemu. Można więc wydać parę tysięcy i zostać na lodzie po trzech latach prenumeraty, z modelem skończonym w 75%.
    Na koniec...
    ...przypomnę, że najwłaściwszą drogą jest zapisanie się do modelarni, gdzie nie istnieje opcja by nie załapać bakcyla modelarstwa. Pozna się pozytywnie zakręconych ludzi i na pewno nie odbije od razu od tego hobby, jak to jest całkiem prawdopodobne przy startujących samotnikach.
    Coś się nie udaje ? nie zrażać się. Sklejam z przerwami od 11 lat i z każdym kolejnym modelem idzie mi coraz lepiej, ale wciąż widzę, że by zrobić cacko, o które inni byliby zazdrośni muszę jeszcze popracować. Sklejanie modeli to też dobry przykład tego, że hobby nie musi być drogie, ale i Abramowicz znajdzie w nim coś dla siebie.

    T34/85 "RUDY"
    Jak obiecywałem, miałem powiedzieć, co jest takiego cudownego w modelarstwie. Otóż czasami (na wszelki wypadek podkreślę raz jeszczę: czasami) zdarzają się momenty, że trzeba uformować ze zginanych mosiądzowych blaszek, zwanych częściami fototrawionymi, paromilimetrowy element by powstały z tego zawiasy o ostatecznej wielkości czubka szpilki. Pozornie Mission Impossible, poziom Insane, ale nie dla nas modelarzy! Po dwóch godzinach walki z igłą by zgiąć maleństwo, doszlifowywaniu by błyszczało i chwilowej euforii z sukcesu równie potężnej co wybuch Wezuwiusza okazuje się, że nic nie pasuje, bo zgięło się w drugą stronę. Mina rzędnie, ale jak przystało na pełnego heroizmu modelarza śpiewa ?To nic! To nic! To nic!?(*) i z radością wywala przez okno przeklęte maleństwo po czym bazując na wspomnieniu jak wyglądało sam stara się wydziergać podobną część z ramki, która służy do utrzymywania takowych elementów. Wykonywanie części własnoręcznie wymaga jeszcze większej cierpliwości i łatwiej o pomyłkę przy jej zginaniu/kształtowaniu. Godziny płyną i do tej pory z wyglądu panujący nad emocjami modelarz popełnia nieunikniony, do tego któryś z rzędu błąd i z pasją w oczach, które zabiły by każdego w zasięgu wzroku, niczym Zygfryd(**) ranny w nogę przed ostatnią chwalebną bitwą krzyczący wiedźminowi co mu na sercu leży puszcza piekielną wiązankę, ale tylko w myślach i zachowuje kamienną twarz, bo w końcu to jest przyjemność, no nie &*^&$?!!! Głęboki oddech, kolejne podejście i YES!, YES!, YES!, biegniesz do rodziny się pochwalić, dzwonisz do dziadków, zamieszczasz na fb zdjęcie felernej części, nikt Cię nie rozumie, ale kij im w ząb, UDAŁO SIĘ!!!! Przy następnych odwiedzinach znajomych, którzy będą oglądać Twoje modele, nikt nie będzie wiedział, że trzecia po lewej skrzynka na amunicję leżąca na niewidocznym dnie niszczyciela czołgów ma zawiasy, które pozwalają na jej uchylenie. To nic, że prawdopodobnie nigdy jej nie otworzysz. Szczęście, sukces, nieopisana radość płynąca z świadomości dwunastogodzinnej batalii jaką stoczyłeś by tchnąć w nią życie będzie Ci zawsze towarzyszyła, gdy będziesz spoglądał zza biurka na twojego Hellcata. I właśnie to jest piękne, to jest pasja, której inni nie doświadczyli, którym będziesz współczuł z tego powodu, bo to naprawdę daje frajdę. To jest modelarstwo.
    (*) SDM, "Wędrówką jedną życie jest człowieka"
    (**) z gry Wiedźmin, ze względu an wulgaryzmy nie zamieszczam. Wpiszcie na you tubie "Wiedźmin - szał Zyfryda", 24 sec.

    Diana (w budowie)

    Sherman FIrefly (w budowie)
    Gwoli ścisłośći zdjęcia wykorzystane powyżej (oprócz sokoła i miga) przedstawiają moje modele.
    PS: Jeśli ktoś chciałby zacząć, z chęcią udzielę porad i pomogę we wdrażaniu się w tajniki łączenia i malowania na różne sposoby drewna i plastiku, co da na starcie większy warsztat i możliwości. Pisać na pm.
  5. Burza'P
    Oldies but goldies times, AR miało 3 strony i Smuggler z radością każdego czytelnika obrzucał błotem. Internet i gry były tanie jak nigdy, a teraz... szlag trafia człowieka jeszcze częściej niż wypuszczają DLC i choćby skały sr... ły innego do karmienia nabojami niż Kaloryferowy dla Wani się nie znajdzie.
    ?Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie... ?
    Czuję przyjemne wibracje gdzieś na nadgarstku, zaspany otwieram oczy i błogosławiąc w myślach dzień, w którym zniknęły budziki (?i też okropne dzwonki słyszane w autobusach) wyłączam mój ?smyrający? tatuaż. Ospale staczam się z łóżka, odwiedzam świątynie iluminacji i wyciągam mojego wielkiego.. no, nie tak wielkiego sześciocalowego flexphona (co za nazwa..). Rozwijam swojego przyjaciela, który już tyle umie i wnosi do życia, że według reklam mogę go uważać za pełnoprawnego członka mojej rodziny. Podobno odgaduje też emocje, czyta w myślach i proponuje optymalne jedzenie na każdy humor. Jako że został zaprojektowany w Stanach to nie ważne jaki mam nastrój cały czas dowiaduję się, że to czego pragnę oscyluje między Big Mac?ami a Shake?ami . Rytualnie kładę go przed sobą na ziemi, czekam chwilę aż złapie połączenie z małym padem i można pograć. Nie powiem, precyzyjny tandem myszka & klawiatura wciąż jest nie do pobicia przez zwykłego pada, tym bardziej w strzelankach. Również wyświetlacz (OLED) sprawia, że dużych emocji przy graniu się nie uświadczy. Nie mniej bebechy ma prawie jak w czteroletnim piecyku, więc są na niego duże i ciekawe tytuły. Choć mój phon nie jest sprzętem z najwyższej półki, to wystarczy na płynne granie w GTA V w HD. W końcu premiera 7 nanometrowych układów Intela też swoje wniosła. Mniejsza o to, jedną misję przeszedłem, czas się zbierać, bo jeszcze hemoroidów dostanę. Łatwo można stracić rachubę czasu przy takich grach. W ogóle, jakiś czas temu zgubiłem zegarek na rękę, ale nowego szukać nie zamierzam. Składam 6 cali na trzy razy, obwijam powstały pasek wkoło nadgarstka, ustawiam opcję zegarka z motywem Imperium na wyświetlaczu i można ruszać w drogę.
    ?Money, get away?
    Nie rozumiem jak ludzie mogą grać na swoich przenośnych zabawkach w autobusach lub tramwajach. Nie dość, że tłoczno, niekomfortowo, to inni zaglądają Ci przez ramię psując tylko klimat atmosferą ciągłej inwigilacji. Prócz tego łatwo można przegapić przystanek, dlatego granie w takich warunkach uważam za mijanie się z celem. A propos samego grania. Pamiętam jak 5 lat temu narzekałem, że za niewybrakowanego Battlefielda 3 ta przyjemność kosztuje mnie 350 zł. Łudziłem się, że to minie. Cytując klasyka serwerów: bulszyt. Nie da się zaprzeczyć, że same gry staniały i nowości schodzą po 70zł. Problem tkwi w DLC. Na jeden tytuł przypada ich średnio 10, po 40 zł każde. Pół biedy jak podstawka zapewnia uczciwą, kilkunastogodzinną rozgrywkę i dokupowanie dodatków jest zbędne. Ale kiedy trzeba płacić za to, by zobaczyć inne zakończenie? By móc przejść wszystkie misje poboczne? By odblokować nowe ścieżki rozwoju? Albo w FPSach: by móc grać nie tylko w singla? Rzadko kiedy tytuł jest pełny, a ewentualne dodatki zwierają nie tylko wycięty materiał. Sam ostatnio nie kupowałem nowości, cierpliwie czekając, aż po roku/dwóch zawitają już kompletne gry w tanich seriach nie za 500, a 130zł. Niestety, niezależnie od platformy zdzierstwo jest wszędzie, a nikt nie protestuje. W sumie tylko firmy rangi Rockstara zachowują klasę i np. oni przez DLC rozumieją nowe historie, a nie kluby nocne, breloczki dla bohatera i inne podobnie wysmakowane ?ekskluziwy?. Ktoś pewnie spyta: nie lepiej więc inwestować w tytuły zanim wyjdą i nawet zarobić? Po pierwsze, mało studiów już na to zezwala, bo niedawne projekty ukazały, że wymagania od społeczności są za duże, nikomu się nie dogodzi i ani ona, ani twórcy nie otrzymują tego co pierwotnie chcieli. W rezultacie dostajemy produkt niestrawny i przeciętny, będący nędznym kompromiem między ciekawą wizją twórców a pomysłami, które inwestorzy uparli się by wcisnąć. Alternatywą jest OnLive, ale mało kto ma w komórce dość szybki Internet. Teoretycznie mamy LTE, a w praktyce jest wciąż mało gdzie i definitywnie nie na każdą kieszeń. Dobra, koniec narzekania, zaraz przystanek i trzeba kupić w kiosku urodzinowy (21) numer CDA.
    ?I?d do anything for love?
    Daję pani kioskarce 29,90zł, dzisiaj o ?dychę? drożej, ale za trylogię wieśka i to jeszcze na Blue-Rayu każda cena jest dobra. Sam format stał się popularny dopiero niedawno, a CDA już się zdołało dostosować. Co z tego jak poziom tekstów coraz słabszy. Szkoda także, że Smugglera wyrzucili. Idiotów wyplenił, czytelnicy zmądrzeli i jeśli już ktoś po kimś ?jeździł? to tylko oni sami. Wynik? Dwie strony gadek intelektualistów. Czy tego chcieliśmy?? Jeszcze tylko MrJedi został, no bo ktoś Kaloryferowego musi przecież głaskać, inaczej by się poczciwy chopak smutał. Eh, coś się kończy, coś się zaczyna. Nie ważne, jest powód do radości, bo (z CDA w ręku) idę do mej lubej na wieczór we dwoje. Wchodzę i już zza rogu widzę, że wszędzie są zapalone świeczki, przyciemnione okna i z audio 7.2 dochodzą do mnie dźwięki ?Echoes? z Meddle. Zaskoczony, ale z uśmiechem na ustach witam się i od razu rozkładam na kanapie. Atmosfera idealna, więc zawsze przygotowany na takie niespodzianki zdejmuje z ręki flexphon, włączam w nim projektor, ustawiam 60 calowy obraz na ścianę i przygotowuję dwa pady. Dosłuchujemy utwór, podłączamy sprzęt audio i można już odpalić co-op w Star Wars Battlefront 3. Wbrew pozorom, nie wybrałem zbyt wymagającego tytułu. Proces każualizacji sięgnął tak daleko, że śladem Activision i nowego MW: AGAIN twórcy FPSów często zamieszczają tryb familijny. Bardziej dosadnie rzecz ujmując, przechodząc w nim single i co-op gracz nie musi się martwić, że zginie lub ma zły dzień i pudłuje. Wystarczy, że rzuci gdzieś granatem lub wystrzeli serię pocisków, a te uprzejmie zajmą się wrogiem. Gra jest również zsynchronizowana z facebookiem, więc jak twoja dziewczyna będzie znudzona lub zechce się pochwalić innym ile zaliczyła headshotów to może poczatować z innymi graczami posiadającymi tam konto, polubić ich (nie lubienia twórcy wciąż nie przewidzieli), czy udostępnić widok na to co się aktualnie dzieje w grze. Według oświadczeń dziewczyny emocje i satysfakcja są nieziemskie. Mi taka rozgrywka średnio pasuje, ale miłość wszystko wycierpi?
    ?Miraculous you call it babe?
    Mimo wszystko trochę się rozerwałem, ale przecież nie po to tu przyszedłem. Zadali mi (architektura) jeden projekt, a że dziewczyna też studiuje to opinia innych zawsze mile widziana. Wyłączam tryb projektora i uruchamiam aplikację pozwalającą mi tworzyć modele budynków w 3D. Obraz ?wychodzi? na metr w górę z położonego telefonu, jakościowo jest nawet lepszy niż hologramy z Gwiezdnych Wojen, a trójwymiarowy interfejs umożliwia przyjemne i intuicyjne modelowanie. Niestety, kątem oka widzę, że ma ?pomocna dłoń? zdążyła zająć się czymś innym i woli oglądać telewizję. A swoją drogą, wiecie, że wczoraj po raz pierwszy od? hm? po raz pierwszy w ogóle TVP1 w wiadomościach wspomniało o pozytywnym wpływie gier? Nie mam pojęcia jakie przetasowania w szefostwie nastąpiły, ale cieszy wieść, iż dostrzeżono masowość zjawiska. Chyba zrozumieli, że nie da się już dłużej besztać gier, bo idąc pierwotnym tokiem rozumowania TVP każdy z telefonem/tabletem/PC/konsolą byłby niedorozwiniętym umysłowo mordercą. Możliwe, że wpływ na stan obecny miał prezydent, zdeklarowany fan SCII, który wygrał w platynowej lidze, a to bez wytłumaczenia ujść nie mogło. I tak daleko nam do Japonii, gdzie np. granie w gry eroge jest akceptowalne przez każdego (obecnie duże zainteresowanie nimi jeszcze wzrosło po premierze dotykowych monitorów symulujących fakturę ), ale wszystko w swoim czasie. No właśnie, czas leci, ja kończę, a ta kobieta nadal ogląda zamiast mi pomóc. Co tam, pójdę się zdrzemnąć, bo zaraz lecę na meczyk w nogę Jaroty vs. Nagórki. Potem jeszcze chłopaki chcą iść do kina na premierowy maraton nocnego grania na wielkim ekranie(dziś darmowy!). Żyć nie umierać!
×
×
  • Utwórz nowe...