Skocz do zawartości

Iselor

Forumowicze
  • Zawartość

    1293
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    2

Wpisy blogu napisane przez Iselor

  1. Iselor
    Akimbo: Mistrz Kung-fu jest dziełem polskiego studia Chaos Works. Ta klasyczna platformówka pozwoli nam wcielić się w postać tytułowego Akimbo, młodego mistrza Kung-Fu. Naszym zadaniem będzie pokonanie Fanga, złego smoka, który zawładnął Wyspą Żółwi i zniewolił jej mieszkańców.
    Kolejna gra z serii ?rzut okiem? po Fauście, czyli z jakiegoś powodu jej nie skończyłem. A powód jest chyba taki że to kolejna platformówka z jaką mam do czynienia w ostatnim czasie, która posiada okropną cechę: nie da się jej zapisać w odpowiednim momencie, poziomu trudności wybrać się nie da a ilość żyć nie jest zachwycająca;) Po pewnym czasie miałem po prostu dość zaczynania gry od nowa i rzuciłem ją w cholerę. Co ciekawe, mimo niełatwego poziomu trudności gra jest raczej skierowana dla dzieci. Cóż, gra nie tylko dla dzieci, jest chyba za trudna przez co irytuje, męczy i zniechęca. Jak dla mnie brakuje tu ciekawego klimatu jaki był chociażby w innej platformówce czyli Wyspa 7 skarbów. Grę uratowałoby też możliwość zapisu kiedy chcemy. Szkoda, bo pomysł niezły, grafika jak na platformówkę wciąż się jakoś trzyma, sterowanie w porządku. Werdykt? Dla zdeklarowanych fanów platformówek 2D i kolekcjonerów polskich gier. Reszta może sobie darować.
  2. Iselor
    Druga część ?polecanek? z fantastyki. Tym razem (prawie) w całości poświęcona sci-fi. Od razu jednak zaznaczam: nie jest to gatunek, który jakoś specjalnie lubię w wydaniu literackim, traktuję go po macoszemu (co innego gry i filmy) i zawsze wolałem fantasy. Paru klasyków poznałem, innych (Dick, Lem) nie znam w zasadzie wcale (nie ukrywam że pewnych odmian sci-fi po prostu nie trawię), innych (Strugaccy) znam zbyt słabo by cokolwiek pisać. Lista poniżej nie jest pełna to po pierwsze, po drugie nie traktujcie mnie jako eksperta od sci-fi (od fantasy możecie, to jedna z tych dziedzin na których się znam), po trzecie ja sobie zdaję sprawę że to co opiszę to klasyki nad klasykami dla części z Was, ale są ludzie którzy albo są zbyt młodzi by to znać albo nigdy w sf się nie bawili a chcieliby zacząć, więc mam nadzieję że moje wypociny komuś się przydadzą. Aha: kolejność tytułów/autorów całkowicie losowa.
    ?Don Wollheim proponuje...? - antologie tego amerykańskiego pisarza i wydawcy są podstawą jeśli chodzi o sci-fi. W Polsce wydano pięć zbiorów z numerkami od 1985 do 1989. Czyli ?Don Wollheim proponuje ? 1985? zawiera...najlepsze opowiadania roku 1984 Czyli każdy zbiór jest wyborem Wollheima najlepszych opowiadań sci-fi roku poprzedniego:) Jednak Wollheim na sci-fi się zna więc wybór w każdym tomie jest znakomity. Co prawda czasem nagina reguły i opowiadania (chociażby ?Salwador? czy wybitne ?Łowca jaguarów? Sheparda) są bardziej fantasy czy horrorem, ale nie szkodzi. Pół żartem pół serio: jeśli znasz antologie sygnowane Wollheimem znasz science ? fiction.
    ?Kantyczka dla Leibowitza? - Arcydzieło sf w postapokaliptycznych klimatach. W zasadzie nie warto pisać więcej, ta książka to majstersztyk, jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, wizji świata po wojnie nuklearnej. Zmusza do refleksji: nad sensem życia, religią, Bogiem, nauką, ludzką naturą. Jeśli uważasz się za fana fantastyki i PORZĄDNEJ literatury musisz ją przeczytać.
    Ray Bradbury ? Bradbury parał się różnymi gatunkami, nie tylko sci ? fi. Jego ?Kroniki marsjańskie? o wizji kolonizacji Marsa przez ludzi stały się klasyką światowej literatury i nawet Wyborcza umieściła tę książkę w którejś ze swoich serii. Szkoda że zgubiłem swoją recenzje sprzed paru lat tej książki, ale trudno. To jest podstawa. Bradbury'ego jednak w zasadzie warto czytać ?w całości?, że tylko wspomnę ?Jakiś potwór tu nadchodzi?, ?451 Fahrenheita?, ?K jak kosmos? czy zbiór ?Ilustrowany człowiek?.
    Krzysztof Boruń ? trochę zapomniany polski pisarz sci-fi, którego sławą przyćmili Lem i Zajdel, a szkoda bo pisał dobre rzeczy. Na uwagę zasługuje zwłaszcza jego zbiór opowiadań ?Człowiek z mgły?.
    Arthur C. Clarke ? w zasadzie nic więcej nie powinienem w tym punkcie pisać bo Clarke jest dla sci-fi postacią równie ważną (i nie boję się tego napisać) co Tolkien dla fantasy. Nie to żeby stworzył gatunek, ale wycisnął zniego ile się da czyli stworzył jedne z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, ?rzeczy? w tym gatunku. Chociażby ?Odyseję kosmiczną 2001? żeby daleko nie szukać. Clarke to także (a może zwłaszcza) mistrz krótkiej formy a jego zbiory opowiadań ?Gwiazda? czy ?Spotkanie z meduzą? to absolutna klasyka gatunku.
    A.E. Van Vogt ? kolejny z mistrzów sci fi. Za młodego próbowałem czytać jego ?Wyprawę do gwiazd? (chyba najlepiej oceniane jego dzieło), ale nie podołałem, jednak muszę do tego wrócić. Dlaczego? Ponieważ dwie inne pozycje tego autora, które czytałem, czyli powieść ?Slan? oraz zbiór opowiadań ?Krypta Bestii? są wybitne i jak najbardziej polecam:)
    Poul Anderson ? o Andersonie zapomniałem we wpisie poprzednim więc muszę zrobić małe uzupełnienie;) Facet średnio do tego zestawienia pasuje, bo co prawda sf pisywał (?Wojna skrzydlatych?, ?Stanie się czas? czy zbiór ?Najdłuższa podróż?) ale stał się klasykiem fantasy za sprawą tak kanonicznych powieści jak ?Zaklęty miecz? (czytać koniecznie!), ?Trzy serca i trzy lwy? (też koniecznie!) czy ?Dzieci wodnika? (no, to już słabsze ale przeczytać można).

  3. Iselor
    Ostatnio znajomy na pewnym forum narzekał, że obecnie rozmowa z przeciętnym muzułmaninem jest większą ucztą dla intelektu niż rozmowa z przeciętnym europejczykiem (czytaj: Polakiem). Dlaczego? Ponieważ przeciętny muzułmanin ma pojęcie o swojej religii, o filozofii, o historii, czyli ma jakieś pojęcie z zakresu ogólnie pojętej humanistyki, bo tam nawet chłop ze wsi prowadzi dyskusje o Bogu i Koranie. Oczywiście nie każdy, ale jednak pewnie spora ich część w dyskusji zmiażdżyłaby przeciętnego Kowalskiego.
    Pytanie: czy zaczepiając na ulicy przypadkowo zaczepioną osobę będziesz w stanie prowadzić z nią pasjonujący dyskurs filozoficzny bądź teologiczny lub nt. Historii ? Czy sam podołałbyś gdyby ktoś cię zaczepił i takową dyskusję rozpoczął ? Podejrzewam, że większość odpowiedziałaby: nie.
    Tak naprawdę dopiero nie tak dawno uświadomiłem sobie dlaczego ludzie, zwłaszcza katolicy, tak bardzo nie lubią Świadków Jehowy. Nie dlatego, że są oni niemili, niesympatyczni i śmierdzą Bo wiemy że tak nie jest. Powód jest inny. Dyskusja Świadka Jehowy z przeciętnym katolikiem kończy się bowiem masakrą tego drugiego, ponieważ wg badań z 2008 r. 25% Polaków czasem czyta Pismo Święte. To jest połowa tych, którzy są zaangażowani w swoje życie religijne, tj. którzy chodzą do kościoła co niedzielę (do kościoła chodzi około 40 ? 50%). Świadek Jehowy jest bowiem perfekcyjnie przygotowany do takiej dysputy, Pismo Święte zna i czyta różnego rodzaju komentarze do niego ? nawet jeśli są to opracowania i komentarze nie do końca zgdone z teologią chrześcijańską, bo tworzone przez najinteligentniejszych i oczytanych Jehowych. Tak więc Polak = katolik nie lubi ŚJ ponieważ myśli sobie: ?Ja nie mam o tym pojęcia, a on mnie zagada i jeszcze udowodni, że moja religia jest fałszywa, po co się wstydzić i denerwować?. I zazwyczaj ŚJ zamykane są drzwi przed nosem a na ulicy ludzie od nich uciekają. Ja zaś mam do nich zupełnie inny stosunek: oto bowiem się okazuje, że są to jedni z nielicznych ludzi, z którymi moge pogadać na interesujące mnie tematy! I dyskusje te są ciekawe, a żeby było moim ?oponentom? trudniej występuje w nich nie jako katolik (monoteizmy są bowiem nudne, nielogiczne i przeczą często same sobie), ale np. jako hellenista, agnostyk albo buddysta. Wiem na tyle dużo o tych systemach, że Jehowi nie za bardzo są w stanie połapać się czy stoi przed nimi faktycznie wyznawca Zeusa (w Polsce około 50 osób, więc szansa na natrafienie ekstremalnie znikoma) czy facet, który robi sobie jaja?
    Kompletnie inną sprawą jest to, że od kilku lat wiele mądrych głów biadoli nad tym, że polska humanistyka jest w opłakanym stanie. A to, że polska teologia jest przestarzała, że polska kultura wyższa upada i niedługo nie będzie miał ani kto jej tworzyć ani kto z niej korzystać, bo ludzie będą na poziomie kulturowym ?Trudnych spraw? i filmów z Seagalem i prymitywnych komedyjek z Adamczykiem. Znów większość Polaków w ciągu roku nie dotknęła książki, humanistów nikt zatrudniać nie chce, a kierunki i całe wydziały humanistyczne są zamykane (patrz: Uniwersytet Łódzki i likwidacja etnologii i archeologii). Sęk w tym, że aby to zmienić nie wystarczy pobiadolić i kazać młodzieży czytać niezmieniony od lat kanon lektur szkolnych z porywającymi dziełami typu ?Nad Niemnem?.
    W jaki sposób to zmienić ? Trzeba zacząć od początku, czyli od podstawówki. Już od trzeciej, góra czwartej klasy należy wprowadzić obowiązkowy przedmiot ?etyka z elementami religioznawstwa? prowadzony przez wykształconych etyków, filozofów i religioznawców. Powinien on być kontynuowany w szkołach średnich (w mojej wizji wracamy do ośmioletniej podstawówki i czteroletniego liceum/pięcioletniego technikum), zaś dodatkowo w klasach licealnych o profilu humanistycznym należy wprowadzić konserwatorium filozoficzne (filozofowanie oznacza bowiem konieczność prowadzenia dialogu z innymi na dany temat) i kontynuować to w rozszerzonej formule na wszystkich studiach wyższych. Oprócz tego w szkołach średnich w klasach o profilu humanistycznym należy zdecydowanie zwiększyć liczbę godzin z widzy o społeczeństwie i wiedzy o kulturze (kosztem przedmiotów ścisłych ? należy się także zastanowić nad formułą matury i w ogóle nad sensem jej istnienia).
    Tylko w ten sposób przywrócimy humanistykę do łask, zaś ludzi nauczymy myślenia i dyskutowania.
  4. Iselor
    Tytuł: Pierścień i Róża czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora
    Autor: William Makepeace ThackerayW
    Wydawnictwo: różne (na okładce: PIW)
    Ilość stron: 201 (wydanie PIW)
    Oprawa: miękka (wydanie PIW; nie wiem jak z innymi)
    Cena: w zależności od wydania
    Król Seriozo, władca Paflagonii na łożu śmierci mianował swego brata Walorozo regentem do czasu aż Lulejko, syn Serioza, nie osiągnie pełnoletności. Walorozo nie miał zamiaru oddawać korony, gdy brat zmarł obwołał się królem, a Lulejko...No, Lulejko żył sobie z wujkiem i ciotką i nie wiedział nic o zdradzie wujka. A i tak do korony nie było mu śpieszno, zależało mu tylko na rozrywkach i żeby nie musiał się uczyć więcej jak dwa dni w tygodniu. Był zakochany w swojej kuzynce, Angelice, pannie głupiej i uważającej się za pępek świata.
    W sąsiednim państwie, Krymtatariii, król Kalafiore wydał bitwę buntownikowi Padelli i...no cóż, zdarzyło mu się że poległ Królowa umarła, władzę objął buntownik Padello, a mała księżniczka Różyczka zgubiła się w lesie. Tam została odnaleziona przez rodzinę królewską Paflagonii i została przygarnięta jako służka (oczywiście nic nie wiedzieli o jej królewskim pochodzeniu).
    Tak rozpoczyna się historia w "Pierścieniu i Róży". Po samych nazwach można zauważyć że jest to książka napisana z przymrużeniem oka. Humoru w niej dużo, zwłaszcza uśmieją się dzieci, ale i u starszych pojawi się czasem banan na twarzy:) Czasem nawet sam narrator opisując jakieś wydarzenie doda coś zabawnego od siebie prezentując tym samym własną opinię nt. miejsc, osób czy wydarzeń. "Pierścień i Róża" to znakomita powieść dla dzieci i choć niekrótka (jak dla dzieci ? 201 stron) warto, aby właśnie po nią sięgnęły. Bardzo niedobrze, że ta książka nie jest obecna w spisie lektur; może właśnie dzięki niej dzieci zainteresowałyby się książkami. Ach! Szkoda że nie jestem odpowiedzialny za lektury, bo dla dzieci z klas 1 - 3 pasuje ta książka wyśmienicie!
    "Pierścień i Róża" co ciekawe jest przez wielu uważany za prekursora literatury fantasy. Nikt tej książki do fantasy jednak nie zaliczy, bo siedzi ona (cytując nie dokładnie Sapkowskiego:)) w worku z literaturą dziecięcą razem z "Czarnoksiężnikiem z krainy Oz" i "Kubusiem Puchatkiem". Książka jest łatwo dostępna w księgarniach, antykwariatach i na aukcjach:) Polecam:)
    Na zakończenie krótkie info o autorze (cytuję z tylnej strony okładki): "William Makepeace Thackeray, jeden z największych realistów krytycznych w literaturze angielskiej dziewiętnastego wieku, żył krótko (1811 - 1863), stosunkowo późno też, bo pod czterdziestkę, zaczął pisać. W Piętnastoletnim okresie jego działalności twórczej powstały wielkie, od lat cieszące się popularnością powieści: "Targowisko próżności", "Dzieje Pendennisa", "Historia Henryka Esmonda" czy "Rodzina Newcome'ów"."
  5. Iselor
    Do Tyranny podchodziłem nieco ostrożnie – po arcygenialnym Pillars of Eternity II: Deadfire rzuciłem w diabły pierwsze Divinity: Original Sin, drugie zaś przerwałem niedługo po rozpoczęciu drugiego rozdziału. Bałem się że to „zmęczenie materiału” i będzie tak z każdym erpegiem. Jednak nie.
    Tyranny zaskakuje od samego początku. To nie jest opowieść o herosach ratujących księżniczki, tylko o tyranie: Hegemonie Kyrosie, który podbija cały kontynent, a na usługach ma dwóch generałów z ich dwiema armiami: ponurymi i zdyscyplinowanymi Wzgardzonymi oraz chaotycznymi i dzikimi mordercami zwanymi Szkarłatnym Chórem. Obie armie muszą ze sobą współpracować choć wzajemnie się nienawidzą i czasem skaczą sobie do gardeł, ale niemożność zdobycia twierdzy rebeliantów w ostatniej podbitej krainie na tyle irytuje Kyrosa, że ten postanawia wysłać tam Stanowiciela (Gracza) – urzędnika, prokuratora, adwokata, oskarżyciela i sędziego w jednej osobie Naszym celem jest przekonanie dwóch zwaśnionych Generałów by łaskawie zaczęli ze sobą współpracę i zaczęli działać bo inaczej Hegemon obróci w perzynę swoją mroczną magią także ich, ich armie i Stanowiciela przy okazji też...Jest niewesoło. I rzadko bywa wesoło.
    Podczas gry w Tyranny z monitora i głośników aż bije atmosfera militarystycznego, ciężkiego ponurego fantasy a la „Czarna Kompania” Glena Cooka. Wieczna wojna, mordy, grabieże, zwykli żołnierze i po prostu mordercy udający żołnierzy. Tu nikt nikomu nie ufa, każdy walczy z każdym, lojalność wcale nie wyklucza poderżniętego gardła. Nikt tu nie czeka na rycerzy bo litość, współczucie i zasady moralne są oznaką słabości. Nie ma tu łatwych wyborów, decyzje podjęte przez nas zawsze będą przyjęte pozytywnie/negatywnie przez minimum dwie frakcje/stronnictwa/postacie/towarzyszy. Wychowani na baldurowo – masefektowym systemie dualizmu dobro-zło będą może nieco zagubieni. I to mi się podoba, bo gra jest przez to na minimum dwa przejścia. Nie jest bowiem długa, to trzeba przyznać, starcza na jakieś, bo ja wiem, trzydzieści godzin spokojnego grania. Czy to źle? Myślę że nie, bo dzięki temu nie następuje znużenie. Krótkość gry spowodowana jest też tym, że...nie ma tu prawie questów pobocznych. Gra jest przez to mocno liniowa pod aspektem podróży. Trochę szkoda, ale to ratuje też jednak logikę gry gdzie wszystkie wydarzenia na siebie oddziałują i nikt na nikogo nie będzie czekał (co jest standardem w cRPG: Irenicus porwał moją siostrę i chce zdobyć moce boga? Nie szkodzi, poczeka na wyspie – wypizdowie kilka miesięcy, ja muszę zająć się wcześniej ratowaniem wioski przed dzikimi zwierzętami i ubijaniem egoistycznego gnoma w cyrku i masą innych zajęć). Muszę także przyznać że nareszcie dostałem także dobrze napisanych towarzyszy (jest ich szóstka, podróżować można z trójką) i dialogi są na sensownym poziomie. Cóż jeszcze z zalet? Pillarsowa grafika Naprawdę klimatyczna muzyka. Znany z Pillarsów system walki (ja tam lubię). Dobra mechanika (nie będę tu wchodził w szczegóły). Fajnie że podczas walki towarzysze wiedzą co robić i jakie zaklęcia użyć. A coś mi się nie podobało? Mnóstwo śmieci w plecaku, z którymi nie ma co zrobić. Postacie czasem się blokują podczas ruchu (irytujące w walce – zdarza się rzadko, ale zdarza). No i to że 90% przeciwników to ludzie (poza tym natrafimy na Zmory i wilkołakopodobną rasę). Nie ma tu smoków, elfów, krasnoludów, zombiaków, etc. No ale to taki świat.
    Tyranny bardzo miło mnie zaskoczyło. Grało mi się lepiej niż w pierwsze Pillarsy i prawie tak dobrze jak w drugie. Jeden z najlepszych cRPG w jakie grałem w życiu. Pewnie moja lista TOP będzie musiała zostać przetasowana Mistrzostwo gatunku.
    Adam "Iselor" Wojciechowski
  6. Iselor
    Ostatnio, przeglądając stare płytki, natrafiłem na jedną z nielicznych ocalałych płytek z magazynu Gambler. Na płytce obok działów ?Pełne wersje? czy ?Programy? jest też dział nazwany ?Programy naszych czytelników?. Czasem bowiem ludzie wysyłali swoje gierki (tworzone ? podejrzewam - na kolanie w różnych Pascalach itp. językach) do Gamblera. Na jednej z takich płytek znalazłem ich kilka i każdą z ciekawości odpaliłem. Cóż, podejrzewam, że owe proste do bólu gry znajdują się już tylko na owych (pewnie nielicznych) ocalałych płytkach Gamblera, a i sami twórcy już ich pewnie nie mają, a może zapomnieli że coś takiego tworzyli. A że ja czasem lubię oldskul pograłem w te gry i je Wam opiszę Uważam bowiem że każda gra, bez względu czy długa czy krótka, dobra czy zła, tworzona przez wielki koncern albo przez jednego człowieka zasługuje na trzy rzeczy: 1. Pamięć 2. Archiwizację 3. Recenzję/Opis.
    Dwie pierwsze gierki pochodzą z numeru 1/99, zaś Edytor tekstówek, był w pełnej wersji w nr 2/99. Dlaczego tylko trzy? Bo reszta sprawiała problemy z działaniem nawet pod emulatorami DOSa no i nie były....zbyt ciekawe.
    Gry opiszę Wam w kolejności alfabetycznej.
    Bug Killer 3D.
    Krótka, prosta gra stworzona przez Macieja Chmielnika w Borland Pacal jest tytułem dosyć zabawnym i oryginalnym:) Niech Was nie zmyli tytuł ? ta gra z 3D wspólnego nie ma nic. Ewentualnie może przypominać popularne lata temu tzw. ?celowniczki?. O co w niej chodzi? O ubicie latających insektów;) Gra podzielona jest na trzy etapy. W pierwszym trzeba ubić muchy, w drugim trzeba wykurzyć latające coś (szerszenie?) z ?podwórkowego? wc, w trzecim zaś niszczymy gniazdo os i jej mieszkańców. W pierwszych dwóch poziomach możemy korzystać z dwóch rodzajów broni: packi na muchy i kija bejsbolowego:D Wydaje mi się że kij bejsbolowy jest silniejszy i szybciej owady padają pod jego ciosami i nie wiem czy packa ma jakąś przewagę. Może jest po prostu po to bo głupio żeby walcząc z muchami packi na ekwipunku nie było? Bo bez względu na to czym walczymy trzeba po prostu klikać lewym przyciskiem myszy jak najszybciej i celować w owady co wcale nie jest takie łatwe bo te uciekają. W trzecim etapie broń wyglądającą jak karabin i z niej musimy ubić gniazdo i osy. Jeżeli nie zrobimy tego w odpowiednim czasie przegramy.
    Gierka jest bardzo prosta grafika rodem z painta i bardzo proste dźwięki ograniczone do walenia packi/kija i bzyczenia owadów;) Niestety, nie mogę zrobić print screena więc screenów brak:(
    Bug Killer 3D to tytuł, który da się przejść w paręnaście minut, ale jako ciekawostka sprawdza się fajnie.
    Deep Water 2
    Kolejna gra Macieja Chmielnika. W pierwszą część Deep Water nie grałem. Tym razem przejmujemy kontrolę nad statkiem podwodnym i ratujemy spadające z nieba ludki. Przeszkadzają nam w tym wrogie okręty podwodne (które w kółko pływają na jednej wysokości więc nie stanowią dużego zagrożenia) oraz dziwne pociski które pojawiają się co chwila na różnych poziomach planszy i mogą zestrzelić nasz statek. Na szczęście mamy kilka żyć. Niestety, nie mam pojęcia na czym ma polegać sukces w tej grze. Ratuję ludki, niszczę okręty i nic. Po pewnym czasie i tak pojawia się plansza ?Przegrałeś?. Co trzeba zrobić by wygrać? To pozostaje zagadką. Graficznie jest tak jak w produkcie wyżej. Grafika paintowa ? proste kolory i dźwięk strzałów stateczka z PC Speakera:)
    Edytor tekstówek
    Program Marcina Jachmanna do którego mam duży sentyment. Edytor tekstówek pojawił się w numerze bodajże 12/98 Gamblera, po raz drugi w w 2/99. Redakcja Gamblera zorganizowała konkurs. Kto za pomocą programu stworzy najciekawszą tekstówkę wygra nagrodę. Program bowiem umożliwiał stworzenie tekstówek, które można było wyposażyć w dźwięk oraz obrazki. Jak się w taką tekstówkę grało? Gracz wybierał stworzony scenariusz i uruchamiała się gra. Na ekraniku głównym widzimy opis sytuacji, obok jest miejsce na obrazek (obrazek może być ale nie musi, podobnie jak dźwięk). Teraz gracz ma od jednej do czterech opcji wyboru, w zależności od tego jak zaplanował to autor tekstówki. Wybór ścieżki, prowadzi do kolejnej i tak dalej (jak w paragrafówkach), aż do szczęśliwego lub nie ? finału.
    Teoretycznie wszystko wygląda fajnie. Tyle że samo stworzenie gry na kilkanaście minut wymagało dużo cierpliwości. Ot, trzeba stworzyć sytuację, następnie cofnąć się do poprzedniej i wybrać że wybór 1 odnosi się do sytuacji o nazwie ?XYZ?, którą przed chwilą stworzyliśmy. No ale inaczej to wyglądać nie może. Ogólnie zabawa programikiem może dawać frajdę, sam stworzyłem kilkanaście zaginionych w mrokach pamięci tytułów, którymi wymieniałem się z kumplami. Także scenariusze nadesłane do Gamblera w ramach konkursu były ok. Co prawda niektóre były robione ?na kolanie? i były słabe, ale inne zaskakiwały fabułą czy jakością załączonych obrazków czy dźwięków.
    Właśnie. Tu trzeba przejść do minusów. Jedyne pliki jakie można było załączyć to BMP oraz WAVE. To oznaczało że proste gierki zajmowały mnóstwo miejsca a w czasach gdy nikt nie słyszał o czym takim jak pendrive a internet wciąż był poza zasięgiem większości Polaków było to irytujące i skutecznie zniechęcało do tworzenia gier z dużą ilością grafik i dźwięków. Cóż,dyskietka 3,5 wiele danych nie pomieści ,a wtedy to był główny nośnik danych.
    Mimo to bardzo lubię ten programik. Niestety, chociaż na kilku forach znalazłem nawet o nim wzmianki o tyle dzisiaj...Cóż, z jakiegoś powodu nie działa już na XP. Więc jeśli nie posiada się przedpotopowego sprzętu z jakimś Millenium czy innym 98 programik do niczego się nie nada:(
    Gdyby to jednak kogoś zainteresowało programik jest do ściągnięcia TU. A nuż u Was zadziała?
  7. Iselor
    Tytuł: Na skraju jutra
    Gatunek: Akcja/sci-fi
    Reżyseria: Doug Liman
    Scenariusz: Christopher McQuarrie, Jez Butterworth, John-Henry Butterworth
    Zdjęcia: Dion Beebe
    Muzyka: Christophe Beck
    Kraj/Rok produkcji: Australia, USA/ 2014
    Czas: 1 godz. 53 min.
    Kosmici przeprowadzili bezlitosny atak na Ziemię. Są jak szarańcza. Jako pierwsza zaatakowana została Europa. Na Starym Kontynencie tylko Rosja i Wielka Brytania jeszcze stawiają opór. Amerykanie i Brytyjczycy szykują się do odbicia Francji, Rosjanie i Chińczycy mają w tym samym czasie odbić Europę Wschodnią. Jeśli ten atak zakończy się porażką będzie to koniec ludzkości. Major Cage (Tom Cruise) jest tchórzem i nie pali się do walki, którą zna głównie z TV. Zmuszony, siłą wcielony do armii szybko przekonuje się, jak wszyscy pozostali żołnierze, że atak Ziemian to pułapka i nieuchronnie zakończy się klęską. Jednak przez przypadek (tego spojlerować nie będę) Cage wpada w pętlę czasu rodem z ?Dnia Świstaka?: kiedy tylko zginie, budzi się ponownie dzień przed atakiem Ziemian. ?Wieczne? odradzanie się sprawia że Cage z żółtodzioba zmienia się w zawodowego żołnierza. Trzeba jednak będzie w końcu znaleźć sposób: zarówno na pokonanie wroga jak i wyrwanie się z pętli czasu.
    ?Na skraju jutra? nie jest sci-fi z filozoficznym ?sosem? jakie ostatnio parę razy nam serwowano. To solidne, krwiste sci-fi z wartką akcją i efektami specjalnymi. Jednak prezentuje ciekawe, świeże spojrzenie na motyw inwazji i samych Obcych, a także samego głównego bohatera. Widz jednak razem z bohaterem stara się rozwiązać zagadkę tajemniczych Obcych i z każdym ?nowym? tymsamym dniem odkrywa kolejne puzzle układanki.
    Więcej nie będę pisać żeby nie psuć zabawy tym, którzy filmu nie widzieli. Ja tylko chcę powiedzieć że to jedna z najciekawszych sci-fi jakie widziałem i zaliczam go do Ulubionych:) Polecam wszystkim fanom gatunku.
  8. Iselor
    Tytuł: Dark Earth
    Twórcy: Kalisto Entertainment
    Dystrybucja w Polsce: -
    Rok produkcji: 1997
    Gatunek: action/adventure
    Platformy: Windows
    Pełna wersja gry: Świat Gier Komputerowych
    Są takie gry o których mało kto pamięta i mało kto w nie grał. I to nawet pomimo tego że miały dobre recenzje. Ot, po prostu, były specyficzne, konkurencja była silna (lepiej wypromowana?), trafiły w ?zły czas?. Cóż, wydaje się że Dark Earth jest jednym z takich pechowców.
    Na Zachodzie miło ją wspominają, był nawet planowany sequel, ale ostatecznie się nie pojawił. W Polsce gra miała premierę niemal pięć lat po oficjalnym wydaniu za sprawą czasopisma Świat Gier Komputerowych, które dodało ją jako pełniaka. Na szczęście: z polskimi napisami. To jednak też miało miejsce czternaście lat temu więc czas najwyższy by o tym tytule przypomnieć.
    Ziemia przyszłości, dwudziesty czwarty wiek. Trzysta lat temu rój meteorów zniszczył ludzką cywilizację. Niedobitki, które przetrwały schroniły się w nielicznych miastach, miejscach, gdzie dociera światło. Poza tym obszarem panują ciemności, które zamieszkują stwory mroku. Ludzie wyznają Słońce jako swego boga, poziom technologiczny został cofnięty niemalże do średniowiecza. I w takim postapokaliptycznym świecie poznajemy i wcielamy się w Arkhana, młodego Gwardzistę Ognia, którego zadaniem jest ochrona świątyni Słońca i kapłanów. Pewnego dnia świątynia zostaje zaatakowana przez sługi ciemności, zaś Arkhan dzielną postawę, dzięki której ratuje życie Najwyższej Kapłanki przypłaca zarażeniem chorobą na którą nie ma lekarstwa. Chorobą, która powoli przemienia go w bestię mroku, jakie chodzą poza światem światła. Jeśli nie znajdzie lekarstwa, stanie się jedną z nich.

    Dark Earth posiada w sobie elementy zarówno klasycznej przygodówki jak i gry akcji. Z tej pierwszej zabrał dialogi z napotkanymi postaciami (szkoda że gracz nie ma na nie wpływu), jest także ekwipunek z przedmiotami, które zbieramy i wykorzystujemy gdy trzeba. Są także Gry zręcznościowo ? logiczne. Tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt: ich poziom trudności jest wyśrubowany i można go określić terminem ?przegięcie?. Nawet Jaspin pisząca solucję w CDA dostała przy jednej cholery i rzuciła w diabły. Na szczęście mogła, bo, to już zaleta gry, pewne wydarzenia w grze można ominąć, gdyż gra jest dosyć nieliniowa. Do pewnych miejsc dwóch graczy dotrze inaczej, w innym miejscu spotkają pewne postacie, nie z każdym obaj porozmawiają i inaczej obejdą się z przeciwnikami (jeden ich zabije, drugi przekupi alkoholem). Ba, grę, z tego co wiem, da się skończyć zabijając nawet wszystkie postacie w grze (tylko po co ) ! Szkoda jedynie że zakończenie gry jest tylko jedno. No ale to już czepianie się trochę na siłę.
    A co z gier akcji? Niestety dwie rzeczy. Dlaczego ?niestety?? Pierwszą jest walka. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że system walki jest...zepsuty. Inaczej: sterowanie w grze jest zepsute. Jak to się mówi: ?drewniane?. Ciężko się do niego przyzwyczaić, a jak już się człowiek przyzwyczai to wcale nie oznacza że mu wygodnie. Przez to same walki z ?trudnych? stają się często ?absurdalnie trudne?. Do tego dochodzi masakryczna praca kamery (tą sterować nie można), która często ustawia się tak, że ni cholery nie widzę Arkhana więc ciężko w takiej sytuacji wykonać odpowiedni atak. Druga rzecz, którą DE zabiera z niektórych gier akcji jak np. Resident Evil jest niemożność zapisu gry w dowolnym momencie. Grę można zapisać tylko w miejscach z wizerunkiem słońca. Cóż, to kolejne utrudnienie, ale w tym przypadku człowiek się orientuje że owych lokacji jest całkiem sporo i szybko je zapamiętuje.

    No dobra, ponarzekałem, ale narzekań koniec. Poza nieliniowością największą zaletą gry jest atmosfera. Wspaniałe miasto, które nieco przypomina średniowieczną warownię, trochę wymysł pisarzy steampunkowych, a miejscami widoczne są ślady dawno minionej chwały ludzi sprzed Kataklizmu, jak mieszkańcy świata gry nazywają czas sprzed zderzenia meteorów z Ziemią. Bardzo ciekawi są także bohaterowie, dialogi z nimi. Świetnie zostały podłożone głosy dla nich. Także graficznie gra wspaniale się broni jak na prawie dwudziestoletniego staruszka. Lokacje są śliczne, jedynie modele postaci się zestarzały i nieco pikselizują, na to trzeba przymknąć oko i grze wybaczyć.
    Ze względu na bardzo wysoki (moim zdaniem: zbyt wysoki) poziom trudności gra będzie stanowić potężne wyzwanie pewnie dla każdego gracza. Podejrzewam że wielu, którzy dadzą jej szansę nie podołają, ale uwierzcie: da się (dał radę koleś z jutuba, dała radę Jaspin z CDA, a ja nie ukrywam że z ich pomocy parę razy musiałem skorzystać, ale dzięki temu też dałem radę). Satysfakcja z ukończenia tej gry i poznania jej wspaniałej historii i bohaterów, mimo jej mankamentów, będzie ogromna. Ja grę polecam wszystkim!
    UWAGA: Nie wiem czy istnieje sposób na zainstalowanie gry na systemach 64 bitowych. Podobno to niemożliwe. Na 32 bitowych gra się instaluje, ale....u wielu graczy gra na początku wywala eeror i wychodzi do windy. Jeśli u Ciebie także jest taki błąd to ściągnij pliki STĄD i zamień je z plikami oryginalnymi. Powinno być już ok
  9. Iselor
    Początkowe założenie, które przyświecało publikacji tekstów z serii Perły z lamusa, było takie, że będę przedstawiał ludziom gry, na których się wychowałem lub które niedawno skończyłem, a warte są zagrania/poznania. Tak się oczywiście złożyło, że - zajmując się niejako nieświadomie - tzw. retrogamingiem, większość stanowią gry z lat 90-tych.
    Nie będę ukrywał jednego. Lata 90-te uważam za najlepszy okres dla gier komputerowych: głównie strategii wszelkiej maści, gier ekonomicznych, symulacji wszelkiego typu, FPSów, cRPG i przygodówek. Nie mam zamiaru tu się kłócić, jeśli ktoś twierdzi że jest inaczej: jego sprawa. Chciałbym aby moje teksty, chociaż w niewielkim stopniu, zapełniły lukę w polskim światku Retro bo wydaje mi się, że w Polsce stare gry traktowane są nie tyle nawet po macoszemu, co jako coś z góry gorszego i nie wartego uwagi. Trzeba to zmienić. W UK wychodzi nawet znakomity magazyn o starych grach: Retro Gamer. U nas nic. Posucha.
    Nie mam pojęcia kto czyta moje teksty, kto tylko zagląda, kto jest "starym wyjadaczem" a kto "świeżakiem" nie znającym za bardzo lat 90-tych. Jednak seria będzie dalej istnieć. Mam nadzieję że chociaż dla kilku osób są to teksty ciekawe, dzięki którym poznają nowe, nieznane, ciekawe gry, w które zechcą zagrać.
    Teksty będą pojawiać sie w różnych odstępach czasu, dotyczyć będą gier z różnych gatunków (postaram się aby były to tytuły jak najciekawsze). Popracuję nad lepszymi screenami i lepszą jakościa tekstów. Oczywiście, większość to będą tytuły ponad 10 letnie, ale trafią się też produkcje z nowego milenium.
    Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich, którzy czytają moje teksty i widzą sens tego typu publikacji. Tych, którzy nie widzą sensu też pozdrawiam:D A pozdrowienia specjalne dla GutkaHolubka, który prowadzi blog podobny do mojego. Nie traktuję go jako konkurencji. Obaj piszemy o "starych lepszych czasach"
  10. Iselor
    W tym roku mija 20 lat od czasu gdy na rynku pojawiła się pierwsza część Diablo, która już na zawsze zmieniła oblicze komputerowego RPG, utworzyła nowy podgatunek w tym gatunku i stała się prekursorem MMO. Dla mnie osobiście pierwsze Diablo było pierwszym poważnym zetknięciem z grami cRPG. Przyczyniło się także do mojego zainteresowania bronioznawstwem średniowiecznym i starożytnym i mitologią judeo-chrześcijańską. Było także jedną z tych gier (jedną z pierwszych) przy których "tak bardzo się bałem" Znakomita muzyka (najlepsza z całej serii), niesamowita atmosfera (zwłaszcza w Tristram), mnóstwo fajnych potworów i dużo gratów magicznych i zwykłych mających zniemilić im życie sprawiło że do dziś gra mi się w to znakomicie, choć wolę jednak młodszego brata, który dał nam to samo tylko więcej i lepiej. Jednak z dodatkiem Hellfire pierwsze Diablo wciąż mocno się broni i pozostaje wzorem w podgatunku hack and slash.
    Diablo w pewien sposób wpłynęło także na mój sposób rozgrywki w ogólnie pojętym komputerowym RPG. Zawsze bowiem (no, w 90% rozgrywek ) grałem Łotrzycą, do której miałem i mam wielki sentyment. Do tego stopnia że w Diablo 2 zawsze - podkreślam: zawsze - towarzyszy mi Łotrzyca (nie lubię tej nazwy, wolę po prostu Łuczniczka). Pierwszą zaś Łuczniczką jaką dostałem od Kashyi w Diablo 2 była ta o imieniu Aliza. I tak już zostało. Zawsze towarzyszy mi Aliza, grając w Diablo 1 tworzę Łuczniczkę o imieniu Aliza. Obok Adama (moje alter ego w cRPG nie ma innego imienia bo mi się nie chce wymyślać) stała się drugą metapostacią we wszelkich erpegach w jakie gram. Łuczniczką o brązowych włosach o imieniu Aliza. Pojawia się wszędzie od Icewind Dale'a, Might and Magic, Neverwinter Nights, Divine Divinity, Wizardry na Pillars of Eternity skończywszy. Wiem że możecie to nazwać dziwactwem ale tak już jest i będzie:)
    Diablo pozostaje u mnie więc grą życia obok trzeciego Herosa. Grą którą będę pamiętał zawsze i zawsze będę w nią grał. Która w pewien sposób wpłynęła na mnie nie tylko jako na gracza ale i człowieka po prostu. Jedyne czego żałuję to że będąc mały straciłem (już nie wiem jak) premierowe, polskie wydanie ze wspaniałą instrukcją ze świetnymi ilustracjami i teraz muszę się zadowolić reedycją z BestSeller Series. Ale wiem że kiedyś odkupię to polskie wydanie (jak się nie da to angielskie ale ono nie ma tak fajnej instrukcji), nawet jeśli żeby je kupić będę miał brać pożyczkę w Stefczyku czy innym Providencie:)
    To tyle:) Dzięki za uwagę
  11. Iselor
    Tytuł: Hopkins FBI
    Twórcy: Mp Entertainment
    Dystrybucja w Polsce: CD ? Projekt
    Rok produkcji: 1998
    Gatunek: przygodówka
    Platformy: Windows | BeOS | Linux | OS/2
    Hopkins FBI to stara przygodówka, w której przedstawiono nam alternatywną historię USA. Terrorysta Bernie Berkson zdobył broń atomową i zniszczył Kalifornię. Ostatecznie schwytany, ucieka z krzesła elektrycznego. Jako tytułowy agent FBI, Hopkins, musimy go odnaleźć.
    Gra najbardziej zestarzała się graficznie. Po prawie 18 latach ma do tego prawo. Grafika wydaje się być rozmazana, często nieczytelna, tj. nie za bardzo wiadomo co to akurat leży przed nami;) Niby myszka świeci kiedy najedziemy na jakiś przedmiot, ale to trochę za mało. W dodatku nawet na moim leciwym XP gra ma pewne problemy i zazwyczaj kiedy najedziemy myszką na przedmiot nie wyświetla się napis na co najechaliśmy. Czasami się to zdarzało, ale to miałem farta;) Bardzo niestety utrudniało to rozgrywkę. Inaczej: nie tyle utrudniało co było uciążliwe i irytujące. Na szczęście o ile grafika po latach musiała oddać pola, o tyle ścieżka muzyczna jest bardzo dobra. Usłyszymy rockowe kapele z lat 60 takie jak Rare Earth i The Troggs. W polskiej wersji językowej głosów postaciom użyczyli Janusz Gajos, Piotr Fronczewski, Radosław Pazura i Dorota Chotecka. Niestety, dla tego pierwszego była to pierwsza i ostatnia przygoda z dubbingiem gier video. Aktor sobie nie poradził, wszystkie kwestie wypowiada w zasadzie tak samo, brak w tym emocji, ?wczucia się?. Inna sprawa że jego głos wg mnie kompletnie nie pasuje do postaci Hopkinsa.

    Do czego się przyczepię? Do kilku logicznych błędów w fabule (kto grał, wie o czym mówię), irytuje też motyw fantastyczny i Zaświaty (spojler, ale trudno, inaczej się nie dało), które wg mnie niezbyt pasują i psują klimat gry. Kolejny spojler, ale trudno, trzeba o tym napisać: pod koniec gry dostajemy badziewny epizod a la Wolfenstein 3D. Brzydko wykonane, strzelamy do sprajtów, zginąć też można, ale ja na XP (nie wiem jak to wyglądało na kompach z lat 90 i Windzie 95) miałem tylko małe okno na pół ekranu i żadnego paska życia. Nie miałem więc pojęcia jak długo pożyję, czy dotrwam do końca i czy aby na pewno nie będę przez to zmuszony cofać się kilka sejwów? No ale się udało.

    Żeby jednak nie było: podobać się może dorosła tematyka. Hopkins FBI, pomijając idiotyczną wstawkę z Zaświatami to rasowy kryminał, z dużą dawką nagości i przemocy (polska wersja została okrojona z brutalnego napadu na bank).
    Gra ma przeciętny poziom trudności, nie przerazi on początkujących, może czasem będzie ciut za prosto dla doświadczonych, ?przygodówkowych? wyjadaczy;) Pomimo oczywistych błędów, irytujących lokacji i Pana Gajosa uważam Hopkins FBI za dobrą przygodówkę. Tylko dobrą, mogło być lepiej, ale...
  12. Iselor
    UWAGA! TEKST ZAWIERA SPOJLERY!
    Dragon Ball. Seria, która stała się klasycznym dziełem anime i mangi, znakomicie reprezntując rzadki nurt fantastyki zwany science – fantasy (do tego gatunku zaliczyć można także Gwiezdne Wojny czy serie gier Wizardry i Might and Magic). Znakomicie koegzystują tutaj magia, kosmici, smoki, statki kosmiczne, zaświaty, podróże w czasie i pistolety laserowe. O ile Dragon Ball był po prostu dobry o tyle Dragon Ball Z był (czy też jest) czymś wybitnym. Zawsze uważałem jednak że nie należy tworzyć kontynuacji „Zetki”, nawet te naście lat temu gdy chodziłem gimnazjum i pojawił się Dragon Ball GT. Wtedy miałem rację. GT okazało się rzeczą przeciętną, z mizerną fabułą, dziwnymi pomysłami (Goku ponownie jako dziecko), odsunięciem na bok wielu bohaterów. Ów ostatni punkt był łatwy do przewidzenia. Już w Z widać było powolne odsuwanie części głównych postaci na tor dalszy, wojownicy ludzi jeszcze trzymali poziom do Sagi Androidów, od Cella (Komurczaka) zasadzie się nie liczyli, jeszcze Piccolo (Szatan Serduszko) jako tako się trzymał, no ale on nie był człowiekiem. W Sadze Buu liczyli się tylko Sayanie, było więc do przewidzenia że jakakolwiek kontynuaca wymusi stworzenie przeciwników potężniejszych od Buu.
    I oto po latach pojawia się Super. Do tej pory obejrzałem wszystkie 39 odcinków i dwa powiązane filmy kinowe więc mogę się wypowiedzieć. Po kolei.
    Co mi się podoba? Na pewno plusem jest to że nastąpił powrót „starych” postaci, nawet tych, które były odsuwane na plan dalszy już w początku Zetki bo swoje lata chwile chwały miały w starym pierwszym Dragon Ball. Tak więc wszyscy przyjaciele Goku co chwila się pojawiają, gadają, uczestniczą w wydarzeniach. I to jest ok. Fajnie, że np. podczas ataku Frezera walczą też genialny Żółw (nie chce mi się szukać jego oryginalnej nazwy), Tenshin czy Krilan/Kuririn.. No i to jak do tej pory byłoby niestety tyle dobrego. Największym mankamentem DBS jest toi że tutaj po prostu niewiele się dzieje. Gadają trenują, czasem ktoś kogoś walnie, ale nie za mocno i tyle. Dopiero od kilkunastu odcinków na turnieju (o tym za chwilę) serial nabiera tempa. Ok, wcześniej Goku i Vegeta poznają Beerusa i Whisa, czyli Boga Zniszczenia i jego towarzysza, który jest kimś jeszcze potężniejszym. Czyli dwóch największych kozaków we Wszechświecie. Japończycy nie byliby jednak sobą, gdyby nie dodali im pewnych głupich cech typowych dla anime. Oto wielki Bóg Zniszczenia jest po prostu humanoidalnym kotem rodem z mitologii egipskiej, w dodatku większość życia zajmuje mu spanie i jedzenie. Nie ukrywam że nie tak wyobrażałem sobie Boga Zniszczenia i jest to nieco irytujące. W ddoatku widać że Toriyama chyba ma już wielką sklerozę i nie pamięta Zetki. Goku jaki był głupi taki jest nadal, ale w trakcie walki nagle go olśniewa i uczy się piekelnie szybko (patrz: walka z Hitem). Vegeta odnosi się do Goku gorzej w Zetce tuż po Sadze Frezera. Wyzywa go, wręcz nieznosi. A chcę przypomnieć że w Zetce, na sam koniec widać że są pogodzeni, jest ok, Vegeta pojawia się na przyjęciu u Goku i Chi-chi. A teraz znowu gryzą koty. Bez sensu, nawet jeśli miało to uatrakcyjnić fabułę Super, to jednak się nie udało. Skoro już przy postaciach jesteśmy: dlaczego z Gohana, który miał być najsilniejszym Sayaninem o wręcz nieograniczonej mocy, zrobiono takiego fajtłapę? Zasłanianie się nauką i rodzina to nie jest wytłumaczenie by aż tak stracić formę.
    Kolejna sprawa na minus to filmy kinowe. Po co były tworzone skoro jest w nich to samo co w serialu z małymi różnicami ?
    Dragon Ball nie byłby Dragon ballem gdyby nie było naparzania po gębach. No to ok. Buu, wcielenie jednego z bogów, którego moc i ciało przejął nawrócony na dobro potężny demon piąty w kolejności najsilniejszy wojownik atakuje Beerusa, prawdopodobnie drugiego najsilniejszego fajtera. I co? Ano nic. Parę zablokowanych ciosów, Beerus oddaje, Buu przegrywa, koniec. To wyglądało jak pojedynek jakichś leszczy od Mr Satana/Herkulesa a nie najsilniejszych wojowników we wszechświecie! Podczas turnieju też to jakoś wybitnie nie wygląda zwłaszcza jeśli porównamy to do czegokolwiek w Zetce, zwłaszcza Sagi Frezera (kiedy np. Piccolo walczył z Frezerem, ziemia się trzęsła, rozstępowała, planeta się wręcz rozpadała, przy każdym uderzeniu było słychać grzmot, czuć było zderzenie dwóch wielkich mocy; tutaj tego nie ma a walczą wojownicy znacznie silniejsi). Sam zaś turniej w koncu rozkręcił anime, jednak sam w sobie pomysłem jest sztampowym i trochę nudnym, zwłaszcza że w idiotyczny sposób wykluczyli (tzn. scenarzyści) Buu z walki.
    Nie będę się wypowiadał zbytnio o techniznej stronie, bo kreska dla mnie może być, a muzyka jest nijaka i nie zapadła mi w pamięć wcale, ale nie zwracam na to uwagi zbytnio w anime.
    Jak do tej pory oceniam Dragon Ball Super ? Cóż, przeciętnie. Obejrzeć można, to jest poziom minimalnie wyższy od niesławnego GT. Jednak powstało to wg mnie niepotrzebnie, byle by wcyiągnąć kasę od starych fanów a oglądalność nabijać na ich nostalgii. Szkoda, do Dragon Ball Z pewnie wróce w życiu nie raz. Do Super pewnie nigdy.
  13. Iselor
    Moja nowa seria tekstów o przeczytanych książkach. 
    Postanowiłem nie prowadzić dalej serii wpisów o książkach z zakresu tylko religioznawstwa i etnologii, a opisywać wszystko, bez względu na gatunek. W przypadku serii/cykli wiele książek będę traktował (zazwyczaj, acz nie zawsze) jako jeden tytuł. Normalnie będzie 5 tytułów na wpis, w tym, wyjątkowo, 6.
    Pieśń lodu i ognia (George R.R. Martin) – składająca się z Gry o Tron, Starcia królów, Nawałnicy Mieczy, Uczty dla Wron i Tańca ze Smokami, Pieśń Lodu i Ognia to obecnie najpopularniejszy cykl fantasy, także ze względu na chyba jeszcze popularniejszą ekranizację. Jako że tak o serialu jak i książkach napisano już i powiedziano wszystko, nie dodam wiele od siebie. Chociaż uważam PLiO za jeden z najwybitniejszych cykli fantasy, to jednak z każdym tomem było gorzej i gorzej (pierwszy tom Tańca ze Smokami najsłabszy z całego cyklu), zaś motyw Aryi w dziwnym zakonie w Braavos jest niemiłosiernie nudny i chyba Martinowi kończą się pomysły....Oby dwa ostatnie tomy zostały w końcu napisane i podniosły poziom serii.
    Tirukkural. Święta księga południowych Indii (Tiruwalluwar) – święta księga Tamilów, jest więc poważana szczególnie w południowych Indiach i na Sri Lance. Autor, w postaci wierszy omawia z filozoficznej perspektywy różne aspekty życia. Dla miłośników filozofii i literatury ogólnie pojętego Orientu.
    "Chłopaki z dzielnicy". Studium społeczno-pedagogiczne z perspektywy interakcyjnej (Anita Gulczyńska) – autorka, zamieszkująca centrum Łodzi – i to fragment uznawany za niezbyt bezpieczny – postanawia zbadać zachowania grupy nastoletnich chłopców tam także zamieszkujących. Nietrudno tam o rodziny niepełne, czasem patologiczne, bójki, problemy z alkoholem i narkotykami. Będąc tzw. pedagogiem ulicy autorka zaprzyjaźnia się z chłopcami, zdobywa ich zaufanie, poznaje ich życie, rozumie zasady panujące w grupie „wystających pod bramą chłopaków”, ich relacje między sobą, z innymi grupami, sąsiadami, policją, nauczycielami itd. Bardzo ciekawe studium, ale głównie dla pedagogów i socjologów, dla innych: opcjonalna ciekawostka.
    Dionizos. Mit i kult (Walter F. Otto) - Nie wiem czy książkę Otta można nazwać jedną "z najważniejszych książek w humanistyce XX wieku" jak napisał w przedmowie prof. Włodzimierz Lengauer, jednak z całą pewnością zaliczam ją do prac wybitnych. Otto, badacz greckich mitów, sam wierzący w greckich bogów, dokonuje znakomitej analizy kultu dionizyjskiego, znaczeń świata roślinnego i zwierzęcego w kulcie, roli kobiet, roli Ariadny czy związków z Apollinem/Apollem. Dla wszystkich zainteresowanych religią grecką, zarówno w ujęciu starożytnym jak i współczesnego hellenizmu, jest to pozycja obowiązkowa. 
    Mam tylko zastrzeżenie do wydania polskiego. Tam gdzie Otto wprowadza bądź cytuje słowa greckie są one zapisane w oryginale i mamy zero przypisów "u dołu strony" z tłumaczeniem. Tłumaczenie jest i owszem, na końcu książki, jednak Czytelnik nie za bardzo wie są takowe są. Uważam że o wiele lepiej byłoby w ramach tekstu od razu wstawić przetłumaczone na polski teksty z greckiego, czy to w cudzysłowie, czy kursywą. Tak byłoby dla Czytelnika prościej. No ale trudno, jest jak jest. I tak przeczytać warto.
    Ona (Henry R. Haggard) - Haggard jest znany głównie z "Kopalni króla Salomona" i innych powieści w klimacie fantastyczno-przygodowym a la Indiana Jones Nie inaczej jest z powieścią "Ona". To w głównej mierze powieść przygodowa o podróży profesora i jego podopiecznego do serca Afryki, gdzie w tajemniczym, starożytnym królestwie przebywa tajemnicza Ona - wg legend wiecznie żyjąca władczyni królestwa...
    Powieść, choć posiada typowe cechy powieści przygodowej jak podróż, walka, barbarzyńscy tubylcy, okraszona jest zarówno wątkiem fantastycznym jak i, co ciekawe, sporą ilością mądrych dialogów o charakterze filozoficznym i religijnym. Na Haggardzie, co warto zauważyć, wychowało się wielu pisarzy klasycznego fantasy jak np. Tolkien czy Lewis. 
    Absolutny klasyk i rzecz obowiązkowa.
    Wampir. Biografia symboliczna (Maria Janion) - Książka Marii Janion ma jedną zasadniczą wadę: autorka jest historykiem literatury, nie etnologiem, więc w swojej, ciekawej przecież, książce, analizuje mit wampira opierając się głównie na dziełach literackich a i to z najpóźniej lat 90, źródła zaś etnograficzne traktując jako dodatek. Książka bardzo na tym traci, gdyż mit wampira mamy tu opisany z tego mniej istotnego - literackiego - "punktu widzenia". Autorka czasem pisze stylem bardzo nużącym, czasem "leje wodę" i pisząc o wampirach podaje przykłady morderców typu Kuby Rozpruwacza czy polskiego "Wampira z Zagłębia" analizując motyw wampira pod kątem psychologicznym, ignorując - a przecież książka jest o wampirze w kulturze! - wampiry w RPG czy grach komputerowych. Ok, może nie mieć o tym pojęcia, ale może warto by poprosić kogoś obeznanego w tych dziedzinach o pomoc ? Przydałoby się nowe wydanie z analizą nowszych tekstów literackich, np. "Zmierzch" (wiem, to wielki chłam, ale jednak pewnego rodzaju fenomen warty analizy). Książka jednak zawiera sporo ciekawych informacji o krwiopijcach, jest bogato (ale bez przesady) ilustrowana. Jednak ma inną wielką zaletę. Ponad połowa książki to....fragmenty klasyki wampirycznej literatury grozy (np. "Wij" Gogola") a także pełne utwory, w tym "Narzeczona z Koryntu Goethe'go, znakomita "Rodzina Wilkołaka" Tołstoja czy arcydzieło gotyckie czyli "Carmilla" Le Fanu. I także dlatego warto mieć tą księgę na półce.
  14. Iselor
    Seria moich tekstów opisujących gry rzadkie, stare i/lub mało znane.
    Mega Blast

    Dzisiejszy tytuł, który chcę Wam przedstawić nawiązuje do tak klasycznych tytułów (z roku 1990) jak Dyna Blaster czy jeszcze bardziej legendarny Bomberman. Starsi gracze wychowani na starych komputerach i konsolach (choćby na popularnym swego czasu tzw. Pegasusie) na pewno znają te tytuły. Cóż, Mega Blast ? polski tytuł z 1995 roku ? nawiązywał do klasyki a dziś...Sam stał się klasyką Czy jednak wytrzymał próbę czasu i dziś jest sens w niego grać?

    Mega Blast to typowa zręcznościówka z widokiem ?z góry?. Plansza, na której się znajdujemy złożona jest z ?murków?. W nielicznych wolnych przestrzeniach znajduje się nasz gracz oraz różne ?przeszkadzajki?. ?Przeszkadzajki? czyli stworki, przed którymi należy uciekać gdyż zetknięcie z nimi oznacza naszą śmierć. Oczywiście, nie jesteśmy wobec nich bezbronni. Nasz hero podkłada bomby, które wybuchają po paru sekundach. Trzeba więc uciekać i to szybko, żeby samemu nie paść ofiarą własnej broni! Bomby można podkładać, ale też można nimi rzucać (przytrzymując dłużej klawisz odpowiedzialny za podłożenie). Niszczą one tak stworki jak i murki. W trybie dla jednego gracza musimy znaleźć diamenty, które znajdują się pod murkami. Oczywiście uważając na ?przeszkadzajki? Oprócz diamentów murki kryją też bonusy. Bonusy są różne i nie zawsze dla naszego bohatera korzystne. Mogą zwiększyć szybkość naszej postaci, umożliwić przechodzenie przez ściany lub dać odporność na wybuch bomby, ale mogą też nas strasznie spowolnić, albo sprawić że nasz bomber ? przez jakiś czas - będzie ciągle chodził, nawet gdy nie będziemy trzymać klawisza, co może stanowić problem.Na planszy natrafimy także na bonusy zwiększające zasięg wybuchu naszych bomb oraz nowe bomby, dzięki czemu będziemy mogli podłożyć lub rzucić kilka bomb pod rząd.
    Taka forma rozgrywki jest dobra na jakiś czas; parędziesiąt minut, góra kilka godzin. Możemy też jednak wybrać grę z innymi bomberami. Sterowanymi przez komputer lub....innych graczy. Gra z komputerem jest fajna, przydaje się do treningu, ale prawdziwa frajda jest, gdy gramy z ludźmi:) Tak więc w sumie może być do czterech graczy przy jednym komputerze. Tylko trzeba się dobrze usadowić, bo cztery osoby korzystające z tej samej klawiatury...To naprawdę nie jest wygodn

    Można jednak skorzystać z joysticka, więc jeśli masz takowy na pewno się przyda! Gdy walczysz z innymi graczami, czy to sterowanymi przez komputer czy przez ludzi nie chodzi już oczywiście o diamenty. Tu trzeba zniszczyć wszystkich rywali, także znajdując bonusy. I uważać na stworki, które też się włóczą po planszy i polują na wszystkich graczy.
    Grafika, muzyka? Cóż, grafika jest...Prosta:) Naprawdę, wg mnie równie dobrze mogłaby być to gra na Pegasusa:) Czy to minus? Zależy dla kogo. I tak nie tkną jej ludzie, dla których grafika jest na pierwszym miejscu. Bo do dźwięku i muzyki ? szybkiej, rytmicznej, pasującej do gry ? doczepić się nie można. Czy jednak Mega Blast dziś się broni? Nie wiem. Ja nie mam nic przeciwko partyjce z kumplami przy jednym kompie;) Po tylu latach. Starsi gracze na widok tego tytułu mogą się uśmiechnąć i powspominać stare dobre czasy, a młodsi....Cóż, jeśli stawiają sobie na pierwszym miejscu grywalność, a nie grafikę i/lub chcą zobaczyć jedną z najpopularniejszych polskich produkcji pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych - niech spróbują.
    Tylko mała uwaga na koniec. Bez DOSBoxa lub D-Fend Reloaded raczej nie pogracie.
  15. Iselor
    Jako Marcellus Faust bierzemy udział w rozgrywce pomiędzy Bogiem a Mefistofelesem. Stawką są dusze siedmiu mieszkańców pewnego wesołego miasteczka - czy trafią do Nieba czy do Piekła?
    Faust: The Seven Games of the Soul jest uznawana za jedną z najlepszych przygodówek tak przez graczy jak i recenzentów. Niestety, sam zagrałem w nią nie więcej jak kilkanaście minut. Gra bowiem należy do tego typu przygodówek, którego nie trawię: z widokiem FPP. Na palcach jednej ręki mogę policzyć takie przygodówki, które mnie nie odrzucają. W dodatku poruszanie nie jest płynne a skokowe (jak np. w A.D. 2044) co już kompletnie mnie blokuje. Jednak chcę zaznaczyć jedno: jeśli lubisz przygodówki i widok FPP ci nie przeszkadza: nie zwracaj uwagi na moje psioczenie, bo ludzie, którzy na przygodówkach znają się lepiej ode mnie zachwycają się fabułą, muzyką, klimatem, nawet grafiką. I daj grze szanse.
  16. Iselor
    Tytuł pełny polski: Conflict: Freespace: Wielka Wojna
    Tytuł angielski: Conflict: Freespace - The Great War
    Gatunek:symulator
    Producent/Wydawca: Volition/Interplay
    Dystrybucja w Polsce: CD-Projekt
    Rok produkcji: 1998
    Czternaście lat trwa wojna Ziemian z Vasudanami. I nie zanosi się na koniec. Żadna ze stron nie może przechylić zwycięstwa na swoją stronę. Kiedy w końcu Ziemianie są górą, pojawiają się oni: Shivani. Atakują obie strony. Ich statki są szybsze, posiadają olbrzymią siłę ognia, zaś pancerze chroni pole siłowe, co czyni je niewrażliwymi na broń ludzi i Vasudan. Dotychczasowi wrogowie muszą się sprzymierzyć, aby wspólnie stawić czoła Shivanom.
    Wielką Wojnę pomiędzy trzema cywilizacjami oglądamy wcielając się w pilota ziemskiej Floty Galaktycznej. Freespace jest symulatorem zręcznościowym, co oznacza że przyda się celne oko i szybka ręka, bo oprócz klawiatury trzeba korzystać albo z myszki albo dżojstika. To, że gra ma charakter zręcznościowy nie oznacza bynajmniej że na klawiaturze mamy mało do roboty:) W zasadzie cała jest zajęta:) Na szczęście większość funkcji będzie wykorzystywana albo sporadycznie albo wcale (to też zależy od sposobu walki jaki przyjmiemy, np. czy będziemy korzystać z bomb). Od razu uspokajam. Zanim zaczniemy właściwą kampanię najpierw przejdziemy przez obowiązkowy trening. Dzięki temu nawet ludzie, którzy w życiu nie widzieli i nie grali w tego typu grę, wszystkiego się spokojnie nauczą. W dodatku gra oferuje pięć poziomów trudności: od Bardzo łatwego do Szaleńczego. Dzięki temu i amator i weteran nie będzie narzekać Poziom trudności można na szczęście zmieniać w trakcie gry.

    Misji do wykonania jest równo 30, podczas których będziemy współpracować z naszymi towarzyszami broni. Misje są na szczęście zróżnicowane; oczywiście, są sporadyczne typu zniszcz wszystko w sektorze, jednak zazwyczaj musimy coś/kogoś eskortować, coś zniszczyć, zbadać, itp. Dzięki temu nie jest nudno. Przed każdą (prawie) misją możemy też zmienić rodzaj naszego statku (i naszych kompanów) wybierając od lekkich myśliwców po ciężkie bombowce oraz rodzaj uzbrojenia (typowe działka laserowe, bomby, wyrzutnie i broń rozbrajająca). Często ma to kolosalne znaczenie dla powodzenia misji.
    Oprócz gracza zazwyczaj jest trzech pilotów, czasem siedmiu, rzadko więcej. Możemy im wykonywać rozkazy typu ?Osłaniaj mnie?, ?Osłaniaj mój cel? czy ?Nawiąż walkę z wrogiem?.
    To co we Freespace jest wielkim plusem to atmosfera nieustającego zagrożenia, poczucie że całej ludzkości grozi wielkie niebezpieczeństwo ze strony Nieznanego Wroga. Do tego dochodzi, świetna, hm, kosmiczna, muzyka:) Oczywiście, można się po tylu latach doczepić grafiki, jednak gra wsysa, a biorąc pod uwagę że akcja rozgrywa się w kosmosie i dominuje kolor czarny, człowiek przymyka na grafikę oko:)

    Dawno już gra komputerowa nie sprawiła mi tyle przyjemności. Freespace to arcydzieło i symulator wybitny. To także jeden ze znakomitych przykładów na to że najlepsze gry komputerowe powstawały w latach 90-tych. Grać koniecznie, nawet jeśli nigdy na ten gatunek nie zwracaliście uwagi.
    PS. W przypadku problemów z odpaleniem gry na nowszych systemach: piszcie na priv.
  17. Iselor
    Od kilku lat prowadziłem w Excelu alfabetyczną listę gier na PC oraz wszelkie PlayStation, które chciałem kupić. Obecnie na liście znajduje się 9 gier na PS 3 oraz 6 na PS 4. Szybko z niej jednak nie znikną, gdyż....wpierw muszę kupić owe konsole Emotikon wink Natomiast na liście nie ma już żadnej gry na PSX i PS 2, ale co najważniejsze: nie ma żadnej gry na PC. Tak, w dniu wczorajszym oficjalnie zakończyłem kolekcjonowanie gier na PC (na PSX i PS 2 też, ale tutaj gier posiadam śmiesznie małe ilości). Nie ma już więcej gier na PC, które byłyby w stanie mnie zainteresować na tyle bym je kupił. Dlaczego kończę z kolekcjonowaniem? Oto powody.
    Pierwszy jest taki iż nie uznaję dystrybucji cyfrowej będącej równocześnie DRM-ami. Czyli nie uznaję Steama, Origina itp. Nie będę się rozwodził nad tym dlaczego nie uznaję, bo pisałem o tym wiele razy. Obecnie zaś nie ma gier, także pudełkowych, które nie wymagałyby steama lub konkurencyjnej platformy. Jedyne co toleruję to GOG, a i to tylko dla kilku tytułów liczonych na palcach jednej ręki (Pillars of Eternity, Lords of Xulima, Serpent in Staglands).
    Kolejny powód: zawsze uważałem i uważać będę że najlepsze gry video (a komputerowe zwłaszcza) powstały w latach 90. Zaś mniej więcej po roku 2005 nastąpiła gwałtowna "równia pochyła" jeśli idzie o jakość. W moim zbiorze posiadam wszystko to co uznałem za najważniejsze w historii gier komputerowych z lat 90, głównie z jej drugiej połowy (głównie strategie, cRPG, FPSy, trochę symulatorów, trochę przygodówek, zwłaszcza polskich).
    Trzecim powodem jest to iż mój zbiór obejmuje 733 tytuły wg mobygames, jednak biorąc pod uwagę fakt, że kilku tytułów mobygames w bazie nie ma, zaś część to kompilacje/składanki (np. Sega Mega Drive Classic Collection Gold Edition, Midway Arcade Treasures Deluxe Edition czy Atari: 80 Classic Games in One!), ostatecznie wyjdzie na to, że mam do dyspozycji około 1000 gier. Jest to liczba, która mnie jak najbardziej zadowala i zaspokaja moje potrzeby jako gracza. 
    Posiadam w zasadzie wszystkie strategie, cRPG, przygodówki (tutaj jednak warunkiem było oficjalne lub nieoficjalne spolszczenie), FPSy jakie uważam za najlepsze tytuły w historii lub jakie krytyka uznała za najlepsze a ja jeszcze nie zdążyłem w to zagrać;) Do tego oczywiście dochodzą najlepsze gry z innych gatunków, ale w mniejszej ilości. Jestem także wielce zadowolony z nowych wersji czy też kompilacji zawierających klasyczne gry, które ukształtowały gry video (Pac-Man World, Tetris Worlds, Space Invaders Anniversary, Pong: The Next Level, Another World: 20th Anniversary Edition).
    Ostatni powód jest dosyć prozaiczny, ale też najmniej istotny: brak już na to miejsca, jednak zawsze starałem się gry upchać gdzie się da;)
    Oczywiście, kolekcja nie jest idealna, posiadam sporo wydań niepełnych, są reedycje (czasem jednak wolę reedyjce od wydań premierowych albo wolę mieć reedycje niż nie mieć wcale). Starałem się nie zbierać gier z czasopism, jednak te które mam:
    - dostałem za darmo od znajomych, co ciekawsze tytuły po prostu sobie zostawiłem jednak w zasadzie nie jest to nic poza grami z CDA, w czasach gdy CDA pełniaki dawało na płytach wyglądających jak premierowe (z wyjątkiem małego znaczka CD-Action - jednak w etui ładnie to wygląda)
    - wersja z czasopisma to jedyna wersja gry na CD (a ja niezbyt jestem za wydaniami gier na dyskietkach, mam w sumie tylko 4 gry na dyskietkach)
    - pełna wersja pochodzi z Gamblera, a Gambler to mój ulubiony magazyn do którego mam ogromny sentyment, a jego pełniaki były często pierwszymi oryginałami w życiu
    - powód losowy (np. Dark Earth miało polską dystrybucję, jednak w czasopiśmie ŚGK po raz pierwszy gra doczekała się polskiej wersji językowej a na tym mi zależało).
    Obecnie czekam jeszcze tylko na jedną grę na PS 2 i wrzucę ostatnie zdjęcia z kolekcji. Ktoś może oczywiście napisać że są jeszcze gry na PS 3 i 4, jednak dla mnie nie mają one wartości kolekcjonerskiej (zbyt nowe), jeszcze nic nie mam na te platformy i nigdy nie byłem fanem konsol, więc nie spodziewam się by moja kolekcja gier na PS 3 i 4 łącznie obejmowała więcej jak kilkanaście tytułów (pewnie nawet jak już będę je mieć, nie będę widzieć sensu by wrzucać fotki z nimi). Czy to już koniec mojej aktywności wśród graczy? Oczywiście nie - wciąż będę prowadził bloga i recenzował stare gry:) Może się przełamię i założę vloga, kto wie. Co zaś do kolekcji, może się też zdarzyć, że będąc kiedyś w jakimś zapomnianym przez czas sklepie natknę się na zbiór big boxów na PC albo starych gier na inną platformę i wtedy je przygarnę i znów wrzucę zdjęcia. Takie sytuacje jednak zdarzają się niezmiernie rzadko więc wątpię by coś takiego mi się przytrafiło (limit swój chyba wykorzystałem bo 3 razy na takie miejsca natrafiłem Emotikon smile ). To tyle, co miałem do napisania. Pozdrowienia dla wszystkich kolekcjonerów gier:)
  18. Iselor
    Tytuł: Potęga mitu
    Autor: Joseph Campbell
    Wydawnictwo: Znak
    Ilość stron: 258
    Oprawa: twarda
    Cena: 38 zł
    Potęga mitu jest zapisem rozmów dziennikarza Billa Moyersa i Josepha Campbella - jednego z najwybitniejszych mito i religioznawców. Nie będę ukrywał, że dla mnie jest to najważniejsza albo jedna z najważniejszych książek jakie w życiu czytałem. Campbell dokonuje analizy mitu, jego znaczenia w naszym życiu, wyjaśnia co mity mówią o nas samych i jak wiele łączy wszystkie religie świata. To nie jest atak na którąkolwiek religię. Nie znajdziecie tu nic o tym, że - jak głoszą różnej maści wrogowie sacrum - religie to zło, nic o fanatyzmie, o wojnach religijnych. Książka prezentuje piękno religii, ich mądrość głoszoną przez święte księgi i wielkich mędrców: Jezusa, Buddę i innych.
    Potęga mitu ukształtowała moje poglądy na religię. Chociaż sam Campbell był niewierzący, dzięki temu dziełu skrystalizowały się moje agnostyczne poglądy na religię. Neguję tak skrajny ateizm Richarda Dawkinsa jak i radykalny fundamentalizm religijny. Jest to także dzieło o tolerancji religijnej i lepszym zrozumieniu obcych wierzeń. Dla ludzi, którzy nie mają dużego pojęcia o innych religiach niz ich własna, będzie to wspaniała lekcja religioznawcza.
    Obowiązkowy tytuł dla każdego kto mieni się kulturalnym człowiekiem i jedna z największych pereł literatury religioznawczej i mitoznawczej.
  19. Iselor
    12 lat temu, 29 maja, rozpoczął swoją działalność najlepszy serwis o grach cRPG w Polsce, a być może na świecie (a przynajmniej jeden z najlepszych - to na pewno), czyli JRK's RPGs ( http://www.jrkrpg.pl/ ). Jest to powód do świętowania: początkowo projekt jednoosobowy, stał się jednym z głównych, a często głównym źródłem wiedzy o tym gatunku. Ponad 3000 uwzględnionych tytułów: klasyczne cRPG, hack and slashe, jRPG, strategie z elementami RPG; ponad 600 opisów i recenzji na sam PC, kilkaset na wszelakie konsole, także po kilka, kilkanaście opisów i recenzji gier na wszelkie inne machiny do grania, począwszy od Intellivision z 1980 roku:)
    Każdy może pisać do JRK's RPGs i wspierać rozwój serwisu, wystarczy napisać maila do JRK'a:) W zasadzie jedyną wadą serwisu jest mizerne forum, które nijak się ma do tak specjalistycznych forów o CRPG jak np. Insimilion. Polecam jednak odwiedzić serwis każdemu, kto uważa się za fana gatunku. Pozwala bowiem poznać wiele szerzej nieznanych tytułów, nie tylko na PC i pokazuje że Baldurs Gate i Gothic to nie są najlepsze cRPG na świecie i przed nimi (i po nich) powstało wiele lepszych, rewelacyjnych tytułów.
  20. Iselor
    Gatunek:Przygodowa/Hidden object
    Producent: Artifex Mundi
    Dystrybucja w Polsce: Artifex Mundi/cyfrowa
    Rok produkcji: 2012
    Pełna wersja w: CD ? Action, nr 19/2013 (221)
    Dzieło polskiego studia Artifex Mundi jest pierwszą częścią trylogii, o czym jednak dowiedziałem się dopiero po skończeniu Wyspy Czaszki. Gry są normalnie w sprzedaży w dystrybucji cyfrowej, więc nigdy bym się pewnie o nich nie dowiedział, jednak The Cursed Heart pojawiło się razu pewnego jako pełniak w CDA. Nie wiedząc za bardzo z czym mam do czynienia postanowiłem kilka dni temu dać grze szansę i razem z narzeczoną zasiedliśmy do komputera i...wchłonęliśmy na kilka godzin:)
    Nightmares from the deep to przygodówka typu hidden ? object. Wcześniej nigdy nie grałem w gry tego typu i sądziłem, że to nie dla mnie, jednak się myliłem. Niewiele mamy tutaj rozmów, cała zabawa polega na znajdywaniu przedmiotów i ich odpowiednim użyciu, jak to w przygodówkach, rozwiązywaniu łamigłówek (całkiem sporo ich w tej produkcji) oraz, co jest specyficzne dla gier tego typu zabawach w ?znajdźki?. Na czym to polega? Mamy ekran z wieloma przedmiotami, ?na dole? mamy listę przedmiotów do znalezienia i trzeba je właśnie wszystkie znaleźć. Kiedy wszystkie znajdziemy w nagrodę dostaniemy przedmiot niezbędny do ?popchnięcia? gry naprzód (zazwyczaj jest to jeden z przedmiotów, które mieliśmy na liście). W NFTD łamigłówki stoją na łatwym bądź średnim poziomie trudności i raczej nikt włosów z głowy rwać sobie nie będzie (inna sprawa że w tym względzie moja ocena nie jest właściwa, gdyż całą grę ?przechodziłem? wraz z narzeczoną, a co dwie głowy to nie jedna). Na wielki plus zaliczam system pomocy. Gra ma zaimplementowaną solucję (nie trzeba więc szukać w necie), istnieje też specjalny przycisk pomocy, dzięki któremu, jeśli utkniemy, gra wskaże nam co robić dalej, jaki przedmiot przegapiliśmy, w skrajnych sytuacjach rozwiąże za nas łamigłówkę. To dobre rozwiązanie, dzięki temu gracz skończy grę i pozna całą fabułę bez bluzgania i zniechęcenia

    Właśnie. Fabuła. Nic o tym nie wspomniałem. W grze wcielamy się w postać właścicielki muzeum, która jest w trakcie przygotowań do wystawy o piratach. Sęk w tym, że najważniejszy eksponat, legendarny pirat, nie jest martwy. Jest nieumarły, a co najgorsze porywa córkę naszej bohaterki i chce ją wykorzystać w rytuale voodoo, by wskrzesić swoją bardzo dawno temu zmarłą ukochaną. Ruszamy więc za piratem by pokrzyżować mu jego niecne plany, przy okazji poznając losy naszego oponenta i jego damy serca. Choć sama fabuła garściami czerpie z opowieści o piratach, w tym z popkultury (patrz:seria filmów ?Piraci z Karaibów?) to jest całkiem fajna i z ciekawością się ją odkrywa. Także technikalia gry są w porządku. Grafika bardzo ładna, nie odstaje od współczesnych przygodówek (mamy widok FPP; poruszanie ?skokowe?, jak np. w Atlantis), bardzo dobrze zostały także podłożone głosy, no a muzyka jest bardzo dobra, znakomicie podkreśla wspaniałą atmosferę gry; szkoda tylko że mamy bodajże trzy utwory na krzyż, gdzie przez większość czasu gry słyszymy jeden utwór i z biegiem czasu się nudzi, ale to na tyle fajna melodia że nie irytuje.
    Nawet jeśli nigdy nie grałeś lub nie przepadasz za grami typu HO, daj tej grze szansę bo naprawdę warto. Ja (ani narzeczona) nie żałuję spędzonego nad nią czasu. Grać!
  21. Iselor
    Tytuł: Ghost in the Shell
    Gatunek: Thriller science fiction (anime)
    Reżyseria: Mamoru Oshii
    Scenariusz: Kazunori Ito, na podstawie twórczości Shirow Masamune
    Zdjęcia: Hisao Shirai
    Muzyka: Kenji Kawai
    Kraj/Rok produkcji: Japonia/1995
    Czas: 83 min.
    Ghost in the Shell przenosi nas do przyszłości, do roku 2029. Świat jest zamieszkiwany zarówno przez ludzi jak i cyborgi. Odróżnić ich można tylko w jeden sposób - ludzie posiadają duszę. Pewnego razu okazuje się jednak, że istnieje pewien haker zwany Władcą Marionetek, który jest zdolny wnikać w ludzki umysł i nim manipulować...
    Tutaj do działania wkracza major Motoko Kusanagi z elitarnej Sekcji 9 - ma za zadanie schwytać owego hakera. Sama Motoko, co ciekawe (podobnie jak jej pomocnik) jest cyborgiem. I właśnie dzięki temu, że główna bohaterka to nie do końca człowiek film nabiera szczególnego wydźwięku. Przez cały czas Motoko zastanawia się czy ona, cyborg, ma duszę? Czy sama świadomość bycia żywą, samodzielną, świadomą własnego "ja" istotą, różniącą się od innych, określa ją jako istotę w pełni... żywą? Ghost in the Shell to film o wielu różnych możliwościach interpretacji, przeznaczony dla specyficznego odbiorcy.
    Ghost in the Shell to obraz przedstawiający nam o wiele bardziej prawdopodobny obraz przyszłości niż Akira. Wszechobecne komputery kontrolują każdy aspekt życia, mało który człowiek nie ma mechanicznie zmodyfikowanych przynajmniej niektórych narządów, a sama możliwość wnikania do pamięci człowieka bardzo przypomina Matrixa. I faktycznie, gdyby nie Ghost in the Shell, Matrix prawdopodobnie nigdy by nie powstał (przyznali to bracia Wachowscy). Ofiary Władcy Marionetek to ludzie nie pamiętający swojej przeszłości, a fikcyjne zdarzenia "zaprogramowane" w ich mózgach traktują jako coś w 100% pewnego. Oglądając scenę w której naukowiec tłumaczy kierowcy śmieciarki (którego pamięć została zmodyfikowana i który został wykorzystany przez Władcę Marionetek do jego osobistych celów), że nigdy nie miał ani żony ani córeczki i od dziesięciu lat naprawdę sam mieszka w kawalerce może przyprawić o... chwilę zakłopotania, współczucia dla tego faceta i chwili refleksji: co by było gdyby coś takiego było możliwe dzisiaj? Manipulacja ludzką psychiką, pamięcią, zachowaniem. To pewnie wkrótce nastąpi, prędzej czy później. Musimy uważać. A tym bardziej muszą uważać nasze dzieci i wnuki. Za ich życia komputeryzacja i rozwój prac nad Sztuczną Inteligencją może okazać się zagrożeniem dla ludzkości. I Ghost in the Shell przed tym ostrzega.

    Może się okazać że program, wirus, SI, czy jak to sobie nazwiecie, uzyska świadomość i zacznie się określać jako żywa istota. Skoro ma świadomość własnego "ja" to dlaczego ma nie być traktowany jako żywy organizm, nowy gatunek? No bo co nas ludzi, upoważnia do nazywania siebie istotami żywymi? Czym jest życie? Za pewnego rodzaju program można przecież uznać nasze DNA! Te problemy także są tematem rozważań bohaterów Ghost in the Shell.
    Gorąco polecam ten film wszystkim miłośnikom dobrego kina, najlepiej jeśli lubią podczas filmu jak i po nim, trochę pomyśleć i zastanowić się nad fabułą i przesłaniem, które w sobie niesie.
    Jest to widowisko dobre także dla tych, którzy mangi nie lubią - podobnie jak w Akirze nie uświadczymy tu wielkich oczu, itp. Dźwięk także stoi na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza muzyka. Ta, chociaż pojawia się tylko w wybranych momentach posiada znakomity klimat pasujący do filmu, jest spokojna, zmuszająca do chwili zastanowienia. Jednym słowem: świetna!
    Zastrzegam jednak, że nie jest to film przy którym dobrze jest się wyluzować. Trudno jest przy nim z kimś rozmawiać, czytać i "jednym okiem" oglądać. Trzeba się przy nim maksymalnie skupić aby dokładnie wszystko zrozumieć i niczego nie przeoczyć. Dla pewności, dobrze jest go obejrzeć chociaż dwa razy.

    PS. Dziś, po kilku latach od napisania tej recenzji (i bardzo delikatnych, kosmetycznych modyfikacjach) mogę się pod nią bez oporu podpisać. Ghost in the Shell pozostał moim ulubionym filmem science ? fiction, ba, chyba ulubionym filmem w ogóle. Oglądam go raz do roku bo po prostu go lubię do tego stopnia:) Absolutny klasyk i arcydzieło. Film doczekał się sequela zatytułowanego Ghost in the Shell 2: Innocence, który jednak jest już ?tylko? bardzo dobrym sf.
  22. Iselor
    O Neverwinter Nights w swoim czasie napisano wiele, jednak biorąc pod uwagę że gra miała premierę prawie 15 lat temu, warto przypomnieć, zwłaszcza młodszym graczom tego klasycznego już erpega.
    Gra nie miała łatwo od początku. Prawie w tym samym czasie premiery miały dwie inne gry czyli Icewind Dale II i Morrowind. Podobnie jednak jak dzieło Black Isle, gra Bioware opierała się na trzeciej edycji Dungeons & Dragons (a to były lata świetności tak D&D jak i książek i ogólnie świata Forgotten Realms), w dodatku była pierwszym tytułem opartym o ten system w grafice 3D. Swoje robiła też nazwa twórców: Bioware, czyli panowie od Baldurs Gate. Nie mogła nie odnieść sukcesu.
    Początkowo jednak gracze mieli do gry mieszane odczucia. Grafika faktycznie się podobała (dzisiaj się zestarzała, ale godnie), system D&D do dziś pozwala na kombinacje i wielokrotną zabawę. Fabuła jednak daleko odstępowała od tego do czego Bioware przyzwyczaiło. Ot, złe siły rzuciły na miasto Neverwinter zarazę. Grupa uczniów, wśród nich gracz, szkolonych na bohaterów, wybrańców Lady Aribeth, Paladynki Tyra, ulubienicy Lorda Nashera, ma odnaleźć lekarstwo na zarazę i zwalczyć zło.

    Ot i tyle. To i wydarzenia z początku gry (bez spojlerów), pozbawione większej logiki (każdy kto grał wie co mam na myśli) nie zachęcają. Jednak wraz z rozwojem wydarzeń fabuła nabiera rumieńców i staje się coraz ciekawsza. Oprócz questa głównego, który się wielce przekształca w trakcie gry, czeka na nas kilkadziesiąt zadań pobocznych. To zdecydowanie wydłuża zabawę. Jedną z rzeczy w Neverwinterze, które bardzo lubię to to, że dane nam będzie zwiedzić różne ciekawe miejsca (to co każdy fan D&D lubi najbardziej: lasy, góry, jaskinie, lochy, grobowce etc.) tłukąć przy okazji po pysku sporą część monstrów z Księgi Potworów dla D&D;) Od goblinów, przez orki, dzikie wierzęta, trolle, nieumarłych wszelkiej maści na smokach skończywszy. Druga rzecz za którą kocham NWN to to o czym już pisałem wcześniej czyli mechanika. Klasyczne dla tego systemu rasy i klasy, mnóstwo atutów, umiejętności i czarów czyli wszystko co erpegowiec kocha najbardziej. Najlepiej zainstalowac od razu Diamentową Edycję, czyli pakiet zawierający NWN wraz z dwoma oficjalnymi dodatkami. Zapewni to od razu dodatkowe atuty i umiejętności, klasy prestiżowe, monstra, czary, portrety – do wykorzystania także w „podstawce”. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie by każdy tytuł kupić osobno i instalować po kolei

    Pierwszym z dwóch dodatków dla NWN jest Shadows of Undrentide. Ten również fabułą nie zachwyca, gdyż znów mamy motyw zatrucia, aczkolwiek nie całego miasta, a naszego Mistrza. Teraz więc ratujemy jedną osobę. Jednak miałkość fabuły SoU nadrabiają fajne lokacje – najpierw lądujemy na Dalekiej Północy i dostajemy klimat a la Icewind Dale, później trafimy na (spojler, sorry) Pustynię Anauroch. SoU to fajny dodatek, klimatyczny (na początku wg mnie bardziej niż pod koniec, ale co tam), tylko szkoda że trochę krótki. Jednak jest jeszcze drugi, dłuższy i trudnijszy dodatek, przeznaczony dla potężniejszych postaci (tak od 15 poziomu w górę). W Hordes of Underdark będziemy musieli zejsć do ponurej krainy Podmroku, znajdującej się pod powierzchnią Fearunu i zmierzyć się z Drowami/Mrocznymi Elfami, Łupieżcami Umysłów, Beholderami/Obserwatorami czy najpotężniejszymi z diabłów. HoU to dodatek bardzo klimatyczny i dosyć trudny (końcowego bossa nie każdy w walce dał radę pokonać).
    Kupić osobno lub w pakiecie Neverwinter Nights: Diamentowa Edycja można także pakiet najlepszych przygód (modów) stworzonych przez graczy o nazwie Kingmaker. Nie jest to rzecz obowiązkowa, ale jeśli komuś będzie mało Neverwintera, to czemu nie, zwłaszcza że niektóre z przygód od graczy fabularnie są nawet lepsze od rzeczy stworzonych przez twórców gry (choć są to przygody krótkie, na góra kilka godzin).
    Neverwinter Nights – koniecznie z dodatkami – to pozycja obowiązkowa dla każdego fana cRPG. Jeśli nie znasz tej pozycji, kupuj koniecznie!
     
  23. Iselor
    Seria moich tekstów opisujących gry rzadkie, stare i/lub mało znane.
    Diablo
    Wojna między Piekłem a Niebem trwa w najlepsze. W dodatku w Piekle dochodzi do buntu. Cztery pomniejsze demony, Duriel, Andariel, Belial i Azmodan wygnały Diablo, Mefista i Baala, dotychczasowych władców, do Sanktuarium, czyli świata ludzi. Gdziekolwiek wygnańcy się pojawili, siali śmierć i zniszczenie. W końcu grupie magów, pod przewodnictwem archanioła Tyraela, udało się uwięzić Piekielną Trójcę w potężnych Kamieniach Dusz. Diablo został uwięziony głęboko w katakumbach pod klasztorem w miasteczku Tristram i tam przez wieki był pilnowany. Niestety, klasztor zaczął popadać w ruinę, a ludzie zapominali o Złu, które było tak blisko nich. W końcu Diablo przejął siłą swej woli umysł arcybiskupa Lazarusa i uczynił go swym sługą. Lazarus przyprowadził do katakumb syna króla Leorica, a Diablo przejął jego ciało i zaczął przygotowywać armię do podboju powierzchni. W tym momencie do akcji wkracza gracz. A dokładniej przybywa do Tristram, aby powstrzymać Diablo. Tak właśnie wygląda fabuła pierwszej części Diablo (w wersji super skróconej), dla tych, co jej nie znają i dla tych, co zapomnieli. Gracz ma do wyboru trzy postacie: Wojownika z ziem Khanduras, Łuczniczkę (lub lepiej: Łotrzycę - w drugim Diablo to takie fajne kobietki z łukami w pierwszym akcie, które mogą nam towarzyszyć) oraz Maga (klan Vizjerei). Postacie są tylko trzy, wybór nie wpływa w żadnym stopniu na fabułę, ale granie każdą z nich wymaga zupełnie innego podejścia.
    Biorąc pod uwagę fakt, że w grze nie można biegać, wojownik może mieć duże kłopoty z pokonaniem wrogów atakujących z dystansu, jednak z tymi walczącymi w zwarciu daje sobie radę bez problemu. Oczywiście, najlepiej "robi" mieczami, toporami i innym żelastwem, ale czarów to on sobie nie za bardzo poużywa, a i z łuku strzela przeciętnie. Należy jednak pamiętać, że najlepsze zbroje i bronie są przeznaczone właśnie dla Wojownika. Wojownik potrafi naprawiać zniszczony ekwipunek.
    Łuczniczka to moja ulubiona postać. Strzela z łuku szybciej niż Legolas i Robin Hood razem wzięci, w dodatku posiada nieograniczoną ilość strzał, więc można szaleć. Niestety, gdy używa łuku, jest bardziej podatna na ciosy, bo nie ma tarczy. Jednak zawsze gdy dochodziło do walki w zwarciu, szybko zmieniałem broń na miecz/ buławę/ cokolwiek innego do walki wręcz oraz tarczę i tak uzbrojony walczyłem, Łuczniczka bowiem radzi sobie całkiem nieźle używając wszelkiego typu broni jednoręcznych jak miecze, maczugi itp. Specjalną zdolnością Łuczniczki jest wykrywanie pułapek.
    Ostatnią z postaci jest Mag. Nie jest to postać dla początkujących. Facet na początku ma wielkie problemy z przeżyciem, z powodu beznadziejnych umiejętności walki i bardzo małej ilości punktów życia. Jednak, gdy już uda się zdobyć mocniejsze zaklęcia, Mag sieje spustoszenie! Naprawdę, nie chciałbym, aby moja biedna Łuczniczka stanęła do walki z równopoziomowym Magiem... Magowie posiadają zdolność regeneracji ładunków w magicznych laskach.
    Od strony graficznej gra prezentuje się jak na dzień dzisiejszy średnio, ale jak dla mnie (i nie tylko dla mnie), grafika w pierwszym Diablo jest o wiele bardziej czytelna niż w dwójce. Ładnie wykonana wioska Tristram, postacie i potwory. Mam zastrzeżenie jedynie do niektórych poziomów lochów oraz wyglądu wszelkich rzeczy na postaciach. Niestety, to nie Diablo 2, gdzie każda tarcza czy miecz wygląda na naszej figurce zupełnie inaczej. W tej grze występują tylko trzy rodzaje wyglądu postaci w zależności od rodzaju noszonego pancerza (lekki, średni, ciężki), trzeba jednak przyznać, że każdy z nich (zwłaszcza ostatni) jest miły dla oka.
    Na szczególną uwagę zasługuje oprawa dźwiękowo-muzyczna. Dźwięki zostały opracowane naprawdę porządnie, natomiast muzyka to istna perełka, powodująca, że mroczny klimat staje się jeszcze bardziej straszny i aż ciarki na plecach przechodzą. Wiele nowszych produkcji może zazdrościć Diablo klimatu i tzw. "replayability", czyli sprawienia, że gracz po skończeniu gry, będzie chciał grać jeszcze, albo tą samą postacią od początku (zwiększając tym samym jej poziom i zdobywając artefakty) albo sprawdzić w boju inną klasę.
    Niestety, największą wadą gry jest właśnie jej długość. Na skończenie gry jedną postacią potrzeba czasu od kilku do kilkunastu godzin. Diablo to znakomita gra na wyluzowanie i odpoczynek od skomplikowanych fabularnie gier typu Planescape: Torment czy Morrowind (choć to oczywiście wybitne tytuły). Diablo to najlepszy przedstawiciel (pomimo upływu lat) action-RPG/ hash'n'slash, klimatem o wiele przewyższa serię Dungeon Siege czy nawet swojego młodszego (aczkolwiek bardzo dobrego) brata.
    Plusy:
    + klimat
    + muzyka
    + wciąga jak mało który tytuł
    + duża ilość przedmiotów
    Minusy:
    - krótka
    - mało zadań pobocznych
    Moja ocena: 9,5/10
    Hellfire
    Po wydaniu Diablo, gracze oczekiwali dodatku. Blizzard jednak nie kwapił się z tym zadaniem, koncentrując się na innych projektach. Pracę na dodatkiem do Diablo rozpoczęła więc Sierra, firma odpowiedzialna za takie hity, jak np. Gabriel Knight czy Betrayal at Krondor. W 1997 roku Hellfire ujrzał światło dzienne.
    Oczywiście fabuła nie uległa żadnym istotnym zmianom. Naszym głównym wrogiem wciąż jest Diablo, ale zabić musimy też innego Demona: Na - Krula. W tym celu musimy udać się do dwóch nowych lokacji: Gniazda oraz Krypty. I tu niestety pojawił się pierwszy i na szczęście jedyny "zgrzyt". Od razu po wejściu do Gniazda widać, że zupełnie inni ludzie robili ten dodatek. Grafika jest znacznie brzydsza w tych lokacjach. W dodatku samo Gniazdo podzieliło graczy. Wygląda bowiem niczym kolonia obcych z cyklu filmów Alien. A i same potwory je zamieszkujące przypominają kosmitów rodem z filmów science fiction i nie ukrywają swoich zamiarów wobec Ziemian, które bynajmniej przyjazne nie są. Trzeba jednak przyznać, że lokacja pomimo słabej grafiki ma swój klimat, który jednak nie każdemu musi przypaść do gustu. Po przejściu Gniazda mamy dostęp do nowej lokacji: Krypty. Ta jest znacznie bardziej zbliżona klimatem do tego, co oferuje nam oryginalne Diablo, czyli ponury gotycki nastrój. Walki też toczymy z potworami rodem z fantasy, a nie sci-fi. Tutaj też przyjdzie nam się zmierzyć z Na-Krulem, którego celem jest uzbieranie mocy i pokonanie samego Diablo. Trzeba mu w tym przeszkodzić!
    Poza dwoma lokacjami dostajemy oczywiście nowe przedmioty, a także nowe zaklęcia (np. Apokalipsa, której używa sam Diablo, atakująca wszystkie potwory wokół, nie zważając na ich odporności, czy Mana Shield, regenerująca manę). Nie są to jednak rzeczy aż tak istotne, by zajmować się nimi dłużej, najważniejsze jest to, że Hellfire daje nam trzy nowe postacie! Pierwszą z nich jest Mnich. Bardzo dziwna postać, niezwykle ciężka w prowadzeniu, wielu graczy jej nie lubi. Mnich bowiem zdecydowanie lepiej radzi sobie w szmacie i walcząc gołymi pięściami, niż z dużym mieczem i w zbroi płytowej. Taka jest jednak jego natura. Myślę że to dosyć dobre skrzyżowanie Wojownika i Maga. Mnisi łatwiej odnajdują ukryte przedmioty - to ich umiejętność specjalna. Druga postać (ukryta przez twórców gry, na końcu recenzji podaję info jak ją odsłonić) to Bard. Wygląda jak Łuczniczka, ale walczy zupełnie inaczej. Jej specjalizacją jest bowiem walka dwiema brońmi! Mimo że jest przez to narażona ciosy, zadaje niesamowite obrażenia dzierżąc dwie bronie. Potrafi także identyfikować magiczne przedmioty. Trzecia postać, również ukryta, to barbarzyńca. Wygląda jak Wojownik, ale jest od niego zdecydowanie silniejszy i wytrzymalszy, w dodatku owe statystyki może podnieść wpadając w szał. Wadą barbarzyńcy jest to, że punkty Energii tej postacii wynoszą 0. ZERO! Można je podnieść tylko za pomocą przedmiotów! Nadrabia to jednak tym, że otrzymuje 1% odporności na poziom.
    Warto też dodać, że grać możemy na trzech poziomach trudności: Normal, Nightmare i Hell. I to już od samego początku! Oczywiście różnią się stopniem siły i wytrzymałości potworów, a także jakością przedmiotów, tak jak w drugim Diablo.
    Hellfire to świetny dodatek do Diablo, bez którego nie wyobrażam sobie grania w tę grę. Każdy fan Diablo musi mieć go w kolekcji.
    Plusy:
    + nowe zaklęcia, potwory i przedmioty
    + trzy nowe klasy postaci
    + dwie nowe lokacje
    + dodatkowe zadania
    Minusy:
    - grafika w nowych lokacjach
    Obiecana porada:
    Otwórz w folderze z grą plik command.txt. i wpisz w nim:
    cowquest - nowe, ukryte zadanie;
    theoquest - jw.;
    multitest - można grać w sieci;
    barbariantest - można grać barbarzyńcą;
    bardtest - można grać bardem.
    Linia musi wyglądać tak:
    cowquest;theoquest;bardtest;barbariantest
    Moja ocena: 8,5/10



  24. Iselor
    Piterk95 napisał krótki tekst o sensie życia, więc tutaj w moim osobistym wpisie nieco się do tego ustosunkuję.
    Czym jest dla mnie sens życia? W ogólnym uproszczeniu mógłbym napisać, że jest to takie przeżycie życia, żeby tuż przed śmiercią nie żałować tego jak żyliśmy;) Jednak bardziej szczegółowo?
    Dla mnie osobiście pierwszą ważną kwestią jest żałożenie rodziny. 27 lat skończę w sierpniu, z dziewczyną jestem już ponad trzy lata, powoli myślę o zaręczynach. Chciałbym za jakieś trzy lata być już po ślubie, mieszkać "na swoim" i może, hm, postarać się o potomków;) Podobno facet powinien w życiu postawić dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Cóż, drzewa nie potrzebuje do szczęścia, dom wolę kupić niż budować, ale z synem powinno się udać No, chyba, że będą same córki, ale smutny z tego powodu bardzo nie będę
    Co dalej? Z Kubą Wojewódzkim jest mi dosyć daleko poglądowo, ale zgadzam się z jego stwierdzeniem że Człowiek bez pasji jest jak inwalida trzeciej grupy.Pasję - przynajmniej jedną - wg mnie człowiek mieć musi. Ja sam mogę powiedzieć że mam dwie wielkie pasje i kilka małych;) Gry komputerowe, książki, polityka, fantastyka, religioznawstwo, filozofia. Te dwie ostatnie, mi agnostykowi, pozwalają zbliżyć się choć minimalnie, do poznania tzw. Prawdy, sensu życia, sensu istnienia świata.
    Innym celem życia jest tak zwany rozwój własnej osobowości. Po pierwsze rozwój przez wykształcenie. Jednak uważam, że w dzisiejszym świecie, człowiek, który studiuje by mieć pracę, jest niepoważny. Dzisiaj studiuje się dla pasji. Dlatego po licencjacie z kulturoznawstwa idę zaraz na uzup. magisterskie z politologii. Nie dla pracy, bo nie mam złudzeń, ale dla pasji. Nie obchodzi mnie zbytnio co inni (w tym pracodawcy) myślą o takim wyborze studiów (później marzy mi się podyplomowe religioznawstwo). Robię to tylko sam dla siebie. Bowiem - po drugie - rozwój zawodowy czy też inaczej praca - jest dla mnie tylko środkiem do zdobycia pieniędzy potrzebnych do realizacji ww. celów. Ale nie traktuję pracy jako celu samego w sobie. Chyba że zostanę politykiem, wtedy może uda mi się działać nie tylko dla siebie ale dla innych. I piszę to jak najbardziej poważnie:)
    Ciekawi mnie czy uwas wygląda to tak samo czy trochę inaczej:)
  25. Iselor
    Tytuł: Śnieżka
    Gatunek: Dramat/Niemy
    Reżyseria: Pablo Berger
    Scenariusz: Pablo Berger
    Zdjęcia: Kiko de la Rica
    Muzyka: Alfonso Vilallonga
    Kraj/Rok produkcji: Belgia, Francja, Hiszpania/2012
    Czas: 98 min.
    Może się wydawać, że pewne tematy są już wyeksploatowane i nic nowego wymyślić się nie da, a każda próba stworzenia nowej wersji starego dzieła musi spalić na panewce. Królewna Śnieżka braci Grimm wydaje się być właśnie takim przykładem, dzieła, zekranizowanego tak w wersji aktorskiej jak i animowanej wiele razy i to nawet na dziwne acz ciekawe sposoby (patrz: Królewna Śnieżka i łowca) .
    Jednak hiszpański reżyser Pablo Berger tę klasyczną baśń odkrywa na nowo i doskonale znaną wszystkim historię prezentuje w nowej, zaskakującej formie.
    Nie ma magicznego królestwa. Jest Hiszpania lat 20 i 30 XX wieku. Nie ma króla, ale za to jest torreador, Antonio Villalta (Daniel Giménez Cacho), jeden z najlepszych w swoim czasie. Torreador, który uległ wypadkowi (żona w tym samym czasie umiera przy porodzie córki), a opiekę nad nim sprawuje pielęgniarka/Grimmowska Królowa (w tej roli znakomita Maribel Verdú, którą możecie pamiętać z roli Mercdes w Labiryncie Fauna). Oczywiście nie zależy jej na torreadorze, którego poślubia, tylko na jego majątku. A jedyną tak naprawdę przeszkodą do całkowitego szczęścia chciwej kobiety jest córka Antonio ? Carmen/Śnieżka (Macarena García). To co się wydarzy dalej jest w zasadzie zgodne z baśniową wersją,ale...

    No właśnie. Berger znaną nam historię nie tylko przenosi w przyszłość- do XX wieku. Kolejną rzeczą, którą robi jest...powrót do przeszłości. Przeszłości kina. Oglądając Śnieżkę mamy wrażenie cofnięcia się w czasie za sprawą użytej techniki filmowej. Film bowiem nie tylko jest niemy, ale też czarno-biały. Zamiast dialogów aktorów mamy więc ich tekst w ramce niczym w początkach kinematografii, zamiast dźwięków świata przedstawionego ? znakomitą muzykę w jakże hiszpańskim klimacie (flamenco!) Berger także często zaskakuje rozwiązaniami fabularnymi; niby wszystko się zgadza z oryginalnym pierwowzorem, ale pewne wydarzenia (np. wywóz Carmen do lasu przez kochanka macochy, w bajce: Śnieżki przez Myśliwego czy zakończenie, którego nie chcę zdradzać) i postacie (np. krasnoludki) mogą nie raz zaskoczyć widza.

    Berger stworzył filmową ucztę ? ze znakomitymi rolami Garcii i Verdu, znakomitą muzykę, ciekawą koncepcją przedstawienia znanej historii. To po części dramat, trochę komedia, trochę kino przygodowe w konwencji czarno-białego kina niemego. Dla każdego spragnionego filmowych wrażeń najwyższej próby. Jednak raczej nie znajdziecie tego filmu w wielkich multipleksach. Szukajcie w małych kinach studyjnych.
×
×
  • Utwórz nowe...