Skocz do zawartości

Iselor

Forumowicze
  • Zawartość

    1293
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    2

Wpisy blogu napisane przez Iselor

  1. Iselor
    Tytuł: Pillars of Eternity
    Gatunek: cRPG
    Platformy: Windows|Linux|Macintosh
    Twórcy: Obsidian
    Rok wydania: 2015
    Dwa miesiące minęły od premiery Pillars of Eternity. Przez ten czas zdążyliśmy ochłonąć, przeczytać pierwsze recenzje i opinie graczy. W międzyczasie pojawiły się łatki niwelujące horrendalną ilość bugów. Co ciekawe, udało mi się odpalić i grać (tak na oko skończyłem ¾ gry) na systemie Windows XP z 3,25 GBRam. Co prawda gra czasem ?wykrzacza? do windy ,ale mówi się trudno; nauczyłem się przez to cierpliwości do tej gry i zapisuję stan gry co kilka minut. To co przeczytacie tutaj to bardziej wrażenia, opinia może nie do końca szczegółowa, recenzją radzę tego nie nazywać

    Zacznijmy od początku. System tworzenia i rozwoju postaci czyli mechanika. W zasadzie amy do czynienia z kalką D&D, trochę zmian kosmetycznych, trochę inne nazwy, czasem inne właściwości, ale nieznacznie. Ukłon w stronę graczy wychowanych na klasykach Black Isle i Bioware. Tak więc ci którzy grali w te gry nie mają problemu e stworzeniem swojego bohatera, zwłaszcza że sporo klas i ras w zasadzie jest ta sama, ew. pod innymi nazwami:) Dla mnie to zaleta, bo czuję że wróciłem na stare śmieci. I to pomimo tego że świat stworzono od zera. Początkowo wydaje się że to klasyczne fantasy, ale realia świata przedstawionego (choćby występowanie prochu i broni palnej czy specyficzna architektura budowli) sugerują że mamy bardziej do czynienia z XVI wiekiem w konwencji fantasy niż ze starożytnością czy wczesnym średniowieczem.
    Skopiowano niejako mechanikę, skopiowano interfejs. I po raz kolejny jestem zadowolony. Wszelkie ikonki w czasie gry, ekran ekwipunku czy karty postaci są także zbliżone do tego co dostawaliśmy w Baldurach czy Icewindach. Cóż, człowiek lubi to co zna:)
    Zaskoczeniem było jednak coś innego. Opisy sytuacji rodem z Tormenta i równie zaawansowane dialogi. To co mi się tu spodobało to fakt, że bardzo często opcje dialogowe zależne są od naszej klasy, rasy, pochodzenia, intelektu, stanowoczości, reputacji i innych czynników.
    Narazie piszę o plusach i o plusach pisać dalej będę. To co jeszcze podoba mi się w PoE to fabuła. Dosyć skomplikowana, porusza kwestię natury filozoficznej czym jest życie, kwestię duszy (zwłaszcza że w tym świecie dusze to element bardzo istotny, bowiem wprowadzono tu koncepcję dalekowschodniej reinkarnacji), tego czy istota żyjąca może żyć bez niej, w zaowalowany sposób mamy tu ?przemycony? problem aborcji. Całość nie jest tak ?ciężka? jak w Tormencie czy Falloutach (ok, Fallouty nie miały ?ciężkiej? fabuły, ale klimat tak), ale nie jest to też wesołe hasanie po łące jak w Baldurach czy Drakensangach. I mi takie coś pasuje bo to jest ?złoty środek? jakiego oczekiwałem od cRPG (?lekkość? Baldura jest irytująca, zaś ?ciężkość? Tormenta sprawia.że niezbyt mam ochotę grać w niego drugi czy n-ty raz). Nie będę tu zdradzał wątku głównego, bo ci którzy nie grali muszą go odkryć samemu. Natomiast słowo o questach pobocznych. Świetnie zrobione. To nie są ?zapychacze? w rodzaju ?O dobry panie! Zgubiłem w krzakach mój zardzewiały miecz! Poszukaj go, a w nagrodę dam ci 300 sztuk złota i magiczną zbroję!?. Tutaj każdy quest poboczny jest starannie wykonany, zazwyczaj wiąże się z przynajmniej dwoma możliwościami jego wykonania, spora ich część ma także wpływ na naszą reputację w różnych miejsach zwiedzanego świata.

    No a ów świat zwiedzamy nie sami! Towarzyszy możemy mieć pięciu. I tu miła niespodzianka. Towarzysze dołączają do nas w trakcie gry, dyskutują z nami, wypełniamy też questy z nimi związane. To tacy towarzysze fabularni jak np. Viconia w Baldurze. Jednak jeśli stwierdzimy że bohaterowie dołączalni niezbyt nam pasują umiejętnościami czy charakterem wybieramy się do karczmy. A tam za drobną opłatą możemy wynająć Poszukiwacza Przygód. Owe wynajęcie polega na tym, że tworzymy nowego herosa do drużyny od podstaw, tak jak w np. Icewind Dale. Tak więc mamy trzy możliwości:
    a. gra z bohaterami stworzonymi przez twórców gry, którzy będą z nami dyskutować, pomagać nam w zadaniach itp. i którym my będziemy pomagać;
    b. gra z bohaterami stworzonymi przez nas, którzy jednak będą tylko z nami tylko podróżować i walczyć;
    c. wariant mieszany, czyli bohaterowie i tacy i tacy:)
    Sam wybrałem wariant trzeci, aczkolwiek u mnie czterech towarzyszy było już gotowych, fabularnych, zaś tylko jednego stworzyłem by towarzyszył mi do końca gry (ale to taka moja druga metapostać, którą gram w erpegi, tyle że kobieta); co prawda stworzyłem jeszcze jednego bohatera w karczmie, ale towarzyszył mi tylko przez chwilę, wkrótce go odesłałem.
    Jeszcze jeden plus związany z towarzyszami: w grze nie ma romansów! I całe szczęście, bo dzięki temu mogę skupić się na fabule a nie na tym kto i dlaczego chce ze mną iść do łóżka i czy aby przypadkiem to nie jest osoba tej samej płci;)
    No i teraz przechodzimy do walki, bo od tego są też towarzysze. Mamy do czynienia z systemem z aktywną pauzą, znanym nam z np. Baldura. To co jest tutaj na plus to to, że gra przy każdej walce automatycznie pauzuje. Ale też tu pojawia się zonk. Brak skryptów w wyniku czego po rozpoczęciu walki musimy naszym herosom wskazać wszystko co mają robić bo inaczej będą stać jak kołki. Ok, gdy już wroga ubiją, automatycznie pobiegną zaatakować najbliższego, ale uważam to za spory minus, zwłaszcza że nad kapłanem czy magiem trzeba mieć i tak ciągłą kontrolę.
    Przejdźmy dalej. Do technikaliów. Graficznie tej grze bliżej do Tormenta niż do Drakensanga. Mogą więc dziwić relatywnie wysokie wymagania sprzętowe, gdy spojrzymy na grafikę. Z drugiej strony tak wg mnie powinny wyglądać współczesne cRPG: z grafiką ładną, czytelna ale prostą, bez fajerwerków, by więcej czasu twórcy poświęcili na takie rzeczy jak świat, mechanika, fabuła, questy, bohaterowie, etc.
    Muzyka? Czasem wydawało mi się że słyszę mixy z Baldura czy Icewinda:) Utwory są fajne, klimatyczne (zapadł mi w pamięć głównie utwór z menu głównego), tylko szkoda że jest ich mało, często się powtarzają.
    Wad większych nie zauważyłem ? mógłby się co prawda doczepić bzdur typu brak możliwości zaznaczenia samemu czegoś na mapie, ale po co? To i tak nie przysłoniłoby wielkości gry. Jednak czasem czytałem opinie dziwnie negatywne. Że niby nic się nie dzieje. Cóż, chyba graliśmy w inne gry:) Że sprzęt się wala? Według mnie to zaletai wysoki realizm rozgrywki. Jakże często w cRPG zabijałem wroga i nie mogłem go ograbić z posiadanego przez niego sprzętu bo gra takiej możliwości po prostu nie dawała? Za dużo śmieci? Nie zbierasz i już, nie widzę problemu. Nie rozumiem także zarzutu że bohaterowie którzy do nas dołączają nie są dopracowani. Może trochę racja, ale biorąc pod uwagę rozmach gry...I tak uważam że poziom wykonania towarzyszy w PoE przewyższa w zasadzie wszystko co dostaliśmy w cRPG, będąc na równi z Baldurs Gate 2 i tylko minimalnie ustępując Tormentowi.

    Osobiście zaliczam Pillars of Eternity do grona erpegów wybitnych i najlepszych. Już bez top list, ale to jest gra którą stawiam obok takich tytułów jak Baldurs Gate 2, Diablo, Planescape Torment, Might and Magic VI: Mandate of Heaven, Might and Magic VII: Za Krew i Honor czy Vampire the Masquarade Bloodlines. Nie rozumiem jednak porównań do pierwszego Baldura (przereklamowanego), który próby czasu nie przetrwał, to jeszcze jest grą pod niemal każdym względem inną od i zdecydowanie gorszą od Pillars of Eternity. Zdaję sobie jednak sprawę że w świecie zdominowanym przez casuali i gry akcji, nie zdobędzie ona tylu fanów jak gry o charakterze zręcznościowym, każualowym jak Wiedźmin 3, Dragon Age Inkwizycja czy Skyrim. Jednak ci, którzy grali w gry Black Isle czy starego Bioware powinni powitać Pillars of Eternity jak starego dobrego znajomego. Z jednym zastrzeżeniem: wielu ludzi oczekiwało po tej grze że to będzie Baldurs Gate 3. Błąd. To zupełnie inna gra. Jednak ja dostałem to czego oczekiwałem.

  2. Iselor
    Avalon Classic
    LK Avalon jest firmą ważną dla polskiej branży growej. Dali nam w swojej historii mnóstwo gier na Amigę i na PC, w tym tak zasłużone tytuły jak A.D. 2044, Schizm czy REAH. Jednak przez długi czas firma stawiała bardziej na ilość niż na jakość gier, więc spod ich skrzydeł i twórców, którzy wydali poprzez nich swoje gry, wyszło sporo tzw. crapu. LK Avalon oprócz produkcji gier zajmowała się także dystrybucją tytułów zagranicznych. W 1996 roku firma wydała dwa pakiety: Avalon Classic 1 oraz Avalon Classic 2. Łącznie kilkanaście tytułów będących zarówno autorskimi projektami ludzi z Avalonu (czasem PeCetowymi konwersjami gier z Amigi) oraz gier przez nich dystrybuowanych (głównie na dyskietkach). Po kilku latach poszukiwań udało mi się znaleźć płytę z Avalon Classic 1; Avalon Classic 2 niestety już nie. Pomimo ?poruszenia Nieba i Ziemi? (giełdy, stare sklepy komputerowe, wszelkie aukcje, a nawet kontakt z ludźmi z LK Avalon) nie udało mi się znaleźć drugiej części składanki i obawiam się, że po prostu płyty z obiema częściami Avalon Classic pokonał czas (zostały wyrzucone, zutylizowane, być może jakieś ostatnie egzemplarze leżą w zapomnianych przez bogów miejscu). Możliwe też, że mój egzemplarz Avalon Classic 1 jest ostatnim istniejącym, ale mam nadzieję że nie. Miałem w tym odcinku Pereł z lamusa pisać o czymś kompletnie innym, ale po lekturze Nie tylko Wiedźmin... naszło mnie na polskie gry a ten odcinek przybliży Wam zapomniane przez ludzi tytuły, które walają się gdzieś w otchłani serwisów abandonware (uważam że zasadne jest archiwizowanie starych gier nawet w ten sposób, jeśli alternatywą ma być zniknięcie gry ze świata; tyczy się to wg mnie zwłaszcza polskich gier, z których dystrybucją zawsze było gorzej niż z zagranicznymi tytułami). Przy każdej grze spodziewajcie się raczej krótszego lub dłuższego opisu, nie szczegółowej recenzji.
    Avalon Classic 1
    Niestety, miałem problem z uruchomieniem gier International Soccer (piłka nożna), Karzeł (platformówka), Funny Fruits (logiczna) oraz The Machines (wyścigi). Cóż, D-Fend Reloaded nie jest widać doskonały. Pierwszy tytuł stworzył Zeppelin Games, dwa kolejne tytuły są dziełami LK Avalon, ostatni zaś jest tworem Merit Studios. W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego jak po prostu wspomnieć o istnieniu takich produkcji. Może ktoś z Was kiedyś je uruchomi i opisze ?
    Arnie II
    Pierwsza część gry Arnie nigdy nie pojawiła się na PC. W obu główny bohater (i sam tytuł gier) wzorowany jest na Arnoldzie Schwzeneggerze. Nawet sam ludek, którym kierujemy nieco rzeczywistego Arniego przypomina:) Niestety, ta dwuwymiarowa strzelanka z widokiem z góry jest dziś kompletnie niegrywalna. Koszmarna grafika z 1992 i równie paskudny dźwięk mogą być zrozumiałe nawet dla młodszych graczy, jednak prymitywizm rozgrywki: już nie. Nasi wrogowie bowiem nie posiadają nawet krztyny SI. Stoją jak kołki i strzelają w jeden punkt nawet gdy stoimy obok nich lub biegają bez ładu i składu i strzelają gdzie popadnie. Po kilkunastu minutach ?walki? z takimi przeciwnikami człowiekowi się odechciewa grać. Grę należy traktować jako ciekawostkę archeologiczną i tylko tyle. Być może na początku lat 90-tych granie w to sprawiało frajdę, dzisiaj zaś jest pozbawione jakiegokolwiek sensu.
    Operation Combat II
    Operation Combat II to złożona strategia turowa, która jak na swój wiek oferuje dużo opcji i wysoki poziom trudności. Na sześciu mapach zmierzymy ze sobą dwie armie składające się z piechoty, czołgów, artylerii i statków (jeśli na planszy jest woda). Mamy do dyspozycji także wozy z zaopatrzeniem. Tak, żeby nie było za łatwo każda jednostka ma określoną ilość amunicji i paliwa. Jeśli się skończy nie będzie mogła się poruszać czy strzelać. Wtedy trzeba zbliżyć samochód z zaopatrzeniem i uzupełnić to co brakuje. Na samochodziki trzeba więc uważać, jeśli zostaną zniszczone, kaplica! Nie damy rady uzupełnić paliwa ani amunicji.

    Na każdej mapie mamy do wyboru, którą stroną konfliktu chcemy grać. Teoretycznie obie są wyrównane, jednak wydaje mi się, że na każdej mapie ukształtowanie terenu (woda czy budynki) jednak zawsze którejś ze stron delikatnie ułatwia bądź utrudnia walkę. A budynki są niestety przeszkodą i nie można przez nie strzelać; w dodatku każda jednostka ma określony zasięg strzału, a także zasięg poruszania się na turę więc trzeba po prostu nauczyć się odpowiednio nimi manewrować.
    Jak na 1993 rok grafika i dźwięki dają radę (muzyki brak). Ciekawe jest to, że można grać we dwójkę na jednym kompie:) Gra dawała możliwość gry przez neta, ale ponad 20 latach od premiery wspominam o tym ze względów formalnych:) Jedna z ciekawszych rzeczy w składance.
    Stalowe nerwy
    Pamiętam jak dawno temu, kiedy giełdy miały się dobrze a dyskietki były powszechnie używane ojciec wrócił właśnie z giełdy z gierą właśnie na dyskietkach:) Owa gra to były właśnie Stalowe Nerwy. Miało to miejsce lata temu i tak naprawdę jedyne co pamiętałem z tej gry to to że...ojciec strasznie na nią bluźniłxD Kiedy więc zobaczyłem grę na składance Avalonu przypomniały mi się stare lepsze czasy. Nie spodziewałem się po grze niczego dobrego, ot zwykłego FPSa z początku lat 90-tych. Jakże się myliłem.
    Stalowe nerwy są najbrzydszym FPSem jakiego widziałem. Czarno ? szare niczym się od siebie nie różniące korytarze w które ktoś co jakiś czas powpychał głupich jak but przeciwników w postaci mutantów lub kolesi z pistoletami w garniakach. Wykańczamy ich za pomocą jednej z sześciu giwer i granatów. Na ten temat nie ma sensu się bardziej rozpisywać bo to sztampowe FPSowe wyposażenie. Co jakiś czas natrafiamy po drodze na drzwi, które teoretycznie otwiera się spacją, praktycznie to nie działa a postać niczym duch przez nie przechodzi. W dodatku porusza się wolno jak żółw. Na szczęście jest mapa bo bym chyba dostał nerwicy.

    Czy oprócz paskudnej grafiki (przy której Doom to graficzne dzieło sztuki), sztampowych broni i idiotycznych przeciwników są jeszcze jakieś minusy? Są, np. napisana na kolanie fabuła, w którą nie wprowadza nas żadne intro ? chyba że intrem nazwiemy parę linijek tekstu o tym, że armie południowochińskie się zjednoczyły a ich żołnierze zażywają jakiś dziwny narkotyk i jako dzielny amerykański chłopak musimy zrobić porządek. Poza tym nie ma możliwości zmiany ustawienia klawiszy. Niby muzyka nie doprowadza do furii, ale z arcydziełami do czynienia nie mamy, więc sprawy to nie ratuje.
    Żeby grać w Stalowe Nerwy trzeba mieć faktycznie...stalowe nerwy! Tytuł zobowiązuje! Trzymajcie się od tego z daleka bo grać się w to to nie da.
    Sink or Swim
    Pochodząca z 1993 roku platformówka, której akcja rozgrywa się na łodzi podwodnej. Na każdym poziomie musimy pomóc w ewakuacji towarzyszących nam ludków przy pomocy urządzeń na planszy oraz...bomb (te nie czynią krzywdy ani nam ani ludkom).Platformówki nie są gatunkiem który specjalnie lubię ? tzn. muszą mieć one specyficzny klimat żebym w nie grał, zaś Sink or Swim mi nie podpasował. Utknąłem na którymś poziomie i odechciało mi się grać bez jakichś dalszych prób przejścia dalej. Ot, archeologiczna ciekawostka. Dla fanatyków tego rodzaju gier.
    Sołtys
    Przygodówka od LK Avalon, przez wielu uznawana za jeden z największych polskich klasyków. Z Sołtysem miałem styczność wcześniej bo jako pełniak był w Gamblerze, później także na płycie Tipsomaniaka (razem z inną przygodówką: Sfinx). Mnie osobiście Sołtys nigdy nie wciągnął, może ze względu na toporne sterowanie, paskudny dźwięk, byle jaką grafikę i z kosmosu wzięte zagadki? Ja wiem że owe zagadki wzorowane na absurdach dowcipów o Porażu i Wąchocku, ale trzeba lubić takie klimaty. Zdecydowanie wolę jednak Skaut Kwatermastera. Jednak pewnie nie jestem zbyt obiektywny, więc jak ktoś lubi przygodówki to niech po Sołtysa sięgnie, a nuż mu się spodoba.
    Mega Blast
    Według mnie najlepsza gra na płycie. Klon Bombermana, ale z piekielną grywalnością. Reckę macie tutaj:
    Avalon Classic 2
    Od razu zaznaczam że w przypadku Avalon Classic 2 zrobiłem głównie coś w rodzaju ?rzutu okiem?.
    Balltris
    Wariacja na temat Tetrisa, w której zamiast klocków dopasowujemy kolorowe kulki. Ot, można chwilę pograć jak się lubi tego typu gry. Nic nadzwyczajnego.
    Body Slam Wrestling
    Przykro mi, ale tego nie dałem rady uruchomić. Nie wiem czemu.
    Frankenstein
    Ta delikatnie nawiązująca do książkowego Frankensteina platformówkapoczątkowozapowiada się nieźle ? fajna muzyka i ciekawe lokacje (zamek, cmentarz, etc.). Niestety, prymitywizm rozgrywki i powtarzalność sprawiają że tytuł ten nie jest warty grania, a zapoznać się z nim mogą tylko najwięksi fanatycy tego typu gier.
    Isle of Dead
    Podobny (poziomem graficznego wykonania) do Wolfa 3D FPS z 1993 roku. Szkoda tylko że ze skopanym sterowaniem. W każdym bądź razie gra jak na swoje lata niezła i naprawdę oryginalna. Oprócz typowej strzelanki mamy tu też bowiem do czynienia z przygodówką FPP;) Ot, mamy tu przedsmak tego co czekało nas później (w o wieeeeele rozwiniętej formie) w serii Hexen.
    Kosmos
    Strategia ekonomiczna z akcją w kosmosie. Sęk w tym, że to jeden z tych gatunków, w które niezbyt dobrze mi się gra jeśli nie mam grafiki przynajmniej na poziomie Command & Conquer. Z tego powodu od gry się kompletnie odbiłem.
    Spy Master
    Platformówki są gatunkiem, w którym lubię nieliczne, wyjątkowe tytuły. Albo trafiam na złe. Spy Master jest kolejną grą z tego gatunku, która całkowicie mnie od siebie odrzuciła. Grafika i dźwięk ujdą, zwłaszcza biorąc pod uwagę rok produkcji jednak prymitywizm rozgrywki sprawia że oceniam ją bardzo nisko. No ale może ja się nie znam.
    Split Screen Soccer Manager
    Niestety, to kolejna gra, której z jakiegoś powodu nie dałem rady uruchomić. Aczkolwiek chyba nic nie straciłem, bo managery z pierwszej połowy lat 90 kompletnie mnie odrzucają.
    Command Adventures: Starship
    Kosmiczna strzelanka z wątkiem ekonomicznym. Nie ukrywam, że niezbyt lubuję się w tego typu grach. Gracze oceniają wysoko, więc sami sprawdźcie.
    International Tenis
    Byłoby fajnie gdybym mógł grę uruchomić
    Tyrian
    Dla tego klasyka szykuję osobny wpis, chyba że ktoś mnie uprzedzi:)
  3. Iselor
    Tytuł Rise of the Triad: Dark War
    Twórcy: Apogee Software (późniejsze 3 Realms)
    Rok produkcji: 1994
    Platforma: DOS
    Gatunek: FPS
    Początkowo ROTT miał być kontynuacją Wolfensteina 3D, ostatecznie nim nie został, ale stał się produkcją samodzielną. Graficznie do Wolfa jest bardzo podobna co niestety grze na dobre nie wychodzi. Plansze są do siebie podobne, poszczególne lokacje są utrzymane w zbliżonych kolorach i cechy te sprawiają że gdyby nie mapa to człowiek by nie wiedział czy już tu był czy nie, zaś sama gra staje się wg mnie w końcu przez to monotonna. Cóż, to z tego powodu gdy po raz pierwszy w nią zagrałem, w okolicach lat 1996 ? 1998 (nie pamiętam już) nie mogła wygrać z takimi tytułami jak Duke Nukem 3D, Blood, czy nawet Heretic. No ale wg mnie nawet w starym Doomie grafika była lepsza.
    Na szczęście gra ratuje się muzyką, ta jest naprawdę bardzo dobra, choć jako że nigdy nie umiałem muzyki w grach opisywać na tym poprzestanę
    Co do samej fabuły to jest to napisany na kolanie bełkot o szaleńcu, który cche wskrzesić pradawny kult zła i wraz ze swymi współwyznawcami siać terror i zniszczenie. A my jako członkowie supertajnej organizacji stworzonej przez ONZ (!) musimy go powstrzymać. Napisałem ?musimy? gdyż do wyboru mamy 5 postaci. Różnic między nimi w rozgrywce wielkich nie ma (z gry się tego nie dowiecie, jest napisane w instrukcji, którą na szczęście mam), ale mają drobne różnice w wytrzymałości czy szybkości. Ot ciekawostka.

    Gra jest podzielona na 4 epizody podzielone na 30 lokacji. Niestety, nie skończyłem jej. Po prostu przemykanie w kółko po podobnych planszach i strzelanie ciągle do 3 typów tak samo wyglądających przeciwników stało się usypiające, czytaj: piekielnie nudne.
    Ok, oprócz muzyki, trzeba to grze przyznać, mamy też pierwszą w historii możliwość niszczenia przedmiotów w grze FPS, także multiplayer dla 11 graczy robił wrażenie.

    Na zakończenie powiem tak: gra zebrała świetne recenzje, gracze ją ubóstwiają i ma ona status klasyka. Być może ja jestem takim wyjątkiem potwierdzającym regułę ? W ROTTa można sobie pograć od czasu do czasu i postrzelać, mimo wszystko ma swój klimat, nie powiem nie. Mnie na dłuższą metę znusził (może się starzeję i mam wymagania ? choć z drugiej strony w Dooma i Heretica gram do dziś). Jeśli jesteś fanem starych gier ? daj mu szansę.
  4. Iselor
    Tytuł: Spellcrafter
    Twórcy: Jujubee
    Dystrybucja w Polsce: IQ Publishing/steam
    Rok produkcji: 2015
    Gatunek: strategia turowa/cRPG
    Platformy:Apple AppStore | Google Play | Windows | Mac | Linux
    Polski Spellcrafter najpierw pojawił się na urządzenia mobilne oraz na steam, teraz, w listopadzie, pojawiło się także pudełkowe wydanie na płycie dzięki czemu grę można odpalić na Windowsach a także na Macach i komputerach z Linuxem. Jako że nowych gier bez DRMów już w zasadzie nie ma postanowiłem wysłupać 40 zł i zapoznać się z tym dziełem. Pomyślałem: cRPG i to polski, bez głupiego steama? Pewnie będzie fajne. Szkoda tylko że szybko okazało się że to jedno z najgorzej wydanych przeze mnie 40 złotych w życiu...
    Irytacja rozpoczęła się już przed instalacją. W pudełku oprócz płyty znajduje się tylko kolekcjonerska pocztówka (to już chyba tradycja w grach z serii Made in Poland) oraz kartka jak zainstalować grę. Poza tym nic. Żadnej instrukcji. Teoretycznie jestem do tego przyzwyczajony. Często gry zamiast instrukcji papierowej mają instrukcję na płycie w formacie PDF. No ale nie. Takowej instrukcji także nie ma.

    Po uruchomieniu gry okazuje się że w zasadzie czegoś takiego jak opcje też nie ma. No dobra, można regulować głośność muzyki i dźwięku, a także ustawić jakość grafiki (średnia, wysoka, bardzo wysoka), choć o czymś takim jak ustawienie rozdzielczości radzę zapomnieć. Sterowanie? Żadnych modyfikacji, całość obsługujemy myszką/
    Na pudełku jest napisane że mamy do wyboru trzy postacie: człowieka (czyli klasycznego maga z błyskawicami i fajerbolami), nekromantę oraz elfkę. Ciekawi mnie czy ludzie, którzy ów opis tworzyli grę na oczy widzieli? Żadnego wyboru bowiem nie ma. Najpierw gramy jedną postacią, potem jest epizod drugi i gramy drugą a na końcu trzecią. Narzucone jest wszystko, włącznie z imieniem więc o jakimkolwiek tworzeniu herosa należy zapomnieć.

    Intro to parę obrazków z gadającą babką w tle, która gada do naszego rycerza o jakiejś przepowiedni, o jakimś magu i Zakonie. Niewiele z tego można zrozumieć, w trakcie samej gry także wiele się nie dowiesz: ani kim jest jakiś mag z przepowiedni ani kim są główni trzej bohaterowie, co ich łączy i czym jest ów Zakon. A nawet jeśli coś w trakcie gry się lekko rozjaśni to i tak większość z was weźmie cholera albo uśniecie i rzucicie grą w kąt. Bo jak wygląda rozgrywka? Ano łazimy po świecie w którym niewiele jest do roboty, o jakiejś większej interakcji z przedmiotami czy wchodzeniu do domków można znów pośnić. No więc chodzimy i spotykamy czasem (rzadko) kogoś z kim można pogadać (o tym za chwilę), ale zazwyczaj natrafiamy na potwory bądź ludzi, którzy albo z nami walczą albo za kasę się dołączą. Kasę zdobywamy pokonując wrogów pilnujących skrzyń ze złotem co bardzo przypomina Heroes of Might and Magic.
    Co do walki to także jest zerżnięta z herosów. Nasz bohater się nie porusza tylko rzuca czary (chyba że ktoś podejdzie mu pod sam nos ? wtedy atakuje w zwarciu). Twórcy wymyślili, że czary będziemy rzucać za pomocą odpowiednich ruchów paluchem na tablecie lub myszką na kompie. O ile na urządzeniach mobilnych może ma to jakiś urok o tyle w przypadku PieCa wygląda słabo bo rzadko owe zaklęcie udaje się rzucić a w dodatku...można to pominąć i kliknąć na pasek na dole ekranu. Cóż, historia pokazuje (Arx Fatalis czy Anvil of Dawn) że motyw z rzucaniem czarów przez ruchy myszką to niepopularny, zły pomysł. Idźmy dalej z walką. Rozgrywana jest, jak się pewnie domyśliliście w systemie turowym na heksowej planszy niemal identyko jak w herosach. Nie mam pojęcia czy kolejność w jakiej postaci wykonują ruchy jest losowa czy ustalana jakąś wartością inicjatywy. Dlaczego nie mam? Ano dlatego że...Nie istnieje, a przynajmniej nie jest to do sprawdzenia, coś takiego jak statystyki/cechy jednostek! Gracz nie ma więc pojęcia jaką inicjatywę, siłę ataku czy obrony, a także ile punktów życia mają jego jednostki! Kpina!

    Po walce otrzymujemy doświadczenie. Po awansie na kolejny poziom bohater może się udoskonalić w trzech ?gałęziach?: walki jednostek, magii bojowej oraz magii ochronnej (mówię o człowieku, do pozostałych herosów nie dałem rady dojść z nudów). Niewiele tego jest. Nie zyskujemy także dodatkowego ekwipunku jako nagrody gdyż...w tej grze czegoś takiego jak ekwipunek nie ma. To pierwszy cRPG gdzie nie ma tej cechy w jakiego grałem. Nawet w strategicznych Heroes of Might and Magioc czy Warlords Battlecry jest ekwipunek.
    Pisałem wcześniej że to cRPG? Ano, są dialogi! Szkoda tylko że nasze postacie są głuchonieme i nie usłyszymy ich głosów, mamy tylko napisy...W dodatku owe dialogi są tak drewniane że szkoda słów zaś zazwyczaj mamy do wyboru dwie drętwe odpowiedzi. Słabo, bardzo słabo...
    Spellcrafter mnie zanudził i zawiódł strasznie. Czy jeszcze jakieś minusy znajdę? Ano, np. to że nie wszystko jest przetłumaczone z angielskiego na polski więc czasem ni z tego ni z owego pojawia się tekst po angielsku. Niby to nie jest nic z czym człowiek sobie nie poradzi w tłumaczeniu ale wygląda to niechlujnie.
    Ładna grafika (nie wspomniałem o muzyce ? ta jest średnia i też nie zachwyca ale tragedii nie ma na szczęście) i turowy system walki nie wystarczą by gra była dobra. To jest mizerny cRPG i przeciętna strategia. A wystarczyło nakreślić świat, fabułę i bohaterów, wsadzić to choćby w instrukcję, poprawić interfejs (irytująco długi czas obracania kamery), podłożyć głosy bohaterom (jak nie stać na aktorów to można samemu z kumplami z firmy, można poprosić nawet rodzine i znajomych ? lepsze to niż niemowy), dodać śladowy ekwipunek i info dla gracza z cechami jednostek. Bo tak czułem się jakbym grał w jakąś wczesną betę. Ja rozumiem indie, gra budżetowa, gra na tablety, ale jeśli wydajemy coś w pudle na PC i żądamy za to 40 złotych to wypadałoby być uczciwym wobec graczy i dać im produkt skończony i dobrej jakości. Bo tak to grać się da. Tylko po co?
  5. Iselor
    Wczoraj w pracy rozmawiałem ze znajomym o starych grach. Mój rozmówca napomniał coś o Icewind Dale. W tym momencie nowy pracownik, z innej zmiany, którego nie znaliśmy a z którym dane nam było przez godzinę pracować, powiedział do nas: ?Ludzie, rozmawiacie o grach sprzed trzynastu lat! To teraz nie ma nic ciekawego ?? Kumpel odparł że teraz zbyt duży nacisk kładzie się na wodotryski graficzne, zaś ?nowy? odparł że...na steamie jest mnóstwo świetnych produkcji. Krótka dyskusja się zakończyła kiedy odparłem (a raczej warknąłem), że nie uznaję gier ze steama.
    I zacząłem się później zastnawiać. Czy dobrze robię? Czy mój antysteamowy bunt jest słuszny? Czy zaprzestać grać w zasadzie w nowo wychodzące produkcje? Kocham gry, są moją największą pasją, choć mam 28 lat na karku i niektórzy ludzie pewnie popukali by się w czoło ?taki stary a bawi się w jakieś gry? Stwierdziłem jednak że na czymś muszę się skupić, w czymś wyspecjalizować.
    Obecnie irytuje mnie nie tylko steam. Steam, który myslałem że może jakoś obejdę np. programem Phoenix. Ot, kupię oryginalną grę, zainstaluję z płyty i ominę steama. Na necie wyczytałem jednak, że nie ze wszystkim działa, sama zaś obsługa też jest...średnio łatwa. Więc sobie darowałem. Zupełnie inną sprawą jest sprzęt. Wasteland 2, z dosyć średniawą grafiką zajmujący 30 GB i wymagający 6 GB ramu ? Na co? Na moim kilkuletnim sprzęcie z 2 GB ramu i zintegrowaną grafą to nie pójdzie. Czeka mnie więc kupno nowego kompa. Sęk w tym, że za kilka lat....Znów będę musiał kupić nowego kompa! Bo gry będą wymagać np. 20 GB RAM i Windowsa 12. Szczerze mówiąc taka wymiana sprzętu co 3 lata niezbyt mnie rajcuje. Podobnie z konsolami. Nowa konsola kosztuje tyle co komp ze średniej półki. Co kilka lat wychodzi nowa generacja. To też będzie szło w nieskończoność, chyba że stworzą jakieś urządzenie uniwersalne ale za szybko to nie nastąpi bo każdy będzie chciał stworzyć ?coś swojego, lepszego?. Uczestniczenie w tym technologicznym wyścigu, w tym nabijaniu kabzy producentom wszelkiej maści sprzętu przestało mnie bawić. MobyGames zaś pokazuje że posiadam (samemu nie chciało mi się liczyć) 593 tytuły. Jest tego więcej o jakieś kilkadziesiąt pozycji, bo kompilacje liczą się jako jedna pozycja. Pytanie: czy w sytuacji, kiedy mój zbiór starych gier nie jest pełny potrzebuję kolejnych, tym razem nowych gier, do szczęścia ?
    Przepraszam. Ja wysiadam. Zostaję na przystanku ?Lata 1979 ? 2010? (powiedzmy że jeszcze do 2010 roku w miarę dużo gier nie wymagało steama a mój komp je spokojnie udźwignie). Cieszę się że co prawda z tego co na pudełku zauważyłem przygodówka Face Noir niczego internetowego nie wymaga, ale to chlubny wyjątek.
    Więc jeśli ktoś mnie spyta jaka jest moja pasja odpowiem:? Moją pasją są stare gry video?. Na nich się wychowałem i one sprawiają mi najwięcej frajdy. Nawet jeśli jakiegoś tytułu z lat 90-tych nie znałem i niedawno odpaliłem okazuje się że ma to co nazywa się ?duszą?. Będę dalej propagował granie w gry retro. Jestem graczem PeCetowym i nie ukrywam tego ani się tego nie wstydzę (mam wrażenie, że niektórzy retro ? konsolowcy gardzą PieCowymi grami, nawet tymi starymi ? dla mnie to są głupcy); miałem tylko krótkie życiowe epizody z Pegasusem, PSXem i PS 2 (choć do dziś mam malutki zbiór gier na PSXa i samego PSXa oraz parę gier na PS 2 ? samo PS 2 zostawiłem przy wyprowadzce bratu, którego on jest IMHO właścicielem; ja sobie niedługo swoje kupię). Mam nadzieję, że uda mi się zebrać w Łodzi grupkę fanów starego grania, może utworzy się jakieś koło/klub/stowarzyszenie, etc. Mam nadzieję że już od przyszłego roku rozpocznę jakąś skromną współpracę z organizatorami łódzkiego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. A rzeczą, która mi się marzy jest to, żeby w Polsce powstał odpowiednik RetroGamera.
    To tyle. Pozdrawiam wszystkich:)
  6. Iselor
    Dawno temu, w grudniu 1999, w ostatnim numerze mojego ukochanego czasopisma Gambler, na płytce z pełną wersją gry Dink Smallwood pojawiło się kilkadziesiąt map do drugiego i trzeciego herosa z nieistniejącego już portalu o tej serii oraz mapy przygotowane z okazji pierwszego turnieju Heroes of Might and Magic III. Niektóre z tych map pewnie są gdzieś w odmętach internetu ale po co szukać? Oto najciekawsze wg mnie mapki, które chciałbym Wam pokazać i udostępnić, link na samym dole:) Aha, wszystkie mapy są już zmodyfikowane do wersji Shadow of Death.
    1. I wojna z Nordlingami 1.1
    Fajna mapka na podstawie prozy Sapkowskiego. Sporo zdarzeń czasowych i dużo eventów na mapie.
    2. 8 królestw
    Fabularnie kupka, ale dobrze wykonana pod względem szczegółów. Gramy solo na 7 sprzymierzonych. Szkoda tylko że nie można wybrać własnego miasta i gramy Zamkiem.
    3. Dawne czasy
    Dobra mapa do gry multiplayer dla ośmiu graczy.
    4. Exerebivus
    Znakomita mapa morska. Podstawowa wersja jest na czas i ma specjalne warunki wygranej (pokonanie błękitnego). Jednak w "paczce" macie też drugą wersję mapy, zmodyfikowaną przeze mnie, gdzie nie ma żadnych specjalnych warunków wygranej ani przegranej.
    5. Jeszcze Polska nie zginęła!
    Jako Kościuszko walczymy z zaborcami:) Znakomita, ale wymagająca mapa.
    6. Me vs you
    Jedna z map turniejowych. Idealna do potyczek 1 vs 1.
    7. New Discovery
    Kolejna mapa turniejowa 1 vs 1. Tym razem z wyspami.
    8. Odwieczne zło
    Uwielbiam tą mapę. Kij z fabułą, ale jest dużo "czasówek" i eventów na mapie. Bardzo klimatyczna mapka w rozmiarze XL. No i dosyć wymagająca. Macie dwie wersje: pierwsza jest autora, druga nieco zmodyfikowana przeze mnie z dodanymi neutralnymi Wrotami Żywiołów i budynkami do rekrutacji potworków z AB.
    9. One must fall
    Kolejna mapa turniejowa 1 vs 1.
    10. Piekielna bitwa
    Arcymistrzowska mapa. Najlepsza w jaką grałem. Świetna fabularnie. Niestety, pierwotna wersja miała drobny błąd, przez co nie można było jej ukończyć! Zamieszczona przeze mnie wersja usuwa owego buga więc możecie grać spokojnie.
    11. Świat
    Fajna mapka o kształtach naszego świata:)
    12. Turniej mapa nr 2
    Absolutnie mistrzowska mapa turniejowa dla 4 graczy. Wszyscy startują z idealnie równych pozycji. Spedziłem przy niej setki godzin z kumplami, bratem i kuzynem. Grać!
    Link z mapkami
    Mapki są spakowane RARem. Kiedy klikniecie to nad napisem Mapy do herosa.rar jest taka strzałeczka w dół - klikamy w nią i się ściąga
  7. Iselor
    Od kilku lat prowadziłem w Excelu alfabetyczną listę gier na PC oraz wszelkie PlayStation, które chciałem kupić. Obecnie na liście znajduje się 9 gier na PS 3 oraz 6 na PS 4. Szybko z niej jednak nie znikną, gdyż....wpierw muszę kupić owe konsole Emotikon wink Natomiast na liście nie ma już żadnej gry na PSX i PS 2, ale co najważniejsze: nie ma żadnej gry na PC. Tak, w dniu wczorajszym oficjalnie zakończyłem kolekcjonowanie gier na PC (na PSX i PS 2 też, ale tutaj gier posiadam śmiesznie małe ilości). Nie ma już więcej gier na PC, które byłyby w stanie mnie zainteresować na tyle bym je kupił. Dlaczego kończę z kolekcjonowaniem? Oto powody.
    Pierwszy jest taki iż nie uznaję dystrybucji cyfrowej będącej równocześnie DRM-ami. Czyli nie uznaję Steama, Origina itp. Nie będę się rozwodził nad tym dlaczego nie uznaję, bo pisałem o tym wiele razy. Obecnie zaś nie ma gier, także pudełkowych, które nie wymagałyby steama lub konkurencyjnej platformy. Jedyne co toleruję to GOG, a i to tylko dla kilku tytułów liczonych na palcach jednej ręki (Pillars of Eternity, Lords of Xulima, Serpent in Staglands).
    Kolejny powód: zawsze uważałem i uważać będę że najlepsze gry video (a komputerowe zwłaszcza) powstały w latach 90. Zaś mniej więcej po roku 2005 nastąpiła gwałtowna "równia pochyła" jeśli idzie o jakość. W moim zbiorze posiadam wszystko to co uznałem za najważniejsze w historii gier komputerowych z lat 90, głównie z jej drugiej połowy (głównie strategie, cRPG, FPSy, trochę symulatorów, trochę przygodówek, zwłaszcza polskich).
    Trzecim powodem jest to iż mój zbiór obejmuje 733 tytuły wg mobygames, jednak biorąc pod uwagę fakt, że kilku tytułów mobygames w bazie nie ma, zaś część to kompilacje/składanki (np. Sega Mega Drive Classic Collection Gold Edition, Midway Arcade Treasures Deluxe Edition czy Atari: 80 Classic Games in One!), ostatecznie wyjdzie na to, że mam do dyspozycji około 1000 gier. Jest to liczba, która mnie jak najbardziej zadowala i zaspokaja moje potrzeby jako gracza. 
    Posiadam w zasadzie wszystkie strategie, cRPG, przygodówki (tutaj jednak warunkiem było oficjalne lub nieoficjalne spolszczenie), FPSy jakie uważam za najlepsze tytuły w historii lub jakie krytyka uznała za najlepsze a ja jeszcze nie zdążyłem w to zagrać;) Do tego oczywiście dochodzą najlepsze gry z innych gatunków, ale w mniejszej ilości. Jestem także wielce zadowolony z nowych wersji czy też kompilacji zawierających klasyczne gry, które ukształtowały gry video (Pac-Man World, Tetris Worlds, Space Invaders Anniversary, Pong: The Next Level, Another World: 20th Anniversary Edition).
    Ostatni powód jest dosyć prozaiczny, ale też najmniej istotny: brak już na to miejsca, jednak zawsze starałem się gry upchać gdzie się da;)
    Oczywiście, kolekcja nie jest idealna, posiadam sporo wydań niepełnych, są reedycje (czasem jednak wolę reedyjce od wydań premierowych albo wolę mieć reedycje niż nie mieć wcale). Starałem się nie zbierać gier z czasopism, jednak te które mam:
    - dostałem za darmo od znajomych, co ciekawsze tytuły po prostu sobie zostawiłem jednak w zasadzie nie jest to nic poza grami z CDA, w czasach gdy CDA pełniaki dawało na płytach wyglądających jak premierowe (z wyjątkiem małego znaczka CD-Action - jednak w etui ładnie to wygląda)
    - wersja z czasopisma to jedyna wersja gry na CD (a ja niezbyt jestem za wydaniami gier na dyskietkach, mam w sumie tylko 4 gry na dyskietkach)
    - pełna wersja pochodzi z Gamblera, a Gambler to mój ulubiony magazyn do którego mam ogromny sentyment, a jego pełniaki były często pierwszymi oryginałami w życiu
    - powód losowy (np. Dark Earth miało polską dystrybucję, jednak w czasopiśmie ŚGK po raz pierwszy gra doczekała się polskiej wersji językowej a na tym mi zależało).
    Obecnie czekam jeszcze tylko na jedną grę na PS 2 i wrzucę ostatnie zdjęcia z kolekcji. Ktoś może oczywiście napisać że są jeszcze gry na PS 3 i 4, jednak dla mnie nie mają one wartości kolekcjonerskiej (zbyt nowe), jeszcze nic nie mam na te platformy i nigdy nie byłem fanem konsol, więc nie spodziewam się by moja kolekcja gier na PS 3 i 4 łącznie obejmowała więcej jak kilkanaście tytułów (pewnie nawet jak już będę je mieć, nie będę widzieć sensu by wrzucać fotki z nimi). Czy to już koniec mojej aktywności wśród graczy? Oczywiście nie - wciąż będę prowadził bloga i recenzował stare gry:) Może się przełamię i założę vloga, kto wie. Co zaś do kolekcji, może się też zdarzyć, że będąc kiedyś w jakimś zapomnianym przez czas sklepie natknę się na zbiór big boxów na PC albo starych gier na inną platformę i wtedy je przygarnę i znów wrzucę zdjęcia. Takie sytuacje jednak zdarzają się niezmiernie rzadko więc wątpię by coś takiego mi się przytrafiło (limit swój chyba wykorzystałem bo 3 razy na takie miejsca natrafiłem Emotikon smile ). To tyle, co miałem do napisania. Pozdrowienia dla wszystkich kolekcjonerów gier:)
  8. Iselor
    Tytuł: Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie
    Autor: Piotr Kowalski
    Wydawnictwo: PWN
    Ilość stron: 656
    Oprawa: twarda
    Cena: 55 zł (około)
    Czy wiesz dlaczego nie należy witać się w progu? Dlaczego czarny kot przynosi pecha? Jakie znaczenie ma cyfra 7 w kulturze? Czego nie wolno kobiecie ciężarnej wg kultury ludowej?
    Na te i wiele innych pytań odpowiada ksiażka Piotra Kowalskiego. Napisana w formie leksykonu przedstawia zznaczenie w kulturze ludowej najważniejszych pojęć z takich obszarów jak zjawiska przyrodnicze (np. rosa, deszcz), zwierzęta (pies, kot, koń itd.), rośliny (pokrzywa, brzoza, dąb itd.), postacie (starcy, dziecko, kowal itd.), rzeczy (kamień, jajo, dom itd.) i inne (menstruacja, dziewictwo, omen itd.). Autor koncentruje się na znaczeniu opisywanego "hasła" głównie w kulturze polskiej i europejskiej, ale prawie zawsze pisze także o kontekście danego zjawiska (przedmiotu/osoby itd.) w kulturach Azji, Afryki czy Ameryki, choć w nieco mniejszym zakresie.
    W sytuacji, w której opisywane hasło odnosi się do innego (a jest tak - siłą rzeczy - prawie zawsze), owe drugie hasło jest zaznaczone i czytelnik jeśli jest zainteresowany, wie, że od razu może przejść do odnośnika.
    Na uwagę zasługuje wydanie. Wysokiej jakości papier, format A4, i twarda oprawa. Czcionka na tyle duża, że oczy się nie męczą. Jakieś wady? Brak ilustracji chociaż do niektórych haseł. No ale domyślam się że to by znacznie zwiększyło objetość i tak bardzo grubej książki i zwiększyło niemałą cenę.
    Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie to klasyczna i jedna z najlepszych polskich pozycji z zakresu etnologii/antropologii. Wszyscy, którzy planują studiować lub studiują etnologię, religioznawstwo lub kulturoznawstwo (albo po prostu interesują się kulturą magiczną/ludową) powinni dopisać tę pozycję do pozycji obowiązkowych do przeczytania.
  9. Iselor
    Tytuł: Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych
    Autor: Marcin Kosman
    Wydawnictwo: Open Beta
    Ilość stron: 400
    Oprawa: miękka
    Cena: ok. 39zł 90gr
    Wychowałem się na grach komputerowych z lat 90-tych. Wśród nich znalazło się kilka polskich produkcji takich jak Teenagent, Książę i Tchórz czy seria Earth. Niejako jednak ?od zawsze? człowiek traktował polskie gry jako te gorsze ? bez super grafiki, bez miodnej grywalności. ?Brzydkie kaczątka? elektronicznej rozgrywki. Oczywiście to wszystko było czymś spowodowane, w pewnym momencie zaczęło się to zmieniać i zawsze były jakieś ?wyjątki od reguły?. I chwała Marcinowi Kosmanowi za to, że poruszył w końcu ów temat ? polskich gier komputerowych.
    To co wzbudza szacunek i podziw wobec autora podczas czytania książki to ogrom zebranego materiału, rozmów jakie przeprowadził ze znanymi i tymi mniej znanymi twórcami gier video z naszego pięknym kraju. O tym jak wyglądało tworzenie gier (i samo ich zdobywanie a także sprzętu, na którym można by grać) w czasach panowania w Polsce ustroju szczęśliwie minionego, z czym borykali się ówcześni twórcy, jak często dokonywali w pojedynkę tego czego nie podejmowały się wielkie firmy (na zasadzie: jeśli czegoś nie można zrobić to powiedz Polakowi ? on to zrobi) i jak ? czasem przez przypadek ? powstawały firmy legendy polskiego gamedevu. Znakomita lekcja historii dla młodszych graczy, którzy mogą już nie znać innych polskich gier niż Dead Island i Wiedźmin, jak i dla starszych, którzy z racji (bardzo) młodego wieku w latach 80 czy 90 nie o wszystkim pamiętają, nie wszystko poznali, a wiele rzeczy mogą sobie przypomnieć. To także znakomita podróż sentymentalna:)
    Do czego się przyczepię? Mnóstwo błędów językowych, stylistycznych, czasem wydawało mi się, że książki nikt po wydruku nie czytał, korekta chyba nie istniała, w dodatku jedną stronę chyba mi ?zjadło? podczas wydruku. Szkoda też, że tak mało jest screenów z gier czy innych zdjęć, zaś bibliografia to dowcip (wymienienie kilku czasopism i stron internetowych, plus dwóch książek ? bez wydawnictw, roku wydania, etc. to nie jest bibliografia).
    Mimo tych błędów nie żałuję i Wam też radzę przymknąć na nie oko bo ta książka to skarbnica wiedzy o polskich grach. Co prawda nie zostały wspomniane wszystkie gry jakie przez Polaków zostały stworzone i wydane, ale to chyba niemożliwe. Jednak to co najważniejsze jest. Do sklepu i kupować!
  10. Iselor
    Druga część ?polecanek? z fantastyki. Tym razem (prawie) w całości poświęcona sci-fi. Od razu jednak zaznaczam: nie jest to gatunek, który jakoś specjalnie lubię w wydaniu literackim, traktuję go po macoszemu (co innego gry i filmy) i zawsze wolałem fantasy. Paru klasyków poznałem, innych (Dick, Lem) nie znam w zasadzie wcale (nie ukrywam że pewnych odmian sci-fi po prostu nie trawię), innych (Strugaccy) znam zbyt słabo by cokolwiek pisać. Lista poniżej nie jest pełna to po pierwsze, po drugie nie traktujcie mnie jako eksperta od sci-fi (od fantasy możecie, to jedna z tych dziedzin na których się znam), po trzecie ja sobie zdaję sprawę że to co opiszę to klasyki nad klasykami dla części z Was, ale są ludzie którzy albo są zbyt młodzi by to znać albo nigdy w sf się nie bawili a chcieliby zacząć, więc mam nadzieję że moje wypociny komuś się przydadzą. Aha: kolejność tytułów/autorów całkowicie losowa.
    ?Don Wollheim proponuje...? - antologie tego amerykańskiego pisarza i wydawcy są podstawą jeśli chodzi o sci-fi. W Polsce wydano pięć zbiorów z numerkami od 1985 do 1989. Czyli ?Don Wollheim proponuje ? 1985? zawiera...najlepsze opowiadania roku 1984 Czyli każdy zbiór jest wyborem Wollheima najlepszych opowiadań sci-fi roku poprzedniego:) Jednak Wollheim na sci-fi się zna więc wybór w każdym tomie jest znakomity. Co prawda czasem nagina reguły i opowiadania (chociażby ?Salwador? czy wybitne ?Łowca jaguarów? Sheparda) są bardziej fantasy czy horrorem, ale nie szkodzi. Pół żartem pół serio: jeśli znasz antologie sygnowane Wollheimem znasz science ? fiction.
    ?Kantyczka dla Leibowitza? - Arcydzieło sf w postapokaliptycznych klimatach. W zasadzie nie warto pisać więcej, ta książka to majstersztyk, jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, wizji świata po wojnie nuklearnej. Zmusza do refleksji: nad sensem życia, religią, Bogiem, nauką, ludzką naturą. Jeśli uważasz się za fana fantastyki i PORZĄDNEJ literatury musisz ją przeczytać.
    Ray Bradbury ? Bradbury parał się różnymi gatunkami, nie tylko sci ? fi. Jego ?Kroniki marsjańskie? o wizji kolonizacji Marsa przez ludzi stały się klasyką światowej literatury i nawet Wyborcza umieściła tę książkę w którejś ze swoich serii. Szkoda że zgubiłem swoją recenzje sprzed paru lat tej książki, ale trudno. To jest podstawa. Bradbury'ego jednak w zasadzie warto czytać ?w całości?, że tylko wspomnę ?Jakiś potwór tu nadchodzi?, ?451 Fahrenheita?, ?K jak kosmos? czy zbiór ?Ilustrowany człowiek?.
    Krzysztof Boruń ? trochę zapomniany polski pisarz sci-fi, którego sławą przyćmili Lem i Zajdel, a szkoda bo pisał dobre rzeczy. Na uwagę zasługuje zwłaszcza jego zbiór opowiadań ?Człowiek z mgły?.
    Arthur C. Clarke ? w zasadzie nic więcej nie powinienem w tym punkcie pisać bo Clarke jest dla sci-fi postacią równie ważną (i nie boję się tego napisać) co Tolkien dla fantasy. Nie to żeby stworzył gatunek, ale wycisnął zniego ile się da czyli stworzył jedne z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, ?rzeczy? w tym gatunku. Chociażby ?Odyseję kosmiczną 2001? żeby daleko nie szukać. Clarke to także (a może zwłaszcza) mistrz krótkiej formy a jego zbiory opowiadań ?Gwiazda? czy ?Spotkanie z meduzą? to absolutna klasyka gatunku.
    A.E. Van Vogt ? kolejny z mistrzów sci fi. Za młodego próbowałem czytać jego ?Wyprawę do gwiazd? (chyba najlepiej oceniane jego dzieło), ale nie podołałem, jednak muszę do tego wrócić. Dlaczego? Ponieważ dwie inne pozycje tego autora, które czytałem, czyli powieść ?Slan? oraz zbiór opowiadań ?Krypta Bestii? są wybitne i jak najbardziej polecam:)
    Poul Anderson ? o Andersonie zapomniałem we wpisie poprzednim więc muszę zrobić małe uzupełnienie;) Facet średnio do tego zestawienia pasuje, bo co prawda sf pisywał (?Wojna skrzydlatych?, ?Stanie się czas? czy zbiór ?Najdłuższa podróż?) ale stał się klasykiem fantasy za sprawą tak kanonicznych powieści jak ?Zaklęty miecz? (czytać koniecznie!), ?Trzy serca i trzy lwy? (też koniecznie!) czy ?Dzieci wodnika? (no, to już słabsze ale przeczytać można).

  11. Iselor
    Druga część moich tekstów o literaturze religioznawczej i etnograficznej. Kolejność w jakiej czytałem. Jak zawsze, najpierw tytuł, w nawiasie autor, potem krótki opis.
     
    Traktat o historii religii (Mircea Eliade) – na pierwszy rzut oka może się wydawać że to taka „Historia wierzeń i idei religijnych” w pigułce. Jednak po pierwsze stanowi dobry wstęp do pozostałych książek Eliadego, po drugie jest znakomitym (obok „Potęgi mitu” Campbella) wprowadzeniem do religioznawstwa dla kompletnych laików, po trzecie zaś, stanowi dosyć szczegółową analizę rozwoju (ewolucji) poszczególnych typów bóstw (solarnych, lunarnych, akwatycznych, chtonicznych – Matki Ziemi itd.). I mówi o czymś zupełnie innym niż „Historia wierzeń i idei religijnych” (o tym niżej). W każdym bądź razie jest to pozycja absolutnie kanoniczna w dziedzinie religioznawstwa, którą powinno się wprowadzić jako lekturę obowiązkową w liceach, albo chociaż na wszelkich studiach humanistycznych.
     
    Bohater o tysiącu twarzy (Joseph Campbell) – chociaż napisana przed „Potęgą mitu”, stanowi niejako jej rozwinięcie. To już nie luźna pogawędka o religii jak ww. ale typowe, naukowe dzieło mitoznawcze. Rozwija i dokładnie analizuje wszystkie tematy poruszone w „Potędze...” i oczywiście porusza wiele innych. Nie mówię że czyta się lekko, ale to znakomita lektura. Mała uwaga: „Potęga mitu” ma już nakład wyczerpany i obecnie ceny są dosyć zaporowe. W takim wypadku czytanie od razu „Bohatera...” jest jak najbardziej wskazane.
     
    Historia wierzeń i idei religijnych (Mircea Eliade) – najważniejsze dzieło Eliadego i prawdopodobnie najważniejsze z zakresu religioznawstwa. W trzech tomach Eliade poddaje opisowi początki, ewolucję i – czasami – upadek religii świata. Mamy więc poddane analizie nie tylko cztery największe religie świata współczesnego: buddyzm, chrześcijaństwo, hinduizm i islam, ale także judaizm, zoroastryzm, taoizm, konfucjanizm, dżinizm, religie starożytnej Grecji, Rzymu, Egiptu, Celtów, Mezopotamii, hetyckiej Anatolii, turecko – mongolskiego tengryzmu, religie Bałtów i Słowian, czy Tybetu. Niestety, Eliade zmarł zanim zdążył dokończyć swoje dzieło; w ostatnim tomie miały być opisane m.in. religie Ameryk, Australii, Afryki czy japońskie shinto. No ale trudno, musi wystarczyć to co jest. „Historia wierzeń i idei religijnych” to dzieło olbrzymich rozmiarów i dosyć drogie, jednak warte poświęconego mu czasu i ceny, gdyż jest to nieoceniona skarbnica wiedzy religioznawczej. Kupować i czytać, albo chociaż tylko czytać – koniecznie!
     
    Religijne korzenie Europy (Kamil M. Kaczmarek) – książka Kamila Kaczmarka jest jedną z najważniejszych pozycji jakie pojawiły się w ostatnim czasie w polskim religioznawstwie i najważniejszą z punktu widzenia polskich pogan a zwłaszcza nurtu hellenistycznego. Autor nie ukrywa swoich poglądów religijnych i stawia tezę (przez pewnie wielu zostanie uznana za kontrowersyjną), że religijne korzenie Europy to grecko – rzymski hellenizm i że jedynym ratunkiem dla Europy przed postępującą laicyzacją z jednej strony a islamizacją z drugiej jest powrót Europejczyków do wierzeń Greków i Rzymian (Grecy i Rzymianie wyznawali ostatecznie tę samą religię tylko imiona bogów mieli inne) lub chociaż do krajowych odpowiedników (np. rodzimowierstwo słowiańskie czy skandynawskie Asatru).
    Książka pojawiła się w odpowiednim czasie, ale niestety w nieodpowiednim miejscu. W Polsce ruch pogański nigdy nie był silny i nie wiem czy kiedyś będzie. Książka powinna doczekać się wydań zachodnich, zwłaszcza greckich i włoskich lub ogólnie angielskiego. Wtedy zyskała by większy rozgłos i może lepszy skutek.
    Jednak wszystkim, którzy interesują się tematyką religioznawczą czy po prostu hellenistyczną (pogańską) książkę szczerze polecam.
     
    Julian Apostata (Aleksander Krawczuk) – znakomita książka przedstawiająca dzieje Juliana Apostaty, ostatniego cesarza Imperium Rzymskiego, który był wierny bogom. Filozof, pisarz, władca, poganin. I mój ulubiony cesarz Rzymu. Choć rządził krótko (jego niespełna dwuletnie rządy przerwała pechowa, przypadkowa śmierć na polu walki) zrobił wiele dla Imperium, zreformował gospodarkę, edukację i religię helleńską. Uważał – słusznie poniekąd – że chrześcijaństwo nie pasuje do cywilizacji greko – rzymskiej i jako takie jest kłamstwem i należy je osłabić co skutecznie czynił. Książkę naprawdę warto przeczytać, bo to nie tylko znakomite źródło wiedzy o tym wielkim władcy, ale też opis wydarzeń, które stanowiły tło w życiu cesarza (choćby konflikty społeczne, religijne czy konflikty zbrojne). Dla wszystkich miłośników antyku i religii greko-rzymskiej. Julian Apostata to człowiek, który do dziś budzi ogromny szacunek (lub nienawiść np. u duchownych i innych fanatyków z np. Frondy) i który do dziś może być wzorem do naśladowania.
     
    Teogonia (Hezjod) – epos kosmogoniczny, będący podstawą teologii helleńskiej. Opisuje powstanie świata, bogów, etc. Rzecz obowiązkowa dla greko-rzymskich politeistów, dla pozostałych – opcjonalna ciekawostka
     
    Mitologia ludów Syberii (Maria Magdalena Kośko) – ta niewielka rozmiarami książeczka jest ostattnim tomem z cyklu „Mitologie świata” Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Autorka pokrótce przedstawia najciekawsze mity ludów Syberii, rolę szamana, opis światów, bogów itd. Jeśli ktoś nie jest wielce zainteresowany tematem, a ogólnie mitami i religioznawstwem może tą książkę traktować jako wystarczające źródło w temacie, jeśli zaś temat szamanizmu kogoś pasjonuje, radzę uznać książeczkę Kośko za wstęp i zabrać się za książkę opisaną poniżej.
     
    Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy (Mircea Eliade) – obok „Traktatu o historii religii” i „Historii wierzeń i idei religijnych” jest to najważniejsze dzieło Eliadego. Będące pierwszym i od kilkudziesięciu lat najlepszym opracowaniem tematyki ogólnie pojętego szamanizmu. Eliade opisuje i analizuje rolę i miejsce szamanizmu we współczesnym jak i (głównie) dawnym świecie religii, rolę szamana, jego atrybutów (strój, bęben szamański, itd.), mitologie, rytuały, obrzędy itd. Skupia się głównie na najbardziej znanym i fascynującym człowieka Zachodu szamanizmie syberyjskim, jednak sporo miejsca poświęca także na szamanizm innych ludów: Indian, Eskimosów, ludów Afryki, Oceanii czy australijskich Aborygenów, bardzo często zestawiając i porównując je ze sobą. Ze względu na rozmiary książki (ponad 400 stron drobnym drukiem) i niestety częste powtórzenia tych samych informacji, książki nie czyta się zbyt dobrze, więc jeśli ktoś szamanizmem specjalnie zainteresowany nie jest może sobie lekturę odpuścić lub skupić się na najciekawszych fragmentach/tematach. W takim wypadku lektura ww. książki Kośko wystarczy. Jednak ci, którzy interesują się szamanizmem książki Eliadego przeoczyć nie mogą, podobnie jak wszyscy obecni i przyszli religioznawcy.
     
    Sacrum a profanum (Mircea Eliade) – ta niewielka objętościowo książeczka może stanowić albo wstęp do zapoznawania się z dziełami religioznawczymi albo jako wspaniałe uzupełnienie wiedzy. Eliade skupia się tu na różnych aspektach ludzkiego życia: stosunku do przyrody, kosmosu śmierci, narodzin itp. porównując sposoby w jakie odbierał je „człowiek religijny” (głównie człowiek żyjący w starożytności i średniowieczu, ale też np. współcześni rolnicy czy głęboko wierzący i praktykujący mieszczanie, choć to wyjątki) od „człowieka niereligijnego” czy też „areligijnego”, który żyje we współczesnym zdesakralizowanym świecie, gdzie mit, obrzęd, rytuał, a także bogowie czy też Bóg straciły na znaczeniu. Wspaniała lektura.
     
    Religie świata. Encyklopedia PWN – hasła, jak to w encyklopedii, ułożone alfabetycznie Dotyczą, co oczywiste, ogólnie pojętych religii, bogów, świętych, miejsc kultu, sekt, odłamów, kościołów, pojęć religijnych, nurtów itd. W przypadku największych religii świata zastosowano większe, obszerniejsze, kilkustronicowe opisy. Książka jest obszernym kompendium wiedzy nt. religii i jako taka powinna się znaleźć na półce współczesnego humanisty.
     
  12. Iselor
    Moja nowa seria tekstów o przeczytanych książkach. 
    Postanowiłem nie prowadzić dalej serii wpisów o książkach z zakresu tylko religioznawstwa i etnologii, a opisywać wszystko, bez względu na gatunek. W przypadku serii/cykli wiele książek będę traktował (zazwyczaj, acz nie zawsze) jako jeden tytuł. Normalnie będzie 5 tytułów na wpis, w tym, wyjątkowo, 6.
    Pieśń lodu i ognia (George R.R. Martin) – składająca się z Gry o Tron, Starcia królów, Nawałnicy Mieczy, Uczty dla Wron i Tańca ze Smokami, Pieśń Lodu i Ognia to obecnie najpopularniejszy cykl fantasy, także ze względu na chyba jeszcze popularniejszą ekranizację. Jako że tak o serialu jak i książkach napisano już i powiedziano wszystko, nie dodam wiele od siebie. Chociaż uważam PLiO za jeden z najwybitniejszych cykli fantasy, to jednak z każdym tomem było gorzej i gorzej (pierwszy tom Tańca ze Smokami najsłabszy z całego cyklu), zaś motyw Aryi w dziwnym zakonie w Braavos jest niemiłosiernie nudny i chyba Martinowi kończą się pomysły....Oby dwa ostatnie tomy zostały w końcu napisane i podniosły poziom serii.
    Tirukkural. Święta księga południowych Indii (Tiruwalluwar) – święta księga Tamilów, jest więc poważana szczególnie w południowych Indiach i na Sri Lance. Autor, w postaci wierszy omawia z filozoficznej perspektywy różne aspekty życia. Dla miłośników filozofii i literatury ogólnie pojętego Orientu.
    "Chłopaki z dzielnicy". Studium społeczno-pedagogiczne z perspektywy interakcyjnej (Anita Gulczyńska) – autorka, zamieszkująca centrum Łodzi – i to fragment uznawany za niezbyt bezpieczny – postanawia zbadać zachowania grupy nastoletnich chłopców tam także zamieszkujących. Nietrudno tam o rodziny niepełne, czasem patologiczne, bójki, problemy z alkoholem i narkotykami. Będąc tzw. pedagogiem ulicy autorka zaprzyjaźnia się z chłopcami, zdobywa ich zaufanie, poznaje ich życie, rozumie zasady panujące w grupie „wystających pod bramą chłopaków”, ich relacje między sobą, z innymi grupami, sąsiadami, policją, nauczycielami itd. Bardzo ciekawe studium, ale głównie dla pedagogów i socjologów, dla innych: opcjonalna ciekawostka.
    Dionizos. Mit i kult (Walter F. Otto) - Nie wiem czy książkę Otta można nazwać jedną "z najważniejszych książek w humanistyce XX wieku" jak napisał w przedmowie prof. Włodzimierz Lengauer, jednak z całą pewnością zaliczam ją do prac wybitnych. Otto, badacz greckich mitów, sam wierzący w greckich bogów, dokonuje znakomitej analizy kultu dionizyjskiego, znaczeń świata roślinnego i zwierzęcego w kulcie, roli kobiet, roli Ariadny czy związków z Apollinem/Apollem. Dla wszystkich zainteresowanych religią grecką, zarówno w ujęciu starożytnym jak i współczesnego hellenizmu, jest to pozycja obowiązkowa. 
    Mam tylko zastrzeżenie do wydania polskiego. Tam gdzie Otto wprowadza bądź cytuje słowa greckie są one zapisane w oryginale i mamy zero przypisów "u dołu strony" z tłumaczeniem. Tłumaczenie jest i owszem, na końcu książki, jednak Czytelnik nie za bardzo wie są takowe są. Uważam że o wiele lepiej byłoby w ramach tekstu od razu wstawić przetłumaczone na polski teksty z greckiego, czy to w cudzysłowie, czy kursywą. Tak byłoby dla Czytelnika prościej. No ale trudno, jest jak jest. I tak przeczytać warto.
    Ona (Henry R. Haggard) - Haggard jest znany głównie z "Kopalni króla Salomona" i innych powieści w klimacie fantastyczno-przygodowym a la Indiana Jones Nie inaczej jest z powieścią "Ona". To w głównej mierze powieść przygodowa o podróży profesora i jego podopiecznego do serca Afryki, gdzie w tajemniczym, starożytnym królestwie przebywa tajemnicza Ona - wg legend wiecznie żyjąca władczyni królestwa...
    Powieść, choć posiada typowe cechy powieści przygodowej jak podróż, walka, barbarzyńscy tubylcy, okraszona jest zarówno wątkiem fantastycznym jak i, co ciekawe, sporą ilością mądrych dialogów o charakterze filozoficznym i religijnym. Na Haggardzie, co warto zauważyć, wychowało się wielu pisarzy klasycznego fantasy jak np. Tolkien czy Lewis. 
    Absolutny klasyk i rzecz obowiązkowa.
    Wampir. Biografia symboliczna (Maria Janion) - Książka Marii Janion ma jedną zasadniczą wadę: autorka jest historykiem literatury, nie etnologiem, więc w swojej, ciekawej przecież, książce, analizuje mit wampira opierając się głównie na dziełach literackich a i to z najpóźniej lat 90, źródła zaś etnograficzne traktując jako dodatek. Książka bardzo na tym traci, gdyż mit wampira mamy tu opisany z tego mniej istotnego - literackiego - "punktu widzenia". Autorka czasem pisze stylem bardzo nużącym, czasem "leje wodę" i pisząc o wampirach podaje przykłady morderców typu Kuby Rozpruwacza czy polskiego "Wampira z Zagłębia" analizując motyw wampira pod kątem psychologicznym, ignorując - a przecież książka jest o wampirze w kulturze! - wampiry w RPG czy grach komputerowych. Ok, może nie mieć o tym pojęcia, ale może warto by poprosić kogoś obeznanego w tych dziedzinach o pomoc ? Przydałoby się nowe wydanie z analizą nowszych tekstów literackich, np. "Zmierzch" (wiem, to wielki chłam, ale jednak pewnego rodzaju fenomen warty analizy). Książka jednak zawiera sporo ciekawych informacji o krwiopijcach, jest bogato (ale bez przesady) ilustrowana. Jednak ma inną wielką zaletę. Ponad połowa książki to....fragmenty klasyki wampirycznej literatury grozy (np. "Wij" Gogola") a także pełne utwory, w tym "Narzeczona z Koryntu Goethe'go, znakomita "Rodzina Wilkołaka" Tołstoja czy arcydzieło gotyckie czyli "Carmilla" Le Fanu. I także dlatego warto mieć tą księgę na półce.
  13. Iselor
    Druga część serii o ostatnio przeczytanych książkach:

    Opowieści fantastyczne (Fiodor Dostojewski) - Bardzo się zawiodłem na tej książce. Nie ukrywam że połowy opowiadań z tego zbioru nie doczytałem do końca, w tym polecanych na okładce "Potulna" oraz "Sen śmiesznego człowieka". Pozostałe opowiadania też bardzo przeciętne, ot zwykłe czytadła. Fantastyki w tych opowiadaniach, wbrew tytułowi, tyle co kot napłakał, To nie jest Dostojewski jakiego pamiętam ze "Zbrodni i Kary". Nie polecam, chyba że ktoś jest fanem Dostojewskiego i musi znać wszystkie jego dzieła.

    Koralina (Neil Gaiman) - Moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem (tak, dopiero teraz) i jak najbardziej pozytywne. Koralina to wspaniała powieść grozy, nawiązująca do Alicji w Krainie Czarów, ale z mroczniejszym klimatem Atmosfera grozy sprawi że poczujecie się niepewnie podczas lektury, a kto wie, może dreszcz przebiegnie wam po plecach ?

    Zamczysko w Otranto: opowieść gotycka ( Horace Walpole ) - Pierwsza powieść gotycka, napisana w staroświeckim stylu (XVIII wiek!), który ma jednak swój niepowtarzalny urok. Kiedyś, w czasach gdy została wydana, straszyła, dziś może budzić raczej uśmiech, gdyż przez te prawie trzy stulecia inne rzeczy - bardziej przerażające - widzieliśmy, czytaliśmy, słyszeliśmy. Jednak wciąż będzie się podobać, ze względu na piękny język i klasyczną fabułę: jest zamek, jest tajemnica, jest klasztor, są duchy, są dziewice i dzielni rycerze. Klasyk!

    Wariant jednorożca (Roger Zelazny) - Bardzo się zawiodłem na tym zbiorze opowiadań. Większość zamieszczonych tu opowiadań jest po prostu przeciętna, nie zrobiły na mnie wrażenia nawet nagrodzone "Wariant jednorożca" (Hugo) ani "Powrót Kata" (Hugo i Nebula). Może mam po prostu inny gust. Naprawdę zainteresowały mnie tylko opowiadania "Konie Lira" i "Interes George'a". Reszta to przeciętne wg mnie czytadełka. Zbiór tylko dla zdeklarowanych fanów Zelaznego, choć i ja do nich należę.

    Ostatni obrońca Camelotu (Roger Zelazny) – no cóż, tutaj także nie przebrnąłem przez większość opowiadań. Pewnie dlatego że większość to sf a ja się od tego gatunku odbijam. Lubię Zelaznego, ale Zelazny to dla mnie mistrz science – fantasy i mimo wszystko długiej formy, czyli powieści.
  14. Iselor
    Kolejnych pięć książek:

    Dhammapada - Ścieżka Prawdy Buddy - zbiór mów Buddy dotyczący moralnego, właściwego życia. I chociaż mądrości zebrane w tej świętej księdze buddyzmu są jak najbardziej właściwe, słuszne, piękne i mądre, bardzo często człowiek – zwłaszcza człowiek kręgu cywilizacji Zachodu – dostrzega iż zalecenia Buddy są w zasadzie nie do zrealizowania. Mowy te bowiem są skierowane głównie do początkujących mnichów i mniszek buddyjskich. Jednak ze względu na wielką wartość religijną dla buddyzmu, jak i z powodu tego że także zwykły człowiek może tu znaleźć wiele pouczających myśli, warto po Dhammapadę sięgnąć. Zwłaszcza że jest łatwo i za darmo (legalnie) dostępna w internecie.

    Afrodyta Urania. Fizyczne, mistyczne i teurgiczne teofanie niebiańskiej bogini w czasach późnego antyku (relacje i asocjacje) (Paweł Janiszewski)- Paweł Janiszewski podjął się opisania i zanalizowania jednego z ciekawszych w świecie starożytnym fenomenów religijnych. W miejscowości Afaka w Libanie, w pobliżu jaskini znajdował się staw oraz świątynia Afrodyty. Wypływająca stamtąd rzeka co jakiś czas przybierała czerwony kolor, mający brać się z krwi zamordowanego ukochanego Afrodyty, Adonisa, zaś sama bogini pojawiać się miała w pobliżu jako gwiazda bądź kula ognia.
    Autor przytacza relacje autorów starożytnych i średniowiecznych, pogańskich i chrześcijańskich nt. tego fenomenu oraz różne analizy tegoż poczynione przez naukowców. I trzeba przyznać że książka Janiszewskiego jest olbrzymią skarbnicą wiedzy w tym temacie, pewnie pierwszym tego typu opracowaniem w Polsce (wyrażam podziw za olbrzymią, ciekawą bibliografię w tak przecież niszowym temacie). Doczepić się mogę tylko tego że mnóstwo cytatów, tak angielskich (tutaj jeszcze jest to do "przełknięcia") jak i greckich i łacińskich nie jest tłumaczona na język polski i trzeba się ich domyślić z dalszego tekstu. Jednak ogólnie książkę polecam. Oczywiście, nie każdemu, bo jeśli ktoś nie interesuje się antykiem czy religioznawstwem (zwłaszcza religią helleńską) to uśnie, jednak zainteresowani tymi dziedzinami powinni po książkę sięgnąć.

    Ostatni poganie. Zanik wierzeń pogańskich w cesarstwie rzymskim od panowania Konstantyna do Justyniana (Pierre Chuvin ) - Książka zajmuje się głównie okresem IV do VI wieku, czyli od możliwości wyznawania wiary przez chrześcijan danej im przez Konstantyna, do momentu gdy Justynian zabronił praktykowania religii helleńskiej i w zasadzie wszelkiej innej oprócz chrześcijaństwa. Autor przedstawia tu dzieje społeczności, która pozostała przy wierze w Starych Bogów, w sytuacji gdy cesarzami byli chrześcijanie, których na pewno nie można nazwać tolerancyjnymi. Prześladowania, burzenie świątyń i posągów bogów, w końcu kara śmierci za ich wyznawanie. Ostatecznie porażka pięknej religii grecko - rzymskiej i zwycięstwo monoteistycznego fałszu.

    Przywoływanie bogów – mit, magia, misteria w starożytnej Grecji (Daniel Zarewicz) - Książka Daniela Zarewicza jest ważną pozycją na rynku religioznawczym, ponieważ podejmuje rzadki temat prywatnej religijności Greków, m.in. wieszczków, wędrownych wróżbitów świadczących usługi za pieniądze. itp. Niestety, typowo naukowy, ciężki język sprawia, że książka jest bardzo toporna, trudna w odbiorze. W dodatku - to mój zarzut nie tylko do tego Autora - słowa, terminy, cytaty nie zostały przetłumaczone na język polski. O ile w przypadku angielskiego jest to do przeżycia o tyle w przypadku greki, którą znają tylko specjaliści, to spore nieporozumienie. Tak więc książka zawiera dużo wiedzy, ale jej mankamenty skutecznie powstrzymują mnie przed poleceniem jej komuś innemu niż największym miłośnikom religii greckiej. Reszta może sobie darować.

    Fantasy. Ilustrowany przewodnik (David Pringle) - Bogato ilustrowana książka w formacie A4 z 2003 roku. Stanowi podstawowe dla polskiego fana fantastyki nurtu fantasy, obok "Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini" Sapkowskiego, źródło wiedzy w tym temacie. O ile jednak Sapkowski w swoim dziele skupił się tylko na literaturze, książka pod redakcją Davida Pringle'a obejmuje literaturę (krótki opis najważniejszych światów fantasy i postaci je zamieszkujących, a także podgatunków fantasy), jej twórców (biografie pisarzy), filmy i seriale (najważniejsze) od początków kinematografii do około 2003 roku, czasopisma fantasy oraz krótkie wzmianki o grach planszowych, RPG, karcianych i komputerowych. Ze względu na datę wydania nie ma informacji o najnowszych filmach czy serialach, ale trudno; na rynku antykwarycznym ani obecnym nie znajdziecie nic lepszego. To obowiązkowe kompendium wiedzy dla każdego fana fantasy.
     
     
     
  15. Iselor
    Dżinizm. Starożytna religia Indii (Piotr Balcerowicz) - Oj, słabiutko, a szkoda...Dżinizm nie jest religią w Polsce znaną, a Autor zamiast skupić się na doktrynie, kulcie i współczesnej sytuacji dżinizmu, skupia się na historii i analizie literatury dżinijskiej. Rzeczy to może i istotne, ale raczej dla historyków, literaturoznawców i ew. religioznawców. Zwykły człowiek zainteresowany dżinizmem wiele z tej lektury nie wyniesie i zanudzi go ona na śmierć. Jeśli więc drogi Czytelniku chcesz wiedzieć coś więcej o dżinizmie, lepiej poczytaj sobie na wikipedii albo w jakimś leksykonie religioznawczym.


    Księga Wychodzenia Za Dnia. Tajemnice Egipskiej Księgi Umarłych (Mirosław Barwik) - Pierwszy w Polsce pełny przekład egipskiej Księgi Umarłych wraz z dokładnym komentarzem. Trzeba przyznać że autor wykonał świetną robotę, albowiem Księga Umarłych jest lekturą ciężką w czytaniu i trudną w odbiorze, sama zaś Księga Umarłych jest szczególnym dziełem w dziejach literatury sakralnej. I chociaż na polskim rynku książka Mirosława Barwika jest rzeczą absolutnie unikatową (cały nakład wyczerpany, ceny osiągają wartości absurdalne) i stanowić chyba będzie niedługo kolekcjonerski, bibliofilski rarytas, jest skierowana tylko dla fascynatów religii egipskiej. Jednak to świetne, merytoryczne dzieło i skarbnica wiedzy o wierzeniach starożytnych Egipcjan.


    Panthera - ojciec Jezusa. Geneza idei, antyczne przekazy, późniejsze polemiki. (Paweł Janiszewski) - Znakomite naukowe dzieło, którego celem jest kompleksowe przedstawienie i analiza wszelkich "za" i "przeciw" istnieniu tajemniczego Panthery - domniemanego uwodziciela (gwałciciela?) Marii, który miał być faktycznym, biologicznym ojcem Jezusa. Książka przedstawia genezę idei, czyli argumenty filozofów pogańskich i - głównie - żydowskich - oraz kontrargumentację chrześcijan. Świetna książka, ale nie czyta się łatwo; tylko dla zainteresowanych dziejami chrześcijaństwa, zwłaszcza postacią Jezusa.


    Nie będzie rozejmu z władcami (Poul Anderson) - Mam duży problem z tym opowiadaniem. Z jednej strony ciekawe połączenie post-apo z tzw. Pierwszym Kontaktem z Obcymi. Zniszczona wojną atomową ludzkość, cofnięta technologicznie o co najmniej kilkadziesiąt lat, stara się podnieść ze zgliszcz i powrócić do dawnej chwały, jednak wciąż jest skłócona i podzielona, a wojny dalej trwają, choć często karabiny są zastępowane przez łuki a czołgi przez konnicę. W takiej scenerii pojawiają się Obcy. Więcej fabuły nie będę nakreślał. jest też druga strona medalu. Za dużo wojskowego żargonu, częsty infantylizm w myśleniu pewnych postaci (i to tych po których najmniej byśmy się tego spodziewali) i cóż...Obojętność. Ale Czytelnika. Sam nie byłem w stanie polubić żadnej postaci, kibicować jej czy ogólnie "trzymać" za jedną ze stron konfliktu przedstawionego w noweli. Ich los był mi kompletnie obojętny. Gdyby ktoś to rozwinął do rozmiarów powieści, pewnie zanudziłbym się. A tak: dobre czytadło z paroma fajnymi pomysłami. A może już wyrosłem z takiej literatury ?
     


    Księżyc łowcy (Poul Anderson) - wymiękłem po kilkunastu stronach. Kompletnie nie mój klimat. O ile dobre fantasy jestem w stanie czytać, o tyle sf, zwłaszcza space opery i inne hard sf bardzo szybko mnie odrzucają. Ja wiem, opowiadanie dostało Hugo i Nebulę, ale nic nie poradze że mi "nie leży". Choć ludzie wysoko cenią.
  16. Iselor
    Kolejnych 5 przeczytanych w tym roku książek:

    Książę Mgły (Carlos Ruiz Zafon) - To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem. Równocześnie jest to pierwsza napisana przez niego książka. Cóż, czytałem opinie, że jest to także jego najsłabsza książka. Jeśli tak, to to oznacza że jego pozostałe powieści są rzeczami wybitnymi bądź arcydziełami. "Książę mgły" choć jest lekturą skierowaną do młodzieży i autor ostrożnie szafuje momentami strachu, czyta się dobrze nawet mnie, mimo że czas chodzenia do szkoły (nie licząc studiów) minął mi prawie pół życia temu a i doświadczenie literackie też mam spore. Atmosfera posępnego miasteczka na wybrzeżu Anglii, które skrywa mroczną tajemnicę sprzed lat, jest tu gęsta i niemal wylewa się z książki. Bohaterowie dobrze nakreśleni, dzieci nie są tu sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych, choć i owi dorośli stanowią tu głównie tło i "znikają" w sposób, który można określić mianem deus ex machina. Mam tu na myśli głównie rodziców głównych bohaterów. Nie jest to wielki zarzut, ale jednak. Doczepić się też mogę tego że autor unika określenia dokładnego miejsca gdzie toczy się akcja książki. Cóż, rozumiem że to miejscowość fikcyjna, ale fajnie gdyby fikcyjna była też nazwa. Bo to mi nieco psuło odbiór. Podobnie jak brak opisu wyglądu głównych bohaterów. No chyba że takowy był, a ja mam sklerozę. To też mi psuło, hm, wczucie się. To tyle jeśli idzie o moje zastrzeżenia. Ogólnie jednak książkę oceniam bardzo pozytywnie i jestem mile zaskoczony. Czekam na kolejne spotkania z dziełami tego autora. Polecam.

    Pałac północy (Carlos Ruiz Zafon) - Druga książka napisana przez Zafona i moje drugie, po "Księciu mgły", spotkanie z tym autorem. Uwinąłem się z książką w kilka godzin w pracy na nocnej zmianie:) Tym razem jednak autor z wybrzeża Anglii przenosi nas do Indii, do Kalkuty, kilka lat przed wybuchem II WŚ. To tu poznajemy naszych bohaterów i tajemnicę sprzed lat, która zmieni ich całe życie.
    To kolejna powieść z dreszczykiem, raczej dla nastoletniego czytelnika, ale i starszy, ja przykładem, będzie usatysfakcjonowany. Galeria dobrze nakreślonych bohaterów, orientalne miejsce, atmosfera tajemnicy i niepokoju - to wystarczyło by "Pałac Północy" okazał się niezwykle wciągającą lekturą. To lepiej napisana i troszkę poważniejsza powieść niż "Książę Mgły", choć osobiście bardziej mi pasował klimat nadmorskiej, angielskiej osady niż Indii, ale równie mocno polecam:)

    Światła września (Carlos Ruiz Zafon) - W trzecim tomie Trylogii Mgły (nie są ze sobą powiązane, można czytać nie po kolei) Zafon znów przenosi nas w okres międzywojenny i ponownie "lądujemy" w małym sennym miasteczku nad morzem, a latarnia morska stanie się świadkiem wydarzeń, o których strach mówić nocą...
    Zafon tutaj się rozkręcił i pisanie idzie mu lepiej niż w poprzednich tomach. Co prawda znów mamy tajemnicę sprzed lat, w którą wplątani zostają nastolatkowie i ich rodziny, ale tym razem fabuła wydaje się być bardziej złożona, a autor sięga do mało znanego motywu z mitologii...nie, tego nie zdradzę, ale motyw mi się spodobał (choć był mi znany przez "znajomość" z pewną pisarką fantasy oraz poprzez system RPG Dungeons & Dragons) :)"Światła września" klimatem przypominają pierwszą książkę autora czyli "Księcia Mgły", atmosfera znów jest tak gęsta, iż można ją kroić nożem, w jednym miejscu bardzo mnie zaskoczyła (choć w innym była też niesamowicie przewidująca, ale to wina opisu z okładki, który jak dla mnie ciut za dużo zdradza) i co tu dużo mówić: pod koniec się wzruszyłem, więc jeśli komuś łzy do oczu podejdą nie ma się co dziwić. No ale to trzeba przeczytać

    Wyklęci 1944–1963. Żołnierze podziemia niepodległościowego w latach 1944–1963 (praca zbiorowa) - Oto książka jakiej przez wiele lat brakowało na polskim rynku wydawniczym. Na ponad 500 stronach zostały przedstawione dzieje walki żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego od 1944 roku do 1963, gdy zginął ostatni z Żołnierzy Niezłomnych. Książka szczegółowo opisuje powstanie organizacji "podziemnych" takich jak Wolność i Niezawisłość, AKO, ROAK, Stronnictwa Narodowego, NSZ i mniejszych oddziałów partyzanckich, ich działalność, najważniejsze akcje zbrojne przeciwko aparatowi komunistycznemu, a także biografie najważniejszych żołnierzy (Witold Pilecki, "Inka", "Zagończyk","Ogień","Łupaszka","Huzar", "Roj",Laluś" i inni). Całość uzupełniona jest o bogaty materiał ilustracyjny (np. zdjęcia grup partyzanckich czy poszczególnych żołnierzy, często w więzieniach), pochodzący głównie z Archiwum IPN , a także przytoczone w całości lub fragmentach teksty - dokumenty, raporty (tak UBeckie, komusze, jak i partyzanckie), listy i inne. 
    Książka jest olbrzymim źródłem wiedzy o Żołnierzach Wyklętych i polecam ją każdemu patriocie. Wiadomo, psy komusze pokroju Senyszyn dalej będą nazywać ich "bandytami", ale to już na szczęście wymierające pokolenie pachołków sowietów. Chwała bohaterom!

    Inka. Dziewczyna niezłomna (Piotr Szubarczyk) - Śliczne albumowe wydanie książki o życiu Danuty Siedzik "inki". Na kilkudziesięciu stronach autor opisuje jej dom rodzinny, członków rodziny, jej życie szkolne oraz, co oczywiste w partyzantce, gdy służyła w 5 Brygadzie Wileńskiej AK. To także opis ostatnich chwil jej życia...Książka zawiera relacje i wspomnienia żyjących świadków jej życia, opisuje także ludzi z którymi walczyła oraz współczesne jej upamiętnienie. "Inka" stała się bowiem jednym z symboli Żołnierzy Wyklętych, dla wielu młodych wzorem do naśladowania, wzorem patriotyzmu. 
    Książka napisana jest takim językiem by mógł ja czytać zarówno dorosły jak i młody człowiek, chodzący do podstawówki czy gimnazjum. Całość uzupełniona zdjęciami, często nieznanymi ogółowi społeczeństwa, pochodzącymi z archiwum rodziny Siedzików. Książka wydana została na wysokiej jakości papierze i w twardej oprawie , co tylko dodaje jej wartości. Polecam!
  17. Iselor
    Podbój Peru (William H. Prescott) – wydane w 1847 roku dzieło, polskiego przekładu doczekało się dopiero w roku 1969. Pomimo upływu lat od napisania, książka Prescotta jest dziełem klasycznym i w zasadzie nie traci na aktualności. Oczywiście, nie wszystkie informacje jakimi dysponował Autor okazały się w przyszłości właściwe, tutaj na szczęście polski przekład daje nam przypisy, które w razie czego "prostują" Autora. "Podbój Peru" opowiada wspaniałą, ale i tragiczną historię pięknego Imperium Inków; jego funkcjonowania na polu gospodarczym, militarnym, artystycznym, naukowym, obyczajowym, religijnym; dotarcia do jego granic konkwistadorów hiszpańskich, ich zbrodniczej działalności, podbicia Imperium (głównie dzięki przewadze w uzbrojeniu), nieudanej próby powstania; kreśli biografię wszystkich głównych aktorów tamtych wydarzeń na ich tle aż do roku 1550, czyli względnego uspokojenia sytuacji wewwnętrznej tej kolonii.
    Znakomita lektura. Podstawowe źródło wiedzy dla wszystkich humanistów nt. Inków oraz ich klęski w walce z konkwistadorami. Polecam.
     

    Życie codzienne w Kartaginie w czasach Hannibala (Gilbert Charles-Picard, Colette Charles-Picard) – na początek trzeba zaznaczyć że tytuł książki jest mylący. Autorzy bowiem opisują Kartaginę w zasadzie od początków jej istnienia, nie tylko w czasie życia sławnego Hannibala (o którym za wiele w książce nie ma:)). No i trudno też mówić tu o "życiu codziennym". Faktycznie, mamy tu opis tego jak wyglądały obyczaje i życie religijne Kartagińczyków, ale Autorzy skupiają się na wszystkich aspektach funkcjonowania Imperium: handlu, podróżach, armii, architekturze i sztuce, jak i również wychowaniu, strojach, zajęciach codziennych czy klasach społecznych. Nie jest to powieść, to trzeba zaznaczyć, lecz praca popularnonaukowa i nie czyta się tego "lekko". Jednak jest to praca bardzo cenna; oczywiście, ma już swoje lata, ale nie straciła na aktualności i stanowi wciąż podstawowe źródło wiedzy nt. Kartaginy dla wszystkich zainteresowanych starożytnością.
     

     
    Ostatnia olimpiada (Aleksander Krawczuk) – słowo "olimpiada" w czasach starożytnych miało nieco inne znaczenie niż dziś. Obecnie bowiem olimpiadą nazywamy same zawody, igrzyska. W czasach zaś antyku olimpiadą nazywano okres czteroletni pomiędzy igrzyskami, czas przygotowań. I o tym właśnie jest ta książka. O owym czteroleciu. Pomiędzy przedostatnią a ostatnią olimpiadą w roku 393. Jednak, wbrew tytułowi, nie o przygotowaniach czy samej olimpiadzie. To nie jest tak istotne, a i źródeł niemal brak. Profesor Krawczuk opisuje w swej książce sytuację polityczną, społeczną, kulturową i religijną owego czterolecia. Najważniejsze wydarzenia i postacie tego czasu. Pisarzy i filozofów pogańskich. Teologów chrześcijańskich, Samego cesarza Teodozjusza Wielkiego. Jest także wzmianka o ostatnim, niestety zakończonym klęską, zbrojnym zrywie pogan przeciw chrześcijanom i tragiczną bitwą pod rzeką Frigidus. "Ostatnia olimpiada", podobnie jak inne książki powiązane z tematem – "Julian Apostata" tegoż samego autora czy "Ostatni poganie" Pierre Chuvina, jest lekturą w pewien sposób smutną. To bowiem opowieść o Upadku i Końcu. Końcu wspaniałych religii. O upadku kultury, w tym także w sposób nieodwracalny, o zagładzie zabytków rzeźby i architektury, które padły ofiarą nienawiści religijnej. Jednak ci, którzy kochają antyk, ci, którzy wielbią filozofię, kulturę i religię starożytnych Grecji i Rzymu po książkę powinni sięgnąć. Jest ona w pewien sposób – jak większość książek profesora Krawczuka – hołdem oddanym antykowi i sprawie pogan. Z całego serca polecam.
     

     
    Groby Cheronei (Aleksander Krawczuk) - Klęska wojsk greckich w bitwie pod Cheroneją sprawiła, że Hellada dostała się pod faktyczne panowanie króla Macedonii, Filipa. Profesor Krawczuk w swojej książce porusza jednak nie tyle temat samej bitwy - o niej samej bowiem nie ma jakichś bardzo szczegółowych źródeł - lecz o wielu aspektach związanych z tymże wydarzeniem. O tym dlaczego konflikt wybuchł. Co straciły a co zyskały po owej klęsce miasta-państwa greckie (zwłaszcza Ateny); kim byli główni aktorzy owych wydarzeń - nie tylko król Filip, ale i najważniejsi politycy greccy tamtego okresu. I jaki los spotkał tych, którzy w owej bitwie polegli. Na sam koniec: co z tego wszystkiego, z dziedzictwa materialnego i literackiego związanego z bitwą przetrwało do naszych czasów i jak wpłynęło na kulturę europejską. "Groby Cheronei" to książka oczywiście dla każdego kto wielbi kulturę antyku; nie mam bowiem złudzeń że po tą pozycję (ani żadną inną profesora Krawczuka) sięgną osoby nie zainteresowane tematem
     

     
    Perykles i Aspazja (Aleksander Krawczuk) – profesor Krawczuk miał zwyczaj nadawania niektórym ze swych książek tytułów, które niewiele bądź nie w całości zgadzały się z treścią samego dzieła. Tak też jest i w tym przypadku. Książka ta bowiem jest o dziejach Aten (głównie) i Hellady w V w.p.n.e. Głównie o tym jakie wojny wtedy toczono zarówno między państwami-miastami greckimi, jakie i dlaczego zawiązywały się sojusze, choć jest też wątek wojen z Persami. Na kartach tego dzieła spotkamy też znajomych z lekcji historii: filozofów (np. Sokratesa) czy ludzi kultury (np. rzeźbiarza Fidiasza). Jednak ponad połowa książki skupiona jest wokół postaci Peryklesa, człowieka, który doprowadził do największego rozkwitu Aten w dziejach; człowieka będącego równocześnie wielkim propagatorem demokracji, czasem narzucającego ten ustrój innym siłą (co nie zawsze kończyło się dobrze). O Aspazji jest tu niewiele. Ot, tyle ile mówią zachowane źródła, choć ta mądra hetera na pewno jest postacią wartą zapamiętania, choćby dlatego że bardzo wpłynęła na życie Peryklesa.
    Znakomita książka, jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) profesora Krawczuka.
  18. Iselor
    Olbrzymie kości (Peter S. beagle) - Peter S. Beagle może być znany czytelnikom fantasy, ale raczej z jego najbardziej klasycznych pozycji: "Ostatniego jednorożca" i "Pieśni karczmarza". "Olbrzymie kości" są zbiorem opowiadań i mają dwie zalety: po pierwsze, jakościowo opowiadania niewiele odstają od ww. powieści autora i są napisane tym samym nieco baśniowym, melancholijnym stylem. Czyta się je trochę jak bajki opowiadane wieczorem przez starą babuleńkę Bardzo "klimatyczne" Po drugie: wszystkie dzieją się w tym samym świecie (tym samym co "Pieśń karczmarza"!), czasem spotykamy tych samych bohaterów lub jest o nich wzmianka Tak więc czytelnik dzięki temu zabiegowi lepiej poznaje świat.
    "Olbrzymie kości" są zbiorem opowiadań bardzo klasycznych. Jeśli ktoś lubi takie snucie opowieści a la Jack Vance czy Ursula Le Guin, niech sięgnie także po Beagle'a, w tym także po tą pozycję.

    Barbarzyńca i marzyciel (Robert E. Howard & Lord Dunsany) - Dziwny zbiór. Przynajmniej jeśli idzie o dobór Autorów. Obaj pisali co prawda w podobnym czasie (pierwsza połowa XX wieku, przed II WŚ), jednak antologia opowiadań Howarda i Lorda Dunsany jest trochę jak antologia kina sf gdzie na jednej płycie dostaniemy "Terminatora" i "Wehikuł czasu". Niby oba łączy podróż w czasie, ale...
    Tu jest podobnie. Obaj pisarze pisali ogólnie pojęte fantasy. Opowiadania Howarda jednak o Conanie barbarzyńcy to typowe sword & sorcery, gdzie trup pada gęsto, opowiadania Dunsany'ego zaś są w stylu....Onirycznym? Baśniowym? Trudno to dokładnie określić, ale bliżej im do np. "Alicji w krainie czarów" niż współczesnego fantasy, choć trzeba wiedzieć że to Dunsanym inspirowali się mocno H.P. Lovecraft czy J.R.R. Tolkien. Zbiór warty przeczytania, ale tylko dla tych, którzy są otwarci na różne style i wizje fantastycznych światów.

    Sztuka kochania (Michalina Wisłocka) - Hah, mam problem z tą książką. Jest to to oczywiście podręcznik seksuologii tak samo kultowy jak i ważny i mądry, jednak mam wrażenie że raczej dla tych, którzy dopiero mają zacząć życie seksualne, a niektóre rozdziały dla kobiet w ciąży i...W sumie tyle. Ja z tego niewiele się dowiedziałem, mimo że jestem lekko po 30-tce, erotomanem znającym pozycje z Kamasutry też nie jestem. Jednak rozdziały poświęcone samemu stosunkowi, środkom antykoncepcyjnym, pozycjom i światem zmysłów wpływającym na życie seksualne są...niby uniwersalne, ale - mając podstawowe, zwykłe, doświadczenia seksualne - nudne.
    Pewnie dam kiedyś tą książkę nastoletniej córce/nastoletniemu synowi, ale ja już na to jestem za stary.

    Stąd do starożytności (Aleksander Krawczuk) - Mam troszkę problem z tą książką Nie jest to bowiem w żaden sposób dzieło szczegółowe, typowo historyczne, poświęcone jakiemuś wydarzeniu, okresowi czy postaci. To zbiór esejów, w zasadzie nie powiązanych ze sobą, chyba że uznamy iż cechą wspólną jest tematyka starożytności. Profesor Krawczuk pisze więc o wkładzie w badania nad starożytnością naszego najsławniejszego historyka filozofii - Władysława Tatarkiewicza; pisze o wartości demokracji i jej idealnemu wyobrażeniu w świecie starożytnym i ile z tego dziś odziedziczyliśmy; o Tetydzie - bogince morskiej, matce Achillesa i jej roli w micie trojańskim; o problemie z obiektywną oceną osoby Poncjusza Piłata, itp. itd. Czy warto? Cóż, profesor Krawczuk napisał wiele ważniejszych i mądrzejszych książek, tę zaś można traktować jako...uzupełnienie wiedzy o starożytności i odskocznię od cięższych, poważniejszych pozycji naukowych

    Tonghak. Nauka Wschodu (Halina Ogarek – Czoj) – znana jako czondoizm lub Religia Niebiańskiej Drogi, Tonghak jest rodzimą religią (czy też systemem filozoficzno - religijnym) Korei, choć dosyć młodą, bo powstałą w XIX wieku jako przeciwwaga dla chrześcijaństwa i – w mniejszym stopniu – buddyzmu. Jest to religia synkretyczna bo łączy w sobie elementy dwóch ww. Religii, a także konfucjanizmu, taoizmu i koreańskiego szamanizmu. Książka Haliny Ogarek – Czoj jest ciekawą pozycją ponieważ przy okazji opisywania dziejów rozwoju tej filozofii, dowiadujemy się także sporo o funkcjonowaniu państwa koreańskiego w XIX i na początku XX wieku (także o relacjach i wpływie na ten kraj dwóch potężnych sąsiadów: Chin i Japonii). Szkoda tylko że książka, wydana w 1984, skupiona jest na okresie do 1945, zaledwie parę zdań wzmiankując o okresie powojennym nt. Funkcjonowania Religii Niebiańskiej Drogi. Z tego powodu, że jest to chyba jedyne opracowanie polskie tego systemu religijnego (a czyta się to całkiem dobrze:)) mogę to dzieło polecić każdemu zainteresowanemu tematyką religioznawczą, filozoficzną jak i państwa koreańskiego w ogóle. Jeśli ktoś coś wie o nowszych, polskich publikacjach poświęconych Tonghak, proszę o kontakt
     
    Adam "Iselor" Wojciechowski - kulturoznawca, politolog i religioznawca. Publikował m.in. w "Action Mag - Książki", "Tawernie RPG", "Games Corner" i "Twierdzy Insimilion". Obecnie bloger ppe.pl i cdaction.pl. Prywatnie bibliofil i kolekcjoner gier video. Ponadto miłośnik historii starożytnej i średniowiecza.
  19. Iselor
    Tytuł: Potęga mitu
    Autor: Joseph Campbell
    Wydawnictwo: Znak
    Ilość stron: 258
    Oprawa: twarda
    Cena: 38 zł
    Potęga mitu jest zapisem rozmów dziennikarza Billa Moyersa i Josepha Campbella - jednego z najwybitniejszych mito i religioznawców. Nie będę ukrywał, że dla mnie jest to najważniejsza albo jedna z najważniejszych książek jakie w życiu czytałem. Campbell dokonuje analizy mitu, jego znaczenia w naszym życiu, wyjaśnia co mity mówią o nas samych i jak wiele łączy wszystkie religie świata. To nie jest atak na którąkolwiek religię. Nie znajdziecie tu nic o tym, że - jak głoszą różnej maści wrogowie sacrum - religie to zło, nic o fanatyzmie, o wojnach religijnych. Książka prezentuje piękno religii, ich mądrość głoszoną przez święte księgi i wielkich mędrców: Jezusa, Buddę i innych.
    Potęga mitu ukształtowała moje poglądy na religię. Chociaż sam Campbell był niewierzący, dzięki temu dziełu skrystalizowały się moje agnostyczne poglądy na religię. Neguję tak skrajny ateizm Richarda Dawkinsa jak i radykalny fundamentalizm religijny. Jest to także dzieło o tolerancji religijnej i lepszym zrozumieniu obcych wierzeń. Dla ludzi, którzy nie mają dużego pojęcia o innych religiach niz ich własna, będzie to wspaniała lekcja religioznawcza.
    Obowiązkowy tytuł dla każdego kto mieni się kulturalnym człowiekiem i jedna z największych pereł literatury religioznawczej i mitoznawczej.
  20. Iselor
    Księgozbiór Iselora #3: Biblioteka fantastyki część 1
    Ze względu na to że mamy dzisiaj Światowy Dzień Książki, polecę wam kilka książek. Książek, które dawno temu wydało nieistniejące już wydawnictwo Alfa. Jednak seria Biblioteka Fantastyki, która pojawiła się pod koniec lat 80-tych a zakończyła swój żywot w nowym milenium, wychowała wielu polskich fantastów, a większość wydanych w tej serii książek nie została wydana ponownie, a stanowią klasyke gatunku, tak science fiction jak i fantasy. Ze względu na ilość pozycji (ponad 90!) dziś przedstawię wam tylko część pozycji:) Opisy będą dosyć krótkie (mam problem z długimi recenzjami książek), ale zapewniam że pozycji słabych tu (prawie) nie ma.
    Wojna skrzydlatych (Poul Anderson) ? pierwsza książka z serii i...Tak naprawdę nie dla mnie:) Lubię Andersona, ale jako pisarza fantasy, sf wg mnie niezbyt mu wychodzi. Kumpel mówi, że warto to przeczytać, ja się jednak odbiłem
    Człowiek z mgły (Krzysztof Boruń) ? Boruń to jeden z czołowych polskich autorów science fiction, niestety znany raczej starym wyjdaczom. Młodsi pewnie o nim nie słyszeli, a szkoda, bo stawiać go należy obok takich pisarzy jak Janusz A. Zajdle czy Stanisław Lem. Prezentowana książka to znakomity zbiór opowiadań i miłośnicy krótkiej formy będą zachwyceni. To także znakomity przykład książki od której młodszy fan fantastyki wychowany na fantasy może w miarę lekko wejść w świat sf. Polecam.
    Pomnik (Lloyd Biggle (Junior)) - szczerze nie za bardzo już tę książkę pamiętam. Poza tym że fajnie mi się ją czytało:) Ot, lekkie, miłe i przyjemne sci-fi. Jeśli natraficie w antykwariacie ? to bierzcie w ciemno.
    Eryk Promiennooki (Henry Rider Haggard) ? arcymistrz powieści przygodowej parał się także fantastyką. Jednak osobiście polecam raczej inne jego książki, choćby te z Alanem Quatermainem w roli głównej (choćby świetny Święty kwiat). Eryk Promiennooki nie jest zły, ma całkiem niezły, ciężki klimat, wszystko osadzone w realiach mrocznej skandynawskiej sagi. Brakuje mi jednak ?tego czegoś?. Nie to, że książka jest zła, nie, ot, średniak. Ze względu jednak na autora można się skusić. Lektura dodatkowa, chyba że ktoś lubi tego typu klimaty ? wtedy obowiązkowa.
    Po drugiej stronie nieba (Edmund Cooper) ? niezbyt obszerne, fajne, lekkie sf. Nie za bardzo wiem co tu napisać więcej, bo fabuły nie pamiętam już tak szczegółowo. Sięgnąć warto, jeśli znajdziecie gdzieś w antykwariatach. Kolejny dobry tytuł do początków przygody z sf.
    Władca szczurów (Rafał Ziemkiewicz) ? książeczka z początków twórczości młodego RAZa:) Czyta się lekko, miło i przyjemnie. Arcydzieła (bo mamy tu do czynienia ze zbiorem opowiadań) to to nie są, ale poczytać w pociągu można:)
    Conan z Cimmerii + Conan: Droga do tronu + Godzina smoka(Robert E. Howard) ? ja wiem, że ostatnio wyszło na rynku wielkie, śliczne tomiszcze ze wszystkim co napisał Howard, ale jeśli ktoś nie jest fanatykiem Conana, a chce poznać podstawy to te trzy książeczki w zupełności wystarczą.
    Spotkanie z meduzą (Arthur C. Clarke) ? zbiór klasycznych opowiadań sf jednego z największych arcymistrzów science ? fiction ever. Absolutny klasyk i lektura obowiązkowa dla każdego kto mieni się fanem fantastyki.
    Dziesiąte podejście (J.T. Mcintosh) ? kolejny bardzo klasyczny już zbiór opowiadań. Miodzio. Szkoda tylko, że ów autor ponad dwudziestu powieści doczekał się w Polsce tylko tego jednego zbioru opowiadań.
    Krypta bestii (A.E. Van Vogt) ? znasz tego pisarza? Nie? Dlaczego? Krypta bestii to kolejne rewelacyjne hard sci-fi i kolejny zbiór opowiadań. Majstersztyk.
    Slan (A.E. Van Vogt) ? jak wyżej, tyle że tym razem powieść. I to jedna z najlepszych w tym gatunku jakie czytałem. A to wystarczająca rekomendacja. Koniecznie!
    Przeraźliwy chłód (Jerzy Siewierski) ? bardzo dobra powieść grozy, tym razem polskiego autora. Może bez rewelacji, ale warto przeczytać. Polski klasyk:)
    Sfery (Piers Anthony) ? fajna, lekka książka ze specyficznym klimatem:) Niby science ? fiction, ale czyta się jak heroic fantasy w stylu Conana:D Polecam. Nie jest to arcydzieło, na pewno nie, ale polecam, bo to dosyć oryginalna powieść
    Czarnoksiężnik z Volkyanu (Tanith Lee) ? o, lubię tę powieść. Niby nie jest jakość szczególnie poważana wśród fantastów, ale mroczny klimat sprawił, że czytało mi się ją bardzo dobrze i mam do niej sentyment. Nie ma tu jakiejś wartkiej akcji jak w Conanach, jednak polecam.
    Zaklęty miecz (Poul Anderson) ? tym razem Anderson na najwyższym poziomie. Znakomite, mroczne fantasy, osadzone w klimacie skandynawskiej sagi, z wiedźmami, elfami i trollami w roli głównej. Mistrzostwo. Pozycja z kanonu obowiązkowego Andrzeja Sapkowskiego. Absolutny klasyk i must have dla każdego kto mieni się fanem fantasy.
    Władcy samotności (Parke Godwin, Marvin Kaye) ? rewelacyjne postnuklearne sci ? fi, w klimacie bardzo przypominające np. Kantyczkę dla Leibowitza Millera. Bardzo polecam, a przy okazji: Kantyczka dla Leibowitza jest jeszcze lepsza i jeszcze bardziej klasyczna. To w zasadzie jedno z największych arcydzieł sci-fi ever. MUSISZ ją przeczytać!
    Pieśń Krwi (Greg Bear) ? uhonorowana Nebulą rewelacyjna powieść o wirusie, który zyskał inteligencję i świadomość i stanowi śmiertelne zagrożenie dla ludzkości. Ciężka, niezbyt optymistyczna powieść, ale klasyk absolutny.
    Miecze i ciemne siły (Fritz Leiber) ? zbliżone stylem do Conana opowiadania o dwóch przyjaciołach: Fafrydzie i Szarym Kocurze. I w tym małym zbiorze zostały wg mnie wydane najlepsze, które poznać trzeba. Pozostałe, wydane parę lat temu przez Rebis już niezbyt mnie do siebie przekonują, ale może nie lubię tego typu fantasy. Jednak powtarzam: Miecze i ciemne siły to klasa sama w sobie. Koniecznie!
    To na razie tyle. Niedługo dalsza część książek z biblioteczki Iselora.
  21. Iselor
    Tytuł: Wampir z Mgieł
    Autor: Christie Golden
    Wydawnictwo: ISA
    Ilość stron: 352
    Oprawa: miękka
    Cena: około 18 zł (aukcje internetowe, w antykwariatach można znaleźć taniej - o ile się trafi;))
    Powieści, których akcja rozgrywa się w licznych światach D&D, zwłaszcza Forgotten Realms i DragonLance cieszą się bardzo dużą popularnością. Cóż z tego, żadna z nich może być zaliczona do tzw. klasyki fantasy. Większość książek (nie wszystkie) to zaledwie (a może aż) przyzwoite czytadła.
    Książki ze świata DragonLance są sztampowe i płytkie, to samo większość książek ze świata Greyhawk. O Planescape wypowiadać się nie będę, bo szczerze powiem, że nie miałem styczności z żadną książką tego cyklu. Z najbardziej znanych światów trzeba należy wymienić Ravenloft. Świat gotyckiego horroru. Świat przypominający naszą średniowieczną Transylwanię bez elfów, krasnoludów, tylko ludzie, ale w towarzystwie wampirów, wilkołaków i innych stworów nocy. No i magia. Do tego świata, za sprawą mrocznych sił przedostaje się Jander Sunstar, mieszkaniec Fearunu (swiat Forgotten Realms). Sam jest elfem - wampirem, w którym nie wygasło jednak dobro. Tutaj, w krainie zwanej Barovia, stara się odnaleźć przyczynę choroby psychicznej i śmierci swojej ukochanej. I odkrywa przy okazji przerażającą tajemnicę. Władcą Barovii jest nikt inny jak wampir (Strahd von Zarovich), taki sam jak on. No, może nie taki sam, bo o wiele bardziej przypominający swoich okrutnych pobratymców...
    Wampir z Mgieł jest książką zaskakująco dobrą jak na powieść osadzoną w jednym ze światów D&D. Christie Golden znakomicie posługuje się piórem, opisy spod jej ręki są bardzo dobre. Scena w której Strahd von Zarovich gra na organach, a Jander towarzyszy mu grą na flecie sprawia, że czytelnik wręcz słyszy te instrumenty. Oprócz opisów i dialogów, na znakomitym poziomie stoją także kreacje poszczególnych bohaterów. Elf ? wampir; wampir - władca krainy; szalony kapłan Lathandera; jego uczeń - były łotr, a także zakochana w nim złodziejka. Każda z tych postaci jest przedstawiona niezwykle dokładnie. To nie są postacie sztuczne, bez charakterów, tylko istoty ze znakomicie nakreślonymi osobowościami, własnymi celami, pragnieniami, moralnością. Nikt z nich nie jest doskonały, nikt nie przypomina doskonałego rycerza, obrońcy cnót wszelakich, każde z nich ma własne słabości i atuty. Być może właśnie dlatego, bohaterowie Wampira... pozostają na długo w pamięci. Przynajmniej u mnie pozostali
    Wampir z mgieł to książka dla tych, którzy mają już dosyć sztampy w fantasy z potężnymi czarodziejami i groźnymi wojownikami. Ma ona znakomity ponury, gotycki, nieco dołujący klimat. Na uwagę zasługuje także zakończenie, ale zdradzać go nie będę.
    Książka jest całkiem długa (352 strony) i dla w miarę szybko czytającego człowieka wystarczy na dwa do czterech dni. Niestety, samo wydanie nie jest rewelacją, do czego ISA zdążyła nas już przyzwyczaić. O ile bowiem okładka jest całkiem fajna, o tyle jakość papieru pozostawia wiele do życzenia...
    Pomimo tego, że do dziś przeczytałem mnóstwo klasyki fantasy, Wampir z Mgieł pozostaje jedną z moich ulubionych książek ever i znakomitym przykładem na to, że w sztampowym świecie można napisać rewelacyjną powieść. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów horroru, a zwłaszcza dark fantasy. Jedyne dzieło z ogólnie pojętego D&D, które wliczam do klasyki fantasy.
  22. Iselor
    Tytuł: 20 000 mil podmorskiej żeglugi
    Autor: Juliusz Verne
    Wydawnictwo: różne (na okładce: KWE)
    Ilość stron: 336 (wydanie KWE)
    Oprawa: twarda (wydanie KWE; inne to różnie)
    Cena: w zależności od wydania
    W dzisiejszym świecie literatury, pełnym sag, trylogii, dylogii i innych pięcioksiągów, zachęcani do kupna wielu "hitów" często zapominamy o klasyce. A szkoda, bo "20 000 mil podmorskiej żeglugi" Juliusza Verne'a to jedno z najważniejszych dzieł literatury.
    Rok 1866. Świat obeszła wiadomość, że po wodach wszystkich stron świata, pływa olbrzymi narwal zatapiający okręty. Jedni wierzą w jego istnienie, inni nie. Kapitan Farragut organizuje wyprawę w celu wyśledzenia i zabicia potwora. Zaproszenie na udział w wyprawie dostał także Piotr Aronnax, profesor Paryskiego Muzeum Przyrodniczego. Ten zaproszenie przyjmuje i wraz ze swym sługą Conseilem wyrusza na wyprawę. Na statku spotykają m.in. wyborowego myśliwego Ned Landa. Między profesorem a myśliwym zawiązuje się nić przyjaźni.
    Statek w końcu natrafia na stwora. Problem w tym, że stwór ma.... skórę z żelaza i jak się zapewne domyślacie, to nie stwór, ale okręt podwodny (zwany "Nautilus") należący do nikogo innego jak sławnego kapitana Nemo. W wyniku uszkodzenia "Abrahama Lincolna" (to nazwa statku kapitana Farraguta) trójka naszych znajomych wpada do morza i zostają "uratowani" przez kapitana Nemo. A raczej uwięzieni, bo kapitan Nemo nie ma zamiaru wypuścić "gości" na ląd już nigdy!
    Książka jest pisana w pierwszej osobie; osobą opisującą wszystkie zdarzenia jest sam Piotr Aronnax. Z wielką pieczołowitością Juliusz Verne ustami swego bohatera przedstawia nam podmorski świat. Opisy ryb, głowonogów i innych wodnych stworów, chociaż pisane ponad sto lat temu naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza dla kogoś kto morską fauną i florą niezbyt się interesuje. Poza tym można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy nie tylko z biologii, ale także geografii, a nawet trochę z historii. Opisy, które stanowią 3/4 całej powieści, są napisane wprost znakomicie, wierzcie mi, wcale was nie zanudzą, bo piszę to ja, wielki przeciwnik zbyt długich opisów niczego do książki niewnoszących . Szczegółowość z jaką autor opisał konstrukcję i opis działania okrętu podwodnego, choć niezgodny z dzisiejszą nauką, naprawdę robi wrażenie i wymagał wielkiego zaangażowania twórczego od autora.
    Sam czytelnik czeka jednak z niecierpliwością na te wszystkie momenty, w których profesor rozmawia z kapitanem bądź opisuje kapitana Nemo. Nemo z łaciny oznacza "Nikt" a Nautilus: "Pływak". Nemo to postać tajemnicza. Oto człowiek, który porzucił ląd na rzecz bezkresnego oceanu, który jest jego nową ojczyzną. Nie wiadomo dlaczego to uczynił, nie wiadomo kim naprawdę jest, ani z jakiego kraju pochodzi. Wydaje się być człowiekiem szalonym, pozbawionym uczuć i resztek człowieczeństwa. Ale to tylko pozory.
    Pod tą maską kryje się człowiek zdolny do wielkich, szlachetnych czynów, w którym uczucia jeszcze nie wygasły. To jedna z najbardziej skomplikowanych psychologicznie postaci, o jakich czytałem. Jedyne, co o nim wiadomo, to to iż Ziemia, a dokładniej jej mieszkańcy, musieli kapitanowi i jego towarzyszom uczynić co strasznego.
    Członkowie jego załogi porozumiewają się ze sobą nawzajem specjalnie dla nich stworzonym językiem, to ludzie stanowiący pewnego rodzaju tło, przez całą książkę nikt z nich nie wypowiada ani jednego słowa w żadnym znanym języku, trudno zatem określić ich narodowość. Nie będę zdradzał więcej szczegółów, aby nie psuć wam radości z czytania - i tak powiedziałem już chyba zbyt wiele
    "20 000 mil podmorskiej żeglugi" to jedna z pierwszych powieści jakie można określić mianem science fiction. Oczywiście, zbudowanie okrętu podwodnego dla panów wojskowych nie jest w dzisiejszych czasach niczym nadzwyczajnym, są powszechne w naszym świecie. Ale w czasach kiedy książka została wydana było to istne SF! Dzisiaj natomiast można ją uznać jako znakomitą powieść przygodową.
    Komu polecam tą książkę? Wszystkim, którzy jej nie czytali Ponieważ jest to dzieło kultowe, z którym zapoznać się powinien każdy kulturalny człowiek.
  23. Iselor
    Tytuł: Pierścień i Róża czyli historia Lulejki i Bulby z rysunkami autora
    Autor: William Makepeace ThackerayW
    Wydawnictwo: różne (na okładce: PIW)
    Ilość stron: 201 (wydanie PIW)
    Oprawa: miękka (wydanie PIW; nie wiem jak z innymi)
    Cena: w zależności od wydania
    Król Seriozo, władca Paflagonii na łożu śmierci mianował swego brata Walorozo regentem do czasu aż Lulejko, syn Serioza, nie osiągnie pełnoletności. Walorozo nie miał zamiaru oddawać korony, gdy brat zmarł obwołał się królem, a Lulejko...No, Lulejko żył sobie z wujkiem i ciotką i nie wiedział nic o zdradzie wujka. A i tak do korony nie było mu śpieszno, zależało mu tylko na rozrywkach i żeby nie musiał się uczyć więcej jak dwa dni w tygodniu. Był zakochany w swojej kuzynce, Angelice, pannie głupiej i uważającej się za pępek świata.
    W sąsiednim państwie, Krymtatariii, król Kalafiore wydał bitwę buntownikowi Padelli i...no cóż, zdarzyło mu się że poległ Królowa umarła, władzę objął buntownik Padello, a mała księżniczka Różyczka zgubiła się w lesie. Tam została odnaleziona przez rodzinę królewską Paflagonii i została przygarnięta jako służka (oczywiście nic nie wiedzieli o jej królewskim pochodzeniu).
    Tak rozpoczyna się historia w "Pierścieniu i Róży". Po samych nazwach można zauważyć że jest to książka napisana z przymrużeniem oka. Humoru w niej dużo, zwłaszcza uśmieją się dzieci, ale i u starszych pojawi się czasem banan na twarzy:) Czasem nawet sam narrator opisując jakieś wydarzenie doda coś zabawnego od siebie prezentując tym samym własną opinię nt. miejsc, osób czy wydarzeń. "Pierścień i Róża" to znakomita powieść dla dzieci i choć niekrótka (jak dla dzieci ? 201 stron) warto, aby właśnie po nią sięgnęły. Bardzo niedobrze, że ta książka nie jest obecna w spisie lektur; może właśnie dzięki niej dzieci zainteresowałyby się książkami. Ach! Szkoda że nie jestem odpowiedzialny za lektury, bo dla dzieci z klas 1 - 3 pasuje ta książka wyśmienicie!
    "Pierścień i Róża" co ciekawe jest przez wielu uważany za prekursora literatury fantasy. Nikt tej książki do fantasy jednak nie zaliczy, bo siedzi ona (cytując nie dokładnie Sapkowskiego:)) w worku z literaturą dziecięcą razem z "Czarnoksiężnikiem z krainy Oz" i "Kubusiem Puchatkiem". Książka jest łatwo dostępna w księgarniach, antykwariatach i na aukcjach:) Polecam:)
    Na zakończenie krótkie info o autorze (cytuję z tylnej strony okładki): "William Makepeace Thackeray, jeden z największych realistów krytycznych w literaturze angielskiej dziewiętnastego wieku, żył krótko (1811 - 1863), stosunkowo późno też, bo pod czterdziestkę, zaczął pisać. W Piętnastoletnim okresie jego działalności twórczej powstały wielkie, od lat cieszące się popularnością powieści: "Targowisko próżności", "Dzieje Pendennisa", "Historia Henryka Esmonda" czy "Rodzina Newcome'ów"."
  24. Iselor
    Tytuł: Silmarilion
    Autor: J.R.R. Tolkien
    Wydawnictwo: Amber
    Ilość stron: 295
    Oprawa: twarda
    Cena: w zależności od wydania
    (Recenzja sprzed kilku lat, ale jest ok;))
    Tolkien to pisarz-legenda. Jego dzieła są inspiracją dla wszystkich pokoleń pisarzy fantasy. Oto przedstawiam książkę, którą uważam za największe arcydzieło fantasy: Silmarillion.
    Silmarillion dzieli się na pięć opowieści: Ainulindale, opowiadająca o stworzeniu świata; Valaquenta - prezentuje Valarów, Majarów (czyli dobrych bogów oraz duchów) oraz Nieprzyjaciół; Quenta Silmarillion - właściwa historia Silmarilów, z którą związany jest tytuł książki i która jest najdłuższa ze wszystkich opowieści; Akallabeth oraz Pierścienie Władzy i Trzecia Era to dwie opowieści; odrębne od reszty utwory, ale uzupełniające okres od czasu stworzenia świata do Trzeciej Ery.
    Książka jest bardzo trudna w odbiorze. Od razu uprzedzam. Przypomina bardziej książkę historyczną, kronikę niż klasyczną powieść. Roi się w niej od opisów, nazw geograficznych i osób fizycznych. Sprawia to pewien kłopot czytelnikowi, który bardzo często aby zrozumieć przeczytane zdanie (lub stronę - jak kto woli) musi je przeczytać raz jeszcze, albo zerknąć na indeks pojęć. Sam indeks natomiast też jest niczego sobie - w moim wydaniu (A4) zaczyna się on od strony 256 do 282! To nie jest książka na dwa wieczory, trzeba ją czytać powoli i bardzo dokładnie, aby rzecz jasna wszystko zrozumieć. Takie podejście też ma swoje dobre strony - książka wystarczy nam na jakiś tydzień czytania albo i dłużej.
    Czytając ją czytelnik zastanawia się jak człowiek mógł wymyślić tak złożony i skomplikowany, ale równocześnie spójny, uporządkowany i logiczny obraz świata? Świata który nie istniał, ale czytając to dzieło naprawdę miałem wątpliwości!
    Wydawnictwo Amber z którego pochodzi mój egzemplarz wydało Silmarillion w znakomitej jakości, twardej oprawie ze złoceniami. W książce znajdują się także przepiękne ilustracje Teda Nasmitha. Zapraszam do lektury Silmarillionu - to obowiązkowa lektura dla fanów fantasy!
  25. Iselor
    Wpis ten jest skierowany głównie dla młodszych/początkujących fanów fantastyki w wydaniu książkowym, głównie fantasy. Na fantasy bowiem się wychowałem i od niego zaczynałem, science fiction co prawda też sporo przeczytałem ale nie tyle by być Alfą i Omegą. Poniżej więc prezentuję Wam moich ulubionych pisarzy fantasy, ew. pisarzy fantasy, którzy parali się też science - fiction:) Każdy z niżej wymienionych autorów (a raczej jego książki) to absolutny must have. Od razu zaznaczam że na liście brak Tolkiena i Sapkowskiego bo oba nazwiska to "oczywista oczywistość". Nie ma też Martina ani Eriksona. Stoją na półce i wezmę się za nich w tym roku, ale po prostu nie miałem kiedy ich przeczytać.
    Od razu też mówię, że większość z tych pozycji czytałem lata temu więc nie oczekujcie jakichś mega dokładnych recenzji:)
    1.Ursula K. Le Guin
    Cykl Ziemiomorze ? absolutny majstersztyk, najwybitniejszy cykl fantasy i mój numer jeden na liście najlepszego fantasy ever. Dla mnie pierwsze trzy tomy są wspaniałymi opowieściami o odpowiedzialności za własne czyny, o dojrzewaniu, ale też o miłości. I chociaż to Czarnoksiężnik z Archipelagu jest pierwszym i najważniejszym tomem cyklu, osobiście najbardziej lubię, drugi, choć najkrótszy z serii, tom pt. Grobowce Atuanu ze względu na niesamowity klimat. Ów "klimat" jest czymś charakterystycznym dla całego cyklu, narracja przypomina trochę bajanie indiańskiego szamana:) Szkoda tylko, że ostatnie trzy tomy za bardzo idą w stronę lewicującego, feministycznego fantasy (całe zło to faceci, a kobiety są ratunkiem dla świata), ale nie na tyle by nie dało się ich z przyjemnością czytać. Są "tylko" dobre, ale u Le Guin "tylko dobre" i tak oznacza lepszy poziom niż większość tego co teraz wychodzi.
    Kolejność tomów: Czarnoksiężnik z Archipelagu---> Grobowce Atuanu---> Najdalszy Brzeg---> Tehanu---> Opowieści z Ziemiomorza---> Inny Wiatr.
    To absolutny kanon i podstawa. Choć pani Le Guin jest też znana z książek science ? fiction: rewelacyjnej powieści Lewa Ręka Ciemności (koniecznie!), Wydziedziczeni (nagrody Hugo i Nebula) czy bardzo dobrych, choć może nie kanonicznych powieści takich jak np. Świat Rocannona, Miasto złudzeń czy Planeta wygnania.
    2. Jack Vance
    Mityczne wyspy Elder, pomiędzy Wielką Brytanią a Hiszpanią są miejscem życia nie tylko ludzi, ale elfów i innych mitycznych stworzeń, które muszą przy okazji opierać się walczącemu z pogaństwem i magią chrześcijaństwem. Jednak trylogia Lyonesse (Lyonesse--> Zielona Perła---> Madouc)nie jest to w żaden sposób książka antychrześcijańska. Seria jest niesamowicie wielowątkowa, ale tak sprawnie napisana że Czytelnik się nie gubi:) To najlepszy przykład baśniowego, okraszonego humorem baśniowego fantasy. Mój numer dwa na liście najlepszego fantasy ever!
    Vance jest także autorem powieści science ? fantasy. Warto zapoznać się z jego powieściami Władcy Smoków (nagroda HUGO) i Ostatni zamek (HUGO i Nebula). Niestety, nie czytałem jeszcze jego science-fantasy znanego jako Umierająca Ziemia (wciąż czeka na półce).
    3. Glen Cook
    Autor rewelacyjnego (najlepszego?) militarystycznego dark fantasy jakie powstało do tej pory. Kroniki Czarnej Kompanii to majstersztyk, sprowadza wojnę, w której biorą udział świetnie wyszkoleni najemnicy do punktu widzenia zwykłego żołnierza. Absolutny klasyk i tytuł obowiązkowy (Kroniki Czarnej Kompanii---> Księgi Południa---> Powrót Czarnej Kompanii---> Zagłada Czarnej Kompanii). U mnie numer trzy na liście najlepszego fantasy ever.
    Cook jest także autorem innego podobnego cyklu Imperium grozy, w Polsce niedawno wznowionego w trzech tomach: Okrutny Wiatr, Forteca w cieniu i Imperium nieznające porażki.
    4. Gene Wolfe
    Lubię Wolfe'a. Za to, że każda z jego książek to coś wyjątkowego, oryginalnego. Najbardziej lubię jego cykl Księga Nowego Słońca (Cień Kata--->Pazur łagodziciela--->Miecz liktora--->Cytadela autarchy---.Urth Nowego Słońca). Ta klimatyczna seria przenosi nas do dziwnego świata, który jest prawdopodobnie zdegenerowaną Ziemią przyszłości. To tu poznajemy Severiana, kata, który łamiąc zasady zakonu zostaje za karę zesłany do odbywania służby na prowincję. Jednak, droga jaką przyjdzie mu przemierzyć zaprowadzi go znacznie dalej niż się spodziewa...
    To absolutny klasyk i pozycja obowiązkowa dla każdego fana fantastyki. Najlepszy przedstawiciel nurtu science-fantasy.
    Wole jest także znany jako autor genialnego zbioru opowiadań Śmierć Doktora Wyspy (zawierającego m.in. arcydzieło krótkiej formy - wg mnie - czyli Pieśń łowców czy nagrodzone Nebulą tytułowe opowiadanie Śmierć Doktora Wyspy) oraz osadzonego w starożytności cyklu o żołnierzu Latro (Żołnierz z Mgły--->Żołnierz Arete), który w wyniku klątwy nie pamięta niczego z poprzedniego dnia i musi prowadzić dziennik.
    Wolfe'a radzę kupować w ciemno cokolwiek natraficie.
    5. Guy Gavriel Kay
    Chociaż posiadam w domu wszystkie książki Kaya, zdążyłem przez te lata przeczytać dwie jego rzeczy. Po pierwsze Tiganę, opowieść o narodzie, którego kraj został zagarnięty przez armie dwóch czarnoksiężników, a rzucona przez nich klątwa ma wymazać z pamięci ludzi informację o tym, że takie państwo w ogóle istniało. Zdesperowani mieszkańcy stawiają opór dwóm magom, choć ich walka wydaje się być skazana na porażkę...
    To wspaniała powieść i chociaż osadzona w świecie fantasy, Polacy mają do niej sentyment i wspierają bohaterów, gdyż wiedzą czym jest kraj pod zaborami. Przeczytajcie koniecznie!
    Jednak bardziej od Tigany lubię Sarantyńską Mozaikę (Pożeglować do Sarancjum---> Władca cesarzy), która przenosi nas do Bizancjum za czasów Justyniana. Nie będę wam tu streszczał fabuły bo to nie ma sensu. Macie jednak moje całkowite zapewnienie że to jedna z najlepszych rzeczy jakie fantasy wydała.
    6. Peter S. Beagle
    "Dwie powieści przyniosły mu duży sukces u krytyki i czytelników: neogotycka fantazja o duchach, której akcja osadzona jest na nowojorskim cmentarzu - "A Fine and Private Place" i zaliczany do klasyki fantasy, przygodowy i metaforyczny "Ostatni Jednorożec". "Śmierć na balu" i "Lila the Werewolf" to opowiadania. W ostatnich latach ukazały się dwie kolejne powieści fantasy:"Thy Folk of the Air" oraz "Pieśń Karczmarza".
    To fragment z informacji w "Ostatnim Jednorożcu". Książkę czytałem i jeśli mnie pamięć nie myli jest też film ale nie pamiętam dokładnie. Co do książki:
    Opowiada historię jednorożca - kobiety, która wyrusza na poszukiwania swoich pobratymców. Klimatem przypomina nieco opowieści osadzone w średniowiecznej Anglii. Jest tu mnóstwo humoru i ciekawi bohaterowie,ale że jako że książkę czytałem dawno temu dosyć dużo nie pamiętam, ale to może i lepiej:D Nie zdradzę za wiele:) Dodam tylko że to lekka, przyjemna, przygodowa fantasy, skierowana co prawda bardziej do młodszego czytelnika, ale myślę że starzy wyjadacze nie będą narzekać. Ręczę...ręką, lewą, bo głowa za cenna:P
    "Pieśń karczmarza" (albo. w innym wydaniu: "Pieśń oberżysty") przeczytałem jednak dzisiaj więc mogę zdać relację od ręki. Książka mnie cholernie wciągnęła! Najpierw fabuła (przepisuje z tylnej strony okładki):
    "Młody Tikat wyrusza na wędrówkę śladami zmarłej, a następnie zmartwychwstałej ukochanej. Los wiedzie go do tajemniczej karczmy na pustkowiu, gdzie spotyka przedziwnych ludzi. Dopiero tam poszukiwania rozpoczną się na dobre i zaprowadzą dzielnego młodzieńca daleko poza granice rzeczywistego świata".
    To jedna z najoryginalniejszych powieści jakie czytałem. Po pierwsze dlatego że jest opowiadana przez wszystkich (!!!) głównych bohaterów, na przemian:) Tylko Prolog jest pisany w trzeciej osobie.
    Po drugie dlatego że przez całą książkę (no, prawie) większość bohaterów przebywa w karczmie lub ew. jej okolicach, a nawet jeśli część bohaterów jest daleko poza nią to część i tak tam siedzi:)
    Po trzecie: takiej plejady bohaterów dawno nie widziałem: trzy tajemnicze kobiety; zabójcy; Lis (on też opowiada historię!); szalony mag; nawet takie postacie jak karczmarz, stajenny czy ów Tikat to naprawdę bardzo oryginalne postacii, z niesamowitymi osobowościami. A fabuła daleko wykracza poza to co tam u góry w opisie:)
    Książki Petera Beagle'a muszą się znaleźć w biblioteczce każdego szanującego się fana fantasy:) A zwłaszcza te dwie wyżej opisane:)
    7. Roger Zelazny
    Mój uluieniec. Zelazny, autor o polskich korzeniach, stworzył kanoniczny i klasyczny cykl Kroniki Amberu. Równoległy świat zwany Amberem, jest pozbawiony króla. Nie wiadomo czy zginął czy zaginął. Jego dziewięciu synów rozpoczyna więc walkę o tron. I wciagają w ów konflikt swoje siostrzyczki, mieszkańców Ziemi i i innych światów, a intrygi, zdrady, sojusze i zabójstwa stają się wręcz codziennością i nie wiadomo komu ufać.
    Lubię Zelaznego. Jego powieści czyta się niczym powieści sensacyjne osadzone po prostu w fantastycznym świecie. A Amber to absolutny must have dla każdego kto mieni się fanem fantastyki.
    Zelaznego radzę jednak oprócz Amberu brać wszystko na co natraficie. Zwłaszcza rewelacyjną powieść Pan Światła, będącą teoretycznie science-fiction, ale czyta się jak fantasy, zaś całość zanurzona jest w orientalnym sosie, gdyż dotyczy konfliktu Buddy z bóstwami z panteonu hinduizmu. Wg mnie - najwybitniejsza rzecz jaką dał nam Zelazny. Tylko mała, acz istotna uwaga. Pana Światła kupujcie TYLKO i wyłącznie w wydaniu ISY. Jest rzetelnie wydane i przetłumaczone. Nie tykajcie wydawnictwa Atlantis, którego tłumacz nie za bardzo wiedział co tłumaczy i kompletnie nie orientował się w temacie.
    8. Patricia A. McKillip
    McKillip jest autorką bardzo kobiecego, baśniowego fantasy, jednak i ja i Sapkowski polecamy twórczość tej Pani:) Tu nie będę się zbyt rozpisywał. W Polsce zostały wydane powieści autorki: Wieża w Kamiennym Lesie oraz Zapomniane Bestie z Eldu oraz trylogię Mistrz Zagadek z Hed (Mistrz Zagadek--->Dziedziczka morza i ognia--->Harfista na wietrze). Powiem tylko tyle: czytać, czytać, czytać. Bo lepszego baśniowego fantasy po prostu nie ma, z wyjątkiem Lyonesse Vance'a
    9. Andre Norton
    Chociaż Andre Norton jest autorką wielu przeciętnych powieści science-fiction, to jednak w świecie fantastyki zasłynęła cyklem Świat Czarownic, który opowiada (na początku serii) o człowieku, który uciekając przed wrogami, niedługo po zakończeniu II Wojny Światowejm ucieka (bez możliwości powrotu) do innego świata, świata w którym magią posługują się tylko kobiety. I przyjdzie mu odegrać w tym świecie naprawdę ważną rolę.
    Lubie ten cykl, ze względu na niesamowity klimat pierwszych tomów (tak z pierwszych pięciu, później jest już gorzej i gorzej ale można poczytać). Osobiście polecam, bo ksiażki walają się po antykwariatach i na aukcjach za psie pieniądze, ale naprawdę warto się z tym zapoznać.
    10. C.J. Cherryh
    Chociaż autorka zdobyła Hugo za powieść sf Ludzie z gwiazdy Pella, ceni się ją głównie za rewelacyjny, dosyć ciężki, ale niesamowcie klimatyczny cykl Morgaine (Brama Ivrel-->Studnia Shiuanu--->Ognie Azeroth--->Brama wygnania), który opowiada o tajemniczej wojowniczce Morgaine, która chce zamknąć międzyplanetarne bramy, umożliwiające podróże po całej galaktyce. Jeśli tego nie zrobi zło rozleje się po wszystkich światach...
    Książki już niedostępne w sprzedaży, ale antykwariaty i internet was poratują Radzę kupować gdy tylko natraficie na cokowliek tej pani:)
    To tyle. Przepraszam za niezbyt szczegółowe opisy, ale mi wybaczycie moją sklerozę? O innych klasycznych ksiażkach będę pisał w następnych odsłonach bloga.
×
×
  • Utwórz nowe...