Skocz do zawartości

Iselor

Forumowicze
  • Zawartość

    1293
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    2

Wpisy blogu napisane przez Iselor

  1. Iselor
    Tytuł: Hopkins FBI
    Twórcy: Mp Entertainment
    Dystrybucja w Polsce: CD ? Projekt
    Rok produkcji: 1998
    Gatunek: przygodówka
    Platformy: Windows | BeOS | Linux | OS/2
    Hopkins FBI to stara przygodówka, w której przedstawiono nam alternatywną historię USA. Terrorysta Bernie Berkson zdobył broń atomową i zniszczył Kalifornię. Ostatecznie schwytany, ucieka z krzesła elektrycznego. Jako tytułowy agent FBI, Hopkins, musimy go odnaleźć.
    Gra najbardziej zestarzała się graficznie. Po prawie 18 latach ma do tego prawo. Grafika wydaje się być rozmazana, często nieczytelna, tj. nie za bardzo wiadomo co to akurat leży przed nami;) Niby myszka świeci kiedy najedziemy na jakiś przedmiot, ale to trochę za mało. W dodatku nawet na moim leciwym XP gra ma pewne problemy i zazwyczaj kiedy najedziemy myszką na przedmiot nie wyświetla się napis na co najechaliśmy. Czasami się to zdarzało, ale to miałem farta;) Bardzo niestety utrudniało to rozgrywkę. Inaczej: nie tyle utrudniało co było uciążliwe i irytujące. Na szczęście o ile grafika po latach musiała oddać pola, o tyle ścieżka muzyczna jest bardzo dobra. Usłyszymy rockowe kapele z lat 60 takie jak Rare Earth i The Troggs. W polskiej wersji językowej głosów postaciom użyczyli Janusz Gajos, Piotr Fronczewski, Radosław Pazura i Dorota Chotecka. Niestety, dla tego pierwszego była to pierwsza i ostatnia przygoda z dubbingiem gier video. Aktor sobie nie poradził, wszystkie kwestie wypowiada w zasadzie tak samo, brak w tym emocji, ?wczucia się?. Inna sprawa że jego głos wg mnie kompletnie nie pasuje do postaci Hopkinsa.

    Do czego się przyczepię? Do kilku logicznych błędów w fabule (kto grał, wie o czym mówię), irytuje też motyw fantastyczny i Zaświaty (spojler, ale trudno, inaczej się nie dało), które wg mnie niezbyt pasują i psują klimat gry. Kolejny spojler, ale trudno, trzeba o tym napisać: pod koniec gry dostajemy badziewny epizod a la Wolfenstein 3D. Brzydko wykonane, strzelamy do sprajtów, zginąć też można, ale ja na XP (nie wiem jak to wyglądało na kompach z lat 90 i Windzie 95) miałem tylko małe okno na pół ekranu i żadnego paska życia. Nie miałem więc pojęcia jak długo pożyję, czy dotrwam do końca i czy aby na pewno nie będę przez to zmuszony cofać się kilka sejwów? No ale się udało.

    Żeby jednak nie było: podobać się może dorosła tematyka. Hopkins FBI, pomijając idiotyczną wstawkę z Zaświatami to rasowy kryminał, z dużą dawką nagości i przemocy (polska wersja została okrojona z brutalnego napadu na bank).
    Gra ma przeciętny poziom trudności, nie przerazi on początkujących, może czasem będzie ciut za prosto dla doświadczonych, ?przygodówkowych? wyjadaczy;) Pomimo oczywistych błędów, irytujących lokacji i Pana Gajosa uważam Hopkins FBI za dobrą przygodówkę. Tylko dobrą, mogło być lepiej, ale...
  2. Iselor
    Tytuł: Spellcrafter
    Twórcy: Jujubee
    Dystrybucja w Polsce: IQ Publishing/steam
    Rok produkcji: 2015
    Gatunek: strategia turowa/cRPG
    Platformy:Apple AppStore | Google Play | Windows | Mac | Linux
    Polski Spellcrafter najpierw pojawił się na urządzenia mobilne oraz na steam, teraz, w listopadzie, pojawiło się także pudełkowe wydanie na płycie dzięki czemu grę można odpalić na Windowsach a także na Macach i komputerach z Linuxem. Jako że nowych gier bez DRMów już w zasadzie nie ma postanowiłem wysłupać 40 zł i zapoznać się z tym dziełem. Pomyślałem: cRPG i to polski, bez głupiego steama? Pewnie będzie fajne. Szkoda tylko że szybko okazało się że to jedno z najgorzej wydanych przeze mnie 40 złotych w życiu...
    Irytacja rozpoczęła się już przed instalacją. W pudełku oprócz płyty znajduje się tylko kolekcjonerska pocztówka (to już chyba tradycja w grach z serii Made in Poland) oraz kartka jak zainstalować grę. Poza tym nic. Żadnej instrukcji. Teoretycznie jestem do tego przyzwyczajony. Często gry zamiast instrukcji papierowej mają instrukcję na płycie w formacie PDF. No ale nie. Takowej instrukcji także nie ma.

    Po uruchomieniu gry okazuje się że w zasadzie czegoś takiego jak opcje też nie ma. No dobra, można regulować głośność muzyki i dźwięku, a także ustawić jakość grafiki (średnia, wysoka, bardzo wysoka), choć o czymś takim jak ustawienie rozdzielczości radzę zapomnieć. Sterowanie? Żadnych modyfikacji, całość obsługujemy myszką/
    Na pudełku jest napisane że mamy do wyboru trzy postacie: człowieka (czyli klasycznego maga z błyskawicami i fajerbolami), nekromantę oraz elfkę. Ciekawi mnie czy ludzie, którzy ów opis tworzyli grę na oczy widzieli? Żadnego wyboru bowiem nie ma. Najpierw gramy jedną postacią, potem jest epizod drugi i gramy drugą a na końcu trzecią. Narzucone jest wszystko, włącznie z imieniem więc o jakimkolwiek tworzeniu herosa należy zapomnieć.

    Intro to parę obrazków z gadającą babką w tle, która gada do naszego rycerza o jakiejś przepowiedni, o jakimś magu i Zakonie. Niewiele z tego można zrozumieć, w trakcie samej gry także wiele się nie dowiesz: ani kim jest jakiś mag z przepowiedni ani kim są główni trzej bohaterowie, co ich łączy i czym jest ów Zakon. A nawet jeśli coś w trakcie gry się lekko rozjaśni to i tak większość z was weźmie cholera albo uśniecie i rzucicie grą w kąt. Bo jak wygląda rozgrywka? Ano łazimy po świecie w którym niewiele jest do roboty, o jakiejś większej interakcji z przedmiotami czy wchodzeniu do domków można znów pośnić. No więc chodzimy i spotykamy czasem (rzadko) kogoś z kim można pogadać (o tym za chwilę), ale zazwyczaj natrafiamy na potwory bądź ludzi, którzy albo z nami walczą albo za kasę się dołączą. Kasę zdobywamy pokonując wrogów pilnujących skrzyń ze złotem co bardzo przypomina Heroes of Might and Magic.
    Co do walki to także jest zerżnięta z herosów. Nasz bohater się nie porusza tylko rzuca czary (chyba że ktoś podejdzie mu pod sam nos ? wtedy atakuje w zwarciu). Twórcy wymyślili, że czary będziemy rzucać za pomocą odpowiednich ruchów paluchem na tablecie lub myszką na kompie. O ile na urządzeniach mobilnych może ma to jakiś urok o tyle w przypadku PieCa wygląda słabo bo rzadko owe zaklęcie udaje się rzucić a w dodatku...można to pominąć i kliknąć na pasek na dole ekranu. Cóż, historia pokazuje (Arx Fatalis czy Anvil of Dawn) że motyw z rzucaniem czarów przez ruchy myszką to niepopularny, zły pomysł. Idźmy dalej z walką. Rozgrywana jest, jak się pewnie domyśliliście w systemie turowym na heksowej planszy niemal identyko jak w herosach. Nie mam pojęcia czy kolejność w jakiej postaci wykonują ruchy jest losowa czy ustalana jakąś wartością inicjatywy. Dlaczego nie mam? Ano dlatego że...Nie istnieje, a przynajmniej nie jest to do sprawdzenia, coś takiego jak statystyki/cechy jednostek! Gracz nie ma więc pojęcia jaką inicjatywę, siłę ataku czy obrony, a także ile punktów życia mają jego jednostki! Kpina!

    Po walce otrzymujemy doświadczenie. Po awansie na kolejny poziom bohater może się udoskonalić w trzech ?gałęziach?: walki jednostek, magii bojowej oraz magii ochronnej (mówię o człowieku, do pozostałych herosów nie dałem rady dojść z nudów). Niewiele tego jest. Nie zyskujemy także dodatkowego ekwipunku jako nagrody gdyż...w tej grze czegoś takiego jak ekwipunek nie ma. To pierwszy cRPG gdzie nie ma tej cechy w jakiego grałem. Nawet w strategicznych Heroes of Might and Magioc czy Warlords Battlecry jest ekwipunek.
    Pisałem wcześniej że to cRPG? Ano, są dialogi! Szkoda tylko że nasze postacie są głuchonieme i nie usłyszymy ich głosów, mamy tylko napisy...W dodatku owe dialogi są tak drewniane że szkoda słów zaś zazwyczaj mamy do wyboru dwie drętwe odpowiedzi. Słabo, bardzo słabo...
    Spellcrafter mnie zanudził i zawiódł strasznie. Czy jeszcze jakieś minusy znajdę? Ano, np. to że nie wszystko jest przetłumaczone z angielskiego na polski więc czasem ni z tego ni z owego pojawia się tekst po angielsku. Niby to nie jest nic z czym człowiek sobie nie poradzi w tłumaczeniu ale wygląda to niechlujnie.
    Ładna grafika (nie wspomniałem o muzyce ? ta jest średnia i też nie zachwyca ale tragedii nie ma na szczęście) i turowy system walki nie wystarczą by gra była dobra. To jest mizerny cRPG i przeciętna strategia. A wystarczyło nakreślić świat, fabułę i bohaterów, wsadzić to choćby w instrukcję, poprawić interfejs (irytująco długi czas obracania kamery), podłożyć głosy bohaterom (jak nie stać na aktorów to można samemu z kumplami z firmy, można poprosić nawet rodzine i znajomych ? lepsze to niż niemowy), dodać śladowy ekwipunek i info dla gracza z cechami jednostek. Bo tak czułem się jakbym grał w jakąś wczesną betę. Ja rozumiem indie, gra budżetowa, gra na tablety, ale jeśli wydajemy coś w pudle na PC i żądamy za to 40 złotych to wypadałoby być uczciwym wobec graczy i dać im produkt skończony i dobrej jakości. Bo tak to grać się da. Tylko po co?
  3. Iselor
    Tytuł Rise of the Triad: Dark War
    Twórcy: Apogee Software (późniejsze 3 Realms)
    Rok produkcji: 1994
    Platforma: DOS
    Gatunek: FPS
    Początkowo ROTT miał być kontynuacją Wolfensteina 3D, ostatecznie nim nie został, ale stał się produkcją samodzielną. Graficznie do Wolfa jest bardzo podobna co niestety grze na dobre nie wychodzi. Plansze są do siebie podobne, poszczególne lokacje są utrzymane w zbliżonych kolorach i cechy te sprawiają że gdyby nie mapa to człowiek by nie wiedział czy już tu był czy nie, zaś sama gra staje się wg mnie w końcu przez to monotonna. Cóż, to z tego powodu gdy po raz pierwszy w nią zagrałem, w okolicach lat 1996 ? 1998 (nie pamiętam już) nie mogła wygrać z takimi tytułami jak Duke Nukem 3D, Blood, czy nawet Heretic. No ale wg mnie nawet w starym Doomie grafika była lepsza.
    Na szczęście gra ratuje się muzyką, ta jest naprawdę bardzo dobra, choć jako że nigdy nie umiałem muzyki w grach opisywać na tym poprzestanę
    Co do samej fabuły to jest to napisany na kolanie bełkot o szaleńcu, który cche wskrzesić pradawny kult zła i wraz ze swymi współwyznawcami siać terror i zniszczenie. A my jako członkowie supertajnej organizacji stworzonej przez ONZ (!) musimy go powstrzymać. Napisałem ?musimy? gdyż do wyboru mamy 5 postaci. Różnic między nimi w rozgrywce wielkich nie ma (z gry się tego nie dowiecie, jest napisane w instrukcji, którą na szczęście mam), ale mają drobne różnice w wytrzymałości czy szybkości. Ot ciekawostka.

    Gra jest podzielona na 4 epizody podzielone na 30 lokacji. Niestety, nie skończyłem jej. Po prostu przemykanie w kółko po podobnych planszach i strzelanie ciągle do 3 typów tak samo wyglądających przeciwników stało się usypiające, czytaj: piekielnie nudne.
    Ok, oprócz muzyki, trzeba to grze przyznać, mamy też pierwszą w historii możliwość niszczenia przedmiotów w grze FPS, także multiplayer dla 11 graczy robił wrażenie.

    Na zakończenie powiem tak: gra zebrała świetne recenzje, gracze ją ubóstwiają i ma ona status klasyka. Być może ja jestem takim wyjątkiem potwierdzającym regułę ? W ROTTa można sobie pograć od czasu do czasu i postrzelać, mimo wszystko ma swój klimat, nie powiem nie. Mnie na dłuższą metę znusził (może się starzeję i mam wymagania ? choć z drugiej strony w Dooma i Heretica gram do dziś). Jeśli jesteś fanem starych gier ? daj mu szansę.
  4. Iselor
    No dobra. Pobawmy się w małą analizę powyborczą, podsumowując wyniki poszczególnych komitetów.
    PiS
    Wynik PiSu nie jest rezultatem doskonałości tej partii i znakomitego programu, który zaprezentowała. Wszyscy wiemy że tak nie jest. Wynik PiSu jest efektem słabości Platformy i mierności reszty opozycji. PiS zwyciężył, bo ludzie się PO zmęczyli więc wystarczyła taktyka ?na przeczekanie?, odsunięcie co nieciekawszych polityków na bok (schowany Antek) i puszczanie oka do centrowych wyborców. Teraz zobaczymy jak partia sobie poradzi w całkowicie samodzielnym rządzeniu mając za sobą również Senat i Prezydenta. Nie ma koalicjantów, więc nie będzie na kogo w razie czego zrzucić odpowiedzialności. No i trzeba będzie lawirować umiejętnie między prawicą a centrum, bo jeśli centrowi wyborcy się zniechęcą to poparcie spadnie na łeb na szyję.
    PO
    Platforma chciała być partią dla wszystkich, czyli dla nikogo. Ludzie się nią zmęczyli i zaczęli irytować stylem rządów, więc te ponad 20% zdobyli dzięki aparatowi partyjnemu, rodzinom i ludziom, którzy chcieli zachować status quo: urzędnikom i innym, którym jest dobrze (np. informatykom, którzy zarabiają ponad 5000 na rękę i dla nich jest ok). Ludzie jednak zapamiętali sobie taśmy (?Polskie państwo istnieje tylko teoretycznie?, ?Ch**, [beeep] i kamieni kupa?, ?Tylko idiota pracuje za 6000?), irytuje ich służalcza polityka wobec Niemiec, polityka wobec uchodźców (mieszkania, które miały być dla młodych będą dla Syryjczyków i Erytrejczyków; do tego dochodzi olanie kwestii Polaków z Donbasu i innych repatriantów, których PO przez lata sprowadzić nie potrafiła), irytuje ich wyliczanka, której oni nie odczuwali: że PKB rośnie, że bezrobocie spada (co z tego, skoro większość robi na zlecenie za 1300 brutto na produkcji ? kij, gdyby to tyczyło tylko tych po podstawówce, ale tyczy też tych z magistrem), że średnia krajowa przekracza 4000 brutto, skoro, jak napisałem wyżej, mało kto zarabia więcej jak 2000 brutto. Do tego dochodzą wewnętrzne konflikty (odejście najważniejszych konserwatystów jak Gowin czy Godson) i poczucie nieinteresowania się obywatelami (że marihuana leczy? Kogo to obchodzi? Że na leczenie rzadkich chorób muszą składać się ludzie przez smsy poprzez akcje w TV, bo NFZ ma to w czterech literach?). To wszystko sprawiło że PO wygrać nie mogła.
    KUKIZ 15
    To jest dla mnie zagwozdka. Facet, który pojęcie o polityce ma takie jak papuaski szaman o fizyce kwantowej zbiera wokół siebie hordę bezideowych koniunkturalistów i zdobywa prawie 10% głosów co daje mu trzeci wynik. Podejrzewam jednak, że klub Kukiza rozleci się niedługo po zaprzysiężeniu a jego ludzie rozlezą po innych ugrupowaniach. Bo do Sejmu weszli tylko dlatego że zagłosował na nich młody elektorat buntu, który normalnie głosowałby na Korwina.
    Nowoczesna R. Petru
    Partia świeża, która okazała się alternatywą wobec nudnego PO i stetryczałego SLD/ZLewu. Petru wszedł w niszę i ją zapełnił, przyczyniając się po części do upadku KORWiN-u i Zlewu i obniżając znacznie wynik PO. Być może w przyszłości faktycznie staną się zamiennikiem dla PO.
    PSL
    Tym razem o włos przekroczyli próg wyborczy. Wygląda na to, że udało się tego dokonać głosami członków partii, ich rodzin i znajomych, bo wieś w większości poszła za PiS. Zobaczymy czy uda im się przetrwać cztery lata; inaczej: czy po tych czterech latach upadną niżej niż te 5% czy się podniosą?
    Zjednoczona Lewica
    Pomijając moje centroprawicowe przekonania, uważam Zlew to twór ciekawy, który miał szansę powodzenia. Miałby, gdyby nie dwaj początkowi liderzy czyli Miller i Palikot. Zrobiono bowiem dwa błędy. Po pierwsze: nie stworzono PARTII Zjednoczona Lewica. Wtedy obowiązywałoby 5% a nie 8%. Czy naprawdę baronowie SLD tak mocno wierzyli w swe możliwości iż uwierzyli, że koalicja ze skompromitowanym 1% Palikotem, słabiutkimi w Polsce 0,5% Zielonym i kilkoma innymi partyjkami kanapowymi, o których nie słyszał nikt poza paroma ich członkami, da pewne osiem czy więcej procent? Cóż, przeliczyli się. Zwłaszcza że, jak się przekonaliśmy później, mocno nadgryzło ich Razem. Po drugie: za późno wystawiono Nowacką i za późno schowano Millera z Palikotem. Za trzy lata samorządowe. Jeśli się nie pozbierają, nie wezmą do pracy i nie stworzą NOWEJ formacji lewicowej (choćby o nazwie Zjednoczona Lewica) to czeka ich ostateczna zagłada.
    KORWiN
    Pogryziony przez Kukiza i Nowoczesną Krul wyciągnął 4,76%. Wydawało się że po porażce w samorządowych wyborach, tym razem kuce-rycerze Krula z Czarnym Rycerzem Wiplerem i białą damą Miriam Shaded odniosą zwycięstwo w bitwie. Okazało się że są za słabi i...chyba już zawsze będą, co wyraźnie pokazały wyniki Krula wśród ludzi powyżej 30 roku życia. Cóż, kuc przestaje być rycerzem Krula, gdy musi zmierzyć się z rynkiem pracy, założyć rodzinę i zderza się z rzeczywistością w której pomocy od Państwa jednak oczekuje. Krul zaś dalej idzie na wojnę ze sztandarem z utopijnym programem: prywatyzacja szkolnictwa (powiedz to jakiemukolwiek rodzicowi, zwłaszcza samotnej matce, która żyje tylko z alimentów płaconych przez Państwo) czy służby zdrowia (powiedz to tej samej matce ale też emerytom ? że mają płacić za każdą wizytę u internisty czy opłacać co miesiąc jakiś prywatny Medicover). Cóż, Krul, pomimo że go szanuję, że jest inteligentny, nie rozumie tego że ludzie oczekują (i słusznie) od normalnego państwa że będzie miało nad nimi jakąś opiekę, że zapewni bezpłatną (co z tego że w podatkach?) edukację do jakiegoś tam poziomu czy służbę zdrowia (mierną bo mierną ale jednak). Póki tego nie zrozumie przegra i będzie przegrywał, on i jego kuce, bo wymachiwanie antyimigrancką szabelką to za mało (gdybyśmy mieli hordy imigrantów jak Niemcy to co innego). W dodatku ludzie mają pamięć i będą Korwinowi pamiętać jego ?Kto nie pracuje ten nie je?, ?Kobietę zawsze się troszeczkę gwałci? czy ?Za Hitlera były niższe podatki?. Podejrzewam że po tych wyborach będzie już tylko gorzej, bo ludzie zasuwają, agitują, rozwieszają plakaty i rozdają ulotki a i tak ?[beeep] zbita?. Chociaż te kilka baniek z budżetu może uratują partię?
    Partia Razem
    Jednym występem Zandberg załatwił swojej partii ponad 3% i kasę na dalszą działalność. Równocześnie zatopił Zjednoczoną Lewicę więc pozbawił Sejmu jakiejkolwiek ideowej lewicy. Z drgiej strony, marksistowsko-leninowski program partii Razem, którego nie powstydziłby się sam Stalin, jest tak tragikomiczny i niebezpieczny zarazem, że lepiej aby partia ta nigdy powyżej 3% nie podskoczyła. Jeśli zacznie podskakiwać powyżej 3% to wszyscy zaczniemy się modlić o wskrzeszenie Zjednoczonej Lewicy, nawet z Grodzką, Palikotem, Biedroniem i postkomunistami od Millera ? są zdecydowanie bardziej przewidywalni, a jeśli idzie o gospodarkę też rozsądniejsi.
    To tyle podsumowań. Aha, mała ciekawostka: pamiętacie o Samoobronie? W tym roku wystawiła listy tylko w 7 z 41 okręgów, w dodatku część działaczy odeszła do nowej ?kanapy? pod nazwą Zmiana. Tak słabej rejestracji do wyborów Samoobrona nie miała jeszcze nigdy. To oznacza raczej bliski koniec tego ugrupowania, które chyba już jest w stanie śmierci klinicznej.
  5. Iselor
    Tytuł pełny polski: Conflict: Freespace: Wielka Wojna
    Tytuł angielski: Conflict: Freespace - The Great War
    Gatunek:symulator
    Producent/Wydawca: Volition/Interplay
    Dystrybucja w Polsce: CD-Projekt
    Rok produkcji: 1998
    Czternaście lat trwa wojna Ziemian z Vasudanami. I nie zanosi się na koniec. Żadna ze stron nie może przechylić zwycięstwa na swoją stronę. Kiedy w końcu Ziemianie są górą, pojawiają się oni: Shivani. Atakują obie strony. Ich statki są szybsze, posiadają olbrzymią siłę ognia, zaś pancerze chroni pole siłowe, co czyni je niewrażliwymi na broń ludzi i Vasudan. Dotychczasowi wrogowie muszą się sprzymierzyć, aby wspólnie stawić czoła Shivanom.
    Wielką Wojnę pomiędzy trzema cywilizacjami oglądamy wcielając się w pilota ziemskiej Floty Galaktycznej. Freespace jest symulatorem zręcznościowym, co oznacza że przyda się celne oko i szybka ręka, bo oprócz klawiatury trzeba korzystać albo z myszki albo dżojstika. To, że gra ma charakter zręcznościowy nie oznacza bynajmniej że na klawiaturze mamy mało do roboty:) W zasadzie cała jest zajęta:) Na szczęście większość funkcji będzie wykorzystywana albo sporadycznie albo wcale (to też zależy od sposobu walki jaki przyjmiemy, np. czy będziemy korzystać z bomb). Od razu uspokajam. Zanim zaczniemy właściwą kampanię najpierw przejdziemy przez obowiązkowy trening. Dzięki temu nawet ludzie, którzy w życiu nie widzieli i nie grali w tego typu grę, wszystkiego się spokojnie nauczą. W dodatku gra oferuje pięć poziomów trudności: od Bardzo łatwego do Szaleńczego. Dzięki temu i amator i weteran nie będzie narzekać Poziom trudności można na szczęście zmieniać w trakcie gry.

    Misji do wykonania jest równo 30, podczas których będziemy współpracować z naszymi towarzyszami broni. Misje są na szczęście zróżnicowane; oczywiście, są sporadyczne typu zniszcz wszystko w sektorze, jednak zazwyczaj musimy coś/kogoś eskortować, coś zniszczyć, zbadać, itp. Dzięki temu nie jest nudno. Przed każdą (prawie) misją możemy też zmienić rodzaj naszego statku (i naszych kompanów) wybierając od lekkich myśliwców po ciężkie bombowce oraz rodzaj uzbrojenia (typowe działka laserowe, bomby, wyrzutnie i broń rozbrajająca). Często ma to kolosalne znaczenie dla powodzenia misji.
    Oprócz gracza zazwyczaj jest trzech pilotów, czasem siedmiu, rzadko więcej. Możemy im wykonywać rozkazy typu ?Osłaniaj mnie?, ?Osłaniaj mój cel? czy ?Nawiąż walkę z wrogiem?.
    To co we Freespace jest wielkim plusem to atmosfera nieustającego zagrożenia, poczucie że całej ludzkości grozi wielkie niebezpieczeństwo ze strony Nieznanego Wroga. Do tego dochodzi, świetna, hm, kosmiczna, muzyka:) Oczywiście, można się po tylu latach doczepić grafiki, jednak gra wsysa, a biorąc pod uwagę że akcja rozgrywa się w kosmosie i dominuje kolor czarny, człowiek przymyka na grafikę oko:)

    Dawno już gra komputerowa nie sprawiła mi tyle przyjemności. Freespace to arcydzieło i symulator wybitny. To także jeden ze znakomitych przykładów na to że najlepsze gry komputerowe powstawały w latach 90-tych. Grać koniecznie, nawet jeśli nigdy na ten gatunek nie zwracaliście uwagi.
    PS. W przypadku problemów z odpaleniem gry na nowszych systemach: piszcie na priv.
  6. Iselor
    Akimbo: Mistrz Kung-fu jest dziełem polskiego studia Chaos Works. Ta klasyczna platformówka pozwoli nam wcielić się w postać tytułowego Akimbo, młodego mistrza Kung-Fu. Naszym zadaniem będzie pokonanie Fanga, złego smoka, który zawładnął Wyspą Żółwi i zniewolił jej mieszkańców.
    Kolejna gra z serii ?rzut okiem? po Fauście, czyli z jakiegoś powodu jej nie skończyłem. A powód jest chyba taki że to kolejna platformówka z jaką mam do czynienia w ostatnim czasie, która posiada okropną cechę: nie da się jej zapisać w odpowiednim momencie, poziomu trudności wybrać się nie da a ilość żyć nie jest zachwycająca;) Po pewnym czasie miałem po prostu dość zaczynania gry od nowa i rzuciłem ją w cholerę. Co ciekawe, mimo niełatwego poziomu trudności gra jest raczej skierowana dla dzieci. Cóż, gra nie tylko dla dzieci, jest chyba za trudna przez co irytuje, męczy i zniechęca. Jak dla mnie brakuje tu ciekawego klimatu jaki był chociażby w innej platformówce czyli Wyspa 7 skarbów. Grę uratowałoby też możliwość zapisu kiedy chcemy. Szkoda, bo pomysł niezły, grafika jak na platformówkę wciąż się jakoś trzyma, sterowanie w porządku. Werdykt? Dla zdeklarowanych fanów platformówek 2D i kolekcjonerów polskich gier. Reszta może sobie darować.
  7. Iselor
    Dawno temu, w grudniu 1999, w ostatnim numerze mojego ukochanego czasopisma Gambler, na płytce z pełną wersją gry Dink Smallwood pojawiło się kilkadziesiąt map do drugiego i trzeciego herosa z nieistniejącego już portalu o tej serii oraz mapy przygotowane z okazji pierwszego turnieju Heroes of Might and Magic III. Niektóre z tych map pewnie są gdzieś w odmętach internetu ale po co szukać? Oto najciekawsze wg mnie mapki, które chciałbym Wam pokazać i udostępnić, link na samym dole:) Aha, wszystkie mapy są już zmodyfikowane do wersji Shadow of Death.
    1. I wojna z Nordlingami 1.1
    Fajna mapka na podstawie prozy Sapkowskiego. Sporo zdarzeń czasowych i dużo eventów na mapie.
    2. 8 królestw
    Fabularnie kupka, ale dobrze wykonana pod względem szczegółów. Gramy solo na 7 sprzymierzonych. Szkoda tylko że nie można wybrać własnego miasta i gramy Zamkiem.
    3. Dawne czasy
    Dobra mapa do gry multiplayer dla ośmiu graczy.
    4. Exerebivus
    Znakomita mapa morska. Podstawowa wersja jest na czas i ma specjalne warunki wygranej (pokonanie błękitnego). Jednak w "paczce" macie też drugą wersję mapy, zmodyfikowaną przeze mnie, gdzie nie ma żadnych specjalnych warunków wygranej ani przegranej.
    5. Jeszcze Polska nie zginęła!
    Jako Kościuszko walczymy z zaborcami:) Znakomita, ale wymagająca mapa.
    6. Me vs you
    Jedna z map turniejowych. Idealna do potyczek 1 vs 1.
    7. New Discovery
    Kolejna mapa turniejowa 1 vs 1. Tym razem z wyspami.
    8. Odwieczne zło
    Uwielbiam tą mapę. Kij z fabułą, ale jest dużo "czasówek" i eventów na mapie. Bardzo klimatyczna mapka w rozmiarze XL. No i dosyć wymagająca. Macie dwie wersje: pierwsza jest autora, druga nieco zmodyfikowana przeze mnie z dodanymi neutralnymi Wrotami Żywiołów i budynkami do rekrutacji potworków z AB.
    9. One must fall
    Kolejna mapa turniejowa 1 vs 1.
    10. Piekielna bitwa
    Arcymistrzowska mapa. Najlepsza w jaką grałem. Świetna fabularnie. Niestety, pierwotna wersja miała drobny błąd, przez co nie można było jej ukończyć! Zamieszczona przeze mnie wersja usuwa owego buga więc możecie grać spokojnie.
    11. Świat
    Fajna mapka o kształtach naszego świata:)
    12. Turniej mapa nr 2
    Absolutnie mistrzowska mapa turniejowa dla 4 graczy. Wszyscy startują z idealnie równych pozycji. Spedziłem przy niej setki godzin z kumplami, bratem i kuzynem. Grać!
    Link z mapkami
    Mapki są spakowane RARem. Kiedy klikniecie to nad napisem Mapy do herosa.rar jest taka strzałeczka w dół - klikamy w nią i się ściąga
  8. Iselor
    Jako Marcellus Faust bierzemy udział w rozgrywce pomiędzy Bogiem a Mefistofelesem. Stawką są dusze siedmiu mieszkańców pewnego wesołego miasteczka - czy trafią do Nieba czy do Piekła?
    Faust: The Seven Games of the Soul jest uznawana za jedną z najlepszych przygodówek tak przez graczy jak i recenzentów. Niestety, sam zagrałem w nią nie więcej jak kilkanaście minut. Gra bowiem należy do tego typu przygodówek, którego nie trawię: z widokiem FPP. Na palcach jednej ręki mogę policzyć takie przygodówki, które mnie nie odrzucają. W dodatku poruszanie nie jest płynne a skokowe (jak np. w A.D. 2044) co już kompletnie mnie blokuje. Jednak chcę zaznaczyć jedno: jeśli lubisz przygodówki i widok FPP ci nie przeszkadza: nie zwracaj uwagi na moje psioczenie, bo ludzie, którzy na przygodówkach znają się lepiej ode mnie zachwycają się fabułą, muzyką, klimatem, nawet grafiką. I daj grze szanse.
  9. Iselor
    Gatunek: strzelanka
    Producent: LK Avalon
    Dystrybucja w Polsce: LK Avalon
    Rok produkcji: 1998
    Z Przeklętą Ziemią niestety mam problem. Nie dało rady odpalić jej na ?windzie? (gra każe włożyć płytę mimo że ta jest w napędzie), zaś odpalając za pomocą D-Fend Reloaded uruchamia się, ale...nie można zapisać stanu gry!
    No dobra, ale po kolei. O tej grze pewnie mało kto z was słyszał. To jeden z ostatnich tytułów stworzonych przez LK Avalon. I z tego powodu trzeba o niej pamiętać. Ze względu jednak na to, że dwuwymiarowe strzelanki ? a tym jest Przeklęta Ziemia ? zakończyły żywot przy ekspansji FPSów, gra w zasadzie przeszła bez echa i szybko wylądowała w reedycji (trudno o jakiekolwiek komentarze na temat tej gry w sieci).
    Z jakiego powodu więc i czy warto sięgać po nią? Czy tylko dlatego że jest to produkt polski od zasłużonej firmy? Jak już wyżej pisałem to dwuwymiarowa strzelanka z widokiem z góry, w której sterujemy od jednego do trzech najemników na jakiejś planecie pełnej wrogów (nie będę tutaj wspominał o fabule, bo ta jest napisana na kolanie i służy tylko pretekstowi do strzelania;)). Nasi fajterzy niby specjalizują się w broni maszynowej bądź innego typu, szkoda tylko że żadnych statystyk ukazujących ich skuteczność nie ma. Nie za bardzo też dostrzegam specjalną różnicę pomiędzy grą poszczególnymi najemnikami;) W dodatku nie można atakować trzema naraz, strzela tylko jeden (następnym strzelamy gdy go wybierzemy lub gdy główny atakujący zginie). No cóż, to ma pewnie służyć utrudnieniu rozgrywki:)
    Niestety, gra jest masakrycznie brzydka nawet jak na końcówkę lat 90-tych. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość: lokacje, mimo że brzydkie mają swój klimat, dosyć mroczny i sprawiający że chce się grać dalej. To także zasługa niezłej, klimatycznej, industrialnej (chyba, nie znam się) muzyki, która jest najmocniejszym punktem gry.
    Więc? Grac czy nie? Cóż, mierna grafika i prostota rozgrywki są rekompensowane przez dobry klimat i muzykę. Lubisz strzelanki dwuwymiarowe? Lubisz stare gry? Lubisz stare polskie gry? Jeśli tak, to graj! Bo ta gra, mimo swojego...prymitywizmu, zasługuje na to, by o niej nie zapomnieć (w sumie, jak ktoś się uprze, to te dwadzieścia poziomów skończy w jeden dzień)

    Gatunek: platformówka
    Producent: Crossroads
    Dystrybucja: LK Avalon
    Rok produkcji: 1997
    Kolejny już trochę zapomniany tytuł, a szkoda. Wyspa 7 skarbów pojawiła się w dobrym dla siebie momencie, kiedy platformówki 2D wciąż miały się mocno. Zachwycała wtedy, a dziś budzi wciąż uznanie. Wprowadzające intro, z naszym bohaterem, którego statek się rozbija i ląduje na bezldunej wyspie jest naprawdę ładnie wykonane, sama zaś gra prezentuje się, mimo niskiej rozdzielczości, naprawdę ładnie. To chyba najładniejsza dwuwymiarowa przygodówka w jaką grałem! Oczywiście, nie ukrywam, że grałem w niewiele, ale...Lokacje są dopracowane, z mnóstwem szczegółów. A przjdzie nam odwiedzić zamczysko, dżunglę a nawet popływać w głębinach.
    Także oprawa audio, zwłaszcza muzyka stoi na znakomitym poziomie. Byłem pod wrażeniem muzyki już w pierwszym etapie rozgrywki. Szkoda, że nie umiem tego opisać, ale muzyka dodaje grze znakomitego klimatu.

    A sama rozgrywka? Nasz bohater ma do przejścia trzynaście poziomów, na których znajdzie skarby, przełączniki, wszelkiej maści platformy i to co tygrysy lubią najbardziej: pułapki i ?przeszkadzajki? - czyli wszelkiej maści piraci, rycerze, szczury itp. a styczność z nimi kończy się dla naszego bohatera utratą punktów życia. W pewnym momencie (dosyć szybko) dostajemy na szczęście bumerang, dzięki któremu większość niemilców możemy wykończyć zanim do nas podejdą. Jeśli się nie da, cóż, trzeba ich po prostu przeskoczyć
    Gra, pomimo konwencji bajki o ukrytym skarbie i kolorowej grafiki nie jest dla dzieci. Nie dlatego, że jest brutalna czy coś w ten deseń, nie. Po prostu jest bardzo trudna. Naprawdę. Już dawno tak przy grze nie bluźniłem xD
    Polecam. Maniakom platformówek, starych gier i polskich gier. I tym co lubią w grach prawdziwe wyzwania.
  10. Iselor
    Avalon Classic
    LK Avalon jest firmą ważną dla polskiej branży growej. Dali nam w swojej historii mnóstwo gier na Amigę i na PC, w tym tak zasłużone tytuły jak A.D. 2044, Schizm czy REAH. Jednak przez długi czas firma stawiała bardziej na ilość niż na jakość gier, więc spod ich skrzydeł i twórców, którzy wydali poprzez nich swoje gry, wyszło sporo tzw. crapu. LK Avalon oprócz produkcji gier zajmowała się także dystrybucją tytułów zagranicznych. W 1996 roku firma wydała dwa pakiety: Avalon Classic 1 oraz Avalon Classic 2. Łącznie kilkanaście tytułów będących zarówno autorskimi projektami ludzi z Avalonu (czasem PeCetowymi konwersjami gier z Amigi) oraz gier przez nich dystrybuowanych (głównie na dyskietkach). Po kilku latach poszukiwań udało mi się znaleźć płytę z Avalon Classic 1; Avalon Classic 2 niestety już nie. Pomimo ?poruszenia Nieba i Ziemi? (giełdy, stare sklepy komputerowe, wszelkie aukcje, a nawet kontakt z ludźmi z LK Avalon) nie udało mi się znaleźć drugiej części składanki i obawiam się, że po prostu płyty z obiema częściami Avalon Classic pokonał czas (zostały wyrzucone, zutylizowane, być może jakieś ostatnie egzemplarze leżą w zapomnianych przez bogów miejscu). Możliwe też, że mój egzemplarz Avalon Classic 1 jest ostatnim istniejącym, ale mam nadzieję że nie. Miałem w tym odcinku Pereł z lamusa pisać o czymś kompletnie innym, ale po lekturze Nie tylko Wiedźmin... naszło mnie na polskie gry a ten odcinek przybliży Wam zapomniane przez ludzi tytuły, które walają się gdzieś w otchłani serwisów abandonware (uważam że zasadne jest archiwizowanie starych gier nawet w ten sposób, jeśli alternatywą ma być zniknięcie gry ze świata; tyczy się to wg mnie zwłaszcza polskich gier, z których dystrybucją zawsze było gorzej niż z zagranicznymi tytułami). Przy każdej grze spodziewajcie się raczej krótszego lub dłuższego opisu, nie szczegółowej recenzji.
    Avalon Classic 1
    Niestety, miałem problem z uruchomieniem gier International Soccer (piłka nożna), Karzeł (platformówka), Funny Fruits (logiczna) oraz The Machines (wyścigi). Cóż, D-Fend Reloaded nie jest widać doskonały. Pierwszy tytuł stworzył Zeppelin Games, dwa kolejne tytuły są dziełami LK Avalon, ostatni zaś jest tworem Merit Studios. W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego jak po prostu wspomnieć o istnieniu takich produkcji. Może ktoś z Was kiedyś je uruchomi i opisze ?
    Arnie II
    Pierwsza część gry Arnie nigdy nie pojawiła się na PC. W obu główny bohater (i sam tytuł gier) wzorowany jest na Arnoldzie Schwzeneggerze. Nawet sam ludek, którym kierujemy nieco rzeczywistego Arniego przypomina:) Niestety, ta dwuwymiarowa strzelanka z widokiem z góry jest dziś kompletnie niegrywalna. Koszmarna grafika z 1992 i równie paskudny dźwięk mogą być zrozumiałe nawet dla młodszych graczy, jednak prymitywizm rozgrywki: już nie. Nasi wrogowie bowiem nie posiadają nawet krztyny SI. Stoją jak kołki i strzelają w jeden punkt nawet gdy stoimy obok nich lub biegają bez ładu i składu i strzelają gdzie popadnie. Po kilkunastu minutach ?walki? z takimi przeciwnikami człowiekowi się odechciewa grać. Grę należy traktować jako ciekawostkę archeologiczną i tylko tyle. Być może na początku lat 90-tych granie w to sprawiało frajdę, dzisiaj zaś jest pozbawione jakiegokolwiek sensu.
    Operation Combat II
    Operation Combat II to złożona strategia turowa, która jak na swój wiek oferuje dużo opcji i wysoki poziom trudności. Na sześciu mapach zmierzymy ze sobą dwie armie składające się z piechoty, czołgów, artylerii i statków (jeśli na planszy jest woda). Mamy do dyspozycji także wozy z zaopatrzeniem. Tak, żeby nie było za łatwo każda jednostka ma określoną ilość amunicji i paliwa. Jeśli się skończy nie będzie mogła się poruszać czy strzelać. Wtedy trzeba zbliżyć samochód z zaopatrzeniem i uzupełnić to co brakuje. Na samochodziki trzeba więc uważać, jeśli zostaną zniszczone, kaplica! Nie damy rady uzupełnić paliwa ani amunicji.

    Na każdej mapie mamy do wyboru, którą stroną konfliktu chcemy grać. Teoretycznie obie są wyrównane, jednak wydaje mi się, że na każdej mapie ukształtowanie terenu (woda czy budynki) jednak zawsze którejś ze stron delikatnie ułatwia bądź utrudnia walkę. A budynki są niestety przeszkodą i nie można przez nie strzelać; w dodatku każda jednostka ma określony zasięg strzału, a także zasięg poruszania się na turę więc trzeba po prostu nauczyć się odpowiednio nimi manewrować.
    Jak na 1993 rok grafika i dźwięki dają radę (muzyki brak). Ciekawe jest to, że można grać we dwójkę na jednym kompie:) Gra dawała możliwość gry przez neta, ale ponad 20 latach od premiery wspominam o tym ze względów formalnych:) Jedna z ciekawszych rzeczy w składance.
    Stalowe nerwy
    Pamiętam jak dawno temu, kiedy giełdy miały się dobrze a dyskietki były powszechnie używane ojciec wrócił właśnie z giełdy z gierą właśnie na dyskietkach:) Owa gra to były właśnie Stalowe Nerwy. Miało to miejsce lata temu i tak naprawdę jedyne co pamiętałem z tej gry to to że...ojciec strasznie na nią bluźniłxD Kiedy więc zobaczyłem grę na składance Avalonu przypomniały mi się stare lepsze czasy. Nie spodziewałem się po grze niczego dobrego, ot zwykłego FPSa z początku lat 90-tych. Jakże się myliłem.
    Stalowe nerwy są najbrzydszym FPSem jakiego widziałem. Czarno ? szare niczym się od siebie nie różniące korytarze w które ktoś co jakiś czas powpychał głupich jak but przeciwników w postaci mutantów lub kolesi z pistoletami w garniakach. Wykańczamy ich za pomocą jednej z sześciu giwer i granatów. Na ten temat nie ma sensu się bardziej rozpisywać bo to sztampowe FPSowe wyposażenie. Co jakiś czas natrafiamy po drodze na drzwi, które teoretycznie otwiera się spacją, praktycznie to nie działa a postać niczym duch przez nie przechodzi. W dodatku porusza się wolno jak żółw. Na szczęście jest mapa bo bym chyba dostał nerwicy.

    Czy oprócz paskudnej grafiki (przy której Doom to graficzne dzieło sztuki), sztampowych broni i idiotycznych przeciwników są jeszcze jakieś minusy? Są, np. napisana na kolanie fabuła, w którą nie wprowadza nas żadne intro ? chyba że intrem nazwiemy parę linijek tekstu o tym, że armie południowochińskie się zjednoczyły a ich żołnierze zażywają jakiś dziwny narkotyk i jako dzielny amerykański chłopak musimy zrobić porządek. Poza tym nie ma możliwości zmiany ustawienia klawiszy. Niby muzyka nie doprowadza do furii, ale z arcydziełami do czynienia nie mamy, więc sprawy to nie ratuje.
    Żeby grać w Stalowe Nerwy trzeba mieć faktycznie...stalowe nerwy! Tytuł zobowiązuje! Trzymajcie się od tego z daleka bo grać się w to to nie da.
    Sink or Swim
    Pochodząca z 1993 roku platformówka, której akcja rozgrywa się na łodzi podwodnej. Na każdym poziomie musimy pomóc w ewakuacji towarzyszących nam ludków przy pomocy urządzeń na planszy oraz...bomb (te nie czynią krzywdy ani nam ani ludkom).Platformówki nie są gatunkiem który specjalnie lubię ? tzn. muszą mieć one specyficzny klimat żebym w nie grał, zaś Sink or Swim mi nie podpasował. Utknąłem na którymś poziomie i odechciało mi się grać bez jakichś dalszych prób przejścia dalej. Ot, archeologiczna ciekawostka. Dla fanatyków tego rodzaju gier.
    Sołtys
    Przygodówka od LK Avalon, przez wielu uznawana za jeden z największych polskich klasyków. Z Sołtysem miałem styczność wcześniej bo jako pełniak był w Gamblerze, później także na płycie Tipsomaniaka (razem z inną przygodówką: Sfinx). Mnie osobiście Sołtys nigdy nie wciągnął, może ze względu na toporne sterowanie, paskudny dźwięk, byle jaką grafikę i z kosmosu wzięte zagadki? Ja wiem że owe zagadki wzorowane na absurdach dowcipów o Porażu i Wąchocku, ale trzeba lubić takie klimaty. Zdecydowanie wolę jednak Skaut Kwatermastera. Jednak pewnie nie jestem zbyt obiektywny, więc jak ktoś lubi przygodówki to niech po Sołtysa sięgnie, a nuż mu się spodoba.
    Mega Blast
    Według mnie najlepsza gra na płycie. Klon Bombermana, ale z piekielną grywalnością. Reckę macie tutaj:
    Avalon Classic 2
    Od razu zaznaczam że w przypadku Avalon Classic 2 zrobiłem głównie coś w rodzaju ?rzutu okiem?.
    Balltris
    Wariacja na temat Tetrisa, w której zamiast klocków dopasowujemy kolorowe kulki. Ot, można chwilę pograć jak się lubi tego typu gry. Nic nadzwyczajnego.
    Body Slam Wrestling
    Przykro mi, ale tego nie dałem rady uruchomić. Nie wiem czemu.
    Frankenstein
    Ta delikatnie nawiązująca do książkowego Frankensteina platformówkapoczątkowozapowiada się nieźle ? fajna muzyka i ciekawe lokacje (zamek, cmentarz, etc.). Niestety, prymitywizm rozgrywki i powtarzalność sprawiają że tytuł ten nie jest warty grania, a zapoznać się z nim mogą tylko najwięksi fanatycy tego typu gier.
    Isle of Dead
    Podobny (poziomem graficznego wykonania) do Wolfa 3D FPS z 1993 roku. Szkoda tylko że ze skopanym sterowaniem. W każdym bądź razie gra jak na swoje lata niezła i naprawdę oryginalna. Oprócz typowej strzelanki mamy tu też bowiem do czynienia z przygodówką FPP;) Ot, mamy tu przedsmak tego co czekało nas później (w o wieeeeele rozwiniętej formie) w serii Hexen.
    Kosmos
    Strategia ekonomiczna z akcją w kosmosie. Sęk w tym, że to jeden z tych gatunków, w które niezbyt dobrze mi się gra jeśli nie mam grafiki przynajmniej na poziomie Command & Conquer. Z tego powodu od gry się kompletnie odbiłem.
    Spy Master
    Platformówki są gatunkiem, w którym lubię nieliczne, wyjątkowe tytuły. Albo trafiam na złe. Spy Master jest kolejną grą z tego gatunku, która całkowicie mnie od siebie odrzuciła. Grafika i dźwięk ujdą, zwłaszcza biorąc pod uwagę rok produkcji jednak prymitywizm rozgrywki sprawia że oceniam ją bardzo nisko. No ale może ja się nie znam.
    Split Screen Soccer Manager
    Niestety, to kolejna gra, której z jakiegoś powodu nie dałem rady uruchomić. Aczkolwiek chyba nic nie straciłem, bo managery z pierwszej połowy lat 90 kompletnie mnie odrzucają.
    Command Adventures: Starship
    Kosmiczna strzelanka z wątkiem ekonomicznym. Nie ukrywam, że niezbyt lubuję się w tego typu grach. Gracze oceniają wysoko, więc sami sprawdźcie.
    International Tenis
    Byłoby fajnie gdybym mógł grę uruchomić
    Tyrian
    Dla tego klasyka szykuję osobny wpis, chyba że ktoś mnie uprzedzi:)
  11. Iselor
    Tytuł: Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych
    Autor: Marcin Kosman
    Wydawnictwo: Open Beta
    Ilość stron: 400
    Oprawa: miękka
    Cena: ok. 39zł 90gr
    Wychowałem się na grach komputerowych z lat 90-tych. Wśród nich znalazło się kilka polskich produkcji takich jak Teenagent, Książę i Tchórz czy seria Earth. Niejako jednak ?od zawsze? człowiek traktował polskie gry jako te gorsze ? bez super grafiki, bez miodnej grywalności. ?Brzydkie kaczątka? elektronicznej rozgrywki. Oczywiście to wszystko było czymś spowodowane, w pewnym momencie zaczęło się to zmieniać i zawsze były jakieś ?wyjątki od reguły?. I chwała Marcinowi Kosmanowi za to, że poruszył w końcu ów temat ? polskich gier komputerowych.
    To co wzbudza szacunek i podziw wobec autora podczas czytania książki to ogrom zebranego materiału, rozmów jakie przeprowadził ze znanymi i tymi mniej znanymi twórcami gier video z naszego pięknym kraju. O tym jak wyglądało tworzenie gier (i samo ich zdobywanie a także sprzętu, na którym można by grać) w czasach panowania w Polsce ustroju szczęśliwie minionego, z czym borykali się ówcześni twórcy, jak często dokonywali w pojedynkę tego czego nie podejmowały się wielkie firmy (na zasadzie: jeśli czegoś nie można zrobić to powiedz Polakowi ? on to zrobi) i jak ? czasem przez przypadek ? powstawały firmy legendy polskiego gamedevu. Znakomita lekcja historii dla młodszych graczy, którzy mogą już nie znać innych polskich gier niż Dead Island i Wiedźmin, jak i dla starszych, którzy z racji (bardzo) młodego wieku w latach 80 czy 90 nie o wszystkim pamiętają, nie wszystko poznali, a wiele rzeczy mogą sobie przypomnieć. To także znakomita podróż sentymentalna:)
    Do czego się przyczepię? Mnóstwo błędów językowych, stylistycznych, czasem wydawało mi się, że książki nikt po wydruku nie czytał, korekta chyba nie istniała, w dodatku jedną stronę chyba mi ?zjadło? podczas wydruku. Szkoda też, że tak mało jest screenów z gier czy innych zdjęć, zaś bibliografia to dowcip (wymienienie kilku czasopism i stron internetowych, plus dwóch książek ? bez wydawnictw, roku wydania, etc. to nie jest bibliografia).
    Mimo tych błędów nie żałuję i Wam też radzę przymknąć na nie oko bo ta książka to skarbnica wiedzy o polskich grach. Co prawda nie zostały wspomniane wszystkie gry jakie przez Polaków zostały stworzone i wydane, ale to chyba niemożliwe. Jednak to co najważniejsze jest. Do sklepu i kupować!
  12. Iselor
    Tytuł: Pillars of Eternity
    Gatunek: cRPG
    Platformy: Windows|Linux|Macintosh
    Twórcy: Obsidian
    Rok wydania: 2015
    Dwa miesiące minęły od premiery Pillars of Eternity. Przez ten czas zdążyliśmy ochłonąć, przeczytać pierwsze recenzje i opinie graczy. W międzyczasie pojawiły się łatki niwelujące horrendalną ilość bugów. Co ciekawe, udało mi się odpalić i grać (tak na oko skończyłem ¾ gry) na systemie Windows XP z 3,25 GBRam. Co prawda gra czasem ?wykrzacza? do windy ,ale mówi się trudno; nauczyłem się przez to cierpliwości do tej gry i zapisuję stan gry co kilka minut. To co przeczytacie tutaj to bardziej wrażenia, opinia może nie do końca szczegółowa, recenzją radzę tego nie nazywać

    Zacznijmy od początku. System tworzenia i rozwoju postaci czyli mechanika. W zasadzie amy do czynienia z kalką D&D, trochę zmian kosmetycznych, trochę inne nazwy, czasem inne właściwości, ale nieznacznie. Ukłon w stronę graczy wychowanych na klasykach Black Isle i Bioware. Tak więc ci którzy grali w te gry nie mają problemu e stworzeniem swojego bohatera, zwłaszcza że sporo klas i ras w zasadzie jest ta sama, ew. pod innymi nazwami:) Dla mnie to zaleta, bo czuję że wróciłem na stare śmieci. I to pomimo tego że świat stworzono od zera. Początkowo wydaje się że to klasyczne fantasy, ale realia świata przedstawionego (choćby występowanie prochu i broni palnej czy specyficzna architektura budowli) sugerują że mamy bardziej do czynienia z XVI wiekiem w konwencji fantasy niż ze starożytnością czy wczesnym średniowieczem.
    Skopiowano niejako mechanikę, skopiowano interfejs. I po raz kolejny jestem zadowolony. Wszelkie ikonki w czasie gry, ekran ekwipunku czy karty postaci są także zbliżone do tego co dostawaliśmy w Baldurach czy Icewindach. Cóż, człowiek lubi to co zna:)
    Zaskoczeniem było jednak coś innego. Opisy sytuacji rodem z Tormenta i równie zaawansowane dialogi. To co mi się tu spodobało to fakt, że bardzo często opcje dialogowe zależne są od naszej klasy, rasy, pochodzenia, intelektu, stanowoczości, reputacji i innych czynników.
    Narazie piszę o plusach i o plusach pisać dalej będę. To co jeszcze podoba mi się w PoE to fabuła. Dosyć skomplikowana, porusza kwestię natury filozoficznej czym jest życie, kwestię duszy (zwłaszcza że w tym świecie dusze to element bardzo istotny, bowiem wprowadzono tu koncepcję dalekowschodniej reinkarnacji), tego czy istota żyjąca może żyć bez niej, w zaowalowany sposób mamy tu ?przemycony? problem aborcji. Całość nie jest tak ?ciężka? jak w Tormencie czy Falloutach (ok, Fallouty nie miały ?ciężkiej? fabuły, ale klimat tak), ale nie jest to też wesołe hasanie po łące jak w Baldurach czy Drakensangach. I mi takie coś pasuje bo to jest ?złoty środek? jakiego oczekiwałem od cRPG (?lekkość? Baldura jest irytująca, zaś ?ciężkość? Tormenta sprawia.że niezbyt mam ochotę grać w niego drugi czy n-ty raz). Nie będę tu zdradzał wątku głównego, bo ci którzy nie grali muszą go odkryć samemu. Natomiast słowo o questach pobocznych. Świetnie zrobione. To nie są ?zapychacze? w rodzaju ?O dobry panie! Zgubiłem w krzakach mój zardzewiały miecz! Poszukaj go, a w nagrodę dam ci 300 sztuk złota i magiczną zbroję!?. Tutaj każdy quest poboczny jest starannie wykonany, zazwyczaj wiąże się z przynajmniej dwoma możliwościami jego wykonania, spora ich część ma także wpływ na naszą reputację w różnych miejsach zwiedzanego świata.

    No a ów świat zwiedzamy nie sami! Towarzyszy możemy mieć pięciu. I tu miła niespodzianka. Towarzysze dołączają do nas w trakcie gry, dyskutują z nami, wypełniamy też questy z nimi związane. To tacy towarzysze fabularni jak np. Viconia w Baldurze. Jednak jeśli stwierdzimy że bohaterowie dołączalni niezbyt nam pasują umiejętnościami czy charakterem wybieramy się do karczmy. A tam za drobną opłatą możemy wynająć Poszukiwacza Przygód. Owe wynajęcie polega na tym, że tworzymy nowego herosa do drużyny od podstaw, tak jak w np. Icewind Dale. Tak więc mamy trzy możliwości:
    a. gra z bohaterami stworzonymi przez twórców gry, którzy będą z nami dyskutować, pomagać nam w zadaniach itp. i którym my będziemy pomagać;
    b. gra z bohaterami stworzonymi przez nas, którzy jednak będą tylko z nami tylko podróżować i walczyć;
    c. wariant mieszany, czyli bohaterowie i tacy i tacy:)
    Sam wybrałem wariant trzeci, aczkolwiek u mnie czterech towarzyszy było już gotowych, fabularnych, zaś tylko jednego stworzyłem by towarzyszył mi do końca gry (ale to taka moja druga metapostać, którą gram w erpegi, tyle że kobieta); co prawda stworzyłem jeszcze jednego bohatera w karczmie, ale towarzyszył mi tylko przez chwilę, wkrótce go odesłałem.
    Jeszcze jeden plus związany z towarzyszami: w grze nie ma romansów! I całe szczęście, bo dzięki temu mogę skupić się na fabule a nie na tym kto i dlaczego chce ze mną iść do łóżka i czy aby przypadkiem to nie jest osoba tej samej płci;)
    No i teraz przechodzimy do walki, bo od tego są też towarzysze. Mamy do czynienia z systemem z aktywną pauzą, znanym nam z np. Baldura. To co jest tutaj na plus to to, że gra przy każdej walce automatycznie pauzuje. Ale też tu pojawia się zonk. Brak skryptów w wyniku czego po rozpoczęciu walki musimy naszym herosom wskazać wszystko co mają robić bo inaczej będą stać jak kołki. Ok, gdy już wroga ubiją, automatycznie pobiegną zaatakować najbliższego, ale uważam to za spory minus, zwłaszcza że nad kapłanem czy magiem trzeba mieć i tak ciągłą kontrolę.
    Przejdźmy dalej. Do technikaliów. Graficznie tej grze bliżej do Tormenta niż do Drakensanga. Mogą więc dziwić relatywnie wysokie wymagania sprzętowe, gdy spojrzymy na grafikę. Z drugiej strony tak wg mnie powinny wyglądać współczesne cRPG: z grafiką ładną, czytelna ale prostą, bez fajerwerków, by więcej czasu twórcy poświęcili na takie rzeczy jak świat, mechanika, fabuła, questy, bohaterowie, etc.
    Muzyka? Czasem wydawało mi się że słyszę mixy z Baldura czy Icewinda:) Utwory są fajne, klimatyczne (zapadł mi w pamięć głównie utwór z menu głównego), tylko szkoda że jest ich mało, często się powtarzają.
    Wad większych nie zauważyłem ? mógłby się co prawda doczepić bzdur typu brak możliwości zaznaczenia samemu czegoś na mapie, ale po co? To i tak nie przysłoniłoby wielkości gry. Jednak czasem czytałem opinie dziwnie negatywne. Że niby nic się nie dzieje. Cóż, chyba graliśmy w inne gry:) Że sprzęt się wala? Według mnie to zaletai wysoki realizm rozgrywki. Jakże często w cRPG zabijałem wroga i nie mogłem go ograbić z posiadanego przez niego sprzętu bo gra takiej możliwości po prostu nie dawała? Za dużo śmieci? Nie zbierasz i już, nie widzę problemu. Nie rozumiem także zarzutu że bohaterowie którzy do nas dołączają nie są dopracowani. Może trochę racja, ale biorąc pod uwagę rozmach gry...I tak uważam że poziom wykonania towarzyszy w PoE przewyższa w zasadzie wszystko co dostaliśmy w cRPG, będąc na równi z Baldurs Gate 2 i tylko minimalnie ustępując Tormentowi.

    Osobiście zaliczam Pillars of Eternity do grona erpegów wybitnych i najlepszych. Już bez top list, ale to jest gra którą stawiam obok takich tytułów jak Baldurs Gate 2, Diablo, Planescape Torment, Might and Magic VI: Mandate of Heaven, Might and Magic VII: Za Krew i Honor czy Vampire the Masquarade Bloodlines. Nie rozumiem jednak porównań do pierwszego Baldura (przereklamowanego), który próby czasu nie przetrwał, to jeszcze jest grą pod niemal każdym względem inną od i zdecydowanie gorszą od Pillars of Eternity. Zdaję sobie jednak sprawę że w świecie zdominowanym przez casuali i gry akcji, nie zdobędzie ona tylu fanów jak gry o charakterze zręcznościowym, każualowym jak Wiedźmin 3, Dragon Age Inkwizycja czy Skyrim. Jednak ci, którzy grali w gry Black Isle czy starego Bioware powinni powitać Pillars of Eternity jak starego dobrego znajomego. Z jednym zastrzeżeniem: wielu ludzi oczekiwało po tej grze że to będzie Baldurs Gate 3. Błąd. To zupełnie inna gra. Jednak ja dostałem to czego oczekiwałem.

  13. Iselor
    Gatunek: Symulator/Zręcznościowa
    Producent: Outrage Entertainment
    Dystrybucja: CD - Projekt
    Rok produkcji: 1999
    Platformy: Windows, Linux, Macintosh
    Lata 90-te były dla symulatorów wszelkiej maści złotym okresem. Statki kosmiczne, czołgi, łodzie podowdne, a zwłaszcza samoloty były reprezentowane przez całkiem sporą liczbę tytułów, czasem kilku w miesiącu.
    Debiutujący w 1994 roku Descent był czymś naprawdę oryginalnym za sprawą częstej utraty przez gracza kontroli nad tym, czy to co widzi u góry to sufit, podłoga czy boczna ściana:) Penetrując m.in. kopalnie na planetach układu słonecznego małym statkiem kosmicznym zwalczaliśmy tabuny wrogów.
    I tak jest i tym razem.. W trzecim Descencie po raz kolejny wcielamy się w pilota małego statku kosmicznego, który został oszukany przez swych mocodawców z drugiej części gry. Teraz czas na zemstę, przy okazji dowiemy się o co chodzi z dziwnym wirusem zamieniającym zwykłe maszyny górnicze w narzędzia śmierci.
    Descent 3 nie jest typowym symulatorem, skomplikowanym, gdzie trzeba zapamiętać całą klawiaturę, by móc wystartować z pasa startowego;) Co prawda trochę przycisków trzeba zapamiętać, ale to nie jest liczba (około dziesięciu?) trudna do opanowania i zapamiętania. Gracz też od początku musi zdecydować: czy grać myszą i dżojstikiem czy też myszą i klawiaturą. Osobiście wybrałem to drugie, typowo FPSowe rozwiązanie.

    Naszym stateczkiem odwiedzimy kilkanaście planet, na których czekać nas będzie kilka zadań do wypełnienia, bez których etapu nie ukończymy. Pojawimy się więc na księżycach Marsa, metanowym Tytanie, lodowatym księżycu Jowicza - Europie, piekielnie gorącym Merkurym, ale też odwiedzimy....seulskie metro;) I skoro już przy lokacjach jesteśmy: widać że gra się zestarzała po tylu latach, ale na obecnych komputerach "wyciśniemy" z Descenta wszystko co się da, więc ostatecznie okazuje się, że gra jednak honorowo i godnie owe zestarzenie przetrwała i nie razi gracza pikselozą. Także muzycznie jest bardzo dobrze, muzyka to szybkie "kawałki" chyba w stylu electro (nie znam się na muzyce elektronicznej) i pasują do gry bardzo dobrze.
    Na naszej drodze stanie wiele rodzajów robotów, które zechcą nas z radością wysłać na złom. Roboty zazwyczaj latają, choć zdarzają się też maszyny kroczące. Wykazują się różną szybkością, zwinnością, inteligencją czy wytrzymałością. Większość strzela, ale są też takie, które przechodzą do walki wręcz. Drogę zagrodzą nam także działka i wieżyczki strażnicze, te na szczęście nie ruszają się

    No ale my także nie jesteśmy bezbronni. Dziesięć rodzajów broni, każda w dwóch wersjach, więc łącznie dwadzieścia narzędzi śmierci do dyspozycji gracza. Działka laserowe, plazmowe czy miotacze ognia.
    A, gra jest trudna, zwłaszcza jeśli wcześniej nie graliście w tego typu gry. Radzę więc wybrać któryś z pierwszych dwóch najłatwiejszych poziomów trudności. Ot, żeby nie zjeść zębów i nie bluźnić.
    To wszystko co chciałem napisać o Descent 3. Uważam że gra jest świetna i jakichś większych wad nie dostrzegłem (w zasadzie żadnych). Klasyka futurystycznych symulacji, która wybroniła się po latach. Grać!
  14. Iselor
    Podczas Nocy Muzeów 16 maja br. w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi odbędzie się interaktywna wystawa starych komputerów. Będzie można obejrzeć i pograć na:
    Komputery Commodore Amiga:
    1. zestaw dla prawdziwych hard-core'owców - Amiga 500 z kompletem działających dyskietek
    2. Amiga 600;
    3. Amiga 1000;
    4. Amiga 1200;
    5. Amiga 2000;
    6. Amiga 3000;
    7. Amiga 4000;
    Komputery Apple Macintosh:
    1. Macintosh Classic;
    2. Macintosh Classic Color;
    3. Macintosh LC2;
    4. Macintosh LC475;
    5. Macintosh LC630;
    6. PowerMac G3 Beige;
    7. PowerMac G3 Mini Tower;
    8. PowerMac G4 Digital Audio;
    9. PowerMac G4 MDD;
    10. iMac G3;
    11. iMac G4;
    12. PowerBook 190C;
    13. PowerBook G4;
    Komputery Atari:
    1. Atari ST
    Komputery PC:
    1. Cyrix 486DX (Commander Keen, Wolfenstein 3d!);
    2. Pentium 166MMX (Doom, Quake);
    3. dodatkowo około 5 zestawów z procesorami Pentium3, spiętych w sieć do organizacji turniejów multiplayer;
    Każdy zestaw jest oczywiście wypchany po brzegi najlepszymi grami i dedykowanym oprogramowaniem z lat 80' i 90'
    Konsole do gier:
    1. Sega Master System;
    2. Sony Playstation (PSOne);
    3. Nintendo 64;
    4. Nintendo Game Cube;
    5. PONG!;
    Oprócz tego na evencie pojawię się także ja. Na wystawę zabieram część ze swojej kolekcji big boxów:) Tak więc jak ktoś jest z Łodzi to zapraszam, można się spotkać i pogadać
  15. Iselor
    Gatunek:Przygodowa/Hidden object
    Producent: Artifex Mundi
    Dystrybucja w Polsce: Artifex Mundi/cyfrowa
    Rok produkcji: 2012
    Pełna wersja w: CD ? Action, nr 19/2013 (221)
    Dzieło polskiego studia Artifex Mundi jest pierwszą częścią trylogii, o czym jednak dowiedziałem się dopiero po skończeniu Wyspy Czaszki. Gry są normalnie w sprzedaży w dystrybucji cyfrowej, więc nigdy bym się pewnie o nich nie dowiedział, jednak The Cursed Heart pojawiło się razu pewnego jako pełniak w CDA. Nie wiedząc za bardzo z czym mam do czynienia postanowiłem kilka dni temu dać grze szansę i razem z narzeczoną zasiedliśmy do komputera i...wchłonęliśmy na kilka godzin:)
    Nightmares from the deep to przygodówka typu hidden ? object. Wcześniej nigdy nie grałem w gry tego typu i sądziłem, że to nie dla mnie, jednak się myliłem. Niewiele mamy tutaj rozmów, cała zabawa polega na znajdywaniu przedmiotów i ich odpowiednim użyciu, jak to w przygodówkach, rozwiązywaniu łamigłówek (całkiem sporo ich w tej produkcji) oraz, co jest specyficzne dla gier tego typu zabawach w ?znajdźki?. Na czym to polega? Mamy ekran z wieloma przedmiotami, ?na dole? mamy listę przedmiotów do znalezienia i trzeba je właśnie wszystkie znaleźć. Kiedy wszystkie znajdziemy w nagrodę dostaniemy przedmiot niezbędny do ?popchnięcia? gry naprzód (zazwyczaj jest to jeden z przedmiotów, które mieliśmy na liście). W NFTD łamigłówki stoją na łatwym bądź średnim poziomie trudności i raczej nikt włosów z głowy rwać sobie nie będzie (inna sprawa że w tym względzie moja ocena nie jest właściwa, gdyż całą grę ?przechodziłem? wraz z narzeczoną, a co dwie głowy to nie jedna). Na wielki plus zaliczam system pomocy. Gra ma zaimplementowaną solucję (nie trzeba więc szukać w necie), istnieje też specjalny przycisk pomocy, dzięki któremu, jeśli utkniemy, gra wskaże nam co robić dalej, jaki przedmiot przegapiliśmy, w skrajnych sytuacjach rozwiąże za nas łamigłówkę. To dobre rozwiązanie, dzięki temu gracz skończy grę i pozna całą fabułę bez bluzgania i zniechęcenia

    Właśnie. Fabuła. Nic o tym nie wspomniałem. W grze wcielamy się w postać właścicielki muzeum, która jest w trakcie przygotowań do wystawy o piratach. Sęk w tym, że najważniejszy eksponat, legendarny pirat, nie jest martwy. Jest nieumarły, a co najgorsze porywa córkę naszej bohaterki i chce ją wykorzystać w rytuale voodoo, by wskrzesić swoją bardzo dawno temu zmarłą ukochaną. Ruszamy więc za piratem by pokrzyżować mu jego niecne plany, przy okazji poznając losy naszego oponenta i jego damy serca. Choć sama fabuła garściami czerpie z opowieści o piratach, w tym z popkultury (patrz:seria filmów ?Piraci z Karaibów?) to jest całkiem fajna i z ciekawością się ją odkrywa. Także technikalia gry są w porządku. Grafika bardzo ładna, nie odstaje od współczesnych przygodówek (mamy widok FPP; poruszanie ?skokowe?, jak np. w Atlantis), bardzo dobrze zostały także podłożone głosy, no a muzyka jest bardzo dobra, znakomicie podkreśla wspaniałą atmosferę gry; szkoda tylko że mamy bodajże trzy utwory na krzyż, gdzie przez większość czasu gry słyszymy jeden utwór i z biegiem czasu się nudzi, ale to na tyle fajna melodia że nie irytuje.
    Nawet jeśli nigdy nie grałeś lub nie przepadasz za grami typu HO, daj tej grze szansę bo naprawdę warto. Ja (ani narzeczona) nie żałuję spędzonego nad nią czasu. Grać!
  16. Iselor
    Nigdy nie darzyłem CD-Action "miłością przedmiotową". Lubiłem, fakt, lubię wciąż w sumie, ale pismem życia pozostał dla mnie Gambler. CDA jednak pozostał na polu walki jako ostatni w zasadzie magazyn o grach video (podobno jest tam coś jeszcze typowo konsolowego, ale ja jestem głównie pecetowcem) więc cała moja uwaga jest skoncentrowana na nim. Inna sprawa że znam to pismo gdzieś od końcówki 1998 roku i obserwowałem zachodzące w nim zmiany.
    To co było zawsze najfajniejsze w CDA to pełniaki. Nigdy nie ukrywałem i nie ukrywam że CDA to dla mnie pełniaki, zaś pismo to dodatek. Dzięki CDA udało mi się zgromadzić pokaźny zbiór "pismowych" wydań gier, które albo są nie do zdobycia legalnie (bo za stare a ja jak wszyscy wiedzą nie uznaję dystrybucji cyfrowej), albo takich, które w wersji z pisma są ok, ale nigdy nie wydałbym na nie kasy w sklepie, albo takich, które mają dystrybucję tylko cyfrową a ja muszę mieć na płycie. Ok, przez te parę lat sporo gier z CDA (i innych pism) się pozbyłem bo wymieniłem na wersje sklepowe, ale sporo mi zostało (zwłaszcza że kiedyś płyta z pełniakiem wyglądała w zasadzie tak samo jak sklepowa premierówka, miała tylko mały znaczek CD-Action; a wydanie Hexen II z CDA jest ładniejsze od premierowego - sklepowego!).
    Teraz gdy dystrybucja cyfrowa w zasadzie zwyciężyła, ja mam w zbiorze ponad 600 gier i nie chce mi się apgrejdować kompa dla nowych produkcji (szybciej kupię coś na konsole, nie muszę chociaż zakładać idiotycznych kont w steamach i innych originach), CDA kupuję rzadko. Kiedy kupuję? Kiedy dają pełniaka pozbawionego DRM, a który normalnie jest tylko w e-dystrybucji. Albo, gdy dają staroć niedostępny lub strasznie trudno dostępny. Na moje obecne warunki (chwilowe bezrobocie, jakaś kasa się jeszcze ostała) zakup CDA za te 15 czy 16 zł z Freelancerem, klasykiem simów a jako bonus zręcznościówka z Wolverinem jest jak najbardziej opłacalny. Wydaje mi się, że CDA chyba powoli coś dostrzega: o licencję coraz trudniej, młodzi (nie chcę używać synonimu internetowego na g) albo ściąga z neta albo rodzice kupią, więc trzeba puścić oko do starszych, retro-graczy. I tego efektem jest Freelancer. Ja wiem, CDA nie jest polskim RetroGamerem, bo nim być nie może. Jednak taka dalsza polityka jest chyba słuszna. Na widok tytułu Freelancer jest jednak więcej pozytywnych komentarzy niż negatywnych. Tytuł stary, mało znany (dobra, ja znam, fani starych gier, zwłaszcza symulacji też, ale jednak to nie jest Diablo czy Need for Speed), a co najważniejsze: ciężko dostępny legalną drogą. Jeśli będzie tak dalej i np. na 3 tytuły chociaż jeden to będzie coś sprzed 2010 roku wielu ludzi będzie się cieszyć, bić brawo i kupować. Mam nadzieję że Freelancer to nie jest jednorazowy wybryk.
    I jeszcze trzy uwagi. Po pierwsze. Kiedyś gry nie były polonizowane, ludzie słabiej znali angielski, a jednak sobie radzili i grali. Teraz angielski w każdej szkole, w życiu codziennym częsty, a tutaj jęki i płacze bo gra X i Z po angielsku. Ludzie, opanujcie się, rozumiem że klasyka gier (w tym RPG, strategii, przygodówek) to syf bo po angielsku?
    Po drugie: kiedyś w CDA była jedna czy dwie płyty (CD, nie DVD) i jeden pełniak. jak były dwa albo więcej to święto narodowe. I się ludzie cieszyli z jednego pełniaka. Ba! Mało kto miał neta, więc nikt nie wiedział co będzie za miesiąc. Dowiedziałeś się jak wyszedł nowy numer. I się żyło.
    Po trzecie: jak jesteś cwaniak i piszesz że CDA ma zrezygnować z płyt, to proszę: wsadź sobie opinię w buty i kupuj sobie gry samemu na swoim steamie czy innym magicznym portalu. Są ludzie jeszcze, jak ja, którzy chcą instalować i grać w wersji klasycznej, jak było kiedyś: wkładam płytę, instaluję i gram, bez zakładania i aktywacji kont bo takie jest widzimisię producenta, bez żadnych "kajdan", bez względu na to jaki mam komputer i czy ów komputer do neta jest podłączony czy nie. Ciekawe, jak by dali pewne gry (choćby tego Freelancera) bez płyt? I ilu kupujących by stracili? W dniu w którym dystrybucja pudełkowa całkowicie zniknie, ja przestaję kupować gry (nowe). W dniu w którym CDA przestanie dodawać płyty z pełniakami, tylko jakieś klucze, ja nie kupię CDA, choćby nie wiem jakie pełniaki dawali, a w bonusie browar, chipsy i colę.
    To tyle. Pozdrawiam.
  17. Iselor
    Gatunek: Przygodówka
    Producent: Crazy Computer Confederation
    Dystrybucja: Mirage Interactive/Fobit
    Rok produkcji: 1996
    Pełna wersja w: PC Games CD nr 4/99
    Stworzony w 1996 roku Świrus, wyróżnia się na tle polskich gier i przygodówek kilkoma cechami. Po pierwsze, został stworzony w zasadzie przez cztery osoby (programista, który z jeszcze jedną osobą tworzył scenariusz, grafik i muzyk ? później Crazy Computer Confederation nie stworzyło już żadnej gry ), nie licząc betatesterów. W tamtym czasie gry tworzyły wielkie teamy, także w Polsce. Po drugie: jest pierwszą polską przygodówką napisaną dla systemu Windows. Po trzecie zaś, korzysta z systemu interfejsu SCUMM (podobnie jak np. gry Lucas Arts), więc gra nie jest typową przygodówką point & click. Gracz musi wybrać czynność (Zbadaj, Użyj, Mów do, Weź, itd.) i dopiero kliknąć na przedmiot lub osobę. Cóż, dla mnie to też jest point and click, ale niech będzie. Przejdźmy do rzeczy istotniejszych.

    Fabuła Świrusa jest dosyć...prosta. Oto nasz bohater, Filip, musi, czy mu się to podoba czy nie, uratować ludzkość, przed straszliwym wirusem stworzonym przez szalonego naukowca. W tym celu będzie musiał pogadać z paroma osobami i pokombinować ? jak to w przygodówce ? z wykorzystaniem przedmiotów, które wpadną mu w ręce. Zazwyczaj owe wykorzystywanie przedmiotów albo jest jak najbardziej logiczne, a jeśli się zdarza że nie do końca, to jest to świadomy zamysł twórców gry i wtedy owe wykorzystanie przedmiotu jest po prostu śmieszne. Co do napotkanych postaci to nie ukrywam, że są ciekawe i zabawne. Na naszej drodze spotkamy m.in. Beavisa i Butt-heada, sołtysa z Wąchocka a nawet Franko ? bohatera innej polskiej gry z tytułowym bohaterem w tytule:) Twórcy gry jeszcze kilka razy w ten sposób puszczają oko do graczy i na pewno dodaje to jej pewnego uroku.
    Gra jest prosta, zagadek jako takich (np. jakieś układanie puzzli czy coś w tym stylu) brak. Także jej długość pozostawia trochę do życzenia, bo jest do przejścia w kilka godzin intensywnego grania.

    Co do grafiki to jest ona...No, powiedzmy że zabawna (czytaj: prosta, rysunkowa); taki typowy standard dla polskich produkcji tamtego okresu. Muzyka jest w porządku, ale w kółko się powtarza więc po pewnym czasie gracz ma dosyć i trzeba wyłączyć. Inna sprawa że zagłusza kwestie wypowiadane przez postacie (całkiem dobrze podłożone głosy przez aktorów Teatru Roma). Szkoda tylko że czasem pojawiają się bugi w wyniku czego w pewnym momencie nie mogłem ukończyć gry (musiałem grać z solucją i dojść do momentu w którym utknąłem, robiąc w zasadzie to samo tyle że w innej niż moja kolejności).
    Pomimo pewnych błędów ja osobiście polecam Świrusa fanom przygodówek, ale że gra jest prosta powinni z łatwością skończyć ją fani starych gier, którzy za tym gatunkiem nie przepadają. A zagrać warto, choćby dla pokręconej fabuły i humoru.
  18. Iselor
    Gotycki metal się skończył. Theatre of Tragedy nie istnieje, świetność Tiamat dawno przeminęła, Tristania też podąża jakąś dziwną drogą. Jednak w nurcie gotyku zwanym ?piękna i bestia? od 1995 roku swoich sił próbuje średnio znany (w Polsce w sumie mało znany) Draconian. Podążając śladami Theatre f Tragedy, panowie i pani z Draconiana stworzyli kilka naprawdę fajnych dzieł. W mojej opinii na największą uwagę zasługuje demówka ?Dark Oceans We Cry?. Czemu demówka, nie LP-ka tego nie wiem, bo jakościowo utwory stoją na naprawdę znakomitym poziomie. Surowy, zimny Draconian był wtedy na szczycie swoich możliwości. Growl Johana Ericsona znakomicie współgra z delikatnym głosem Lisy Johansson (niestety, już byłej wokalistki, obecnie zespół szuka nowej) i muzyką, która przywodzi na myśl najlepsze dokonania zespołów doom metalowych, choćby My Dying Bride. W zasadzie Draconian wypada tak pośrodku między My Dying Bride a Theatre of Tragedy jeśli idzie o ciężkość i klimat muzyki.

    W zasadzie nie ukrywam, że z płyt studyjnych toleruję tylko trzy pierwsze płyty (czyli do The Burning Halo). Dwie ostatnie to jest jakieś miziu miziu udające doom metal. Jeśli mam ochotę na metal słodki odpalam Nightwish, słodki metal z growlingiem, a takie są dwie ostatnie płyty Draconiana, który zgubił klimat, ciężkość, surowość, ten epatujący z głośników chłód, niezbyt mi podchodzi. Na szczęście są demówki i promo, ratują się też trzy pierwsze studyjne.
    Szkoda, bo obawiam się, że po Theatre of Tragedy, Draconian będzie kolejnym upadłym death/doom/gothic metalowym zespołem, po którym zostaną tylko wspomnienia. Jednak z mistrzowskim "Dark Oceans We Cry" radzę się zapoznać, podobnie jak z wcześniejszymi demówkami, jak się spodoba, spróbować studyjnych (zwłaszcza The Burning Halo).
  19. Iselor
    Ostatnio znajomy na pewnym forum narzekał, że obecnie rozmowa z przeciętnym muzułmaninem jest większą ucztą dla intelektu niż rozmowa z przeciętnym europejczykiem (czytaj: Polakiem). Dlaczego? Ponieważ przeciętny muzułmanin ma pojęcie o swojej religii, o filozofii, o historii, czyli ma jakieś pojęcie z zakresu ogólnie pojętej humanistyki, bo tam nawet chłop ze wsi prowadzi dyskusje o Bogu i Koranie. Oczywiście nie każdy, ale jednak pewnie spora ich część w dyskusji zmiażdżyłaby przeciętnego Kowalskiego.
    Pytanie: czy zaczepiając na ulicy przypadkowo zaczepioną osobę będziesz w stanie prowadzić z nią pasjonujący dyskurs filozoficzny bądź teologiczny lub nt. Historii ? Czy sam podołałbyś gdyby ktoś cię zaczepił i takową dyskusję rozpoczął ? Podejrzewam, że większość odpowiedziałaby: nie.
    Tak naprawdę dopiero nie tak dawno uświadomiłem sobie dlaczego ludzie, zwłaszcza katolicy, tak bardzo nie lubią Świadków Jehowy. Nie dlatego, że są oni niemili, niesympatyczni i śmierdzą Bo wiemy że tak nie jest. Powód jest inny. Dyskusja Świadka Jehowy z przeciętnym katolikiem kończy się bowiem masakrą tego drugiego, ponieważ wg badań z 2008 r. 25% Polaków czasem czyta Pismo Święte. To jest połowa tych, którzy są zaangażowani w swoje życie religijne, tj. którzy chodzą do kościoła co niedzielę (do kościoła chodzi około 40 ? 50%). Świadek Jehowy jest bowiem perfekcyjnie przygotowany do takiej dysputy, Pismo Święte zna i czyta różnego rodzaju komentarze do niego ? nawet jeśli są to opracowania i komentarze nie do końca zgdone z teologią chrześcijańską, bo tworzone przez najinteligentniejszych i oczytanych Jehowych. Tak więc Polak = katolik nie lubi ŚJ ponieważ myśli sobie: ?Ja nie mam o tym pojęcia, a on mnie zagada i jeszcze udowodni, że moja religia jest fałszywa, po co się wstydzić i denerwować?. I zazwyczaj ŚJ zamykane są drzwi przed nosem a na ulicy ludzie od nich uciekają. Ja zaś mam do nich zupełnie inny stosunek: oto bowiem się okazuje, że są to jedni z nielicznych ludzi, z którymi moge pogadać na interesujące mnie tematy! I dyskusje te są ciekawe, a żeby było moim ?oponentom? trudniej występuje w nich nie jako katolik (monoteizmy są bowiem nudne, nielogiczne i przeczą często same sobie), ale np. jako hellenista, agnostyk albo buddysta. Wiem na tyle dużo o tych systemach, że Jehowi nie za bardzo są w stanie połapać się czy stoi przed nimi faktycznie wyznawca Zeusa (w Polsce około 50 osób, więc szansa na natrafienie ekstremalnie znikoma) czy facet, który robi sobie jaja?
    Kompletnie inną sprawą jest to, że od kilku lat wiele mądrych głów biadoli nad tym, że polska humanistyka jest w opłakanym stanie. A to, że polska teologia jest przestarzała, że polska kultura wyższa upada i niedługo nie będzie miał ani kto jej tworzyć ani kto z niej korzystać, bo ludzie będą na poziomie kulturowym ?Trudnych spraw? i filmów z Seagalem i prymitywnych komedyjek z Adamczykiem. Znów większość Polaków w ciągu roku nie dotknęła książki, humanistów nikt zatrudniać nie chce, a kierunki i całe wydziały humanistyczne są zamykane (patrz: Uniwersytet Łódzki i likwidacja etnologii i archeologii). Sęk w tym, że aby to zmienić nie wystarczy pobiadolić i kazać młodzieży czytać niezmieniony od lat kanon lektur szkolnych z porywającymi dziełami typu ?Nad Niemnem?.
    W jaki sposób to zmienić ? Trzeba zacząć od początku, czyli od podstawówki. Już od trzeciej, góra czwartej klasy należy wprowadzić obowiązkowy przedmiot ?etyka z elementami religioznawstwa? prowadzony przez wykształconych etyków, filozofów i religioznawców. Powinien on być kontynuowany w szkołach średnich (w mojej wizji wracamy do ośmioletniej podstawówki i czteroletniego liceum/pięcioletniego technikum), zaś dodatkowo w klasach licealnych o profilu humanistycznym należy wprowadzić konserwatorium filozoficzne (filozofowanie oznacza bowiem konieczność prowadzenia dialogu z innymi na dany temat) i kontynuować to w rozszerzonej formule na wszystkich studiach wyższych. Oprócz tego w szkołach średnich w klasach o profilu humanistycznym należy zdecydowanie zwiększyć liczbę godzin z widzy o społeczeństwie i wiedzy o kulturze (kosztem przedmiotów ścisłych ? należy się także zastanowić nad formułą matury i w ogóle nad sensem jej istnienia).
    Tylko w ten sposób przywrócimy humanistykę do łask, zaś ludzi nauczymy myślenia i dyskutowania.
  20. Iselor
    W przypadku ogólnie pojętej fantastyki zazwyczaj wymienia się dwa nurty: fantasy i science ? fiction. Ok, jest jeszcze horror, ale ten nie zawsze musi zawierać element fantastyczny. Ja co prawda zdecydowanie preferuję fantasy nad science ? fiction (zwłaszcza w przypadku książek) i to fantasy w wydaniu jak najbardziej klasycznym (Le Guin, Tolkien, Vance itd.), ale najbardziej lubię nurt zwany science ? fantasy.
    Ja wiem. Nie każdy wie, że coś takiego istnieje. W tym rzadkim nurcie fantastyki elementy sf i fantasy są wymieszane. Niekoniecznie po równo. Przykładami takich dzieł są twórczość takich pisarzy jak Gene Wolfe, Roger Zelazny czy Jack Vance, ale też gry cRPG: Albion, a także serie Wizardry i Might and Magic.
    A filmy ? Cóż, tu raczej słabo. Nie znam takich tytułów z wyjątkiem właśnie Dragon Balla, choć podejrzewam, że nawet najwięksi fanatycy serii nie znają tego terminu i albo przypinają łatkę sf albo fantasy. A dlaczego piszę teraz o DB ? Cóż, od premiery minęło ponad 20 lat, serial od dawna nie gościł w polskiej TV i chyba trochę został przykryty kurzem zapomnienia. Inna sprawa że właśnie przypominam sobie ów serial;)

    W lutym 1986 r. pojawił się więc pierwszy odcinek anime Dragon Ball (wcześniej była manga). Serial o chłopcu z kosmosu, adoptowanym przez człowieka początkowo miał bardzo komediowy charakter. Perypetie Songa (będę używać polskich tłumaczeń, choć czasem były one debilne) i towarzyszy, którzy poszukują magicznych smoczych kul mających moc przyzywania smoka spełniającego zyczenia, po drodze bijąc się z różnymi oponentami (którzy później czasem stają się sojusznikami) i braniem udziału w turniejach sztuk walki, mogą początkowo wydawać się mangą dla dzieci, ew. komediowym serialem z luzackim klimatem i wartka akcją. Z czasem jednak bohaterowie poważnieją, scen humorystycznych ubywa, zaś przeciwnicy stają się coraz bardziej poważni i coraz mniej sympatyczni.
    Dragon Ball to pierwsza seria z trzech opowiadających o przygodach Songa i spółki. I w zasadzie do pojawienia się pod koniec złego Piccolo (niecierpię polskiego tłumaczenia Szatan Serduszko) jest tym czym napisałem wyżej: komediowo ? przygodowym anime ze sztukami walki w roli głównej uzupełnionymi elementami fantasy w postaci smoka, magicznych kul i energii ki, dzięki której w zasadzie wszyscy bohaterowie (tak dobrzy jak i źli) używają do tworzenia specjalnych ataków, które dla mnie są w zasadzie takimi odpowiednikami czarów z typowego fantasy.
    Po zakończeniu pierwszej serii, czyli po prostu Dragon Ball, w 1989 r. pojawia się Dragon Ball Z. Najbardziej kultowa i popularna z serii obejmująca 291 odcinków. Elementów komediowych niewiele, cała historia choć wciąż prosta jak konstrukcja cepa (czytaj: wielki zły chce zawładnąć lub zniszczyć świat lub wszechświat a my musimy mu skopać cztery litery), ale zdecydowanie poważniejsza, miejscami zaskakująca i o wiele bardziej trzymająca w napięciu. Ze względu na długość fani dzielą serię na kilka sag, w zależności od tego z kim akurat Songo i ekipa leja się po mordach.
    Są też inne zmiany. Poprawia się ?kreska?, ścieżka dźwiękowa staje się wręcz kanoniczna dla fantastyki i zapada w pamięć, pewni istotni bohaterowie dokonują zmian....osobowości, akcja w dużej mierze rozgrywa się też poza Ziemią (tu widać mnóstwo elementów typowych dla sf: podróże międzyplanetarne, kosmici, superzaawansowana broń i urządzenia, itp.) Ogólnie to co trzyma widza przy ekranie to to co powszechnie nazywamy klimatem. Swoje robi też mnogość postaci występujących w serii (liczonych na pewno w ponad setce, nie licząc tła). Obecnie znów jestem w trakcie oglądania ?zetki? i ta mimo wszystko, po tylu latach wciąż się broni (mam zwyczaj oglądania DB Z średnio raz na dwa lata, oczywiście pomijając co nudniejsze fragmenty bo całą sage nagrałem sobie na DVD).
    Oczywiście po Dragon Ball Z pojawiła się trzecia seria, czyli GT. Nie tworzona jednak przez autora, Akirę Toriyamę, zawiera mnóstwo błędów fabularnych, ?zapomina? o wielu istotnych postaciach z DB Z i po prostu...nuży. Wielu fanów Dragon Balla uiważa GT za nieporozumienie i nie wlicza jej w skład sagi.

    W 2009, w dwudziestolecie Dragon Ball Z pojawiła się seria Kai, czyli odnowione Z. Ładniejsza kreska, dźwięk i usunięcie ?nudnych? scen. Niestety, jak dla mnie zbyt duże bo z 291 odcinków zostało nieco ponad 100. Ja zostaję więc przy starej wersji, emitowanej na RTL7/TVN 7. To wciąż klasyka gatunku, lubiana także przez ludzi stroniących od mangi i anime.
  21. Iselor
    Gatunek: cRPG
    Producent: Larian Studios
    Dystrybucja w Polsce: Cenega
    Rok produkcji: 2002
    Niektóre tytuły żyją w pamięci graczy do dziś i ludzie wciąż w nie grają. Inne, zapomniane przez czas i ludzi, leżą albo zakurzone na półkach albo ich nie do końca legalne wersje walają się niezauważone w odmętach internetu. Divine Divinity wyszło w czasie, kiedy komputerowe RPG odzyskało siłę i jakość z początku lat 90-tych. To okres, który nazywam drugą złotą erą cRPG. To wtedy pojawiły się m.in. Diablo II, Morrowind, Gothic I i II, Dungeon Siege, Neverwinter Nights, drugi Baldur's Gate czy saga Icewind Dale. Mając taką konkurencję, bez kampanii reklamowej trudno się przebić. Więc DD stało się takim kopciuszkiem cRPG, który łatwo było przeoczyć. Ja wiem, że mamy teraz następców: Original Sin czy niedawny Dragon Knight Saga, ale warto o prekursorze pamiętać.

    Gra zaczyna się bardzo sztampowo, klasycznie wręcz do bólu. Co prawda nie siedzimy w karczmie, ale za to budzimy się w łóżkuz zanikiem pamięci, u nieznajomego, który znalazł nas nieprzytomnego na drodze. Brzmi znajomo, prawda? Teraz więc naszym zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy kim jesteśmy i dlaczego spokojne osady ludzi, elfów i krasnoludów są nękane przez ohydne orki i inne stwory ciemności ?
    Świat gry, Rivellon, jest czystą klasyką. Podróżujemy po lasach i polanach, odwiedzimy wilgotne i brudne (cholernie klimatyczne) jaskinie, piwnice i katakumby pełne nieumarłych, osady i wioski, pustynie, a także świątynie i warownie ludzi i krasnoludów. Duży, acz nie przesadnie, świat jest zamieszkany przez wszelkiej maści istoty z którymi, jeśli nie będziemy walczyć (a typów wrogów jest kilkadziesiąt), to prawie zawsze da się porozmawiać i pohandlować. Spora część NPCów ma bowiem jakieś przedmioty i jakąś ilość gotówki przy sobie i trzeba ostrożnie handlować i wiedzieć z kim. Nie ma tutaj sytuacji znanej z innych gier cRPG, gdzie kupiec posiada nieskończoną ilość złota i skupuje od nas wszystko jak leci. On też jest ograniczony finansowo. To rzecz, która bardzo mi się podobała w DD, choć troche utrudnia sprawę handlu. A jest czym handlować! Oprócz wszelkiej maści typowej zbrojowni w wersji zwykłej i mniej lub bardziej magicznej (topory, miecze, łuki, zbroje, hełmy, rękawice, pasy, tarcze, etc.) znajdziemy też np. widły i grabie (można użyć jako broń!), trunki, owoce, chleb (regenrują życie lub potrzebną do magii manę), ale też np. książki czy zwoje.

    W dużym świecie Rivellonu, liczącym ponad setkę NPCów, przyjdzie nam także wykonać dużo zadań pobocznych. Oczyścimy świątynię z duchów, uratujemy dziewczynę przed pragnącym ?ciepła i miłości? zombiakiem, dołączymy do gildii złodzieji czy zapolujemy na krwiopijcę. Zadań jest dużo i tylko od nas zależy kiedy je wykonamy i czy w ogóle.
    A kim tego dokonamy ? Nasz heros może być dziewoją lub mężem, który na samym początku rozgrywki będzie albo Wojownikiem, albo Magiem albo Złodziejem. I choć początkowe umiejętności są typowe dla klasy jaką zaczęliśmy, później, jeśli się rozmyślimy, można wraz z rozwojem postaci wybierać sobie umiejętności nie tylko z ?drzewka? naszej klasy, ale też dwóch pozostałych. Nie da się zrobić eksperta we wszystkim: albo zrobimy eksperta w jednej klasie albo w miarę zrównoważoną postać w dwóch lub trzech klasach. Możemy bowiem rozwinąć 96 umiejętności podzielonych na dwanaście dyscyplin. Do tego, tak jak w Diablo, przy osiągnięciu nowego poziomu zwiększamy siłę, zręczność, żywotność i inteligencję, które wpływają na nasze możliwości walki, wytrzymałości czy ilości potrzebnej do rzucania czarów many.
    Divine Divinity jest ukłonem w strone klasyki literatury fantasy i kanonicznego, pierwotnego cRPG z jednej strony ? bardzo klimatyczne lokacje, troszkę kombinowania z przedmiotami czy dźwigniami itp. przy wykonywaniu questów, klasyczni dla fantasy wrogowie i sojusznicy (orki, magowie, wilki, krasnoludy, nieumarli itd.), a z drugiej ukłon w stronę Diablo, które Divine Divinity przypomina ze względu na sposób walki (typowo zręcznościowy, ale tutaj z aktywną pauzą) i szatą graficzną, choć muszę przyznać że DD jest po prostu ładniejsze Na szczęście w Divine Divinity możemy prowadzić dialogi zdecydowanie bardziej zaawansowane niż w Diabełku, a konsekwencje naszych wyborów mogą być różne ? to tak odnośnie inspirowaniem się Diabłem;)
    Świetna jest także ścieżka dźwiękowa. Bardzo nastrojowa muzyka, dobrze podłożone głosy pod NPCów.
    A jakieś wady? Trochę bugów, które w dwóch miejscach mogą uniemożliwić zakończenie gry (tu trzeba wiedzieć co robić, żeby owe błędy ominąć, ale na ten temat napisano wszystko w sieci ? także po polsku). Gra nie posiada także trybu multiplayer, ale dla mnie to żadna wada, bo w sieci i tak praktycznie nie gram:)
    Gra była reklamowana hasłem ?Diablo spotyka Ultimę VII?. Cóż, okazało się że ludzie z umiejętnościami wzięli to co najlepsze z dwóch arcydzieł gatunku i stworzyli tytuł niemal bezbłędny i piekielnie grywalny. Divine Divinity pozostaje u mnie wciąż jednym z najukochańszych komputerowych RPG, do którego na pewno wrócę nieraz. Kto nie grał ? koniecznie niech to nadrobi.
  22. Iselor
    Wczoraj w pracy rozmawiałem ze znajomym o starych grach. Mój rozmówca napomniał coś o Icewind Dale. W tym momencie nowy pracownik, z innej zmiany, którego nie znaliśmy a z którym dane nam było przez godzinę pracować, powiedział do nas: ?Ludzie, rozmawiacie o grach sprzed trzynastu lat! To teraz nie ma nic ciekawego ?? Kumpel odparł że teraz zbyt duży nacisk kładzie się na wodotryski graficzne, zaś ?nowy? odparł że...na steamie jest mnóstwo świetnych produkcji. Krótka dyskusja się zakończyła kiedy odparłem (a raczej warknąłem), że nie uznaję gier ze steama.
    I zacząłem się później zastnawiać. Czy dobrze robię? Czy mój antysteamowy bunt jest słuszny? Czy zaprzestać grać w zasadzie w nowo wychodzące produkcje? Kocham gry, są moją największą pasją, choć mam 28 lat na karku i niektórzy ludzie pewnie popukali by się w czoło ?taki stary a bawi się w jakieś gry? Stwierdziłem jednak że na czymś muszę się skupić, w czymś wyspecjalizować.
    Obecnie irytuje mnie nie tylko steam. Steam, który myslałem że może jakoś obejdę np. programem Phoenix. Ot, kupię oryginalną grę, zainstaluję z płyty i ominę steama. Na necie wyczytałem jednak, że nie ze wszystkim działa, sama zaś obsługa też jest...średnio łatwa. Więc sobie darowałem. Zupełnie inną sprawą jest sprzęt. Wasteland 2, z dosyć średniawą grafiką zajmujący 30 GB i wymagający 6 GB ramu ? Na co? Na moim kilkuletnim sprzęcie z 2 GB ramu i zintegrowaną grafą to nie pójdzie. Czeka mnie więc kupno nowego kompa. Sęk w tym, że za kilka lat....Znów będę musiał kupić nowego kompa! Bo gry będą wymagać np. 20 GB RAM i Windowsa 12. Szczerze mówiąc taka wymiana sprzętu co 3 lata niezbyt mnie rajcuje. Podobnie z konsolami. Nowa konsola kosztuje tyle co komp ze średniej półki. Co kilka lat wychodzi nowa generacja. To też będzie szło w nieskończoność, chyba że stworzą jakieś urządzenie uniwersalne ale za szybko to nie nastąpi bo każdy będzie chciał stworzyć ?coś swojego, lepszego?. Uczestniczenie w tym technologicznym wyścigu, w tym nabijaniu kabzy producentom wszelkiej maści sprzętu przestało mnie bawić. MobyGames zaś pokazuje że posiadam (samemu nie chciało mi się liczyć) 593 tytuły. Jest tego więcej o jakieś kilkadziesiąt pozycji, bo kompilacje liczą się jako jedna pozycja. Pytanie: czy w sytuacji, kiedy mój zbiór starych gier nie jest pełny potrzebuję kolejnych, tym razem nowych gier, do szczęścia ?
    Przepraszam. Ja wysiadam. Zostaję na przystanku ?Lata 1979 ? 2010? (powiedzmy że jeszcze do 2010 roku w miarę dużo gier nie wymagało steama a mój komp je spokojnie udźwignie). Cieszę się że co prawda z tego co na pudełku zauważyłem przygodówka Face Noir niczego internetowego nie wymaga, ale to chlubny wyjątek.
    Więc jeśli ktoś mnie spyta jaka jest moja pasja odpowiem:? Moją pasją są stare gry video?. Na nich się wychowałem i one sprawiają mi najwięcej frajdy. Nawet jeśli jakiegoś tytułu z lat 90-tych nie znałem i niedawno odpaliłem okazuje się że ma to co nazywa się ?duszą?. Będę dalej propagował granie w gry retro. Jestem graczem PeCetowym i nie ukrywam tego ani się tego nie wstydzę (mam wrażenie, że niektórzy retro ? konsolowcy gardzą PieCowymi grami, nawet tymi starymi ? dla mnie to są głupcy); miałem tylko krótkie życiowe epizody z Pegasusem, PSXem i PS 2 (choć do dziś mam malutki zbiór gier na PSXa i samego PSXa oraz parę gier na PS 2 ? samo PS 2 zostawiłem przy wyprowadzce bratu, którego on jest IMHO właścicielem; ja sobie niedługo swoje kupię). Mam nadzieję, że uda mi się zebrać w Łodzi grupkę fanów starego grania, może utworzy się jakieś koło/klub/stowarzyszenie, etc. Mam nadzieję że już od przyszłego roku rozpocznę jakąś skromną współpracę z organizatorami łódzkiego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. A rzeczą, która mi się marzy jest to, żeby w Polsce powstał odpowiednik RetroGamera.
    To tyle. Pozdrawiam wszystkich:)
  23. Iselor
    Dzisiejszy wpis jest szczególny i pierwszym z serii wpisów w tej tematyce. Będzie to seria poświęcona książkom z zakresu ogólnie pojętego religioznawstwa i (w mniejszej ilości) etnologii, a także ? przy okazji - kilku książkom z krajów tzw. Orientu. Wpisy te polecam wszystkim tym, którzy interesują się tymi dziedzinami albo chcą rozpocząć z nimi przygodę, a już w szczególności obecnym i przyszłym studentom historii, kulturoznawstwa, etnologii i (zwłaszcza) religioznawstwa. Znajdzie się też tu ? jak pisałem ? kilka książek z okresu starożytności i średniowiecza z krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Początkowo miałem pisać o każdej książce osobno (jak w przypadku Potęgi mitu i Kultury magicznej, które już opisałem), ale stwierdziłem że lepiej będzie dać kilka dłuższych wpisów o tych książkach.
    Tytuły książek są ułożone alfabetycznie, w nawiasach podałem autorów. Zapraszam do lektury, mam nadzieję, że temat was zainteresuje i znajdziecie coś dla siebie:)
    Etnologia religii (Andrzej Szyjewski) ? podręcznik akademicki do etnologii religii. Napisany trochę zbyt naukowym językiem, ale...Nie ma się co oszukiwać, Szyjewski w zasadzie wyczerpał temat i nic innego (lepszego) w tym temacie już nie znajdziecie. I na etnologii i na religioznawstwie to lektura obowiązkowa. Jednak bardziej dla przyszłych studentów religioznawstwa i etnologii, niż zwykłych pasjonatów, ale oni też powinni się z tym tytułem zapoznać.
    Hymny Rigwedy ? Rigweda to księga kapłańska, zawierająca hymny do bogów z panteonu hinduskiego. Jeden z najważniejszych tekstów religijnych kultury Indii i jeden z najstarszych zabytków literatury światowej (około XIV w.p.n.e.). Oryginał zawiera 1028 hymnów, polski znakomity przekład (z 1972 roku) Stanisława Franciszka Michalskiego obejmuje niewielką ilość 70 hymnów. Cóż, wielka chwała wydawnictwu Ossolineum, że chociaż tyle polski czytelnik może przeczytać, bo warto. A jeśli ktoś chce pełny przekład to musi szukać angielskiego.
    Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie (Piotr Kowalski) ? tę znakomitą książkę już opisywałem. Opis macie TU.
    Mitologia Arabów (Ryszard Piwiński) ? w latach osiemdziesiątych Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe wydały serię Mitologie Świata. Do dzisiaj w mojej opinii jest to najlepsza seria o mitologiach. Książeczki są z łatwością (i za grosze) dostępne na serwisach aukcyjnych i w antykwariatach.
    Mitologia Arabów Piwińskiego jest prawdopodobnie jedynym tego typu opracowaniem w Polsce. Ale bardzo dobrym. Po pierwsze ? opisuje praktycznie nieznane mity i bóstwa arabskie z okresu przedmuzułmańskiego. Oczywiście dosyć skąpo, bowiem Arabowie niezbyt pozwalają kopać u siebie, Bliski Wschód jest w zasadzie słabiutko zbadany przez archeologów a dużo rzeczy, które mają związek z politeistyczną religią Arabów jest niszczonych. No ale coś jednak się zachowało. Po drugie książeczka opisuje islamskie wyobrażenia o zaświatach, Piekle, Niebie itp. Z całą pewnością są to rzeczy ciekawe, zwłaszcza dla lepszego zrozumienia kultury i religii islamu.
    Mitologia Azteków (Maria Frankowska) ? aj, nie będę ukrywał, że w kwestii mitów czy ogólnie religii najbardziej interesuje mnie obszar Azji, Europy i trochę mniej Afryki. Ameryka i Australia zawsze traktowane były przeze mnie po macoszemu. Ot, tak wyszło, jakoś te rejony niezbyt mnie ciekawią, choć zdaje sobie sprawę, że są ludzie, którzy pasjonują się Aztekami, Inkami i innymi Olmekami. Dla nich to książeczka obowiązkowa. Dla mnie ? tylko dodatkowa. Co prawda w Polsce pojawiła się jeszcze książka Po sąsiedzku z Aztekami Jana Trzeciakowskiego, ale nie miałem okazji czytać, co wynika z mojego niewielkiego zainteresowania tematem.
    Mitologia Celtów (Jerzy Gąssowski) ? cóż, chociaż mitologia celtycka z punktu widzenia geograficznego ne jest zbyt odległa, mnie nigdy zbytnio nie fascynowała. Powiem więc krótko: książeczka podaje podstawową wiedzę w tym zakresie. Lektura dodatkowa, chyba że chcesz się bawić w studiowanie religioznawstwa jak ja albo jesteś fanem tego obszaru geograficznego (czytaj: fascynuje cię historia Wysp Brytyjskich), druidów lub chcesz poszerzyć wiedzę o Cesarstwie Rzymskim (bo Rzymianie i tu wtargnęli a obie kultury wywarły na siebie nawzajem duży wpływ) ? wtedy obowiązkowa.
    Mitologia chińska (Mieczysław J.Kunstler) ? z punktu widzenia religioznawstwa mitologia chińska jest bardzo istotna. To w Chinach skrzyżowały się ze sobą rodzime wierzenia chińskie, buddyzm, konfucjanizm i taoizm, a wszystko to w jakiś sposób było (mniej lub bardziej) pod wpływem i równocześnie wpływało na systemy religijne Iranu, kultur Południowo-Wschodniej Azji, Tybetu i Japonii.
    Mitologia chińska jest jednak niesamowicie zagmatwana i czasem można się pogubić w trakcie lektury. I nie jest to wina autora.książeczki. Tak czy owak ? jeśli interesują się mitologie świata ? warto się w tę pozycję zaopatrzyć.
    Mitologia Czarnej Afryki (Zofia Sokolewicz) ? dosyć pobieżne, podstawowe przedstawienie mitologii afrykańskiej. Nie znaczy że złe. A czemu pobieżne? Bo ze względu na ilość ludów i religii na kontynencie książeczka musiałaby mieć chyba grubość encyklopedii gdyby chcieć dokładnie opisać wszystko w tym temacie:) Jednak ogólnie polecam, ciekawa lektura.
    Mitologia hetyckiej Anatolii (Maciej Popko) ? mity hetyckiej Anatolii są w zasadzie nieznane. I to nie tylko w Polsce, a ogólnie. Cóż, w szkole serwuje się nam tylko mity Greków i Rzymian. A po mitologię Hetytów warto sięgnąć, zwłaszcza z punktu widzenia mito i religioznawcy. Jest to bowiem mitologia nie tylko ciekawa sama w sobie w sensie prezentowanych historii. Wpłynęła ona na wszystkie mitologie ówczesnego świata w mniejszym lub większym stopniu ? począwszy od mitów Mezopotamii, przez mity Greków, na wpływie (także bardzo silnym) na kulturę i religię żydowską, a co za tym idzie w pewnym sensie na chrześcijaństwo.
    Mitologia indyjska (Marta Jakimowicz-Shah, Andrzej Jakimowicz) ? najfajniejsza, moja ulubiona mitologia:) Nie wiem co napisać więcej:) Zaletą książeczki jest to, że nie jest napisana ciężkim językiem i czyta się ją naprawdę szybko, lekko i przyjemnie:) Warto też zwrócić uwagę, że autorzy oprócz standardowych mitów indyjskich, czyli z hinduizmu opisali też pokrótce rolę buddyzmu i dżinizmu w Indiach i najważniejsze mity z tymi religiami związane. Polecam! Wspaniała lektura.
    Mitologia Iranu (Maria Składankowa) ? rewelacyjne, dosyć spore objętościowo opracowanie mitologii Iranu, jednej z najważniejszych z punktu widzenia człowieka tzw. Zachodu mitologii. I to zarówno politeistycznej religii starożytnych Persów, jak i zreformowanej we współczesny monoteistyczny zoroastryzm przez proroka Zaratustrę. A trzeba wiedzieć że zoroastryzm, jedna z najstarszych i wg mnie najciekawszych religii świata (zarówno w wydaniu poli jak i monoteistycznym) wywierała silny wpływ (to działało w obie strony) na hinduizm, buddyzm, judaizm, chrześcijaństwo, islam, jazydyzm, a i pewnie na inne też. Absolutny tytuł obowiązkowy dla zainteresowanych religiami i mitami.
    Mitologia Japonii (Jolanta Tubielewicz) ? czyli ogólnie shinto:) Książeczka jest ok, czasem napisana trochę zbyt naukowym stylem, ale trudno. Może to tylko moje odczucia. I tak mito i religioznawca znać musi, a fani Japonii, których u nas w kraju nad Wisłą nie brakuje pewnie książeczki nie odpuszczą
    Mitologia Korei (Halina Ogarek ? Czoj) ? Halina Ogarek ? Czoj napisała parę świetnych książek o Korei i jeśli kogoś (bardzo) Daleki Wschód interesuje to tak czy siak po jej książki prędzej czy później sięgnie. Ja tylko tutaj napiszę że jest to świetne opracowanie mitologii koreańskiej (i w zasadzie rodzimych, wciąż żywych wierzeń Koreańczyków, przynajmniej części z nich). Warto przeczytać.
    Mitologia Słowian (Aleksander Gieysztor) ? ja rozumiem że mitologia Słowian jest dla nas, Polaków, bardzo ważna. Rozumiem, że Gieysztor to wybitny znawca tej tematyki. Ale na Peruna ? ta książka jest napisana tak cieżkim, naukowym językiem, że czyta się ją strasznie ciężko. Niby zawiera dużo ważnych informacji, ale podejrzewam, że jeśli ktoś nie jest fanatykiem "naszej" mitologii to może mieć problem z przebrnięciem.
    Mitologia starożytnego Egiptu (Jadwiga Lipińska, Marek Marciniak) ? zajefajna książeczka. Jedna z moich ulubionych z tej serii. Przedstawione najciekawsze mity, świetnie opracowane/opisane, przy jednoczesnej dokładnej analizie religii egipskiej. Miodzio:) Obowiązkowo do przeczytania!
    Mitologia starożytnej Grecji (Michał Pietrzykowski) ? ja wiem, że wszystkim się wydaje że znają mity greckie bo czytali Parandowskiego, ale jeśli ktoś oczekuje bardziej złożonego, wyczerpującego opracowania, niż książeczka dla gimnazjalistów, może sięgnąć po Pietrzykowskiego. Mozna też co prawda zastąpić to Kubiakiem czy Gravesem. Ale ja preferuję Pietrzykowskiego.
    Mitologia starożytnej Italii (Aleksander Krawczuk) ? w zasadzie mógłbym tu napisać to samo co w przypadku mitów greckich:) Dodam tylko, że Krawczuk to jeden z najwybitniejszych (najwybitniejszy?) polski znawca starożytnego (zwłaszcza) Rzymu. Ciekawa lektura.
    Potęga mitu (Joseph Campbell) ? opis macie TU.
    Ciąg dalszy nastąpi.
  24. Iselor
    Odnośnie wpisu o cRPG...Oto moja lista 10 najlepszych komputerowych cRPG ever. Kilka uwag jednak:
    1. Kocham cRPG we wszelkich odmianach, więc mniej więcej w połowie stawki jest też Diablo z dodatkiem. To mój hołd dla najlepszego moim zdaniem, najbardziej klimatycznego hack and slasha ever, który był pewnym przełomem w gatunku cRPG.
    2. Na miejscu dziesiątym: Świątynia Pierwotnego Zła. I chociaż uważam tę grę za tytuł wybitny, to jednak do dziś zastanawiam się czy nie powinien tutaj znaleźć się pierwszy Icewind Dale albo pierwszy Mass Effect.
    3. Pierwsze trzy tytuły może będą dla niektórych zaskoczeniem. Sam jednak czasem zastanawiam się czy by ich nie pozamieniać miejscami, ale to zbyt trudne zadanie by zdecydować, który z nich jest najlepszy. Wszystkie są doskonałe;)
    Zapraszam do komentowania. Niedługo wrzucę też na bloga recki większości gier z tego filmiku. Aha - wszystkie screeny (no, prawie wszystkie) pochodzą ze strony JRKa.
    A, takie coś już tu kiedyś było, ale na moim starym, usuniętym blogu. Podejrzewam jednak że nie wszyscy widzieli. I myślę że teraz też obejdzie się bez kłótni i flejmu;)

  25. Iselor
    O istocie cRPG
    Holy.Death zarzucił mi kiedyś, jakieś dwa lata temu - że narzucam swoją definicję cRPG innym, a ja potem spasowałem. Cóż, moim największym błędem było wtedy właśnie to, że spasowałem. Teraz czas na odpowiedź.
    Ale po kolei.
    Kiedy spytam się współczesnego gracza co jest najważniejsze w cRPG i co składa się w ogóle na cRPG odpowie on bardzo często: fabuła. Na taką odpowiedź mogę zrobić jedno: wielkie oczy. Oto bowiem gram w cRPG jakieś 20 lat i w zasadzie "obeznałem" większość z tego co wyszło w tym gatunku od roku tak mniej więcej 1994. Na ponad 120 gier w tym gatunku znalazłem dwie (cyfrą: 2) gry, o których moge powiedzieć: mają naprawdę dobrą fabułę. Tymi grami są Planescape: Torment oraz Neverwinter Nights 2: Maska Zdrajcy. Doskonale zdaję sobie sprawę że ktoś zaraz zakrzyknie i zacznie wymieniać np. Baldur's Gate czy coś innego, ale...No właśnie. Zdecydowana większość fabuł w cRPG opiera się na typowo schematycznym, wręcz zaczerpniętym z bajek, podań i mitów wzorze wyglądającym tak (przykłady): a) wielkie zło wyszło z jaskinil heros musi je powstrzymać (to się tyczy także Mass Effecta, bo pomimo konwencji sf, schemat fabularny jest ten sam) b) heros, niczym Gilgamesz, wyrusza na poszukiwanie magicznego zielska/magicznego miecza/czegoś magicznego w jakimś celu (zazwyczaj uratowania krainy od jakiegoś zła; patrz: Fallout, cykl Realms of Arkania, Neverwinter Nights) c) zły czarnoksiężnik Irenicus (odpowiednik Baby Jagi, Królowej Śniegu, Dartha Vadera i innych postaci kultury) porywa "księżniczkę" jaką jest Imoen (motyw porwania jest bardzo częsty w bajkach i mitach) a dzielny heros musi ją uwolnić. Rzadko kiedy mamy do czynienia z czymś innym. Jeśli porównamy więc fabułę, czyli wątek główny, w cRPG z przygodówkami lub wieloma grami action/adventure to wyjdzie straszna nędza. Problem w tym że graczom fabuła, czyli wątek główny, konieczny do ukończenia gry, myli się z tzw. "agency" (słówko zapożyczone od Nuriela z Poltergeista) oznaczające możliwości interakcji gracza ze światem, questy poboczne itp. Fallout ma świetne questy poboczne, fajnych NPCów, ale fabułę bardzo prostą. I taka mała uwaga przy tym: owe "agency" w komputerowym RPG sprawia, że porównywanie tych gier do RPG jest robione trochę na siłę. Dlaczego? Ponieważ gra cRPG ze względu na możliwości techniczne daje tylko jakiś wybór. Jeden spośród kilku, czasem żadnego wyboru. "Papierowe" RPG daje tych wyborów nawet nie tyle więcej, co nieskończoną ilość - co sobie gracz wymyśli. Mam tu na myśli np. sposób prowadzenia rozmów czy rozwiązywania questów. W tym względzie grom cRPG bliżej jest do gier paragrafowych, które dają właśnie jakąś liczbe wyborów. W dodatku fabuła jest czynnikiem raczej ocenialnym i subiektywnym, więc twierdzenie że rozbudowana fabuła jest znakiem cRPG jest bez sensu. FPS też może mieć rozbudowaną fabułę, ale nie jest od razu cRPG.
    W tym momencie można od razu przejść do mitycznego "odtwarzania roli". Jak już napisałem wyżej, trudno o nim mówić, skoro liczba wyborów jest ograniczona. Z drugiej zaś strony część graczy mylnie rozumie "odtwarzanie roli" jako prowadzenie rozmów" i "dokonywanie wyborów moralnych". W systemie fantasy, niech będzie D&D, a to na nim oparte są pierwsze cRPG (nawet jeśli nie w sensie mechaniki to w sensie typu rozgrywki), istnieje typ grania zwany "kopniakiem w drzwi" polegający głównie na eksterminacji wrogów i zbieraniu skarbów. I to od niego wziął się typ gier cRPG zwany "dungeon crawl", później zas na tym schemacie powstała gałąź cRPG zwana "hack and slash". To także jest odtwarzanie roli. Wojownika, maga, złoddzieja, barbarzyńcy. Prymitywne i proste, ale jednak. Nie potrzeba tutaj perswazji i dyplomacji u naszych postaci więc i wszelkie zarzuty, że gry typu Might and Magic czy Diablo nie mają dialogów w klasycznej formie i nie są przez to cRPG jest bezpodstawny ponieważ gry te spełniają wszelkie warunki bycia cRPG bez konieczności rozmów. I dlatego też potrzebne jest to, co nazywa się rozwojem postaci, zdobywaniem poziomów, tabelkami, słowem: mechaniką, systemem tworzenia i rozwoju postaci. Istnieje on tak w RPG jak i od samego początku w cRPG i stanowi jego główny element. Nie może istnieć cRPG bez mechaniki, czyli tabelek, ponieważ inaczej będziemy mieli do czynienia już z grą innego gatunku, np. Mass Effect zamieni się po prostu w strzelankę TPP z dialogami i wyborami fabularnymi.
    Osobiście uważam, że komputerowe RPG są najbardziej złożonym gatunkiem elektronicznej rozgrywki i nie można mówić po prostu o cRPG tak jak mówimy o FPSach. Strategie dzielą się na turowe, RTS, ekonomiczne (może coś tam jeszcze). Podobnie cRPG. To jest jak drzewo (pamiętacie takie drzewa ewolucyjne, dotyczące organizmów żywych? Ja tak sobie to wyobrażam w tym wypadku, a coś takiego widziałem też w przypadku ewolucji systemów religijnych). Od tego drzewa odrastają gałęzie: roguelike, dungeon crawler, hack and slash, storytelling RPG, sandbox RPG, itd. Wszystkie one posiadają wspólne cechy, na które składają się:
    mechanika, czyli system rozwoju i tworzenia postaci interakcja z NPCami czyli odgrywanie roli, to tzw. "agency" (walka, handel, rozmowy) quest główny plus questy poboczne inwentarz czyli ekwipunek (niby może go nie być, ale się z tym nie spotkałem) sterowanie od jednej do kilku postaci przy automatycznym założeniu że nie mamy do czynienia z systemem misji i typem prowadzenia rozgrywki a la strategie, ponieważ wtedy automatycznie dostaniemy miks gatunkowy Wszystkie tytuły nazywane przez czas historii cRPG są cRPG. Nie ma bowiem czegoś takiego jak czyste cRPG. Dam przykład na przykładzie religii jaką jest hinduizm. Nie ma czegoś takiego jak hinduizm sensu stricte. Hinduizm jest zbiorczą nazwą na określenie systemów religijnych występujących na terenie Indii opartych na świętych księgach zwanych Wedami. Jest więc siwaizm, wisznuizm, smartyzm, saktyzm (systemy bardziej henoteistyczne, czasem mono), czy ludowy hinduizm czerpiący bardziej z prastarej politeistycznej tradycji wedyzmu. Ale wszystkie one zawierają się w tym co człowiek zachodu nazywa "hinduizmem", religiami opartymi na wierze w reinkarnację, sansarę, jogę jako ćwiczenia fizyczno-duchowe, mantrę, system kastowy i co najważniejsze: na świętych księgach zwanych wedami itd. I ja podobnie widzę cRPG: jest to zbiorcze określenie na zespół typów gier, których protoplastami są klasyczne gry RPG (głównie D&D bo to na nim oparte są wszelkie dungeon crawlere, które ZDEFINIOWAŁY gatunek, zaś komputerowe cRPG rozpoczęły się od Wizardry i Ultimy, w dużej mierze czerpiące z D&D i niepotrzebujące dialogów i "wyborów moralnych"), oparte na mechanice (tworzeniu i rozwoju postaci służącemu bardziej lub mniej zaawansowanemu odgrywaniu roli), interakcji ze światem gry (rozmowy, choćby umowne i w szczątkowej formie; handel, walka), wypełnianiem zadań i korzystaniem ze zdobycznych przedmiotów z inwentarza. I w takiej definicji, którą uważam za logiczną i zrozumiałą, nie ma powodu by wyrzucać 3/4 gier z gatunku i gdzie mieszczą się wszystkie action-RPG, rogaliki, dungeon crawle, story-driven RPG, sandboxowe RPG a la Fallout 3 i TESy a nawet hack and slashe jak Diablo, I nie ma dzięki temu głupich kłótni w rodzaju czy Mass Effect jest story driven RPG czy action RPG i czy Divine Divinity jest hack and slashem czy action-RPG.
    To tyle. Dzięki za uwagę.
×
×
  • Utwórz nowe...