-
Zawartość
89 -
Rejestracja
-
Ostatnio
Posty napisane przez Tartaglia
-
-
No więc tak, troszkę zalatuje mi to, co chcę teraz zrobić, bardzo niegrzeczną promocją, ale jakoś trzeba, prawda
? No więc chciałbym zareklamować bloga literackiego, którego prowadzę od dzisiaj. Mam zamiar wrzucać na niego swoje teksty o dość... różnorakiej jakości, że tak powiem, a nie widzę lepszego miejsca, żeby się zareklamować niż ten temat, bo przewinęło się przez niego już dużo osób mających chęć oceniania czegoś
. Może i mi się poszczęści. Blog nazywa się Prozatorsko i jest niejako dodatkiem do mojego drugiego, bardziej serio bloga, ale to nie jest temat tego postu... Żeby nie robić bałaganu, wrzucę do posta poniżej część tego, co wrzuciłem na bloga. Krytyka mile widziana, zasilenie bloga komentarzami - także.?Drzwi? - część 1Pan Wyciąg prowadził bardzo stateczną, pozbawioną niespodzianek i ciekawych zwrotów akcji egzystencję. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje.
Życie pana Wyciąga od wielu lat toczyło się niezmiennym, prawie rytualnym rytmem, przerywanym tylko od czasu do czasu odwiedzinami nielicznych z jego przyjaciół, przynajmniej wedle mojej wiedzy. Pan Wyciąg zawsze wstawał o tej samej porze, kiedy niebo nad Jeziorem Topielców zaczynało powoli zmieniać barwę, zapowiadając przebudzenie słońca. Szacowny staruszek odmawiał wtedy krótką modlitwę do wszystkich Aspektów, po czym składał im ofiarę z jednej i pół szklanki wylanego mleka. Od święta patroszył też rytualnie którąś z biegających przed wieżą ? a wypada nam wiedzieć, że pan Wyciąg mieszka w stromej wieży na wysokiej skarpie, jak na porządnego alchemika i mędrca przystało ? kur, by przebłagać wszystkie żywioły w chwilach wyjątkowo nieciekawych. Potem udawał się do łaźni i poświęcał dwie klepsydry na oczyszczanie się.
Po prawdzie pan Wyciąg od zawsze bardzo to lubił, nawet kiedy był jeszcze małym chłopcem. Podczas gdy jego rówieśnicy bardzo chcieli pograć sobie w piłkę albo dostać jakieś nowe zwierzątko projektu konkurujących w tej kwestii lóż, on namiętnie pożądał książek, ciszy i czystości. Zawsze twierdziłem, że to właśnie dlatego rodzice posłali go precz do starego Moździerza. Wychudły, wątły chłopaczek na nic by im się zdał, a że żadnych zdolności wyjątkowych nie przejawiał? Potem pan Wyciąg wychodził z łaźni, wchodził na najwyższe piętro do swojej sypialni i ubierał się w ciemnozielony strój alchemika. Poprawiał starannie fryzurę, przeglądał się w lustrze. Nie wyglądał na swoje lata ? wysoki, szczupły mężczyzna o pociągłej twarzy, dużych oczach. Siwe, rzednące włosy, których front już wiele lat temu przegrupował się na tył głowy, odsłaniając łyse wzgórze czaszki, zaczesywał uważnie do tyłu, na bardzo starą modłę. Rzadko się uśmiechał, ale rzadko też miał do kogo. Po tych czynnościach schodził na dół i wzywał swoje homunkulusy. Trzy ludziki o krótkich nóżkach, małych łapkach i stanowczo zbyt wielkich głowach.
- Jaki mamy dzisiaj dzień? ? pytał swoje twory. Pytał zawsze, bo z biegiem lat coraz częściej zdarzało mu się zapominać.
- Piątek ? odpowiadał co piątek Dziennik, najstarszy z homunkulusów, który zawsze wiedział, jaki jest dzień. Malutki twór zaczynał się powoli rozpadać, choć rzecz jasna nie uskarżał się na ból, nie znał tego pojęcia. Kiedyś zasugerowałem panu Wyciągowi, żeby kupił trochę żywogliny i podreperował wiernego sługę, ale pan Wyciąg zawsze miał coś innego do roboty.
Potem pan Wyciąg wychodził do podpiętego pod szeroki taras trzeciego piętra swojej ukochanej wieży wiszącego ogrodu klasycznego wzorca Pięknosłowa. Przez osiem klepsydr spędzał tam czas, spoglądając na wschodzące słońce i pielęgnując drogocenne rośliny. Lubił swoje rośliny. Kiedy wyczytał z ukochanych książek wystarczająco dużo, zrozumiał, że mogą mu powiedzieć tak samo wiele jak gęsto zapisane stronice. Po ośmiu klepsydrach pan Wyciąg wracał do wieży, schodził na sam dół i przyrządzał sobie śniadanie. Zawsze jadał późno i niewiele. Nie był specjalnym miłośnikiem jedzenia. Najczęściej starczało mu kilka kromek chleba z masłem, dwa albo trzy kurze jajka, które przynosił mu Kogut, średni wiekiem homunkulus, jakieś otręby, trochę mięsa ? zależy, jakie było pod ręką ? szklanka mleka, albo dwie. Pan Wyciąg uwielbiał mleko, od kiedy przeczytał w słynnych traktatach Pastucha, że na mleku i jajach można przeżyć całe życie. To właściwie tłumaczy, czemu wylewał je na ofiarę Aspektom. Tak sobie myślę, że musiało go to sporo kosztować. Nie w sensie złota, bo pan Wyciąg był właściwie samowystarczalną jednostką. Poza tym złoto zawsze mógł sobie zrobić. Co w tym dziwnego? Każdy porządny alchemik, mając pod ręką ołów i miedź, potrafi uwarzyć sobie trochę złota. Wszyscy to wiedzą.
Pan Wyciąg zachodził do biblioteki tylko po śniadaniu.
- Umysł karmię po brzuchu ? mówił mi zawsze bardzo, bardzo powoli i bardzo, bardzo wyraźnie, jakby rozmawiał z dzieckiem. Takim tępawym dzieckiem, muszę podkreślić.
Starszawy alchemik czytał czas jakiś, oddając się tej prostej przyjemności aż do pory obiadowej, która nadchodziła w okolicach południa. Wtedy odkładał któryś z zakurzonym tomów i posyłał Biegacza, najmłodszego z żywoglinianych ludzików, żeby popędził do Starogrodu i złożył u Mola zamówienie na kilka pozycji. Biegacz zawsze zapamiętywał bezbłędnie i biegł do miasta, wracając z nadejściem nocy. Dzień pana Wyciąga zaczynał się więc po zenicie ? wtedy alchemik, uprzednio zjadłszy skromny posiłek, udawał się schodami do laboratorium, swego pełnego alembików, moździerzy, retort, pieców, odważników, wag, pojemników i traktatów alchemicznych królestwa. Tam pan Wyciąg znikał do wieczora. Kiedy słońce osiągało Wieczornik, najwyższy szczyt odległych Wyżników, alchemik zmykał laboratorium i wracał do biblioteki, gdzie w ciągu klepsydry sporządzał drobiazgowe notatki na temat swoich aktualnych badań. Potem wpuszczał do środka Biegacza, który czasem przynosił mu jakieś książki, a czasem tylko plotki z miasta, po czym aktywował rozmieszczone wokół wieży menhiry ochronne, które zamontował mu Oczopląs. Kiedy było już ciemno, przez klepsydrę wpatrywał się w gwiazdy. Potem pan Wyciąg znów spędzał dwie klepsydry w łaźni, narzucał na siebie szatę nocną i szedł spać. Rzadko miewał sny, a jeśli już, to nie przywiązywał do nich większej wagi. Stanowczo nie był, mimo wszystko, typem zabobonnego parobka.
Tak toczyło się spokojne życie pana Wyciąga aż do pewnego konkretnego dnia. Wstał wcześniej niż zwykle, co już samo w sobie było ewenementem i wpędziło w panikę jego homunkulusy. Po prawdzie już z założenia nie był to zwykły dzień.
- Dziś jest poniedziałek, drugi dzień miesiąca spadających liści w porze Miedzi ? oznajmił Dziennikowi z uśmiechem na poważnej twarzy, po czym udał się do łaźni. Cokolwiek by się nie działo, poświęcał na oczyszczenie całe dwie klepsydry. Następnie udał się do kuchni.
- Pan Oczopląs odwiedzi nas o zenicie ? poinformował wolno i wyraźnie Dziennika, Koguta i Biegacza, którzy z poważnymi minami pokiwali za dużymi głowami. ? Macie przygotować wieżę na przybycie gościa, ja tymczasem udam się do laboratorium i popracuję.
Kiedy pan Wyciąg wszedł do laboratorium, właśnie zapiał kur. Alchemik rozejrzał się po swoim dominium, najbardziej okiełznanym przez niego kawałku wszechświata, po czym podszedł do szafy. Otworzył ją i zaczął przebierać w próbkach. Nagle zamarł. Zmarszczył proste brwi. Zamknął jęczące ze starości drzwiczki. Podszedł do potężnego, półokrągłego biurka.
- Co to ma być? ? zapytał sam siebie z lekkim, źle skrywanym podenerwowaniem.
Pan Wyciąg dopiero teraz zauważył, że w jego laboratorium pojawiły się Drzwi.
***Starszy alchemik usiadł ciężko w głębokim fotelu. Po chwili złożył rozedrgane dłonie w mostek, na którym oparł podbródek. Trzy homunkulusy wpatrywały się w niego wielkimi oczami.
- Kiedy wielokrotnie powtarzałem, że bez mojego wyraźnego pozwolenia nie wolno nikomu, nikomu, choćby to był sam Skała XIV, wchodzić do laboratorium, to mówiłem to nie bez przyczyny.
Nie dało się nijak poznać po stworkach, że go choćby usłyszały. Pośledniejszych ludzi mogłaby irytować nawet ta niewątpliwie ciekawa cecha homunkulusów, beznamiętność i całkowity, nieludzki spokój. Pan Wyciąg, o czym chyba jeszcze nie miałem okazji wspomnieć, nie należał do grona ludzi poślednich. Takie zachowanie jego tworów całkowicie mu odpowiadało. Człowiek, który potrafił być samotny, w rzeczy samej.
- Kiedy to mówiłem, miałem też na myśli was. Mówię o was, bo nie widzę tu nikogo innego, więc raczej mówię o was, prawda?
- Prawda ? odpowiedział mu zgodny chór trzech głosów.
- Którego więc słowa nie zrozumieliście spośród całkiem niewielu, jakie wypowiedziałem, wydając ten rozkaz? Kto was nauczył ciekawości ? dodał już bardziej do siebie, nieco zaniepokojony, że ktoś mógł majstrować przy jego tworach. Oczywiście, nie usłyszał odpowiedzi.
- Może to naprawdę nie one? ? mruknąłem wtedy lekko zmieszany. Po prawdzie, jak się na alchemii nie znałem wcale, tak teraz nadal się nie znam, Aspekty mi świadkami, dlatego trochę głupio mi było zabierać głos w takich sprawach. Mimo to czułem się w obowiązku stanąć w obronie tych trzech istot, których naprawdę nie podejrzewałem o zabawy w laboratorium alchemicznym. A już zwłaszcza o sprowadzenie do niego Drzwi. Pan Wyciąg rzucił mi znużone spojrzenie.
- Nikt nie może dostać się do domu bez mojego wyraźnego zezwolenia, a już na pewno nie w nocy. Skąd więc one się tam, na miłość żywiołów, wzięły?
Wzruszyłem ramionami i odwróciłem wzrok, by wpatrywać się w piękną panoramę rozciągającą się za oknem. Płomienie wesoło tańczyły w kominku, choć był przecież środek lata. Pan Wyciąg w chwilowym ataku paniki wyłączył wszystkie magiczne systemy wspomagające i upraszczające mu życie, pewnie stąd zrobiło mu się nagle zimno. Nawet średnio rozgarnięty wieśniak wie przecież, że zabawa strukturą świata w pobliżu Drzwi jest? niezbyt rozsądna, łagodnie to ujmując.
- Czy posłałeś wiadomość do pana Oczopląsa? ? zapytał po długim milczeniu alchemik, a Biegacz skinął tylko głową. Chyba nawet homunkulusowi niezręcznie było za dużo się odzywać. ? Zastanawiam się nad powiadomieniem ambasady ? rzucił pan Wyciąg w moim kierunku.
- Niezbyt dobry pomysł, jeśli mam być szczery ? odparłem z głębi serca. Ambasadorom nie należy zawierzać niczego, nieważne kogo aktualnie reprezentują. Czy są to żywoskalni, czy ogniotknięci, czy jacyś inni, żadnym ufać nie można. Zwłaszcza że Skała XIV słynął z wrogości wobec alchemików. Przynajmniej takie mnie wtedy dobiegały słuchy.
- Kończą mi się pomysły ? powiedział z nutą rozgoryczenia pan Wyciąg i zapadł się głębiej w fotelu.
Nie chciałem głupio pytać, czy zbadał Drzwi dokładnie, bo wiedziałem, że to zrobił. Problem z Drzwiami jest jak zawsze taki, że wyskakują nie wiadomo skąd w bardzo nieodpowiednich chwilach, no i nikt jeszcze ? nawet Pięknosłów w swoich najlepszych latach ? nie wymyślił skutecznej metody walki z nimi. Może dałoby się rozrysować jakieś zaklęcie, wymyślić skuteczną broń? Gdyby tylko Drzwi tak skutecznie nie opierały się schematom! Nie ma i nigdy nie było dwóch takich samych Drzwi. Jedne bywały gigantycznymi wrotami z czarnej materii, inne ? żelazną klapką nie większą od talerza. Wszystkie jednak wyrywały z tej naszej rzeczywistości trochę miejsca, zastępując je? sobą właśnie. Różne też historie słyszałem i czytałem, a czytam sporo z racji profesji, na temat durniów, którzy próbowali otwierać Drzwi. Pewien mag imieniem Krostostóp, jeśli mnie pamięć nie myli, otworzył swoje. Cały półwysep poszedł pod wodę, skąd wynurzył się sto lat później porośnięty drzewami rodzącymi czekoladę. Prawdziwą, jak orzekli badający sprawę alchemicy. Inny czarodziej, Gruboskórny, z obawy przed swoimi Drzwiami uciekł z obrębu znanego świata. Jego Drzwi stały chyba jak stoją, głęboko pod ruinami zapadłego ze starości zamku Gruboskórnego. Czasem jacyś głupcy, awanturnicy i inni poszukiwacze kłopotów próbowali zapuszczać się do tych smętnych ruin, ambasady jednak wyłapywały wszystkich. Czekolada z drzew Czekoladowej Ziemi była może i smaczna, ale nikt nie chciał powtórki.
Wiedziałem dobrze, że pan Wyciąg jest mądrzejszy. Opowiadał mi zresztą o tym, co zrobił z Drzwiami. Najpierw je zmierzył. Wysokie na nieco ponad półtora metra, szerokie na metr, z boku ? oczywiście płaskie. Białe jak mleko, wykrojone z jednego kawałka dziwnego, miękkiego metalu ? Aspekty, nie mogłem uwierzyć, że alchemik w ogóle odważył się dotknąć Drzwi! ? o metalowej, zimnej, podłużnej klamce. Unosiły się w powietrzu na kilkanaście centymetrów, oczywiście nie drgały. O lewitacji w wypadku Drzwi mowy być nie może. Po prostu są, wisząc sobie albo stojąc na ziemi, całkowicie bez ruchu.
Jeśli chodzi o żywioły, żaden Aspekt nie raczył nigdy zająć w ich kwestii wyraźnego stanowiska. Symptomatyczne, zmiarkujcie sobie.
- Panie Wyciąg, ktoś zbliża się do wieży ? powiedział nagle Biegacz. Alchemik nie dał po sobie poznać, że cokolwiek usłyszał.
- Powiedz, proszę, panu Oczopląsowi, żeby przyszedł od razu tutaj. Bez popisów, proszę.
Homunkulus odwrócił się na pięcie i ruszył, machając krótkimi nóżkami prawie w powietrzu. Daleko na dole rozległy się przytłumione przez grube ściany głosy, coś trzasnęło głośno. Dało się wyczuć lekki swąd prochu iluzjonistycznego, co było widomym znakiem, że pan Oczopląs nadchodzi. Po chwili sam iluzjonista wyłonił się z klatki schodowej, prowadzony przez beznamiętnego jak zwykle Biegacza.
- Czołem! ? huknął potężnym jak na swoją posturę głosem.
- Chyba brzuchem ? rzucił pan Wyciąg z kamienną twarzą. ? Tyjesz.
Oczopląs wyszczerzył potężne, białe uzębienie, nieprzystające do wychudłej, zapadniętej twarzy o wyłupiastych oczach. Zgrabnym ruchem zdjął kanarkowy płaszcz i rzucił go bezbłędnie w prawo, nawet nie patrząc, czy trafia na wysoki wieszak, który pod ciężarem odzienia iluzjonisty zachwiał się lekko, ale ustał. Miał na sobie pomarańcze, czerwienie i żółcie, jak zawsze zresztą. Mało pasujące do rzadkich, czarnych jak noc włosów, ale taki to już wizerunek pan Oczopląs lubił utrzymywać. Zawsze chełpił się, że jego matka była ogniotkniętą, podobno nawet jedną z konkubin samego Żarnego. Mimo że syn nie odziedziczył po matce ni krzty talentu magicznego, o łasce Aspektu nawet nie wspominając, chwalił się tym każdemu. Mnie przynajmniej z pięć razy. Jak już o tym mowa, nie spostrzegłem, żeby jakoś specjalnie utył. Pan Wyciąg zawsze głupio sobie żartuje, gdy jest zdenerwowany.
- Cóż tam w szerokim świecie słychać, panie Oczopląs? ? zapytałem kurtuazyjnie, powoli mieszając herbatę. Iluzjonista rzucił mi krótkie spojrzenie, uśmiechnął się. Czasem zachodził do mojej księgarenki powymieniać się plotami, które zbierał skrzętnie po gościńcach, gdzie dawał kiepskie występy. Dużo kiepskich występów.
- To, co zawsze. Ogniki tną się z kamyczkami, wietrzni z wodnikami, Aspekty mają ubaw po pachy, biedni alchemicy cierpią straszne katusze, bo nowe ustawy tego spróchniałego Skały ciągną z ich mieszków, że już nie wspominę o kolejnej wojnie lóż. Kiedyś napiszę o tych nabzdyczonych paniczykach kilka epopei, zobaczysz, będzie zabawnie? Co ja mówię, ależ, oczywiście, nasz drogi pan Wyciąg nie ma takich problemów. Dobrze się mieszka na odludziu, co?
- Dobrze jak dobrze ? powiedział alchemik i wstał. Małymi kroczkami podszedł do kominka, skąd zdjął czajnik z zawsze chłodnej w dotyku stali własnej receptury. Kiedy otworzył szafkę w poszukiwaniu kubka, Oczopląs bez pardonu uwalił się na jego fotelu.
- Sio mi stąd ? rzucił, nawet nie odwracając wzroku, a trzy homunkulusy skłoniły się krótko i uciekły. ? Gdzie jest wino i kobiety, tudzież winne kobiety, mój przyjacielu? Czemu nigdy nie czekają na mnie, choć zawsze zapowiadam się z odpowiednim wyprzedzeniem? ? zapytał rozbawiony iluzjonista.
Uśmiech szybko jednak zniknął z jego twarzy, gdy nie usłyszał standardowej odpowiedzi pana Wyciąga.
- Wydaje mi się, czy jakiś spięty jesteś? ? zapytał lekkim tonem. Wzruszyłem lekko ramionami, gdy rzucił mi pytające spojrzenie.
- Też byłbyś spięty, jakby ci Drzwi wyskoczyły w namiocie, czy gdzie tam pomieszkujesz.
Iluzjonista zamarł z ręką w powietrzu. Karty, które tasował w powietrzu lekkimi ruchami palców, spadły na ziemię. Odwrócił się z uniesionymi brwiami. Pan Wyciąg w tym czasie nalał mu już herbaty, dosypał cynamonu zgodnie ze swoim zwyczajem, po czym podał mu kubek.
- Masz Drzwi w wieży? ? zapytał głupio Oczopląs.
- Dziś nad ranem pojawiły się w laboratorium ? pan Wyciąg był zdecydowanie znużony wypadkami tego dnia, mimo że w gruncie rzeczy, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się później, jeszcze niewiele się stało. Jeśli oczywiście można uznać Drzwi za coś niewielkiego?
- Powiadomiłeś ambasadę? ? Oczopląs szybko opanował się i pociągnął długi łyk potwornie gorącej herbaty. Pamiętam, że wtedy obdarzyłem swoją, mieszaną już od dłuższego czasu, przeciągłym spojrzeniem pełnym wątpliwości.
- Jeszcze nie. Nie wiem, czy w ogóle to zrobię. Nie chcę tych ich twardych paluchów obmacujących całą wieżę.
- Możesz nie mieć wyboru ? powiedział iluzjonista. Długim, hałaśliwym siorbnięciem wessał resztę ukropu, po czym rzucił kubkiem prosto do zlewu. Nieco zmieszany napiłem się także, po czym mlasnąłem, czując lekkie, choć bardzo nieprzyjemne, ciepło napoju. ? Skasowałeś całą instalację? ? zapytał, wpatrując się w wyblakły kryształ zawieszony pod sufitem.
- Nie dezaktywowałem menhirów, co prawda, ale ogólnie to tak?
- Wyłącz je natychmiast ? powiedział Oczopląs. Zerknął na rozsypane na podłodze karty i pstryknięciem nakazał im wrócić do jednej ze swych przepastnych kieszeni. ? Magia lubi wariować w pobliżu choćby małych Drzwiczek?
- Te nie są małe ? przerwał mu łagodnie pan Wyciąg. ? Jakiś metr i pół na metr, oczywiście bez grubości, unoszą się w powietrzu.
Oczopląs gwizdnął, po czym poderwał się i otrzepał pomarańczowy kubrak.
- Spore Drzwi tam chowasz. Przy takim rozmiarze za kilka chwil wypatrywacze w ambasadzie zauważą rozedrganą sieć, po czym zwali ci się na głowę cała ta nasza, z łaski Aspektów rzecz jasna, ukochana administracja miejska ze swoimi gwardzistami, lupami, żywokrystami, ambasadorami i głupimi pytaniami?
- Strasznie gadatliwy się zrobiłeś ? powiedział rozgoryczony alchemik i stanowczym gestem wylał do zlewu szklankę wody. ? Nadal zastanawiam się tylko? W gruncie rzeczy, chodź, sam zobaczysz.
Skinął krótko na Oczopląsa, po czym wyszedł i zaczął wspinać się na strome schody do laboratorium. Iluzjonista podążył za nim. Ja, siłą rzeczy, również, choć muszę przyznać, że nie uśmiechało mi się ponowne oglądanie Drzwi. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, po czym pan Wyciąg z mocno zaciśniętymi wargami wpuścił nas do swego królestwa. Uderzyła nas ściana najrozmaitszych zapachów. Zakręciło mi się w głowie, pan Oczopląs kichnął potężnie.
- Tam są ? wskazał alchemik całkiem niepotrzebnie, wcześniej bowiem poprzesuwał wszystkie stoły i stanowiska pod ściany, na samym środku laboratorium pozostawiając niepokojąco białe, czyste Drzwi. Oczopląs bez wahania wszedł do środka i efektownym skokiem przesadził biurko. Podszedł do Drzwi.
- Wszystkie Aspekty jednoczcie się, nie dotykaj ich tylko ? rzucił bardzo zmęczonym głosem alchemik, patrząc, jak iluzjonista wali pięścią w gładką taflę białego materiału. Żołądek podszedł mi do gardła. Przez chwilę zastanawiałem się, czy może nie powiedzieć czegoś Oczopląsowi. Sama bliskość fenomenu potrafiła być niebezpieczna, o kontakcie cielesnym nie wspominając.
- Wyglądają na zamknięte ? powiedział Oczopląs, gdy po chwili przestał bębnić w mlecznobiałą powierzchnię i odsunął się na kilka kroków. Pan Wyciąg wszedł do laboratorium, powoli zamykając za nami drzwi.
- Dobrze wiedzieć, że właśnie odkryłeś księżyce ? stwierdził alchemik i usiadł na rzeźbionym, wytartym krześle za swoim ulubionym biurkiem. Odruchowo chwycił w dłoń grafitowy rysik, przerzucając go zgrabnie między długimi palcami. ? Skoro już mamy za sobą oczywistości, może uradzimy coś, żeby się ich pozbyć? Przeszkadzają mi w pracy, może zauważyłeś?
- Pozbyć się ich? ? zapytał wyraźnie zszokowany Oczopląs, nie odwracając się od Drzwi. ? Wiesz, że żadne nie pojawiły się w okręgu od dobrych piętnastu lat, gdy ten biedny głuptak Łapiduch otworzył swoje? Pięknie wtedy padało krowami, muszę przyznać, aż się łezka w oku kręci, a i Łapiducha nikt już nie widział? Tak czy inaczej, po co mamy je usuwać, gdy możemy je wykorzystać?
- O czym ty mówisz? ? odparował mu pan Wyciąg, też wyraźnie zszokowany.
- No wiesz, możemy zacząć, na przykład, sprzedawać wejściówki? Tylko czarodziejom, rzecz jasna. Piorunowcy z tej swojej śmiesznej loży zawsze chcieli pobawić się jakimiś Drzwiami z dala od nadzoru Skały?
- Ta pstrokacizna ci się chyba na mózg rzuciła ? prawie warknął swoim wyraźnym, głębokim głosem alchemik. ? Ktoś cię ostatnio na trakcie nie uderzył aby w głowę czymś ciężkim? Drzwi to nie zabawka, jak któraś z tych twoich latających kart albo znikających królików. Drzwi to problem, którego jak najszybciej musimy się pozbyć. Musimy je usunąć. Przestawić. Zrobić z nimi cokolwiek, tylko ich nie otwierać, ani nie pozwolić wtykać w nie paluchów jakimś magom.
- Histeryzujesz ? Oczopląs machnął na niego wbitą w karminową rękawiczkę dłonią. ? Już ci mówiłem. Nie minie wiele czasu, jak kamyki zapukają do twych drzwi. Kto zresztą wie, czy będą pierwsi. Ogniotknięci zawsze lubili mieszać się do czyichś spraw, o wietrznych nie wspominając? Zaraz pół Kraju zwali ci się na łeb, co wtedy z nimi zrobisz? Bo prędzej z nimi niż z Drzwiami. Z tego co słyszałem, ostatnio ktoś pozbył się ich?
- Nigdy ? rzuciłem w przerwie między jednym a drugim łykiem stygnącej herbaty. ? Nawet Pięknosłów nie dał żadnym rady, choć próbował wszystkiego.
- Czyli od nigdy ? dopiero teraz iluzjonista odwrócił się. Lekkim skinieniem ręki przyciągnął do siebie najbliższe krzesło, podstawił je pod biurko i usiadł. Po chwili założył nogę na nogę, znów wbił wzrok w Drzwi. Gładkie, białe, milczące, budziły dziwny niepokój. Teraz tak sobie myślę, choć to na pewno efekt wydarzeń późniejszych, że co jakiś czas słyszałem zza nich lekki szmer.
Pan Wyciąg obracał rysikiem coraz szybciej, nawet na niego nie patrząc. Kamienną, niewyrażającą niczego, arystokratyczną twarz odwrócił w stronę unoszących się w powietrzu jego laboratorium Drzwi. Naprawdę bardzo rzadko musiał zmagać się z czymś, czego w ogóle nie rozumiał. Grafit pękł z głośnym trzaskiem w nagle zaciśniętych palcach alchemika, gdy w absolutnej ciszy ktoś zabębnił w drzwi laboratorium. Pan Oczopląs aż podskoczył. Muszę sobie oddać, że zachowałem całkowity spokój.
- Wejść ? powiedział nieco zbyt flegmatycznie pan Wyciąg. Stare odrzwia jęknęły cicho, a do środka swój za duży łeb wsadził Biegacz.
- Panie Wyciąg, ktoś do pana ? oznajmił beznamiętnie, po czym uciekł prędko, nie zamykając za sobą laboratorium. Oczopląs uniósł brwi.
- Tak szybko? ? zapytał mnie z nieudawanym zdziwieniem, gdy pan Wyciąg, szepcząc coś pod nosem, wstał raptownie i prawie wybiegł z pomieszczenia. Zbiegł prędko po schodach na sam dół, wymijając czatujące w przedsionku homunkulusy. Ufając w moc magicznych instalacji, którymi z pomocą kolegów oplótł wieżę, Oczopląs nie raczył zamontować w drzwiach wizjera ani kryształu podglądającego. Przeklinał się za to teraz w myślach, nigdy bowiem żadne plugastwo nie wymknęło się zza jego idealnie prostych zębów. Pan Wyciąg to przecież człowiek wykształcony i kulturalny.
- Słucham? ? zapytał z teatralnym spokojem, podchodząc do potężnych wrót wieży. Pomyślał przelotnie, że niełatwo by je było wyłamać, mimo kompletnego zawieszenia magicznej ochrony.
- Kto tam? ? powtórzył pytanie, gdy nie usłyszał odpowiedzi. Zniecierpliwiony rzucił krótkie spojrzenie obserwującym go stworkom, po czym podszedł do drzwi i odblokował staroświeckie zasuwy. Być może byłby ostrożniejszy, gdyby nie to, że służba ambasady nie słynęła z uprzejmości, a teraz miał wszelkie powody, by to właśnie jej spodziewać się po drugiej stronie. Przynajmniej tak mi się potem pan Wyciąg tłumaczył, a dlaczego nie miałbym mu wierzyć?
- Dobry panie Wyciąg, dobry i słoneczny!
Przez szeroko otwarte wrota przelazł potężny mąż o łysej jak kolano głowie i pooranej głębokimi bruzdami twarzy. Odsunął się nieco, przepuszczając o połowę mniejszego towarzysza, nieco tylko niższego od wysokiego alchemika, obdarzonego prawdziwą gęstwiną kasztanowych włosów. Obaj mieli na sobie brązowo-niebieskie stroje z charakterystycznymi czarnymi podwiązkami na prawym ramieniu.
- Żelaźniarz ? przywitał się z mniejszym z przybyszów pan Wyciąg, zachowując beznamiętną twarz. Gość o szczurzym obliczu zaprezentował idealne uzębienie. Tchnęło od niego imbirem, co zresztą stanowiło jeden z elementów jego starannie budowanej reputacji. Czytałem o tym kiedyś w jakimś wierszu na temat słynnego Żelaźniarza, jakich wiele krążyło i nadal krąży po Kraju.
- W swojej skromnej osobie ? potwierdził najemnik i skinął głową.
- Silniarz ? powiedział wyższy przybysz, zamykając za sobą drzwi. Uśmiechnął się wyjątkowo ciepło. ? Przepraszamy za najście, panie Wyciąg.
- Tak, właśnie, przepraszamy. Żelaźniarz i Silniarz z Czarnej Podwiązki ? pochwalił się niższy z gości, jednym z niewielu palców wskazując symbol ich gildii. Alchemik westchnął.
- Wiem ? poinformował gości. Silniarz z uprzejmym uśmiechem zdjął potężne rękawice i rzucił je Dziennikowi, który złapał je w locie i odłożył na półkę. ? Wiem też chyba, co was tu sprowadza, panowie?
- Nasze ptaszki ćwierkają, panie Wyciąg, że podobno ma pan tu Drzwi ? bardzo szeroki uśmiech nie schodził z twarzy Żelaźniarza. ? Możemy je zobaczyć? Mam nadzieję, że jesteśmy pierwsi? Wieści szybko się rozchodzą.
-
@DoxtraduS
Jeden z moich ulubionych fragmentów całego dzieła, proszę bardzo
. Święty Michał wjeżdżający z buta do piekielnego grodu.Z oczu mi dłonie zdjął. "Teraz moc wzroku -Rzekł - wytęż, gdzie mgła po fali się wije
Gryząca, zgęsła w oparów natoku".
Jak przed zjawieniem jadowitej żmije
Stado żab w wodzie nagle się rozprószy
I do dna tonie, i tam w grunt się ryje,
Tak więc tysiączne, skazane katuszy,
Zbiegły przed Jednym przerażone duchy,
Który po Styksie stąpał jak po suszy.
Z twarzy odganiał przygęsłe zaduchy
Wionąc lewicą, ale zdał się zgoła
Nieutrudzony, jeno tymi ruchy.
Więc niebieskiego w nim zgadłem anioła;
Spojrzę na Mistrza, a on znak mi dawał,
Abym stał cicho i pochylił czoła.
O, jakżem pełnym wzgardy go poznawał...
Podszedł do bramy i dotknięciem wici
Otworzył; niky mu przeszkodą nie stawał.
"Niebios wyrzutki, sromotą okryci -
Rzekł przestępując próg okropnej parni -
Czym się ta krnąbrność w sercach waszych syci?!
Przecz owej Woli stawacie niekarni,
Której zamiarów żaden nie umorzy,
A tylko własnej powiększa męczarni?
Przecz się buntować konieczności bożej?
Próbował Cerber: ku wiecznej przestrodze
Kark ma i gardziel zdarte do obroży".
Rzekł i powracał po błotnistej drodze,
Na nas nie patrząc zgoła, z miną człeka,
Którego wcale inna troska głodze
Niźli o tego, co jej chciwie czeka;
A myśmy weszli skróś czarnego wzwodu,
Czując, że można nad nami opieka.
Już nam gwałt niczyj nie wzbraniał przechodu,
A ja, com ciekaw był przekroczyć progi
I poznać wreszcie treść krwawego grodu
Boska Komedia, Pieśń IX 73-108. Możesz uciąć pierwsze dwie albo ostatnie dwie zwrotki, zależnie od potrzeby własnej
. Wydaje mi się, że tak czy tak stanowi to zgrabną całość. Jeśli potrzebujesz przypisów, daj znać. -
Szukam książki w której głównym bohaterem byłby demon/diabeł lub ktoś w tym stylu.Polecam czyste klasyki:
- Paradise Lost John Milton - absolutna europejska klasyka literatury, która w znaczący sposób zdeterminowała literackie postrzeganie diabła na... cóż, na zawsze

- Faust Johann W. von Goethe - kolejna klasyka na skalę światową, w której szatan odgrywa bardzo znaczącą rolę
- Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakow - znowu klasyka, choć tym razem nieco nowsza, szatan-Woland pełni w niej rolę centralną
Być może zdziwią Cię moje propozycje, ale w większości przypadków jest tak, że klasyka jest prawdziwym panaceum na wszelkie literackie poszukiwania
. Przy okazji, Paradise Lost jest przykładem naprawdę pięknej angielszczyzny, jeśli chciałbyś pobawić się w czytanie w oryginale.Ja za to szukam jakiejś dobrej polskiej literatury współczesnej - współczesnej sensu stricto, czyli tej z nowego pokolenia autorów. W tego rodzaju prozie polskiej jestem do tyłu o lata świetlne i bardzo chciałbym jakoś porządnie wejść w temat
. -
@Tzar
Cóż, zdziwiłbyś się zapewne jeszcze bardziej, gdybyś te same regały zobaczył z miesiąc temu... Obok Welinu zalegały wtedy jakieś Eragony, a Dukaja dekorowała swoimi majstersztykami T. Canavan
.Dzięki, teraz już linki powinny działać.
-
Oto moja, skromna kolekcja
. Zdjęcia powychodziły beznadziejnie, ale widać co na nich jest, to najważniejsze.Półka na dzieła nieco poważniejsze
Fantastyka 1 - 2 - Cook, Bekker, Lovecraft etc.
Fantastyka 1 - 3 - Herbert, Dick
Fantastyka 1 - 4 - Simmons, Card, Wolfe, Lem, Asimov etc.
Fantastyka 1 - 5 - Dukaj, Sapkowski
Fantastyka 1 - 6 - Piekara etc.
Fantastyka 2 - 1 - Tolkien, Lewis
Fantastyka 2 - 3 - Gavriel Kay, Sanderson etc.
Fantastyka 2 - 4 - Bacigalupi, Gaiman, MacLeod etc.
Fantastyka 2 - 5 - Wegner, Brzezińska, Grzędowicz etc.
Fantastyka 2 - 6 - McCarthy ("It's not his place...") etc.
Poważne 2 - Trochę historii najnowszej i politologii
Poważne 3 - Historia powszechna
Poważne 4 - Historia powszechna z dominacją Rzymu
Poważne 5 - Filozofia i teologia
Poważne 6 - Święte wojny przeważnie
Poważne 7 - Tołstoj i Boska komedia
Poważne 9 - Tołstoj, Mistrz i Małgorzata, Paradise Lost i Around the World in Eighty Days
-
1
-
-
Ponowna instalacja gry ze wszystkimi jej elementami oznaczonymi jako zgodnymi z Windows XP, o dziwo, pomogła
. Dzięki za próby. -
Niestety, nie pomógł w tym przypadku. Menu nadal nie chodzi i jest zamrożone.
-
Żadne fixy nie pomogły, tego akurat nie instalowałem, ale jak widzę jest do drugiej części, nie pierwszej. Dokładnie mam 64-bitowego Windows 7.
-
Mam problem z jedną grą... Poniżej wycinek trzech moich postów z innego forum, naświetlających sytuację.
Witajcie! Mam następujący problem z grą. Udało mi się ją na Win 7 64-bit zainstalować, udało mi się ją nawet odpalić... ale menu startowe, to, w którym po lewej stronie stoi Malak, jest zamrożone. Domyślnie wybrana jest opcja Nowej gry, nie mogę kursorem zaznaczyć żadnej innej (choć mogę nim poruszać), nie mogę zmienić jej strzałkami ani WSAD'em, nawet ENTER na Nową grę nie działa. Menu jest zamrożone i pomaga tylko zamknięcie procesu. Powtarza się to na każdej rozdzielczości.Poza tym, próba pominięcia filmików startowych gdy już się zaczną skutkuje wrzuceniem gry do paska i brakiem reakcji. Znów, pomaga tylko usunięcie procesu...
Od początku próbuję grać w trybie zgodności, nie pomaga. Gra była już kilka razy reinstalowana, nie sądzę, by akurat teraz pomogło...Być może to ma znaczenie. Pod koniec instalacji instalator prosi o czwarty dysk CD. Zawsze. Nie ważne co zrobię, czy włożę tam dysk czwarty, czy jakikolwiek inny, czy przekieruje do katalogu ze skopiowaną zawartością płytki, czy zainstaluję obraz dysku - ciągle prosi o dysk czwarty. Wujek Google powiedział mi, że jeśli w tym momencie wyłączę proces to gra i tak chodzić będzie, inne osoby, z tego co wiem, nie oświadczają po tym "zamrożonego" menu.
Gra się zainstalowała poprawnie w całości, komputer uparcie prosi o dysk czwarty już PO instalacji. Tak jakby potrzebował go do uruchomienia gry.Czy ktoś zna może odpowiedź na ten problem? Nie ukrywam, że bardzo mnie to irytuje, KotOR to jedna z moich ulubionych gier, a wygląda na to, że sobie w nią nie zagram... No bo skoro Planescape: Torment chodzi bez żadnych problemów, to czemu nie KotOR?


Sens życia
w Poglądy
Napisano · Raportuj odpowiedź
@Glovis
Na tym zdaniu z Twojego posta kończy się niniejszym Twój skromny wkład do tematu, za co wszyscy jesteśmy wdzięczni, a rozpoczyna się kompletnie jałowy, bezsensowny i szczeniacki wygrzew na religię. Zdziwiony moimi słowami? Wybacz, ale to, że starasz się sobie dorobić (cytując Gombrowicza) gębę oświeconego i nieskrępowanego, ergo idącego do przodu, nie zmienia prostego faktu, o którym pisałem wyżej.
Ta wypowiedź wynika ze zwyczajnej niewiedzy, która spowodowana jest ignorancją albo niedouczeniem, albo jest celową manipulacją. Nie podejżewam Cię o to drugie, więc zarzucam Ci brak wiedzy. Czytaj - piszę, że się mylisz. Znakomita większość religii daje odpowiedź na proste pytanie "Jaki jest sens życia?". Chrześcijaństwo czerpie z myśli Jezusa (do którego poziomu nam wszystkim brakuje lat świetlnych) - sensem życia jest służba Bogu tak, jak Jemu się to podoba, więc pomoc i miłość bliźniego, przestrzeganie bożych praw/przykazań, oddanie się Bogu i innym ludziom. Islam stoi na nauczaniu Muhammada - a więc postuluje całkowite poddanie się Allahowi i boskiej woli, negację własnej i całkowite oddanie idei. Buddyzm stara się wskazać sens życia w wyzwoleniu z koła reinkarnacji, jako przykłady podając wielkich oświeconych (czyli buddów), sensem życia jest nirwana, buddyzm oferuje też różne zasady i ścieżki do niej. Judaizm jest w tym sensie podobny do islamu, że też sensu życia upatruje w oddaniu się Bogu, z tym, że trzeba jeszcze wyczekiwać Mesjasza. Gnostycyzm sens życia widzi w wiedzy, która daje zbawienie duszy i możliwość przezwyciężenia pomniejszego Demiurga tego świata i zjednoczenie się duchowo z prawdziwym Bogiem, zoroastryzm wskazuje sens egzystencji w opowiedzeniu się po słusznej stronie w wiecznej walce dwóch przeciwstawnych, równych sobie sił Dobra i Zła, Światła i Ciemności, Prawdy i Kłamstwa, Ormuzda/Ahura Mazdy i Arymana/Angra Mainju.
Uważasz, że muszę wymieniać dalej, bawić się w cięcie religii na denominacje, czy już pojąłeś swój błąd?
Ta... myśl... jest tak ignorancka i ciemna, że aż nie chce mi się pisać. Inni już dokładnie wyłożyli Ci twój błąd myślowy w tej sprawie.
Więc po co się w ogóle odzywasz i zabierasz ludziom czas? "Patrzcie jaki jestem mądry, wyzwolony i oświecony, cokolwiek napiszecie zwisa mi to". Nie będę kontynuował dyskusji z Tobą, póki się nie wypowiesz w tej kwestii.