Notka: Jeśli nie chce Ci się czytać, a chcesz pooglądać automaty, przewiń na koniec artykułu.
Tymczasem w mrocznej kamienicy z początku wieku
Takie właśnie pamiętam Salony Gier, miejsca na zachodzie zwane po prostu Arcade. Gdy padła żelazna kurtyna, wraz z "Żółwiami Ninja", "Transformersami" i Coca Colą, zalała nas też fala starych, zużytych maszyn Arcade. Można było je bez problemu znaleźć w każdym większym mieście do końca lat 90. Salonów Gier nie wypełniały ustrojstwa typu Jednoręki Bandyta, a automaty z "Virtua Fighterem", "Simpsonami", "Mortal Kombat", "Virtua Copem", czy "Cadillacs and Dinosaurs". Można było też tam znaleźć tak zwane "Filpery", czy jak ktoś woli Pinball. Wiele z nich przywędrowało z Niemiec. Arcad'y zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, jednak wraz z początkiem nowego milenium zaczęły one jednak znikać i dziś ciężko jest je znaleźć.
Polski portfel
Należy pamiętać, że okres popularności Salonów Gier przypada na okres, kiedy dla większości społeczeństwa posiadanie 486, czy Pegazusa, było szczytem marzeń. Inne urządzenia pozostawały dla większości zupełnie poza zasięgiem domowych finansów. Cena PlayStatnion była równa niejednej pensji (w roku 1996 przeciętna pensja polaka to ok. 800 zł, gdy cena PSX w tym okresie to jakieś 700 zł), o Nintendo nikt nie słyszał, a Sega chwaliła się w "Kaczorze Donaldzie" swoim Saturnem, który też do tanich nie należał. Kupno komputera było trochę bardziej uzasadnione dla budżetu przeciętnego polaka, ponieważ mógł on służyć nie tylko do gier. Nie zmienia to faktu, że większość PC, w Polsce w latach 90, było używanymi maszynami pamiętającymi jeszcze poprzednią dekadę i jeśli pojawiły się już na nich jakieś produkcje, to nie były one raczej oryginalne, ani też nowe. Sam grania konsolowego posmakowałem za sprawą "Rambo", rosyjskiego klona Atari 2600, które swoją premierę miało w 1977 roku, a dostępne na nie gry nie były za bardzo zajmujące.
Możliwość pobawienia się grami video były więc mocno ograniczone. Jeśli samemu się nie posiadało się komputera, bądź kolsoli istniały właściwie dwie możliwości. Jedną z nich było udanie się do bogatego kolegi (jeden miał Comodore 64, a drugi z kolei, któregoś z klonów Famicoma), drugą opcją była wyprawa do Salonu Gier.
Harder, Better, Faster, Stronger
Popularność tych ostatnich wynikała głównie, z technicznej dominacji automatów nad maszynami użytku domowego. Sprit'y były bardziej kolorowe i posiadały więcej animacji, muzyka zawierała więcej ścieżek (jak już mogłeś ją usłyszeć we wszechobecnym hałasie) i można było też po raz pierwszy zobaczyć 3D! Nic, w co można było grać w domu nie mogło się temu równać.
W dodatku tylko w Salonie Arcade mogłeś pościgać się na atrapie motoru, czy postrzelać do zombie ze sztucznego pistoletu. Tylko tam mogłeś grać przy pomocy arcade sticka i korzystać z jego wielkich wygodnych przycisków. Kierownice i inne tego typu peryferia, nie dość, że nie były szeroko dostępne, to w dodatku kosztowały krocie. W takim wypadku złotówka za parę minut zabawy wydawała się całkiem dobrym interesem. To właśnie Arcad'y stały się domem dla wszelkiej maści bijatyk. "Soul Edge", "Virtua Fighter", "Teken", były najbardziej obleganymi automatami. Przyciągały rzesze klientów i zachwycały niesamowitą grafiką wektorową. Mało kto mógł wtedy doświadczyć tego w domu, a już na pewno nie korzystając z tak wygodnego sterowania.
Były też gry, których nie można było doświadczyć nigdzie indziej. Choćby większość automatów opartych na systemie Neo Geo, które nie miały domowych portów (chyba, że ktoś sobie sprawił domową wersję sprzętu SNK). Każdy kto chciał pograć w "Metal Slug", nie miał wyboru. Pozostawało mu ładowanie kolejnych żetonów w serce Automatu.
Co ciekawe, pojawiły się też salony, w których można było wypożyczyć konsolę na minuty. Płaciło się odpowiednią kwotę przy kasie, wybierało grę, a zabawa trwała do momentu, w którym ktoś z obsługi informował o tym, że czas minął. Na pewno zabawa była w ten sposób mniej frustrująca. Wiele razy zdarzyło mi się zginąć już po paru sekundach od wrzucenia żetonu do maszyny. Czy też zdarzyło się, że automat postanowił skonsumować gotówkę nie umożliwiając gry. Tak mieliśmy zagwarantowaną pewną zabawę przynajmniej przez 10, czy 15 minut.
Wszystko, co dobre
Jednak era automatów dobiegła końca. Stało się to na początku nowego stulecia. Wtedy komputery zaczęły upowszechniać się w polskich domach, a i konsole znalazły też drogę do serc wielu zamożniejszych obywateli naszego nieco szaroburego kraju. Po co wybierać się do jakiegoś obskurnego lokalu, skoro można grać siedząc na własnej kanapie, czy też przy biurku. W tym czasie rozwijała się także scena emulacji, udostępniając wiele arcadowych hitów na ekranach komputerów.
Gwoździem do trumny była też sytuacja w samych Arcad'ach. Wiele z nich nie wymieniało nigdy swoich automatów. Raz zakupione maszyny przez lata nie zmieniały miejsca pobytu i rzadko były też naprawiane. Ekrany szybko się wypalały, przyciski nie były też tak sprawne jak dawniej. Wiele maszyn po prostu psuło się kompletnie, inne zaczynały przypominać potwory frankensteina, poskładane z kawałków, które ledwo do siebie pasowały. Brakowało świerzytch gier, co odstraszało klientów. Szczególnie w czasie, kiedy PCtowe piractwo było jeszcze normą i znudzony gracz mógł zdobyć nową grę łatwo i niewielkim kosztem. Salony Gier skazane były na zagładę.
Najpierw zniknęły one z mniejszych miast. Wspomniane przeze mnie we wstępie budy były pierwsze do odstrzału. Zresztą w nich maszyny były najbardziej zaniedbane. Później przyszła kolej na większe lokale, często mieszczące się choćby w domach handlowych (Wrocławska Korona, która przetrwała całkiem długo). Ostatnim dużym salonem gier, w jakim się bawiłem, był ten zlokalizowany niegdyś na wrocławskim Dworcu Głównym i było to lata temu. Są jednak miejsca, w których do dziś można znaleźć Salony Gier. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Wybrzeże Arcad'ów
Wystarczy wybrać się na wakacje. Wcale nie tak daleko, bo nad polskie morze. Tam wciąż można spotkać parę działających Salonów Gier, czasem w jednej miejscowości, zaraz obok siebie. Większość wyposażona od lat w te same automaty. Należy pamiętać jednak, że jest to nadal gatunek zagrożony. Nie zdziwcie się, jeśli raz odwiedzone przez was miejsce zniknie. Nawet nad Bałtykiem nie cieszą się one taką popularnością jak dawniej i większość świeci pustkami. Może znajdzie się jeden, czy dwóch znudzonych wczasowiczów, którzy będą chętni pobawić się na jakimś zabytku, z czasów mojej młodości. Arcade zdecydowanie nie stanowi jakiejś popularnej atrakcji turystycznej. Elektroniczna rozrywka z wolna ustępuje bardziej popularnym stołom do Air Hockeya, maszynom do testowania siły, czy innym bardziej fizycznie angażującym urządzeniom.
Jeśli więc będziecie mieli możliwość, nie wahajcie się wrzucić w Arcad'a złotówkę, bądź dwie. Może to być wasza ostatnia szansa na zasmakowanie smaku mojego dzieciństwa. Na koniec przedstawiam wam jeszcze dwie galerie polskich Salonów Gier z Dźwirzyna i Jarosławca, które odwiedziłem podczas mojej letniej podróży. Miłego oglądania.
Dźwirzyno:
Jarosławiec:
PS. Jeśli ktoś ma ochotę może spróbować ze mną stworzyć mapę Polskich Salonów Arcade. Zacząłem od wypełnienia miejsc, w których byłem i wiem, że jeszcze istnieją:
https://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF&msa=0&msid=217302348825509023047.0004e41f4691cb87a7f8f
Jeśli macie jakieś propozycje, to możecie umieszczać własne pozycje na tej mapie.
- Czytaj dalej...
- 8 komentarzy
- 1422 wyświetleń
