Skocz do zawartości

theconverse

Forumowicze
  • Zawartość

    867
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Wpisy blogu napisane przez theconverse

  1. theconverse
    Cisza, jaka zapadła po ostatnich słowach szpakowatego mężczyzny była tak dalece nieznośna, że zasiadająca przed nim grupa słuchaczy ze wszystkich sił starała się ją zagłuszyć wiercąc się na zadziwiająco w tej właśnie chwili niewygodnych krzesełkach i szybko kartkując znajdujące się na stolikach opasłe tomy. Szelest i skrzypienia jednak nie wystarczały. Niepokój towarzyszący spotkaniu wlewał się coraz szerszymi strumieniami do świadomości audytorium.
    - Powtórzę raz jeszcze ? przerwał milczącą katorgę prof. S. Jonalista. ? Kto ze zgromadzonych tu państwa doświadczył niewyobrażalnego wręcz okrucieństwa?
    - Przecież? Przecież my nic nie wiedzieliśmy ? odpowiedział niepewnie młody chłopak.
    Szmer oznaczający aprobatę dla słów kolegi na krótką chwilę wypełnił niewielką salkę, gdy wykładowca ponownie zabrał głos.
    - I nigdy nie przyszło wam do głowy, że to co robicie jest złe? Ani razu nie zdawaliście sobie sprawy jak bardzo takie postępowanie może odmienić wasze życie? Jesteście totalnie bezmyślni. A teraz, po wszystkich tych latach dodatkowo pozbawiono was sumienia?
    Dobry wieczór. Dobry, choć napęczniały od ponurych i nietypowych jak dla mnie, ale jednak poważnych myśli. Tak oto opanowany przez totalną niemoc twórczą, która od pewnego już czasu nie pozwalała mi cieszyć się ze stawiania liter, ani nawet fotografowania otaczającej mnie rzeczywistości, postanowiłem zajrzeć do głębi mojego własnego ja i wyłowić z niego przykrą prawdę. Wynikiem czego dopadła mnie straszliwa refleksja dotycząca gier wideo.
    Prawdą jest, że z grami wyświetlanymi na różnego typu monitorach mam do czynienia już blisko dwie dekady, a więc pewnie troszkę więcej lat niż mają niektórzy z czytających te słowa. Całkiem spory pliczek kartek wyrwanych z kalendarza można powiedzieć. Z tego właśnie powodu uzurpuję sobie prawo do wyrażenie opinii jak to z tymi grami właściwie jest i dlaczego potrafią pozbawić nas istotnej części naszej osobowości.
    Każdy z nas czytał nieraz o tym, jaka to wirtualna rozrywka jest niebezpieczna dla naszej psychiki i pewnie tuż za rogiem czai się jakiś seryjny morderca wychowany podobnie jak tysiące mu podobnych na krwawych grach komputerowych. Mogłoby się wydawać, że to kluczowy wręcz temat zastępczy dla mediów, gdy szybko trzeba znaleźć chłopca do bicia, który w żaden sposób nie potrafi odeprzeć tak groźnych zarzutów. Ale wiecie co? Oni mają rację!
    Osobiście przestudiowałem kilka ciekawych pozycji traktujących na temat brutalności gier wideo i dewastacji jaką wprowadzają w kruche struktury naszej osobowości. Najczęściej były to jednak publikacje bardzo już przestarzałe i totalnie nieprzystające do dzisiejszych realiów wirtualnej zabawy. Przy okazji zgłębiłem także istotę filmowej przemocy, która jest tak bardzo podobna do tego, czym karmią nas twórcy gier w swoich produkcjach. O okrutnych scenach zapisanych na kartach książek szerzej już nie wspominam, bo przecież i tak wszystko miało swój początek w literaturze właśnie.
    Czym zatem różni się wyrwanie komuś bijącego jeszcze w naszej dłoni serca, gdy jako bohater pewnej przygody uczynimy to wraz książką na kolanach, z ruchomymi obrazkami przed twarzą i podczas energicznego poruszania komputerowym gryzoniem w dłoni? Najprostszym, a zarazem bardzo ogólnikowym sposobem na odróżnienie tych trzech różnych jakby się mogło wydawać sytuacji jest interakcja jaka zachodzi pomiędzy medium a odbiorcą. Tylko w grach wideo dano nam szansę by, że się tak wyrażę, własnoręcznie pozbawić kogoś wszystkich kończyn za pomocą zmajstrowanego naprędce połączenia kosiarki do trawy z maszyną do robienia waty cukrowej. Czy tak można? Oczywiście! Przecież za tak widowiskowe uśmiercenie wirtualnej postaci otrzymamy jeszcze więcej punktów.
    Stąd już bardzo prosta droga do tak bezmyślnego zapatrzenia na ten nietypowy dance macabre, że jeszcze chwilka, jeszcze momencik i utracimy coś dla nas bardzo cennego. Niewinność i empatię. Już tłumaczę dlaczego właśnie tych dwóch rzeczy dziś mi bardzo brakuję.
    Wielu z Was jak mantrę powtarza, że gry wideo nie tworzą morderców i wirtualna zabawa w zabijanie jeszcze nikomu krzywdy nie uczyniła. Generalizując to prawda. Nie do końca jednak, jak się można sprytnie domyślić. Wyobraźcie sobie tylko, że jako dziecko byliście świadkiem tragicznego wypadku samochodowego, w którym jeden z pasażerów został zmiażdżony przed drugi pojazd tracąc przy tym głowę, którą radośnie poturlała się pod Wasze stopy. Jaka byłaby reakcja takiego dziecka? Nie muszę chyba o tym pisać, prawda? A zatem przenieśmy się dwadzieścia lat w przyszłość, gdy już jako zaprawieni gracze napotykamy na naszej życiowej drodze podobną sytuację i po raz drugi kończymy dzień z głową, która w dość dosłowny sposób klei się nam do butów. I co teraz? Jeśli ktoś spędził swoje dzieciństwo zagrywając się w gry sportowe, mógłby odkopnąć tę nietypową piłkę do stojącego nieopodal sanitariusza, który jednak by jej nie złapał, czym wprawilibyśmy znajdującą się na trybunach widownie w stan niczym nieokiełznanej euforii. Gooool! No dobrze, może odrobinkę przesadziłem. Najpewniej zamiast użyć odrąbanej głowy jako piłki stwierdzilibyście tylko, że strasznie słaby model fizyki zastosowano i poszlibyście dalej.
    To również nie jest prawdą, ale przecież muszę być choć troszkę kontrowersyjny i wykazać, że gry rzeczywiście mają ogromny wpływ na to jak w przyszłości będziemy postrzegać świat. Na własnym przykładzie zauważyłem, co już niestety nie jest tak wesoło przerysowane, że nawet najbrutalniejsze doniesienia z trwającego po drugiej stronie globu konfliktu zbrojnego zbywam zwyczajnym uniesieniem ramion. Film prezentujący autentyczną egzekucję również nie robi na mnie większego wrażenia. Podobnie jak potrącony na ulicy przechodzień, który już na pewno nie wstanie z rozgrzanego asfaltu. Ot zwyczajne wydarzenia dnia codziennego.
    Dziś, po wielu latach obcowania z wirtualną przemocą w jej najbardziej barwnej i okrutnej postaci zastanawiam się tylko, czy aby na pewno wszystko jest ze mną w porządku. Czy gdzieś przez wszystkie te lata nie zatraciłem tak ważnej przecież wrażliwości na krzywdy innego człowieka. Przecież czytałem o niej w książkach, oglądałem podczas seansów filmowych, a nawet broniłem przed nią wirtualnych mieszkańców tych wszystkich planet i wymiarów. Niekiedy sam zadawałem im ból, ale to były tylko linijki napisanego przez kogoś kodu, nic prawdziwego. Tak często doświadczałem okrucieństwa, że przestałem to dostrzegać. Czy jesteście więc pewni, że gry naprawdę nie mają wpływu na Waszą psychikę i w pełni kontrolujecie własne zachowania? Ja już w to zwątpiłem?
    PS. Konsoli nie posiadam. Przygód Cole?a MacGratha nie znam. Polskiego tytułu tej produkcji wcale nie komentuję?
  2. theconverse
    Witajcie! Oto po całkiem długiej przerwie powracam na zaledwie kilka minut potrzebnych, by zapoznać się z tym tekstem i ponownie zniknę w mrokach przytłaczającej rutyną codzienności. Zanim się jednak schowam, chciałbym podzielić się z Wami pewnym naprawdę interesującym projektem, który doskonale mógłby się sprawdzić wśród licznych niegdyś weekendowych konkursów. Swoją drogą ciekawa to sprawa, że według zapowiedzi Huta wspomniana przed chwilą zabawa miała powrócić, a nadal nic się w tym wątku nie dzieje. Wierzę przy tym, że przywołany redaktor aktualnie ma ręce wypełnione pracą aż po same brzegi, a wszystko to w związku z premierą nowego magazynu o grach, który czai się tuż za rogiem. Zaraz obok znanego z reklamy krętorogiego zwierza.
    Zanim opiszę czym jest ten w mojej ocenie wart uwagi projekt, pozwólcie, że cofnę się o bliżej nieokreślony czas w przeszłość, by tam już jako mój własny, zdecydowanie młodszy model, mógłbym ponarzekać na forumowiczów, którzy ? o zgrozo ? także sobie pomarudzić lubili. Wszystko to w związku z konkursami, które to ponoć wymagały od uczestników tęgich, wypełnionych fantazją głów i co według wielu zdecydowanie ważniejsze, bardzo kosztownego i skomplikowanego sprzętu audiowizualnego. Dla niewtajemniczonych dopowiem, że cała sprawa odbijała się echem utyskiwań wokół zwyczajnej kamery wideo lub też fotograficznego aparatu.
    Ilekroć zadaniem uczestników konkursowych zmagań było przygotowanie, a dalej także zaprezentowanie krótkometrażowych filmów tematycznie zgodnych z motywem przewodnim zabawy, tylekroć niektóre osoby podnosiły larum, że szansę na wygraną mają wyłącznie posiadacze tychże drogocennych sprzętów do zapamiętywania minionych wydarzeń. Na nic się zdawały tłumaczenia, w tym również i moje, że pracę godną pierwszego miejsca i orderu z kartofla można stworzyć za pomocą zwyczajnego telefonu komórkowego oraz najbardziej nawet prymitywnego programu do montażu wideo. Fanatyków wszelkiej w takich sytuacjach negacji przekonać się oczywiście nie udało, ale być może ten mój dzisiejszy wpis zamieni tamten daremny trud na coś zdecydowanie bardziej pozytywnego.
    Nie jest niczym nowym fakt, że film można nakręcić aparatem telefonicznym wyposażonym w choćby najsłabszą kamerę wideo. Stąd przecież mamy dzisiaj do czynienia z filmem zwanym komórkowym. Co więcej, produkcje takie z ogromną śmiałością sięgają do światowego dorobku tradycyjnego, wielkoformatowego kina, by odnaleźć inspirację, szereg technicznych rozwiązań i czego jeszcze potencjalny filmowiec chciałby się tam doszukać. To odrobinkę tak, jak z przenośnymi konsolkami. Niby niewielkie rozmiarami, a dające ogrom satysfakcji i całkiem w przypadku filmów komórkowych dobre kino.
    A teraz krótko i na temat, bo mało kto chciałbym w niedzielny wieczór przeczesywać oczyma ogromne pokłady tekstu. Odsyłam Was więc do strony:
    13 wcieleń Tomasza M.
    Wejdźcie, zerknijcie i pomyślcie, czy i u nas, na tym właśnie portalu istnieje szansa, by podobną zabawę przeprowadzić. Możliwości są przecież tak naprawdę nieograniczone, a bohaterów świata gier i elektronicznej rozrywki, w których można się wcielić jest aż nadto. Tyle ode mnie. Spokojnego wieczoru, smacznej kolacji oraz poniedziałku, który jednak da się lubić. Pozdrawiam!
  3. theconverse
    Dobry wieczór, obywatele Forum Actionum! Chciałbym serdecznie powitać Was w tym jeszcze całkiem nowym roku, który pragnąłbym rozpocząć od kilku przemyśleń, odrobiny planów oraz szczypty możliwości jakie taka zmiana zera na jedynkę w kalendarzu może zaoferować.
    Nie chciałbym już na samym wstępie oświadczać, że oto kończy się moja przygoda z blogowaniem, bo nie jest to do końca prawdą. Oczywiście organizowałem już sobie pewne przerwy w dostawach tekstów na monitory Waszych komputerów, ale chciałbym odrobinkę odpocząć od publikacji moich różnego rodzaju refleksji w delikatnie inny sposób. W czasach jakby już mocno odległych zdarzało mi się popełniać wpisy praktycznie każdego dnia i co najdziwniejsze, choć poruszałem wyłącznie jeden tylko temat ? konkursy ? zawsze znalazł się ktoś chętny do zapoznania się z poukładanymi przeze mnie literkami. Później natomiast ograniczyłem internetowe zapiski do kilku w ciągu miesiąca i nadal odwiedzała mnie pewna gromadka forumowiczów. Co więcej, pisanie sprawiało mi ogromną przyjemność. Tak jest nadal, choć swoją najbliższą przyszłość wiążę bardziej z obrazami, a mniej ze słowami, stąd pojawia się plan, by wpisy zdarzały się bez przymusu jakiegoś wewnętrznego grafiku, a bardziej spontanicznie, w momencie, gdy będę miał ochotę czymś się z Wami podzielić.
    Przyznać się muszę, że przez nawet całkiem długą chwilę rozważałem powrót do tradycyjnych Fotograficznych Puzzli, ale wbrew pozorom układanki te pochłaniały zbyt wiele mojego wolnego czasu, o który już nie jako student, a etatowy pracownik muszę niekiedy zabiegać. Zwłaszcza, że jak już wspomniałem akapit wcześniej, moje spojrzenie w tym roku pada na zdjęcia i grafikę. Nie wykluczam jednak, że jeśli tylko pojawią się zapowiedziane niedawno WWWeekendowe Konkursy, powrócą również i wpisy o nich traktujące. Czy wspominałem już jak bardzo ciszę się na myśl o tej najczęściej fotograficzno-filmowej zabawie?
    Teraz kilka zdań odnośnie gier, bo jakby nie było, moje słowa kieruję głównie do osób, którym nie są obce nawet najciemniejsze zakamarki branży rozrywkowej spod znaku myszki i pada. Swoją drogą chciałbym w końcu zasmakować czym są konsole i być może nawet stać się dumnym właścicielem jednej z nich. Czas pokaże, portfel zweryfikuje, kobieta? Właściwie to tutaj powinienem się zatrzymać. Nie chciałbym kilku kolejnych nocy spędzać na balkonie lub w psiej budzie.
    Miało być jednak o graniu, więc niech i tak będzie. Otóż od dłuższego już czasu zauważam u siebie sporo z objawów growego tumiwisizmu. Powiem, a właściwie napiszę krótko. Gdy z każdym kolejnym dniem przestają mnie bawić. Powodów takiej sytuacji jest kilka, więc wymienię najważniejsze trzy. Być może nie będę w tym moim małym nieszczęściu osamotniony, gdy ktoś z Was przeczyta moje słowa i odnajdzie w sobie podobne odczucia.
    Najłatwiej przytoczyć jest argument, że gry, które aktualnie powstają to już nie to samo, bo dawniej to było lepiej, słońce grzało mocniej, bałwan był bardziej śniegowy, a nic oprócz orzechów nie posiadało ich śladowych ilości. Być może będę miał słuszność głosząc, iż powstające w obecnych czasach produkcje bywają aż nadto uproszczone, a graczy traktuje się jak nierozgarnięte dzieci po odwyku od soku z buraków. Może tak rzeczywiście jest, tego niestety nie sposób w stu procentach określić. Dlaczego? Przed wszystkim ? to powód z drugim numerkiem ? dlatego, co nie powinno nikogo zaskoczyć, że starzejemy się i nasze życie podlega ciągłym przemianom. To co zapewniało nam rozrywkę jeszcze kilka lat temu, dzisiaj może bawić mniej lub w ogóle nie być uważane za godne choćby kiwnięcia palcem, a co tu dopiero mówić o całej złożonej na gryzoniu dłoni. Sam pamiętam dni, gdy nie było dla mnie problemem spędzać całe noce przy ulubionym tytule leżącym na tacce napędu gdzieś nieopodal mojej radośnie podrygującej nogi. Miałem czas, żeby nie tylko chłonąć to co twórcy dla mnie przygotowali, ale mogłem wręcz wkraczać do wykreowanych przez nich światów i całkowicie zapomnieć o jakby nie było, nie zawsze aż tak barwnego prawdziwego życia. Więc czy to wyłącznie wina gier, że już nie potrafią przykuć mnie do monitora na długie godziny? Chyba już sami wiecie jaka jest odpowiedź.
    Ostatni z argumentów, na tyle istotny, że chciałbym poświęcić mu osobny akapit to? Trudno się do tego przyznać, ale niestety taka jest smutna prawda? piractwo lub jeśli wolicie inne, zdecydowanie mocniejsze w wydźwięku określenie ? pospolita kradzież. Nigdy nie traktowałem sytuacji ogólnego przyzwolenia na tak zwane ?radzenie sobie? jakie panuje w naszym społeczeństwie jako usprawiedliwienia dla własnych czynów. Nie uważam również, że gdyby gry były tańsze to piractwo nie miałoby podstaw do tego by istnieć. Podobnie nie chciałbym zasłaniać się tym, że często oryginale wersję gier są zwyczajnie bardziej problematyczne od programów zdobytych w ten lub inny nielegalny sposób. To tylko wymówki. Dla własnych działań nie mam żadnej. Jako dorosły człowiek, któremu zdarzało się kraść gry wiem jednak, że to co robiłem było złe i warte słów nawet najbardziej dotkliwej krytyki, ale zdaję sobie również sprawę jak bardzo piractwo mnie ograniczało i odbierało całą przyjemność z obcowania z wyszukaną na sklepowej półce grą. W pewnym momencie mojego życia dochodziło do tak absurdalnych sytuacji, że mając do czynienia z przedstawicielem jednej z najsłynniejszych serii wysokobudżetowych produkcji, nie grałem dla przyjemności, a tylko po to, żeby dotrzeć do napisów końcowych. Kierował mną wewnętrzny przymus ?zaliczenia? kolejnego tytułu. Jakie było moje zdziwienie, gdy pewnego dnia uruchomiłem program, by pokonać kolejne zastępy wrogów, osiągnąć wyznaczone cele i rozpocząć kolejną misję, aż tu nagle, po zaledwie pięciu minutach rozgrywki gra dobiegła końca. Gdzieś po drodze przegapiłem całą fabułę, wszystkie te drobne elementy przygotowane przez grafików i programistów, które miały tworzyć niepowtarzalny klimat, obejrzałem całą grę niczym przewijaną na podglądzie kasetę wideo, po czym nie odczuwałem niczego oprócz bolesnej pustki. Przecież właśnie straciłem kilka godzin własnego życia i nic z tego nie pamiętam?
    Stąd wśród moich noworocznych postanowień pojawiło się i takie, że już nigdy więcej nie dotknę żadnej z pirackich kopii gier. Z szacunku dla ciężkiej pracy twórców i samego siebie, który od tej pory decydując się na jakąkolwiek grę będę świadomy wszystkiego co z nią związane. Może to pozwoli mi ponownie doznać tak wielkiej niegdyś przyjemności i satysfakcji w obliczu uczciwego i świadomego grania. Poczyniłem już ku temu pierwsze kroki, do czego przekonała mnie kończąca się powoli wyprzedaż na jednej z platform cyfrowej dystrybucji gier i innych multimediów. Teraz bardzo starannie dobieram produkcje, które mam ochotę poznać, ale już nie po to, żeby móc je tylko odfajkować, a po prostu przeżywać wirtualne przygody wraz z ich bohaterami. Nadal chciałbym móc wzbogacać nie tak znowu ubogą półeczkę z pudełkowymi grami, ale niestety życie pokazuje, że każdy grosz się liczy, a codzienność wymusza na nas wydatki zdecydowanie ważniejsze. Dlatego niech żyją promocje, wyprzedaże i reedycje!
    Na zakończenie jeszcze jedna uwaga. Ostatnio zauważyłem, że moje najbliższe otoczenie również zostało dotknięte przez zmiany, choć ani trochę nie miałem na nie wpływu. Jakie było moje zdziwienie, gdy dostrzegłem komentarz moderatora w miejscu mojej sygnaturki w profilu. Przez blisko rok żyłem w przekonaniu, że była ona zgodna z regulaminem i nikt nawet nie zwrócił mojej uwagi na fakt, że może być inaczej. Szczególnie, że w pewnym momencie mój profil odwiedzało całe mnóstwo przedstawicieli naszej lokalnej administracji. Myślę sobie, że to jednak żaden problem. Nowa treść sygnaturki to też jakaś zmiana, a przecież jeśli moderator postanowił zostawić mi te kilka słów, to chyba tylko dlatego, że w tym temacie może mieć wyłącznie rację. Pozwólcie zatem, że z tego miejsca gorąco Go pozdrowię. Wam życzę natomiast spokojnej nocy i udanego dopiero co napoczętego roku.
  4. theconverse
    W imieniu swoim, jak i całego CBA* oraz nowopowstałego FPS**:
    Życzę Wam wszystkim...
    ...bujania w obłokach...
    ...ciepłej atmosfery...
    ...gwiazdki z nieba...
    ...oraz lawiny prezentów.
    I pamiętajcie, że warto zwolnić...
    ...by dostrzec drugiego człowieka.
    Poza tym udanej zabawy sylwestrowej...
    ...i żeby Was nie zaskoczył zbliżający się Nowy Rok.
    Wesołych Świąt!
    * CBA - Cheaterów Będziem Anihilować
    ** FPS - Front Pomocy Szopom
  5. theconverse
    Gdy patrzę na wszystkie wpisy, które pojawiły się w tym szczególnym dniu, zdecydowana większość do świąteczne życzenia albo prezentowanie swojej jakże buntowniczej postawy, by tych życzeń ani nie składać, ani o dziwo nie przyjmować. Mógłbym teraz napisać, że musicie mi wybaczyć, bo i ja dołączę do tego blogowego korowodu kolędników, ale czy tak naprawdę musicie to robić?
    Dlatego właśnie niech moje życzenia trafią tylko do tych, którzy zechcą je przyjąć, a wszyscy pozostali? No cóż, niech Wam chociaż ten specjalny czas minie w przyjemnej atmosferze.
    wesołych świąt 2010
    Na zakończenie zaś moje tytułowe jedno życzenie. Tym razem nie będzie ono jednak skierowane w Waszą stronę. Wprost przeciwnie. Chciałbym życzyć coś sobie samemu. Mam nadzieję, że podczas tego rozpoczynającego się dopiero bożonarodzeniowego weekendu nie spotkam w sieci absolutnie nikogo. Niech cały internet opustoszeje i wypuści ze swoich macek tych wszystkich graczy, forumowiczów i blogowiczów, którzy zdala od monitorów i telewizorów będą się mogli cieszyć spokojem, wspólnie spędząnymi chwilami oraz prezentami oczywiście! Weso? No już! Zmykajcie stąd!
  6. theconverse
    Dzień dobry, forumowicze! Witam w to mroźne, grudniowe popołudnie, gdy za rogiem czają się święta, a dryfujące w wannie karpie planują swoją wielką ucieczkę przed wigilijną kolacją. Jeśli byliście moimi gośćmi w ubiegłym tygodniu, tym razem chciałbym Wam zaserwować wpis utrzymany w zdecydowanie bardziej pozytywnym wydaniu. Uprzedzam jednak, że tematyka będzie podobna, choć postrzegana z perspektywy osoby, która się depresji nie kłania. Poza tym jako w pełni odpowiedzialny blogowicz żyjący w zgodzie z własnymi tytułami, będzie również coś o konkursie ? uwaga ? fotograficznym.
    Zauważeni w tłumie zwykłych ludzi
    Poprzednia niedziela upłynęła mi pod znakiem zmagań z szarością codziennego życia oraz bycia spychanym na margines małych światów każdego z nas. Tematu nie porzucam, ale jakby troszkę odwracam proporcje bowiem przyjrzę się jednostkom, które dały się poznać pośród tłumu.
    Zapewne wszyscy, którzy wodzą oczami po tych słowach mogliby przytoczyć z pamięci chociażby jedną, strasznie wręcz charakterystyczną osobę, która dodaje lokalnej społeczności pewnego smaczku i koloru. Nie inaczej jest ze mną, z tymże ja takich wybijających się ponad szarości postaci chciałbym Wam przedstawić aż trzy. Co ciekawe, żadnej z tych osób nie znam osobiście, ani nawet nie potrafiłbym podać ich nazwisk lub chociaż imion. Dlaczego więc postanowiłem o nich napisać? Bo świadomie lub nie, stanęli w opozycji do bylejakości życia, w którym sami tak chętnie się odnajdujemy, bo jest to schronienie ciepłe, przytulne, ale przede wszystkim dobrze nam znane. Pozwólcie zatem, że przedstawię Wam Kapitana, Zabłąkaną oraz Człowieka-Ulotkę.
    Kapitan, czyli ten od profesorów
    Tak naprawdę to właśnie człowiek nazywamy przez większość spotykających go osób Kapitanem jest powodem tego wpisu. Nie jest to niestety przyczyna wesoła, bo związaną z prawdopodobną śmiercią tego starszego już mężczyzny. Piszę prawdopodobną, ponieważ sam nie wiem czy pogłoski o opuszczeniu ziemskiego okrętu przez Kapitana są rzeczywiście prawdziwe. Zakres mojej wiedzy nie jest również wystarczający by odpowiedzieć na ewentualne pytanie dotyczące przezwiska tej nietypowej postaci. Dużo ważniejsze jest to, że gdy tylko wkraczał on do autobusu pewnej podmiejskiej linii, za pomocą którego to docierałem dawniej do szkoły, wnętrze pojazdu wypełniało się niesamowitą atmosferą, w której nie mogło zabraknąć? profesorów i spadochroniarzy. Tak właśnie było! Gdy tylko Kapitan zauważył kogoś noszącego okulary, osoba taka jakby z automatu była nazywana profesorem. Nie muszę więc chyba pisać kim byli w jego oczach ludzie posiadający plecaki, prawda? Tym oto sposobem któregoś dnia stałem się profesorem-spadochroniarzem. Oczywiście nie wszyscy byli pod wrażeniem tak ciekawej osobowości Kapitana, bo zdarzały się osoby, którym sposób bycia tego mężczyzny zwyczajnie przeszkadzał. Może dlatego, że jako postać najpewniej samotna i o ile wierzyć plotkom, nie całkiem stabilna psychicznie, Kapitan lubił zabawiać podróżnych rozmową. Przy tym uwielbiał opowiadać niekończące się historie własnego życia. Nawet więc jeśli bywał nachalny, to urok jakim emanował oraz pociesznie stercząca na czubku jego głowy czapeczka przywodząca na myśl poczciwego krasnala, nie można mu było odmówić, że wprowadzał do naszego życia pewną chwilkę zapomnienia od trosk zwyczajnego, szarego dnia.
    Zabłąkana, czyli ta z walizką
    Drugą bohaterką tego tekstu jest pewna kobieta, która w niesamowity sposób łączyła w sobie szereg sprzeczności, ale według mnie stała się przy tym postacią może nie tragiczną, ale jednak pozwalającą się nam chwilę zastanowić nad jej i swoim losem. Wyobraźcie sobie elegancko ubraną kobietę, która niezależnie od pory roku przechadzała się po chodniku ( zawsze przy jednej i tej samej ulicy blisko centrum miasta) w dobrej jakości długim płaszczu, wielkich okularach przeciwsłonecznych oraz z ciągniętą za sobą walizeczką, która zdecydowanie nie była tania. Dodajcie do tego ogólne zaniedbanie w stylu brudnych i niepoukładanych włosów, naznaczoną licznymi zmarszczkami twarz o ziemistej barwie oraz co bardzo dla niej charakterystyczne, prośbę o kilka drobnych monet. Przy czym zawsze była to stała kwota, która miała zostać poznaczona na zakup biletu autobusowego lub leki przeciwbólowe. Ktoś mógłby w tym momencie powiedzieć, że pani ta to żadną Zabłąkana, a co najwyżej obłąkana i do tego bezdomna, ale przecież wszyscy, którzy ją mijali nie zamienili z nią nawet dwóch zdań. Nie mogę więc jej w żaden sposób oceniać, ale mogę napisać, że stała się pewnego rodzaju stałym elementem miejskiego krajobrazu, gdzie każdy z przechodniów miał okazję ?wpaść na nią? pędząc do szkoły lub pracy.
    Człowiek-ulotka, czyli maszyna wysłana z przyszłości, żeby rozdawać ulotki
    Jak na mój gust, Człowiek-ulotka to wręcz legenda lokalnego kolportażu ulotek. Niewysoki mężczyzna w sile wieku, ubrany zawsze w niebieski kubraczek, niebieską czapeczkę i słuchawki lub też nauszniki w tym samym kolorze, a którego spotkać można na jednej z głównych ulic centrum Bydgoszczy. Myślicie sobie teraz, co to za nowość taki rozdawacz w większym mieście, ale zapewniam Was, kogoś takiego jeszcze nie poznaliście. Głównie dlatego, że Człowiek-ulotka jest częścią Bydgoszczy tak samo jak przystanki autobusowe lub zakładający blokady funkcjonariusze Straży Miejskiej. Niezależnie od pory roku, on zawsze gdzieś tam jest i czeka? Czeka by wręczyć Wam niewielka papierową broszurkę. Co więcej, nie jesteście w stanie się przed nim ukryć. Znajdzie Was, powie Proszę, po chwili Dziękuję i ruszy do kolejnego szukającego drogi ucieczki przechodnia. To zawsze tak wygląda. Czasami tylko dwa wypowiadane przez niego słowa zmieniają melodię. Doświadczyłem więc już radosnego i krótkiego Proszę wakacyjną porą, gdy po chodnikach pędzą całe tłumy ludzi, jak i melodyjnego i pełnego zapału Dziękuję przed zimowymi świętami, gdy Człowiek-ulotka podryguje do rytmu kolęd i pastorałek. Niedawno moja M. poinformowała mnie, że podczas jednego ze spotkań z Najszybszym rozdawaczem ulotek na wschód od zachodu, doszukała się nawet pewnego arabskiego wydźwięku w wygłaszanych przez niego kwestiach. To zdumiewająca postać. Prawdziwy tytan pracy, któremu jeszcze nigdy nie zdarzyło się zapomnieć o podstawowych zwrotach grzecznościowych. Widząc go można faktycznie pomyśleć, że to doskonale zaprogramowana maszyna. Jednak to tylko człowiek. Zeszłej zimy zdradziły go trzęsące się od mrozu policzki, gdy podczas największych spadków temperatury wręczał ulotki przechodniom. A może to jego ukrywający się w cieniu konstruktor postanowił uczynić go bardziej ludzkim?
    Bądź wyraźny i wyraź to
    Powoli kończę. Zastanawiam się przy tym, czy i ja któregoś dnia będę wspominany jako osoba dająca się zapamiętać i stanę się swoistym punktem orientacyjnym dla zwyczajności życia innych. Chyba każdy z nas chciałby się wyróżniać, prawda? Osobiście wolę przemykać pomiędzy cieniami osób stojących w pierwszym szeregu i stamtąd podejmować decyzje ich ustami, bo tak jest przecież bezpieczniej. Z drugiej strony, bycie zauważonym tak mile łechce ego?
    Konkurs
    Póki pamiętam, żeby wykluczyć wszelkie nieporozumienia, musicie wiedzieć, że to nie ja jestem organizatorem fotograficznej zabawy. W ramach pewnej przyjacielskiej przysługi, którą oddaję serwisowi Onezine.pl przekazuję Wam wiadomość o trwającym właśnie konkursie. Zdradzę tylko tytuł: Oddaj ducha Azji i tym samym zachęcam do uczestnictwa w zmaganiach, które nie są obce wszystkim tym, którzy nie posiadają konsoli, konta w serwisie z twarzą w nazwie oraz przedkładają rywalizację szlachetną nad szlachecką. Powodzenia!
  7. theconverse
    Umorusany śliwkowymi powidłami malec i tym razem towarzyszył ojcu, gdy ten w swej niewielkiej, mieszczącej się w suterenie pracowni konfrontował rzeczywistość z najśmielszymi wyobrażeniami. Chłopiec od zawsze w takich momentach uwielbiał raczyć mężczyznę przedziwnymi pytaniami, z których większość była aż nadto roztropna jak na tak małego szkraba:
    - Dlaczego wszystkie twoje rzeźby są tak bardzo do siebie podobne, tato? ? rozpoczął kolejną tyradę gadatliwy chłopczyk. ? Gdzie podział się rycerz na koniu albo król, który wszystkimi by władał?
    Rzeźbiarz odwrócił się powoli od swojego warsztatu i z uśmiechem przepełnionym ciepłem odpowiedział synkowi:
    - Przecież nie mogę tego uczynić. Wszystkie figurki muszą być takie same, żeby nie okłamywać ludzi, którzy je od nas kupią.
    - Ale ja chciałbym zobaczyć szlachetnego księcia albo chociaż groźnego smoka ? nie poddawał się berbeć.
    - Wiem, sam chciałbym tego doświadczyć. Niestety ludzie nie mogą zapomnieć, że piękne baśnie nie istnieją. Muszę im o tym opowiedzieć. Muszę im to pokazać?
    Świat wyrzeźbiony czasem
    Wybaczcie mi ten niecodzienny wstęp, ale dużo łatwiej było mi Was wprowadzić w temat, który chciałbym dzisiaj poruszyć właśnie za pomocą takiego krótkiego fabularnego wstępu, aniżeli zdając się na poszarzałą prozę codziennego życia. Domyślam się przy tym, że niewiele z Was już w tej chwili dostrzeże korelację pomiędzy widniejącym troszkę powyżej tytułem, a słowami, które do tej pory popełniłem. Może więc podpowiem, że w znacznej mierze chciałbym tym razem nawiązać do tekstu First Person Spektakl, w którym to starałem się chyba w dość żartobliwy sposób przyrównać wydarzenia odgrywane na scenicznych deskach teatru oraz gier komputerowych oczywiście. W dniu dzisiejszym pragnę jednak postawić kolejny krok i spojrzeń na taką właśnie zależność wirtualnego świata i rzeczywistości, ale z zupełnie innej perspektywy.
    Przenieśmy się w czasie kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, do początków rozrywki, którą obecnie znamy pod nazwą gier wideo. Co więcej zadajmy sobie pytanie jaki był najważniejszy czynnik decydujący w tamtych czasach o sukcesie stworzonej przez grupkę pasjonatów produkcji. Macie jakieś pomysły? Chociaż jeden? Pozwólcie więc, że odpowiem na to jakże przecież trywialne pytanie. W tamtych pionierskich czasach chwałę i sławę programistom zapewniała? ludzka wyobraźnia. To właśnie ta sfera naszych umysłów pozwalała wypełniać wszelkie braki, które powstawały za sprawą przeogromnych ograniczeń sprzętowych. Nie muszę chyba wspominać jak bardzo jesteśmy aktualnie poszkodowani najwyższej jakości grafiką, która z każdym kolejnym rokiem przybliża nas do prawdziwego świata. Osobiście nigdy nie potrafiłem zrozumieć dlaczego ludzie tak bardzo pragną by fikcyjne uniwersa gier były aż tak podobne do naszego namacalnego, nie tak kolorowego, czy też niekiedy mocno nieprzyjemnego otoczenia. Fotorealizm bywa ponoć pomocny podczas wcielania się w rolę nieustraszonego pogromcy plugawych bazyliszków, ale czy aby na pewno jest nam aż tak potrzebny by dobrze się bawić podczas mocniejszego zaciskania dłoni na myszce lub padzie?
    Pytanie to nie spotka się z żadną ripostą z mojej strony, ale przecież nie to jest najważniejsze. Dalece bardziej wolałbym, żeby Wasze spojrzenia zwróciły się w stronę całkowicie inną, ale niech znak zapytania, który postawiłem akapit wyżej nie opuszcza jeszcze Waszych myśli. Zastanówmy się natomiast co by się zdarzyło, gdyby to nie świat realny był pierwowzorem, lecz zwyczajnie kopiował wydarzenia znane z monitorów komputerów. Czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa? Czy w pewnym momencie możemy stać się bohaterami gier uwięzionymi w ciasnych pudełkach stworzonych przez takich oto rzeźbiarzy, którymi sami przecież jesteśmy. Twórcą ze wstępu jesteś zarówno Ty, drogi czytelniku, jak i również ja. Oto otrzymaliśmy narzędzia by kreować rzeczywistość, a ograniczyliśmy się do marnego jej imitowania. Nie myślę tu jednak o grach. Zrobiliśmy coś znacznie gorszego. Sprawiliśmy za ich pomocą, że żyjemy w jednej z nich.
    BN, czyli Bohater Nieistotny
    Najpewniej nie muszę wyjaśniać kim jest ów bohater, ale być może słowa te czytają również osoby, którym gry fabularne, te klasyczne jak i komputerowe mogą być obce.
    Bohater niezależny (BN) (ang. non-player character, skracane do NPC) ? w grach fabularnych i niektórych grach komputerowych określenie każdej postaci, w którą nie wciela się żaden z graczy. Odgrywana jest ona przez Mistrza Gry lub program*.
    Skąd więc pomysł, żeby niezależny zamienić określeniem nieistotny? Wystarczy, że odwołamy się do innego ciekawego przypadku, tym razem z zakresu kina. Filmy również starają się imitować rzeczywistość i z racji tego, że są w stanie praktycznie idealnie ją kopiować, choć jest to zjawisko bardzo powierzchowne to nadal uwaga widzów skupiona jest głównie na jednej postaci. Prawie zawsze zapominamy o wszystkich innych, które urzeczywistniają wykreowaną przez filmowców przestrzeń. Mam na myśli statystów.


    Statysta to w filmie osoba nie będąca aktorem, odgrywająca proste role w tle wobec postaci głównych. Zazwyczaj do filmu statyści wybierani są spośród przypadkowych ludzi, którzy zgodzili się wystąpić na planie filmowym za niewielką gażę**.
    To oni pozwalają nam wierzyć, że mamy do czynienia z prawdziwym, tętniącym życiem obrazem, a nie zaledwie wycinkiem czegoś, co ktoś przypadkowo mógłby uznać za prawdziwy świat. A teraz pomyślcie, czy wszystko co Was otacza nie przypomina niekiedy planu filmowego, gdzie odgrywacie główną rolę, a wszyscy inni ludzie to tylko statyści, których zadaniem jest sprawienie, że fikcja stanie się prawdą? Przecież ten sam mechanizm funkcjonuje w przypadku gier wideo. Tam również wcielamy się w bohatera, który w najlepszym wypadku nie będzie nam obojętny, a być może nawet odnajdziemy w nim cechy charakteru, które dostrzegamy u samych siebie. W tym samym miejscu otaczać nas będzie tłum zaprogramowanych statystów, o których zapomnimy w chwilę po doczytaniu się kolejnej planszy. W czym zatem postacie te są gorsze od nas i naszego protagonisty? Miały mniej szczęścia podczas, gdy rzeźbiarz sięgał po swoje narzędzia?
    NPC, czyli Nie Pamiętam Człowieka
    Prawda jest nie tyle smutna, co bardzo okrutna. W prawdziwym świecie nie ma głównych ról, są wyłącznie statyści. Bo czy ktokolwiek z Was, a znam to z własnego doświadczenia, gdy mija obcych sobie ludzi jest w stanie choćby na chwilę pomyśleć, iż osoby te nie stanowią wyłącznie tła dla naszego prywatnego świata, a są takimi samymi indywidualnościami jak i my? Czy zdajemy sobie sprawę, że przemierzające na horyzoncie wzorku sylwetki to istoty, które pragną, marzą, planują? Czy przypadkiem zauważona dziewczyna obdarzona przez twórców tej rzeczywistości miłymi dla oka teksturami ma szansę na to by prócz odnotowanych przez nas płynnych animacji dostrzec także jej tym razem nie sztuczną inteligencję, a przede wszystkim prawdziwe, bijące życiem serce? W jej przypadku graficy się postarali, więc chociaż zwróciliśmy na nią uwagę. Czy tak samo wyglądałaby sytuacja z jakby się mogło wydawać oskryptowanym bezdomnym wyciągającym dłoń po suchą bułkę? Takich jak on mijamy przecież dziesiątki, więc na pewno muszą być tylko elementem mapy, na której się właśnie znajdujemy, prawda?
    Zmartwię Was jeszcze bardziej. Nie jesteśmy tylko i wyłącznie bezdusznymi aktorami, którzy postrzegają rzeczywistość z perspektywy pierwszej osoby. Jesteśmy kolejnym Bohaterem Nieistotnym wszystkich innych statystów, którzy mijają nas na ulicach, spożywają z nami posiłki przy tak zwanych rodzinnych obiadach, czy nawet obiecują nam dozgonną przyjaźń podczas kolejnej aż nadto zakrapianej alkoholem imprezy. Oto pozwoliliśmy, żeby gra zastąpiła prawdziwe życie, a sami staliśmy się nędzną imitacją samych siebie, którymi mogliśmy być, ale zabrakło nam na to chęci, odwagi i być może serca, którego linijka kodu jaką znamy z gier komputerowych jako szlachetnego księcia była od zawsze pozbawiona?
    * http://pl.wikipedia.org/wiki/Bohater_niezale%C5%BCny
    ** http://pl.wikipedia.org/wiki/Statysta
  8. theconverse
    Ruszyła maszyna i ruch cały wstrzyma
    Dzień dobry. W dzisiejszym odcinku moich blogowych przemyśleń zabraknie miejsca dla śniegowego bałwana, który bawi się w najlepsze za naszymi oknami, ale również i trwającej właśnie wyborczej dogrywki, która zapewne dla wieku jest także bardzo zabawna. Będzie natomiast o czymś, co od pewnego już czasu niemiłosiernie mnie wręcz denerwuje, a do tego jest długie, czerwone i często staje?
    Bydgoszcz to aglomeracja jakich wiele, więc i wyposażona jest w umiejscowione w samym centrum miasta skrzyżowania z wyspą środkową, a więc popularne ronda. Tam jak wiadomo odnaleźć można zarówno różnego typu pojazdy kołowe, wiecznie pędzących przed siebie pieszych, troszkę zachwaszczonych terenów zielonych, które szumnie nazywane są ukwieconym elementem miejskiej architektury krajobrazu oraz co najważniejsze, tytułowy tramwaj.
    Oczywiście publiczny transport to sprawa ze wszech miar ważna, pożyteczna, ale i dla kasy miasta intratna. Co więcej, każdy przejaw komunikacji miejskiej powinien zapewniać, że się tak wyrażę, lepszą przepustowość dróg, które jak powszechnie wiadomo są zatłoczone jak choinka na dzień przed wigilią. Tutaj muszę zadać pytanie: A co jeśli tramwaje powodują uliczne zatory?
    Już kilkukrotnie zdarzyło mi się uczestniczyć w sytuacji, gdy bardzo uprzejmy motorniczy całkowicie zablokował kilkupasmową ulicę tylko po to, żeby uczynić grzeczność swojemu koledze i pozwolić mu wjechać na rondo z pominięciem jakichkolwiek przepisów o pierwszeństwie przejazdu. Zakładam w tej chwili, że albo sami byliście świadkami takiego wydarzenia albo też jesteście w stanie zarysować je sobie gdzieś w okolicach czoła (Stefan, odłóż ten flamaster! Natychmiast!). Do czego zmierzam? Przede wszystkim do tego, iż bardzo boli mnie bezradność kierowców pojazdów mniejszych niż ten nieszczęsny elektryczny potwór na małych kółeczkach. W tym przypadku stara zasada, że duży może więcej jest nadal żywa. Z drugiej strony może najzwyczajniej w świecie chciałem odrobinkę ponarzekać. Jest też strona trzecia. Dawno, dawno temu, w czasach, o których słyszałem tylko z opowieści, przodek mój zwany potocznie ojcem przeżył bardzo bliskie spotkanie z tramwajem, który pomimo wszelkich możliwych przesłanek nie powinien znajdować się w miejscu, w którym przekraczał on właśnie torowisko. Jego niewielki samochodzik stanął wówczas na głowie, a tramwajarz czuł się usprawiedliwiony, ponieważ zasiadał za sterami znacznie większej maszyny. Możecie więc wierzyć, że wpis ten został podyktowany moją wrodzoną niechęcia do tych szynowych pojazdów.
    a trolley
    PS. Pytanie do wszystkich, którym wspomniane miasto nie jest obce: Gdzie zostało wykonane powyższe zdjęcie?
  9. theconverse
    Apel wypowiedziany ściszonym głosem
    Witam serdecznie wszystkich gości, zarówno tych nowych, jak i stałych bywalców. Szczególnie ci ostatni powinni nadstawić ucha, czy też lepiej oka, żeby przeczytać słowa, które chciałbym Wam dzisiaj przekazać. Tym razem chciałbym poruszyć kwestię Wielkiego Nieobecnego, za którym sądząc po niektórych komentarzach widocznych gdzieś w pobliżu głównej strony, spora część forumowiczów zdążyła zatęsknić. Kim jest Wielki Nieobecny i dlaczego nie ma go wśród nas? Jeśli choć trochę pamiętacie jaka była historia tego bloga, równie dobrze wiecie już o czym napiszę w kilku kolejnych akapitach.
    Znajdą się wśród Was i tacy, którzy jako pierwsi cisną we mnie kamieniem jeśli tylko wspomnę o WWWeekendowym konkursie, ale wolę jednak wierzyć w to, iż stanowimy wspólnotę, internetową społeczność, dla której ta cotygodniowa zabawa była pewnego rodzaju wizytówką serwisu, który stał się przytulnym domem dla moich zapisków. Domyślam się przy tym, że choć dni do końca tego roku nie pozostało już zbyt wiele, nasze oczy ujrzą jeszcze przynajmniej jedną odsłonę konkursu ? świąteczną. To prawie jak tradycja, nie można więc wymazać z kalendarza tak ważnego dla nas wydarzenia.
    Niestety jeśli nie liczyć ostatnich kilku głównie filmowych zmagań, dawny WWWeekendowy konkurs zniknął w mrokach przeszłości i obecnie doświadczamy zaledwie jego słabnącego z każdą chwilą odbicia w postaci zabaw organizowanych w myśl zasady: nie znasz dnia, ani godziny. Na szczęście widoczne jest również niesłabnące nim zainteresowanie, stąd też mój apel. Adresuję go nie tylko do Redakcji, w szczególności zaś Huta, lecz być może przede wszystkim do Was, forumowiczów i uczestników. Postarajmy się, żeby następny rok był nowym początkiem dla tak bardzo przez nas lubianej zabawy.
    Oczywiście nie można być ani głuchym, ani ślepym na wszelkie słowa krytyki, które szczególnie w przypadku ostatniego konkursu były aż nadto widocznie. Myślę tutaj o całkowicie niepotrzebnej próbie wyboru pewnej formuły zabawy, o której ostatecznie mieli zadecydować zainteresowani konkursowicze. Wiele osób poczuło się oszukanych, niektórzy zostali zmuszeni do? Właściwie to nie tak. W tej sytuacji będę bronił postanowień Redakcji, do której zawsze powinno należeć ostatnie słowo, a która to musi się zmagać ze starą prawdą, że dogodzić wszystkim nie sposób. Stąd też chciałbym zaprezentować pewien mój pomysł. Przypominam także, że kilka stron forum do tej pory zostało już zapełnionych podobnymi spostrzeżeniami, które nadal powinny być aktualne i raz jeszcze rozpatrzone przez wymienionego powyżej redaktora.
    Odkąd pamiętam, liczne narzekania wypływały najczęściej z braku możliwości, żeby każdy uczestnik mógł wziąć udział w zabawie i przedstawić swoje dzieło w nawet najbardziej niekonwencjonalny sposób. Zdjęcia? Filmy? Pokaz tresowanych karaluchów ukazany za pomocą haftu krzyżykowego? To takie zwyczajne, prawda? Niektórzy domagali się zatem rysunków, animacji i co najciekawsze, a zarazem najbardziej pozbawione sumienia i zdrowego rozsądku, także za pomocą literek, a więc opowiadania. Czy naprawdę uważacie, że ktokolwiek z członków organu prasowego, jakim jest CD-Action (Członek i organ w jednym zdaniu? Młodzież nie będzie się mogła odpędzić od rumieńców!) ma czas, siły, a przede wszystkim chęci przeczytać kilkaset tekstów, pomiędzy którymi znajdą się i takie, które w każdy możliwy sposób będą chciały popełnić gwałt na języku polskim? Mam nadzieję, że zrozumieliście już do tej pory, że taka forma konkursu jest nie tyle skomplikowana, co wręcz niemożliwa do zrealizowania. Przynajmniej w mojej ocenie, ale i Hut pewnie by się z tym stanowiskiem zgodził. Co innego szybka zabawa polegająca na stworzeniu krótkiego hasła reklamowego, motta, czy też innego zawołania. Dla takich konkursów miejsce powinno się czasami znaleźć.
    W tym momencie chciałbym się jednak skupić tylko na dwóch, z wielu powód najlepszych rozwiązaniach. Zakładam, że i dla Was są one najbardziej przystępne, bo tyczą się tak zdjęć jak i filmów. Przy czym należy pamiętać, że do drugiej kategorii możemy zaliczyć także film animowany. Co prawda wkład włożony w ciekawy film oraz w niebanalną animację bywa zupełnie różny, ale powiedzmy sobie prawdę, w większości przypadków zwracamy uwagę wyłącznie na efekt końcowy. Tak czy inaczej, według mnie szanse powodzenia rokują tylko te dwie wspomniane powyżej sposoby przeprowadzenia konkursu.
    Teraz kilka zdań o sprawach typowo technicznych. Niczym odkrywczym nie jest, że dzieło filmowe powstaje odrobinkę dłużej niż kadr fotograficzny. Ponadto pamiętać trzeba, że co za dużo to niezdrowo, a Redakcja też nie zawsze potrafi odnaleźć odpowiedni temat zabawy oraz co dla sporej gromadki forumowiczów najważniejsze ? ciekawe nagrody. Myślę więc, że dwa konkursu w miesiącu, o ile odbywałyby się one regularnie, zaspokoiłyby nasz głód współzawodnictwa. Pozwólcie zatem, że zapoznam Was z moich małym grafikiem, według którego konkursy mogły przebiegać podczas każdego miesiąca. Za przykład niech posłuży zbliżający się wielkimi krokami grudzień.
    Konkurs ZdjęcioWWWy & FilmoWWWy 01 - Parszywi złodzieje rabarbaru - zapowiedź (czwartek 02/12/2010) Konkurs ZjęcioWWWy 01 - Parszywi złodzieje rabarbaru - głosowanie (poniedziałek 06/12/2010) Konkurs ZdjęcioWWWy 01 - Parszywi złodzieje rabarbaru - wyniki (środa 08/12/2010) Konkurs FilmoWWWy 01 - Parszywi złodzieje rabarbaru - głosowanie (poniedziałek 13/12/2010) Konkurs FilmoWWWy 01 - Parszywi złodzieje rabarbaru - wyniki (środa 15/12/2010)
    Jak widzicie, osoby wyposażone w aparaty fotograficznie otrzymałyby cały weekend na przygotowanie swoich prac, gdy filmowcy mieliby troszkę więcej dni. Chyba to sprawiedliwy przydział czasu, jak myślicie?
    Na zakończenie jeszcze kilka uwag ogólnych. Sam sposób oceniania prac, wcześniejsze ich zgłaszanie oraz wszelkie inne sprawy z tym związane, jak już wcześniej napisałem, były wspominane w odpowiednim wątku na forum. Tam też odsyłam zainteresowanych. Co jednak najważniejsze to fakt, że konkursy zawsze były i będą organizowane przez Redakcję tylko i wyłącznie za sprawą dobrej woli i tak naprawdę nie mamy prawa domagać się czegokolwiek, choć możemy dać wyraźny sygnał, że temat weekendowych zabaw nie jest nam obojętny. Ja czynię to już po raz ostatni, a wszystkie przemyślenia zawarte w tym wpisie są wyłącznie mojego autorstwa i mogą być absolutnie sprzeczne ze zdaniem Redakcji. Dodam jeszcze tylko, że również i teraz chciałbym być postrzegany jako osoba chętna i gotowa do pomocy przy wszelkiego typu konkursach, które stały się tematem tego wpisu. Oczywiście wszystko to w miarę możliwości. Nie muszę przy tym chyba wspominać, że jeśli nasza ulubiona zabawa powróci, tym razem będzie ona potrzebowała dość szczegółowego regulaminu, o którym ostatnio chyba całkowicie zapomniano. Tyle ode mnie. Spokojnego wieczoru i niech powróci Wielki Nieobecny!
  10. theconverse
    Dobry wieczór. Tym razem zabrakło podtytułu, a i od pewnego rodzaju wyjaśnień muszę rozpocząć. Przede wszystkim wpis niniejszy nie ma na celu obrażenia kogokolwiek, ani tym bardziej wywołania niepotrzebnych forumowych sporów. Czym innym będzie oczywiście obłożona solidną dawką argumentów dyskusja. Przyznać jednak muszę, że po tematy dotykające sfery polityki, czy też jak w tym wypadku religii, sięgam niechętnie i zdecydowanie nieczęsto. Powody takiego działania są dwa.
    Dyskurs prowadzony poprzez wirtualne literki nigdy w pełni nie odda prawdziwych intencji ich autorów. To kwestia pierwsza. W wielu przypadkach nie jesteśmy w stanie przedłożyć wszystkich wartych uwagi wątków w ramach tak ograniczonej formy, jaką jest monolog, a niczym więcej nie jest przecież taki oto blogowy wpis. To powód drugi. Dlatego też, jeśli przyjdzie nam się kiedyś spotkać osobiście, drogi czytelniku, dopiero wtedy pojawi się odpowiednia sposobność, by poruszyć tematy drażliwie, ale przez to jakże interesujące. Oczywiście nie zapominam o komentarzach, które być może będą stanowić osobliwe ?przedłużenie? napisanego przeze mnie tekstu. Choć nie ukrywajmy, będzie to tylko i wyłącznie substytut tradycyjnej i jedynej prawdziwej rozmowy.
    Po tym delikatnie zbyt obszernym wstępie mogę w końcu zdradzić, co też takiego miałem na myśli pisząc słowa zawarte w tytule. Otóż najpewniej większość z Was miała w ostatnich dniach styczność z doniesieniami traktującymi o największej zbudowanej figurze znanego nam dobrze Jezusa zwanego Chrystusem. Prawdę powiedziawszy, gdy usłyszałem informacje o tym pomniku, odetchnąłem z niemałą ulgą. Po niedawnych problemach z pewnych krzyżem oraz całej towarzyszącej temu atmosferze, a także zatrzęsieniu rzeźb Karola Wojtyły (Jan Paweł II najpewniej nie dopuściłby do stworzenia tak wielu nic nieznaczących symboli), które straszą nas prawie za każdym rogiem, uwierzyłem, że w tym naszym polskich kraju może jeszcze powstać coś innego, ciekawego, ale niestety także do przesady monumentalnego.
    Czy pomnik Chrystusa Króla jest tak naprawdę inny? Czy jest również ciekawy? Monumentalny lub też jak wielu z Was by odparło ? epicki ? jest na pewno. Co do dwóch pytań zawieszonych powyżej mam jednak wielkie wątpliwości. Przecież znany jest nam posąg Chrystusa Zbawiciela, który powstał w Brazylii. Może nasz (czyt. najwspanialszy, najpiękniejszy, ale przede wszystkim największy) Jezus nie jest typowym plagiatem troszkę niższego Chrystusa z Rio de Janeiro, ale podobieństwo jest aż nadto widoczne. Nie ukrywajmy przy tym, że podobnie jak scena ukrzyżowania, tak i wizerunek syna Maryi funkcjonuje w ramach pewnego kanonu i wszelkie od niego odstępstwa nie są mile widziane.
    A zatem kieruję do Was moje pytanie. Dlaczego, a właściwie w jakim celu powstał tak ogromy pomnik? Jeśli faktycznie wierzycie, że ma on stanowić atrakcje turystyczną, która pozwoli ożywić świebodzińską gospodarkę, a wszyscy będą żyli długo, szczęśliwie i z milionem złotych na koncie, wówczas lepiej powstrzymać się przed udzieleniem odpowiedzi. Dziękuję i spokojnej nocy.
  11. theconverse
    Downloadable Controversy
    Witajcie. Tym razem wcieliłem się w postać korespondenta z dalekiej krainy, który pisze te słowa przemierzając nasz nieco przybrudzony błotem (nieciekawa pogoda plus wybory samorządowe) kraj w tak zwanej ciuchci. Gorąco tu jak w rozgrzanym do czerwoności piecu, zewsząd dobiegają trzaski, a co niektóre fotele wyposażono w relaksujące zmęczone ciało wibracje. Usługa na najwyższym poziomie można powiedzieć. Tylko do toalety nie chcę zaglądać, bo jednak bardzo sobie cenię zjedzony wcześniej posiłek.
    Dość jednak o kolejnictwie, bo w dniu dzisiejszym chciałbym napisać kilka zdań o budzącym ostatnimi czasy silne emocje zjawisku zwanym DLC. Zdradzić jednak muszę, że wywodzę się z epoki, gdy wszelkie nadprogramowe materiały do gier (komputerowych, innej ?grajmaszynki" nigdy nie posiadałem) były nazywane po prostu dodatkami i nikt jeszcze nie śmiał marzyć, że najnowsze tytuły zamiast na półce, kurzyć się będą na dysku twardym.
    Tak naprawdę to już nawet samo przesiadywanie przed monitorem ograniczam do obowiązków zawodowych, zabawy ze zdjęciami oraz spraw codziennych, a więc różnie rozumianej komunikacji, czy też pozyskiwania wiadomości. Granie zeszło nie tylko na drugi, ale pewnie nawet i nie na dziesiąty plan. Stąd i wszelkie możliwie DLC są mi zwyczajnie obce. Co innego, jeśli pojawią się one w wersji namacalnej i elegancko zapakowanej w zgrabną paczuszkę stworzoną z kilku wydanych po premierze podstawowej gry dodatków i rozszerzeń. Tylko czy takie wydawnictwa przypadkiem nie zaprzeczają ideii downloadable content?
    Gdyby wierzyć ogólnodostępnym informacjom (wiedza tajemna jak dotąd pozostaje poza moim zasięgiem), wszystkie multimedia, w tym oczywiście gry, które mają jakiekolwiek pretensje do bycia DLC, muszą występować w postaci tylko i wyłącznie cyfrowej przenoszonej drogą płci? kabelkami lub na falach radiowych. Natomiast jak doskonale wiecie, rzeczywistość nadaje takie miano nawet tradycyjnym, opakowanym w gustowny kartonik rozszerzeniom.
    Inna sprawa i to jest właśnie powód największych kontrowersji, o czym często w mocnych słowach wspominają forumowicze w swoich komentarzach, czyli całe mnóstwo drobnych usprawnień, nowych map, modeli ubrań oraz broni, a także całkiem świeże (czy aby na pewno?) misje i zadania, które pojawiają się już nie tylko zaraz po premierze głównego programu, ale także równocześnie z nim, a ostatnio także ? o zgrozo ? przed podstawową wersją (wzmianki o takowych, nie zaś same dodatki). Oczywiście gracze zawsze przyjmą jakiekolwiek ciekawe rozszerzenia do swojej ulubionej gry z szeroko otwartymi ramionami, gdyby nie to, że twórcy chcieliby za każdy przejaw swojej pracy (tak twórczy, jaki i odtwórczy) dopisać kilka zer na swoich kontach. W tym właśnie momencie docieramy do najważniejszego.
    Totalnie nie rozumiem skąd tak negatywne opinie dotyczące osób (nie firm, osób, to one tworzą gry), które chcą zarabiać. Nie potrafię również pojąć, dlaczego większość graczy, których zauważam na forum cierpi nie tylko na alergię, co wręcz rozstrój emocjonalny i żołądkowy jednocześnie, gdy wspomni się tylko, że przykładowy program zostanie wzbogacona o pakiet kiszonych ogórków dający przewagę nad graczami posiadającymi wyłącznie pęczek stęchłych rzodkiewek sprzedawanych wraz z podstawową wersją gry. Twórcy mają pełne prawo do tego, żeby opublikować produkcję, którą średnio rozgarnięty przedszkolak zakończy z uśmiechem na ustach zaledwie w dwa kwadranse oraz trzy miliony drobiazgów wzbogacających ją o pięć minut rozgrywki każdy. Na tym nie koniec, bo przecież każdy taki bonus może zostać wyceniony na równowartość tak dobrej klasy samochodu, jak i kilograma parówek. Pokłońcie się, oto stoi przed Wami wolna wola.
    Podsumowując i wpis ten kończąc. Dożyliśmy czasów, gdzie cyfrowa dystrybucja dóbr wszelakich odciąga konsumentów od sklepowych półek i daje im możliwość zakupienia interesujących produktów bez wychodzenia z domu. To akurat plus, choć niektórym przypadłby się chociaż jeden spacer dziennie. Rozumu dotlenić co prawda nie można, ale to co macie pomiędzy uszami już jak najbardziej. Doczekaliśmy także dnia, gdy rozpoznawalna marka to nie tylko pojedynczy produkt, ale także całe mnóstwo dodatkowych linijek kodu, które można nabyć. To również jest pozytywna tendencja, ponieważ przedłuża żywotność gier, ale przede wszystkim stwarza sytuację, gdy mamy wybór. Konkurencja nie śpi, więc niech rozgrywa się walka o klienta. Ostatnia zaś sprawa to taki mój osobisty apel. Jeśli tak bardzo przeszkadza Wam polityka wydawnicza panująca w growej branży rozrywkowej (rozrywka dla Was, praca dla twórców), dajcie tego wyraz i nie kupujcie tak przez Was znienawidzonych DLC. Niech w sztabach generalnych producentów zapali się mała czerwona lampka sygnalizująca, że coś jest nie w porządku. Ale przecież Wy wolicie tylko narzekać, prawda?
  12. theconverse
    Abby + Owen = WM (Wielka Masakra?)
    Puk, puk! Najmocniej przepraszam, ale czy mogę? Ślicznie dziękuję. Jesteś taki uprzejmy. Akurat spacerowałem niedaleko i do głowy przywędrowała mi taka oto swobodna myśl, że pora już prawie późna, a i dla kolacji najodpowiedniejsza. A czy jest coś przyjemniejszego w taki zimny i ponury wieczór niż wspólny posiłek? Tak też właśnie myślałem. Mój płaszcz? Nie, nie trzeba. Długo tutaj nie zabawię. Właściwie to moglibyśmy wyjść gdzieś razem. Noc ostatecznie nie jest taka straszna, a niekiedy lubię zjeść coś na wynos?
    Prawdę powiedziawszy, ani trochę nie odnajduję się w czynności, którą można nazwać pisaniem wstępów. Stąd też taki oto marny popis twórczości ? najmocniej wszystkich przepraszam ? literackiej, która z założenia miała się stać substytutem prawdziwego wprowadzenia do tematu. Dodać jeszcze muszę, że i dalsza część złożona w przeważającej większości z literek nie powinna być odbierana jako recenzja. Takowych tworzyć nie lubię, bo i zawsze z konkretną oceną mam problem. Niech więc to będzie swoisty spis wrażeń wszelakich, które dopadły mnie na chwilę po opuszczeniu kinowej sali.
    Wiedzieć Wam trzeba, że każdy converse od czasu do czasu pójdzie do kina. Wyjątkiem nie jest tu więc i theconverse, który choć nie może już sobie pozwolić na tak częste bycie gościem przed wielkim ekranem, tak nadal z przyjemnością odnajduje się w towarzystwie szeleszczących opakowań skrywających przeróżne zakąski, siorbiących apetyczne napoje, a zasiadających po sąsiedzku widzów oraz przede wszystkim nazbyt głośnych i zupełnie niestosownych komentarzy tych ostatnich. Na szczęście paczka chipsów czy inna prażona kukurydza nadal potrafi zachować milczenie.
    Tytuł zawieszony całkiem nieopodal, bo nad tym tekstem, sugeruje że przypadła mi w udziale zbiorowa projekcja dzieła filmowego, które według oficjalnych informacji ma pretensje do bycia horrorem, a i melodramatem zarazem. Wyprzedzę jednak Wasze pytanie i odpowiem, że tekst ten poświęcony jest amerykańskiej wersji szwedzkiego filmu, który w naszym rodzimym języku wygląda całkiem tak samo ? Pozwól mi wejść. Niestety nie było mi jeszcze dane doświadczyć tej historii w wykonaniu filmowców z północy. Dlatego też przygotujcie się na kilka akapitów o wersji anglojęzycznej.
    Rozpocznę może od najważniejszego, czyli od tego, iż produkcja ta przypadła mi do gustu. Przede wszystkim dlatego, że po długim czasie miałem możliwość zapoznania się z istotą, którą darze ogromnym afektem, a która to nie została doszczętnie zmielona przez tryby zachodniej machiny, gdzie nie opowieść jest ważna, a ilość statuetek, które powinna ona zapewnić. W końcu zaprezentowano mi wampira, który zdaje się być realną postacią. Co więcej, tak naprawdę nikt z twórców nie przyznaję się, że to właśnie z klasycznym krwiopijcą mamy do czynienia. Niech żyją niedopowiedzenia!
    Wypadałoby, żebym przynajmniej w jednym zdaniu wspomniał o głównym wątku fabularnym. Byłoby to jednak zbyt oczywiste, a ja wolę pozostać w sferze subtelności. Będzie zatem o bohaterce, a więc wampirzycy, która prawdopodobnie nią jest, ale jednak pewien delikatnie zarysowany znak zapytania do scenariusza dopisuje. Oczywiście odżywia się krwią, a poza swoje ?legowisko? wychodzi wyłącznie po zmroku. Dodatkowo jest nadzwyczaj szybka i sprawna, a i swoja siłą fizyczną zdecydowanie przewyższa nie tylko swoich ?rówieśników?, ale i osoby dorosłe. To wszystko to tylko i wyłącznie pewien archetyp wampira, wszystkim doskonale znany. Podobnie jak długowieczność przez większość ?znawców tematu? rozpoznawana jako nieśmiertelność. Jeszcze nigdy nie spotkałem (w świecie wykreowanym przez filmowców) nieumartego z wystającymi ząbkami, który byłby całkowicie nie do pokonania, a więc odesłania do trumny, która już nigdy więcej nie zostania otwarta po zachodzie słońca. Nie można przy tym zapomnieć o tytułowym pozwoleniu na przekroczenie progu, o którym bardzo często zapomina się prezentując dzieci nocy.
    Najciekawsze jest przy tym to, że urocza dziewczynka (no dobrze, niektórzy mogliby ją nazwać emo) imieniem Abby (w tej roli młodziutka Chloe Moretz, która jeszcze nie tak dawno temu wręcz zawodowo kopała pośladki) nie tylko sama dostrzega swoje przekleństwo, ale pozwala kinowym podglądaczom w nie uwierzyć. Koniec z beztrosko chlapiącą pod sam sufit krwią i odrywaniem członków, choć i to również się w tym filmie pojawiają. Dużo bardziej istotny jest wewnętrzny konflikt pomiędzy zwierzęcą naturą drapieżnika oraz drobinkami człowieczeństwa, które lgną do równie samotnego jak ona Owena (w tej roli znany z filmu Droga Kodi Smit-McPhee). To właśnie ta niesłychanie ciekawa relacja pomiędzy ofiarą jaką jest chłopiec, bity przez szkolnych ?kolegów? i przeżywający rozwód swoich rodziców oraz dziewczynką o równie dwoistej, co zabójczej naturze sprawia, że z każdą kolejną chwilą wyczekuje się jakie będą dalsze losy tej niecodziennej pary.
    Wspominając o dwoistości głównej bohaterki muszę na moment przeniknąć na margines pisanych przeze mnie słów, żeby tam odwołać się również do biegunowego charakteru diegezy (świat przedstawiony), którą uraczyli mnie twórcy. Otóż trzeba zauważyć, że wszystkie wydarzenia, które tworzą fabularną oś filmu wyraźnie zaznaczone są jako przepełniony emocjami świat ludzi małych ? Abby i Owena ? oraz zupełnie inną rzeczywistość dorosłych. Fantastycznie zaprezentowaną tę odrębność na przykładzie matki chłopca, która choć jest dla niego osobą najbliższą, tak naprawdę nigdy nie poznajemy jej twarzy. Chłopiec wiecznie się z nią mija, wyraźnie nie radzi sobie z bolesną sytuacją rozwodu, a dodatkowo ucieka w świat, który tworzy wyłącznie z Abby. Nawet sąsiedzi są tylko statystami, z którymi Owen się mija lub podgląda ich przez znajdującą się w jego pokoju lunetę. Jest jeszcze opiekun żądnej krwi dziewczynki, który choć nie jest postacią całkowicie nieistotną, to i on sam przeżywa swój własny dramat.
    Wspominając o emocjach, a przy tym odwołując się do gatunku jakim opisano Pozwól mi wejść ? melodramatu ? nie można zapomnieć o rodzącym się pomiędzy parą jeszcze dzieci (Abby niekiedy jest takim właśnie dzieckiem) uczuciu, którego charakter pokreślony jest przez pojawiające się przez kilka chwil dzieło Szekspira, a które zapewne dobrze znacie ? Romeo i Julia. Najwidoczniej relacja wampirzycy i osamotnionego chłopca nie może się dobrze zakończyć.
    Jak do tej pory ilość popełnionych przeze mnie słów na pewno odstraszy sporą część czytelników, a ja nadal nie miałem okazji do podzielenia się z Wami choćby połową własnych przemyśleń. Może dalsza dyskusja powstała wśród komentarzy poniżej na to pozwoli. Natomiast zakończyć ten tekst muszę uwagą najtrafniej w mojej ocenie oddającą charakter miłośniczki hemoglobiny. Abby choć nienazwana wprost wampirem, jest nim w pełni. Choć i w nowiu doskonale sobie z tym radzi. Dlaczego? Ponieważ będąc nawet targaną sprzecznymi emocjami pozostaje egoistką, dla której najważniejsza jest ona sama. Co zaskakujące, nawet taki Edward Cullen wpisuje się w ten nurt krwiopijców. Przecież, gdyby naprawdę kochał pannę Swan, pozwoliłby jej odejść?
    PS. W ramach ucieczki od nawału tekstu ? ankieta. Ciekawi mnie, czy mając świadomość przekleństwa jakim naznaczono wampiry, symbolicznie pozwolilibyście przekroczyć im próg Waszego domu, a więc i Waszego życia.
  13. theconverse
    czyli w poszukiwaniu pogrzebanego mózgu
    W miejscu tym winien rozbrzmieć dźwięk przesuwanego trumiennego wieka lub też innej nagrobnej płyty, ale niestety zatrudniony do niewolniczej pracy Igor wybrał się na pobliski cmentarz w poszukiwaniu pomocnej dłoni. Miast tego posłużę się klasycznym już I bid you welcome.
    Dzisiejszy wpis pozwoliłem sobie przeznaczyć, co zapewne nie będzie wielką niespodzianką, na jakże romantyczne i pełne uroku święto, jak i atmosferę mu towarzyszącą. Wiedzieć Wam przy tym trzeba, że określenie go mianem romantycznego nie jest ani trochę bezzasadne. Przy hurtowych wręcz ilościach płonących świeczek i lampionów nie można przecież pisać inaczej, jeśli nie w duchu sprzyjającym głębokiemu spoglądaniu sobie w oczy i upaćkaniu krwistym sosem do spaghetti, którego smakowite nitki tak ochoczo uwielbiamy zasysać wespół z bliską naszemu bijącemu jeszcze sercu osobą. Choć pompujące życiodajny ketchup serducho ostatecznie nie jest aż tak bardzo konieczne. Zombie to w końcu też ludzie i swoje uczucia mają. Uczucie głodu dla przykładu.
    W ten oto gładki jak lico golącego się zardzewiałym blenderem jegomościa sposób, bezpośrednio mogę już podreptać do zakotwiczonych w tytule zombie. O dziwo truposzczaki ? przepyszne określenie ? te są całkiem jeszcze mobilne, a niekiedy pozornie zdarzy im się zagrzechotać frywolną myślą pomiędzy jednym a drugim uchem. Wesoło się wówczas uśmiechają. Oczywiście to tylko pozory, bo grupa ta w większości przypadków nie jest skalana jakimkolwiek zdrowym, czy też nawet chorym rozsądkiem. Zero. Null. Mózgowa próżnia. Pewnikiem odnaleźliście w tym opisie licznych w tych godzinach świątecznych cmentarników, prawda?
    Pytanie nieskomplikowane jak gusta kulinarne Zgniłka i Mózgostworka: Gdzie przez cały czas przebywają całe stada jednodniowych bywalców nekropolii? Na zapleczu. Za kulisami. W emocjonalnie rozgrabionym grobie zapomnienia. A co tam ciekawego robią nasi milusińscy? Przygotowują się na cmentarny pokaz mody oraz konkurs pantomimy zatytułowany Gibanie przy pomniku, chyba muszę siku. Nie możemy przy tym zapomnieć o jeszcze jednej grupie, specjalistach praktykujących nagrobkowy decoupage. Ostatnia kategoria jest od dłuższego już czasu najpopularniejsza, ponieważ zwycięzca tych specyficznych zawodów ma prawo obnosić się z mistrzowskim wieńcem pogrzebowym zawieszonym na szyi przez cały najbliższy rok. Zaiste niezwykła to sprawa!
    Dość jednak tych złośliwości. Zapewne i tak znaczna część czytający te słowa równie mocno jak autor stawiający te literki, cierpi na pewnego rodzaju alergię na wyżej opisane zjawisko, które podobnie jak przekazywany nam z dziada pradziada kult umartwiania się i zaszywania uśmiechu pod pozorem przeżywania chwil wzniosłych i pięknych, wrósł w nasz kręgosłup polskości. Pewien równie cyniczny jak ja w podobnych sytuacjach człowiek, nazwał ten zbiór tak naprawdę karygodnych postaw jako ? co jest określeniem zdecydowanie mięsistym ? narodową nekrofilię. Temat ten uważam, więc za odwieszony na hak. Swój jad wyplułem, pora rozerwać nici krępujące zwyczajny, nieskażony patosem uśmiech.
    Prawda jest również taka, że osobiście darzę cmentarne alejki pewnego rodzaju afektem. Dlatego zamiast wspinać się na katafalk, by pomachać do zgromadzonych wokół podobnym sobie cmentarnym hienom, które zamiast skrytych w grobach precjozów rozkradają je z jedynej rzeczy, która pozostała zmarłym ? szacunku dla nich, jak to mam w zwyczaju, przespaceruję się wśród pogrzebanych ciał w głębokiej izolacji od tłumu, kilka dni po cmentarnym szaleństwie lub też wczesną poranną porą jutrzejszego dnia. Taki mam plan.
    Przy tym napomknąć muszę, że jako człek, który obciążony jest chronicznym wręcz towarzystwem dyndającej na wysokości klatki piersiowej torby z aparatem fotograficznym, tak i w tym roku zachowam kilka kadrów podstępem zebranych w martwym mieście nieboszczyków. A na dokładkę odeślę kilka wrogich potworów na znany niektórym graczom karciany Cmentarz.
    Na prawie już zakończenie trzy i pół sprawy. Pierwsza jest rocznicowa, gdyż oto za chwilę minie rok odkąd stawiam już nie tak niepewne kroki na tym blogowym gruncie, co niezmiennie dostarczą mi nielichą satysfakcję. Druga to odstawiony tymczasowo na boczny tor The Unknown Project, który niczym okręt błędnie określany mianem łodzi podwodnej niebawem wypłynie na powierzchnie z ciemnej morskie toni. Przedostatnia kwestia to fragment filmiku zatytułowanego Full Metal Guide To The Trailers, który za każdym razem, gdy przychodzi mi rzucić na niego okiem setnie mnie bawi, a i związek z cmentarzem w sobie kryje. Natomiast połóweczka, o której napomknąłem to takie moje małe coś, co pełni funkcję wizualizacji pewnego marzenia. Co prawda tym razem musiałem uciec się do haniebnego wypożyczenia cudzej pracy, która niczym rozczłonkowane ciała pozwoliły mi stworzyć fotograficznego potwora Frankensteina. Bo nie ma nic przyjemniejszego w wybraniu się na cmentarzysko, niż napotkanie tam ponętnej pani archeolog, co to lubi wydłubywać zmarłym z ich skostniałych rąk jakiś kosztowny drobiazg. Moje skromne marzenie. Moja osnuta fantazją idealna randka z panną Croft.
    the old graveyard
    A teraz mózgi sprzed monitorów odnieście do kuchni i smacznego!
    Wersety użyte do stworzenia mojej własnej opowieści z krypty:
    Cmentarz Lara Croft
  14. theconverse
    The Unknown Project
    Dobry wieczór obywatele. Wiedząc, iż pamięć ludzka bywa krótka, a wspomnienia ulotne, pragnę postawić te kilka literek, które nie pozwolą Wam zapomnieć o zaplanowanym przez Asgarotha da Fae oraz mnie przedsięwzięciu, tytułowym The Unknown Project.
    Przyjąć można, iż znacząca część forumowiczów, którzy przekroczyli próg tego właśnie bloga, natknęła się wśród kolejnych leniwie toczących się dni tworzących ponoć całe nasze życie na zjawisko nazwane flash mob. Po wszelkie instrukcje związane z tym terminem odsyłam do odpowiednich zakamarków globalnej sieci. Od siebie tylko dorzucę, że projekt noszący aktualnie nazwę wyłącznie tymczasową, według rozrysowanego naprędce planu obrać ma właśnie charakter takiego błyskawicznego tłumu.
    Oczywiście wszystko w Waszych rękach, stopach oraz uszach, bo przecież ważnym elementem wspólnej zabawy wynikającej ze zgromadzenia się w jednym miejscu i ze wskazówkami ułożonymi identycznie na (co ponownie podkreślę, mam nadzieję) licznych tarczach zegarków i innych wyświetlaczach komórczaków telekomunikacyjnych, mają być odtwarzacze muzyczne.
    Żeby jednak niepotrzebnie nie przedłużać i Waszego czasu nie kraść, proszę o zainteresowaniem tą formą zabawy oraz wzięcie udziału w ankiecie, która znajduje się pod tym adresem, a która będzie wyznacznikiem w jakich miastach naszego kraju zorganizujemy ostatni etap projektu. Póki co największe szanse ma Poznań oraz Bydgoszcz, która pomimo nieciekawego wyniku jest przestrzenią, w której osobiście się przemieszczam i mam w niej możliwość gromadzenia ludzi poza forumowym obiegiem.
    Więcej informacji już w niedziele, kiedy postaram się ogłosić wstępnie zakwalifikowane miejsca zabawy. Później już tylko specjalna strona internetowa oraz najważniejsze ? plik dźwiękowy, który będzie stanowił centralny punkt The Unknown Project. Do zobaczenia!
    PS. Wspólne spotkanie odbędzie się w weekend, więc na pewno znajdziecie czas. Nie bójcie się więc zrobić czegoś razem i w niecodziennej atmosferze. The Unknown Project Was potrzebuje! A ja grzecznie proszę.
  15. theconverse
    W tle The Unknown Project?
    Witajcie. Z wielu powodów dzisiejszy wpis nie będzie w żaden sposób związany z realizowanym małymi kroczkami The Unknown Project. Na chwilę obecną, zapowiedziany niedawno flash mob przetacza się powoli po mojej głowie i wymaga jeszcze dopięcia przynajmniej kilku guzików, by z fazy typowo przygotowawczej wejść w etap kolejny, a dotyczący już wstępnej realizacji. Dlatego też w dzisiejszym odcinku moich blogowych zmagań z samym sobą, mając akurat na podorędziu zaledwie kilka kadrów jesiennej, miłościwie nam panującej aury, postanowiłem przesłonić nimi wspomniany wcześniej projekt. O nim więcej dowiecie się do końca rozpoczynającego się jutro nowego tygodnia.
    Wtedy właśnie zapadnie ostateczna już decyzja dotycząca miast, które wezmą udział w tym wydarzeniu. Nie ukrywam, że po ogłoszeniu tej informacji liczę na odzew z Waszej strony. Dwie zaangażowane w taką akcję osoby niestety nie są w stanie sprawnie jej przeprowadzić, a póki co tyle person liczy sobie nasza projektowa drużyna. Dziękuję również wszystkim, którzy do tej pory zgłosili swoją chęć pomocy.
    Wystarczy jednak już tych literek! Niech przemówi sztu? Wiecie co mam na myśli.
    czarno-biała jesień 01
    czarno-biała jesień 02
    czarno-biała jesień 03
  16. theconverse
    The Unknown Project
    Witaj nieznajomy,
    Być może nigdy nie mieliśmy okazji, żeby wspólnie dzielić pospiesznie mijające chwilę, ale oto nadarza się okazja, żeby odmienić los i stworzyć coś, o czym będziemy mogli opowiadać przyszłym pokoleniom. Czy chciałbyś być częścią wydarzenia, które wraz z moim kolegą Asgarothem da Fae nazwaliśmy The Unknown Project? Nie mogę Ci jednak zdradzić już teraz czym jest, ani jaka jest prawdziwa nazwa projektu, który być może całkiem niedługo będzie miał miejsce blisko Twojego domu. Tylko od Ciebie i Twoich chęci zależy, czy będziesz mógł być nie tylko świadkiem, ale również i uczestnikiem tej niecodziennej sytuacji. Wybór należy do Ciebie?
    Tym nietypowym wstępem chciałbym Was powitać, ale również i zaprosić do bycia częścią ogólnopolskiego (taką mam nadzieję) projektu, którego głównym celem jest przede wszystkim dobra zabawa, jak i możliwość zgromadzenia w jednym miejscu i czasie sympatyków tutejszego Forum Actionum. Choć nie ukrywam, że im nas więcej, tym przyjemność większa, więc nie bójcie się zainteresować tym tematem Waszych przyjaciół i znajomych, którzy nigdy nawet nie słyszeli o forum CD-Action. Jedynym warunkiem, jak musicie spełnić, żeby wziąć udział w zabawie jest posiadanie odtwarzacza muzycznego lub telefonu komórkowego posiadającego taką właśnie funkcjonalność oraz obecność w ustalonym przeze mnie w danym dniu i o konkretnej godzinie miejscu.
    Na chwilę obecną staram się ustalić ile oraz w jakim stopniu głównych polskich miast mogłoby wziąć udział w zabawie. Zakładam, że do zorganizowania projektu potrzebnych jest przynajmniej pięć dziesiątek osób z danej miejscowości. Dodatkowo jednak, każde miasto powinno posiadać specjalnych pomocników, którzy jako współorganizatorzy przyczynią się do przeprowadzenia tego nietypowego eksperymentu społecznego.
    Stąd moja prośba, żeby osoby zainteresowane pomocą naskrobały do mnie prywatną wiadomość udzielając kilku odpowiedzi na poniże pytania:
    Z jakiego jesteś miasta? Ile masz lat? Czy posiadasz cyfrową kamerę wideo? Czy posiadasz cyfrowy aparat fotograficzny? Czy jesteś osobą odpowiedzialną, zorganizowaną, dotrzymującą słowa?
    Na ewentualne wiadomości postaram się odpowiedzieć do końca przyszłego weekendu zależnie od ilości zgłoszeń, które do mnie trafią.
    Już w przyszłym tygodniu określę, które miasta wezmą udział w The Unknow Project (nazwa tymczasowa) oraz poinformuję Was jaką będziecie mieli rolę do odegrania w tym niecodziennym wydarzeniu. Obserwujcie więc mojego bloga. Proszę Was również o pomoc w przekazaniu tej wiadomości, więc jeśli możecie zamieście podobne wpisy na własnych blogach, przekażcie dalej link do tej wiadomości lub zwyczajnie za pomocą aparatu gębowego powiedzcie o projekcie Waszym znajomym. Liczę na Was!
    PS. Jeśli nie możesz wziąć udziału w ankiecie, zostaw komentarz.
  17. theconverse
    Może się ten tytuł przyjmie
    Dobry wieczór. Tym razem wpis będzie taki raczej lichy, a być może nawet nieco wychudzony. Powody takiego stanu rzeczy są całe dwa, gdzie jeden to moja niestety jeszcze trwająca choroba o bardzo dokuczliwym i przewlekłych charakterze, zaś sprawa druga zarysowuje się tak, że oto cała moja inwencja spłonęła wraz ze stworzeniem jakże epickiego, czy też nawet historycznego tytuły i jego młodszego brata stojącego zaraz poniżej. Niesłychanie długaśne mi to ostatnie zdanie się udało, prawda? Gorączka panowie, gorączka!
    Swój wywód płynący z tej mojej części ciała, która również ma jakby dwie połówki, ale jednak jest odrobinkę bardziej szlachetna, rozpocznę od kilku gramów zadumy. Jestem już w tym młodzieńczo-podeszłym wieku, że oto mogę sobie pozwolić na odrobinkę zamyślenia nad chwilami dawno już utraconymi. Wiele z nich łączyło się ze słynnymi konkursami, które miały swoje miejsce gdzieś nieopodal na forum, a ostatnio powróciły niczym cień dawnych dni, ale cień bardzo miły, bo zachęcający do myślenia, tworzenia i stawiania szeregów liter, które omylnie mogą zostać przez moderatorów zdekodowane jako spam, a następnie wzięte pod mur i rozstrzelane. Co więcej, nagle z mroków niepamięci powrócili dawno niewidziani przyjaciele, koledzy i towarzysze zmagań. Trwaj chwilo, jesteś? Chyba się zapędziłem. Sam nawet skonstruowałem pracę konkursową, która w niektórych kręgach uchodzić mogłaby za film lub nawet coś co nie zmusza ostatniego posiłku do natychmiastowego odwrotu. Mogło być lepiej, jest jak zwykle. Sznureczek prowadzący do tego filmowego kłębka oczywiście pozwolę sobie tutaj zamontować:

    Teraz powinno być zabawnie i zdecydowanie w lekkiej tonacji. Przenieśmy się więc balonem wypełnionym wyobraźnią do świata leków, maści i emerytów ? do apteki! Jeszcze nie tak dawno temu, w jednym ze swoich wpisów poruszyłem temat reklam radiowych przeróżnych medykamentów. Były one skrajnie? Przyjmijmy, że nie przypadły mi one do gustu ani trochę i nawet po zażyciu śmiertelnej dawki któregokolwiek z nich. Okazuje się jednak, że oto opary absurdu, w których opisane wcześniej reklamy się wręcz tarzały i tym razem spowiły farmaceutyczny półświatek. Bo powiedzcie mi moi drodzy, czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam, czy to na twardej jawie lub w miękkim śnie, napotkać na swojej drodze komputerowy monitor przymocowany do aptecznego kontuaru za pomocą łańcucha? Wszystko dziś kradną, nawet monitory z apteki!
    Akapit ostatni, a więc o ludzkiej głupocie. Ponadto również o braku wyobraźni, wyrzuceniu instynktu samozachowawczego, a co gorsza również macierzyńskiego przez okno samochodu, a przede wszystkim o bezmyślności głęboko w co poniektórych głowach zakorzenionej. Jak inaczej można nazwać sytuację, w której matka z dwojgiem szkrabów, gdzie jeden z nich to jeszcze maluszek zainstalowany w specjalnym foteliku, przemieszcza się po miejskich ulicach w familijnym krążowniku, który lepsze lata ma już dawno za sobą, a ona (wstrętna! wyrodna! wałkująca morświny!) ucina sobie pogawędkę za pomocą telekomunikacyjnego komórczaka. I nie była to krótka rozmowa, bo tą panią to ja dłuższą chwilę we wstecznym lusterku obserwowałem. Żeby jeszcze te dzieciaki zachowywały się spokojnie, ale tak niestety nie było. Dlatego takim kierowcom mówię stanowcze nie! Rzekłem. Dobranoc.
    PS. Odpowiedź na zeszłotygodniową zagadkę to: Soprano. Niestety nikt nie podał prawidłowej odpowiedzi, więc tresowany piżmak Stefan zostaje ze mną.
  18. theconverse
    Obiektyw(nie) o gdańskich specjałach
    Dzień dobry wszystkim! Mam nadzieję, że leniwa, niedzielna atmosfera niespecjalnie zachęca Was do wodzenia oczyma po licznych literkach sterczących z monitorów i z dużo większą przyjemnością zechcecie zerknąć na kilka ?screenów? stworzonych przeze mnie podczas pobytu w Gdańsku.
    W myśl starej prawdy, że obrazek milszy jest dla ocznej gały, bo i więcej za jego pomocą można opowiedzieć, aniżeli posługując się nawet wszystkim zawartymi w słowniku poprawnej polszczyzny słowami, dlatego też obiecane tydzień temu zdjęcia.
    Zanim jednak przełączycie się z trybu czytania na ten nazywany spoglądaniem muszę jeszcze dodać, że liczę, iż tym razem krzyhu będzie mógł w tym wpisie odnaleźć nie tylko piękno nadmorskiego miasta, ale na czym mi szczególnie zależało, także jego różnorodność. Choć nie ukrywam, że na większości z kadrów zabrakło jakby serca? Ot taki dziwny to dla mnie czas. Przyjemności!
    owoce morza 01
    owoce morza 02
    owoce morza 03
    owoce morza 04
    owoce morza 05
    owoce morza 06
    owoce morza 07
    owoce morza 08
    owoce morza 09
    owoce morza 10
    owoce morza 11
    owoce morza 12
    owoce morza 13
    PS. Krótka zagadka. Przechadzając się uliczkami Gdańska nie mogłem nie zatrzymać się na chwilkę przy jednej z lodziarni o bardzo charakterystycznej nazwie. Podpowiedzieć mogę, że kojarzy mi się ona z Alabamą i bardzo rodzinnym serialem telewizyjnym? Jaka jest Wasza odpowiedź?
  19. theconverse
    Zakłady fotochemiczne na? fotografii.
    Witajcie. W dniu dzisiejszy dotrzymuję słowa, które dałem podczas poprzedniego wpisu i oto prezentuję Wam zdjęcia wykonane podczas mojej małej wyprawy na teren dawnych Bydgoskich Zakładów Fotochemicznych, zwanych popularnie Fotonem.
    Co najbardziej zaskakujące to fakt, że jeszcze jako gołowąs odwiedzałem przyległy do zakładów sklep fotograficzny, w którym to uprzejma pani przyjmowała ode mnie negatywy do wywołania, a zupełnie nie miałem pojęcia jakie to tajemnice skrywa ten znajdujący się prawie w centrum miasta kompleks.
    Na chwilę obecną pracuję w jednym z budynków, które aktualny właściciel wydzierżawia licznym sklepom, hurtowniom oraz zakładom produkcyjnym. Prawdopodobnie niedługo cała, mocno już podupadła zabudowa zostanie zrównana z ziemią i zamiast dumnie piętrzącego się budynku głównego, na szczycie którego rozlokowano całe mnóstwo różnego typu nadajników, powstanie? Właściwie to nie mam pojęcia co mogłoby zastąpić ten tak dobrze znany bydgoszczanom element miejskiego krajobrazu.
    Tak czy inaczej, póki co, gdy przekroczyłem bramy Fotonu i na chwilę zapomniałem o współczesnych samochodach, szyldach różnego rodzaju firm i głośnej muzyce gitarowej, która dobiegała z pobliskiej salki prób amatorów mocnych brzmień, poczułem się prawie jak w Zonie. Na szczęście przedstawiciele lokalnej fauny w postaci trzech zaciekawionych moją wizytą kotów, nie zdradzali jakichkolwiek oznak silnego oddziaływania niebezpiecznych środków chemicznych, które znajdowały się kiedyś na tym obszarze. Dlatego odrobinkę podniecony tym co napotkam podczas eskapady, a przy tym ośmielony obecnością sympatycznego kompana uzbrojonego również w aparat, weszliśmy do środka?
    fot(o)on 01
    To właśnie ten budynek stanowił główny cel naszych odwiedzin tego zakładu widma. Osiem pięter, jeśli zawierzyć widocznym jeszcze oznaczeniom wymalowanym na klatkach schodowych i bardzo nietypowa droga ewakuacyjna?
    fot(o)on 02
    ? w postaci balkonów wyposażonych w drabiny. Muszę w tym miejscu dodać, że większość drzwi, które widzieliśmy w budynku była niesamowicie wręcz masywna. Być może takie była wymogi bezpieczeństwa, ale osobiście wolę wierzyć, że ich zadaniem było raczej skrywanie wielkich tajemnic.
    fot(o)on 03
    Wnętrza prócz obdrapanych ścian, z których całymi fragmentami odpadała zmurszała farba skrywały również stare zbiorniki lub zalane pomieszczenia techniczne.
    fot(o)on 04
    Tutaj mój towarzysz po nastąpieniu na element wyposażenia samochodu przypominający fotel, z soczystym mlaśnięciem zamoczył sobie nieprzygotowane na takie warunki obuwie.
    fot(o)on 05
    Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy wyłącznie gośćmi, a obiekt jest zamieszkały przez pozbawionych własnego domu ludzi. Stąd właśnie widoczne krzesła, a w niektórych miejscach nawet specjalnie wydzielone miejsca do palenia ognisk.
    fot(o)on 06
    Kiedy zauważyliśmy to siedzisko, początkowo było ono ustawione zaraz naprzeciwko zepsutego włącznika światła. Nie wiem dlaczego, ale osoba wpatrująca się godzinami w jeden, zawieszony na ścianie punkt przypomniała mi scenę z filmu grozy?
    fot(o)on 07
    Nie, to nie jest ta wspomniana powyżej scena.
    fot(o)on 08
    Gdy dotarliśmy na ostatnie piętro byliśmy zaskoczeni całkowicie niezniszczoną instalacją elektryczną, która wraz z nieprzyjemnych, świdrującym dźwiękiem przypomniała nam, że tuż na naszymi głowami znajdują się na przykład takie anteny.
    fot(o)on 09
    Po opuszczeniu najwyższego budynku zatrzymaliśmy się zarówno przy takim oto kominie?
    fot(o)on 10
    ?jak i drabinie prowadzącej na dach magazynu, w którym odbywała się właśnie próba kapeli. Było naprawdę głośno, ale dla ucha przyjemnie.
    fot(o)on 11
    Nawet fotograf potrzebuję odpoczynku, co widać na załączonym obrazku.
    fot(o)on 12
    Ciekawostka. Wśród zabudowań tego reliktu dawnego przemysłu, jeden z garaży wynajmuje człowiek zajmujący się odrestaurowywaniem starych samochodów. Prawda, że piękny?
    Na zakończenie z przykrością muszę napisać, że znaczna część zdjęć niestety nie nadaje się do publikacji. Dopiero po powrocie do domu zauważyłem widoczne zabrudzenia, które wkradły się w kadr, co zwyczajnie zepsuło całe mnóstwo zebranego materiału. Mam jednak nadzieję, że to co Wam pokazałem, spodobało się chociaż kilku osobom. Na chwilę obecną to wszystko z mojej strony. Do zobaczenia wkrótce!
  20. theconverse
    Posłuchajcie morskich opowieści?
    Witajcie szczury lądowe! Dodatkowo, żeby być wiernym tradycji, poczęstować muszę spoczywającą na ramieniu papugę przepysznym krakersem i zakrzyknąć: Arrr! Teraz, gdy wszelkie prawidła pirackiego rzemiosła zostały wypełnione z należytą starannością, chciałbym Was zaprosić na mój GDALeon*, gdzie przy beczułce rumu i jeszcze większej ilości słonych ciasteczek opowiem Wam historię pewnej wyprawy. Krótkiej, lecz bogatej w treść? żołądkową starego rekina.
    Oto kiedy znaczna część forumowej braci i kilku nadobnych niewiast, od pewnego już czasu wypełnia swój patriotyczny obowiązek mazania po zielonych tablicach wiecznie zbyt małą kredą, autor tych słów wraz ze swoją lepszą, bo jakby ładniejszą i milszą połówką wybrał się na północ by przy wtórze skrzeczących mew tupnąć bosą stopą o morską wodę. Kronikarski obowiązek wymaga jednak, żebym miejsce swojego pobytu określił zdecydowanie bardziej dokładnie, tak więc ostatni weekend spędziłem w krainie, gdzie wąsaci faceci skaczą przez płoty, czyli w Gdańsku.
    Na temat litrów aromatycznej i nieprzerwanie przelewającej się morskiej wody nie chcę przy tym wspominać, bo to temat równie płaski i nieciekawy jak Bałtyk podczas bezwietrznej pogody. Choć już majaczący na horyzoncie port otulony delikatną mgiełką podczas wschodu słońca był całkiem uroczy i na swój sposób hipnotyzujący. Niestety warunki sprzętowo-aparaturowe nie pozwoliły mi na jego godne upamiętnienie. Niemniej kilka kadrów udało mi się podczas tej wycieczki pochwycić, co postaram się zaprezentować podczas następnego wpisu.
    Z wydarzeń, które z największą pieczołowitością zachowuję w zakamarkach pamięci, wymienić muszę Dworzec Główny mojej ulubionej Powolnej Kolei Państwowej. Wyobraźcie sobie oto scenerię, w której ogromne zdobiące front tego budynku okno witrażowe to tak naprawdę obraz autorstwa Hansa Memlinga, który większość z Was bezbłędnie rozpoznałaby jako Sąd Ostateczny. Czyżby jakaś autorefleksja ze strony rodzimego największego w kraju przewoźnika szynowego?
    Sytuacja zgoła odmienna, choć nadal nawiązująca do sacrum naszej życiowej przestrzeni to niemiłosiernie dłubiące w uszach dźwięki dochodzące z sąsiadującego z naszym lokum kościoła. Gdy tylko okres zobowiązujący cywilizowaną część społeczeństwa do zachowania ciszy nocnej dobiegał końca, melodia wygrywana za pomocą kościelnego dzwonu wwiercała się głęboko pomiędzy oczy dopiero co zbudzonego theconverse?a. Pamiętajcie więc, nigdy i pod żadnym pozorem nie wynajmujcie mieszkania lub innego pokoju w odległości mniejszej niż rzut monetą na kościelną tacę od jakiejkolwiek parafii wyposażonej w narzędzie masowej zagłady sennych marzeń. Inna kwestia to przerażenie jakim możecie zostać spowici podczas nocnej eskapady na plaże, gdy wracając do miejsca spoczynku napotkacie rzeszę wyznawców pędzących w kierunku nawołującego dzwonu. Odrobina zmęczenia, które zagłusza wrodzone instynkty, mleczne obłoczki unoszące się nad trawnikami i wiek przemieszczających się ? wróć! ? bezgłośnie sunących wiernych, który wskazywałby przynajmniej na poczynioną niegdyś mumifikację, wszystko to zdradzało wszelkie objawy przebywania na planie podrzędnego filmu grozy. Zabrakło tylko bełkotliwego mamrotania przypominającego słowo: móóóóózzzg!
    Wydarzenie ostatnie, również mrożące krew w żyłach i lody na patyku miejsce miało w pobliskim sklepie spożywczym, który pomimo kilku oznak kapitalistycznego pochodzenia, po zerknięciu na obsługę przywodził na myśl peerelowski fragment naszej historii. Uruchomcie więc raz jeszcze pokłady własnej wyobraźni i nakreślcie pomiędzy uszami obrazek, w którym dwoje głodnych turystów grzecznie oczekuje reakcji pani z działu mięsnego, która bardziej zaaferowana jest rozmową z koleżanką od serów, aniżeli stojącymi obok klientami. Kiedy już raczyła zaszczycić ich swoim znudzonym spojrzeniem państwowej urzędniczki, której petent przerywa ośmiogodzinną przerwę na kawę, następnie wysłuchała wędliniarskiej prośby, a zaraz po dokonaniu gwałtu na kawałku mięsa za pomocą krajalnicy odrzuciła go w tłum innych martwych fragmentów chrumkających i muczących zwierzątek. Taka niedbałość w obchodzeniu się z czymś co pragnąłbym uważać za jedzenie początkowo odebrała mi całą ochotę na spożycie wybranej polędwicy, a w pewnym momencie dodała mi odwagi, żeby zwrócić uwagę tak zachowującej się obsługi, ale? Osoby o nerwach słabszych od średniej ocen balującego przez cały semestr studenta proszone są o odwrócenie oczu od dalszej części tego tekstu. Ogromy widelec zakończony czymś, co mógłbym nazwać chyba tylko szpikulcami z ogromną siłą przeciął powietrze, by wzbijając się nad ladą chłodniczą, wbił się z przytłumionym hukiem w znajdującą się kilka metrów dalej deskę do krojenia mięsa. Wówczas skapitulowałem i z białą flagą powiewającą nad moją kruchą przecież głową opuściłem sklep. Wydaje mi się, że jeśli byłbym reżyserem wspomnianego wcześniej gatunku kina, ekspedientka mogłaby dostać angaż w krwawym horrorze. Na mój gust byłby to typowy slasher zatytułowany Pani z mięsnego. Jason, Freddy, wasze dni właśnie zostały policzone. Możecie odejść i już nie wracać.
    Na tym chciałbym zakończyć moją morską opowiastkę, choć słona woda była dla niej zaledwie wyblakłym tłem. Zdecydowanie bardziej Waszą uwagę pragnąłem skupić na pewnych drobiazgach, które nawet podczas najzwyklejszego dnia mogą urosnąć do rangi prawdziwej przygody. Bo przecież tym była moja wyprawa, kiedy to trafiłem przed Sąd Ostateczny zaraz po wyrwaniu się z objęć błąkających się we mgle zombie i mającej mord w oczach Rzeźniczki z Gdańska. Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Ahoj!
    *GDALeon ? gra słów wiążąca ze sobą dwa wyrazy: miasto Gdańsk oraz Leona, czyli lwa, który jest nieodzownym symbolem tej właśnie miejscowości. Możecie już uruchomić swoje gruczoły wesołości? No dobrze, nie musicie ani trochę, to nie było zabawne.
  21. theconverse
    Zioła dla niejadka z wątroby rekina
    Witam. Po mojej ostatniej przygodzie z fotografią, w dniu dzisiejszym chciałbym Wam zaproponować coś innego, aniżeli tylko same literki. Tym razem postanowiłem sięgnąć do jednego z popularniejszych mediów współczesnego świata, czyli do radia.
    Otwarcie muszę przyznać, że jeszcze do niedawna nie nadstawiałem specjalnie ucha, by wsłuchiwać się w liczne radiostacje, ponieważ wszelkich informacji poszukiwałem w zaplątanej sieci zarzuconej w bezbrzeżnym ocenie mniej lub bardziej prawdziwych faktów. Choć powszechnie wiadomo, że fakty nieprawdziwe być nie mogą? Piękna teoria, prawda? Z drugiej strony muzyka, która najczęściej sączyła się przez moją uszną małżowinę raczej za pomocą przygotowanej własnoręcznie dyskografii i komputera lub innego przenośnego odtwarzacza, a nie dzięki radioodbiornikom podającym wyselekcjonowane zestawienie największych przebojów, których odbiorca mający wybór nie chciałby usłyszeć. Wszystko zmieniło się odkąd każdego dnia spędzam osiem godzin w pewnym biurze.
    A tam z komputerowych głośników dopada mnie program jednej z popularniejszych w naszym kraju radiostacji. Na szczęście w niewielkich ilościach jest ona akceptowana także przeze mnie. Rzecz w tym, że oprócz utworów promowanych z uporem godnym większej sprawy, audycje przerywane są fantastycznymi wręcz blokami reklamowymi. To właśnie o nich chciałbym dzisiaj popełnić kilka akapitów.
    Według niektórych danych, reklama radiowa zaraz obok tej telewizyjnej i prasowej znajduje się na podium treści perswazyjnych, z którymi mamy do czynienia w codziennym życiu. Co więcej, jest ona ponoć traktowana jako najmniej irytująca, a ze względu na sam charakter radia jako medium, jesteśmy najbardziej skłonni uwierzyć w informacje za jego pomocą przekazywane. Koniecznie zapamiętajcie więc, że telewizja i prasa kłamią, a radio ani trochę, bo to nasz największy przyjaciel wśród tych wszystkich mydlących nam oczy i uszy wstręciuchów. Doskonałym przykładem jest tu zapewne radio rodem z Torunia? Nie o tym jednak miało być!
    Otóż przesiadując od rana do popołudnia, wpatrując się w rzędy cyferek wyświetlanych przed moimi oczami, co jakiś czas napadają mnie trzy, katastroficznie wręcz nieznośne spoty reklamowe. To chyba znamienne, że we wszystkich udział biorą dzieci.
    Na początek zaserwuję Wam więc reklamę oleju z wątroby rekina, który podczas panującej jesiennej atmosfery uchroni nas przed całym złem. No dobrze, może nie przed całym. Tego dokonać może wyłącznie podwójna dawka oleju z wątroby rekina!
    Preventic Extra
    Według mnie, chłopiec radzący ojcu podwójna dawkę, sam musiał łyknąć chyba dwa opakowania tych niesamowitych kapsułek. Oczywiście, że zwyczajnie marudzę, ale musicie przyznać, że jest coś nietypowego w głosie tego malca. Mnie on osobiście przeraża.
    Przykład kolejny to scenka rozgrywająca się w przedszkolu i rozmowa pomiędzy byłym niejadkiem oraz przedszkolanką. Myślę, że właśnie odkryłem skąd bierze się nadwaga wśród najmłodszych pokoleń.
    Apetizer
    To dość interesujące, ponieważ reklama ta wzbudziła spore kontrowersje, co zakończyło się wystosowaniem kilku skarg ze strony konsumentów, które następnie trafiły bezpośrednio do Komisji Etyki Reklamy. Główne zarzuty to kreowanie zafałszowanego obrazu rzeczywistości, w której tak naprawdę każde dziecko, które nie zawsze ma ochotę pochłonąć cała zawartość talerza, przyjmować musi reklamowany suplement diety oraz zaprezentowanie sytuacji, w której przedszkolanka pragnie zakupić wspomniany specyfik dla wszystkich dzieci, co oczywiście w myśl przepisów prawa jest zabronione. To znaczy nabyć suplement diety może, ale już podać go dzieciom niekoniecznie.
    Ostatni już przypadek, drażniący mnie najbardziej, bo niemożliwością jest wyrzucenie go spomiędzy tego, co większość z nas ma pomiędzy uszami. Dodatkowo twórcy reklamy bez absolutnej krępacji prawdopodobnie pragną opowiedzieć się za legalizacją pewnego środka odurzającego.
    Immunaron
    Zioła, wesołość i odporność? Tylko czekać aż dzieci zaczną nam skakać z dachów, bo przecież nic im po zażyciu magicznego syropu nie grozi. A to ponoć gry komputerowe mają negatywny wpływ na psychikę młodych ludzi?
    I tym mocnym akcentem dziękuję za uwagę. Pozdrawiam.
  22. theconverse
    sv_cheats 1
    /give secondlife
    /map theatre_04
    Stać się tak może, iż moje słowa dla wielu przymuszonych ostatnimi czasy szkolnym obowiązkiem wydać się mogą bardzo okrutne, ale postanowiłem zaryzykować. Uwielbiam ten wrześniowy miesiąc! A teraz, gdy szczęśliwie uniknąłem skrytobójczych ataków za pomocą ciskanych we mnie cyrkli lub innych zaostrzonych ołówków, wyjaśnić mogę skąd ten mój afekt do zwiastującego jesień września.
    Powodów tak naprawdę jest kilka, ale tylko jeden jest dla dalszych moich słów istotny, wrzesień to bowiem czas, gdy po letniej stagnacji bydgoscy aktorzy powracają na sceniczne deski. Dla mnie oznacza to natomiast wyprawę pomiędzy nasz jak najbardziej realny świat, a jego przyjemne w odbiorze iluzoryczne odbicie.
    Czy ktokolwiek z Was dokonał do tej pory zestawienia czegoś, co mówiąc krótko można nazwać substytutami prawdziwego życia? Mam tu na myśli porównanie, na ile książki, filmy fabularne, ale oczywiście i gry komputerowe lub inne podobne zjawiska są w stanie zaprezentować rzeczywistość, która nas otacza. Co więcej, stworzenie takiej nietypowej analogii tych tak przecież różnych światów, doprowadziło mnie do frapującego wniosku. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile podobieństw można zaobserwować pomiędzy grami wideo a teatralnym przedstawieniem.
    Oczywiście aktorskiej sztuce najbliżej jest do gier fabularnych, ale takie połączenie jako narzucające się w pierwszej kolejności możemy pominąć. Zdecydowanie bardziej wolę odnieść się do pojęcia świata postrzeganego z perspektywy pierwszej osoby, a więc głównie wszelkiej maści gier, w których centrum wyświetlanego obrazu zdobi mniej lub bardziej pomysłowy celowniczek.
    Ogromną zaletą wyprawy do teatru w prawdziwym życiu jest na stałe wyłączony HUD. Jeśli musisz sprawdzić ile posiadasz kredytów, wybacz, czeka Cię zerknięcie do portfela. Dzięki temu poziom trudności ani trochę nie przypomina produkcji dla nie-bij-nie-strzelaj-jestem-każualem, nawet jeśli akurat włączyliście prostą minigierkę w postaci zaparkowania samochodu przed budynkiem teatru. W dzisiejszych czasach z każdym dniem przybywa tytułów, które próbują zawojować rynek właśnie za pomocą takiego naturalnego systemu obserwowania wirtualnej rzeczywistości.
    Kiedy uiściłem stosowna opłatę napotkanemu NPCowi, ten wskazał mi mój własny wieszaczek w szatni (to dopiero wersja beta zakładki inventory), a następnie wraz z tłumem oskryptowanych botów udałem się na wykupione wcześniej miejsce siedzące. O dziwo pathfinding publiczności był zaskakująco dobry. Niestety sam poziom wymagał kilkukrotnego restartu, ponieważ nie wszystkie tekstury odpowiednio szybko się doczytywały. Myślę, że to charakterystyczny błąd mapy, na której przebywałem, bo i w późniejszym czasie pojawiająca się scenografia potrafiła niewyobrażalnie wręcz zadławić ilość FPSów.
    Kilka słów o użytych przez grafików teksturach. Całkiem dla oka przyjemne, ale? W jaki sposób mam uwierzyć, że mapa oldchurch_01 to naprawdę średniowieczny kościół, gdy w tle dostrzegam ordynarnie wręcz nałożone tabliczki wskazujące drogę ewakuacyjną?! Testerzy najwidoczniej przespali ten problem. Na pochwały zasługują przy tym kapitalnie generowane efekty świetlne i fizyka obiektów. Brawo! Można więc przyjąć, że oprawa graficzna sprostała moim oczekiwaniom. Podobnie było ze ścieżką dźwiękową towarzyszącą wydarzeniom odgrywanym na scenie. Wspomnieć jednak muszę, że w dwóch przypadkach efekty dźwiękowe nałożyły się w zaskakujący sposób. Pierwszym przypadkiem była idiotyczna melodyjka przypominająca dzwonki starszych modeli telefonów komórkowych, która pojawiła się podczas bardzo podniosłej sceny. Inną wpadką dźwiękowców były krótkie, urywane sample brzmiące niczym otrzymana wiadomość tekstowa. Na szczęście to tylko drobiazgi.
    Nic do zarzucenia nie mam przy tym programistom odpowiedzialnym za AI znajdujących się na scenie NPCów. Wszelkie zachowania i prowadzone dialogi wypadły wyśmienicie. Zabrakło tylko opcji rozmowy pomiędzy nimi a mną. Dopiero po przedstawieniu dowiedziałem się, że cały ten pokaz miał za zadanie zaprezentować możliwości silnika i wszystko co widziałem było prerenderowaną cut scenką.
    W ramach podsumowania mogę powiedzieć tylko jedno. Czekam na pierwszy prawdziwy gameplay i dopiero wtedy z czystym sumieniem będę mógł wystawić końcową ocenę. Niemniej produkcja zatytułowana Joanna d?Arc. Proces w Rouen ma szansę stać się hitem mogącym konkurować z takimi tuzami growego rynku jak Czort go łokradł czy chociażby rodzimym symulatorem stołówki ? Bufet Sztorm. Jest na co czekać!
    PS. Już za tydzień fotograficzna relacja z wyprawy do? Sami zobaczycie.
  23. theconverse
    czyli o huśtawkach, piaskownicach i karuzelach.
    Parafrazując słowa włoskiego poety, porzućcie wszelką nadzieję na spotkanie słynnego misia, Wy, którzy to czytacie. Innymi słowy, możecie czuć się bezpiecznie. Skąd więc ten japoński zwierzak o dziwnych skłonnościach w moim tytule? Najzwyczajniej w świecie postanowiłem go wykorzystać (Pedobear właśnie odkrył co to ironia losu) w roli pewnego, co muszę zaznaczyć nietypowego symbolu minionych już dni. A zatem słów kilka będzie o dzieciństwie.
    Mogłoby się wydawać, że ani trochę nie należę jeszcze do elitarnej grupy dwudziestokilkulatków, którzy otaczający ich świat postrzegają w bardzo smutnych, szarych barwach, a ich codzienne rozważania traktują o zbliżającej się z każdym dniem emeryturze. Na szczęście nie należę. Dlatego zamiast omawiać z zaprzyjaźnionym geriatrą problemy z bezwolnie ulatującymi wszystkimi otworami ciała sokami witalnymi, czas swój wolę spędzać na kilku tylko tak zwanych dorosłych sprawach oraz całej gromadce pomniejszych przyjemnostek, za pomocą których próbuję okłamać własną metrykę.
    Człowiek to jednak stwór taki bardzo sentymentalny i często lubiący bujać w obłokach przeszłości. Nie jestem w tym przypadku wyjątkiem, bo i niekiedy sam chętnie wracam do dni, gdy wraz z grupką kolegów ganiałem radośnie po pobliskich lasach z patykiem w ręku i dźwięcznych tratata na ustach. Zakładam, że dla sporej części osób, które czytają te słowa, powyższy fragment mógłby co najwyżej podsunąć myśl, że oto theconverse cierpi na pewnego rodzaju zaburzenia psychiczne i trzeba go z tym jego patykiem wysłać do przytulnej izolatki. Jak widać, i tutaj posłużę się kolejnym znanym fragmentem, wojna jednak się zmienia. Diametralnie niestety.
    Do samego napisania tego tekstu natchnęła mnie niedawna wyprawa z siostrzeńcem mojej M. (aktualnie nie przesiaduje już tyle przed monitorem, wspólnie staramy się za to o? ciekawe słowa w Scrabble) na klasyczny, choć całkowicie odmieniony poprzez swoje różnobarwne elementy plac zabaw. W tym miejscu mógłbym napisać, że za moich czasów? Spójrzmy prawdzie prosto w przekrwione ślepia. Za moich czasów faktycznie nie tworzono takich zmyślnych miejsc dziecinnej rozrywki. Mieliśmy za to własnoręcznie budowane tory do wyścigów kapsli po piwie lub inne trzepaki do prezentowania karkołomnych ewolucji. Tak czy inaczej, prowadzeni przez chłopca zwanego Juniorem, wraz z M. zasiedliśmy w czymś co mogło uchodzić za współczesną karuzelę. Już po chwili, pomiędzy poszczególnymi zawrotami głowy, powróciło moje własne dzieciństwo. Dlatego zaraz po tym narzędziu tortur wszystkich windykatorów (wsiadasz i po chwili zwracasz wszystko) przemieściliśmy się na huśtawki i jeszcze inne drabinki.
    at the playground
    Możecie nie wierzyć, ale taki plac zabaw to najprawdziwszy wehikuł czasu. Z małym wyjątkiem. Aktualnie przebywając w piaskownicy jest szansa, że nie wyciągnie się z niej psiej kupy. Niech żyją ogrodzone place zabaw! Najważniejsze było jednak to, że na kilka minut powróciłem do miejsca, gdzie zamiast Call of Duty był wysłużony patyk i sklecona z gałęzi baza, zamiast Need for Speed pojawiły się delikatnie już pogięte kapsle, a zamiast The Sims były zwyczajne lalki, które moje koleżanki zawsze tak namiętnie ubierały, a koledzy rozbierali. Także bardzo namiętnie.
    Stąd mój mały apel. Jeśli znajdziecie się kiedykolwiek blisko placu zabaw lub każdej innej przestrzeni, którą Wasza wyobraźnia przemieni w cokolwiek tylko zechcecie, nie bójcie się rozbudzić w sobie wewnętrznego dziecka. Mężczyźni mają oczywiście dużo łatwiej, bo oni nigdy temu dziecku nie pozwalają nawet zasnąć. Tylko pamiętajcie, że jeśli najdzie Was ochota na szalony zjazd na zjeżdżalni, upewnijcie się, że nie będziecie jedyną dorosłą osobą wśród samych tylko dzieci. Chyba, że w oczach niektórych rodziców chcecie stać się lokalną odmianą Pedobeara...
  24. theconverse
    Jestem rozbity. Jestem niepoukładany.
    Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem namysłu nad moją własną tożsamością. Właściwie nie jedną, a jej licznymi obliczami. Wszystkie one starając się wyzwolić ponad wzburzoną taflę wody zwaną osobowością podsuwały mi różne swobodne myśli wiodące zarówno do nauk społecznych, takich jak chociażby psychologia czy socjologia, ale również do ogólnie nawet pojmowanej literatury. Do czego więc doprowadziła mnie ta moja deliberacja? Głównie do bardzo znanego cytatu: Na imię mi Legion, bo nas jest wielu.
    Człowiek w moim odczuciu to istotna nad wyraz niesłychana. Przynajmniej z kilku powodów, ale ten jeden, który chciałbym przytoczyć jest szczególny. Nie jest bowiem tak, że jako ludzie występujemy w prozie dnia codziennego jako jednostki, a raczej jako konglomerat różnych, niekiedy zupełnie skrajnych postaci. Przy tym każda z nich przyodziewa swoją własną sceniczną maskę.
    Z tego powodu wypływa na szerokie wody moich rozważań myśl, która ani trochę nie napawa mnie optymizmem. Wystarczy zaledwie na chwilę przycupnąć obok wydarzeń toczących się jakiegokolwiek z dni tygodnia by ujrzeć, że będąc sobą nie jesteśmy sami.
    Mija trzecia godzina, gdy wpatruję się w migające na ekranie monitora obrazy, jestem graczem, fikcyjnym towarzyszem broni. Nasłuchuję komunikatu, który wypowiada mój przyjaciel po drugiej stronie globalnej pajęczyny, jestem kolegą związanym latami wspólnie spędzanych chwil. Zdławiony dźwięk schowanego w szufladzie telefony przerywa zabawę. To mój ojciec. Jestem więc synem, który powinien wyprowadzić psa na spacer. Dzięki tej rozmowie przeistaczam się również w pana, właściciela kudłatego czworonoga. Jeszcze moment, wpierw skosztuję przygotowaną mi wcześniej przez moją ukochaną kanapkę. Przez kilka sekund przywrócony zostaje mi status chłopaka, kogoś ważnego dla tej uroczej, zielonookiej pannicy. Wszystko nagle zamiera. Gaśnie. Teraz stanowię jednego z rozgoryczonych klientów lokalnej elektrowni. Kolejne osobowości gwałtownie kipią pod delikatną warstwą świadomości.
    Powracam do osoby, która w rytmie regularnie uderzanych klawiszy tworzy te słowa, by po kolejnym charakterystycznym dźwięku zatopić się w ciszy zawieszonej nad klawiaturą dłoni? Czy nadal potrafię być tylko sobą?
    the weird autoportrait
  25. theconverse
    O tym jak M. chciało się pukać? owieczki.
    Drogie CD-Action,
    Piszę do Ciebie, bo już tylko Ty możesz mi pomóc. Na początek muszę się jednak przedstawić, bo mamusia tak zawsze kazała mi robić. Mam na imię Tomek. Jestem już dużym i chyba dorosłym chłopcem, choć mamusia mówi, że jest zupełnie inaczej. Jak wiadomo, mamusi trzeba słuchać, więc moją dorosłość stawiam pod znakiem zapytania. Otóż od pewnego czasu nie potrafię sobie poradzić z moją M. Ona już mnie chyba nie? no tego, przecież wiesz.
    Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. M. lubiła spędzać wspólne chwile przed monitorem. Moim, bo swój wywiozła do własnej mamusi. Podobnie jak magiczne pudełko, komputerowy klawikord i myszoskoczka, co to wszędzie gubił kulkę. Teraz mamusia M. z uporem rozwałkowywania ciasta na pierogi tej kulki po mieszkaniu poszukuje. Do rzeczy, ubranek i modnych tipsów jednak! Ta moja M., co to już chyba nie czuje do mnie tego co wcześniej strasznie wirtualne karty uwielbia układać. Całe godziny może się wpatrywać w te radośnie fruwające prostokąciki. W ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Mówi tylko: Jeszcze moment albo Idź stąd, bo przez ciebie przegram. Czasami się tylko do mnie milej odezwie, gdy chce ode mnie karty pożyczyć? płatnicze.
    To jeszcze nic. Myślę, że Ona mnie zdradza, cheatuje znaczy. Zamiast wyjść ze mną do kina lub na spacer, M. wybiera baraszkowanie z ? aż mnie serce boli ? Mariem. Skaczą tak sobie w rytm tej durnej melodyjki. Mój piesek podobną wydmuchuje przez zakatarzony nosek. Głupio wtedy wygląda. No bo jak to tak, pies i koza w jednej budzie? Ale o M. miałem pisać. Skacze tak sobie z tym hydraulikiem i łapie grzybki, a o mnie całkowicie zapomina. Co mam robić? Może powinienem zapuścić modnego ostatnio, bo bronkowego wąsa? Przecież moje rury na pewno nie przeciekają, więc nie to jest problemem.
    Zaledwie kilka dni temu sprawa przybrała jeszcze gorszy obrót. M. postanowiła zakatować ten podłużny klawisz, który całkiem często wciskałem pisząc te słowa. Wszystko dlatego, że chciała zadowolić wirtualne owce. Słyszałem, że niektórzy w tych naszych zwariowanych czasach są wręcz uzależnieni od swojej farmy, czy innej zagrody, ale Ona na moich oczach prawdziwą sodomę i gomorę uprawiała, a nie żadne tam marchewki. Cały się spociłem jak to ujrzałem, natomiast M. się tylko tak dziwnie uśmiechała przygryzając swój różowy języczek. Czy Ona woli owce ode mnie?
    Na tym jeszcze nie koniec nieszczęść. Nie spałem przez całą noc zastanawiając się, czy nie powiadomić policji. Przecież to było nieludzkie! Wystarczyło pięć minut, a Ona zabiła tych niewinnych ludzi i nawet się tym nie przejęła. Tak nie można! Karetką?! Już nawet Niko stwierdził, że ktoś powinien Jej odebrać prawo jazdy, bo już więcej nie chce wypadać przez przednią szybę. To się musi skończyć!
    Błagam Cię, musisz mi pomóc.
    Twój wierny czytelnik,
    Tomek aka theconverse
×
×
  • Utwórz nowe...