Jump to content

Cardinal

Hall of FAme
  • Content Count

    6,453
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Cardinal

  1. Retconlandia wita ;p Nie no, ja generalnie do kwestii plotholes mam dość luźny stosunek - tak długo jak nie psują klimatu i fabuły. Akurat zmianę prędkości czy brak racjonalności Reaperów mogę przeboleć... ale kiedy na koniec Bioware odpala armaty łotdefakizmu, to ja wysiadam na stacji JEZU JEZU (nieczyt.). No ale przecież Shepardem właśnie się zajęli (niemal skutecznie, tyle, że he got better). Możliwe, że według Harbingera tylko on był realnym problemem, siły militarne miały zostać puknięte w innym czasie i na innych zasadach. Zresztą to nie jest tak, że to pierwszy przypadek zniszczenia Reapera - w końcu w dwójce też śmigamy po wraku jakby wyciągniętym z R'lyeh. A pewnie - rada starszych, po długich obradach, w godzinach wieczornych, ustaliła... to co chciała xD Na to już nie mam wytłumaczenia poza takim, że Reaperzy to cwaniaczki ;] Bo ja wiem? W końcu na początku ME3 łoją nas ostro i gdyby PONOWNIE nie Shepard, to pewnie by im się udało. Także to mogłoby wyjaśniać skoncetrowanie wszystkich wysiłków wywiadowczych na postaci Sheparda - jak się okazuje, słusznie, bo ponownie on ratuje galaktyczny zadek. Oczywiście możemy gdybać co by było, gdyby rasy się zjednoczyły i zmobilizowały, noaleale, w końcu tego nie zrobiły.
  2. E nie. Poczytaj sobie encyklopedię w ME3 - tam dokładnie pisze, że prędkość FTL Reaperów to 30 lat świetlnych na dobę. Czyli w te circa pół roku jakie minęło od ME2 zdążyli przebyć 5400 lat świetlnych - pewnie akurat tyle, by dostać się z systemu Batarian do najbliższego z mass relay. Ale w czyim rozumieniu to jest szczyt ewolucji? Reaperów? Bo jeśli tak, to akurat cwaniactwo i brak rozpoznania jest całkowicie uzasadnione - jeśli poprzednio robiłeś rozwałkę iks setek razy, to prawdopodobnie możesz olać rozpoznanie. Inna rzecz, że akurat Collectorzy nie mieli za bardzo szans zbierać wyczerpujących informacji - z jednym drednotem na całą galaktykę, porywając tylko kolonistów z Pierdziszewa Dolnego? I think not. edyta: Also, 'pinnacle of evolution' w tym kontekście należy raczej odczytywać dosłownie: nie chodzi tu, że Reaperzy są lepsi/mądrzejsi od innych ras, tylko, że fizycznie są końcowym stadium ewolucji każdego 'wartościowego' gatunku - w końcu po czystce zostają one zamienione w Reaperów. Tak, ale trzeba się trochę namęczyć. Save z ME2 musi mieć lojalnych Legiona i Tali ( dodatkowo Tali nie może zostać wypędzona z flotylli), oboje muszą przeżyć suicide mission. W ME 3 Voila, prawda, że proste? ;]
  3. Tyle, że nie wiemy gdzie konkretnie znajdowali się w przestrzeni międzygalaktycznej. Teoria jest taka, że najbliżej na piechotę mieli właśnie do Alpha Relay, natomiast posuwając się tylko za pomocą FTL dotarcie do planet-stolic zajęłoby im lata. Tymczasem zapewne Harbinger sądził, że po ataku Sovereigna wszystkie rasy galaktyki skumały co się święci i przygotowują się do odparcia ataku - im więcej czasu dałby im na przygotowania, tym gorzej. Sens korzystania z Alpha Relay wynika z faktu, że element zaskoczenia już został utracony i teraz będzie się dla Reaperów liczyć jedynie czas i siła ognia. Taki rozwój wypadków wyjaśnia też, dlaczego Cytadela nie została zaatakowana na początku: wspólna mobilizacja flot ras biologicznych przeprowadzona zostałaby prawdopodobnie właśnie tam, więc atak na wiele różnych systemów naraz miał zmusić je do rozproszenia się... Ale oczywiście to takie gdybanie, bo jak wiemy, ekipa galaktyczna wcale nie zabrała się do przygotowań. Jak już wcześniej pisałem, na bank nie był on przeznaczony do replayu gambitu z Cytadelą. Moją teoryjką jest chęć sterroryzowania rasy, która walnie przyczyniła się do rozpyknięcia Sovereigna, ewentualnie Harbinger wyszedł z założenia, że co masz zrobić jutro zrób dziś i już zaczął żniwa ;-p Widzę, że lubisz tradycyjne fantasy, gdzie na końcu wszystko zawsze wraca do początkowego status quo ;-p Not today, chyba, że jednak okaże się, że podane zakończenie(a) są jednak jednym, wielkim burushitu.
  4. Nope. Alpha Relay pozwalał na wyjątkowo długie skoki wewnątrz galaktyki (m.in. aż do przekaźnika obok Cytadeli), ale nie ma ani słowa by można było skorzystać z niego do skoku poza nią. Obiekt Rho mógł natomiast służyć do ale sam w sobie nie był powiązany z Alpha Relay. edit: Also, Reaperzy nie budzą się po zakończeniu ME2, tylko po ME1: http://twitter.com/#!/macwalterslives/...469649889247232
  5. @FFG - to akurat wynika bezpośrednio z natury mass relays. Nie da się skoczyć z każdego do każdego, tylko do tych połączonych ze sobą (sprawdź podczas wybierania systemu docelowego na mapie galaktyki - w dłuższych trasach jest kilka skoków). Ten, który Reaperzy mieli przy sobie w pustce kosmicznej był połączony tylko z tym w Cytadeli. Po porażce Sovereigna jedyne co im pozostało to dotrzeć 'na piechotę' (napęd FTL) do najbliższego im przekaźnika - Alpha Relay. Stamtąd mogliby już szybko skakać do innych części galaktyki, ale zniszczenie go sprawia, że znowu muszą lecieć powoli do kolejnego najbliższego mass relay - co wreszcie im się udaje, gdy Shepard jest sądzony na Ziemi. edit: oops, Matison zdążył przede mną. @Tezamus - poczytaj moją odpowiedź dla FFG dla połowy wyjaśnienia. Natomiast czemu nie ruszyli zaraz po tym, jak przekonali się, że przekaźnik na Cytadeli nie działa? Podejrzewam, że woleli trzymać się pierwotnego planu (atak z zaskoczenia przez Cytadelę), gdyż wciąż mieli asa w rękawie: pozostającego w galaktyce Sovereigna, który mógł odblokować nadajnik.
  6. Nie no, jedno trzeba przyznać - zakończenie na pierwszy raz wali emocjonalnie po cycach, głównie za sprawę fenomenalnego voice-actingu, przynajmniej w wersji eng (porównajcie sobie głos Sheparda z ME1, a ten w zakończneniu. Dopiero podczas późniejszej analizy - porównując z innymi zakończeniami i efektami - widać jaki to badziew: AND NOW SOMETHING COMPLETELY DIFFERENT! Tylko dla osób, które widziały już epilog [link1] albo są po misji na Rannoch! [link2]). Prawda, że fajne? xD
  7. Dokładnie. No wiesz, skoro jeden (co prawda wybitny) naukowiec znalazł naprędce sposób prowizorycznej obrony, to banda naukowców z różnych ras pewnie poradziłaby sobie jeszcze lepiej. Dodatkowo, swarmy nie mogą przebić barier biotycznych - jeden (co prawda wybitny) biotyk mógł powstrzymać wyjątkowo duże ich nagromadzenie w bazie Collectorów. Ale niby dlaczego zakładamy? Kto wie, może właśnie po zniszczeniu Sovereigna cała flota Reaperów dała pełny ciąg na Drogę Mleczną - kosmos jest duży, może po prostu trwało to aż trzy lata. Inne działania miały po prostu przyspieszenie przybycia i natychmiastowy dostęp do sieci mass relays. edit: przypomniałem sobie, że w encyklopedii w trójce mówiono, z jaką prędkością podróżują Reaperzy w wersji FTL: 30 lat świetlnych w 24h. Zakładając, że od wydarzeń w Arrival minęło 'parę miesięcy' (niech będzie sześć), daje nam to 5400 lat świetlnych zasięgu podróży z systemu Batarian. To ma sens, takie odległości są typowe między mass relays, w końcu Droga Mleczna ma 120 tys. LŚ średnicy. Dlatego też dotarcie do Cytadeli 'napiechty' trwałoby strasznie długo - a Reaperzy nie mogli wiedzieć, że rasy olały przygotowania do obrony. Co do Collectorów, to wchodzą na scenę dopiero po zniszczeniu Sovereigna i właśnie są odpowiedzią na to bezprecedensowe zdarzenie. Wydaje mi się, że ich celem nie jest powtórzenie gambitu z Cytadelą (bo to niepotrzebne - plan B zakłada skorzystanie z Alpha Relay), lecz rozpoznanie i osłabienie rasy, której udało się zniszczyć Reapera. Ludzka wersja jest tworzona z myślą o wywołaniu terroru, a jeśli przy okazji uda się rozpyknąć osobę bezpośrednio odpowiedzialną za porażkę Sovereigna, to tym lepiej.
  8. Zanim zacznę odpowiadać na poszczególne elementy, chciałbym od razu zaznaczyć, że jestem fanem teorii o . Wydaje mi się, że istnieje dość faktów w zakończeniu, by podtrzymać tę teorię. Inaczej, pomijając kwestie merytoryczne, ending jest byłby jednym wielkim ass pullem, w dodatku totalnie niezgodnym z duchem serii (no, moi drodzy, odpowiedzcie mi dokładnie, które wyjście jest paragon, a które renegade?) To jest akurat słuszne wytknięcie, które można co prawda wytłumaczyć tym, że Shepard jest Huh? Przecież jest zupełnie odwrotnie - To jest słuszna uwaga. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, jest takie, że przed swarmami można się obronić, natomiast przed laserem in the face już nie - możliwe, że co działało na odosobnione kolonie, w większej skali już by nie przeszło. Z tego co zrozumiałem, napędy FTL są szybkie, ale i tak dalece wolniejsze od mass relays. Reaperzy mogli skoczyć tylko do Cytadeli (co zablokowane zostało w ME1) oraz do Alpha relay (Arrival). Skoro to się nie udało, musieli cisnąć bocznymi drogami, 'napiechotę' z tego systemu Batarian - nie wiadomo ile było do najbliższego mass relay, więc generalnie wszystko co robił Shep w poprzednich odsłonach było tylko taktyką przekładającą pojawienie się Reaperów, nie blokującą. To jest dopiero prawdziwy problem. Paradoksalnie wydaje mi się, że Reaperzy są niewolnikami cyklu, co bardzo ich ogranicza - nie mogą wyjść poza role narzucone im na samym początku, co też uniemożliwia im zmianę narzuconej strategii (oczywiście nie taktyki, czego dowodem są Collectorzy i poczynania Sovereigna). Inaczej szybko mogliby dojść do wniosku, że te 50 tys. lat to czysto arbitralna liczba i lepiej cały czas pozostawać w Galaktyce, by patrolować ją i z miejsca rozpyknąć każdą cywilizację zbliżającą się do możliwości
  9. W sumie miałem pisać dopiero po zakończeniu części Tsukihi (czy aby na pewno jej?), ale odcinek ósmy sprawił, że mój łeb eksplodował, a dziewiąty - że implodował. Może zacznijmy od krótkiej analizy 08: WAT Ok, muszę przyznać, że moja klasyczna edukacja zupełnie nie przygotowała mnie na interpretację czegoś takiego. Mniej więcej od połowy odcinka trwałem w tępym stuporze, próbując zrozumieć co ja właściwie oglądam. Nawet teraz, gdy już nieco się pozbierałem (seans miał miejsce jeszcze w niedzielę), nie mogę powiedzieć, czy mi się podobało: na pewno nie czułem się komfortowo, ale jednocześnie było to dość fascynujące doświadczenie. W gruncie rzeczy chyba faktycznie po raz pierwszy miałem do czynienia z tą tematyką ukazaną w tak estetyczny i subtelny (a jednocześnie fetyszowy) sposób - dotychczas tego typu sytuacje zawsze były ostatecznie obracane w żart bądź miały wywołać obrzydzenie. A tutaj? Scena-majstersztyk pod względem animacji i oprawy muzycznej, żadną miarą nie wzięta z czapy (w sumie już w Bake została zawieszona ta strzelba, a Karen Bee tylko dołożyło do pieca), w dodatku przerwana we właściwym momencie... Wszystko zrobione jak najbardziej przemyślanie i poważnie, więc czemu wszystkie zmysły krzyczą mi, że I'VE BEEN TROLLED? Muszę to wszystko jeszcze sam trochę ogarnąć (piotrekn, jeśli dysponujesz jakimiś pogłębionymi analizami to chętnie na nie spojrzę). Nie chcę popadać w patos, ale teraz jestem pewien, że zapamiętam sobie tę serię na długi czas - rzadko ostatnio zdarza mi się wpaść na coś nowego, co automatycznie nie lądowałoby w szufladce 'meh'. YOU'VE SEEN NOTHING YET. Po ósmym odcinku stwierdzisz, że cała poprzednia erotyka była na poziomie niegrzecznych żarcików pensjonarki. Tak czy inaczej Nise jest podobno dość wierną adaptacją, także pretensje możesz posyłać do autora książki. Ewentualnie możesz przystać na moje wyjaśnienie, że to wszystko sprawka filtrowania wydarzeń przez zboczoną percepcję Araragiego. Ok, and now for something completely different. O ile przez odcinek ósmy nie mogłem wykrztusić słowa, o tyle podczas dziewiątego mówiłem całkiem sporo, choć raczej monotematycznie: łot de fak!? Nie żeby poprzednie odcinki twardo trzymały się logiki Ziemian, ale ten kompletnie puszcza się poręczy, będąc zupełnie randomowym. Czy ktoś w ogóle wie nawet nie to, o co tam chodziło, ale co się w ogóle działo? Ok, zostały wprowadzone dwie nowe postaci, których cele i motywacje jeszcze nie są znane (w przeciwieństwie do power lvl), ale tak poza tym? Nie żebym był rozczarowany - już dawno porzuciłem wszelkie mrzonki o jakimś przewodnim wątku fabularnym czy związkach przyczynowo-skutkowych. Niemniej jednak chciałbym wiedzieć czy mnie coś ominęło, czy po prostu Shaft wydał całą kasę na animację poprzedniego odcinka i już nie starczyło im na adaptację scenariusza ;] Co nie zmienia faktu, że nie mogę się doczekać 10, może wreszcie Tsukihi zrobi big entrance. Przez całe pięć (teraz sześć) osób, nawet jego własna siostra się nad nim lituje Nie no, wracając do tematu Kaikiego - oddajmy bogu co boskie, a Kaikiemu co kaikiańskie. Oczywiście, że postać ta miała być tylko trampoliną dla rozwoju protagonistów (czego innego spodziewać się po character driven plot?), ale jednocześnie okazała się miłą odskocznią od typowych animcowych big badów: Kaiki nie ma wielkich ambicji ani wygórowanej opinii o sobie, brakuje mu supermocy stawiających go na równi z bohaterami (ba, sam nawet nie wierzy w swoje przekrętasy), nie robi żadnego last stand podczas finałowej konfrontacji... a mimo to był w stanie załatwić burzącą betonowe wiadukty Karen, prawie złamać nową Senjougaharę i niemal zmusić Araragiego do zostania hipokrytą (chociaż zaznaczam, że w przypadku dwóch ostatnich YMMV). IMHO postać Kaikiego wywraca pewne schematy na nice i choćby za to warto ją docenić. I jeszcze inne rzeczy: Nie żebym się powtarzał, ale you've seen nothing yet ;p Akurat Shinobu robi mi dzień ilekroć się pokazuje. Absolutnym majstersztykiem jest też jej teasing Araragiego podczas gdy Karen spuszcza mu łomot: warto zwrócić uwagę na ustawienie kandelabru, gdy Shinobu mówi o drugiej bazie... daje do myślenia co też może być trzecią A czy nie było to tak, że on coś tam wyczuł pismo nosem? ;p Ale chyba odrzucił po namyśle, bo przecież gimnazjalistka w żadnym razie nie uderzałaby do licealisty, prawda? Prawda!?
  10. Czyżby fakt, że akurat puszczali w TVN rozruszał temat? Akurat byłem u rodziny, więc z nudów obejrzałem... i zaskoczenie, film nie zestarzał się ani trochę. Antyutopijna wizja świata jest oczywiście ponadczasowa, ale tylko zasługą ekipy jest fakt, że scenografia wcale nie trąci myszką. Bale wciąż jest przekonujący (znowu miałem gulę w gardle podczas sceny z Beethovenem), a walki emocjonujące. Słusznie też zapamiętałem, że przedstawienie kontekstu jest zbyt łopatologiczne, ale załóżmy, że to na potrzeby grupy docelowej. Może raczej powiedzmy, że Matrix i Equilibrium zrzynają z tego samego źródła. Fakt jednak faktem, że to Matrix wprowadził nowe pokolenie w ideę odgórnie kontrolowanego społeczeństwa, którego to zniewolenie upada pod wpływem działań jednostki - toteż trudno się dziwić powszechności tego porównania. Oba też filmy przyjmują, że podstawą manipulacji jest kontrola ludzkiego postrzegania (cyberspace, prozium) oraz, że jedynie kompletnie zdehumanizowane istoty mogłyby się poważyć na coś takiego (roboty, faszyści-we-wszystkim-poza-nazwą). Także nie ma co się oburzać na teksty o zrzynkach, po prostu wynikają z tego, że Matrix był wcześniej, a mało kto czytał Fahrenheit 451 (skąd zaczerpnięto ideę niszczenia dóbr kultury, choć w nieco innym celu; stamtąd też sposób przemiany głównego bohatera) czy 1984 (a stąd istotę kontroli społecznej).
  11. Ósmego jeszcze nie obejrzałem, więc odniosę się tylko do arca Karen Bee. Po pierwsze - clap clap clap, nie sądziłem, że po mocnym początku dalsza część utrzyma podobny poziom. Rozwiązanie akcji uważam za bardzo satysfakcjonujące, chociaż może nieco za szybkie (przyznam, że spodziewałem się pewnego twista na koniec, ale zamiast niego otrzymałem inny). Niemniej jednak pod względem wizji artystycznej Nise przebija większość animców, jakie widziałem w poprzednich latach - nie tylko w kwestii jakości, ale także wewnętrznej spójności i ambicji. Również nie wiem jak jest w oryginalnej nowelce, ale wymyśliłem teoryjkę, która nie tylko uzasadnia fanserwis, ale także wyjaśnia pewien chardev/derailing niektórych postaci (jak na przykład ). Otóż wydaje mi się, że narracja Nise jest bardzo mocno przefiltrowana przez punkt widzenia Araragiego. W Bake - z konieczności ukazania różnych postaci - była ona dużo bardziej intersubiektywna, gdy tutaj otrzymaliśmy pełnię araragicentryzmu. Wskazują na to nie tylko wydarzenia i zachowania innych postaci, ale także scenografia. W Bake wiele miejsc było raczej znormalizowanych (świątynia, plac zabaw, szkoła), gdy w Nise mamy totalny odjazd, przede wszystkim z domem rodzinnym, układaniem konstrukcji z ołówków w domu Senjougahary, ale także np. z dawnym skłotem Oshino (drzewo? naprawdę?). Krótko mówiąc, biorąc pod uwagę wydarzenia drugiego sezonu trzeba brać pod uwagę, że możemy być trochę oszukiwani (hehe, pewnie się tego sami nie domyśliliście, co? ;p) Nawet nie musi to być kwestia zależna od woli Araragiego... po prostu jest zdrowym siedemnastolatkiem, który może zwracać baczniejszą uwagę na niektóre aspekty rzeczywistości (DEM TITS). No nie, każda osoba, która łyknęła choć odrobinę japońskiej czy amerykańskiej popkultury wie, że peace through superior firepower to jedyne wyjście Ale oczywiście masz rację, toteż uściślam, że raczej chodziło mi o bliskość relacji między postaciami, a nie sam typ problemów, z którymi muszą sobie radzić (inna rzecz, że cały zapał Karen także można odczytywać jedynie jako alegorię prób rozwiązywania problemów przez przepchnięcie jedynie swoich racji - nawet nie za pomocą przemocy - zamiast prób dyplomacji). Niemniej jednak dualizm bicie - gadanie też jest doskonałym podkładem do Majstersztyk. Przy okazji dwa słowa o Senjougaharze - po raz kolejny pod koniec arcu jej przeszłe zachowania i motywacje zostają przedstawione w zupełnie innym świetle, ale tym razem zamiast nieco swoistej odmiany romantyzmu postawiono na Jednym słowem, po raz kolejny okazuje się, że dziwactwa Senjougahary nie są przypadkowe - za to plus, zarówno do konceptu postaci jak i również mojej prywatnej sympatii do niej. Ja na pewno jeszcze skomentuję po zakończeniu serii... no i czekam wciąż na pełnometrażówkę, z chęcią poznam szczegóły początku wszystkich tych historii. Wnioskując z elementów prologu Bake należałoby oczekiwać łupu-cupu-bęc, ale jeśli czegoś mnie te serie nauczyły, to by nie spodziewać się spodziewanego.
  12. Są silne tylko wtedy, gdy tworzysz postać specjalnie pod nie (rozumiem, że mówisz o ofensywnych abilities ze ścieżki maga). Nawet przy wymaksowaniu jednej ze ścieżek lód/ogień/elektryczność, czary były tylko dodatkiem dla mojego swordmage'a. Nie wiem jak z tymi z samej góry drzewek, bo jeszcze do nich nie doszedłem, ale patrząc po statsach raczej nie są przegięte - na pierwszym poziomie taki meteor daje 750dmg, a tyle teraz średnio łoję swoim dwuręcznym bez krytyka. Jest znakomity, najlepszy crafting jaki widziałem. Ale jest przegięty - w połączeniu z sagecraftingiem pozwala tworzyć ekwipunek do 50% lepszy od UNIKALNEGO sprzętu. Gra się wtedy naprawdę przechodzi sama, przynajmniej na normalu. Akurat ze sztyletów nie korzystałem, ale w przypadku innej broni (np. czakramów) trzeba przetrzymać jeszcze dłużej - najpierw ładuje się lżejszy, a dopiero potem mocniejszy atak. Nie zauważyłem, by coś dawały. AFAIK cały fate ponad 100% się marnuje.
  13. Ogromne zaskoczenie - spodziewałem się przeciętnej łupaniny w sosie tradycyjnego fantasy, a dostałem... znakomitą łupaninę w sosie tradycyjnego fantasy. Mam już ponad 15h na liczniku, a gra wcale się nie nudzi - gdy tylko odczuwam znużenie jednym stylem walki, natychmiast zmieniam na zupełnie inny i znów jest fun na maksa. Dobrze zrobiono zróżnicowanie różnych stylów walki, combosy wchodzą jak woda, różnorodnych przeciwników cała chmara, zbieranego ustrojstwa podobnie. Grafika - obłędna, optymalizacja zresztą też. Dawno już nie tak dobrze nie bawiłem się przy żadnym odmóżdżaczu. Jedyne uwagi jakie mam to trochę zbyt wysokie wymogi punktowe do kolejnych szczebli drabinki (czasem trzeba wsadzać w coś, czego się nie używa) i lekki brak zrównoważenia buildów - grając dwuręcznym+czakramami w ciężkiej zbroi mogłem nawet nie patrzeć na ekran, natomiast teraz w akcji mam faeblades+łuk w ciuszkach maga i naprawdę muszę się napracować z pozycjonowaniem, bo inaczej dwa kombosy i po mnie. Ale też nigdy nie jest tak, bym zaczął kląć pod nosem, więc w sumie możnaby zaliczyć na plus. No dobra, tyle ode mnie, ktoś w końcu musi wyzwolić Mel Senshir spod oblężenia, co nie?
  14. Ekhm, dawno mnie w tym dziale nie było, ale może uda się przywrócić akurat ten temat do życia. Mając trochę czasu łyknąłem Bakemonogatari, które uważam za serię na poziome 'okay' z momentami 'awesome'. Tego typu produkcje dotychczas omijałem, więc 15 odcinków nie zaspokoiło mojego głodu - toteż sięgnąłem po Nisemonogatari... I po czterech (i pół) odcinkach chciałbym powiedzieć, że jest ta seria jest dużo lepsza od oryginału! Mógłbym zacząć od technikaliów, ale chyba będzie lepiej, jeśli już na wstępie wyłożę element, który (imho) tak znacząco wpłynął na jakość. Mianowicie Nisemonogatari wydaje mi się być dużo bardziej... intymne. Bądźmy szczerzy, podstawowym problemem Bake był fakt, że ciężko było mi się utożsamiać z problemami bohaterów ( ). Ich charakteryzacja dawała jednak możliwość świetnego rozwoju, co autorom udało się wykorzystać. Przede wszystkim mamy siostry Araragiego - wcześniej występujące jako comic relief, teraz jako clou programu. Ta nowa relacja wreszcie pozwoliła mi nawiązać nić porozumienia z mentalnością głównego bohatera: o ile syndrom rycerza na białym koniu jest mi obcy, o tyle zmartwienia związane z rodziną już nie. Dodatkowym plusem jest fakt, że wzajemny stosunek między nimi jest tak intensywny, że aż iskry lecą - brak doświadczeń w temacie (jedynacy rulz) sprawia, że moje nastawienie do ich relacji jest kształtowane przez serial, nie własne doświadczenia, co dodatkowo pozwala spojrzeć na sprawę tak, jakby chcieli tego autorzy (imho, ofkoz). Dwa - character development postępuje. Choć pierwsze spotkania Araragiego ze swoim haremikiem miały głównie na celu wprowadzenie nowych widzów w naturę ich znajomości, to jednak zostało to zrobione znakomicie. O ile poprzednio miewałem wrażenie, że niektóre postaci cierpią na rozdwojenie jaźni (duh), o tyle teraz - po skompaktowaniu każdego charakteru do 10 minut - wydają się wewnętrznie spójne. Na szczególne brawa zasługują momenty z Hitagi, która wreszcie przestała być zerojedynkowa ( ). Okazało się, że trzeba było pokazać jej działania w odpowiednim - i jednoznacznym - świetle, by widzowie mogli złapać choć ogólną ideę jakimi ścieżkami podąża jej rozumowanie. Dodać trzeba, że wreszcie jej socjopatyczne tendencje zaczęły mieć uzasadnienie także w zachowaniach Araragiego, a nie tylko w braku pewności siebie... co oczywiście nie zmienia faktu, że Hitagi pozostaje boginią trollerki. Inne plusy - wreszcie jest konkretny arc z konkretnym big badem (zresztą jego na początku piątego odcinka sprowokowała mnie do napisania tego posta. 100% Monkey Island feeling, to chyba przez tą muzykę); brak koncentrowania się na jednej tylko postaci sprawia, że w ciągu pojedynczego odcinka mamy do czynienia z różnymi rodzajami humoru: Mayoi to czysty slapstick+Seinfeld, Suruga wprowadza dużą dozę absurdu (i fanserwisu, hihi. Nie żeby Bake coś brakowało w tej kwestii, ale tym razem jest jak upychany kolanem), Sengoku jedzie na samych innuendo, a Hitagi to Hitagi. Grafika i animacja dalej są znakomite ( ); last but not least, , której wzajemna relacja z głównym bohaterem jest niesłychanie ciekawa. Kurde bele, rozpisałem się, ale przyznam, że dawno żaden serial mnie do tego nie zachęcił. W każdym razie mam nadzieję, że Nise utrzyma formę, bo na razie dostarcza w 100%.
  15. Ktoś może reflektuje na temacik o Peterze Wattsie? Jakiś czas temu przeczytałem jego "Blindsight" i byłem, like, wow. Ostatnio sięgnąłem po pierwszy tom trylogii Rifters ("Starfish") i zaliczyłem drugie wow. Ponieważ dwa sąsiadujące ze sobą wowy w ramach jednego pisarza zdarzają się ostatnio u mnie raczej rzadko, może ktoś chciałby powowować ze mną? edyta: Ostatnio to mój fejwret pastajm. Co też zauważalnie odbija się na moim słowniku (ba, nawet na samych tvtropes o tym mówią) - czyli, że zaczynam posługiwać się kodem niezrozumiałym dla innych. Ale sobie to wytłumaczyłem tym, że przynajmniej zachęcę kogoś do poguglania i sekta się powiększy ;] Coś czuje, że mam pierwszego chętnego. No, chyba że coś nie do końca podpadło, ale wtedy z chęcią się pospieram
  16. OMG, przepraszam, faktycznie. Zupełnie nie wiem, jak mi się udało pomylić tych dwóch autorów. Chociaż, z drugiej strony, to może jednak nienajlepiej świadczyć o jakości Grzędowicza (a może Ziemiańskiego? ;p).
  17. Przecież to jest temat dla tych, którzy już czytali całość cyklu. Konkretne zdarzenia się zasłania, ale ogólnego rozwoju fabuły już nie. Wróć jak przeczytasz całość albo pisz w wątku odpowiednim dla tomu, w którym jesteś.
  18. Or not? W gruncie rzeczy sam fakt, że autor fantastyki uprawia publicystykę, mówi nam wystarczająco wiele o nim samym, by sama lektura jego poglądów była już zbędna ;] Szlag, napisałem to jako żart, ale potem spróbowałem znaleźć jakiś przykład kontrfaktyczny (czyli autora sf-fantasy, który uprawia publicystykę i mniej lub bardziej trzyma się poręczy) i nie mogę, po prostu nie mogę! Rozumiem o co ci chodzi, ale chyba muszę uzupełnić dla innych: niewielu autorów ma dość wybujałe ego, by wsadzić swojego avatara bezpośrednio do fabuły (Stephenie Kingu, czymżesz ci zawiniliśmy?), choćby pod zmienioną postacią. W większości przypadków jakiś bohater - nawet niekoniecznie główny - dostaje pewne stężenie cech/poglądów autora. Problemem jest oczywiście, by wydestylować je spośród reszty. Jednym z całkiem niezłych sposobów jest karma houdini check: jeśli bohater robi coś wbrew panującej w danym świecie etyce i nie zostaje za to ukarany (albo wręcz zostaje nagrodzony), to najprawdopodobniej mamy do czynienia z cechą wspomaganą odautorsko ;>
  19. OMG, zaraz się okaże, że jeśli bohater ma dwa gany zamiast jednego, to jest to już zupełnie oryginalne. Ale jak chcesz być drobiazgowy, to nawet w Bolandzkiej fantastyce już dawno to było - "IACTE" Dukaja opiera się pomyśle KUBEK W KUBEK identycznym. Przecież to nie była opinia, tylko domniemanie faktu. IMO to cię może uratować, jak coś wartościujesz, natomiast przy podawaniu faktów ("czemu nikt tego wcześniej nie wymyślił?" gdy coś zostało już dawno wymyśone) już nie. Ja rozumiem, że bardzo ci się podobało i szukasz jakichś niesubiektywnych podstaw by zarekomendować innym ten cykl - ale wcale mu nie pomagasz, chwaląc cechy, których obiektywnie nie posiada. Patrząc na jedyny odnośnik jaki mamy (czyli tom kończący "Achaję"), czwarta część PLO będzie marną groteską albo groteskowo marna ;p
  20. Same here. Zresztą trudno się dziwić, SoS ma w sobie dużo cech kulminacyjnych, by wspomnieć tylko fajty na murze i wschodzie oraz rozwiązanie węzła w King's Landing. Na dobrą sprawę tyle wątków się rozwiązało, że trudno się dziwić iż tomy 4-5 znowu muszą je nawzajem wiązać. Jeśli do czegoś mam wątpliwości, to do wprowadzenia nowych POV. O ile jeszcze zrozumiem POV Melisandre (która była potrzebna do wyjaśnienia sposobu działania magii) czy Jaime'ego (character development pod nieunikniony face heel turn), o tyle wątki Mokrej Czupryny czy Brienne wydają się być totalnie z czapy i mogły być zreferowane przez kogoś innego, nawet na zasadzie deus ex machina. No nic, okaże się w praniu - pierwszy tom czytany bez drugiego i trzeciego może się kończyć pytaniem 'na co mi Bran, Arya i Sansa?' Z tym, że ostatnia z tej trójki wciąż nie jest dla mnie wyjaśniona, bo Sansa pozostaje chyba jedynym POV-char w całym cyklu, która nie zrobiła nic z własnej inicjatywy ;>
  21. xD Może raczej powinieneś to ująć w formie "w sumie mało czytam, więc dla mnie to nowość". Bo akurat połączenie hi-tech z fantasy (a medieval fantasy w szczególności) jest stare niczym sprzęt AGD w akademiku. Żeby nie być gołosłownym - zerknij tutaj pod zakładkę "literature", żeby zobaczyć dlaczego lepiej nie formułować opinii jako faktów.
  22. Citation needed! Mnie samemu coś się obija we łbie, że GRRM stwierdził w jakimś wywiadzie, że oryginalnie planował 7 tomów, ale nowotwór toczący 5. tom (skutkujący jego rozbiciem na dwie części) sprawił, że w sumie będzie 8. Także stawiałbym na dwa minimum (so says wiki), a może nawet trzy. True, true. Z drugiej strony, jeśli czekasz umawiasz się z ziomalami na szczycie Rysów, to miło wiedzieć, że w ogóle udało im się ruszyć rzycie ze schroniska A o jakość się nie martwię, bo jeśli brać pod uwagę dotychczasowe tomy, to jest ona wręcz odwrotnie proporcjonalna do czasu pisania ;p
  23. wcale nie jest aż tak oczywista, na co wskazuje kilka... Elementów. Huh? Przecież Martin mógłby bardziej potwierdzić, że Bo, like, wybiła mu z głowy młodzieńcze złudzenia, które niechybnie doprowadziłyby do jego śmierci? Same here. Po przeczytaniu połowy i zespoilowaniu sobie reszty sam mam wrażenie, że powinniśmy nieco zmienić podejście interpretacyjne do ADwD i AFfC - jeśli GRRM naprawdę potrafi pisać, a nie tylko udaje (na razie tak naprawdę nie wiadomo - nigdy dotychczas nie miał do czynienia z cyklem tych rozmiarów), to te dwa tomy są po prostu wieszaniem strzelb. Także mam nadzieję, że po przeczytaniu kulminacji będzie można wrócić do nich i stwierdzić IT WAS PLANNED ALL ALONG. Bo jeśli nie, to będą to po prostu fajne czytadła, ale nic specjalnego. No ja tam mam nadzieję, że buldożer serialu przymusi go do intensywniejszej pracy - ten POV Theona z następnego tomu sprawia, że jestem dobrej myśli. Jeśli Retroperspektywa nauczyła mnie czegoś o naturze GRRM, to tego, że koleś wie gdzie leży kasa.
  24. Heh, ja wciąż jestem w trakcie lektury. Właśnie dotarłem do momentu, w którym okazuje się kim jest Młody Gryf. Muszę to z siebie wyrzucić: CÓŻ ZA EPICKI ASS PULL Uff, już mi lepiej, mogę wracać do czytania.
  25. Sam tekst pochodzi z felietonu Kamila Śmiałkowskiego z NF (rok 2005 z tego co widzę) i dotychczas sam sądziłem, że to on jest autorem tego powiedzonka. Ale okazuje się, że riserczu nigdy dość: http://mrw.blox.pl/2011/12/Gillian.html Z czego wnoszę, że autorem jest Marek Król, były naczelny Wprost ;p Ale podejrzewam, że pierwszy kontekst powiedzonka był pogardliwy, a nie - jak u mnie - nobilitujący. Na szczęście w postmodernistycznym świecie internetu nikt nie dale latającego [!] co pierwotny autor miał na myśli.