Jump to content

STARKILLERfez

Forumowicze
  • Content Count

    27
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by STARKILLERfez

  1. Civilization to jedna z najbardziej zasłużonych serii gier, jakie kiedykolwiek powstały. Trudno znaleźć wśród graczy osobę, która nie słyszałaby o tym tytule lub o atomowych zapędach Gandhi'ego. Nic dziwnego, że co jakiś czas dostajemy kolejną część tego znamienitego cyklu. Tak stanie się już niebawem, ponieważ 21 października. Co już wiemy, czy planowane są jakieś większe zmiany i czy to nadal będzie ta gra, którą pokochali fani? Za tworzenie tego tytułu odpowiada ekipa od ostatniego dużego rozszerzenia do Civilization V - czyli Brave New World. Dodatek był naprawdę świetny i zadowolił chyba wszystkich fanów. Wiele opcji handlu, dyplomacji, walki lub rozwoju kulturalnego było kluczem do sukcesu. Z takim doświadczeniem Ci twórcy nie powinni nas raczej zawieść. Na razie wiemy niewiele lecz jest już parę informacji o zmianach. Ogółem mówiąc - w części szóstej nastąpi ewolucja w podejściu do miast i ich lokalizacji. Podczas gdy dotychczas zwracaliśmy uwagę głównie na surowce dookoła naszej przyszłej aglomeracji - teraz będziemy musieli skupić się również na ukształtowaniu i typie terenu. Stanie się tak, ponieważ rodzaje terenu będą nam fundować rozmaite premie we wszystkich dziedzinach. Na tej zasadzie, np. góry dodadzą nam premię do nauki lub wiary, a kamieniołomy do wznoszenia murów. Analogicznie teren działać będzie również w innych dziedzinach. Lokalizacja wpłynie również na szybkość wynajdywania nowych technologii - miasto nad morzem szybciej wynajdzie technologie morskie, a to położone przy kopalniach żelaza szybciej pozna tajniki jego obróbki. Kolejną zmianą w stosunku do poprzedniej części będzie powrót elementu znanego z jeszcze wcześniejszych odsłon. Mianowicie chodzi o armie. Znów będziemy mogli grupować w nich swoje jednostki, aby posiadały jeszcze większą skuteczność. Da nam to pewnie jeszcze więcej możliwości taktycznych niż w części piątej, która i tak już była dość zaawansowana w tym względzie. Oprócz tego zmieni się oczywiście także grafika - co jednak zdążyło wywołałać pewne kontrowersje wśród graczy. Już na pierwszy rzut oka jest ona mniej szczegółowa niż poprzedniej odsłony i bardziej pastelowa. Część osób (być może całkiem słusznie) stwierdziła, że oprawa tej części bardziej przypomina grafikę popularnych gier społecznościowych ze smartphonów niż gry komputerowej. Do premiery jeszcze trochę czasu, więc twórcy może zmienią pewne koncepcje, lecz ogólny zarys już mamy. Oprócz tych informacji opublikowano również krótki zwiastun, który odwołuje się do pokonywania przeszkód przez ludzkość. Jest on piękny, lecz nie dowiemy się z niego praktycznie nic o samej grze. Jakiekolwiek innowacje i zmiany nie zostaną wprowadzone - najważniejsze jednak by była to ta cywilizacja, która powoduje w nas wszystkich syndrom jeszcze jednej tury. By była tą grą, która pobudza emocje pomimo braku niesamowitych sekwencji akcji. By pozostała wspaniałą opowieścią o pokonywaniu przeciwności, by nadal ukazywała heroizm ludzi postępu, by pobudzała chęć odkrywania i sprawiała, iż wszyscy choć na chwilę poczujemy dumę, że jesteśmy częścią, no właśnie... cywilizacji.
  2. Mi się właśnie w tym zwiastunie podoba to przerysowanie i specyficzny styl. Posąg Imperatora, który zmienia się w orków, ciała opadające tworząc trójkę... Naprawdę zwiastun jest według mnie świetny w oglądaniu
  3. Kilka dni temu miała miejsce premiera zwiastuna nowej części Dawn of War. Był on efektowny, klimatyczny i co bardzo ważne dla serii brutalny, ale... Właściwie nie powiedział nam nic o grze, jaka nadchodzi - oprócz tego, że na początek dostaniemy zaledwie trzy strony konfliktu (Kosmiczni Marines, Eldarzy i Orkowie). Więcej możemy dowiedzieć się ze słów Stephena MacDonalda, producenta wykonawczego tego tytułu: "Nasze największe jednostki? Są. Gigantyczne lasery orbitalne? Są. Budowanie bazy, epiccy bohaterowie, ogromne bitwy, to wszystko mamy. Przygotujcie się na największy Dawn of War, jaki kiedykolwiek powstał. Za Imperatora!" Po tych słowach wielu fanów serii pewnie odetchnęło z ulgą. Czyżby najnowszy Świt miał szansę odkupić winy poprzedniej części i znów stać się prawdziwą strategią? Pierwszą część, wydaną w 2004 roku wszyscy pamiętają pewnie jako dynamiczną, nastawioną na agresywne działania strategię w czasie rzeczywistym. Zamiast kopalni rudy mieliśmy punkty strategiczne i relikty rozsiane po całej mapie, co zmuszało do szybkiej ekspansji. Dzięki dodatkom w nasze ręce wpadły liczne nowe rasy, które bardzo się od siebie różniły i zmuszały do odmiennej taktyki oraz stylu gry. Unikalny dla tego uniwersum klimat szaleństwa, mroku i brutalności został świetnie przeniesiony do gry i przykuwał do ekranu na długie godziny. Ciekawa kampania i świetny multiplayer sprawiły, że pozycja ta stała się jednym z najpopularniejszych RTS-ów jakie powstały. Zainteresowanie było wielkie, więc nic dziwnego, że postanowiono po pewnym czasie zrobić kontynuację. No i tu właśnie zaczął się problem... Część druga całkowicie zmieniła swój styl. Zabrano rozbudowę bazy głównej, sterowanie wielkimi armiami i podbijanie nimi kluczowych pozycji. W zamian dostaliśmy grę, w której sterujemy tylko jedną grupką żołnierzy dowodzoną przez bohaterów o specjalnych zdolnościach. RTS-a zmieniono więc w izotermiczną strzelankę, której bliżej już do strzelanego H'n'S niż do swojego poprzednika. Za pozytywny aspekt można uznać to, iż Space Marines byli teraz bardziej wytrzymali i zabójczy, dzięki czemu zgodni z książkowym uniwersum oraz dostaliśmy kolejną rasę w grze, ale niesmak pozostał. Wiele fanów poprzedniej części było zawiedzionych nagłą zmianą. I tak dochodzimy do części trzeciej, która być może zmaże grzechy poprzedniczki. Ze słów Stephena możemy wnioskować, że dostaniemy z powrotem rozbudowę bazy oraz umocnień i podbój punktów przy jednoczesnym pozostawieniu bohaterów ze specjalnymi zdolnościami, którzy mogą levelować. A czy nadal będzie dostępna mapa strategiczna rozległa na kilka planet? Tego dowiemy się pewnie za jakiś czas, ale już teraz można przewidywać inne rzeczy. "Nasze największe jednostki". Czyżby w grze miały pojawić się także największe Tytany? Wydaje się to mało prawdopodobne przy ich rozmiarze (nawet 150 metrów wysokości), ale kto wie, może dostaniemy z nimi specjalne misje lub chociaż sceny. Zresztą, nie chodzi tylko o siły Imperium. Jak wiadomo Eldarzy i Orkowie także potrafili pokazać naprawdę duże maszyny. Warhammer 40 000 może poszczycić się wielkością i rozmachem, więc może rzeczywiście warto pokazać coś większego niż Land Raider. "Gigantyczne lasery orbitalne". Skoro mamy coś na orbicie to może w końcu uda nam się przewodzić nie tylko siłom lądowym, ale także flotą. Miło byłoby pokierować fregatami Adeptus Mechanicus wyłaniającymi się z Osnowy lub zszabrowanymi statkami orkowego Waaagh!!!. Na pewno dałoby to graczom wiele nowych wrażeń i wymagałoby nowych strategii. Twórcy obiecują największy Dawn of War, jaki dotychczas powstał i oby nie blefowali. Oby fani nie zawiedli się po raz drugi. Jaka jest prawda dowiemy się pewnie z napływającymi z czasem informacjami, zatem pozostaje nam tylko czekać i modlić się do Boga-Imperatora Ludzkości o to, aby żadni heretycy nie zakłócili prac ekipy z Relic.
  4. Temat wikingów to ostatnio jeden z najpopularniejszych motywów w popkulturze. Eksploatowany w grach, filmach i książkach - widywany przez nas co chwilę. Czy to bezpośrednio ich historia jak w serialu Wikingowie, czy bardzo duże nawiązanie jak w trzeciej części Wiedźmina - temat ten jest nam dobrze znany. Ktoś mówi wikingowie, a my od razu widzimy brodatych wojowników z ich toporami, charakterystyczne okręty i mroźne skały północy. Rzadko jednak zastanawiamy się nad drugą stroną ich egzystencji. Jak żyją? Co robią po powrocie z wypraw? Jakie obrzędy odprawiają? Jak wygląda u nich rodzina? I to jedno najważniejsze pytanie - co z kobietami? Jaka jest ich rola? Zawsze skupiamy się na mężczyznach. Na brutalnych i bezwzględnych dla wroga wojownikach. Literatura, filmografia, a także gry prawie zawsze oddają im pełnię chwały. Nawet gdy pojawia się jakaś postać kobieca - również musi być ona typem wojownika. Twórcy całkowicie pomijają losy zwykłych żon wikingów, bo według nich - przecież co może być w ich życiu ciekawego? A jednak się mylą i każdy kto chce poznać losy zwykłych kobiet tamtych czasów i miejsca może sięgnąć po Sagę Sigrun od Elżbiety Cherezińskiej. Pierwsza część cyklu Północna Droga opowiada o Sigrun. Poznajemy ją, gdy jest jeszcze mała, a cała książka jest prowadzona w pierwszej osobie; z jej perspektywy. Dzięki takiej formie opowieści możemy uczestniczyć w jej życiu i czuć się z główną bohaterką bardziej zżyci. Razem z nią przeżywamy kolejne okresy jej życia - towarzyszymy jej w wędrówkach na łąkę, jesteśmy podczas jej rozmów z ojcem, obserwujemy jak pierwszy raz widzi się ze swoim mężem - jarlem Reginem. Jak na prawdziwą sagę przystało cała "akcja" skupiona jest na relacjach, uczuciu i rozmowach. Mało tu opisów przyrody, ale za to wiele wewnętrznych przeżyć i przemyśleń głównej bohaterki oraz rozmów między postaciami. Poznajemy świat wikingów od środka, patrząc oczami osoby z ich społeczności, patrząc według jej wiedzy i przekonań. Książka pokazuje nam jak wielką siłę musiały mieć w sobie kobiety wikingów. Kochające żony, które większość swojego czasu spędzały bez mężów będących długie miesiące na dalekich wyprawach. Przepełnione miłością do nich wyczekiwały z niecierpliwością ich przybycia, a potem oddawały się im z całym swym uczuciem. Silne i wytrwałe. Podczas gdy mężczyźni byli daleko to na ich barkach spoczywały losy społeczności. Zajmowały się grodem, zbiorami, składaniem ofiar. Troszczyły się o dobro wspólnoty, ukrywały zbiory na czas wojny, chodziły po wróżby, wyszywały ubrania. Ich świat pełny był nieograniczonej troski o swe dzieci i miłości wobec mężczyzny swojego życia. Walczyły ze swymi wątpliwościami, obawami i słabościami. Znosiły dzielnie przywiązanie do jednego miejsca, podczas gdy wojownicy ruszali na dalekie wyprawy w świat. Oddane tradycji i religii przekazywały swoich synów wojnie. To właśnie ukazanie oblicza kobiet tamtej społeczności jest największą siłą tej książki. W końcu widzimy, że nie tylko mężczyźni wojownicy byli ważni. W końcu dostajemy książkę, która oddaje swoisty hołd tym niezłomnym bohaterkom swoich czasów. Oprócz tego motywu bardzo ważną częścią książki jest jednak także ukazanie kultury i zwyczajów wikingów. Widzimy oczami Sigrun świat wypełniony zapachem miodu, pieśniami bardów i skarbami z dalekich krajów. Poznajemy przepowiednie, które nie zawsze są dobrze interpretowane. Uczestniczymy w ucztach powitalnych i obrzędach religijnych. Obserwujemy pierwsze wpływy chrześcijaństwa na północy. Razem z Sigrun wyszywamy smoki na tkaninach i podróżujemy między grodami. Poznajemy tradycje, religię i zwyczaje tej unikalnej społeczności. Słuchamy ich legend i poznajemy przesądy. Wszystko to sprawia, że sięgając po tę książkę na czas jej czytania stajemy się częścią tej wspólnoty. Zagłębiamy się w ich świat, czujemy jak oni. Niepokoimy się i cieszymy. Towarzyszymy im w smutkach i momentach radości. Dawno żadna książka nie przywiązała mnie aż tak bardzo do postaci w niej występujących. Często martwimy się o ich losy tak jak Sigrun i tak jak ona oczekujemy ich powrotu z wyprawy. Książka ta jest spokojna i jednowątkowa. Nie doświadczymy tu nagłych zwrotów akcji ani wielkiej intrygi. Nie zobaczymy walk i starć. Krew i odgłos uderzających o siebie mieczy jest tam obecny, ale gdzieś daleko. Gdzieś za wielką wodą, gdzieś gdzie wojownicy popłynęli na wyprawę. Nie jest to powieść przepełniona akcją. Jest to opis życia. Życia z dnia na dzień, z roku na rok. Niektórym ten spokój może przeszkadzać, ale wielu na pewno zachwyci. Warto wieczorem usiąść nad tą książką i zanurzyć się w świat Sigrun na jakiś czas.
  5. Sicario jest filmem, który narobił niemałe zamieszanie tuż po swojej premierze w ubiegłym roku. Krytycy zachwycali się jego klimatem, tematyką oraz aktorstwem. Dopiero teraz jednak było mi dane sprawdzić, czy rzeczywiście film jest tak dobry jak o nim mówią. Czy było warto? Zdecydowanie tak, a dlaczego, dowiecie się już za chwilę. Fabuła filmu obraca się wokół postaci Kate Macer (Emily Blunt), która jest liderem oddziału SWAT. Po jednej z akcji, w której znajduje ona kilkadziesiąt ciał ludzi zabitych w wyniku potyczek meksykańskich karteli narkotykowych, zostaje zaproszona do specjalnego oddziału. Oddziału sformowanego z wielu ochotników z różnych organizacji. Ich zadaniem jest odnalezienie i schwytanie lidera meksykańskiego kartelu. Na początku Kate nie wie dokładnie, jakie są konkretne intencje jej nowych przełożonych oraz metody działania. Wkrótce jej moralność zostaje wystawiona na ciężką próbę. Film ten ma wiele atutów takich jak fabuła, aktorstwo czy poruszany temat, ale niekwestionowanym liderem wśród wszystkich zalet jest ciągłe napięcie. Już pierwsze sceny akcji oddziału SWAT potrafią podnieść tętno. Na chwilę akcja się uspokaja, brakuje muzyki, dialogi są szczątkowe, jest wręcz minimalistycznie, a to dodatkowo potęguje następujący po chwili wybuch, który jest tak bardzo nagły i niespodziewany. Dalej jest tylko lepiej. Sekwencja przejazdu konwoju przez meksykańskie miasto Juárez to jedna z najbardziej podnoszących ciśnienie scen, jakie ostatnio widziałem. Cały czas nie wiemy na co natkną się nasi bohaterowie za kolejnym skrzyżowaniem. Dodatkową zaletą tego fragmentu filmu jest rewelacyjnie wykreowana atmosfera miasta zdominowanego przez gangi narkotykowe. Trupy bez głów wiszące pod mostem, odgłosy wystrzałów gdzieś z innej dzielnicy, zniszczone budynki. Takich pamiętnych momentów w filmie jest bardzo dużo i wszystkie pasują idealnie. Nie ma tu nic wepchniętego na siłę. Wspaniale działa tu właśnie ten spokój, który po chwili jest niszczony eksplozją brutalności. W budowaniu klimatu bardzo wielki wkład ma także muzyka. Jest ona bardzo dobrze wpleciona w film - czasami słyszymy utwory przywodzące na myśl soundtrack z Incepcji, później ciężkie melodie odgrywane na wiolonczelach, a kiedy indziej delikatne, dające się ledwo wychwycić dźwięki. Nic dziwnego, że ścieżka dźwiękowa Sicario była nominowana do Oscara. Świetnie jednak działa w wielu scenach również brak jakiejkolwiek muzyki. Możemy usłyszeć wtedy każdy dźwięk - sztućce uderzające o talerze, wzdychanie postaci. To także podnosi napięcie, ponieważ wiemy, że ta cisza zaraz zostanie przerwana jakimś nagłym wydarzeniem. Bardzo dobre są również zdjęcia i scenografia. Wspaniale pokazano bezkresne pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku oraz miasto pełne gangów. Wielu scenom towarzyszą świetne ujęcia, które skonstruowane są tak abyśmy identycznie jak bohaterowie nie wiedzieli co kryje się za rogiem. Rozpisałem się tu o klimacie filmu, ale powinno się także powiedzieć o samej fabule. Czy jest ona równie dobra co reszta tego dzieła? Trzeba od razu sobie powiedzieć, że także jest świetna. Pokazuje sytuację w sposób bardzo brutalny i wciągający. Identyczne jak główna bohaterka na początku - nie wiemy do końca komu możemy ufać. Postacie są świetnie nakreślone i zagrane. Mamy tu ekscentrycznego dowodzącego operacją o bezwzględnych metodach dążenia do celu (Josh Brolin) oraz tajemniczego Kolumbijczyka (Benicio Del Toro), który pomaga USA z niewiadomych dla nas powodów. Bardzo dobra jest również główna bohaterka, widocznie zagubiona w świecie, do którego wkroczyła. Jedyną skazą wśród tych postaci jest przyjaciel Kate, Reggie (Daniel Kaluuya), który jest postacią dość nijaką i płytką. Gdy pojawia się na ekranie atmosfera siada i nie dowiadujemy się niczego szczególnego. Fabuła stawia pytania jak daleko można się posunąć w imię walki z przestępczością. Robi to jednocześnie z wyczuciem, nie wpycha w widza odgórnie właściwych poglądów. Twórcy jakby chcieli nam tylko pokazać sytuację pozostawiając ocenę dla nas. Nie mówią nam, kto ma rację, kto jest dobry, a kto zły. Film ten jest bardzo dobrą produkcją do obejrzenia w ciszy i skupieniu. Nie oszczędza nam on przykrych widoków, które pokazane są w "mocny" sposób, a przy tym przedstawia ważną treść. Ukazuje barwne postacie oraz mroczne oblicze granicy USA. Zapewnia wspaniały klimat i przyciąga do telewizora. Film godny polecenia każdemu.
  6. Mimo, że czytam wiele książek historycznych to prawie nigdy nie odkryłem nic ciekawego o historii Francji z okresu poprzedzającego wojnę stuletnią. Zainteresowałem się więc bardzo gdy dostałem książkę Królowie Przeklęci. Król z Żelaza to pierwsza część z siedmiotomowego cyklu. Maurice Druon z pomocą zapisków kronikarzy stworzył fabularyzowaną książkę historyczną, która wciąga wręcz niesamowicie. Powyższa opowieść zaczyna się w siódmym i ostatnim roku procesu Templariuszy, który został wytoczony przez króla Filipa Pięknego aby przejąć ich majątek. Większość z rycerzy Chrystusa została wybita, część uciekła do Hiszpanii, a nieliczni są nadal więzieni. Pośród nich jest między innymi wielki mistrz zakonu - Jakub de Molay - którego oprawcy zmuszają do wyznania zbrodni niepopełnionych przez zakon. Po licznych torturach przyznaje się on do wszystkiego co mu zarzucano. Zostaje wykonany wyrok - spalenie na stosie. Jednak podczas wykonywania go mistrz rzuca klątwę na papieża, strażnika pieczęci i króla. Czy jego przekleństwo się spełni? Od razu po rozpoczęciu czytania zauważyłem, że autor stworzył wspaniały opis średniowiecznej Francji. Ciasne uliczki wypełnione straganami, wielkie twierdze i zamki, połacie lasu oraz łany zboża skąpane w słońcu. Do tego rywalizacje rodów, zakulisowe intrygi, nieczyste polityczne zagrywki. Bardzo dobrze zostały oddane potyczki stronnictw na dworze króla, które szkodzą krajowi. Na każdym kroku możemy zauważyć piękno jak i wady tamtych czasów. Świetnie oddane jest jak bliska ludziom w tamtych czasach jest śmierć. Publiczne obdzieranie ze skóry to po prostu dobra rozrywka, która umila monotonie życia (wszystko to prawdopodobnie za sprawą powszechnych w tamtych czasach zgonów - czarna śmierć i wojny nie oszczędzały ludzi). Ponadto Maurice Druon potrafi zainteresować nawet zwykłym opisem polowania, życia w mieście lub podróży w celu przekazania listu ponieważ to wszystko dla dzisiejszego czytelnika jest tak bardzo obce. Ogółem cały napisany w tej książce tekst niesamowicie pobudza wyobraźnię. Czytając od razu przed oczami staje nam obraz pięknej XIII wiecznej Francji. Nie ma tu też żadnych wypełniaczy. Każdy opis jest tu przemyślany i potrzebny, a do tego bardzo dobry. Co do fabuły to jest ona rewelacyjna. Historia sama poprowadziła tu opowieść o jakiej nie śniło się żadnemu pisarzowi. Duże i potężne państwo, które obraca się w ruinę przez liczne spiski oraz słabych władców, jedna z najdłuższych wojen w historii oraz batalie rodów niczym w Westeros Georga R. R. Martina. Różnica jest jedna. To wszystko co opisuje Druon wydarzyło się naprawdę. Do tego postacie opisane w książce są bardzo wyraziste. Filip Piękny, który jest w stanie posunąć się do strasznych czynów aby w jego państwie było jak najlepiej, hrabia d'Artois, który pod wyglądem zabawnego osiłka kryje błyskotliwy umysł stworzony do intryg, czy młoda i ambitna królowa Anglii. Są to postacie czasami szlachetne, niekiedy nikczemne, ale na pewno prawdziwe i ludzkie. Można ich pokochać lub znienawidzić, ale nie znudzić się nimi. Jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałem, a dodatkowo można z niej dowiedzieć się wiele o Francji z okresu średniowiecza. Liczne historyczne przypisy oraz drzewa genealogiczne pomagają w zrozumieniu wielu rzeczy ukazanych w Królu z Żelaza. Jeśli ktoś interesuje się czasami rycerzy i wielkich rodów oraz lubi obserwować zakulisowe intrygi to powinien pędzić do księgarni i nabyć od razu cały cykl Królów Przeklętych.
  7. Gangsterskie lata 30 i 40 na zawsze odcisnęły piętno na amerykańskiej historii - jak i światowej kinematografii. Filmów o tej tematyce powstało już bardzo dużo i cały czas kręcone są nowe - jedne lepsze, drugie gorsze. Czasami trafiały nam się prawdziwe perełki, które stawały się później legendami kina. Przedstawiany tutaj obraz na pewno taką legendą nie zostanie, ale nie zmienia to faktu, iż naprawdę warto go obejrzeć. Historia, którą obserwujemy na ekranie dzieje się w czasach Ala Capone. Głównym bohaterem jest grany przez Toma Hanksa Michael Sullivan, który jest człowiekiem od brudnej roboty na usługach mafii. Ma żonę, dwójkę dzieci, dom i stały dopływ gotówki, więc nie ma na co narzekać. Dzieje się tak aż do momentu, w którym jedno z jego dzieci oraz jego małżonka giną zamordowani przez "partnera z pracy" Sullivana. Michael wraz z jedynym pozostałym przy życiu synem musi więc uciekać, by obmyślić plan zemsty za zbrodnię popełnioną na jego rodzinie. Fabuła wydaje się dość prosta i na początku jednowątkowa. Później dostajemy również wątek płatnego zabójcy, który jest bardzo ważny dla fabuły - oraz rodziny, dla której pracował główny bohater. Ogólnie jest jednak dość kameralnie. Nie mamy tu wielkich wojen gangów, licznych strzelanin ani epickiej historii... i jest to zaletą. Przez większość czasu słuchamy rozmów między poszczególnymi bohaterami. Główną częścią filmu jest tu relacja Michaela z synem. Oprócz treści gangsterskich film jest bowiem również opowieścią o późnej nauce ojcostwa i wartości rodziny w życiu. Także po drugiej stronie barykady - u przeciwników Sullivana możemy obserwować tę wartość więzów rodzinnych. Na szczególną uwagę zasługuje tu fantastycznie zagrany przez Daniela Craiga, Connor Rooney, który jest postacią lekko rozchwianą emocjonalnie, ale też bardzo ciekawą, musi on zmierzyć się bowiem ze swoim kompleksem niższości wobec dawnego partnera. Ogólnie aktorstwo w tym filmie stoi na bardzo wysokim poziomie. Nawet postacie drugoplanowe są zagrane bardzo wiarygodnie, a główni bohaterowie to po prostu popis aktorskiego talentu. Nie jest to jednak nic dziwnego skoro na ekranie cały czas widzimy same kinowe gwiazdy. Tom Hanks, Daniel Craig, Paul Newman, Jude Law - tylko kilku z występujących tu świetnych aktorów. Oprócz historii i aktorstwa na wspomnienie zasługuje również klimat filmu i scenografia. Od razu widać, że na planie postarano się, aby jak najlepiej oddać realia tamtych lat. Po ulicach jeżdżą liczne samochody z epoki przewodniej; w barach słychać starą muzykę, a gangsterzy chodzą w charakterystycznych prochowcach i kapeluszach. Do tego dodajmy jeszcze klasycznego Thompsona z okrągłym magazynkiem i mamy pełny obraz mafii z tamtych czasów. Postarano się również o sugestywne przedstawienie konkretnych scen przez akcentowanie ich ponurą pogodą. W filmie bardzo często pada deszcz, a niebo jest całkowicie zachmurzone. Niektóre momenty są podkreślone również bardzo dobrymi ujęciami, lecz niestety nie mogę wymienić tu ani jednej sceny z takim pamiętnym ustawieniem kamery, ponieważ są to momenty najbardziej ważne dla fabuły. Warto wspomnieć także o muzyce, która jest bardzo dobra - choć części utworów ze ścieżki dźwiękowej na pewno nikt by się tu nie spodziewał. Mamy tu więc utwory z epoki, klasyczne gangsterskie motywy muzyczne, trochę jazzu, ale także muzykę, która brzmi jak... soundtrack z pierwszej części wiedźmina. Możecie mi nie wierzyć, ale naprawdę pojawia się tam jeden taki utwór. Pośród tych wszystkich zalet film ma jednak parę wad. Jedną z nich jest na przykład bardzo zwalniająca w pewnym momencie akcja, co wybija widza z rytmu i przez chwilę nudzi. Kolejną wadą jest dość nierealne podejście głównych bohaterów czyli Sullivana i Sullivana Juniora w stosunku do ich zmarłych członków rodziny. Smutek po stracie okazują oni właściwie tylko przez chwilę, a zaraz potem jakby całkowicie o tym zapominają, tak jakby nigdy nic złego się nie stało. Ogólnie film jest jednak naprawdę dobry i przyjemnie się go ogląda. Dla każdego fana mafijnych porachunków pozycja obowiązkowa.
  8. Postal rzeczywiście był nawet ok jeśli ktoś lubi tak bardzo duży natłok.... właściwie wszystkiego co możliwe. To raczej nie jest po prostu film dla każdego A Asasyn... Trudno się nie zgodzić. Może jednak ten film przywróci jakąś świeżość w tym temacie. Chociaż nie wiem czy nie jestem przesadnie pozytywnie nastawiony
  9. Szczerze mówiąc to... zapomniałem o NFS i w ogóle go nie oglądałem
  10. Już niedługo, bo za 5 miesięcy, do światowych kin wkroczy ekranizacja gry Warcraft, a zdjęcia do filmu Assassin's Creed właśnie dopiero co się zakończyły. Ekranizowana jest nawet tak dobrze znana nam wszystkim produkcja jak Angry Birds. Czeka nas więc rok, który powinien cieszyć zarówno fanów gier jak i kinematografii. No chyba, że pójdzie jak zwykle... Bo jak to było z tymi filmowymi adaptacjami gier? Czy na pewno jest to dobry pomysł? Przypomnijmy sobie może poprzednie takie produkcje i zastanówmy się, czy te dwa światy da się właściwie pogodzić? Historia ekranizacji gier zaczęła się już dość dawno ponieważ w 1982 roku, a był to animowany serial dla dzieci The Pac-Man Show. Produkcja ta była jednak tak nijaka, że nawet małe dzieci niezbyt chciały oglądać ten pokaz zjadania małych białych pigułek. Wyemitowano dwa sezony - po czym serial porzucono. Później nie było lepiej, ponieważ widzów maltretowano licznymi produkcjami spod znaku Super Mario Bros. Zarówno filmy animowane, jak i aktorskie tej marki nie wybijały się ponad jakikolwiek zadowalający poziom, a do tego firmy, które podjęły się tych ekranizacji straciły bardzo dużo funduszy. Właśnie w tym momencie prawdopodobnie zauważono w końcu, że większy potencjał mają nie filmy dla dzieci, lecz dla dorosłych odbiorców. Nadszedł więc rok 1995 i Mortal Kombat. Film może nie był wyjątkowy, ale spodobał się fanom i zarobił ponad 100 milionów dolarów. Znalazły się w nim znane fanom gry postacie, a akcja obfitowała w liczne pojedynki. Po pewnym czasie w niektórych kręgach, Mortal Kombat stał się filmem kultowym, a w międzyczasie nakręcono również kontynuację, która jednak była tak słaba, iż nawet oglądanie Na Wspólnej wydaje się ciekawsze. Były to jednak pierwsze filmy na podstawie gier, które odniosły niekwestionowany sukces i sprawiły, że zaczęto tworzyć więcej takich cudów. Jednymi z nich na pewno są filmy Tomb Raider. W chwili swoich premier obie