Jump to content

STARKILLERfez

Forumowicze
  • Content Count

    27
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

4 Neutralna

About STARKILLERfez

  • Rank
    Goblin
  • Birthday 09/15/1998

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubiony gatunek gier
    Array
  1. Civilization to jedna z najbardziej zasłużonych serii gier, jakie kiedykolwiek powstały. Trudno znaleźć wśród graczy osobę, która nie słyszałaby o tym tytule lub o atomowych zapędach Gandhi'ego. Nic dziwnego, że co jakiś czas dostajemy kolejną część tego znamienitego cyklu. Tak stanie się już niebawem, ponieważ 21 października. Co już wiemy, czy planowane są jakieś większe zmiany i czy to nadal będzie ta gra, którą pokochali fani? Za tworzenie tego tytułu odpowiada ekipa od ostatniego dużego rozszerzenia do Civilization V - czyli Brave New World. Dodatek był naprawdę świetny i zadowolił chyba wszystkich fanów. Wiele opcji handlu, dyplomacji, walki lub rozwoju kulturalnego było kluczem do sukcesu. Z takim doświadczeniem Ci twórcy nie powinni nas raczej zawieść. Na razie wiemy niewiele lecz jest już parę informacji o zmianach. Ogółem mówiąc - w części szóstej nastąpi ewolucja w podejściu do miast i ich lokalizacji. Podczas gdy dotychczas zwracaliśmy uwagę głównie na surowce dookoła naszej przyszłej aglomeracji - teraz będziemy musieli skupić się również na ukształtowaniu i typie terenu. Stanie się tak, ponieważ rodzaje terenu będą nam fundować rozmaite premie we wszystkich dziedzinach. Na tej zasadzie, np. góry dodadzą nam premię do nauki lub wiary, a kamieniołomy do wznoszenia murów. Analogicznie teren działać będzie również w innych dziedzinach. Lokalizacja wpłynie również na szybkość wynajdywania nowych technologii - miasto nad morzem szybciej wynajdzie technologie morskie, a to położone przy kopalniach żelaza szybciej pozna tajniki jego obróbki. Kolejną zmianą w stosunku do poprzedniej części będzie powrót elementu znanego z jeszcze wcześniejszych odsłon. Mianowicie chodzi o armie. Znów będziemy mogli grupować w nich swoje jednostki, aby posiadały jeszcze większą skuteczność. Da nam to pewnie jeszcze więcej możliwości taktycznych niż w części piątej, która i tak już była dość zaawansowana w tym względzie. Oprócz tego zmieni się oczywiście także grafika - co jednak zdążyło wywołałać pewne kontrowersje wśród graczy. Już na pierwszy rzut oka jest ona mniej szczegółowa niż poprzedniej odsłony i bardziej pastelowa. Część osób (być może całkiem słusznie) stwierdziła, że oprawa tej części bardziej przypomina grafikę popularnych gier społecznościowych ze smartphonów niż gry komputerowej. Do premiery jeszcze trochę czasu, więc twórcy może zmienią pewne koncepcje, lecz ogólny zarys już mamy. Oprócz tych informacji opublikowano również krótki zwiastun, który odwołuje się do pokonywania przeszkód przez ludzkość. Jest on piękny, lecz nie dowiemy się z niego praktycznie nic o samej grze. Jakiekolwiek innowacje i zmiany nie zostaną wprowadzone - najważniejsze jednak by była to ta cywilizacja, która powoduje w nas wszystkich syndrom jeszcze jednej tury. By była tą grą, która pobudza emocje pomimo braku niesamowitych sekwencji akcji. By pozostała wspaniałą opowieścią o pokonywaniu przeciwności, by nadal ukazywała heroizm ludzi postępu, by pobudzała chęć odkrywania i sprawiała, iż wszyscy choć na chwilę poczujemy dumę, że jesteśmy częścią, no właśnie... cywilizacji.
  2. Mi się właśnie w tym zwiastunie podoba to przerysowanie i specyficzny styl. Posąg Imperatora, który zmienia się w orków, ciała opadające tworząc trójkę... Naprawdę zwiastun jest według mnie świetny w oglądaniu
  3. Kilka dni temu miała miejsce premiera zwiastuna nowej części Dawn of War. Był on efektowny, klimatyczny i co bardzo ważne dla serii brutalny, ale... Właściwie nie powiedział nam nic o grze, jaka nadchodzi - oprócz tego, że na początek dostaniemy zaledwie trzy strony konfliktu (Kosmiczni Marines, Eldarzy i Orkowie). Więcej możemy dowiedzieć się ze słów Stephena MacDonalda, producenta wykonawczego tego tytułu: "Nasze największe jednostki? Są. Gigantyczne lasery orbitalne? Są. Budowanie bazy, epiccy bohaterowie, ogromne bitwy, to wszystko mamy. Przygotujcie się na największy Dawn of War, jaki kiedykolwiek powstał. Za Imperatora!" Po tych słowach wielu fanów serii pewnie odetchnęło z ulgą. Czyżby najnowszy Świt miał szansę odkupić winy poprzedniej części i znów stać się prawdziwą strategią? Pierwszą część, wydaną w 2004 roku wszyscy pamiętają pewnie jako dynamiczną, nastawioną na agresywne działania strategię w czasie rzeczywistym. Zamiast kopalni rudy mieliśmy punkty strategiczne i relikty rozsiane po całej mapie, co zmuszało do szybkiej ekspansji. Dzięki dodatkom w nasze ręce wpadły liczne nowe rasy, które bardzo się od siebie różniły i zmuszały do odmiennej taktyki oraz stylu gry. Unikalny dla tego uniwersum klimat szaleństwa, mroku i brutalności został świetnie przeniesiony do gry i przykuwał do ekranu na długie godziny. Ciekawa kampania i świetny multiplayer sprawiły, że pozycja ta stała się jednym z najpopularniejszych RTS-ów jakie powstały. Zainteresowanie było wielkie, więc nic dziwnego, że postanowiono po pewnym czasie zrobić kontynuację. No i tu właśnie zaczął się problem... Część druga całkowicie zmieniła swój styl. Zabrano rozbudowę bazy głównej, sterowanie wielkimi armiami i podbijanie nimi kluczowych pozycji. W zamian dostaliśmy grę, w której sterujemy tylko jedną grupką żołnierzy dowodzoną przez bohaterów o specjalnych zdolnościach. RTS-a zmieniono więc w izotermiczną strzelankę, której bliżej już do strzelanego H'n'S niż do swojego poprzednika. Za pozytywny aspekt można uznać to, iż Space Marines byli teraz bardziej wytrzymali i zabójczy, dzięki czemu zgodni z książkowym uniwersum oraz dostaliśmy kolejną rasę w grze, ale niesmak pozostał. Wiele fanów poprzedniej części było zawiedzionych nagłą zmianą. I tak dochodzimy do części trzeciej, która być może zmaże grzechy poprzedniczki. Ze słów Stephena możemy wnioskować, że dostaniemy z powrotem rozbudowę bazy oraz umocnień i podbój punktów przy jednoczesnym pozostawieniu bohaterów ze specjalnymi zdolnościami, którzy mogą levelować. A czy nadal będzie dostępna mapa strategiczna rozległa na kilka planet? Tego dowiemy się pewnie za jakiś czas, ale już teraz można przewidywać inne rzeczy. "Nasze największe jednostki". Czyżby w grze miały pojawić się także największe Tytany? Wydaje się to mało prawdopodobne przy ich rozmiarze (nawet 150 metrów wysokości), ale kto wie, może dostaniemy z nimi specjalne misje lub chociaż sceny. Zresztą, nie chodzi tylko o siły Imperium. Jak wiadomo Eldarzy i Orkowie także potrafili pokazać naprawdę duże maszyny. Warhammer 40 000 może poszczycić się wielkością i rozmachem, więc może rzeczywiście warto pokazać coś większego niż Land Raider. "Gigantyczne lasery orbitalne". Skoro mamy coś na orbicie to może w końcu uda nam się przewodzić nie tylko siłom lądowym, ale także flotą. Miło byłoby pokierować fregatami Adeptus Mechanicus wyłaniającymi się z Osnowy lub zszabrowanymi statkami orkowego Waaagh!!!. Na pewno dałoby to graczom wiele nowych wrażeń i wymagałoby nowych strategii. Twórcy obiecują największy Dawn of War, jaki dotychczas powstał i oby nie blefowali. Oby fani nie zawiedli się po raz drugi. Jaka jest prawda dowiemy się pewnie z napływającymi z czasem informacjami, zatem pozostaje nam tylko czekać i modlić się do Boga-Imperatora Ludzkości o to, aby żadni heretycy nie zakłócili prac ekipy z Relic.
  4. Temat wikingów to ostatnio jeden z najpopularniejszych motywów w popkulturze. Eksploatowany w grach, filmach i książkach - widywany przez nas co chwilę. Czy to bezpośrednio ich historia jak w serialu Wikingowie, czy bardzo duże nawiązanie jak w trzeciej części Wiedźmina - temat ten jest nam dobrze znany. Ktoś mówi wikingowie, a my od razu widzimy brodatych wojowników z ich toporami, charakterystyczne okręty i mroźne skały północy. Rzadko jednak zastanawiamy się nad drugą stroną ich egzystencji. Jak żyją? Co robią po powrocie z wypraw? Jakie obrzędy odprawiają? Jak wygląda u nich rodzina? I to jedno najważniejsze pytanie - co z kobietami? Jaka jest ich rola? Zawsze skupiamy się na mężczyznach. Na brutalnych i bezwzględnych dla wroga wojownikach. Literatura, filmografia, a także gry prawie zawsze oddają im pełnię chwały. Nawet gdy pojawia się jakaś postać kobieca - również musi być ona typem wojownika. Twórcy całkowicie pomijają losy zwykłych żon wikingów, bo według nich - przecież co może być w ich życiu ciekawego? A jednak się mylą i każdy kto chce poznać losy zwykłych kobiet tamtych czasów i miejsca może sięgnąć po Sagę Sigrun od Elżbiety Cherezińskiej. Pierwsza część cyklu Północna Droga opowiada o Sigrun. Poznajemy ją, gdy jest jeszcze mała, a cała książka jest prowadzona w pierwszej osobie; z jej perspektywy. Dzięki takiej formie opowieści możemy uczestniczyć w jej życiu i czuć się z główną bohaterką bardziej zżyci. Razem z nią przeżywamy kolejne okresy jej życia - towarzyszymy jej w wędrówkach na łąkę, jesteśmy podczas jej rozmów z ojcem, obserwujemy jak pierwszy raz widzi się ze swoim mężem - jarlem Reginem. Jak na prawdziwą sagę przystało cała "akcja" skupiona jest na relacjach, uczuciu i rozmowach. Mało tu opisów przyrody, ale za to wiele wewnętrznych przeżyć i przemyśleń głównej bohaterki oraz rozmów między postaciami. Poznajemy świat wikingów od środka, patrząc oczami osoby z ich społeczności, patrząc według jej wiedzy i przekonań. Książka pokazuje nam jak wielką siłę musiały mieć w sobie kobiety wikingów. Kochające żony, które większość swojego czasu spędzały bez mężów będących długie miesiące na dalekich wyprawach. Przepełnione miłością do nich wyczekiwały z niecierpliwością ich przybycia, a potem oddawały się im z całym swym uczuciem. Silne i wytrwałe. Podczas gdy mężczyźni byli daleko to na ich barkach spoczywały losy społeczności. Zajmowały się grodem, zbiorami, składaniem ofiar. Troszczyły się o dobro wspólnoty, ukrywały zbiory na czas wojny, chodziły po wróżby, wyszywały ubrania. Ich świat pełny był nieograniczonej troski o swe dzieci i miłości wobec mężczyzny swojego życia. Walczyły ze swymi wątpliwościami, obawami i słabościami. Znosiły dzielnie przywiązanie do jednego miejsca, podczas gdy wojownicy ruszali na dalekie wyprawy w świat. Oddane tradycji i religii przekazywały swoich synów wojnie. To właśnie ukazanie oblicza kobiet tamtej społeczności jest największą siłą tej książki. W końcu widzimy, że nie tylko mężczyźni wojownicy byli ważni. W końcu dostajemy książkę, która oddaje swoisty hołd tym niezłomnym bohaterkom swoich czasów. Oprócz tego motywu bardzo ważną częścią książki jest jednak także ukazanie kultury i zwyczajów wikingów. Widzimy oczami Sigrun świat wypełniony zapachem miodu, pieśniami bardów i skarbami z dalekich krajów. Poznajemy przepowiednie, które nie zawsze są dobrze interpretowane. Uczestniczymy w ucztach powitalnych i obrzędach religijnych. Obserwujemy pierwsze wpływy chrześcijaństwa na północy. Razem z Sigrun wyszywamy smoki na tkaninach i podróżujemy między grodami. Poznajemy tradycje, religię i zwyczaje tej unikalnej społeczności. Słuchamy ich legend i poznajemy przesądy. Wszystko to sprawia, że sięgając po tę książkę na czas jej czytania stajemy się częścią tej wspólnoty. Zagłębiamy się w ich świat, czujemy jak oni. Niepokoimy się i cieszymy. Towarzyszymy im w smutkach i momentach radości. Dawno żadna książka nie przywiązała mnie aż tak bardzo do postaci w niej występujących. Często martwimy się o ich losy tak jak Sigrun i tak jak ona oczekujemy ich powrotu z wyprawy. Książka ta jest spokojna i jednowątkowa. Nie doświadczymy tu nagłych zwrotów akcji ani wielkiej intrygi. Nie zobaczymy walk i starć. Krew i odgłos uderzających o siebie mieczy jest tam obecny, ale gdzieś daleko. Gdzieś za wielką wodą, gdzieś gdzie wojownicy popłynęli na wyprawę. Nie jest to powieść przepełniona akcją. Jest to opis życia. Życia z dnia na dzień, z roku na rok. Niektórym ten spokój może przeszkadzać, ale wielu na pewno zachwyci. Warto wieczorem usiąść nad tą książką i zanurzyć się w świat Sigrun na jakiś czas.
  5. Sicario jest filmem, który narobił niemałe zamieszanie tuż po swojej premierze w ubiegłym roku. Krytycy zachwycali się jego klimatem, tematyką oraz aktorstwem. Dopiero teraz jednak było mi dane sprawdzić, czy rzeczywiście film jest tak dobry jak o nim mówią. Czy było warto? Zdecydowanie tak, a dlaczego, dowiecie się już za chwilę. Fabuła filmu obraca się wokół postaci Kate Macer (Emily Blunt), która jest liderem oddziału SWAT. Po jednej z akcji, w której znajduje ona kilkadziesiąt ciał ludzi zabitych w wyniku potyczek meksykańskich karteli narkotykowych, zostaje zaproszona do specjalnego oddziału. Oddziału sformowanego z wielu ochotników z różnych organizacji. Ich zadaniem jest odnalezienie i schwytanie lidera meksykańskiego kartelu. Na początku Kate nie wie dokładnie, jakie są konkretne intencje jej nowych przełożonych oraz metody działania. Wkrótce jej moralność zostaje wystawiona na ciężką próbę. Film ten ma wiele atutów takich jak fabuła, aktorstwo czy poruszany temat, ale niekwestionowanym liderem wśród wszystkich zalet jest ciągłe napięcie. Już pierwsze sceny akcji oddziału SWAT potrafią podnieść tętno. Na chwilę akcja się uspokaja, brakuje muzyki, dialogi są szczątkowe, jest wręcz minimalistycznie, a to dodatkowo potęguje następujący po chwili wybuch, który jest tak bardzo nagły i niespodziewany. Dalej jest tylko lepiej. Sekwencja przejazdu konwoju przez meksykańskie miasto Juárez to jedna z najbardziej podnoszących ciśnienie scen, jakie ostatnio widziałem. Cały czas nie wiemy na co natkną się nasi bohaterowie za kolejnym skrzyżowaniem. Dodatkową zaletą tego fragmentu filmu jest rewelacyjnie wykreowana atmosfera miasta zdominowanego przez gangi narkotykowe. Trupy bez głów wiszące pod mostem, odgłosy wystrzałów gdzieś z innej dzielnicy, zniszczone budynki. Takich pamiętnych momentów w filmie jest bardzo dużo i wszystkie pasują idealnie. Nie ma tu nic wepchniętego na siłę. Wspaniale działa tu właśnie ten spokój, który po chwili jest niszczony eksplozją brutalności. W budowaniu klimatu bardzo wielki wkład ma także muzyka. Jest ona bardzo dobrze wpleciona w film - czasami słyszymy utwory przywodzące na myśl soundtrack z Incepcji, później ciężkie melodie odgrywane na wiolonczelach, a kiedy indziej delikatne, dające się ledwo wychwycić dźwięki. Nic dziwnego, że ścieżka dźwiękowa Sicario była nominowana do Oscara. Świetnie jednak działa w wielu scenach również brak jakiejkolwiek muzyki. Możemy usłyszeć wtedy każdy dźwięk - sztućce uderzające o talerze, wzdychanie postaci. To także podnosi napięcie, ponieważ wiemy, że ta cisza zaraz zostanie przerwana jakimś nagłym wydarzeniem. Bardzo dobre są również zdjęcia i scenografia. Wspaniale pokazano bezkresne pogranicza Stanów Zjednoczonych i Meksyku oraz miasto pełne gangów. Wielu scenom towarzyszą świetne ujęcia, które skonstruowane są tak abyśmy identycznie jak bohaterowie nie wiedzieli co kryje się za rogiem. Rozpisałem się tu o klimacie filmu, ale powinno się także powiedzieć o samej fabule. Czy jest ona równie dobra co reszta tego dzieła? Trzeba od razu sobie powiedzieć, że także jest świetna. Pokazuje sytuację w sposób bardzo brutalny i wciągający. Identyczne jak główna bohaterka na początku - nie wiemy do końca komu możemy ufać. Postacie są świetnie nakreślone i zagrane. Mamy tu ekscentrycznego dowodzącego operacją o bezwzględnych metodach dążenia do celu (Josh Brolin) oraz tajemniczego Kolumbijczyka (Benicio Del Toro), który pomaga USA z niewiadomych dla nas powodów. Bardzo dobra jest również główna bohaterka, widocznie zagubiona w świecie, do którego wkroczyła. Jedyną skazą wśród tych postaci jest przyjaciel Kate, Reggie (Daniel Kaluuya), który jest postacią dość nijaką i płytką. Gdy pojawia się na ekranie atmosfera siada i nie dowiadujemy się niczego szczególnego. Fabuła stawia pytania jak daleko można się posunąć w imię walki z przestępczością. Robi to jednocześnie z wyczuciem, nie wpycha w widza odgórnie właściwych poglądów. Twórcy jakby chcieli nam tylko pokazać sytuację pozostawiając ocenę dla nas. Nie mówią nam, kto ma rację, kto jest dobry, a kto zły. Film ten jest bardzo dobrą produkcją do obejrzenia w ciszy i skupieniu. Nie oszczędza nam on przykrych widoków, które pokazane są w "mocny" sposób, a przy tym przedstawia ważną treść. Ukazuje barwne postacie oraz mroczne oblicze granicy USA. Zapewnia wspaniały klimat i przyciąga do telewizora. Film godny polecenia każdemu.
  6. Mimo, że czytam wiele książek historycznych to prawie nigdy nie odkryłem nic ciekawego o historii Francji z okresu poprzedzającego wojnę stuletnią. Zainteresowałem się więc bardzo gdy dostałem książkę Królowie Przeklęci. Król z Żelaza to pierwsza część z siedmiotomowego cyklu. Maurice Druon z pomocą zapisków kronikarzy stworzył fabularyzowaną książkę historyczną, która wciąga wręcz niesamowicie. Powyższa opowieść zaczyna się w siódmym i ostatnim roku procesu Templariuszy, który został wytoczony przez króla Filipa Pięknego aby przejąć ich majątek. Większość z rycerzy Chrystusa została wybita, część uciekła do Hiszpanii, a nieliczni są nadal więzieni. Pośród nich jest między innymi wielki mistrz zakonu - Jakub de Molay - którego oprawcy zmuszają do wyznania zbrodni niepopełnionych przez zakon. Po licznych torturach przyznaje się on do wszystkiego co mu zarzucano. Zostaje wykonany wyrok - spalenie na stosie. Jednak podczas wykonywania go mistrz rzuca klątwę na papieża, strażnika pieczęci i króla. Czy jego przekleństwo się spełni? Od razu po rozpoczęciu czytania zauważyłem, że autor stworzył wspaniały opis średniowiecznej Francji. Ciasne uliczki wypełnione straganami, wielkie twierdze i zamki, połacie lasu oraz łany zboża skąpane w słońcu. Do tego rywalizacje rodów, zakulisowe intrygi, nieczyste polityczne zagrywki. Bardzo dobrze zostały oddane potyczki stronnictw na dworze króla, które szkodzą krajowi. Na każdym kroku możemy zauważyć piękno jak i wady tamtych czasów. Świetnie oddane jest jak bliska ludziom w tamtych czasach jest śmierć. Publiczne obdzieranie ze skóry to po prostu dobra rozrywka, która umila monotonie życia (wszystko to prawdopodobnie za sprawą powszechnych w tamtych czasach zgonów - czarna śmierć i wojny nie oszczędzały ludzi). Ponadto Maurice Druon potrafi zainteresować nawet zwykłym opisem polowania, życia w mieście lub podróży w celu przekazania listu ponieważ to wszystko dla dzisiejszego czytelnika jest tak bardzo obce. Ogółem cały napisany w tej książce tekst niesamowicie pobudza wyobraźnię. Czytając od razu przed oczami staje nam obraz pięknej XIII wiecznej Francji. Nie ma tu też żadnych wypełniaczy. Każdy opis jest tu przemyślany i potrzebny, a do tego bardzo dobry. Co do fabuły to jest ona rewelacyjna. Historia sama poprowadziła tu opowieść o jakiej nie śniło się żadnemu pisarzowi. Duże i potężne państwo, które obraca się w ruinę przez liczne spiski oraz słabych władców, jedna z najdłuższych wojen w historii oraz batalie rodów niczym w Westeros Georga R. R. Martina. Różnica jest jedna. To wszystko co opisuje Druon wydarzyło się naprawdę. Do tego postacie opisane w książce są bardzo wyraziste. Filip Piękny, który jest w stanie posunąć się do strasznych czynów aby w jego państwie było jak najlepiej, hrabia d'Artois, który pod wyglądem zabawnego osiłka kryje błyskotliwy umysł stworzony do intryg, czy młoda i ambitna królowa Anglii. Są to postacie czasami szlachetne, niekiedy nikczemne, ale na pewno prawdziwe i ludzkie. Można ich pokochać lub znienawidzić, ale nie znudzić się nimi. Jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałem, a dodatkowo można z niej dowiedzieć się wiele o Francji z okresu średniowiecza. Liczne historyczne przypisy oraz drzewa genealogiczne pomagają w zrozumieniu wielu rzeczy ukazanych w Królu z Żelaza. Jeśli ktoś interesuje się czasami rycerzy i wielkich rodów oraz lubi obserwować zakulisowe intrygi to powinien pędzić do księgarni i nabyć od razu cały cykl Królów Przeklętych.
  7. Gangsterskie lata 30 i 40 na zawsze odcisnęły piętno na amerykańskiej historii - jak i światowej kinematografii. Filmów o tej tematyce powstało już bardzo dużo i cały czas kręcone są nowe - jedne lepsze, drugie gorsze. Czasami trafiały nam się prawdziwe perełki, które stawały się później legendami kina. Przedstawiany tutaj obraz na pewno taką legendą nie zostanie, ale nie zmienia to faktu, iż naprawdę warto go obejrzeć. Historia, którą obserwujemy na ekranie dzieje się w czasach Ala Capone. Głównym bohaterem jest grany przez Toma Hanksa Michael Sullivan, który jest człowiekiem od brudnej roboty na usługach mafii. Ma żonę, dwójkę dzieci, dom i stały dopływ gotówki, więc nie ma na co narzekać. Dzieje się tak aż do momentu, w którym jedno z jego dzieci oraz jego małżonka giną zamordowani przez "partnera z pracy" Sullivana. Michael wraz z jedynym pozostałym przy życiu synem musi więc uciekać, by obmyślić plan zemsty za zbrodnię popełnioną na jego rodzinie. Fabuła wydaje się dość prosta i na początku jednowątkowa. Później dostajemy również wątek płatnego zabójcy, który jest bardzo ważny dla fabuły - oraz rodziny, dla której pracował główny bohater. Ogólnie jest jednak dość kameralnie. Nie mamy tu wielkich wojen gangów, licznych strzelanin ani epickiej historii... i jest to zaletą. Przez większość czasu słuchamy rozmów między poszczególnymi bohaterami. Główną częścią filmu jest tu relacja Michaela z synem. Oprócz treści gangsterskich film jest bowiem również opowieścią o późnej nauce ojcostwa i wartości rodziny w życiu. Także po drugiej stronie barykady - u przeciwników Sullivana możemy obserwować tę wartość więzów rodzinnych. Na szczególną uwagę zasługuje tu fantastycznie zagrany przez Daniela Craiga, Connor Rooney, który jest postacią lekko rozchwianą emocjonalnie, ale też bardzo ciekawą, musi on zmierzyć się bowiem ze swoim kompleksem niższości wobec dawnego partnera. Ogólnie aktorstwo w tym filmie stoi na bardzo wysokim poziomie. Nawet postacie drugoplanowe są zagrane bardzo wiarygodnie, a główni bohaterowie to po prostu popis aktorskiego talentu. Nie jest to jednak nic dziwnego skoro na ekranie cały czas widzimy same kinowe gwiazdy. Tom Hanks, Daniel Craig, Paul Newman, Jude Law - tylko kilku z występujących tu świetnych aktorów. Oprócz historii i aktorstwa na wspomnienie zasługuje również klimat filmu i scenografia. Od razu widać, że na planie postarano się, aby jak najlepiej oddać realia tamtych lat. Po ulicach jeżdżą liczne samochody z epoki przewodniej; w barach słychać starą muzykę, a gangsterzy chodzą w charakterystycznych prochowcach i kapeluszach. Do tego dodajmy jeszcze klasycznego Thompsona z okrągłym magazynkiem i mamy pełny obraz mafii z tamtych czasów. Postarano się również o sugestywne przedstawienie konkretnych scen przez akcentowanie ich ponurą pogodą. W filmie bardzo często pada deszcz, a niebo jest całkowicie zachmurzone. Niektóre momenty są podkreślone również bardzo dobrymi ujęciami, lecz niestety nie mogę wymienić tu ani jednej sceny z takim pamiętnym ustawieniem kamery, ponieważ są to momenty najbardziej ważne dla fabuły. Warto wspomnieć także o muzyce, która jest bardzo dobra - choć części utworów ze ścieżki dźwiękowej na pewno nikt by się tu nie spodziewał. Mamy tu więc utwory z epoki, klasyczne gangsterskie motywy muzyczne, trochę jazzu, ale także muzykę, która brzmi jak... soundtrack z pierwszej części wiedźmina. Możecie mi nie wierzyć, ale naprawdę pojawia się tam jeden taki utwór. Pośród tych wszystkich zalet film ma jednak parę wad. Jedną z nich jest na przykład bardzo zwalniająca w pewnym momencie akcja, co wybija widza z rytmu i przez chwilę nudzi. Kolejną wadą jest dość nierealne podejście głównych bohaterów czyli Sullivana i Sullivana Juniora w stosunku do ich zmarłych członków rodziny. Smutek po stracie okazują oni właściwie tylko przez chwilę, a zaraz potem jakby całkowicie o tym zapominają, tak jakby nigdy nic złego się nie stało. Ogólnie film jest jednak naprawdę dobry i przyjemnie się go ogląda. Dla każdego fana mafijnych porachunków pozycja obowiązkowa.
  8. Postal rzeczywiście był nawet ok jeśli ktoś lubi tak bardzo duży natłok.... właściwie wszystkiego co możliwe. To raczej nie jest po prostu film dla każdego A Asasyn... Trudno się nie zgodzić. Może jednak ten film przywróci jakąś świeżość w tym temacie. Chociaż nie wiem czy nie jestem przesadnie pozytywnie nastawiony
  9. Szczerze mówiąc to... zapomniałem o NFS i w ogóle go nie oglądałem
  10. Już niedługo, bo za 5 miesięcy, do światowych kin wkroczy ekranizacja gry Warcraft, a zdjęcia do filmu Assassin's Creed właśnie dopiero co się zakończyły. Ekranizowana jest nawet tak dobrze znana nam wszystkim produkcja jak Angry Birds. Czeka nas więc rok, który powinien cieszyć zarówno fanów gier jak i kinematografii. No chyba, że pójdzie jak zwykle... Bo jak to było z tymi filmowymi adaptacjami gier? Czy na pewno jest to dobry pomysł? Przypomnijmy sobie może poprzednie takie produkcje i zastanówmy się, czy te dwa światy da się właściwie pogodzić? Historia ekranizacji gier zaczęła się już dość dawno ponieważ w 1982 roku, a był to animowany serial dla dzieci The Pac-Man Show. Produkcja ta była jednak tak nijaka, że nawet małe dzieci niezbyt chciały oglądać ten pokaz zjadania małych białych pigułek. Wyemitowano dwa sezony - po czym serial porzucono. Później nie było lepiej, ponieważ widzów maltretowano licznymi produkcjami spod znaku Super Mario Bros. Zarówno filmy animowane, jak i aktorskie tej marki nie wybijały się ponad jakikolwiek zadowalający poziom, a do tego firmy, które podjęły się tych ekranizacji straciły bardzo dużo funduszy. Właśnie w tym momencie prawdopodobnie zauważono w końcu, że większy potencjał mają nie filmy dla dzieci, lecz dla dorosłych odbiorców. Nadszedł więc rok 1995 i Mortal Kombat. Film może nie był wyjątkowy, ale spodobał się fanom i zarobił ponad 100 milionów dolarów. Znalazły się w nim znane fanom gry postacie, a akcja obfitowała w liczne pojedynki. Po pewnym czasie w niektórych kręgach, Mortal Kombat stał się filmem kultowym, a w międzyczasie nakręcono również kontynuację, która jednak była tak słaba, iż nawet oglądanie Na Wspólnej wydaje się ciekawsze. Były to jednak pierwsze filmy na podstawie gier, które odniosły niekwestionowany sukces i sprawiły, że zaczęto tworzyć więcej takich cudów. Jednymi z nich na pewno są filmy Tomb Raider. W chwili swoich premier obie części zarobiły dość sporo, a pierwsza część była oceniana bardzo dobrze. Klimat się zgadzał, dostaliśmy dużo akcji, poszukiwania starożytnych artefaktów, a dodatkowo Angelina Jolie pasowała do roli Lary idealnie. Film jednak bardzo brzydko się zestarzał przez kiepskiej jakości efekty specjalne i teraz, aż smutno go oglądać. Zaraz potem na ekranach mogliśmy zobaczyć pierwszą część filmu Resident Evil, wzorowaną na znanej chyba wszystkim serii gier o tym samym tytule. Cykl ten warto wyróżnić, ponieważ jest jednym z chlubnych wyjątków spośród reszty ekranizacji gier. Pomimo, iż fabularnie prawie w ogóle nie wiąże się ze swoją komputerową i konsolową wersją - film spodobał się zarówno fanom gry, jak i osobom, które dopiero miały okazję poznać uniwersum. Kolejne części, co zadziwiające biorąc pod uwagę doświadczenia innych serii - również trzymały poziom i wszystkie oprócz ostatniej przyjemnie się oglądało. Na kolejny sukces musieliśmy jednak długo poczekać, a po drodze różni producenci rzucali nam pod nogi gnioty, takie jak Wing Commander, który wyglądał gorzej niż niejedna fanowska produkcja, czy Doom, który pomimo zawartych w nim licznych nawiązań do gry - był produkcją całkowicie mierną. W międzyczasie swoje potwory wypuścił również sławny już Uwe Boll. O jego produkcjach wystarczy powiedzieć, że widzowie po obejrzeniu ich napisali petycję, by reżyser nigdy już nie tworzył żadnych filmów. Na nasze nieszczęście Boll nadal produkuje kolejne adaptacje gier, które tylko psują ich dobre imię. Jeśli tylko usłyszycie filmowe tytuły takie jak Alone in the Dark, Far Cry, Postal czy House of the Dead to po prostu jak najprędzej uciekajcie. Jednak pomimo tylu niepowodzeń w 2006 roku pojawił się nagle film, który jest teraz już niekwestionowanym klasykiem. Mowa tu o Silent Hill. W filmie tym zmieniono lekko fabułę i postacie, jednak klimat, który był tak ważny w grze - pozostał niezmienny, a my oglądając tę produkcję, tak jak przy grze zdecydowanie musimy pamiętać o swoim sercu i ciśnieniu. Do tego dołożono przyzwoite aktorstwo i mamy prawie idealną adaptację gry. Zaraz później w ramach kontrastu dostaliśmy jednak prosto w twarz filmem Hitman, który mówiąc wprost niszczył legendę najbardziej znanego agenta w historii gier. "Dzieło" to było nudne i płytkie, a aktorstwo łagodnie mówiąc - nie zadowalało. Brakowało również ciągłego napięcia, które było tak ważne w komputerowej wersji. Cztery lata po Silent Hill ukazał się jednakże kolejny dobry film, tym razem oparty na podstawie gry Prince of Persia. Książę Persji: Piaski Czasu został wyprodukowany przez Disney i widać, że postarali się oni, by stworzyć coś, co na pewno da im kolejny potężny zastrzyk gotówki. Film ten ma fabułę różniącą się od oryginału dość znacznie, nie doświadczymy tu również karkołomnych akrobacji głównego bohatera, ale kto by się tym przejmował gdy dostajemy sprawnie poprowadzony film przygodowy ze świetnym Jake'm Gyllenhaal'em w roli głównej, a w tle cały czas przesypuje się nam tytułowy piasek. W 2012 natomiast ukazało nam się anime na podstawie serii Mass Effect pod tytułem Paragon Lost. Opowiadało ono historię jednego z bohaterów gry i było nawet całkiem udanym uzupełnieniem gry, jednak ktokolwiek, kto nie miał do czynienia z oryginalną produkcją nie ma czego szukać w tym filmie. Dodatkowo sama grafika animacji w wielu momentach nie stała na najwyższym poziomie, a w samej produkcji znajdowało się wiele absurdów w stosunku do gry. I tak dochodzimy prawie do końca - do roku 2015 i filmu Hitman: Agent 47, który aż trudno uwierzyć, ale był jeszcze gorszy niż wersja z roku 2007. Fabuła, która nie trzymała się kupy, sceny akcji, które efektowne mogły być dziesięć lat temu i aktorstwo na poziomie ziemniaka. Agent 47 stał się jednym z najgorszych filmów ubiegłego roku. Czy warto więc ekranizować gry? Niełatwo przenieść coś, co dobrze wygląda na monitorze także na srebrny ekran. Gry rządzą się innymi prawami niż kinematografia, co dodatkowo utrudnia zadanie. Zabijanie hord wrogów, czy eksploracja jaskiń mogą być porywające na ekranie monitora - gdy to my prowadzimy akcję - ale często całkowicie nie pasują do filmu. Jak jednak widzimy zdarzały się pojedyncze perełki, więc pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzące premiery właśnie do nich się zaliczą i nie zniszczą legendy Warcrafta oraz Asasyna.
  11. Zima jest taką specyficzną porą roku, która sprawia, że mam wielką ochotę na dużą ilość skandynawskich kryminałów. Mroczny klimat ciągłego mrozu, narkotyków i krwi na śniegu to coś, co kocham o tej porze roku. Szybko więc poszedłem do pobliskiego Empiku i kupiłem dwie książki Jo Nesb?: Upiory i Syn. Zacząłem od tej pierwszej i już po przeczytaniu kilkunastu stron wiedziałem, że się nie zawiodę. Książka ta jest kolejną z serii powieści o komisarzu Harrym Hole; jednak można spokojnie ją czytać nawet bez zaglądania do poprzednich części. Powiem więcej, czytanie tego tomu jako pierwszego jest bardzo ciekawe, ponieważ główny bohater wydaje nam się jeszcze bardziej tajemniczy, a historię jego przeszłości odkrywamy powoli w miarę przekładania kolejnych stron. Sam Harry Hole jest tak klasycznym, twardym gliniarzem jak tylko mógłby być. Pali dużo papierosów, chodzi w starej marynarce, wypowiada się bardzo rzeczowo i przedkłada pracę nad życie prywatne. W innych okolicznościach powiedziałbym, że to wada, iż postać ma taki popularny w filmach i książkach charakter, ale tutaj bardzo pasuje to do klimatu miasta rządzonego przez bossów narkotykowych. Atmosfera Oslo jako przerażającego miasta, w którym na każdym kroku widać ćpunów oraz handlarzy heroiną i innymi używkami to kolejny bardzo ważny aspekt tej książki. Dzięki świetnym opisom łatwo wyobrazić sobie ciemne uliczki wielkiej aglomeracji, w których na każdego przechodnia czyhają liczne niebezpieczeństwa ze strony otumanionych narkotykami ludzi. Atmosfera wydaje się bardzo gęsta, pełna napięcia i dymu papierosowego. Nesb? poprzez świetną fabułę i nastrój ukazuje w swojej książce również problem jakiemu stawia czoło teraz Norwegia. Ulice miasta pełne narkomanów to nie fikcja literacka, lecz ponury fakt, który psuje reputację tego skandynawskiego kraju. W analizie tej sprawy autor nie pozostaje jednak jednostronny. Oprócz piętnowania narkomanii zwraca również uwagę na perfidną grę, jaką prowadzą często władze miast aby się bogacić; nie przejmując się tym że ich działania doprowadzają do codziennych zgonów z przedawkowania. Bez upiększania pokazuje także brutalny obraz tego, do czego może doprowadzić człowieka uzależnienie. Rozpisałem się o otoczce książki, ale całkowicie pominąłem fabułę, jak się ona prezentuje? Historia, którą śledzimy w książce zaczyna się od zabójstwa. Zabójstwa bardzo prozaicznego, ponieważ wygląda na to, że jeden narkoman zabił drugiego aby dobrać się do jego zapasów narkotyków. Ze znalezieniem sprawcy zbrodni policja nie ma żadnego problemu i szybko pakuje go do więzienia. Harry Hole nie wierzy jednak, że morderstwo popełnił wspomniany chłopak. Dlaczego? Tego już nie mogę powiedzieć, ponieważ byłoby to naprawdę dużym spoilerem. Od samego początku fabuła bardzo szybko się rozwija. Akcję śledzimy z perspektywy Harrego jak i retrospekcji zamordowanego narkomana, Gusto. Główną cechą, która podoba mi się w tej historii jest całkowity brak przypadkowości. W przeciwieństwie do popularnej trylogii Millennium, gdzie bohaterowie często dochodzili do rozwiązania przez szczęśliwy zbieg okoliczności - tutaj Harry do wszystkiego dochodzi dzięki swojemu talentowi i analizie czynników zbrodni. Nie ma tu nagłych odkryć; tylko stopniowe odsłanianie prawdy. Poprzez swoje prowadzenie historii Nesb? drażni się również z czytelnikiem; podając mu tropy do osobistego przemyślenia, aby potem całkowicie odwrócić podejrzenia na drugą stronę. Samo zakończenie również jest bardzo zaskakujące i naprawdę każdy kto to przeczyta będzie jeszcze długo myślał: "Ale jak to?!". Jeszcze jedną rzecz, którą należy poruszyć jest to, jak autor dobrze przygotował się do napisania tej książki. Dzięki jego konsultacjom z wieloma osobami o wykształceniu z dziedzin takich jak policja, prawo czy psychologia dostajemy kompletny obraz porachunków między grupami narkotykowymi w Norwegii. W tekście znajdziemy prawdziwe nazwy i opisy egzekucji wykonywanych przez mafię, czy szczegółowe dane dotyczące nawet tej mniej znanej broni palnej. Jedyną rzeczą, jaką można zarzucić tej książce to momenty przestoju w akcji, które lekko wybijają z rytmu; przez co książkę nie przez cały czas czyta się tak samo lekko. Jednak w obliczu tylu zalet ta jedna mała wada nie zmienia faktu, że jest to książka naprawdę godna polecenia.
  12. No fakt, opisywanie muzyki to dość spory problem często. Grafikę lub grywalność o wiele łatwiej opisać
  13. No to propsuje i mam nadzieję, że jeszcze więcej osób przekona się do tej muzyki
  14. Od premiery pierwszej gry z dźwiękiem minęło już wiele czasu. Mowa tu o prostej melodii w stylu Chiptune (grana na układach scalonych) występującej w arkadówce Gun Fight z 1975 roku. Poprzez następne lata muzyka rozwijała się coraz bardziej. Artyści od Hirokazu Tanaki, aż do popularnego dziś Harrego Gregsona Williamsa sprawiali, że w gry nie tylko się grało - ale także słuchało. W licznych produkcjach wykorzystywano praktycznie wszystkie gatunki muzyczne. Electro, epic, rock, folk, jazz czy jeszcze inne style; jedne z większym, inne z mniejszym powodzeniem. Muzyka potęguje nasze odczucia i nawet kiepskiej produkcji potrafi dodać element zachęcający do rozgrywki. Niektóre dobrze dopasowane do sytuacji melodie potrafią wycisnąć nam łzy z oczu - inne sprawić, że na naszej twarzy zagości szczery uśmiech. Oprócz takich gatunków jest jednak jeden, bez którego prawie żadna gra i film się nie obejdzie. Żaden z tych wytworów naszej kultury nie byłby kompletny, nie oglądałoby i nie grałoby się w niego tak przyjemnie. Najczęściej jej nie zauważamy, ale ona cały czas tam jest i buduje klimat w równym stopniu co grafika i narracja. Mowa o muzyce z gatunku ambientu. Jest to gatunek, który całkowicie różni się od reszty. Utwory tego rodzaju nie rozwijają się tak jak cała reszta muzyki, nie mają momentu kulminacyjnego, nie dążą do wielkiego finału. Posiadają one luźną strukturę, a jedyne zmiany jakie zachodzą w melodii to delikatne zmiany barwy dźwięku. Jest to muzyka tak oszczędna, iż zaliczana jest do minimalizmu muzycznego i muzyki eksperymentalnej. Mimo to każdy utwór tego gatunku potrafi zawrzeć w sobie odmienny styl. Może być inspirowany skandynawską muzyką folkową, electro w stylu science fiction, czy westernami. Oprócz głównej melodii wplecione są w nie często dźwięki powiewów wiatru lub szelestu liści. Jedno jest pewne - bez ambientu gry nie byłyby takie jak dziś. Możemy to zaobserwować w praktycznie każdej produkcji. Skyrim, Fallout, Mass Effect, Deus Ex, Stalker. Można tak wyliczać w nieskończoność, a każda z tych gier ma przecież inny styl, więc muzyka również jest diametralnie różna pomimo wspólnego gatunku. Wędrując przez świat Skyrima w uszach będziemy mieć spokojne i statyczne melodie w klimatach mroźnego fantasy. Podróżując po Cytadeli w Mass Effect dookoła będziemy słyszeć delikatne elektroniczne dźwięki. Przemykając się między osłonami w Deus Ex towarzyszyć nam będą ciche melodie w klimatach cyberpunku. Dzięki ambientowi łatwiej wczuwamy się w atmosferę gry, a obcowanie z nią jest przyjemniejsze. Pomimo tak wielkiego znaczenia praktycznie nigdy nie słuchamy tej muzyki ani nawet nie znamy żadnych wykonawców. Pewnie ktoś spyta czy właściwie warto; skoro muzyka ta służy głównie do budowania klimatu. Zdecydowanie warto. Ideą tego gatunku było właśnie towarzyszenie nam w prawie każdym momencie naszego życia. Muzyka ta miała być wręcz kolejnym meblem w naszym mieszkaniu. Miała uspokajać, motywować do działania lub wprawiać nas w specyficzny nastrój. Dlaczego nie mielibyśmy się czuć jak w trakcie przemierzania radioaktywnych pustkowi także poza czasem spędzonym na graniu na komputerze lub konsoli? Muzyka ta mogłaby być również świetnym dodatkiem do czytania dobrej książki lub leżenia w łóżku w stanie półowicznego snu. Znalawszy się w jej objęciach możemy również bardziej się skupić, ponieważ nie przykuwa ona naszej uwagi tak jak dźwięki otoczenia. Skoro działa to w świecie gry lub filmu - będzie działać również w świecie realnym. Oprócz tego gdy jednak skoncentrujemy się na tych dźwiękach szybko odkryjemy ich wewnętrzne piękno płynące ze spokoju i jednostajności. Mimo braku zmian w utworze może on wciągnąć bardziej niż wieloelementowe ballady. Czasami więc gdy z naszego domu wyniosą się choć na chwilę domownicy lub będziemy się kłaść do łóżka załóżmy słuchawki i włączmy jakiś długi ambientowy utwór. Doceńmy muzykę, która całkowicie zmienia nasze postrzeganie otoczenia mimo prostej struktury i braku jakiegokolwiek tekstu. Na pewno będzie to bardzo przyjemnie spędzony czas.
  15. Ostatnio przyszła wielka moda na granie w produkcje stare, sprzed 2000 roku, a na półkach sklepowych królują te z maksymalnie 3 lat wstecz. Tylko grami z pierwszej dekady XX wieku jakoś wszyscy szybko stracili zainteresowanie. Wielka to szkoda ponieważ w przedziale tym mamy ogromną ilość świetnych pozycji, które nie są bardzo znane, ponieważ nie zdążyły zdobyć statusu kultowych. Jedną z takich gier jest zdecydowanie Ground Control 2: Operation Exodus. Kiedyś strategie były bardzo popularne i miały wielu fanów. W ostatnich latach jest ich jednak coraz mniej i mniej, a na placu boju pozostało już tylko kilku większych graczy takich jak seria Total War czy Company of Heroes. Jeszcze niedawno twórcy próbowali utrzymać ten gatunek wykorzystując niespotykane w tym rodzaju gier rozwiązania. Jedną z takich gier jest Ground Control. Powstały dwie części, a trzecia niestety została porzucona. W tym wpisie przedstawię część drugą czyli Operation Exodus ponieważ jest ona według mnie wielkim osiągnięciem w dziedzinie elektronicznej rozgrywki. Co wyjątkowego jest w tej grze? Elementów jest kilka, ale zacznijmy od podstaw. Nie jest to typowy RTS, w którym budujemy budynki i produkujemy wojska. Nie stawiamy barykad, ani murów. Nie zajmujemy kopalni ani fabryk. Jedyne co mamy to strefa lądowania, na którą za pomocą statku desantowego przyzywamy nasze wojska. Pojazd ten można także modyfikować zwiększając jego pojemność, szybkość czy siłę uzbrojenia. Nie robimy tego oczywiście za darmo. Na początek mamy małą sumę, która szybko rośnie. Im więcej jednostek tym fundusze przybywają wolniej. Nie możemy więc zalewać wroga mięsem armatnim lecz musimy umiejętnie dysponować oddziałami. Możliwości strategii jest tu wiele. Każda jednostka ma specjalną umiejętność np. lekka piechota może przełączyć się na tryb ostrzału rakietami przeciwpancernymi, a transporter zamiast strzelać z działka może wystrzelić granaty dymne. Do tego dochodzą przeszkody terenowe, które trzeba pokonywać specjalnymi pojazdami lub umocnienia, które można zająć. Gracz musi również dostosować się do terenu na jakim prowadzi działania. Na otwartych polach czołgi zmiażdżą piechotę lecz w mieście ta może już nieźle namieszać kryjąc się w budynkach (zabudowania oraz lasy dają premię do obrony dla piechociarzy). Nie pomaga również pogoda, która skutecznie może spowolnić natarcie lub celny ostrzał artylerii. Oczywiście cały czas trzeba również przejmować kluczowe miejsca na mapie i wykonywać cele fabularne. W takim momencie może jednak pomóc specjalne wsparcie, które jest drogie lecz niezawodne. Możemy np. zaskoczyć wroga desantem z orbity lub zbombardować jego pozycje niewidzialnymi dla niego bombowcami. Wszystko to razem wydaje się dość skomplikowane, ale w ogarnięciu pola bitwy pomaga m. in. świetna kamera sterowana za pomocą klawiszy WASD (teraz jest to dość powszechne, ale wtedy nie wiele gier korzystało z tego sposobu). Tradycjonaliści mogą mimo wszystko nadal używać do nawigacji myszki po szybkiej zmianie ustawień. Trzeba rozwinąć także temat fabuły ponieważ to kolejna rzecz, która wyróżnia tę strategie. Historia tu opowiadana jest po prostu znakomita i bardzo klimatyczna. W grze wcielamy się w Kapitana Jakuba Angelusa z sił zbrojnych PGP. Przymierze Gwiazdy Północnej od 29 lat walczy o przetrwanie z potężnym Imperium Ziemi lecz cofnęło się do rogu i dłużej nie wytrzyma bezpośrednich starć. Większość miast prezentuje postapokaliptyczny widok. Zniszczone budynki, płonące auta, gruz na ulicach... Wielu żołnierzy z PGP nie wierzy już w szansę przetrwania. Jednak pewnego dnia nad terenem walk spada wrak statku kosmicznego sprzed kilkuset lat. Obie strony konfliktu rozpoczynają wyścig do reliktu przyszłości, który całkowicie zmieni cele wojny. Na początku akcja jest prowadzona bardzo tajemniczo. Po przejęciu wraku nie wiadomo właściwie co przenosił oraz dlaczego dopiero teraz doleciał do planety. Przez pewien czas wątek jakby znika. Zajmujemy się pozornie zwykłymi wojskowymi misjami. Emocjonujący desant na plaży, ciche akcje za linią frontu, w których dowodzimy zaledwie trzema żołnierzami czy regularne bitwy mają przygotować nas do tego co wydarzy się później. A będzie dziać się dużo. Pogłoski o wielkim okręcie gdzieś w galaktyce czy prawdopodobne istnienie tajemniczej rasy obcych Vironów motywuje do dalszego grania i odkrywania wątków fabularnych. Towarzyszą temu różne postacie takie jak generał Warhurst, Grant czy nigdy niewidziana Imperator Vlaana Azleeia, których charaktery są świetnie nakreślone jak na grę strategiczną. Przez całą rozgrywkę doświadczyć można zwrotów akcji, epickich momentów walk, nikczemnych zdrad i wielu innych momentów, których nie powstydziłby się dobry film lub książka. Wszystko to obserwujemy we wspaniałym wirtualnym środowisku. Mimo, że upłynęło już trochę czasu grafika nadal potrafi zachwycić dzięki wyobraźni twórców. Planety, na których prowadzone są walki urzekają swoim środowiskiem. Czasami obserwujemy wspomniane już postapokaliptyczne miasta, kiedy indziej widujemy wspaniałe lesisto bagniste tereny, a jeszcze w innym momencie możemy wręcz poczuć zimny wiatr wiejący pomiędzy arktycznymi kanionami. Do tego oczywiście dochodzi piękno płomieni wylewających się z miotaczy ognia, pocisków uderzających w pancerze czy ostrzału artylerii niczym gradu meteorytów. Dzięki wspomnianej wcześniej swobodnej kamerze możemy wszystko obserwować z bardzo bliska i podziwiać detale. Graficy zadbali nawet o takie elementy jak piękne niebo, na którym często widać inne planety i mgławice mimo, iż w strategiach rzadko się je podziwia. Muzyka dopełnia dzieła. Ostre motywy podczas desantu, podniosła melodie w chwilach ważnych dla fabuły, czy ledwo słyszalne dźwięki ambientowe podczas misji szpiegowskich. Wszystko to stwarza atmosferę, której nie doświadczyłem w żadnej innej grze tego typu (no może jeszcze Warhammer 40k: DoW). Czy warto więc ją mieć? Myślę, że to jedna z najlepszych gier w jakie grałem więc... Tak. Każdy powinien zagrać w coś tak dopracowanego. Jeśli ktoś lubi wymagające strategie będzie zachwycony sterując każdym pojedyńczym żołnierzem i niszcząc formacje wroga, jeśli ktoś lubi wciągającą fabułę będzie z wypiekami na twarzy śledzić losy bohaterów, a jeśli ktoś woli akcję i napięcie pokocha sierżanta Rho i jego misje za linią frontu. Każdy jest w stanie znaleźć tu coś dla siebie, każdy będzie się przy tej grze dobrze bawił. + fabuła niespotykanie dobra jak na RTS + ciekawe postacie + piękny świat gry + różnorodne misje - na multi już nie pogramy - brak możliwości gry Imperium bez modów Ocena: 9/10
×
×
  • Create New...