Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Jakiś czas temu gadaliśmy sobie z Dogmatem Iskrzyńskim na temat najbardziej klimatycznych naszym zdaniem momentów w grach. Wtedy też wpadłem na pomysł żeby zrobić własną listę takowych. Oczywiście nie jest to pierwsza ani ostatnia lista tego typu, tym niemniej częściowo robię ją dla samego siebie, żebym kiedyś w razie problemów ze zdecydowaniem się w co zagrać mógł się oprzeć na tym, co sądziłem o kilku ulubionych tytułach wcześniej.
    Jak każda lista tego typu, ta również jest skrajnie subiektywna, ale opinie o klimacie w grze nie mogą być obiektywne, bo na każdego działa coś innego. Dla niektórych niesamowity klimat ma rozpierniczone pole bitwy, na którym słychać jeden wybuch za drugim - a ja na przykład do takich osób nie należę, stąd nie znajdziecie na tej liście nic podobnego.
    Kolejność jest absolutnie przypadkowa, chodzi po prostu o zbiór momentów w grach, które uznaję za klimatyczne. Ograniczyłem się do jednego momentu na tytuł, oczywiście tego najlepszego moim zdaniem.
    Żeby dać niektórym przedsmak klimatu zawartego w danej chwili gry, a innym którzy mieli szczęście go osobiście doświadczyć przypomnieć 'jak to było', postaram się powklejać filmiki z YT zawierające muzykę, jaką dane było nam słyszeć w danym momencie. Albowiem muzyka jest jednym z najważniejszych wyznaczników klimatu, drogie dzieci.
    Jak dobrze pójdzie, to może znajdę coś co nie jest samą muzyczką, a całym filmikiem z danego etapu.
    I żeby mi potem nikt nie jęczał - w tym rankingu gdzieniegdzie zawarte będą ważne spoilery z fabuły danej gry.
    Ale dość tej czczej gadaniny, nie jesteśmy w końcu w Sejmie ani na konferencji prasowej. Przejdźmy do rzeczy.


    Gothic 1 - Świątynia Śniącego



    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Panie, tu jakieś nieumarłe latają. Co gorsza nie tylko szkielety ludzi, ale i orków i innego plugastwa. Pełno pajęczyn, ciemne korytarze, tajemnicze inskrypcje na ścianach. Gdzieniegdzie pułapki. Co gorsza niektóre z tych bestyj rozmawiać jeszcze z nami chcieją.
    Muzyka specjalnie cichsza, by wzbudzać w graczu jeszcze większe poczucie zagrożenia przy każdym najdrobniejszym słyszalnym szmerze. Idziesz sobie spokojnie ciemnym korytarzem, słuch przyzwyczaja Ci się do tej niepokojącej ciszy zakłócanej jedynie delikatnie brzmiącą muzyką - a tu nagle ŁUP! Dostajesz mieczem po plecach z zaskoczenia od szkieletu, z którego obecności wcześniej nie zdawałeś sobie sprawy.
    Emocje i pełne gacie gwarantowane. Zależnie od zainteresowań, pełne z przodu bądź z tyłu. A czasem z obu stron.
    Tam trzeba po prostu samemu wejść i narobić w gacie, inaczej się nie zrozumie co mam na myśli.


    Gothic 2 - Dwór Irdorath



    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Fabularny odpowiednik Świątyni Śniącego z pierwszej części gry. To tutaj ukryło się Wielkie Zło i to tutaj odbędzie się ostateczna walka o uratowanie świata. Tym razem nieumarłych jest mniej, ale za to dużo więcej samych zielonoskórych. Do tego miejsca dotrzeć można drogą morską, a jak już zdecydujemy się opuścić nasz statek i pozwiedzać conieco okolicę, to po powrocie - guess what - okazuje się że nasz okręt zaatakowali Orkowie. Nasi towarzysze wówczas motywują nas do działania stwierdzając że 'lepiej żebyśmy się pośpieszyli, bo nie wiadomo ile czasu dadzą radę odpierać ataki'.
    I czuje się tą presję otoczenia w trakcie zwiedzania wyspy. Ponownie nigdy nie wiadomo co i kiedy spróbuje nas pozbawić życia. Pułapek jest sporo, zagadek jest kilka. Złe rozwiązanie zagadki zwykle wiąże się z odpaleniem którejść z pułapek - stąd nie powinniśmy być zaskoczeni gdy po pociągnięciu za pewną dźwignię od razu oberwiemy po plecach dwoma dwuręcznymi mieczami rycerzy śmierci. Albo gdy całe pomieszczenie wypełni się tajemniczym gazem, który będzie powoli wydzierał z nas resztki życia. Znów jest ciemno, znów jest mrocznie, znów jest strasznie i wspaniale.


    Gothic 3 - Varant i Nordmar



    Youtube Video -> Oryginalne wideo


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Tutaj raczej mamy do czynienia z moim podnieceniem geograficznym, bo nie chodzi o konkretne miejsce na mapie, a o dwie duże części kontynentu. Pustynię, jaką jest Varant i mroźne góry, znajdujące się w Nordmarze. Z jakichś przyczyn uwielbiam te miejsca - po prostu grafika i muzyka w tych momentach buduje intensywne wrażenie, jakby się tam było naprawdę. Latając po Varancie masz czasem wrażenie, jakby właśnie nieco piachu wleciało Ci do ust, a to wielgachne słońce naprawdę przypiekało Ci tyłek. W Nordmarze z kolei zaczyna Ci się robić zimno, a na twarzy czujesz podmuch mroźnego wichru.


    Fallout 1 - Rozmowa z Mistrzem



    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Schodzimy do podziemi niepozornej Katedry i znajdujemy conieco niespodzianek. Poza wszechobecnymi SuperMutantami, naszą uwagę przykuwają ściany krypty bogato zdobione pomutowanymi ludzkimi wnętrznościami. Z czasem okazuje się, że patrzymy właśnie na ciało Mistrza, który znajduje się kilka pomieszczeń dalej. W końcu dostajemy się do miejsca, w którym spoczywa straszliwie pomutowana i genialna w swoim szaleństwie istota, czyli wspomniany wcześniej Mistrz mutantów. Oczywiście rozmawiamy z nim, słuchamy jego szaleńczej wizji nowego porządku na świecie i jeśli tylko chcemy - pomagamy mu ten porządek zaprowadzić i sami stajemy się częścią systemu, który zaproponował Mistrz - przechodzimy przemianę w Super Mutanta. Możemy też zwyczajnie rozsmarować wnętrzności Mistrza nawet bardziej niż wcześniej, przy użyciu rozmaitych broni czy też gołych pięści, jeśli oglądaliśmy filmy z Brucem Lee. W ostateczności możemy zburzyć marzenia Mistrza i skłonić go do samobójstwa, wypowiadajac jedno proste zdanie, które udowadnia mu, że cały ten jego plan to pomyłka i że nie ma on żadnych szans na przyszłość.
    Bo jego kochane mutanty są bezpłodne.
    Co prawda w drugiej części okazuje się że to bullshit, ale Mistrza i tak już nie ma.
    A niezapomniane wrażenia z wędrówki po umazanych wnętrzościami pomieszczeniach pozostają na całe życie...


    Fallout 2 - Gecko



    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Miasto mutantów - ghuli. Zbudowane w otoczeniu niezbyt szczelnego reaktora nuklearnego. No, ale to w niczym nie przeszkadza naszym mutantom ze spaloną skórą i niektórymi narządami na wierzchu. To miejsce ma w sobie coś... niezwykłego. Wyraźnie wyczuwa się jak bardzo człowiek odstaje od tego miasta i tej 'społeczności'. To dość ciekawy pomysł ze strony twórców gry - wykreowanie fikcyjnej rasy powstałej z ludzi, a później pokazanie jak mogłaby wyglądać społeczność składająca się z tych tworów. Z jednej strony widzimy, jak ghule zachowują się jak zwykli ludzie - uprawiają pola, opowiadają głupie żarty, upijają się w barach. Z drugiej jednak widzimy, że ludźmi już zdecydowanie nie są - w większości nie potrafią biegać z powodu poranionych kończyn, praktycznie nie mają skóry, pomimo ciągłego rozkładu starzeją się i żyją dużo dłużej, są odporni na choroby i promieniowanie. Jednocześnie *mniej* niż zwykli ludzie i *więcej* niż zwykli ludzie. Najprościej byłoby określić ich mianem innych ludzi.
    Pytanie: czy w prawdziwym świecie 'czyści' ludzie potrafiliby żyć z takimi istotami w pokoju i zachowywać się wobec nich tolerancyjnie? Twórcy Fallouta założyli że nie, w związku z tym ghule by zaznać nieco spokoju i godnego życia muszą oddalić się od cywilizacji ludzi i stworzyć miasto specjalnie dla siebie. I właśnie to miasto jest w Falloucie niesamowite.
    PS: nie byłbym sobą jakbym nie wspomniał o drobnym, ale zarazem niesamowitym momencie w Falloucie 2, który też ma charakterystyczny klimat. Mianowicie jeśli zaczniemy szukać zegarka dla pewnego człowieka w mieście Modoc, w pewnym momencie nasze poszukiwania doprowadzą nas do latryny, pod którą kryje się jaskinia, w której - jak sądzimy jest ten zegarek.
    No ale zejście do jaskini jest zbyt małe dla nas, zatem co robimy? Podkładamy w tej latrynie plastik albo inny dynamit.
    Widok miasta całego w gównie - od ziemi aż po dachy - jest wart dużo więcej niż nagroda za znalezienie tego zegarka.


    Fallout 3 - Pustkowie



    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Dla mnie niesamowita sprawa. Pustkowie w Falloucie 3 pokochałem praktycznie od pierwszego spojrzenia. Dokładnie tak je sobie wyobrażałem, gdy grałem w poprzednie części gry. Jakikolwiek Fallout 3 kontrowersyjny by nie był, każdy kto ma w sobie choć odrobinę rozsądku powinien przyznać że jego pustkowie trzyma klimat.
    Budynki zniszczone przez ząb czasu i bombardowania, zasypane piaskiem drogi, szczątkowa i wysuszona roślinność, skażenie radioaktywne ukryte w każdej niepozornej kałuży...
    Jako wielki fan tej serii człowiek jest zachwycony możliwością zwiedzenia tego miejsca, a zarazem przerażony, że do tego kiedyś mogłoby dojść naprawdę.
    PS: Stwierdziłem, że trochę tego za dużo wyszło. W związku z tym listę rozbiję na dwie części. Ciąg dalszy niebawem...
  2. Lord Nargogh
    HARR! W istocie musicie być szczurami lądowymi, bowiem nie udało Wam się zatopić wszystkich okrętów. Tak w zasadzie, to udało Wam się to zatopić tylko trzy, z czego żaden nie był okrętem flagowym, niosącym na swoim pokładzie Admirała Nargoghobrodego.
    Nie dogadaliście się i strzelaliście po kilka razy w jedno miejsce. Można powiedzieć, że w miejscu tojtojów w chwili obecnej nie zostało nic więcej prócz ogromnego krateru ;]
    Zamieszczam mapę z naniesionymi 'szczałami'. Okręt w czerwonym kółku został zatopiony, w zielonym - uciekł z łupem, a w zielonym i żółtym - był mój.
    Do jutra, majtkowie! Na jutro mam pomysł na zabawę dla Nińdżuf!
    mapastatki.bmp
  3. Lord Nargogh
    Witamy w kolejnym odcinku nowej serii "Co mnie wkurza". Dotychczasowe odcinki były pilotami wspaniałego serialu, który pisać będzie życie. W dzisiejszym odcinku skupimy się na ignorancji pewnej sieci handlowej wobec klientów.
    Zastanawiam się, czy podawać jej nazwę - w końcu nie chcemy im robić "reklamy", prawda? A może i chcemy? Albo nie podam nazwy, tylko dam wskazówkę, jak dojść do tego, o którą sieć chodzi.
    Ten sklep parę lat temu był istnym HITem.
    Mam nadzieję że wszyscy zrozumieli.
    Moja irytacja wobec tej sieci wyrazi się w kilku(nastu) punktach.
    1. Ilość otwartych kas.
    Cóż, wchodząc do sklepu odnosi się mylne wrażenie, że będzie ich dość sporo. Do takich błędnych wniosków może doprowadzić fakt, że wszystkich kas jest około 40-50. Ale co z tego, skoro nigdy nie widziałem żeby pracowalo ich więcej niż pięć. NIGDY. Przed chwilą wróciłem z tego sklepu - kolejki były tak duże, że trudno było powiedzieć, kto stoi w kolejce do której kasy, pomimo iż odstęp między poszczególnymi otwartymi klasami wynosił średni 7 kas. W każdej kasie stało około 30 ludzi z napchanymi do granic możliwości wózkami. I ci ludzie klnęli, ostro klnęli. I mają rację, bo taka ignorancja wobec klientów przechodzi ludzkie pojęcie. Ktoś powie - "kto ma pracowac w kasach, jeśli brakuje pracowników?" Ja powiem "To niech zatrudnią kolejnych, jeśli nie ma chętnych to można polepszyc im warunki pracy i pensję, a nie tylko cały czas skupiać się na maksymalnym zysku". Nikt nie wmówi mi, że tej sieci nie stać na podniesienie pracownikom pensji nawet o połowę. Ich zyski są gigantyczne, i otwierają sklep za sklepem, nawet w bardzo niewielkiej odległości.
    Jakim cudem, skoro klienci nie znoszą tam robić zakupów z powodu tych gigantycznych kolejek? A takim, że i tak przyjdą tam po raz kolejny. I jeszcze raz. I jeszcze. I sklep będzie wciąż zarabiał coraz więcej, widząc że olewacka polityka wobec klientów oprócz korzyści nie przynosi żadnych negatywnych skutków.
    2. Dział z prasą.
    Ten supermarket to jedno z najgorszych mozliwych miejsc do kupowania gazet i czasopism komputerowych. Te pierwsze są wygniecione, i porozrzucane po półkach. Te drugie są powyjmowane z foliowych opakowań, podarte i pogniecione. Płyty są do odbioru w punkcie obsługi klienta. Inne gratisy w postaci np maszynki do golenia czy innego bajeru, prawdopodobnie nie do odzyskania.
    Odradzam komukolwiek kupowania tam jakiejkolwiek prasy.
    3. Poziom higieny w sklepie.
    W okolicach działu serowego niemiłosiernie śmierdzi zgnilizną. Nie, to nie jest zapach serów dojrzewających.
    4. Świeżośc produktów.
    Kupowanie tam mięsa to samobójstwo. Przez cały rok mieszkania w tej okolicy i robienia zakupów w tym sklepie, tylko parę razy widziałem mięso, które NIE BYŁO w zaawansowanym stanie rozkładu. I zawsze to mięso było zapakowane próżniowo. Te kawałki leżące luzem i sprzedawane na wagę, zawsze były pozasuszane, odbarwione i śmierdzące.
    5. Oszustwa, oszustewka.
    Ceny i promocje są układane tak, by zmylić jak największą ilość klientów. Droższe produkty są ustawiane na półkach na których są ceny tańszych. Np cola "Hoop" - kosztująca 3,50 zł jest ustawiona na półce, na której widnieje cena 0,79 zł. Dopiero po głębszym przyjrzeniu się tej cenie widzimy że odnosi sie ona do najtańszej, i najbardziej parszywej coli sprzedawanej w tej sieci - cena coli Hoop dziwnym zbiegiem okoliczności leży obok tych własnie plugawo tanich butelek coli.
    Inne oszustwa - ziemniaki są poustawiane na jednej "półce" w dwóch odmianach. To znaczy, cena tak twierdzi. Jedne podobno są z Hiszpanii, drugie z Egiptu. Te z Egiptu są o połowe droższe. Oba "gatunki" wyglądają identycznie. Przy płaceniu w kasie, kasjerka oczywiście wbija ziemniaki "egipskie", obojętnie których byśmy nie wybrali.
    Ogórki sprzedawane po 2,79 zł za kg, Polska odmiana. Obok identyczne, "hiszpańskie", sprzedawane za 1,79 zł sztuka. Przy kasie pani oczywiście próbowala mi skasowac "hiszpańskie" za sztukę. Powiedziałem, że te ogórki są na wagę. Ona odparła że w tym sklepie nie sprzedaje się żadnych ogórkow na wagę. To ja powiedziałem że dziękuję, i kazałem jej wycofać ten produkt z mojego rachunku.
    Wędliny. Chciałem sobie kupić odrobinę "schabiku szlacheckiego" za promocyjną cenę - 13.99 zł za kilogram. Zleciłem to zadanie swojej dziewczynie. Potem gdy przyniosła mi spakowane w papier mięsko, nauczony innymi oszustwami tej sieci, sprawdziłem cenę za kilogram. 29,99 zł. Szlag mnie trafił. Poszedłem do tej kasjerki ze skargą. Inna kasjerka, widząc że podchodzę do kasy już trzymając w ręce mięso, podmieniła cenę wędliny z 13.99 na 29.99 zł. Na naszych oczach, tzn wydawało im się że tego nie widzimy. Powiedziałem, że to kosztuje 13.99. Ona odparła że nie, że 29.99 i pokazała na stojącą aktualnie cenę. W tym momencie wtrąciła się stojąca niepozornie w kolejce moja dziewczyna, że ta cena została przed chwilą podmieniona. Kasjerka się zmieszała, i powiedziała ze "to była stara cena, bo promocja trwała do wczoraj." Ciekawe że nikt do godziny 15 nie zmienił ceny. Rzuciłem jej tym mięsem na ladę (płaci się dopiero przy głównych kasach), i wróciłem do robienia reszty zakupów.
    Jest to wierzchołek góry lodowej nieprzyjemności, jakie mnie spotkały w tym sklepie. Dlaczego dalej robię w nim zakupy? Bo nie mam wyboru. To najbliższy sklep do mojego mieszkania, nastepne są w odległości paru kilometrów. A ja nie mam czasu żeby tam jechać. Dlatego jeśli możecie, unikajcie tej sieci jak ognia.
  4. Lord Nargogh
    Rację miało wiele osób oskarżających prezydenta Lecha Kaczyńskiego o odpowiedzialność za tragedię jaka miała miejsce w Smoleńsku. Mieli rację, nawet pomimo zasypania ich potem wyzwiskami za obrażanie nowomianowanego świętego męża stanu.
    Zachęcam 'linczujących' do przeczytania:
    http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,8..._wczesniej.html
    A następnie wygłoszenia bez cienia wątpliwości i wyrzutów sumienia takiego zdania: 'Uważam, że to nie Lech Kaczyński jest moralnie odpowiedzialny za katastrofę samolotu w Smoleńsku'.
    Tyle na dzisiaj.*
    *-Ciekaw jestem jedynie, co ujawnią nagrania z czarnych skrzynek. Może coś w stylu 'Nie, jestem zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, zabraniam panu zmieniać lądowiska, proszę mi wylądować tutaj albo podzieli pan losy swojego poprzednika!' (który wyleciał za niesubordynację).
  5. Lord Nargogh
    Tak, wiem, sporo osób już o tym pisało, ale to nie znaczy że sam nie mogę mieć nic do powiedzenia na ten temat.
    Ale o samej żałobie będzie bardzo mało - niemal wcale. Skupię się raczej na innych... zjawiskach które miały miejsce po tragedii w kopalni.
    Żałobny element wpisu:
    Ta żałoba jest pod publiczkę i nie ma żadnej wartości. W chwili obecnej mam totalnie gdzieś kiedy i gdzie ogłoszona będzie w Polsce żałoba - po prostu się z tego wypisuję. Ogłaszajcie sobie żałobę kiedy chcecie - zly tylko jestem że nie będę mógł obejrzeć komedii i programów rozrywkowych, które planowałem obejrzeć. Nic to, na szczęście mamy internet, więc pobudzać do śmiechu dzisiaj się będę za pomocą internetowych dowcipów i programów na Youtube.
    Pozostały element wpisu:
    Do jasnej ciasnej, co wszystkim odbiło w związku z tą tragedią w kopalni? Premier i politycy obiecują wsparcie finansowe dla wdów górników którzy zginęli w kopalni, a ja się pytam: czy oni poszaleli? Z jakiej racji ma się im należeć pomoc? Bo wzięły ślub z osobami które mają śmierć wpisane w ryzyko zawodowe?
    Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem potworem, żal mi tych kobiet. Denerwuje mnie natomiast co innego - że otrzymają pieniądze od państwa tylko i wyłącznie za to, że ich męzowie zginęli grupowo w kopalni. Twój mąż to kierowca, który zginął na drodze? Zapomnij o wsparciu! Twój mąż jest prawnikiem, który umarł na raka? Radź sobie sama! Twój mąż zginął w pożarze, w którym na szczęscie nie zginął nikt inny? Możesz liczyć tylko na siebie! Twój mąż, ojciec ośmiorga dzieci, utopił się w jeziorze? Martw się sama!
    Twój mąż jest górnikiem, i zginął razem z kilkoma innymi osobami w kopalni? Możesz liczyć na nasze pełne wsparcie finansowe i duchowe!
    I niby komu najbardziej należy się wsparcie? Mamy w ogóle prawo to oceniać? Mniejsza z tym, i tak pomoc otrzymają tylko osoby których tragedia będzie dostatecznie głośna.
    Cóż za hipokryzja! Nie podobają mi się takie sposoby postępowania. Albo pomagamy wszystkim wdowom, albo żadnym - nie tylko tym, których tragedia zostala nagłośniona przez media. Myślicie że panu premierowi i prezydentowi zalezy na tych kobietach? Ależ skąd, mają je totalnie gdzieś. Po prostu publicznie i głośno im pomagając bawią się w dość wczesną kampanię prezydencką. Przy tym swoim całym brutalnym podejściu do pomagania tym wdowom mam dla nich więcej litości i żalu niż wszyscy panowie szumnie obiecujący pomoc w telewizji razem wzięci.
    Na koniec powiem krótko i brutalnie - jeśli Twój mąż kiedyś zginie w tragicznym wypadku, to LEPIEJ DLA CIEBIE żeby razem z nim straciło życie kilka(naście) innych osób. W przeciwnym razie państwo i populiści będą mieli Cię gdzieś.
  6. Lord Nargogh
    Od dłuższego czasu narzekam na najnowsze produkcje w świecie gier. Nie podobają mi się, bo zwykle są zwyczajnie słabe na tle swoich poprzedniczek (oczywiście poza jakością grafiki, która dla mnie nie ma akurat żadnego znaczenia).
    Czasami zdarzają się jednak wyjątki - perełki, które sprawiają mi wiele radości i uzależniają na długo już po kilku pierwszych minutach grania. Do takich tytułów zaliczyłbym bez wahania Worms Reloaded.

    Ta gra jest idealnym przykładem tego, czego oczekuję po sequelach - po prostu więcej tego, co było już dobre. Zmiany w grafice w porównaniu z Worms Armageddon są bardzo duże, przy jednoczesnym zachowaniu klimatu i stylu pierwowzoru - co zwykle jest bardzo trudne do osiągnięcia. Plansz jest mnóstwo (zawarte są nawet te z Worms World Party), broń w większości wypadków taka sama, a opcji rozgrywki jest dużo więcej. Nie będę za bardzo wnikać w szczegóły, bo nie mam zamiaru pisać tu recenzji - po prostu uargumentować jakoś fakt, iż zakochałem się w tej grze od pierwszego wrażenia.
    Jedyny mankamencik to jak dla mnie limit robali w jednej drużynie (maksymalnie 4) i limit drużyn biorących udział w jednej potyczce. W Armageddon wydaje mi się, że robaków można było mieć co najmniej 8, tak samo jak drużyn, z tym że mogło być maksymalnie chyba 32 robaków na jednej planszy.
    Ale nic to, z obecną 16 i tak wydaje się być dość gęsto.
    Dodane efekty przerażenia robaków widzących dynamit, który ma za chwilę wybuchnąć rozbawiają mnie za każdym razem, gdy je widzę/słyszę.
    Dobrym pomysłem było wprowadzenie sklepu z premiami, broniami, nagrobkami i planszami do wykupienia za zdobyte na różne sposoby (za różne osiągnięcia w grze) fundusze.
    Podsumowując - dobra robota, panowie z Team 17. Ostatnich kilka części serii (trójwymiarowych) nie przekonało mnie do siebie, ale męcząc robale w Worms:Reloaded czuję się jak w domu.
    A brakowało mi tego, bo WWP nie udało mi się uruchomić ani na Viście, ani na Win7 64bit.
  7. Lord Nargogh
    Hej, hej, wpadłem na pomysł zorganizowania międzygalaktycznego zjazdu czytelników CD-Action Ale tylko z forum i blogów, bo interesuje mnie tylko elyta!
    Ja to widzę tak:
    Miejsce: Gorzów. Dlaczego tak? Bo ja tak mówię. Ja organizuję, ja decyduję. Poza tym mamy akłapark i lodowisko.
    Czas: myślę, że trzeba dać odpowiednią ilość czasu na zorganizowanie się ludziom, więc jutro o godzinie 13:34. Dlaczego tak? Bo nie chcę przegapić powtórki Sędziego Artura Lipińskiego na tvn 7.
    Zaznaczam jednak, że nie gwarantuję noclegów, żywności, profitów, przewodnika ani ogólnie niczego.
    Dobrze by było jakbyście wszyscy przyjechali i podrzucili mi parę butelek coli w ustalonym miejscu. Nie powiem gdzie mieszkam, bo nie.
    To tak na wstecznym wymyśliłem. Piszcie jakby co jakbyście mieli pomysły co można mi jeszcze przywieźć.
    PS: Mile widziane osoby z okolic lubuskiego
    PS2: Zaproszenie nie dotyczy mieszkańców Jowisza i Alfa Centauri, bo tam same [beeep] mieszkają.
  8. Lord Nargogh
    Obiecałem dzisiaj wieczorem piracką zabawę i słowa dotrzymam!
    Punktualnie o 20. pojawi się tutaj pewien malunek przedstawiający pewne wybrzeże. Będzie na nim ukryta pewna piracka armada. W statku admiralskim będę oczywiście Ja - Kapitan Nargoghbrody. Wasze zadanie - zestrzelić Nargoghobrodego. Moja misja - zagrać takim szczurom lądowym jak Wy na nosie i spierniczyć z tym całym skarbem, który Wam ukradłem. Mapa będzie podzielona na kolumny i wiersze, każdy może oddać maksymalnie dwa strzały (np 4B). O północy dowiecie się, czy udało Wam się trafić w któryś ze statków mojej armady i ile procent skarbu udało Wam się mi odebrać!



    HARRR!
  9. Lord Nargogh
    Jakiś czas temu (w zasadzie to już dość długi czas temu) pisałem o zjawisku tunelowym. Wspominałem także, że znajduje on zastosowanie przy konstrukcji specjalnych mikroskopów. No i tak się akurat złożyło, że podczas szkoły letniej (a potem w czasie regularnych laboratoriów w czasie zajęć) miałem przyjemność pracować na takim mikroskopie.

    Na początek trochę absolutnych podstaw idei działania takiego mikroskopu. Na specjalnym skanerze wykonanym z piezoelektrycznego materiału umieszczamy próbkę, którą chcemy przebadać. Skaner ten pod wpływem przyłożonego napięcia zmienia swoje wymiary (odwrotne zjawisko piezoelektryczne - opowiem o tym kiedy indziej), czym powoduje ruch przymocowanej próbki. Bardzo precyzyjny ruch - z dokładnością do dziesiątych części nanometra (nanometr to 1/1 000 000 000 metra - jedna miliardowa). Nad skanerem i próbką znajduje się specjalne przewodzące ostrze - i to o takiej ostrości, że wszystkie fantastyczne miecze z gier komputerowych mogą się schować. To ostrze jest tak ostre, że już bardziej się nie da. Na jego końcu znajduje się pojedynczy atom. Pomiędzy ostrzem a próbką przykładamy pewne napięcie, na skutek czego pomiędzy nimi zaczynają tunelować elektrony. Intensywność tego tunelowania, czyli natężenie prądu tunelowego jest ściśle zależne od odległości ostrza od próbki - czyli im bliżej próbki jest ostrze, tym więcej elektronów tuneluje. My ten prąd rejestrujemy, obrabiamy i otrzymujemy w ten sposób obraz posiadający prawdziwą rozdzielczość atomową, czyli mówiąc po ludzku - widzimy pojedyncze atomy. Tak w zasadzie to jest pewne oszustwo, bo widzimy tylko superpozycje chmur elektronowych tych atomów, ale w bardzo wielu przypadkach pokrywa się to z rzeczywistą powierzchnią próbki. Problem może się pojawić, gdy znajdują się na niej jakieś syfy zmieniające przewodność, takie jak cząsteczki powietrza czy wody.
    Proces i budowa jest oczywiście dużo bardziej skomplikowana (powstały o tym grube książki), jednak nie sądzę żeby kogoś tutaj interesowały takie detale. Przejdźmy zatem do konkretów, czyli popatrzmy na atomy, które zarejestrował Lord:


    Tutaj widzimy tzw. zręby atomowe. Te grube linie na obrazku przedstawiają kolejne warstwy atomów węgla na powierzchni grafitu - pojedyncza taka warstwa to nic innego niż grafen, o którym pisano nawet w ostatnim numerze Cd-Action



    Nieco większe 'powiększenie'. Widać już pojedyncze atomy. Yay!



    Tutaj już wyraźnie widać atomy węgla. Zaznaczyłem nawet pojedynczą płaszczyznę komórki elementarnej heksagonalnej sieci krystalicznej grafitu. Tak w zasadzie to powinien być sześciokąt, ale mamy tu pewne problemy wynikające z nakładania się chmur elektronowych wynikające z przemieszczenia kolejnych grafenowych warstw wobec siebie.

    To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję że kogoś zaciekawiłem - następnym razem napiszę o statycznym AFMie (Atomic Force Microscope) i zamieszczę zdjęcia płyt i matryc CD oraz układu scalonego w potężnym powiększeniu.
    EDIT: Widzę że podziałka na ostatnim zdjęciu jest wyrażona w tzw. Angstremach, których wielkości nie musicie znać. Tłumaczę zatem: jeden Angstrem to 1/10 nanometra (czyli jedna dziesięciomiliardowa metra).
  10. Lord Nargogh
    Dzisiaj w "Faktach" usłyszałem o kolejnej zadymie w Warszawie, w dodatku kolejnej związanej z kupcami. Jakby tego było mało - kolejnej związanej z kupcami nielegalnie wykonującymi swój zawód - a przynajmniej w nielegalnym miejscu.
    I powiem krótko: jestem zażenowany.
    Między innymi takie zachowania, bardzo typowe dla naszego narodu - doprowadziły mnie do wykonania wpisu o patriotyzmie. Bo pomijając fakt że nie miałem wplywu na to, w jakim kraju się narodziłem - to i tak zachowanie tego narodu sprawia że nie widzę najmniejszego powodu do dumy będąc jego elementem. Typowo polskie zachowanie - kombinować ile wlezie, oszukać gdzie się da, zaoszczędzić na czym się da, i potem oburzac sie gdy ktos spróbuje egzekwowac prawo. A najlepiej to urządzić strajk*.
    Ale nie o tym ten wpis, wróćmy do meritum.
    Znowu doszlo do zadymy i znowu jest nieco rannych osób. Z tego co słyszałem to kupcy zaczęli - tzn zaatakowano strażnika miejskiego.
    I o co ci ludzie walczą? W jaki sposób racja jest po ich stronie?
    W żaden. Nie ma najmniejszego powodu by stanąc po stronie tych kupców. Nawet ich koledzy (prowadzący swoje interesy w pelni legalnie, i z powodu opłat wyciągający z nich dużo mniejsze zyski) po fachu są przeciwko nim.
    Oczywiście pseudo-kupcy uniesieni świętym gniewem rozpowiadali w telewizji jak to okrutnie władze ich potraktowały. Że przypominają im się czasy okupacji i gestapo.
    Jesli okupacja = egzekwowanie prawa - to ja bardzo chętnie zamieszkam w takiej okupacji!
    Podsumujmy: Nielegalni kupcy nielegalnie zajęli się nielegalnym handlem w miejscu, w którym nie mieli do tego prawa. Gdy pojawiły się służby porządkowe mające zamiar ukrócić ten proceder - kupcy brutalnie ich zaatakowali. A że mieli do czynienia z ludźmi wyposażonymi i wyszkolonymi w walce z agresywną tłuszczą - dostali po mordach i teraz płaczą.
    A mi tam ich nie żal. Ba, świadomośc faktu że dostali to, na co zasłużyli przyniosła mi sporo satysfakcji.
    Pretensje były również o to, że strażnicy przyszli ich po prostu wypierniczyc, a nie dostali wcześniej żadnego pisma ani wniosku o wyprowadzenie się.
    Zaraz zaraz, jakiego pisma, jakiego wniosku? Co miałby zrobić urzędnik chcący pozbyć sie takiego wrzoda kupieckiego z rzyci miasta? Sprawdzić w rejestrze adres danego kupca i wysłać do niego liścik? No jasne, świetny pomysł, tylko problem polega na tym że w żadnym rejestrze tego kupca nie znajdzie, bo handluje on tam NIELEGALNIE.
    Ale na moment wyobraźmy sobie że żyjemy w kraju w którym takie interwencje władz są calkowicie nielegalne i nie mają prawa bytu. I co się dzieje? Wszystkim wolno wszystko. Panuje totalna anarchia, a życie w zgodzie z prawem jest tak nieopłacalne, że wręcz zakrawa na głupotę.
    Czy tak byłoby lepiej? Zdecydowanie nie.
    Jestem przeciwko takim dzikim pseudo-kupcom również z powodu faktu że codziennie widzę i słyszę ich za oknem. Mam teraz wakacje, ale i tak nieraz jestem budzony około 6 rano przez nawiedzone babuchy lub innych handlarzy rozstawiających swoje stragany pod moim oknem i drących się niemiłosiernie. Pomijając hałas, te ich kartonowe stragany są zdecydowanie zbyt obleśne by miały prawo bytu w centrum dośc sporego miasta.
    Mam nadzieję że miejskie władze przestaną sie cackac z takimi pasożytami. Z terrorystami sie nie negocjuje. Nic mnie nie interesuje sytuacja majątkowa tych ludzi - bo jesli to mialoby jakiekolwiek znaczenie, to ubodzy powinni "mieć prawo" do bezkarnych napadów na bank. Nie ma równych i równiejszych - wszyscy muszą byc traktowani tak samo.
    A tacy kupieccy cwaniacy nawet po zamknięciu tego swojego "interesu" doskonale dadzą sobie radę. Cwaniactwem. Niektórzy ludzie są niezdolni do prowadzenia legalnego interesu. Rozłożą się z towarem gdzie indziej, albo zajmą się czymś innym, oczywiście również "legalnym inaczej".
    I na koniec stwierdzenie - potraktowano tych kupców łagodnie, zbyt łagodnie. Jak to ktos powiedział - we Francji takich "kupichów" to się do więzienia wtrąca, a towar konfiskuje.
    Więc niech uprzejmie podziękują strażnikom miejskim, którzy wykazali sie wobec nich niesamowitą wręcz cierpliwością i miłosierdziem.
    *- o strajkach związanych z polskimi spólkami miedziowymi powstanie inny wpis, kiedy indziej. To kolejny bardzo rozwlekły temat. Pokrótce tylko powiem że jestem całkowicie przeciwko robotnikom i całkowicie za prywatyzacją. Premier po prostu epicko ich podsumował, stwierdzając ze osoby które są teraz przeciwko sprzedaniu 10% akcji firmy takich oporów nie miały gdy sprzedawały swoje 15%, zarabiając na tym kupe pieniędzy.
    To by było na tyle - czołem, i wstydź się Polaku, że często bywasz matołem.
    Ach, byłbym zapomniał o stałym elemencie tego wpisu - epic facepalmie:

  11. Lord Nargogh
    Ha, okazuje się, że mam tu w laboratorium LB internet. Uprzyjemni mi zapewne te dziesiątki godzin spędzone na pomiarach... może kiedy indziej opiszę dokładniej, co ja właściwie robię w tym laboratorium. A dotyczy to... tadadam... FIZYKI MOLEKULARNEJ! HA!
  12. Lord Nargogh
    Czyli o tym, co Lord robi w wolnych chwilach, żeby odprężyć się po całodniowej walce z końcowakacyjnymi trollami*.
    Nie ma to jak spacerek po wilgotnym lesie, pełnym ciężkiego, świeżego powietrza. Wyposażenie potrzebne do zbiorów jest nadzwyczaj skromne:
    - wiaderko/koszyk;
    - nożyk;
    - ubiór (długie spodnie, zakryte buty - kleszczom mówimy NIE!);
    - podstawowa wiedza o grzybach.

    Nieskromnie przyznam, że osobiście spełniam każdy z tych warunków przed udaniem się na zbiory. Ostatnimi czasy dużo w telewizji mówi się o zatruciach, kiedy domorośli grzybiarze zbierają niezwykle charakterystyczne i najbardziej trujące grzyby, po czym karmią nimi swoje dzieci. Pogratulować rozumu! W pewnym wydaniu programu informacyjnego, pokazano nawet owego niesławnego grzyba (muchomor sromotnikowy) z pyszną Kanią, z którą często jest mylony z powodu rzekomego podobieństwa. Problem w tym, że te dwa grzyby są do siebie podobne niczym albinos z białym człowiekiem - jak ktoś chociaż RAZ spojrzy na nie, to nie ma szans, żeby się pomylił. Poza tym jak ktoś nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera tych młodych, które jeszcze jakotako w istocie mogą być do siebie podobne. A jak ktoś NAPRAWDĘ nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera ich w ogóle. Ja sam pomimo doskonałej znajomości wyglądu obu grzybów, czasem zostawiam pewne Kanie, które na skutek np. działania szkodników tracą elementy charakterystyczne (jak na przykład te brązowe plamki na kapeluszu) No, ale żeby nie pozostawać gołosłownym, poniżej zamieszczę dwie porównawcze focie:


    Niesławny Sromotnik



    Pyszne Kanie. Na tym zdjęciu młode, bo zwinięte - w pełni dojrzałe mają wielki, rozwarty kapelusz i są dużo większe od muchomorów

    Różnica jest w istocie dużo większa, niż na tych zdjęciach. Sromotnik ma zwykle mokry, połyskujący kapelusz, a Kanie ZAWSZE są matowe, nawet gdy się je zmoczy. Zresztą, jak już pisałem - nie jesteś pewny - nie zbieraj.
    Zacznijmy od tego, że nie powinno się NIGDY zbierać grzybów, których nie zidentyfikował nam kiedyś doświadczony grzybiarz na naszych własnych oczach. Tzn chodzi mi o to, żeby udać się na pierwsze grzybobranie z taką osobą i pokazywać jej wszystkie znalezione okazy. I tak przez kilka pierwszych razy, aż nabierzemy pewności. Wówczas - nie ma ryzyka śmiertelnego zatrucia.
    A propos śmiertelnego zatrucia, to wykluczyć je można i bez żadnej wiedzy na temat grzybów. Prosta zasada - nie zbierać grzybów blaszkowych - i już mamy gwarancję, że nawet jeśli zjemy niejadalnego grzyba - to nie umrzemy, najwyżej spędzimy duuuzo czasu w toalecie. Grzyby blaszkowe to wyższa szkoła jazdy, którą nie powinni się zajmować amatorzy.
    Poniżej przykład grzyba rurkowego, bez blaszek, który jest niejadalny - ale przy okazji tak gorzki, że potrawy z nawet kawałkiem jego kapelusza są całkowicie niejadalne. A nawet jakby ktoś zawziął się i je zjadł, to i tak śmierć mu w tym przypadku nie grozi. Chociaż na pewno konsekwencje będą niemiłe.


    Goryczak Żółciowy, zwany także Borowikiem Szatańskim. Charakterystyczny jest jasna, różowa gąbka pod kapeluszem. Można także polizać go na próbę - jest tak masakrycznie gorzki, że od razu będzie wiadomo, że to on.

    A co warto zbierać? Są dwa gatunki grzybów, które można stosunkowo łatwo rozpoznać i które występują dośc powszechnie w polskich lasach:


    Prawdziwek, Borowik. Doskonały, pyszny i aromatyczny.



    Podgrzybek. Piękno w prostocie.

    Oczywiście prawdziwek jest dużo szlachetniejszy od podgrzybka, co nie zmienia faktu, że ten drugi także jest pyszny.
    Wyżej wymienione grzyby rurkowe należy wysuszyć, przed wykorzystaniem ich w kuchni. W przeciwnym razie będą oślizgłe. Jeśli chodzi o Kanie, to przepis jest banalny: nieco jajka i bułki tartej/mąki. Nalezy je po prostu obsmażyć jak kotlety, po uprzednim doprawieniu pieprzem i solą. Ale jak pisałem - tylko gdy jesteście pewni swoich umiejętności.
    No to może tyle na dzisiaj - mam nadzieję, że podobał Wam się opis jednego z moich hobby... hobbych? W każdym razie zainteresowań.
    *- jakoś zawsze w tym okresie mamy wysyp, związany najprawdopodobniej z napięciem przedsemestrowym u nastolatków.
  13. Lord Nargogh
    Ciąg dalszy smaczków wyłapanych przeze mnie podczas gry w Planescape: Torment.
    Na Ziemiach Umarłych zombica Czerstwa Mary może nauczyć nas sposobu porozumiewania się z umarłymi. Wówczas do końca gry będziemy mieli liczne okazje by porozmawiać z duchami należącymi niegdyś do znalezionych przez nas ciał, dowiedzieć się paru ciekawostek czy wykonać kilka dodatkowych zadań. Przede wszystkim polecam wybranie się ponownie do Kostnicy i porozmawianie z tamtejszymi Zombie'mi.
    Możemy również poprosić Czerstwą Mary o przedstawienie nas Milczącemu Królowi. Na miejscu okaże się, że... no, sami się przekonajcie. Powiem tylko że wówczas możemy przeżyć jedno ukryte, dodatkowe zakończenie gry
    W tych samych katakumbach powinniśmy się także rozejrzeć za Kryptą Rozczłonkowanych. Znajdziemy w niej nic innego jak... własne ramię.
    Na Zatopionych Ziemiach (obok Ziem Umarłych) znaleźć możemy karafkę potrzebną później do przyłączenia Ignusa do drużyny. Ponadto na południowym wschodzie znajduje się specjalny grobowiec, jak się okazuje wykonany przez jedno z naszych poprzednich wcieleń, w którym możemy dowiedzieć się conieco ciekawych rzeczy o sobie.
    Znajdziemy tam również pewną żółtą, śmierdzącą kulę. Póki co mamy odnieść jądo Faroda, później jednak będziemy mogli ponownie wejść w jej posiadanie. Należy KONIECZNIE to zrobić, inaczej przegapi się jeden z najciekawszych wątków w całej grze. No i 2 mln punktów doświadczenia piechotą nie chodzą.
    W Wyższej Dzielnicy odnaleźć możemy Galerię Osobliwości i sklep z takowymi osobliwościami, prowadzony przez diabelstwo. Wiele przedmiotów z tego sklepu współgra z eksponatami z galerii i nie tylko.
    W tej samej dzielnicy, w Miejskim Gmachu Rozrywki możemy skorzystać z sensoriów czuciowych, zdobyć dużo doświadczenia i przeczytać kilkanaście ciekawych opowieści.
    W tym samym Gmachu spotkać możemy ubranego na szaro mężczyznę, stojącego nieruchomo w rogu jednego z pomieszczeń. Jeśli wykażemy się w rozmowie z nim cierpliwością, zostaniemy wynagrodzeni zwiększeniem naszej klasy pancerza.
    Nadal w tym samym Gmachu możemy posłuchać kilku ciekawych wykładów, w tym jednego o śmierci i umieraniu. Wykładowca będzie próbował nas przekonać że śmierć jest najlepszym, co może spotkać człowieka w życiu. Możemy mu *pokazać* na własnym przykładzie, jak bardzo się myli.
    W Karczmie pod Gorejącym Człekiem możemy poświęcić naszą Karafkę Niekończącej się Wody aby przyłączyć do drużyny Ignusa. Ów szalony mag może nam dać bolesną lekcję Sztuki - własnymi punktami życia zapłacimy za kilka jego zaklęć i nieco doświadczenia.
    W Niższej Dzielnicy na Targowisku możemy porozmawiać z mężczyzną imieniem Lazlo. Wówczas nasz bohater wpadnie na pomysł, w jaki sposób dostać się do stojącej niedaleko Wieży Oblężniczej. Wewnątrz Wieży znaleźć możemy ogromnego golema, który będzie chciał z nami handlować, oferując niezwykle potężne bronie. Jeśli zechcemy z nim porozmawiać, wykona on dla nas specjalną broń, zdolną nawet zabić nieśmiertelnego (czytaj: nas). Owa broń zapewni nam 'awaryjny' plan zakończenia gry, jednakże i tak nie będziemy mogli z niej skorzystać przed dojściem do końca.
    Na koniec dzisiejszego spisu ciekawostek, przygotowałem coś, co zobaczyłem grając dopiero tym razem. Jest to przedsionek opuszczonego domostwa w Niższej Dzielnicy. Co jak co, ale nie spodziewałem się znaleźć w grze fantasy składowiska odpadów radioaktywnych.



    Ciąg dalszy nastąpi naturalnie wraz z kolejnymi postępami jakich dokonam w grze.
  14. Lord Nargogh
    Parę osób dopytywało się o zdjęcia płyt CD wykonane moim niemal zabawkowym mikroskopem. Odpisałem im w komentarzach, że jest to niemożliwe - mikroskop ma zdecydowanie zbyt małe powiększenie i zdolność rozdzielczą. Tym niemniej spróbowałem to zrobić i oczywiście nic z tego nie wyszło.
    Na szczęście ludzkość dysponuje całą gamą rozmaitych mikroskopów. Swego czasu opisałem STM, miałem zamiar także opisać AFM, którym zajmę się dzisiaj - ale ponieważ ten pierwszy zainteresował niewiele osób, zrezygnowałem z tej tematyki. A mikroskopów ciekawych (moim zdaniem oczywiście) jest całkiem sporo, TEM, mikroskopia bliskiego pola, AFM statyczny i dynamiczny i wiele innych.

    Ale odbiegam od tematu. Wróćmy do płyt CD i AFMu. Na początek może absolutne podstawy działania tego mikroskopu:




    Tak wygląda schemat Atomic Force Microscope, czyli Mikroskopu Sił Atomowych. Działa on w następujący sposób: bierzemy malutką dźwigienkę o określonej sztywności, na jej koniec dajemy ostrze (stożkowe bądź piramidalne) i bardzo powoli i delikatnie zbliżamy do powierzchni próbki. W pewnym momencie na dźwignię zaczynają działać wspomniane w nazwie mikroskopu siły atomowe, wówczas przystępujemy do 'skanowania' dźwigienką, czyli powolnego przejeżdżania nią po wybranej powierzchni próbki - a układ diod rejestruje najdrobniejsze jej ugięcia dając nam w rezultacie obraz powierzchni próbki. Może działać w różnych trybach - dynamicznym i statycznym, kontaktowym i bezkontaktowym, kontaktowym przerywanym (tapping mode). W przypadku statycznego dźwigienka po prostu przesuwa się po powierzchni próbki, a dynamicznego - jest wprawiana w drgania bliskie swojej częstotliwości rezonansowej.
    Istnieje sporo wariantów AFMów, czasem zamiast sił atomowych wykorzystuje się siły magnetyczne (można sobie przeskanować dysk twardy), elektryczne, poprzeczne, często także łączony jest z innymi mikroskopami, by uzyskiwać kilka rodzajów informacji o powierzchni próbki - na przykład z mikroskopem bliskiego pola i z STMem, albo mikroRamanem.



    Skan Magnetic Force Microscope (MFM) powierzchni dysku twardego. W rzeczywistości ta powierzchnia jest płaska, a te podłużne sutki które widzimy, to obraz domen magnetycznych zapisanych na nośniku. Słowem - tam nic nie ma, to tylko pole magnetyczne. Tak mniej więcej 'widzi' dysk twardy komputer.

    Ale przejdźmy może do gwoździa programu, który zapewne interesuje wszystkich najbardziej - obraz powierzchni płyt CD wykonany za pomocą statycznego AFM w trybie kontaktowym:



    Ta-Dam! Na koniec może jeszcze powiem, czym się różni CD od DVD i Blu-Ray. Różni się przede wszystkim długością fali lasera skanującego po powierzchni płyty. Wynika to z warunków na zdolność rozdzielczą, określonego za pomocą stosunku długości padającej fali i odległością pomiędzy obiektami które można rozpoznać jako oddzielne. Gdy skracamy długość fali, umożliwiamy bliższe położenie tych obiektów, czyli na chłopski rozum gęstszy zapis danych na płycie. CD i DVD pracują na laserach podczerwonym i czerwonym, a Blu-Ray jest w okolicach niebieskiego, stąd to 'blu' w nazwie.
    PS: Mnie osobiście intryguje fakt, że technologia zapisu w zasadzie nie uległa zmianie - wciąż ta sama idea, jedynie nieco ulepszone poszczególne elementy.
    That's all, folks.
    EDIT: Informuję, iż z powstaniem skanu dysku twardego nie miałem nic wspólnego - jest to obrazek ze strony ntmdt. Zapomniałem o tym napisać, a fakt iż skany płyty wykonałem w laboratoriach mógł sugerować że całą resztę także
  15. Lord Nargogh
    Chociaż tytuł wpisu może twierdzić inaczej, wcale nie uważam współczesnych wynalazców za bandę kretynów. Współczesnych. Jeśli zaś chodzi o tych starożytnych - to mam na ten temat *nieco* odmienne zdanie. A dlaczego? Postaram się to prosto i zrozumiale wyjaśnić.
    Bo jak inaczej mozna nazwać człowieka (ludzi?) którzy metodą prób i błędów wynaleźli różne ważne dla ludzi (i dzisiaj dość oczywiste) rzeczy. Myślałem trochę nad tym, i wydaje mi się że swój punkt widzenia mogę najprościej przedstawić analizując kilka takich właśnie "wynalazków".
    1. Ogień.
    No dobra, ognia nie wynalazł człowiek. Prawdopodobnie dawno dawno temu jakis piorun pierdyknął w drzewo, które (o dziwo) zajęłó się ogniem. Wydaje mi się że właśnie w taki sposób człowiek poznał ogień.
    Ale chodzi mi o coś innego - jak potem wymyślił sposób, żeby go uzyskać? Ponieważ zakładam że tysiące lat temu nie było zapalniczek i zapałek, sądzę że musiało się to odbyć w inny sposób. Prześledźmy niektóre starożytne (prehistoryczne wręcz) metody pozyskiwania ognia:
    - Łuk ogniowy - składa się z drewnianej podkładki z wywierconą dziurą, drewnianego świdra, którym będziemy obracać, łuku służącego do obracania świdra oraz klocka dociskowego. Wokół podkładki układa się suchą trawę, żeby nowopowstały płomień mógł się jakoś... rozejść? Nakarmić? Whatever. W każdym razie jak zapewne wszyscy się domyślają chodzi o jak najszybsze obracanie świdrem za pomocą łuku, aby wytworzyć dość ciepła by rozpalić ogień.
    - Krzesiwo - o tym chyba słyszeli wszyscy. Podłużny kawałek żelaza, o który należy ocierać krzemień w taki sposób, by wytworzyć jak najwięcej iskier (padających na suchą podpałkę).
    Metod jest oczywiście znacznie więcej, a ja nie jestem historykiem, nie mam też zamiaru poświęcać całego wpisu na opisywanie skomplikowanych i prostych technik rozpalania ognia. Po co więc w ogóle pisałem o tym ogniu? Żeby zadać proste pytanie.
    What the hell? Kto to w ogóle wymyślił? Teraz to się wydaje oczywiste i proste w wykonaniu, ale spróbujmy się utożsamić z człowiekiem sprzed wielu tysięcy lat - jak on mógł na to w ogóle wpaść? "Och, mam genialny pomysł, wezmę kawałek sznurka, owinę go wokół gałązki by zrobić łuk, wywiercę dziurę w drewnianym bloczku, wytnę z drewna jakiś dociskacz, obłożę to wszystko sianem, i zacznę machać łukiem żeby zobaczyć co się stanie?" No panowie, bez jaj - jak można było wymyślić coś takiego? ;D Zwłaszcza że ogień nie pojawia się od razu, tylko po dłuższej chwili "machania". Domyśłam się że były też inne, znacznie prostsze metody uzyskiwania ognia, w każdym razie nie potrafię przestać myśleć o jednym - trzeba było mieć łeb żeby coś takiego wymyślić.
    2. Chleb.
    Czym jest chleb, wie chyba każdy. Zanim powstał, ludzie żywili się mięsem, owocami i warzywami. Zastanawiam się ponownie - jak ktoś w ogóle wpadł na pomysł, żeby wymyślić coś takiego? Oczywiście pierwsze chleby nie były typowymi bochenkami z makiem i innymi bajerami, były to raczej placki wysmażane na gorącym kamieniu. Pytanie jednak pozostaje takie same - kto i w jaki sposób to wymyślił? "Och, wezmę sobie pozrywam trochę tej niedaleko rosnącej roślinki, powybieram z niej ziarenka, zgniotę je, zaleję wodą i wrzucę na rozgrzany kamień, żeby zobaczyć co się stanie?"
    3. Tytoń i inne rośliny do palenia.
    Odkrycia alternatywnych zastosowań dla listków tytoniu akurat nie pochwalam, ale również zadaję sobie pytanie: jak to wymyślono? Jedyne co jestem w stanie sobie wyobrazić, to jakiegoś szalenca który chodzi po łąkach i lasach, i podpala po kolei różne rośliny, sprawdzając czy będą ładnie pachnieć.
    4. Alkohol.
    Bez tego również doskonale dałbym sobie radę, ale nie da się ukryć że jest to jeden z najważniejszych elementów w życiu współczesnego człowieka. I zadaję dokładnie to samo pytanie - kto to wymyślił i jak na to wpadł? "Och, wezmę sobie zbiorę (dla przykładu) winogrona, zgniotę je stopami i zostawię pod nieszczelnym przykryciem na kilka tygodni żeby zobaczyć co się stanie?" A na końcu to jeszcze wypiję? To nie jest jeszcze najgorszy przykład - Wojciech Cejrowski opowiadał o metodzie uzyskiwania alkoholu w pewnej indiańskiej wiosce: Podaje się staruszce kosz pełen owoców, ona je bierze, gryzie, mamla w buzi i wypluwa do kubka. Potem się to zostawia na kilka tygodni, a po fakcie uzyskuje dość mocny i podobno pyszny alkohol. I kto to wymyśłił, hę?
    5. Jedzenie: rośliny, grzyby i zwierzęta. Również przyprawy.
    Tym razem napiszę nieco ogólnie. Wszyscy doskonale wiemy że nie wszystkie stworzenia, roślinki i tym podobne sprawy nadają się do jedzenia. Ba, wiemy nawet które! Zastanawiam się natomiast jak wyglądał proces zdobywania tej wiedzy. Z drugiej jednak strony, to chyba dość oczywiste - po prostu tysiące (jeśli nie miliony) "degustatorów" jadło wszystko, co się tylko dało, a ich współplemieńcy patrzyli, co się potem stanie. Myślę że te "badania naukowe" pochłonęły najwięcej ludzkich istnień ze wszystkich możliwych - nawet broni atomowej.
    To jest tylko kilka przykładów rzeczy, które dla nas są oczywiste, a do których wymyśłenia potrzeba było nieraz nie lada fantazji i szaleństwa. To nie są w końcu rzeczy, które można wynaleźć zupełnym przypadkiem. Wydaje mi się po prostu, że w czasach w których nie było Tańca z Gwiazdami, komputera i internetu, ludzie z nudów mieli dziwne pomysły, i dokonywali w ten sposób niezwykłych odkryć. Na pewno wiele z tych rzeczy wynaleziono w wielu miejscach na świecie w różnych okresach czasu - w końcu kiedyś nie było (chyba) internetu, stąd homo sapiens z Ameryki Północnej nie mogli napisać maila o treści "przepis na pyszny chleb" do swoich braci z Europy, mieli też inne środki (owoce, warzywa, zwierzęta) do dyspozycji. I kombinowali. I chwała im za to! (dooobry chlebek,*om nom nom* ...)
  16. Lord Nargogh
    Opowiadałem już o ścieżce dźwiękowej gry strategicznej i RPG. Dzisiaj przyszedł czas na kolejną zmianę gatunku, bowiem opowiem o muzyce z... platformówki.
    Jazz Jackrabbit 2. Wyśmienita gra platformowa, w której wcielamy się w jednego z dwóch (jeśli licząc z dodatkiem, to troje) królików, których zadaniem jest uwolnienie tradycyjnej księżniczki z łap tradycyjnego paskudnika.

    Nasze króliki jednak nie mają się zamiaru cackać i bawić w skakanie po przeciwnikach, lecz raczej po wizycie w najbliższym sklepie z bronią zrobić z nich sito lub (w zależności od wybranej broni) stos popiołu.
    Akcja gry ma miejsce na wielu planszach o zróżnicowanej tematyce, jednak zamiast wymieniać kategorie po kolei, wydaje mi się że lepiej będzie po prostu przejść do głównego tematu wpisów - czyli ścieżki dźwiękowej, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt że każdy utwór ściśle związany jest z określonym rodzajem poziomu gry.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Do wrogów przyjdzie nam strzelać między innymi w nowoczesnych laboratoriach pełnych nieudanych eksperymentów i szczurów doświadczalnych (wykorzystanie 'królików doświadczalnych' w grze z wiadomych powodów nie było możliwe). Nie wiem jak Wy, ale ja słysząc ten utwór mam ochotę zabrać się za jakieś niebezpieczne badania naukowe.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Tym razem mamy do czynienia z czymś co wydaje mi się być parodią krainy czarów z przygód Alicji. Wprawny obserwator dostrzeże parę aluzji i powiązań, sama nazwa utworu może nam podsunąć skojarzenie kto i pod wpływem czego może trafić do 'krainy czarów'.
    Melodia dobra do wyluzowania. Chill, men. Peace, brother.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Utwór idealnie pasujący do tematyki plansz, czyli nawiedzonego domu i nie tylko. Oczami wyobraźni widzę szalonego ducha napierniczającego w klawisze keyboardu.
    Nawiedził mnie duch Jeana Michelle-Jarra.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Techno utwór z techno planszy. W jednej chwili odbijamy się od elementów stołu pinballowego, by zaraz szaleć po elementach rodem z sieci elektrycznej. Nie wiem co w głowach mieli twórcy gry projektując ten poziom, ale przyznać muszę że im zazdroszczę.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Kolejne kroki naszej szalonej przygody postawimy w pełnej wrednych goryli dżungli. Kiedy po raz pierwszy przesłuchałem tą melodię, to moja mama bardziej niż dowiedzieć się dlaczego siedziałem na pobliskim drzewie, wiedzieć chciała czemu rzucałem w nią bananami. I skąd je wziąłem.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Dokąd trafiają niegrzeczne króliki?
    Do paszt3tu
    Do piekła! Wydaje mi się, że utwór dobrze oddaje gorąc lokacji w jakiej przyszło nam wojować.
    I to wszystkie utwory, jakie przygotowałem na dzisiaj. Oczywiście zarówno tematów poziomów w grze, jak i ścieżek dźwiękowych było więcej, ale wybrałem tylko te swoje ulubione coby widowni zbytnio nie zanudzać.
    No i Rankin zwykle lubi wpaść i zarzucić linkiem do utworu który pominąłem, a który jemu się spodobał.
    W każdym razie każdemu, kto jeszcze nie miał okazji zagrać w tę wyborną platformówkę mogę ją z całego serca polecić.
  17. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy słońce zachodzi bardzo wcześnie i w związku z tym praktycznie codziennie wracam z zajęć do domu gdy jest już ciemno (skojarzenia z pewnym zespołem wysoce niewskazane). Widoczność na drogach w dużym stopniu zależy od oświetlenia stosowanego przez kierowców.

    Tak, to jest samochód, chociaż tego nie widać. Tak, w prawdziwym świecie zwykle wygląda to tak samo.
    ....
    ...bo jakiś idiota musi majstrować przy swoich światłach, zmieniając kąt ich nachylenia bądź kupując żarówki większej mocy! Czy ci 'inteligenci' nie rozumieją, że oślepiają wszystkich, którzy jadą przed nimi bądź naprzeciw nim? Jak jakiś pacan wali mi światłami po plecach to przynajmniej mogę środkowe lusterko zadrzeć do góry (muszę to robić CODZIENNIE), ale jak jedzie z naprzeciwka, to nie mogę zrobić NIC. Muszę jechać 'na czujkę', bo jego mocarne oświetlenie uniemożliwia określenie odległości jego auta od środka jezdni, a także czyni wszystkie znaki poziome niewidocznymi, czytaj - możesz przejechać po linii ciągłej/martwym polu i nawet tego nie zauważyć. Sytuacja jest o tyle kiepska, że w niskiej temperaturze szyby potrafią bardzo łatwo zaparować, a wówczas rozproszone na skroplonej parze światło czyni jezdnię całkowicie niewidoczną.
    Denerwowało mnie to już od dawna, ale zdecydowałem się o tym napisać dopiero teraz, bo wczoraj przeczytałem pewien artykuł w gazecie z którego wynika, że w Polsce nie sposób dostać mandat za coś takiego. Można sobie cały dzień jeździć na przeciwmgielnych (drugi przykład kretyństwa i bucostwa) a Policja nawet słowa na to nie powie. Oczywiście jest to zabronione, ale jakoś nikt nie przykłada do tego zbytniej wagi, a zmajstrowany kąt ustawienia świateł to już NAPRAWDĘ nikogo tam nie obchodzi. Dobrze przynajmniej że zwraca się uwagę na fakt czy kierowca ma uruchomione światła mijania (bo musi mieć) przez cały czas jazdy, niezależnie od pory dnia i roku.
    We wspomnianym wcześniej artykule autor zwrócił uwagę na to, że najczęściej takie numery odstawiają właściciele używanych samochodów sprowadzonych zza granicy w imię źle rozumianego wyróżniania się i zwrócenia uwagi na ich... międzynarodowość. I komu niby to ma zaimponować?
    Doprawdy żałosne.
    Druga sprawa - narzekanie na zwiększającą się ilość fotoradarów w Polsce. Że niby to służy tylko nabiciu portfela Policji, że to wcale nie zwiększa bezpieczeństwa, że do zmniejszenia liczby wypadków potrzebny jest remont dróg, a nie ograniczenia prędkości.
    Ostatnie kilka(naście) dni tragicznych warunków na drodze pokazały że to g.... prawda.
    Z powodu zaśnieżonych i śliskich dróg kierowcy jeździli średnio o 10 km/h wolniej niż zwykle. Przyczepnośc kół do jezdni była żałosna i bardzo łatwo było wpaść w poślizg. Po prostu trudniej wyobrazić sobie GORSZĄ jezdnię czy też warunki do jazdy. Zgodnie z teorią piratów drogowych (prędkość nie ma nic do rzeczy, liczy się jakość drogi) tragicznie powinna wzrosnąć ilość wypadków drogowych.
    A co się stało? Liczba wypadków znacznie zmalała.
    Po prostu wielu kierowców widząc tragiczne warunki na drodze poszło po rozum do głowy i zaczęło jeździć wolniej ('wolniej' zwykle znaczy 'prawie zgodnie z przepisami' - czyli i tak za szybko biorąc pod uwagę warunki).
    Wnioski nasuwają się same - jakość ulicy nie ma nic do rzeczy, kluczową sprawą jest prędkość jazdy, w całym kraju należy namontować fotoradarów w gęstości 1 fotoradar na 500 metrów drogi, a remont dróg odstawić na dalszy plan - fotoradary szybko zdobyłyby kwotę pieniędzy potrzebną na wykonanie prac remontowych.
    W ten właśnie prosty i genialny sposób rozwiązaliśmy problem jakości dróg i bezpieczeństwa na nich w Polsce.
    Ale taki plan nigdy nie dojdzie do skutku, bo w tym kraju jest zbyt wielu bezmózgich piratów drogowych, kompletnie nieświadomych istnienia pewnych praw fizyki, którym zawsze będzie się wydawało, że im wolno jeździć szybciej.
    Jeśliby zwiększyć ograniczenie prędkości w obszarze zabudowanym do 100 km/h, to i tak znalazłoby się mnóstwo idiotów łamiących ten przepis.
    Więc morał jest prosty - w tym kraju nigdy nie będzie dobrze.
    Można tylko marudzić - co właśnie czynię. Howgh!
  18. Lord Nargogh
    Jak zapewne wszyscy zdążyli zauważyć, niektórzy mają teraz wakacje. Ja należę do zacnego grona tych ludzi, i w związku z tym mam nieco więcej czasu na wszystko niż zwykle ? w tym na produkowanie się na blogu. Stąd pojawia się tutaj kolejna felienzja (mój twór ? ani to recenzja, ani felieton). Tym razem mój wybór padł na Diablo 2 razem z dodatkiem Pan Zniszczenia.
    Diablo 2 jest doskonałym dowodem na to, że grafika nie jest najważniejsza. Upłynęło już 9 lat od premiery, a w Diablo gra nadal tysiące (miliony?) graczy, zarówno w single?u jak i na Battle.necie. Warto również zwrócić uwagę na to, że grafika D2 była już podstarzała w chwili premiery.
    Ale po kolei. Czym jest Diablo? Diablo to jeden z najlepszych Hack n? Slashy w historii. Wróć. Diablo to moim zdaniem NAJLEPSZY Hn?S w historii gier. Owszem, znajdzie się wiele gier, które posiadają każdy element bardziej dopracowany niż Diablo ? ale one już dawno zostały zapomniane, a w Diablo ludzie grają nadal. Bo Diablo ma to COŚ.
    Do wyboru mamy siedem klas (pięć z podstawki i dwie z dodatku) :
    - Barbarzyńca
    ? Niesamowicie silny i wytrzymały wojownik, władający orężem na poziomie mistrzowskim. Jego umiejętności składają się z rozmaitych potężnych ciosów, skoków, szału bitewnego, okrzyków bitewnych i zdolności biernych takich jak mistrzostwo we władaniu określoną bronią czy też skóra z żelaza.
    - Paladyn
    ? Świątobliwy wojownik z godnymi odnotowania zdolnościami magicznymi. Doskonały dowódca ? jego aury wspierają całą drużynę, lub też szkodzą całym oddziałom wrogów. Jego umiejętności składają się właśnie z aur, ciosów specjalnych i bosko-magicznych zdolności typu Pięść z Niebios, Święta Tarcza czy też Święty Młot (który jest przekleństwem battle.netu, bo ze świecą szukać postaci która nie jest Paladynem Hammerdinem).
    - Amazonka
    ? Zręczna i szybka wojowniczka, posługująca się przede wszystkim łukami, kuszami, włóczniami i oszczepami. Jej umiejętności skupiają się na rozmaitych atakach specjalnych przy użyciu tych broni, a także zdolnościach biernych pozwalających Amazonce unikać ataków skierowanych przeciwko niej, a nawet przywołać potężną Walkirię.
    - Czarodziejka
    ? Po prostu czarodziejka. Jej zaklęcia opierają się na trzech żywiołach: Ogniu, Zimnie i Błyskawicach. Na wyższych poziomach trudności sama radzi sobie kiepsko, ale jako dodatek do drużyny jest doskonała dzięki czarom o dużym zasięgu działania. Potrafi się teleportować, co jest nie bez znaczenia w grze Multi.
    - Zabójczyni
    ? kolejna zręczna i szybka wojowniczka, w sumie jeszcze zręczniejsza i szybsza od Amazonki. Jej umiejętności opierają się na rozmaitych wschodnich sztukach walki, pułapkach i technikach zwiększających szybkość, odporność i tym podobne. Potrafi przywołać swój cień, który jest w stanie doskonale walczyć i odwrócić uwagę od prawdziwej Zabójczyni.
    - Druid
    ? wojownik natury. Jest to postać można śmiało powiedzieć uniwersalna ? może zarówno przywoływać żywioły i stworzenia natury do pomocy w walce (jako mag), jak i walczyć w pierwszym szeregu jako Wilkołak lub Niedźwiedziołak. Jego umiejętności składają się z czarów bitewnych, specjalnych ataków po przemianie i przywołań wilków, niedźwiedzia, duchów i winorośli.
    - Nekromanta
    ? mag śmierci. Potrafi przeklinać swoich wrogów, zmniejszając ich statystyki i zwracając ich przeciwko sobie nawzajem , potrafi zatruwać całe armie naraz zabójczą trucizną, miotać magicznymi kościami, uwalniać na wrogów wściekłe dusze. Wreszcie ? potrafi zakłócić spoczynek swoich przeciwników poprzez ożywienie ich kości lub też ich samych. Nekromanta potrafi także tworzyć rozmaite golemy.
    Moje ulubione klasy to Druid i Nekromanta. Zresztą ? kto grał ze mną przez bnet, ten o tym wie.
    Blizzard dobrał i stworzył klasy w taki sposób, żeby z każdej można było stworzyć potężną postać na rozmaite sposoby - niestety znacznie faworyzując paladyna, który jak już pisałem stanowi istną plagę battle.netu.
    Jeśli chodzi o fabułę Diablo 2, to po prostu jest pretekstem do ogromnej rozwałki, o którą przecież w tej grze przede wszystkim chodzi. Zadania są dość dziwne i powtarzalne, nie wspominając już o tym, że nie ma ich zbyt wiele. Ale w tej grze nie chodzi o wykonywanie zadań czy też delektowanie się fabułą ? w niej chodzi po prostu o haczenie i slaszenie kolejnych hord wrogów na rozmaite sposoby, najlepiej z grupą innych graczy.
    No ale jakaś tam fabuła oczywiście jest. Rozchodzi się oczywiście najpierw o powstrzymanie Wielkiego Zła, co nam oczywiście nie wychodzi, i kończy się na konieczności pozabijania wszystkich Wielkich Złych.





    Wielcy Źli, czyli Mroczna Trójca. Od lewej - Mefisto, Diablo, Baal. Zdjęcia wykonane ukrytą kamerą, stąd widzimy jak Diablo się przeciąga.

    Dźwięk stoi na przyzwoitym poziomie, a muzyka na epickim. Tak, muzyka jest wspaniała, i w związku z tym doczekała się wydania na oddzielnym krążku. Mimo to Blizzard przez długi okres czasu pozwalał ją ściągnąć ze swojej oficjalnej strony ? co z nieznanych przeze mnie przyczyn uległo zmianie. Nadal jednak można posłuchać jej online na tej oficjalnej stronie ? do czego zachęcam, bo naprawdę warto.
    Klimat w tej grze jest niesamowity. Tego nie da się po prostu opisać, to trzeba zobaczyć i poczuć samemu. Muzyka, dźwięk, ?mhroczność? rozmaitych lokacji i sposób ich wykonania wywołują nie lada wrażenie.
    Grywalność Diablo jest doskonała. Można spędzić setki godzin na wędrowaniu po świecie Sanktuarium, i nadal nie odczuwać znudzenia. Te moje 200 godzin z xfire spędzone przy grze, to wierzchołek góry lodowej, bo gram w Diablo już od wielu lat. Myślę że gdyby zsumować wszystkie godziny, to wyszłoby że było ich parę tysięcy. I nadal mi się to nie znudziło, i nie tylko mi, wystarczy popatrzeć na liczbę aktywnych graczy na bnecie. To chyba najlepszy argument przemawiający za grywalnością.
    Wszystkie wymienione przeze mnie rzeczy są dla gry bardzo istotne, ale mimo wszystko nie pozwoliłyby jej przetrwać przez tyle lat, gdyby nie doskonały tryb multiplayer. Blizzard pozwala każdemu posiadaczowi oryginalnej kopii D2 grać na swoim oficjalnym serwerze ? battle.necie. Graczy tam są tysiące, jeśli nie miliony - w związku z tym w każdej porze dnia można znaleźć towarzystwo do rozgrywki, nawet nie mając żadnych znajomych aktualnie grających w Diablo.
    Diablo 2 to można powiedzieć raj dla Power gamerów. Możliwości rozwoju postaci są ogromne, zarówno dzięki doborowi odpowiednich umiejętności, jak i sprzętu. Paladyn 90 poziomu paladynowi 90 poziomu nierówny. Sprzęt tutaj jednak rozgrywa pierwsze skrzypce ? i o ile ktoś nie korzysta z nielegalnych botów (albo nie ma znajomych którzy z nich korzystają) to większości dobrego sprzętu nie zobaczy na oczy. Ja osobiście nie widziałem. Spędziłem mnóstwo godzin na polowaniu na sprzęt (co widać po moim miniprofilu na xfire) ? a jednak nie udało mi się znaleźć nic przyzwoitego. Oszust korzystający z bota ma go zaprogramowanego na szukanie sprzętu i zdobywanie doświadczenia przez 24 godziny na dobę. Włącza się komputer, ustawia bota, wraca po tygodniu i delektuje zgromadzonym majątkiem. Oszuści są straszliwym i zaniedbanym przez Blizzard problemem na battle.necie, podobnie jak boty reklamowe ?bo osoby polujące na sprzęt botami, potem sprzedają go innym graczom za prawdziwe pieniądze.
    Boty te jednak nie psują zabawy na tyle, żeby nie było warto jej kontynuować. Lada moment zbliża się kolejny reset rankingu na bnecie, razem z nowym patchem, który ma te problemy z oszustami rozwiązać. Oczywiście jest to bardzo blizzardowy ?lada moment? ? bo patch ma status ?za chwilkę wyjdzie? już od kwietnia tego roku.
    Rozpisałem się o tym battle.necie, ale wróćmy do tego Power Gamingu i ogólnie rozwoju postaci.





    Po lewej ekran statystyk, po prawej ekwipunku.






    Przykładowe drzewko umiejętności, w tym przypadku dla Nekromanty. Mamy podział na karty, ale na obrazku widać wszystkie trzy dzięki skomplikowanym technikom fotomontażu i moim niezwykłym zdolnościom w zakresie grafiki komputerowej

    Mam nadzieję, że zrozumieliście o co chodzi. W każdym razie po ukończeniu gry na normalnym poziomie trudności, można ją kontynuować na poziomie Koszmar, a później Piekło. Można powiedzieć że dopiero od tego momentu zaczyna się prawdziwa zabawa ? o ile na normalu poradzić sobie może każdy, to już na Piekle tylko niemal perfekcyjnie zaplanowane i wyposażone postacie. Zakończenie każdego poziomu trudności i rozpoczęcie gry na kolejnym oznacza że Twoja dopiero co odpicowana i potężna postać znowu jest nikim. Warto, naprawdę warto popróbować grać dalej i zobaczyć ile jest wart nasz barbarzyńca/amazonka/ktokolwiek. Żeby prosto wyjaśnić dlaczego Piekło jest takie trudne powiem tylko, że niektóre klasy nie są w stanie go samodzielnie ukończyć ? bo niemal każdy przeciwnik jest na coś niewrażliwy, a jeśli nasza postać zadaje tylko jeden rodzaj obrażeń, to ma pozamiatane. Z kolei rezygnacja ze specjalizacji w jednym żywiole oznacza zmniejszenie obrażeń w takim stopniu, że i tak nie jesteśmy w stanie nikogo zranić. Co więc pozostaje? Grać z kolegami, albo ludźmi poznanymi na battle.necie (ewentualnie stworzyć Druida, hehe).
    Nadeszła chyba pora na małe podsumowanie. Diablo 2 to kamień milowy dla gatunku Hn?S ? każdy, kto uważa się za fana tego gatunku, powinien w Diablo zagrać. Ba, nawet osoby które haczyć i slaszyć nie lubią powinny spróbować ? bo ta gra ma w sobie to coś, co potrafi do siebie przekonać. Szczególnie warto pogrywać w Diablo za pomocą Battle.netu, bo tylko w ten sposób można poznać prawdziwe piękno tej gry, odczuć satysfakcję z pokonanego potężnego przeciwnika, odnalezionego wspaniałego artefaktu, ze stworzonej potężnej postaci. Oceny tej grze nie wystawię, bo jak już napisałem ? nie jest to właściwie recenzja. Walnę tylko stempelek ?Koniecznie warto zagrać? ? ŁUP!
  19. Lord Nargogh
    W ramach małego odpoczynku od tematyki pustkowi, dzisiaj chciałbym opowiedzieć o pierwszej strategii czasu rzeczywistego, która wciągnęła mnie bez reszty i przekonała do gatunku.
    Age of Empires. Gra, w której demko przegrałem więcej godzin, niż niejednego pełniaka współczesnej produkcji. Zagrywałem się w dwie (i zawsze te same) misje, w których kierować mieliśmy nic mi nie mówiącą (nawet dzisiaj) nacją Hittite.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Niezwykle podobało mi się kierowanie cywilizacją od etapu, na którym maczuga stanowiła szczyt technologii militarnej. Mam pewien sentyment do tego okresu dziejów ludzkości. Wzajemne obrzucanie się swoimi odchodami ma moim zdaniem nieco więcej klasy niż dzisiejsza debata publiczna.
    Oczywiście, budynki były mniejsze od ludzi, a nasze państwo mogło liczyć najwyżej 50 obywateli (w trybie single player). Jednak to wszystko miało w sobie pewien urok. Z satysfakcją przyglądałem się pracującym w pocie czoła robotnikom. Bawiło mnie, gdy nieśli wielkie kawały mięsa zdarte ze świeżo zabitego słonia.

    Niezwykle podobała mi się grafika. W tamtym czasie wydawała mi się niemal fotorealistyczna. W gruncie rzeczy myślę, że nie zestarzała się do dzisiaj - przyjemniej patrzy mi się na klasyczną, dwuwymiarową grafikę AoE 1 niż wypicowaną najnowszymi technologiami grafę 3D z najnowszych produkcji.

    Nacji było całkiem sporo, ale różnice pomiędzy nimi nie były kolosalne. Mieliśmy kilka typów budowli w zależności od rejonu świata, z którego wywodziła się dana nacja, a także pewne różnice w możliwościach nacji (na przykład cywilizacja A mogła budować wytrzymalsze mury, ale nie miała dostępu do legionistów). Za nieco rozczarowujący uznaję fakt, iż wszystkie jednostki wyglądają identycznie niezależnie od wybranej nacji - zaniedbanie, które jest powtórzone także w drugiej części serii. Bolało mnie to choćby z tego względu, że widząc starcie dwóch armii, nie bylibyśmy w stanie odróżnić na przykład Choson (Chińczyków?) od Egipcjan.

    Nie zmienia to jednak faktu, iż gra była wyborna i po dziś dzień moim pierwszym skojarzeniem z gatunkiem RTS jest właśnie Age of Empires. Rozwiązania, które stosowane były w kolejnych strategiach w które miałem przyjemność zagrać wydawały mi się podobne do właśnie tej gry. W związku z tym po oswojeniu się z AoE, grając w kolejne RTSy czułem się jak w domu.

    Bardzo ciekawym pomysłem było wprowadzenie epok rozwoju dla cywilizacji. Grę (standardowo) zaczynaliśmy w Epoce Kamienia, a kończyliśmy w Epoce Żelaza. Z każdą epoką wiązały się różne poziomy zaawansowania technologicznego i dostęp do kolejnych jednostek. Gracz znajdujący się epokę wyżej od pozostałych miał nad nimi znaczną przewagę, więc trzeba było pilnować, aby nasza nacja nie została w tyle.
    Było parę gier, które podchwyciły ideę Age of Empires i nawet rozwinęły ją nieco bardziej (z różnym skutkiem) - na przykład seria Empire Earth. Jednak nie zmienia to faktu, ze grafika EE była brzydka już w dniu premiery, a AoE podoba mi się do dzisiaj. Dużo bardziej do gustu przypadł mi Tzar, o którym napiszę może kiedy indziej, a który jest niezwykle podobny do AoE pod wieloma względami.
    Na zakończenie zapytam ewentualnych czytelników: Jaka była Wasza ulubiona nacja w AoE? Ja największym sentymentem darzę Babilon.
    PS: Jakby ktoś wiedział, jak po polsku mówi się na cywilizację Hittite, to byłbym wdzięczny za tą informację. Może w końcu po tych wszystkich latach skojarzę ich z jakąś istniejącą w świecie rzeczywistym nacją.
  20. Lord Nargogh
    Po długiej, powstałej na skutek mieszaniny mojego lenistwa i braku czasu przerwie kontynuuję ledwo muśniętą tematykę promieniotwórczości.
    Zacząłem od promieniowania korposkularnego, czyli takiego w którym mamy do czynienia z emisją cząstek, czyli ogólnie rzecz ujmując materii. Teraz przejdę do promieniowania elektromagnetycznego, czyli pospolicie rzecz ujmując... światła.
    Oczywiście udowodniono, że światło również składa się z cząstek (fotonów), ale podział zachowuje jak najbardziej sens, ze względu na zupełnie inne zjawiska z którymi możemy mieć do czynienia w przypadku kontaktu obu rodzajów promieniowania z materią, do czego przejdziemy za chwilę.
    Najpierw jednak chciałbym wyjaśnić czym jest promieniowanie gamma, x oraz czym się różni od promieni elektromagnetycznych którymi jesteśmy bombardowani z żarówy czy ze słońca.
    Światło, które możemy obserwować dzięki świetlówce powstaje na skutek zjawiska fluorescencji. W wielkim uproszczeniu polega ona na tym, że wzbudzone atomy/molekuły przechodzą do stanu podstawowego, pozbywając się nadmiaru energii w postaci wyemitowanego fotonu.Stan wzbudzony wynika z poruszania się elektronu po innym orbitalu. Z promieniowaniem gamma jest podobnie, z tym że mamy tu do czynienia nie ze wzbudzeniem całego atomu, a jedynie jego jądra.
    Promieniowanie gamma jest promieniowaniem wysokoenergetycznym, co oznacza że jego długość fali jest bardzo krótka. Jest to promieniowanie jonizujące i niezwykle przenikliwe, w związku z tym jest bardzo niebezpieczne dla organizmów żywych. Można tą 'szkodliwość' wykorzystać w walce z rakiem (tzw. nóż gamma), ale o tym powiem nieco więcej we wpisie który skupi się już na samych zastosowaniach promieniowania.
    Promieniowanie X (Roentgena) powstaje na skutek uderzania rozpędzonych elektronów w tarczę złożoną z wystarczająco ciężkich atomów. Jest to także promieniowanie wysokoenergetyczne (ale w mniejszym stopniu niż promieniowanie gamma) i przenikliwe. Pod warunkiem przestrzegania odpowiedniej dawki, nie jest zbyt szkodliwe dla organizmów żywych (ale podkreślam: bez przekroczenia dawki!). Pojedyncze zdjęcie RTG dostarcza nam niewielką dawkę, ale już jednorazowa tomografia komputerowa RTG dostarcza pokaźną dawkę promieniowania do naszego organizmu, i nie może być wykonana bez uzasadnionego podejrzenia jej przydatności (czytaj: nie można sobie pójść i poprosić o wykonanie takiej tomografii bez skierowania lekarskiego).
    Promieniowanie to znajduje także szerokie zastosowanie w krystalografii i badaniach naukowych, ale powiem o tym więcej we wpisie skupiającym się na samych zastosowaniach promieniowania.
    Na koniec powiem małą ciekawostkę na temat promieniowania RTG, z którą większość z Was miała zapewne do czynienia.
    Pamiętacie stare (no może nie takie stare, sprzed kilkunastu lat) telewizory i monitory kineskopowe? Otóż zasada ich działania polegała na tym, że rozpędzone elektrony uderzały w odpowiednie miejsce na ekranie i powodowały zaświecenie się luminoforu w tym punkcie. Zatem obraz, który widzieliśmy powstawał na skutek miliardów miliardów uderzeń rozpędzonych elektronów w tarczę... zaraz zaraz, czy to nie brzmi znajomo? Czy chwilę wcześniej nie pisałem o tym, że to najpopularniejszy ze sposobów uzyskiwania promieniowania RTG?
    I tak też jest w istocie, ekrany kineskopowe emitowały spore dawki promieniowania roentgenowskiego. Na szczęście producenci tych ekranów zdawali sobie z tego sprawę i były one odpowiednio osłonione przed emisją promieniowania na zewnątrz... ale tylko z przodu.
    Oznacza to mniej więcej tyle, że ktokolwiek znajdujący się za lub z boku takiego pracującego telewizora przyjmował spore dawki promieniowania RTG.
    W mieszkaniu, gdy telewizor wymierzony był tyłem w betonową ścianę nie musiało to stanowić dużego problemu. Natomiast w placówkach oświatowych (nieraz tak jest do dzisiaj, bo brakuje pieniędzy na nowy sprzęt!) układ ekranów był często taki, że każdy siedzący przed komputerem uczeń miał skierowane na siebie kilka boków i tyłów takich monitorów naraz. W czasie zajęć z pracującymi komputerami znajdowaliście się w prawdziwej smażalni roentgenowskiej.
    W ramach anegdoty mogę powiedzieć, że ja osobiście dowiedziałem się o tym podczas siedzenia w takiej smażalni z pracującymi ekranami od wykładowcy. Po półtorej godziny ból głowy niemal jak w banku.
    Na dzisiaj to tyle. Zdaję sobie sprawę, że te wpisy są bardzo powierzchowne i mało szczegółowe, ale wychodzę z założenia że od równań, wzorów i schematów są podręczniki i książki. Tutaj wolałbym pisać w sposób prosty i ograniczyć się do samej idei działania różnych zjawisk. Dodatkowo oba pierwsze wpisy miały tylko 'przedstawić' z podaniem sobie rąk kilka rodzajów promieniowania, a więcej o ich własnościach postaram się napisać w kolejnych wpisach. Mam nadzieję że nie zanudziłem. Ciao.
    PS: Odnośnie świetlówek, to mam w zanadrzu króciutki wpis o rodzajach widm elektromagnetycznych i prostym eksperymencie, który może przeprowadzić każdy z Was. Postaram się go dokończyć i wrzucić jutro.
  21. Lord Nargogh
    Ludzkość napotyka wiele problemów na swojej drodze. Ja pozwoliłem sobie zrobić swój prywatny ranking rzeczy, których ludzie obawiają się najbardziej. Dwuelementowy.
    Pierwszym elementem tego zbioru jest kultura osobista.
    Ilu z nas musiało nasłuchać się grubiańskiego języka rodem z rynsztoku, którego powstydziłaby się każda cywilizowana istota? Ile razy musieliśmy słuchać żenujących konkursów w bekaniu rozochoconej alkoholem młodzieży?
    Ile razy musieliśmy leżeć chorzy w łóżku, bo jakiemuś PACANOWI nie chciało się zasłonić buzi (powinienem powiedzieć raczej mordy lub ryja - ludzie się tak nie zachowują) podczas kichania bądź kaszlenia?
    O tak, takie zachowanie mnie szczególnie irytuje, i to właśnie na nim się skupię w tej częsci wpisu.
    Moim skromnym zdaniem, każda epidemia (pandemia, choroba, wirus, cokolwiek) mogłaby kosztować ludzkość znacznie mniej ofiar, gdyby pewnym idiotom chciało się dopełnić tej prostej formalności zasłonięcia twarzy przy kaszlnięciu. Człowiek zasłaniający twarz przy kichnięciu, może swoje zarazki/bakterie/wirusy rozpuścić najwyżej w promieniu 0,5-1,0 metra od siebie. Człowiek który tego NIE zrobi, ma już zasięg rażenia rzędu 10 metrów. Kto nie wierzy, niech ustawi się w odległości 10 metrów od chorego kolegi, i poprosi go o kichnięcie.
    Kaszel ma troche mniejszy zasięg, ale nie to jest tutaj istotne.
    Chciałoby się takiemu kaszlącemu palantowi powiedzieć: "Być może właśnie stałeś się powodem zarażenia kilkuset ludzi, idioto, a niektórzy z nich mogą nawet z tego powodu umrzeć. Jesteś z siebie dumny, bucu?" Dlaczego kilkuset? Bo potem tamte zarażone osoby również będą kichać i rozsiewać zarazki na innych ludzi.
    Naprawdę, gdyby nie tacy kretyni, być może nie byłbym na nic chory przez całe życie, bo nie miałbym się skąd zarazić. W końcu najczęściej padamy ofiarą chorób przenoszonych drogą kropelkową.
    Drugim (i ostatnim) elementem zbioru jest higiena.
    I tutaj niestety w głównej mierze mam pretensję do przedstawicieli płci męskiej. Bo to oni najczęsciej unikają mydła jak ognia, i nie potrafią umyć zębów przed wyjściem do pracy/na zajęcia. Naprawde, i potem taki koleś nie rozumie, że odsuwam się od niego gdy do mnie mówi z pewnego powodu. Jeśli sie odsuwam, to na pewno nie po to, żeby do mnie podchodził!
    Panowie! Mydło i szczoteczka do zębów nie gryzą!
    Dodatkowym mankamentem meskiego braku higieny jest zwyczaj uściskania sobie dłoni. Komukolwiek nie podajesz dłoni, musisz być świadomy że istnieje co najmniej 80% szansa, że ta dłoń chwilę wcześniej grzebała w nosie/dotykała penisa/była pokryta moczem/za przeproszeniem grzebała właścicielowi w d.... . I nie byłoby w tym nic zdroznego (natura w końcu), gdyby niektórzy potrafili umyć ręce po skorzystaniu z toalety. Naprawdę, w swoim życiu widziałem tylko kilka razy żeby ktoś oprócz mnie skorzystał z uroków umywalki po skorzystaniu z toalety. Chwilę później tacy "brudnoręcy" ludzie idą wcinać drugie śniadanie. I co się dzieje? Ojej! Ubrudzili sobie palec pasztetem/masłem/majonezem! Trzeba go oblizać!
    Zapewne uwielbiają smak swoich własnych ekskrementów.
    Smacznego, brudasie!
    Dlaczego uznałem higienę i kulturę osobistą za największych wrogów ludzkości? Bynajmniej nie z tego powodu, że jestem takiego zdania. Po prostu wniosek nasuwa się sam: coś, czego ludzie unikają jak ognia, musi być ich straszliwym wrogiem.
    Wiem, było dzisiaj trochę obleśnie. Ale czy nie napisałem prawdy?
  22. Lord Nargogh
    Miało być codziennie, ale po prostu nie wyrabiam. Dwa ostatnie dni z rzędu wracałem wyczerpany w środku nocy (w sumie niemal o świcie) i jedyne co było w mojej głowie, to złapanie jak największej liczby godzin snu. W związku z tym nie notuję też aktualnych wydarzeń, ale póki co zostało mi jeszcze kilka dni już napisanych:
    DZIEŃ TRZECI (PONIEDZIAŁEK 13-09-10)
    Pierwszy dzień pracy w laboratorium. Czekało nas kolejne darmowe śniadanko, tym razem na uniwersytecie. Dobre wieści ? obiady będą za darmo (za cały wyjazd nic nie płaciliśmy, mieliśmy tylko zapewnić sobie wyżywienie).
    Po nieudanej próbie kradzieży wielkiego słoika z Nutellą i zakończonym posiłku, udaliśmy się do Sali wykładowej, w której usłyszeliśmy conieco o czekających nas doświadczeniach. W zasadzie to w ogóle nie słuchałem, bo byłem zajęty bazgraniem po zeszytach, które chwilę wcześniej dostaliśmy za darmo (podobnie jak koszulki). Koleżanka, której obiecałem że będę z nią w grupie (jak się okazało, druga też chciała być ze mną, ale nie zdążyła ? ach, ta moja popularność) zaproponowała, żebyśmy wybrali Hologramy. No to wybraliśmy hologramy, jak tylko było możliwe zapisanie się na liście. Co prawda napisałem, że nie słuchałem gdy mówiono o doświadczeniach, jednak udało mi się usłyszeć, że do wyboru będzie tzw. histereza ? nawet nie pytajcie co to, zaufajcie mi, że jest po prostu niewiarygodnie nudne ? a w dodatku profesor, który miał to prowadzić nie szprejał po angielsku. Więc w zasadzie stoczyła się przy tej liście bitwa, która zakończyła się przegraną jednego z kolegów, któremu przypadła przyjemność wykonywania doświadczenia z histerezą. Wyraził swój entuzjazm za pomocą słów takich jak ?[beeep]? i ?ja [beeep]?.
    Udaliśmy się z profesorkiem do Sali wykładowej, gdzie opowiedział nam pokrótce o procesie powstawania hologramów. Chwilę później nastąpiła przerwa obiadowa, na której zjadłem gotowaną pierś z warzywami i ryżem bez ryżu (dbam o linię), po czym udałem się z koleżanką do tutejszego laboratorium optycznego.
    Po prostu tona niesamowitego sprzętu, mnóstwo laserów i nie tylko, w tym także takich, których można używać do cięcia blachy, na przykład pulsacyjny laser rubinowy.
    My pracowaliśmy nad układem do wytwarzania hologramów (parę zwierciadeł, obiektywów, obrotowy kryształ dwójłomny, czerwony laser i parę zasłon). Należało to ustawić taki sposób, by poszerzona i rozszczepiona na dwa promienie wiązka lasera skupiała się w miejscu ramki, w którą wkładać mieliśmy specjalne płytki holograficzne do naświetlania. Proces był żmudny i zajął nam dużo czasu, bowiem musieliśmy uzyskać dokładnie taki sam promień obu wiązek, ich drogi optyczne musiały być zbliżone, a moc identyczna, udało nam się jednak odnieść sukces. Udaliśmy się do domu wcześniej niż pozostali.
    Po powrocie miałem chwilę czasu, zanim przyjdą inni, z którymi umówiłem się na zakupy w Lidlu. Zrobiłem parę pompek i brzuszków, przebrałem się i skończyłem akurat w momencie, w którym przyszli z powrotem. Poszliśmy na zakupy. Lidl oddalony był od naszego hotelu o około półtorej kilometra. Zdecydowałem się na zakup sześciopaku wody gazowanej, a także widząc rozmyślające nad jego kupnem koleżanki ? obiecałem im, że jeśli go kupią, pomogę im go zanieść. Wziąłem do tego dwie butelki Coca Coli light z cytryną (1,25l ? chyba oszaleli), dwie wypaśne czekolady milki oraz dwa wielkie, odtłuszczone serki homogenizowane.
    Powrót do domu boleśnie uświadczył mnie w przekonaniu, że moja hojna propozycja doniesienia sześciopaku była błędem. Nie chodziło o ciężar, a o uchwyt, który błyskawicznie zwinął się w rulonik i boleśnie wpijał mi się w dłoń. Mimo to jakoś doczołgałem się do domu, gdzie rozpakowałem zakupy, przebrałem się i udałem z paroma znajomymi na proponowane nam zajęcia sportowe.
    Na miejscu okazało się, że poza zabawkami dla dzieci i materacami to nie ma tam żadnego sprzętu sportowego, nie przeszkodziło nam to jednak w szampańskiej zabawie ? wziąłem ze składziku kilka małych, gumowych piłek i obrzuciłem nimi koleżankę Carmen.
    Inni poszli w moje ślady, nie skupili jednak swojego ataku tylko na biednej koleżance Carmen.
    Po ponad dwóch godzinach prawdziwego pola bitwy, którą można nazwać ?Odpłatą za drugą wojnę światową? (Niemiec był tylko jeden) padliśmy znużeni na podłogę. W międzyczasie zdążyłem już pokombinować z jednym z wielkich materacy i biegałem z nim na swoich plecach w roli osłony.
    Wyczerpani udaliśmy się do domu. Po drodze świeżo poznany Niemiec zaproponował nam zaprowadzenie nas do podobno fajnego pubu. Poszliśmy, ale było w nim strasznie drogo, więc nie siedzieliśmy tam zbyt długo.
    Po powrocie kolejny film ? tym razem Jaja w Tropikach. I poszliśmy lulu.
×
×
  • Utwórz nowe...