Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Promieniowanie i radioaktywność to zjawiska dość często pojawiające się w książkach, grach i filmach (zwłaszcza z lat 50, gdy stanowiły one realne zagrożenie). Czy mamy do czynienia z napromieniowanym miejscem akcji, superbohaterem który zdobył moce po nieszczęśliwym wypadku na składowisku odpadów, światem po kataklizmie nuklearnym czy też zwykłym zagrożeniem atomowym w filmie sensacyjnym, wreszcie kończąc na planach budowy/rekonstrukcji elektrowni atomowych w wielu miejscach na świecie - tematyka ta jest jak najbardziej aktualna i popularna. Serie takie jak 'Fallout' i 'S.T.A.L.K.E.R' mają bardzo wielu wiernych fanów, jednak czy zdają sobie oni sprawę z faktycznych skutków działania i ogólnej natury promieniowania korpuskularnego i falowego? Czy jeśli wpadniemy do kotła ze słynnym symbolem , zyskamy specjalne moce? W serii wpisów postaram się odpowiedzieć na to oraz kilka innych pytań.
    Na początek może określmy, jakiego rodzaju promieniowaniem będziemy się zajmować. Wbrew pozorom sprawa nie jest oczywista, bowiem nawet wokół komputera, na którym właśnie piszę znajduje się pola elektryczne i magnetyczne, nie wspominając już o tym, że widzę pisany tekst dzięki detekcji promieniowania elektromagnetycznego emitowanego przez monitor za pomocą moich oczu. W tym wpisie skupię się na promieniowaniu cząstkowym (alfa, beta+, beta-), i to powstałym na skutek naturalnego rozpadu, a nie reakcji jądrowej (o reakcjach powstanie oddzielny wpis).
    Promieniowanie cząstkowe to po prostu strumień cząstek emitowanych na skutek rozpadu jąder atomowych - czy to naturalnego, czy na skutek reakcji jądrowej. Najprostszymi przykładami takiego promieniowania jest tzw. promieniowanie jonizujące, dzielące się na promieniowanie alfa, beta plus i minus, oraz gamma.
    Promieniowanie alfa składa się ze strumienia podwójnie zjonizowanych atomów helu. Mówiąc bardziej po ludzku - jąder helu, tego samego pierwiastka, który unosi baloniki dla dzieci do góry. Jednak sam hel nie jest przecież groźny, niektórzy ludzie dla zabawy wdychają niewielkie jego ilości, by potem mówić śmiesznym, cienkim głosikiem. Problem jednak polega na tym, że jak wspomniałem już wcześniej, nie jest to po prostu hel, a hel pozbawiony dwóch elektronów. Jest to cząstka niezwykle silnie jonizująca. Związane jest z tym zarówno największe niebezpieczeństwo materiałów promieniujących cząstkami alfa, jak i jego swojego rodzaju nieszkodliwość. Ponieważ cząstka alfa jest silnie jonizująca, na swojej drodze wykonuje bardzo dużo reakcji jonizacji napotkanych cząstek, tracąc przy tym swoją energię i ostatecznie dejonizując się do cząstki obojętnej. W związku z tym, 'zasięg' takiego promieniowania w powietrzu wynosi zaledwie 10 cm, a do ochrony przed nim wystarczy osłona ze zwykłej kartki papieru, a wręcz skóry. Nie wolno jednak ignorować niebezpieczeństwa takiego promieniowania - ze względu na ten silny efekt jonizacji, robi potężny bigos na swojej drodze. Nie wiem czy słyszeliście o przypadku niejakiego Litwinienki, który wypił herbatę z niewielką ilością materiału promieniującego cząstki alfa. Zrobiło to bigos z jego narządów wewnętrznych i zmarł on w ciągu trzech tygodni prawdziwych męczarni. Jest zatem bardzo niebezpieczne, jeśli dostanie się do środka ludzkiego ciała czy to drogą oddechową, czy pokarmową.
    Promieniowanie beta to inaczej strumień elektronów lub pozytonów (w zależności od ich ładunku, mówimy o beta plus (pozytony) lub beta minus (elektrony). Tym niemniej nie można powiedzieć, że działko elektronowe emituje promieniowanie beta - wszystko rozchodzi się w sposobie powstawania tego promieniowania. Jeśli powstaje ono na skutek reakcji jądrowych, to mamy do czynienia z promieniowaniem beta, w innym przypadku po prostu ze strumieniem elektronów. By zasłonić się przed promieniowaniem beta, wystarczy kilkucentymetrowej grubości tarcza z plastiku, kilka milimetrów metalu, bądź kilkanaście metrów powietrza. Ponieważ beta plus i minus różnią się ładunkiem, w różny sposób również przechodzą przez materiał. Beta minus będzie zwalniać na skutek zderzeń z jądrami i elektronami w materiale i może wytrącić jeden z elektronów na orbitalu i zająć jego miejsca. Beta plus natomiast składa się z pozytonu, który w momencie osiągnięcia prędkości porównywalnej z prędkościami elektronów na orbitach materiału, zanihiluje się z jednym z nich (czyli ulegnie unicestwieniu), emitując dwa kwanty (porcje) promieniowania gamma. Promieniowanie beta powstaje na skutek rozpadu neutronu (elektron) lub protonu (pozyton). Jest jak najbardziej niebezpieczne, ale wykorzystane w odpowiedni sposób, może ratować ludzkie życie - więcej szczegółów o samych reakcjach i zastosowaniach opiszę w kolejnych wpisach.
    To, czy dany izotop rozpadnie się z emisją beta plus czy minus jest z góry zdeterminowane przez jego budowę, a co za tym idzie pozycję na wykresie izotopów (oś N oznacza liczbę masową - sumę protonów i neutronów w atomie, a Z liczbę atomową - liczbę samych protonów.)

    Pośrodku znajduje się tzw. ścieżka stabilności, która oznacza związki nieulegające naturalnemu rozpadowi. Warto powiedzieć, że istnieje duża rozbieżność okresów połowicznego rozpadu (czyli ilość czasu, po której liczba cząstek izotopu maleje o połowę na skutek naturalnego rozpadu) od ułamków ułamka sekundy, po miliardy lat. Co to oznacza w praktyce? Daje nam szerokie możliwości określania wieku różnych zabytków, próbek mineralnych, biologicznych, a nawet o wieku samej ziemi. Pozwala też oszacować, po jakim czasie napromieniowany teren/odpady przestaną stanowić zagrożenie, jeśli człowiek nabroi.
    Na zakończenie opowiem pewną anegdotę opowiedzianą mi przez prowadzącą laboratoria z ochrony radiologicznej. Pewien student podczas ćwiczeń nad potasem 40 postanowił sobie wziąć nieco materiału na pamiątkę do domu, schował go zatem do kieszeni. Czego nie przewidział, to że zostanie poddany drobiazgowemu pomiarowi promieniowania przed wyjściem z pracowni (standardowa procedura, raczej żeby upewnić się, że nam nic się nie stało niż żeby łapać złodziei). Próbka została znaleziona w kieszeni, a student pozbawiony ubrań z zastrzeżeniem, że będzie mógł je odzyskać za kilkanaście miliardów lat. Wracał do domu na golasa zimową porą.
  2. Lord Nargogh
    Po długiej, powstałej na skutek mieszaniny mojego lenistwa i braku czasu przerwie kontynuuję ledwo muśniętą tematykę promieniotwórczości.
    Zacząłem od promieniowania korposkularnego, czyli takiego w którym mamy do czynienia z emisją cząstek, czyli ogólnie rzecz ujmując materii. Teraz przejdę do promieniowania elektromagnetycznego, czyli pospolicie rzecz ujmując... światła.
    Oczywiście udowodniono, że światło również składa się z cząstek (fotonów), ale podział zachowuje jak najbardziej sens, ze względu na zupełnie inne zjawiska z którymi możemy mieć do czynienia w przypadku kontaktu obu rodzajów promieniowania z materią, do czego przejdziemy za chwilę.
    Najpierw jednak chciałbym wyjaśnić czym jest promieniowanie gamma, x oraz czym się różni od promieni elektromagnetycznych którymi jesteśmy bombardowani z żarówy czy ze słońca.
    Światło, które możemy obserwować dzięki świetlówce powstaje na skutek zjawiska fluorescencji. W wielkim uproszczeniu polega ona na tym, że wzbudzone atomy/molekuły przechodzą do stanu podstawowego, pozbywając się nadmiaru energii w postaci wyemitowanego fotonu.Stan wzbudzony wynika z poruszania się elektronu po innym orbitalu. Z promieniowaniem gamma jest podobnie, z tym że mamy tu do czynienia nie ze wzbudzeniem całego atomu, a jedynie jego jądra.
    Promieniowanie gamma jest promieniowaniem wysokoenergetycznym, co oznacza że jego długość fali jest bardzo krótka. Jest to promieniowanie jonizujące i niezwykle przenikliwe, w związku z tym jest bardzo niebezpieczne dla organizmów żywych. Można tą 'szkodliwość' wykorzystać w walce z rakiem (tzw. nóż gamma), ale o tym powiem nieco więcej we wpisie który skupi się już na samych zastosowaniach promieniowania.
    Promieniowanie X (Roentgena) powstaje na skutek uderzania rozpędzonych elektronów w tarczę złożoną z wystarczająco ciężkich atomów. Jest to także promieniowanie wysokoenergetyczne (ale w mniejszym stopniu niż promieniowanie gamma) i przenikliwe. Pod warunkiem przestrzegania odpowiedniej dawki, nie jest zbyt szkodliwe dla organizmów żywych (ale podkreślam: bez przekroczenia dawki!). Pojedyncze zdjęcie RTG dostarcza nam niewielką dawkę, ale już jednorazowa tomografia komputerowa RTG dostarcza pokaźną dawkę promieniowania do naszego organizmu, i nie może być wykonana bez uzasadnionego podejrzenia jej przydatności (czytaj: nie można sobie pójść i poprosić o wykonanie takiej tomografii bez skierowania lekarskiego).
    Promieniowanie to znajduje także szerokie zastosowanie w krystalografii i badaniach naukowych, ale powiem o tym więcej we wpisie skupiającym się na samych zastosowaniach promieniowania.
    Na koniec powiem małą ciekawostkę na temat promieniowania RTG, z którą większość z Was miała zapewne do czynienia.
    Pamiętacie stare (no może nie takie stare, sprzed kilkunastu lat) telewizory i monitory kineskopowe? Otóż zasada ich działania polegała na tym, że rozpędzone elektrony uderzały w odpowiednie miejsce na ekranie i powodowały zaświecenie się luminoforu w tym punkcie. Zatem obraz, który widzieliśmy powstawał na skutek miliardów miliardów uderzeń rozpędzonych elektronów w tarczę... zaraz zaraz, czy to nie brzmi znajomo? Czy chwilę wcześniej nie pisałem o tym, że to najpopularniejszy ze sposobów uzyskiwania promieniowania RTG?
    I tak też jest w istocie, ekrany kineskopowe emitowały spore dawki promieniowania roentgenowskiego. Na szczęście producenci tych ekranów zdawali sobie z tego sprawę i były one odpowiednio osłonione przed emisją promieniowania na zewnątrz... ale tylko z przodu.
    Oznacza to mniej więcej tyle, że ktokolwiek znajdujący się za lub z boku takiego pracującego telewizora przyjmował spore dawki promieniowania RTG.
    W mieszkaniu, gdy telewizor wymierzony był tyłem w betonową ścianę nie musiało to stanowić dużego problemu. Natomiast w placówkach oświatowych (nieraz tak jest do dzisiaj, bo brakuje pieniędzy na nowy sprzęt!) układ ekranów był często taki, że każdy siedzący przed komputerem uczeń miał skierowane na siebie kilka boków i tyłów takich monitorów naraz. W czasie zajęć z pracującymi komputerami znajdowaliście się w prawdziwej smażalni roentgenowskiej.
    W ramach anegdoty mogę powiedzieć, że ja osobiście dowiedziałem się o tym podczas siedzenia w takiej smażalni z pracującymi ekranami od wykładowcy. Po półtorej godziny ból głowy niemal jak w banku.
    Na dzisiaj to tyle. Zdaję sobie sprawę, że te wpisy są bardzo powierzchowne i mało szczegółowe, ale wychodzę z założenia że od równań, wzorów i schematów są podręczniki i książki. Tutaj wolałbym pisać w sposób prosty i ograniczyć się do samej idei działania różnych zjawisk. Dodatkowo oba pierwsze wpisy miały tylko 'przedstawić' z podaniem sobie rąk kilka rodzajów promieniowania, a więcej o ich własnościach postaram się napisać w kolejnych wpisach. Mam nadzieję że nie zanudziłem. Ciao.
    PS: Odnośnie świetlówek, to mam w zanadrzu króciutki wpis o rodzajach widm elektromagnetycznych i prostym eksperymencie, który może przeprowadzić każdy z Was. Postaram się go dokończyć i wrzucić jutro.
  3. Lord Nargogh
    Przyglądam się z zainteresowaniem wzajemnemu targowaniu się partii politycznych na temat debat politycznych. Wszyscy ciągle organizują konferencje i nawzajem pouczają się na temat tego, jak powinny one wyglądać. Sytuacja jest o tyle zabawna, że osoby pouczające innych i oskarżające o marnowanie czasu na debatowanie o debatach, same robią dokładnie to samo. Zrobiło się już takie długie C-C-C-OMBO wzajemnych pouczeń, że trudno się połapać o co komu teraz tak naprawdę chodzi. Wszyscy liderzy próbują nawzajem wpoić nam wrażenie, że nikt poza nimi nie jest chętny do żadnej debaty i że wszyscy pozostali liderzy uniemożliwiają jej zajście.

    Co jest trudnego w ruszeniu swojej (_!_) do studia i porozmawianiu?
    PiS domaga się wizyty ministrów PO i premiera Tuska w swojej siedzibie. Sprawa śmierdzi na kilometr i zapowiada ewidentne zaszczucie jednej strony przez drugą, a także potencjalnie szerokie pole do popisu (POPiS, hehe) przy montowaniu uzyskanego materiału, sposobem zadawania pytań i reakcjami publiczności.
    PO na początku zapraszał PiS to debaty w swojej siedzibie. Mamy tu mniej więcej tą samą sytuację co w pierwszym przypadku, tym niemniej po tej partii spodziewałbym się mniej brudnych gierek niż po tej powyższej.
    SLD z boku non stop próbuje pokazać siebie jako tego 'jedynego sprawiedliwego', który przygląda się z boku tym debatom o debatach i jest zażenowane tym, że wszyscy zajmują się takimi głupotami. Problem w tym, że organizując konferencje o debatach o debatach (coraz bardziej się zakręcamy) sami decydują się na zajęcie tymi 'głupotami'.
    PSL próbuje odgrywać standardową rolę mediatora stojącego pośrodku i będącego w stanie dogadać się z każdym, zapraszając wszystkie partie do debaty na ich neutralnym gruncie. Tylko problem w tym, że PSL posiada kilku swoich ministrów i też jest częścią tego rządu, więc ten grunt wcale nie jest do końca neutralny. Ale to i tak bez żadnego znaczenia, bo jego propozycje zostały całkowicie zignorowane.
    Dzisiaj premier Tusk łaskawie zaoferował przyjęcie wszystkich zaproszeń na debaty od wolnych mediów. Moim zdaniem dobry krok, aczkolwiek zastanawiam się czy nie podjęto go przypadkiem wiedząc, że PiS i tak z tej oferty nie skorzysta, bo nie będzie w stanie wygrać żadnej debaty w sposób merytoryczny. Ostatni rozsądni ludzie z tej partii opuścili ją na rzecz PJN. Bardzo nie podobała mi się reakcja Hofmana, który propozycję zwyczajnie wyszydził stwierdzeniami, że Tusk będzie ganiał po boisku albo pojedzie sobie do domu i zupełnie nie przyjmował do wiadomości, że ten zadeklarował coś zupełnie odwrotnego. Takiej bezczelności nie trawię i uważam że tacy ludzie jak Ziobro, Kurski, Kaczyński, Giżyński i Hofman powinni po prostu z polityki zniknąć, bo trudno mi wskazać osoby, które bardziej obniżają poziom debaty publicznej. Andrzej Lepper przy nich ze swoim blokowaniem mównicy postępował jak arystokrata.
    Do niedawna przychylnie spoglądałem ku SLD, ale ostatnie bezczelnie populistyczne, dalekie od prawdy spoty wyborcze tej partii (szczególnie ten o studentce, okrutnie manipulujący rzeczywistością - w kraju, gdzie studia stacjonarne są darmowe i większość studentów studiuje za darmo nie używa się argumentu, że 'czesne ciągle rosną') ogromnie mnie do niej zniechęciły, a dzisiejsze teksty o 'biednych ludziach tracących pracę, gdy PO i PiS targują się o debaty' pozbawiły mnie absolutnych resztek sympatii do tej partii. Moja riposta jest krótka: "ludzie tracą pracę, rodzice wydają majątek na podręczniki, a Napieralski zamiast wziąć się do pracy za ustawy które mogłyby ten problem rozwiązać, urządza sobie konferencje prasowe żeby skrytykować rząd'.
    Platforma jest leniwa i nie można jej usprawiedliwiać beznadziejną, bezużyteczną wręcz opozycją, ale prawda jest taka że na obecną ruinę naszego państwa składają się te wszystkie zachowania partii będących w Sejmie. Każdy odegrał w tym swoją plugawą rolę w mniejszym lub większym stopniu - czy to swoim lenistwem, czy populizmem, czy kolesiostwem czy zwyczajną niekompetencją. Przecież system legislacyjny w Polsce nie ogranicza tworzenia projektów ustaw tylko dla partii rządzącej - ba, nawet odpowiednio duża ilośc obywateli może złożyć taki projekt ustawy w Sejmie. O prezydencie i grupie posłów nie wspominając. Dlatego w mojej opinii żadna partia opozycyjna nie ma prawa krytykować rządu za lenistwo i ignorowanie problemów państwa, dopóki sama nie zaproponuje rozwiązań tej sytuacji za pomocą jakiejś ustawy - a jeśli rząd ją odrzuci, to DOPIERO będą mogli przystąpić do krytyki.
    Szanowni państwo, polityka w naszym kraju to ogromne bagno, na które już nie mogę wręcz patrzeć. Jestem wręcz w szoku, że nasz kraj kupy się trzyma w obecnym stanie i niestety nic nie wskazuje na to, żeby ta sytuacja miała się zmienić w przeciągu najbliższych dekad, jeśli nie wieków. Potrzebny jest napływ świeżej krwi i większe rozdrobnienie w Sejmie. Ugrupowania z małą ilością posłów spinałyby się z całych sił by pracować jak najwięcej, bo dla nich oznaczałoby to walkę o przetrwanie.
    A niech ci duzi dalej się kłócą jak gówniarze.
  4. Lord Nargogh
    Cheating. Cheatowanie. Cheaty.
    Każdy gracz powinien wiedzieć co to jest. Każdy szanujący się gracz powinien tym gardzić.
    Jednak czy oszukiwanie możliwe jest tylko w świecie gier i komputerów? Nie, nie tylko.
    Oszukiwać można także w życiu codziennym. Na codzień wiele z Was stosuje rozmaite cheaty, hacki i trainery. Niewielu zdaje sobie z tego sprawę, a już na pewno niemal nikt nie widzi w tym nic złego. Wymienię tutaj najbardziej ewidentne moim zdaniem przykłady cheatowania, które powinien skojarzyć każdy z Was.
    1. Character editory i cheaty na statystyki.


    Ten pan jest ich mistrzem

    W ubiegłym tygodnu głośna stała się sprawa jakiejś reprezentantki Polski na olimpiadzie, która została przyłapana na dopingu (Nie wiem jak się nazywa, nie wiem w jakiej dyscyplinie startowała, ale nic to mnie nie obchodzi, bo za to co zrobiła jest dla mnie nikim), co może być doskonałym przykładem takiego cheatowania.
    Ludzie, którzy korzystają z jakichś środków chemicznych i innych nienaturalnych 'wspomagaczy' zwiększających ich fizyczne i umysłowe możliwości, są takimi właśnie cheaterami. Każdy kto sięgnął kiedyś po sterydy w tym celu, każdy kto korzysta z jakichś odżywek (nawet legalnych) zasługuje na moją (i Waszą również) pogardę.
    To jest po prostu coś, czego nie wolno tolerować, a już z pewnością pochwalać. Rozwój naszych fizycznych skorup i umysłów powinien być owocem naszej ciężkiej pracy i niczego więcej.
    Sportowiec korzystający z dopingu jest stworzeniem dalece bardziej godnym pożałowania od zwykłego dzieciaka siedzącego przed komputerem i z zapałem wpisującym kolejne cheaty na wzmocnienie jego postaci.
    2. Money Hacki
    Do money hacków można zaliczyć włamy na konta bankowe rozmaitych obywateli, ale i operacje znacznie prostsze i bardziej rozpowszechnione - takie jak na przykład piractwo. Piraci uzyskują znacznie więcej itemów, niż pozwalałby na to ich stan majątkowy - jak to inaczej logicznie wytłumaczyć, jeśli nie przez to że korzystają z money hacka?
    Money hacki są bardzo powszechne i stanowią poważny problem. Z ich powodu rynek gier na PC pogrąża się coraz bardziej. Tym niemniej jest to rozwlekły temat, na który nie mam zamiaru się szczególnie rozpisywać.
    3. Easter Eggi i bugi
    Żeby je dostrzec, należy spełnić określone warunki, takie jak: posiadanie choroby psychicznej (schizofremii na ten przykład), zażycie środku odurzającego bądź halucynogennego.
    Ludzie zazwyczaj korzystają z tych dwóch ostatnich sposobów, zapijając/zaćpując się do nieprzytomności. Wówczas widzą znacznie więcej, niż producent Real-life MMO przewidział dla normalnych graczy.
    Nie pochwalam tego, wolę widzieć rzeczywistość taką, jaka jest w naprawdę. Nie chcę też od niej uciekać.
    4. Manipulowanie avatarem przy użyciu kodów
    Cholera, jak mnie ten rodzaj cheatów wkurza. Najbardziej denerwujące są dla mnie operacje plastyczne - ktoś próbuje wyglądać lepiej, niż go Pani Bozia stworzyła w nieuczciwy sposób, bez żadnego wysiłku z własnej strony.
    Ale nie tylko w ten sposób można swoim avatarem manipulować. Szczególnie wyspecjalizowane w tym procederze są przedstawicielki płci pięknej. Wszystkie kosmetyki i ubrania optycznie zmieniające wygląd należą do takich cheatów. Po co ktoś miałby sobie wpychać gąbkę w stanik? Chyba po to, żeby później facet po ujrzeniu kobiety w stroju Ewy stwierdził że 'chyba ktoś go zrobił w konia, bo te cycki miały być większe. Dwukrotnie.' albo 'że ten tyłek nie wydawał się być taki wielki w optycznie zmniejszającym rozmiary ubraniu'.
    Czy my używamy Penis-Hacków wkładając sobie za przeproszeniem marchewy w spodnie? Nie? To czemu nie możemy oczekiwać tej odrobiny uczciwości po drugiej stronie?


    Przykład nieumiejętnego manipulowania avatarem. Tak to się może skończyć

    Kosmetyki też są denerwujące. Najpierw upolowujesz samicę o pięknej buzi, żeby potem przekonać się że pod toną tapety i glazury kryją się setki pryszczy i zmarszczek. Nie na to chyba się pisaliśmy, wykonując czynności godowe? Prychy i zmarszczki mimiczne (maciczne też) są do zaakceptowania, ale tylko wtedy gdy wiemy o nich PRZED zabraniem 'towaru' z półki.
    Namarudziłem trochę na kobiety, ale i faceci ponoszą w tej sprawie sporo winy. Nie cierpię ludzi z włosami na żel. Ja rozumiem że to naturalny mechanizm obronny, żeby w czasie zagrożenia najeżyć własną sierść by sprawiać wrażenie większego niż w rzeczywistości, ale tutaj nie ma żadnego zagrożenia! Chłopie, chciałeś żeby coś Ci sterczało z głowy - trzeba było zostać kogutem bądź nosorożcem, a nie pchać się w ciało humanoida.
    Poza tym żaden żel nie zastąpi porządnego dywanu na klacie. Zaufajcie mi.
    5. Metaboliczne hacki
    Tutaj przyłapałem na cheatowaniu niemal każdego, kogo znam. Typowym metabolicznym hackiem jest kawa.
    Ja nie wiem czemu ludzie tego potrzebują do szczęścia. Ja kawy nigdy nie piłem i pić nie będę, a zdarza mi się sypiać w nocy tyle godzin, ile mozna zliczyć na palcach połowy jednej dłoni - a potem normalnie funkcjonować przez kolejny dzień bez pomocy żadnych 'dopalaczy'.
    6. Quest Editory
    Kolejne BARDZO powszechne zjawisko. Ilu z Was korzystało ze ściąg podczas rozmaitych sprawdzianów i egzaminów? Ilu z Was wpisywało kod 'Tak mamo, wyniosłem śmieci i posprzątałem w pokoju' wcale nie robiąc czynności wymienionych w tym zdaniu?
    Kombinowanie z zaliczeniem niewypełnionych questów jest na porządku dziennym.
    7. Race shifter
    Do tej pory skorzystała z niego w pełni tylko jedna osoba (potem zdaje się została Królem Popu), w związku z tym nie będę pisał zbyt wiele na ten temat.
    Dość często korzystają z niego w ograniczonym stopniu rozmaite samice gatunku Homo Sapiens, wybierając się do znajdujących się w ich niszach ekologicznych solariów.
    8. Class changer
    W Polsce bardzo popularny cheat. W końcu często zdarza się że Magister Nauk Ekonomicznych wykonuje zawód Konserwatora Powierzchni Płaskich. Podobnie rozmaici inżynierowie i mecenasi.
    Z kolei filozofowie i poeci uczą w gimnazjach języka polskiego.
    ----------------------------------------------------
    Jak widzicie zjawisko Real-life Cheatingu jest bardzo powszechne. Założę się że nie ma wsród was takiego, kto nie byłby n00bkiem i chociaż raz nie skorzystał z usług 'wspomagaczy'.
    Często zwracam się do swoich czytelników i zrobię to również tym razem. Czy są jakieś inne cheaty i trainery, jakie występują w real-life a jakie nieumyślnie pominąłem?
  5. Lord Nargogh
    Oglądając sobie spokojnie telewizję usłyszałem wzruszającą opowieść o wielodzietnej rodzinie, która (co za szok!) znalazła się w kłopotach finansowych. Cały materiał filmowy miał wzbudzić w widzach litość i współczucie. A mnie oczywiście wnerwił.
    Ojciec opowiadał ze wzruszeniem jak ledwo wiąże koniec z końcem żeby utrzymać swoją czwórkę dzieci. Matka mu potakiwała. Nie słyszałem czy miał jakąś pracę, ale biorąc pod uwagę że to typowa królicza rodzina, obstawiam że nie. W związku z tym istnieje duże prawdopodobieństwo że ci ludzie żyją utrzymywani przez państwo.
    Jakby problemów finansowych było mało, dzieci w tej rodzinie były jakieś... wadliwe. Obarczone rozmaitymi chorobami genetycznymi. Rozsądny człowiek wyciągnąłby pewne wnioski po tym, jak urodziła mu się dwójka chorych dzieci, które zapewne brzmiałyby mniej więcej 'obciążam swoje potomstwo genetycznie i robię upośledzone dzieci, więc powinienem się powstrzymać, by oszczędzić im tragicznego życia'. Ja bym wyciągnął takie wnioski. Ale do tego trzeba czasem przystanąć i przemyśleć cokolwiek.
    Kto kazał tym ludziom się tak bezmyślnie rozmnażać? Człowiek myślący rozsądnie planuje swoją rodzinę w zależności od swoich możliwości finansowych. A ubodzy i/lub bezrobotni mnożą się jak mrówki albo jakieś króliki. Co ich powstrzymuje przed myśleniem? Kościół zabraniający antykoncepcji?
    Nie.
    Zawsze można się powstrzymać. ZAWSZE. Nikt mi nie wmówi, że istota MYŚLĄCA zdecyduje się na stosunek, wiedząc że z jakichś przyczyn nie może zastosować antykoncepcji, i będąc świadoma posiadania kilkorga dzieci, z którymi już ma problem by je utrzymać. Ale jak już wspomniałem - do tego trzeba myśleć.
    I jak działa sumienie takiego człowieka? Nie pozwoli mu użyć prezerwatywy, ale pozwoli spłodzić kolejnego bachora, który będzie żył na koszt państwa, i który dzięki jurności swoich rodziców nie będzie miał zapewniony świetlanej (ani nawet.... ciekawej) przyszłości, a wszystko w zamian za kilkanaście minut (niech będzie godzin, dla utalentowanych) przyjemności? Sumienie nie przeszkodzi mu zabierać państwowych pieniędzy, żeby uratować swoją żałosną egzystencję, której stan ma duży związek z decyzjami podjętymi przez takiego człowieka?
    Jaka przyszłość spotka takie dzieci? W Polsce wielu ludziom trudności finansowe sprawia zapewnienie wyższego wykształcenia nawet jednemu dziecku. Co, jeśli w jakiejś rodzinie jest ich DZIESIĘĆ? Zresztą olać samo wyższe wykształcenie, nawet zdanie matury oznacza pewne koszty.
    I co potem robią dzieci z takich rodzin? Rozmnażają się dalej. I liczba tego typu rodzin wzrasta.
    Jedyne, naprawdę jedyne co można zrobić z takimi ludzmi żeby uniemożliwić im rozmnażanie, to sterylizacja i kastracja. I to jest tragiczne że nie można w takiej sytuacji po prostu polegać na zdrowym rozsądku.
  6. Lord Nargogh
    Przed chwilą stałem się szczęśliwym posiadaczem własnego egzemplarza najnowszej gry Blizzarda - Starcraft II. W opakowaniu znalazłem (oprócz samej gry) dwa klucze do siedmiogodzinnego triala SCII i jeden klucz do 10-dniowego triala do WoWa. Jako że SCII posiadam w pełnej wersji, to kluczy do demka nie potrzebuję - a w przypadku WoWa wiem, że nigdy z tego klucza nie skorzystam, bo nie lubię gier MMO.
    Mam więc zamiar podarować Wam te klucze. Warunków nie ma żadnych. Prosiłbym, aby chętni zgłaszali się w komentarzach do tego wpisu - dzisiaj o północy wyślę prywatną wiadomością klucze do trzech szczęściarzy. Proszę tylko napisać, czy interesuje Was klucz do SCII, czy do WoWa. Wyboru dokonam na podstawie liczby napisanych przez zgłoszone osoby postów, niekaralności (bądź nieznacznych przewinień na koncie) a także ilości i jakości wpisów na blogu tej osoby. Jeden klucz pójdzie do najlepszego moim zdaniem forumowicza, który się zgłosi, jeden do najlepszego blogera i jeden do osoby, która zręcznie połączyła te dwie dziedziny.
    Oczywiście szczęśliwców będzie tylko trzech, ale nie szkodzi się zgłosić, prawda? W końcu to nic Was nie kosztuje, a nuż wygracie!
    Czas-start!
  7. Lord Nargogh
    Dzisiaj postanowiłem po raz kolejny wrócić do jednej z moich ulubionych gier - Fallouta. Po uruchomieniu, przeszedłem do okna tworzenia postaci.




    Zastanawiając się nieco nad każdym wyborem, stworzyłem w końcu bohatera, jakiego sobie upatrzyłem na to podejście do gry. Dość standardowo skłoniłem się ku postaci inteligentnej i wygadanej, tym razem nieco zwiększając jej potencjał bojowy.
    Zostały tylko dwie rzeczy do ustalenia - imię postaci oraz jej wiek. Podczas ustalania wieku mojego bohatera (zawsze ustawiam taki, jaki pokrywa się z moim) naszła mnie mała refleksja i ogarnął sentyment - nie jest to bez związku z moimi niedawnymi urodzinami, które spowodowały że liczba tym razem musiała być większa o 1.
    Nie jest żadną tajemnicą (wystarczy zajrzeć w mój profil), że wynosiła ona '23'.
    Jaki można znaleźć w tym powód do sentymentu? Dla mnie takim powodem jest fakt, że gdy grałem w Fallouta po raz pierwszy, brakło mi liczby do ustalenia wieku mojej postaci zgodnie z prawdą. Byłem poniżej dolnej 'granicy', która wynosiła 16. Miało to miejsce w roku 2000, gdy byłem 11-letnim grzdylem.
    Minęło zatem 12 lat odkąd po raz pierwszy zagrałem w tą serię... i od tamtej pory granie w nią nie znudziło mi się ani razu. Wracam do Falloutów bardzo często, nieraz po kilka razy w roku. Nie jest to jedyny tytuł na długiej liście mojego graczowego dorobku, do którego raz po raz wracam. Właściwie prawda jest taka, że więcej czasu gram w gry które znam na pamięć, niż w nowe, co jest o tyle ciekawe że kupuję stosunkowo dużo tytułów rocznie (do kilkudziesięciu). Po prostu pewne gry są na tyle dobre, że zawsze można do nich bez obaw powrócić i doskonale spędzić czas. Jak do świetnej książki czy filmu.
    Inne z naszych 'ukochanych gier' według wszelkich ogólnie przyjętych miar NIE SĄ dobre, a mimo to darzymy je ogromnym sentymentem i uwielbiamy z nimi spędzać czas. Mam wiele tytułów które albo przeszły bez echa, albo zostały bardzo chłodno przyjęte, a w które uwielbiam grać i to dużo bardziej niż w tytuły określane mianem hitów. Jest to temat do dłuższego omówienia i swoją drogą noszę w sobie od pewnego czasu zamiar, by o nim napisać.
    Zacząłem się zastanawiać czy pewnego dnia gdy tworzyć będę kolejną postać, dobrnę do 'górnej' granicy. Czy będąc starszym niż 65 lat (bo tyle ta granica wynosi) wciąż będę wracać do tych tytułów?
    Myślę, że tak. Skoro można wracać do muzyki, filmów, książek i innych rzeczy, to co miałoby stać na przeszkodzie by tak robić z grami? Skoro nasi dziadkowie wciąż nucą piosenki ze swojego dzieciństwa i cieszą się gdy znajdzie im się kasetę ze starymi utworami, bądź wzruszają się wracając do pewnych miejsc - dlaczego z nami miałoby być inaczej?
    Z nami i z grami będzie dokładnie tak samo. Teraz spędzamy przy nich mile czas, a za kilkanaście/kilkadziesiąt lat prawdopodobnie zapragniemy aby do tej przyjemności wrócić po raz kolejny.
    A przynajmniej ja z pewnością tak zrobię.
  8. Lord Nargogh
    Dzisiaj rano - nie wiem o której dokładnie - Mariusz Pudzianowski odniósł pierwszą porażkę podczas swojej kariery w MMA.
    Ku uciesze wielu ludzi... co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe. Prawdziwi fani tego sportu powinni raczej się cieszyć, że dzięki niemu wzrosło znacznie zainteresowanie nim w Polsce.
    Mariusz Pudzianowski nadal jest amatorem w MMA, czego sam nie ukrywa. To była jego TRZECIA walka. Czy wielu zawodników może się poszczycić zwycięstwem w swoich dwóch PIERWSZYCH walkach? W tym jednej z zawodowcem? (Kawaguchi)
    Ja bym go nie przekreślał na samym wstępie. Facet ma OGROMNY potencjał, ze względu na swoją siłę fizyczną i prędkość - dużo większy, niż jakikolwiek polski zawodnik. Musi jedynie uzupełnić braki w kondyncji i technice, ale to jest do zrobienia.
    Co z tego że przegrał wczorajszą walkę? Przypominam, że on nie był faworytem tym razem. Miał się zmierzyć z byłym dwukrotnym mistrzem świata, człowiekiem, który zęby sobie zjadł na MMA. Radość z jego porażki przypomina satysfakcję z tego, że lew zabił gazelę. Jakby to było dla kogokolwiek zaskakujące.
    Podsumowując - ja nadal jestem zainteresowany oglądaniem walk MMA - szczerze powiedziawszy, jednego z dwóch sportów, które lubię oglądać (drugim są zawody Strongman). Liczę, że Dominator podciągnie swoją technikę i zapewni nam jeszcze wiele walk, w których będzie na co popatrzeć. Aczkolwiek nie mam zamiaru oglądać ich na Polsacie nigdy więcej - patrz poprzedni wpis.
  9. Lord Nargogh
    Tak, tak, kilkanaście minut temu jakiś idiota na motocyklu rozsmarował się pod moim oknem.
    Co za kretyn.
    Facet wjechał w tył taksówki (mercedes) na PUSTEJ drodze. Bagażnik był całkowicie wgnieciony, co pozwala sądzić że znacznie przekroczył ograniczenie prędkości.
    Obstawiam że została z niego taka miazga, że nawet żadnych narządów się z tego nie da wykorzystać.
    Obok stali na motocyklach jego koledzy. Bardzo możliwe, że chwilę wcześniej urządzali sobie wyścigi.
    Ja się pytam - po co to wszystko? Umarłeś głupią śmiercią, idioto. Pal licho że uśmierciłeś sam siebie - mogłeś zrobić krzywdę także innym ludziom, a patrząc na stan bagażnika tego mercedesa - możliwe że zrobiłeś, o ile ktoś siedział na tylnym siedzeniu.
    Nie żal mi takich ludzi. W imię Darwina, jego śmierć to przysługa dla puli genetycznej ludzkości.
    Współczuję jego rodzinie. W końcu rzadko kiedy zdarza się, że ma się takiego idiotę za brata/kuzyna/syna.
    Wiecie czemu jestem taki wredny i pozbawiony jakiegokolwiek współczucia? Bo ten motocyklista mógł wjechać WE MNIE. Często jak kursuję pomiędzy domem a stancją na studiach (Poznań-Gorzów) to muszę unikać dziesiątek takich idiotów na drodze za jednym razem, zjeżdżając co chwilę na pobocze i unikając kretynów jadących pod prąd w czasie wyprzedzania. Jutro jadę na działkę i istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że kolejny idiota we mnie wjedzie. I będzie się tak działo tak długo, jak długo idiotom będzie się dawało jeździć na motocyklach.
    Idioci - zabijajcie się nawzajem, ale nie róbcie przy tym krzywdy innym ludziom.
    To tyle na ten temat.
  10. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy wszyscy zdają się wpadać w jakąś panikę związaną z SOPA, PIPA i ACTA. Na Wasze szczęście posiadam liczne kontakty m.in. w Kongresie USA i zdobyłem mnóstwo prawdziwych, rzetelnych informacji na temat tych aktów prawnych.
    Przede wszystkim **** ******** * *** ************ *, **** ******** * *** **** ******** * ***. Przecież to dość oczywiste, a mimo to ludzie ***** * ** ******** ** *** **** ******** * *** **** ******** * ***. A prawdziwa przyczyna powoływania tych aktów jest prosta i oczywista - ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****. Doprawdy, nie rozumiem czemu ******* nie może ** *** **** ******** * *** ****, bo wtedy wszystko ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****.
    Mam nadzieję że zdołałem wszystko Wam wyjaśnić.
    PS: ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** ****!
  11. Lord Nargogh
    Przeglądając blog Quetza, zdałem sobie sprawę że ja także rozmawiam z wieloma osobami na forum, nie mając ich w znajomych na jakże popularnym Steamie. Więc nie marnując więcej czasu na czczą gadaninę, prezentuję link do swojego profilu i zachęcam do steamowej integracji FA:
    http://steamcommunit...61198037138500/
    PS: Pamiętam o obietnicy kontynuowania pewnych wpisów i postaram się w ten weekend *w końcu* do tego zabrać. Rok szkolny jest bardzo wymagający czasowo ode mnie, stąd nie mam zbyt wiele wolnego czasu na produkowanie się w ten sposób.
  12. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy wiele osób zaczęło odkopywać stare przepowiednie Nostradamusa, próbując je dopasować do aktualnych zdarzeń.
    Nie zdawali sobie sprawy z własnej ignorancji.
    W przypadku tej kwestii dogłębne badania naukowe wykazały, że Nostradamus był raczej tłumaczem starożytnych pism niż jasnowidzem. To, co za chwilę tutaj ujawnię jest jedną z największych tajemnic ludzkości, strzeżoną przez tysiąclecia przez liczne zakony stworzone specjalnie w tym celu. Jednym z nich jest zakon Illuminati, o którym nie napiszę nic więcej by nie sprowadzać na ten blog niepotrzebnej uwagi. W przypadku tak wielkiej tajemnicy uwaga tajnych zakonów i organizacji jest ostatnią rzeczą, jakiej człowiek powinien sobie życzyć.
    Nie wiem, ile czasu zdołam utrzymywać ten wpis na tym blogu. Ich agenci są wszędzie. Cała nadzieja leży w Was - liczę, że moja praca i poświęcenie nie pójdzie na marne i że podzielicie się moimi odkryciami z całym światem. Dość tajemnic.
    Przejdźmy do rzeczy, bowiem czas nas nagli. Mam silne wrażenie, że ktoś obserwuje mój dom.
    Część z Was miała zapewne szanse zapoznać się z mylnie tłumaczonym fragmentem przepowiedni Nostradamusa, którą w swojej ignorancji zamieścił na swoim blogu jeden z tutejszych moderatorów:
    http://forum.cdaction.pl/blog/turambar/ind...showentry=12698
    Wiedzcie, iż mam dość silne podstawy by podejrzewać, że on jest jednym z Nich i próbuje Was celowo wprowadzić w błąd. Bądźcie bardzo ostrożni w swoich kontaktach z Nikczemnym Turambarem.
    Na początek zajmijmy się samą treścią proroctwa. Prawdziwą, niezmanipulowaną treścią.
    Na wszelki wypadek umieściłem ją jeszcze w jednym miejscu na tym forum, by utrudnić ich agentom usunięcie tej informacji. Nie podam oczywiście tutaj GDZIE to zrobiłem, albowiem byłoby to jawną głupotą ułatwiającą pracę Cenzorom... ale o nich później.
    1. Przepowiednia
    Treść przepowiedni:
    A dnia szóstego w poranek mglisty
    stalowy ptak o drzewo skrzydłem trąci
    na Czerwonej Ziemi osadzi kuper sążnisty
    historię narodu słowiańskiego zamąci.
    Wnet rycerz mężny godła Kaczora upadnie
    Lech z rodu Lecha spod Gnieźnieńskiego grodu
    o którym całe życie jego mówiono szkaradnie
    aż do momentu w którym zajrzał do grobu.
    Tysiące kwadratowych pochodni zapłonie
    świat utonie w barwach szarości
    lecz Sierp i Młot sięgnie po swoje bronie
    i skieruje je w stronę Lechiańskich gości.
    Szósty dzień symbolizuje sobotę, szósty dzień tygodnia. Fakt mglistości owego dnia nie może być poddawany w wątpliwość. 'Stalowy ptak' to prosty symbol oznaczający oczywiście samolot. 'Czerwona Ziemia' może mieć w tym przypadku kilka znaczeń i obawiam się, że nigdy nie będziemy mieli pewności, co do tego które jest prawdziwe. Może ono oznaczać teren dawnego Związku Radzieckiego, który jak wiadomo posiadał czerwoną flagę. Może również chodzić o katyńskie ziemie, czerwone od przelanej na nich krwi. Wreszcie, może oznaczać jedną z naszych barw narodowych.
    Zmącenie historii narodu słowiańskiego w tym przypadku oczywiście oznacza powagę i nieodwracalność tamtejszych zdarzeń. Rycerz godła Kaczora prawdopodobnie symbolizuje prezydenta, Lech z Gnieźnieńskiego rodu oczywiście oznacza Polaka. Wspominany jest także fakt wielkiej niepopularności zmarłego za jego życia, w połączeniu z aktualną jego gloryfikacją.
    Kwadratowe pochodnie w tym przypadku są symbolem zniczy [*], a świat pogrązony w szarości oczywiście symbolizuje żałobę.
    Dalsze fragmenty przedstawiają natomiast nieuniknioną przyszłość. Nie odważę się na próbę ich zinterpretowania.
    2. Źródła historyczne
    Początki całej przepowiedni sięgają do czasów Starożytnego Egiptu. Prawdopodobnie nawet wówczas znano ją od wielu lat, jednak egipskie tablice stanowią jedyny dowód historyczny, który przetrwał do dzisiejszych czasów. Poniżej przedstawiam Wam samą treść proroctwa, zapisaną na kamieniu ścian grobowca Tutenchamona, który był pierwszym odnotowanym w historii Mistrzem Zakonu Ostatecznego Proroctwa.


    Oto tablica z najstarszym zapisem Proroctwa

    Na temat Zakonu mamy jedynie strzępki informacji. Wiadomo jedynie, że działał przez długi okres czasu w ukryciu w Babilonie.


    To samo proroctwo zapisane babilońskim pismem klinowym

    Po tym nastąpiła długa przerwa, między innymi dlatego, że Zakon padł ofiarą prześladowań. Podjęto stanowcze próby zduszenia wiedzy i Proroctwa ukrywanego przez Zakon, w związku z tym jego członkowie działali w jeszcze większym ukryciu.
    Ja jestem jednym z nich. Ostatnim Mistrzem Zakonu Ostatecznego Proroctwa.
    Nie szukajcie informacji na nasz temat w internecie i bibliotekach, nie znajdziecie ich nigdzie. Ponieważ nie mam już komu przekazać insygniów swojego stanowiska, wierzę że nadszedł czas by zakończyć działalność Zakonu. Wierzę, że internet i dzisiejszy szybki przekaz informacji uniemożliwi oprawcom zduszenie tej tajemnicy i dalsze ukrywanie jej przed światem.
    Wierzę, że mogę na Was liczyć.
  13. Lord Nargogh
    Internet - uznawany przez wielu za ogromną zaletę rozwiniętej cywilizacji. Umożliwia niemalże dowolny, nieograniczony przepływ informacji. Wiedza jest na nasze wyciągnięcie ręki...!
    ... lecz czy to na pewno coś dobrego? Przed chwilą przeglądałem kwejka - i muszę przyznać, że zaczynam dostrzegać coraz więcej powodów, by wyrzucić tą stronę z ulubionych (jak niegdyś Demotywatory czy Komixxy). Coraz więcej 'obrazków' jest za przeproszeniem gównianych. 'Jeśli jesteś xxx wstaw to na facebooka', 'Lubię/kocham/masturbuję się patrząc na piwo/papierosy/wódkę'. Jakieś zdjęcia zajmujące pół strony słodyczy, butów, jakieś szybkoprzelatujące gify ze zdjęciami kobiet, pseudofilozoficzne wypociny w postaci wyciętych liter na czarnym arkuszu, umieszczone na jakimś zdjęciu (więc widzimy np. plażę w miejscu liter). A ostatnio - co gorsza - jakiś pseudonaukowy bełkot.

    Gówniarze i idioci próbują mądrze brzmiąc udowodnić prawdziwość swoich racji. Stąd ostatnio pojawiło się kilka 'według badań naukowców, żeby umrzeć od przedawkowania marihuany należy wypalić jej ilość równą 1/3 masy ciała' - i wiele innych kwejków prześcigających się w udowodnieniu, że palenie zielska jest dobre. Dla mnie to kretynizm jeden z wielu, ale każdy szanujący się człowiek dostrzeże bzdury w tych idiotyzmach. Przed chwilą jednak przeczytałem coś dużo bardziej niebezpiecznego, bo debilny, pseudonaukowy bełkot ucharakteryzowany w taki sposób, by brzmieć racjonalnie i realistycznie!
    Chodzi konkretnie o ten kwejk::
    http://kwejk.pl/obrazek/267055/bruneci,ras...pan%C3%B3w.html
    Czegoś równie głupiego nie przeczytałem dawno temu. Niemal ani jedno słowo tego tekstu nie trzyma się kupy. Neurony nie wytwarzają barwników i nie mają żadnej styczności z włosami. Nawet nie będę wnikać w szczegóły od strony biologicznej, bo nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale jestem w stanie łatwo obalić te tezy od strony fizycznej. Do blond włosów potrzeba więcej barwnika? [beeep] prawda. Włosy blond/żółte/jasne odbijają największą ilość światła w zakresie widzialnym. Włosy ciemne absorbują więcej światła. A co absorbuje to światło? Barwnik. Dlaczego absorbują go więcej? Bo jest w nich więcej tego barwnika. Zatem idąc rozumowaniem debila, który napisał ten tekst - bruneci powinni być mniej inteligentni od blondynów.
    Morał z tego wpisu płynie taki, żeby nie brać na wiarę wszystkiego, co brzmi mądrze.
    Na zakończenie jeszcze dodam, że zintrygowało mnie określenie 'partie w mózgu'. Osoba, która napisała tamten tekst niewątpliwie miała mózg pełen jednej partii. Najpewniej PiSu, bo właśnie ta partia ostatnio zasłynęła z pseudonaukowych analiz zwanych szumnie Białą Księgą. Ale to już dyskusja na kiedy indziej. Muszę Was ostrzec - wielkimi krokami nadchodzi wpis, w którym nie zostawię suchej nitki na żadnej z obecnie urzędujących partii. I nie tylko urzędujących, bo te pchające się do koryta zdają się być również coraz bardziej debilne.
  14. Lord Nargogh
    Tragedia, która miała miejsce dwa dni temu posłuży mi za przykład do opinii, którą wygłaszałem już dawno (co prawda nie na blogu).
    To nie religia czyni człowieka terrorystą. To człowiek sam decyduje o tym, żeby nim zostać.
    Mam tylko powierzchowną wiedzę o naukach islamu, jednak z tego co wiem, to Koran nie zachęca do 'mordowania niewiernych' - wprost przeciwnie, nawołuje do szacunku do wszystkich ludzi. Wiem to z pierwszej ręki, bowiem mój kolega ze studiów jest muzułmaninem.

    Świat jest ostatnimi czasy bardzo nieprzychylny muzułmanom, ze względu na straszliwe czyny dokonywane przez marny procent ludzi, podających się za muzułman (bo jak inaczej nazwać kogoś, kto twierdzi że wyznaje jakąś religię, a postępuje wbrew jej zasadom?). Na codzień mamy do czynienia z poprawnością polityczną, która nie pozwala wygłaszać pewnych tez wprost, dlatego nie słyszy się o tym aż tak dużo. Ale gdy tylko pojawiły się pierwsze wzmianki o zamachu, wyszło szydło z worka. Media na całym świecie zarzuciły nas informacjami, że to w zasadzie niemal pewne, iż zamachu dokonali islamscy terroryści. Podobno nawet jedna grupa terrorystyczna przyznała się do tego czynu.
    Prawda okazała się jednak taka, że zakpiły z nas nasze własne uprzedzenia. Morderca okazał się być fundamentalistą, ale.... chrześcijańskim.
    Chrześcijaństwo jest religią miłości. Nie ma żadnego usprawiedliwienia ani uzasadnienia dla czynów, które dokonał ten... półczłowiek. Jezus Chrystus, najważniejszy Nauczyciel tego wyznania niewątpliwie potępiłby straszliwie jego zachowanie.
    Mimo to znajdują się wciąż ludzie, którzy są w stanie ubzdurać sobie, iż to, co chcą zrobić, jest słuszne. Że dokonując wielkiego zła, według ich religii dokonują dobra. Nie ma tu znaczenia czy mówimy o chrześcijaninie, muzułmaninie czy wyznawcy dowolnej innej religii.
    Coraz więcej mówi się o 'zagrożeniu' ze strony Islamu, często wspomina się o nienawiści propagowanej przez nielicznych przecież wyrzutków tej religii... a tu coś takiego. Przykładów na chrześcijańską nienawiść można znaleźć od groma w całej Polsce, zwłaszcza wśród 'Prawdziwych Polaków'. Wystarczy wyjść z domu, posłuchać rozmów niektórych ludzi. Wystarczy włączyć telewizję i pooglądać tych, którzy podają się za bardzo religijnych chrześcijan. Od dawna w rozmowach ze znajomymi wspominałem, że fundamentalni chrześcijanie nie są lepsi od fundamentalnych muzułman, jednak do tej pory nie byłem w stanie zbić argumentu, że ci pierwsi nie dokonują krwawych zamachów terrorystycznych.
    Ale teraz już mogę bardzo łatwo tego dokonać.
    Ludzie od zarania dziejów zasłaniali się religią, gdy dokonywali okrutnych czynów, snuli mordercze i krwawe plany. Tu nie ma znaczenia tak naprawdę, czy mamy do czynienia z chrześcijańskim papieżem, który nawołuje do 'zabijania niewiernych' na krucjacie, czy islamskim fundamentalistą, który nawołuje w zasadzie do tego samego. Jeśli występuje jakaś różnica, to tylko na niekorzyść chrześcijan, bowiem papież jest oficjalnym przedstawicielem potężnego odłamu tej religii, a islamski fundamentalista - wyrzutkiem.
    Źle się w tym świecie dzieje, ale jeśli przyjrzeć się historii ludzkości, to zawsze działo się źle. Tym pesymistycznym stwierdzeniem zakończę ten wpis.
  15. Lord Nargogh
    Przez ubiegły tydzień uczestniczyłem w pierwszej części szkoły letniej organizowanej dla najlepszych studentów przez moją uczelnię - a konkretnie tej części, która miała miejsce w Brandenburgu. Zapisywałem podczas tej szkoły swoje wrażenia i przeżycia z każdego dnia i - uwaga - mam zamiar się nimi z Wami podzielić. Przede mną jeszcze drugi tydzień szkoły letniej w Poznaniu, o którym także mam zamiar napisać. Codziennie będę publikował opis jednego dnia z tej szkoły- część brandenburską mam już napisaną w całości, z wyjątkiem dzisiejszego dnia (druga wycieczka do Berlina i powrót do Polski).
    Ale dość tego wstępu, przejdźmy do rzeczy:

    DZIEŃ PIERWSZY (SOBOTA 11-09-10)
    Dzień wyjazdu. Mieliśmy się zebrać pod KFC w hallu dworca głównego w Poznaniu. Ku mojemu zdziwieniu, pomimo faktu iż byłem ponad pół godziny przed czasem ? NIE BYŁEM TAM PIERWSZY. Takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz od dawna, a już na pewno pierwszy raz od rozpoczęcia studiów. Czekała na mnie już para znajomych plus nasza wspólna koleżanka. Czas szybko upłynął na żartach o ?robotach przymusowych? i ?obozach pracy?, do których mamy trafić po dojechaniu na miejsce. Wkrótce dołączył do nas nasz opiekun ? od tej pory będę go nazywać Lordem Protektorem ? a także reszta uczestników wyprawy.
    Udaliśmy się na pociąg. Był to międzynarodowy PKP Intercity z wagonami drugiej klasy? chociaż takiego luksusu (i porządku) w pociągu, to ja nigdy jeszcze nie widziałem. Niestety toalety były tylko troszkę mniej obleśne, niż w standardowym pociągu. Podczas trójgodzinnej podróży od czasu do czasu odwiedzał nas pan z wózkiem z jedzeniem ? czułem się w tamtych chwilach jak w jakimś Hogwart Expressie i miałem wrażenie że zaraz zaproponuje mi ?Fasolki wszystkich smaków? albo sok dyniowy. Większość czasu żartowaliśmy sobie z urody Niemek, a także z wyglądu polskich dworców na tle tych niemieckich. Dość często też komentowaliśmy zdarzenia widziane zza okna w czasie postoju ? na przykład jakiś pan stał z kartką i notował coś przed naszym pociągiem. Wniosek był prosty ? wlepiał nam mandat za przekroczenie prędkości, lub co gorsza za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej. Nieraz padło też stwierdzenie, że znajomy kolega (nazwijmy go Ghulem) pewnie podkradł szyny sprzed naszego pociągu i dlatego jesteśmy zmuszeni do zbyt długiego postoju na dworcu.
    W końcu dotarliśmy do Berlina i tam mieliśmy przesiąść się do jakiegoś międzymiastowego pociągu, by w końcu dojechać do Brandenburga. Oprócz rozmów polityczno-religijnych nie działo się w czasie tej podróży nic niezwykłego. Na miejscu profesor Hans (nie wiem jak się nazywał, więc nazywajmy go Hansem) zabrał nasze bagaże do swojego samochodu, a my udaliśmy się na piechotę do tak zwanego akademika.
    Na pierwszy rzut oka miejsce niespecjalnie różniło się od Polski. No może poza niemal całkowitym brakiem grafitti, niesłyszalnymi tramwajami, czystymi i równymi ulicami, (?) i tak dalej. Dotarliśmy w końcu na miejsce i zostaliśmy rozesłani do swoich pokojów. Mi się trafiła trójka z dwoma studentami pierwszego roku. Wchodzimy do pokoju i rozglądamy się. Akurat tak się złożyło, że to ja pierwszy zauważyłem, ze coś jest nie tak ? tylko dwa łoża. Jeden materac na leżance i łoże małżeńskie. Moi współlokatorzy połapali się chwilę później, po czym nastąpiła chwila konsternacji zakończona szturmem z bagażami do tej wolnej leżanki. Ostatecznie mi się udało dobiec pierwszemu. Wieczorem jeden z nich zdjął jeden z materacy z łóżka i położył się na ziemi, rano ja z kolei wywaliłem leżankę i od tamtej pory spałem (dużo wygodniej) na samym materacu na ziemi.
    Później była fundowana przez Niemców kolacja. Krwiste steki, wursty, sałatki ziemniaczane/makaronowe, pieczywo i warzywa. Plus papierowe talerzyki i plastikowe sztućce. Krojenie steka w takich warunkach było nie lada wyzwaniem, w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że zdrapałem całkowicie spód talerzyka i kroiłem po prostu po stole. Stek nadal się nie poddawał. Na stole leżało pełno piwa i napojów piwnych, kilka butelek wina i butelka wódki. Ja piłem tylko wodę (jestem abstynentem), dwójka znajomych tym razem zrezygnowała z alkoholu. Reszta raczyła się piwem i winami.
    Ponieważ my nie piliśmy , a ci spośród nas, którzy pili nie mieli zamiaru się upić, czas zaczął nam się dłużyć. Lord Protektor z Hansem i Helmutem (inny profesor którego imienia też nie znam) wypili kilkadziesiąt butelek piwa i butelkę wódki, także rozmowa kleiła im się doskonale. My zaś dla zabicia czasu zaczęliśmy układać origami z serwetek i znowu robić głupie żarty na rozmaite tematy.
    W końcu udaliśmy się z powrotem do hotelu. Na miejscu jakieś dziewczyny przyszły do naszego pokoju i obejrzały z nami film na dvd. Potem zmęczeni nadmiarem wrażeń, udaliśmy się na spoczynek.
    Tak upłynął dzień pierwszy szkoły letniej w Brandenburgu.
  16. Lord Nargogh
    DZIEŃ DRUGI (NIEDZIELA 12-09-10)
    Obudziłem się zły, obolały i niewyspany, co doprowadziło do wylądowania leżanki na ścianie. Moja frustracja wynikała także z głośnej muzyki, którą dało się słyszeć całą noc za oknem (pod nami jest klub), a także grupy głośno rozmawiających Niemców. W programie mieliśmy udać się na śniadanie do muzeum (wczoraj tam jedliśmy kolację), ale ja wyszedłem trochę wcześniej by oddać się przemyśleniom i rozejrzeć nieco po mieścinie. Szczegółów moich rozważań egzystencjonalno-filozoficznych zdradzał nie będę (kim zagram po powrocie? Barbem czy Nekromantą? Nie lada wybór?).

    Nadeszła pora śniadania. Na stole pojawiło się nieco bułek, bardzo mało kawy i wody (co będzie nam dokuczało zresztą przez resztę dnia, ale o tym później), pojawiły się także wczorajsze sałatki, pieczywo i warzywa. Ktoś przyniósł także nieco sera i wędlin (salami i szynka parmezańska) i tradycyjnie wurst. Tym razem gotowany. Tylko jeden z nas ośmielił się go zakosztować . Potem tą osobę łapały skurcze na basenie, obstawiam zatem porażenie układu nerwowego niemiecką parówką. Ale o basenie później.
    Po sutym śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie muzeum, w którym zjedliśmy już dwa posiłki. Ogólnie to oprócz samych eksponatów i opowieści przewodnika, to nic ciekawego (=D). Potem było zwiedzanie wież. Musieliśmy wejść na szczyt wieży w kształcie parówki (w Niemczech wszystko ma taki kształt). Nie było to proste, ale widok z góry wynagrodził nam wszelki trud ? wizyta na górze uświadomiła mnie, jak doskonałą pozycję dla snajpera stanowiła ta wieża.
    Następna była protestancka katedra. Ładnie na zewnątrz, ładnie w środku i nawet schody na wieżę były! Wyobraźcie sobie nasz entuzjazm, gdy dowiedzieliśmy się że mamy po raz kolejny wchodzić na cholernie wysoką wieżę. Tym razem jednak było tam ciasno, ciemno i pełno kurzu na wszystkich barierkach, na których musieliśmy się wspierać. Na szczycie czekała nas miła niespodzianka ? nie było okien! Nawet najmniejszej szparki w ścianie; jedynym źródłem światła była na oko czterdziestowatowa żaróweczka.
    Kościół przez chwilę wypełnił się polskimi przekleństwami.
    Na dole dowiedzieliśmy się, że za pół godziny ma się odbyć koncert na organach, a jako że były one w tym kościele dość imponujące ? zdecydowaliśmy się poczekać. W końcu przyszedł pewien pan i usadził nas na krzesełkach w odległości mniej więcej metra od organów. Okazało się, że ma to być koncert połączony z opowiadaniem o grze na organach. Facet do ostatniej chwili nie połapał się, że nie znamy nawet słowa po niemiecku ? wystarczyło się uśmiechać i kiwać głową, nawet jak zadawał pytania. Swoją drogą ładnie wywijał na tych organach ? trzy klawiatury naraz. Potem udaliśmy się do domu, po drodze słysząc o okazji skorzystania z taniego i fajnego basenu. Decyzja zatem zapadła ? w parę osób zdecydowaliśmy się wybrać na basen około 16. Zjadłwszy zupkę chińską i wypiwszy hektolitry wody przegotowanej (sklepy w niedzielę nieczynne, a zapasy przywiezione z Polski wykorzystałem dawno temu), udałem się na miejsce zbiórki.
    Basen nie był tak blisko, jak się nam zdawało, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Zabawa była przednia, wypływałem się i wynurkowałem się za wszystkie czasy. Części z nas zrobiło się po pewnym czasie zimno i zostaliśmy w końcu w basenie tylko ja i koleżanka Carmen. Nam co prawda też było też chłodno, ale w końcu zapłaciliśmy za dwie godziny z góry i nie mogliśmy pozwolić by to się zmarnował! Większość czasu i tak wylegiwaliśmy się w wodzie i gadaliśmy. Reszta czekała na zewnątrz.
    Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i obejrzeliśmy kolejny film na dvd. Tym razem było to Starcie Tytanów.
  17. Lord Nargogh
    Miało być codziennie, ale po prostu nie wyrabiam. Dwa ostatnie dni z rzędu wracałem wyczerpany w środku nocy (w sumie niemal o świcie) i jedyne co było w mojej głowie, to złapanie jak największej liczby godzin snu. W związku z tym nie notuję też aktualnych wydarzeń, ale póki co zostało mi jeszcze kilka dni już napisanych:
    DZIEŃ TRZECI (PONIEDZIAŁEK 13-09-10)
    Pierwszy dzień pracy w laboratorium. Czekało nas kolejne darmowe śniadanko, tym razem na uniwersytecie. Dobre wieści ? obiady będą za darmo (za cały wyjazd nic nie płaciliśmy, mieliśmy tylko zapewnić sobie wyżywienie).
    Po nieudanej próbie kradzieży wielkiego słoika z Nutellą i zakończonym posiłku, udaliśmy się do Sali wykładowej, w której usłyszeliśmy conieco o czekających nas doświadczeniach. W zasadzie to w ogóle nie słuchałem, bo byłem zajęty bazgraniem po zeszytach, które chwilę wcześniej dostaliśmy za darmo (podobnie jak koszulki). Koleżanka, której obiecałem że będę z nią w grupie (jak się okazało, druga też chciała być ze mną, ale nie zdążyła ? ach, ta moja popularność) zaproponowała, żebyśmy wybrali Hologramy. No to wybraliśmy hologramy, jak tylko było możliwe zapisanie się na liście. Co prawda napisałem, że nie słuchałem gdy mówiono o doświadczeniach, jednak udało mi się usłyszeć, że do wyboru będzie tzw. histereza ? nawet nie pytajcie co to, zaufajcie mi, że jest po prostu niewiarygodnie nudne ? a w dodatku profesor, który miał to prowadzić nie szprejał po angielsku. Więc w zasadzie stoczyła się przy tej liście bitwa, która zakończyła się przegraną jednego z kolegów, któremu przypadła przyjemność wykonywania doświadczenia z histerezą. Wyraził swój entuzjazm za pomocą słów takich jak ?[beeep]? i ?ja [beeep]?.
    Udaliśmy się z profesorkiem do Sali wykładowej, gdzie opowiedział nam pokrótce o procesie powstawania hologramów. Chwilę później nastąpiła przerwa obiadowa, na której zjadłem gotowaną pierś z warzywami i ryżem bez ryżu (dbam o linię), po czym udałem się z koleżanką do tutejszego laboratorium optycznego.
    Po prostu tona niesamowitego sprzętu, mnóstwo laserów i nie tylko, w tym także takich, których można używać do cięcia blachy, na przykład pulsacyjny laser rubinowy.
    My pracowaliśmy nad układem do wytwarzania hologramów (parę zwierciadeł, obiektywów, obrotowy kryształ dwójłomny, czerwony laser i parę zasłon). Należało to ustawić taki sposób, by poszerzona i rozszczepiona na dwa promienie wiązka lasera skupiała się w miejscu ramki, w którą wkładać mieliśmy specjalne płytki holograficzne do naświetlania. Proces był żmudny i zajął nam dużo czasu, bowiem musieliśmy uzyskać dokładnie taki sam promień obu wiązek, ich drogi optyczne musiały być zbliżone, a moc identyczna, udało nam się jednak odnieść sukces. Udaliśmy się do domu wcześniej niż pozostali.
    Po powrocie miałem chwilę czasu, zanim przyjdą inni, z którymi umówiłem się na zakupy w Lidlu. Zrobiłem parę pompek i brzuszków, przebrałem się i skończyłem akurat w momencie, w którym przyszli z powrotem. Poszliśmy na zakupy. Lidl oddalony był od naszego hotelu o około półtorej kilometra. Zdecydowałem się na zakup sześciopaku wody gazowanej, a także widząc rozmyślające nad jego kupnem koleżanki ? obiecałem im, że jeśli go kupią, pomogę im go zanieść. Wziąłem do tego dwie butelki Coca Coli light z cytryną (1,25l ? chyba oszaleli), dwie wypaśne czekolady milki oraz dwa wielkie, odtłuszczone serki homogenizowane.
    Powrót do domu boleśnie uświadczył mnie w przekonaniu, że moja hojna propozycja doniesienia sześciopaku była błędem. Nie chodziło o ciężar, a o uchwyt, który błyskawicznie zwinął się w rulonik i boleśnie wpijał mi się w dłoń. Mimo to jakoś doczołgałem się do domu, gdzie rozpakowałem zakupy, przebrałem się i udałem z paroma znajomymi na proponowane nam zajęcia sportowe.
    Na miejscu okazało się, że poza zabawkami dla dzieci i materacami to nie ma tam żadnego sprzętu sportowego, nie przeszkodziło nam to jednak w szampańskiej zabawie ? wziąłem ze składziku kilka małych, gumowych piłek i obrzuciłem nimi koleżankę Carmen.
    Inni poszli w moje ślady, nie skupili jednak swojego ataku tylko na biednej koleżance Carmen.
    Po ponad dwóch godzinach prawdziwego pola bitwy, którą można nazwać ?Odpłatą za drugą wojnę światową? (Niemiec był tylko jeden) padliśmy znużeni na podłogę. W międzyczasie zdążyłem już pokombinować z jednym z wielkich materacy i biegałem z nim na swoich plecach w roli osłony.
    Wyczerpani udaliśmy się do domu. Po drodze świeżo poznany Niemiec zaproponował nam zaprowadzenie nas do podobno fajnego pubu. Poszliśmy, ale było w nim strasznie drogo, więc nie siedzieliśmy tam zbyt długo.
    Po powrocie kolejny film ? tym razem Jaja w Tropikach. I poszliśmy lulu.
  18. Lord Nargogh
    DZIEŃ CZWARTY (WTOREK 14-09-10)
    Szybkie śniadanko i spacerek w czwórkę na uczelnię. Na miejscu kontynuowaliśmy doświadczenie z hologramami, tym razem był przed nami etap drugi ? stworzenie z takiej płytki prostej siatki dyfrakcyjnej. Wiązało się to z wyjęciem płytek z lodówki, by się ogrzały i zostawieniem ich na dwie godziny ? mieliśmy zatem mnóstwo wolnego czasu do poszwendania się po okolicy. Zjedliśmy lunch, pogadaliśmy z naszym Niemcem i wróciliśmy do laboratorium kontynuować doświadczenie. Kolejnym etapem było przygotowanie chemikaliów do obrabiania naświetlonej płytki, a także przebywanie jednej osoby przez pół godziny w ciemnym, zamkniętym laboratorium celem ustalenia równowagi termicznej w pomieszczeniu. Tą osobą byłem oczywiście ja. Po tym jak minęło dość czasu, przystąpiłem do procesu naświetlania płytek. Po wszystkim rozpuściłem wydzielone przez Niemca chemikalia w wodzie i przystąpiłem do obróbki płytek ? tak, oczywiście wszystko na mojej głowie. Było to męczące, niebezpieczne i czasochłonne. Po około godzinie roboty mieliśmy gotowe trzy płytki ? jedna nie nadawała się do niczego, bo chwytaki chemiczne zdarły z niej żel, na którym wypalone zostały szczeliny ? dlatego kolejne płytki po prostu trzymałem w dłoni chronionej rękawicą ochronną i tak nią taplałem w chemikaliach. Po zapaleniu światła (oczywiście należało wszystko robić po ciemku) okazało się, że cała podłoga pod moimi nogami jest pokryta jednym ze środków chemicznych ? niezmywalnym fioletowym. Akurat moje ubranie na szczęście było czyste (nie mieliśmy fartuchów). Profesor już sobie poszedł, więc po tym jak płytki wyschły, przystąpiłem do ich wypróbowania. Sprawdziłem je przy świetle białym i laserowym ? działały znakomicie. Profesor główno prowadzący wymianę (nazwałem go chyba Helmut) akurat przechodził obok i był pod wrażeniem, że udało nam odnieść się sukces już za pierwszym razem. Nasz opiekun mówił nam, że poprzedniej, pięcioosobowej grupie Niemców nie udało się tego zrobić. Zadowolony z siebie położyłem płytki na kartkach papieru nie tą stroną co trzeba, niszcząc totalnie żel na nich się znajdujący.
    Działały nadal, ale wyglądały paskudnie i dawały paskudną dyfrakcję.
    Prosto po laboratoriach udaliśmy się znowu na basen . Zdecydowaliśmy się tym razem wybrać wariant ?prawie full-wypas? (bez sauny) za 4,40 euro. Problem pojawił się w chwili, w której okazało się że tym razem nie ma z nami Lorda Protektora. My nie znamy niemieckiego ani trochę. Poczytałem tablicę z opisanymi wariantami, pogłówkowałem nieco i skleiłem w głowie kilka zdań po niemiecku. Pani przy kasie jakimś cudem mnie zrozumiała i sprzedała nam prawidłowe bilety. Rozpoczęła się szampańska zabawa.
    Zjeżdżalnie, bicze wodne, rwące strumienie, podtapianie, zabawa w rekiny ? słowem nic ciekawego. Przynajmniej dla Was.
    Wróciliśmy do domu i znowu obejrzeliśmy jakieś filmy. Ja nie wiem gdzie oni wepchnęli te wszystkie płytki dvd.
  19. Lord Nargogh
    DZIEŃ PIĄTY (ŚRODA 14-09-10)
    Dzisiaj w laboratoriach nie zrobiłem absolutnie nic. Przez cały czas zajęć kręciłem się po całym kampusie i odwiedzałem znajomych przy innych doświadczeniach. Większość czasu przesiedziałem w laboratorium, w którym pracowała Carmen ? transmisyjny mikroskop elektronowy, obserwowali na nim zjawisko dyfrakcji na cienkich foliach złota. Chyba
    Myślałem, że skoro wczoraj tak dobrze nam poszło, to dadzą sobie w moim laboratorium radę beze mnie ? zwłaszcza, że większość roboty wczoraj odwaliłem ja. Myliłem się. Żaden eksperyment im nie wyszedł, płytki naświetlane zostały chemicznie zniszczone, a nieużywane ? nieumyślnie naświetlone światłem z lampy w laboratorium. Postanowiłem jutro wziąć bardziej aktywny udział w pracy mojej grupy.
    Dużo czasu spędziłem też na znajdującym się na terenie kampusu placu zabaw ? z taką wielgachną pajęczyną i innymi bajerami. Ponownie bawiliśmy się jak dzieci.
    Po zajęciach na dzisiaj zaplanowana była wycieczka do Berlina. Ponieważ naprawdę nie jestem zwiedzającym typem, nie było podczas niej nic ciekawego dla mnie. Nie napiszę o niej zatem nic więcej.
    Gonią mnie projekty ze studiów, a termin zaliczeń zbliża się nieubłaganie. Cały dzień został pod tym względem zmarnowany. Zmęczonym będąc udałem się spać po powrocie z wycieczki ? około godziny 23-24.
  20. Lord Nargogh
    DZIEŃ SZÓSTY (CZWARTEK 15-09-10)
    Dzisiaj już nie mogłem sobie pozwolić na swobodne kręcenie się po całym kampusie ? musiałem coś zrobić. Spędziłem w związku z tym pierwsze 2 godziny sam w ciemnym laboratorium podejmując próbę powtórzenia wczorajszej procedury zakończonej niepowodzeniem. Tym razem też się nie udało, chociaż wniosłem mnóstwo poprawek, które profesor potem sam zalecił by wykonać ? mianowicie zmieniłem proporcje mocy obu promieni lasera z 1:1 na 3:1. Okazało się, że trzeba było ją zmieniać aż do 17:1, ale ponieważ go wczoraj nie było, nie mieliśmy się go jak spytać.
    Odrobiłem swoje i znowu udałem się do laboratorium z TEM, na lunch, na chwilę do swojego laboratorium i znowu do TEM.
    Po zajęciach mieliśmy zwiedzać jakąś starą odlewnię. Naprawdę nie miałem na to ochoty, wolałem raczej wyciągnąć dziewczyny na basen po raz kolejny. Niestety, ilość pieniędzy jaka im pozostała stawiła je przed wyborem: basen albo zakupy w wielgachnym sklepie z czekoladą. Oczywiście, chęć ujrzenia mojego muskularnego ciała po raz kolejny przegrała ze słodyczami -_-.
    Po powrocie do hostelu przygotowałem prezentację na jutrzejsze zaprezentowanie doświadczenia przed kadrą profesorską. Carmen przyszła do nas do pokoju robić swoją i zeszło nam na filozoficznych rozważaniach (bezustannie obecnych podczas każdej pracy naukowej) do 3 nad ranem.
    Dla zainteresowanych załączam do tekstu prezentację.
    prezentacja.zip
  21. Lord Nargogh
    DZIEŃ SIÓDMY (PIĄTEK 16-09-10)
    Długi, wyczerpujący dzień. Właśnie piszę ten tekst o godzinie 00:46, nie zaznawszy przerwy odpoczynku od momentu, w którym się obudziłem ? a była to godzina 8:00.
    Najpierw współlokatorzy nie dali mi pospać ? ja miałem być w laboratorium o 11:00, oni o 9:00. Więc wstali dużo wcześniej, niż ja miałem zamiar. Zanim skończyli hałasować, zdążyłem się już całkowicie obudzić, więc poszedłem do laboratorium na 10., solidnie przeklinając pod nosem.

    Na miejscu wszyscy pozostali sumiennie przygotowywali się do dzisiejszych prezentacji. Ja stawiam na absolutną improwizację, więc zwyczajnie się nudziłem. Zdążyliśmy jeszcze przekonać się, że udał nam się eksperyment z hologramami wykonanymi niebieskim laserem. Osiągnęliśmy zatem pełen sukces!
    Potem był lunch, a po nim prezentacje. Oprócz samej prezentacji w PowerPoincie nie przygotowałem nic, a mówiłem najpłynniej ze wszystkich zgromadzonych.
    Po prezentacjach udaliśmy się do hotelu celem zmiany ubrań i pozostawienia elektroniki ? na dzisiejsze popołudnie mieliśmy bowiem zaplanowane pływanie kajakami. Ja osobiście nigdy tego nie robiłem, podobnie pozostałe trzy osoby w czteroosobowym kajaku, którym płynęliśmy. Zabawa zatem jak zwykle była przednia, pozostali musieli po nas zawracać, bo zatoczyliśmy trzy koła po całym kanale, zanim udało nam się skręcić w prawo. Potem jednak szybko opanowaliśmy reguły wiosłowania i przegoniliśmy pozostałe grupy. Po dwóch godzinach galerniczego wysiłku, przybiliśmy do początkowej przystani i wróciliśmy do hotelu.
    Szybka kąpiel, a potem pożegnalna kolacja w muzeum. Czas znów zaczął się dłużyć, więc rąbnąłem marker z pobliskiej tablicy i zacząłem robić świńskie podpisy po polsku na butelkach z alkoholem, które były do naszej dyspozycji. Na butelce z wodą mineralną narysowałem muskularnego murzyna. Po wszystkim (około 20:00) zdecydowaliśmy się z Carmen na wieczorny spacerek. Wróciłem o godzinie podanej na początku wpisu ? warto przede wszystkim wspomnieć, że pofatygowaliśmy się do oddalonej o 2 km uczelni, by znów pobawić się na pajęczynie, tym razem w absolutnych ciemnościach.
    Tak się wyziębiłem, że chyba będę chory. Ale nic, było warto. Jutro ponownie wycieczka po Berlinie, a po niej powrót do domu.
    -----------------------------------------------------------------------
    Jest to ostatni tekst opisujący moje wrażenia ze szkoły letniej. W tygodniu polskim miałem bowiem jeszcze mniej czasu wolnego, niż w Niemczech, dlatego nie dopisałem ciągu dalszego. Nie wiem też czy miałoby to jakikolwiek sens, gdyż odniosłem wrażenie że ta seria nie cieszy się najmniejszym zainteresowaniem. Zawiesiłbym ją już wcześniej, ale tekst miałem już napisany, więc nie chciałem go zmarnować. Dzisiaj zamieszczam także ankietę by dowiedzieć się, co dokładnie sądzicie o tego typu wpisach.
  22. Lord Nargogh
    Do napisania kolejnego wpisu z cyklu naukowych ciekawostek natchnął mnie egzamin, który ma się odbyć w poniedziałek i na który uczę się od kilku dni.
    Na dzisiaj przewidziałem temat pozornie banalny i oczywisty. Gdyby spytać niemal kogokolwiek o to, czym jest temperatura, ciężko byłoby znaleźć kogoś, komu nie wydawałoby się, że zna odpowiedź na to pytanie. Oczywiście tylko jeśli chodzi o temperaturę rozumianą potocznie jako 'ciepłota' otoczenia albo obiektu. W rzeczywistości (i naukowo) jest jednak nieco inaczej.

    Temperatura jest miarą średniej energii kinetycznej cząstek w danym układzie, czyli na przykład w powietrzu w pokoju, w którym się znajdujemy. Średniej, bo w przypadku molekuł posługujemy się danymi statystycznymi - nie jest możliwe (ani nie ma sensu) dokładne określanie parametrów pojedynczej cząstki (no, poza pewnymi badaniami naukowymi). Oznacza to mniej więcej tyle, że wszystkie cząstki wchodzące w skład powietrza poruszają się z mniejszą lub większą prędkością. Cząstki o niższej temperaturze poruszają się wolniej, niż te o wyższej.
    Średnią energię kinetyczna cząstki można wyliczyć z prostego wzoru:


    E=3/2kT

    Jeśli przyrównamy to do wzoru na energię kinetyczną z gimnazjum (E=mv^2/2), jesteśmy w stanie bardzo łatwo obliczyć przeciętną prędkość cząstki powietrza w pomieszczeniu, w którym przebywamy. Przybliżę tutaj całe powietrze do azotu (N), z którego składa się ono w większości. Po prostych przekształceniach uzyskujemy wzór na średnią prędkość cząstki:


    v=Pierwiastek(3kT/m)

    Gdzie k oznacza stałą Boltzmanna, T temperaturę wyrażoną w Kelwinach (ważne! potem wytłumaczę dlaczego), a m masę cząstki.
    Po obliczeniu tej średniej prędkości dla cząstki azotu w pomieszczeniu o średniej temperaturze 20 stopni Celsjusza, uzyskujemy wynik, że cząstki powietrza poruszają się średnio z prędkością... 730 m/s. Albo 203 km/h, jak kto woli. Nieźle, prawda? Pytanie brzmi jakim cudem nie czujemy tych uderzeń na swojej skórze? Cóż, odpowiedź brzmi, że jednak czujemy - poprzez ciśnienie atmosferyczne, ale to temat na inną dyskusję.


    Cząstki w formie gazowej.

    Kontynuujmy temat temperatury. Powiedzieliśmy już sobie, że temperatura jest miarą średniej energii kinetycznej cząstek. W związku z tym, ze spadkiem temperatury wiąże się spadek tej średniej prędkości. Więc nasze szybkie cząsteczki gazu będą poruszać się coraz wolniej... wolniej... i wolniej... aż do momentu przemiany fazowej. Tak naprawdę istnieje dużo faz pośrednich, ale skupimy się tylko na tych trzech najbardziej oczywistych: gaz, ciecz, kryształ.
    No więc nasza cząstka porusza się coraz wolniej, aż zaczyna coraz silniej oddziaływać z innymi wolniejszymi cząstkami 'swojego gatunku'. W ten sposób uzyskujemy ciecz.


    Panie i panowie, oto ciecz. Liczyłem, że uda mi się znaleźć coś lepszego (Jakąś animację pokazującą jak molekuły na chwilę łączą się i rozrywają), ale niestety nic takiego nie znalazłem.

    Mamy więc ciecz. Obniżamy nadal temperaturę naszej substancji, cząstki poruszają się jeszcze wolniej i coraz silniej zaczynają między sobą oddziaływać, by w końcu związać się mniej lub bardziej trwale. Uzyskujemy kryształ.



    Jednak - obniżyliśmy temperaturę do pewnego momentu, mamy już ciało stałe ale nadal nie osiągnęliśmy zera absolutnego? To w końcu jak, poruszają się czy nie?
    Odpowiedź brzmi: tak, poruszają - w pewnym zakresie. Mianowicie nasze wesołe cząstki oscylują i drgają na wiele sposobów. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić na ile różnych sposobów drgają niektóre kryształy - mogłyby zawstydzić większość uczestników tańca z gwiazdami swoimi pląsami.



    Drgania trwają dalej, wraz z obniżeniem temperatury słabną coraz bardziej... aż do momentu osiągnięcia... nie. Zawsze drgają. Pewien znany fizyk powiedział kiedyś, że da się opisać całą rzeczywistość za pomocą drgań i miał rację. Drgania molekuł nigdy nie ustają. Wynika to z trzeciej zasady termodynamiki - nie da się osiągnąć zera absolutnego (które oznaczałoby całkowity bezruch). Najbardziej utalentowani w tym aspekcie naukowcy zdołali uzyskać w laboratoriach temperaturę rzędu nanokelwinów (jeden kelwin podzielić przez miliard). Dlatego właśnie we wzorze na początku należało przedstawić temperaturę w Kelwinach, a nie stopniach Celsjusza, bowiem skala Celsjusza 'zeruje' się dla temperatury krzepnięcia wody w warunkach normalnych, w której cząstki posiadają jeszcze wysoką energię.


    I na koniec cały proces ochładzania jeszcze raz.

    Na koniec pójdźmy w drugą stronę - co się stanie, jeśli gaz będzie nadal zwiększać temperaturę? Otóż w pewnej chwili dojdziemy to takiego momentu, w którym atomy przestaną trzymać się w kupie. Będą poruszać się tak szybko, że elektrony powypadają im z orbitali i w ten sposób otrzymamy plazmę - luźną chmurę luźno latających elektronów (no i siłą rzeczy, jąder atomowych).
    Lecz czy to oznacza koniec? Nie, możemy plazmę ogrzewać nadal. I wówczas nawet jądra przestaną trzymać się kupy. A potem składniki tego jądra, bariony (protony i neutrony) rozpadną się na kwarki, które nie istnieją w naturze właśnie ze względu na nietrwałość w niskich (niskich oznacza INNYCH NIŻ NIEWYOBRAŻALNIE WYSOKIE) temperaturach.
    Ogólnie rzecz ujmując, granica istnieje tylko z jednej strony - nie da się osiągnąć zera absolutnego, jednakże co do wysokości temperatur limitu nie ma. Być może i kwarki w końcu rozpadają się na coś innego, ale o tym dowiemy się za wiele lat, bowiem zaobserwowanie nawet ich na dzień dzisiejszy jest bardzo trudne. Tym się tak w ogóle zajmują Zderzacze Hadronów takie jak LHC.
    Na dzisiaj to wszystko. Następnym razem napiszę może nieco o warstwach LB (tak jak obiecywałem), albo o niczym, czyli próżni, którą ten przedmiot także się zajmuje.
  23. Lord Nargogh
    Po tych jakże filozoficznych rozważaniach, jakie przeprowadziłem już dziś na tym blogu nadszedł czas na nieco bardziej przyziemne kwestie. Postanowiłem opublikować listę moich ulubionych utworów z soundtracków rozmaitych filmów. W przeciwieństwie do poprzedniego wpisu, tym razem będzie mało czytania.
    Więcej słuchania.
    Jak przy każdej mojej małej 'topliście', zaznaczam że kolejność jest przypadkowa, bo nie jestem w stanie powiedzieć, które z nich podobają mi się bardziej, a które mniej. Po prostu uważam że są awesome i tyle.
    Po jednym utworze na soundtrack, chociaż oczywistym jest że podoba mi się więcej niż jeden.
    Na początek OST który zwrócił moją uwagę na ten rodzaj muzyki. Zakochałem się w nim od pierwszego usłyszenia i wbrew pozorom moje ucho okazało się mieć dobry gust, bo soundtrack ten był nominowany do Oskara. Niestety, przegrał z soundtrackiem Przyczajonego Tygrysa i Ukrytego Smoka. Fuuuuu!
    Wszyscy pewnie domyślają się, że chodzi o ścieżkę dźwiękową filmu Gladiator.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Głęboka, piękna, stonowana. Uwielbiam w ciszy wsłuchiwać się w niemal każdy jej utwór i rozróżniać brzmienie poszczególnych instrumentów.
    Tutaj może być pewne zaskoczenie, ale bardzo spodobała mi się ścieżka z filmu Harry Potter i Książę Półkrwi. Poważna, żeby nie rzec smutna i równie głęboka jak ta powyżej.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Kolejny utwór którego słuchać najlepiej w absolutnej ciszy. Dzieło Nicholasa Hoopera.
    A teraz moje niedawne odkrycie. Muzyka z filmu Da Vinci Code. Doskonale buduje klimat filmu i tajemniczy nastrój. Potęguje wrażenie, że na naszych oczach ujawnia się wielki historyczny spisek.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Spodobało mi się to, że autor soundtracku (Hans Zimmer - świetny koleś BTW, skomponował także muzykę do 'Gladiatora') zastosował podobne brzmienia w prequelu 'Anioły i Demony'.
    Teraz nadeszła kolej na dzieło Johna Williamsa, mianowicie soundtrack do serii Gwiezdne Wojny.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Ciarki przechodzą po plecach. Niemal
    Doskonałą ścieżkę miał także film Królestwo Niebieskie (jeden z moich ulubionych). Tym razem dzieło Harrego Gregsona-Williamsa (Co z tymi Williamsami jest takiego, że ich ciągnie do muzyki? Ciekawe czy Robin też coś napisał):


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Film otoczony niemalże czcią przez wielu przedstawicieli płci męskiej (żeńskiej również - nie ma to jak gołe klaty) - '300'.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Spod ręki Tylera Batesa.
    No i na początek tyle może wystarczy, nie chciałbym też żeby mój blog wczytywał się pół godziny z powodu nadmiaru zamieszczonych plików.
    Powiem tylko: N-Joy!
    EDIT!!!
    Jak mogłem zapomnieć!
    Jeszcze koniecznie Sherlock Holmes:


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Ponownie spod ręki Hansa Zimmera.
×
×
  • Utwórz nowe...