Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Przemyśleń na temat ludzkich przywar ciąg dalszy. Żeby nie marnować skupienia czytelników, przejdźmy od razu do rzeczy:
    6. Pseudopatriotyzm
    Na samym wstępie podkreślam że nie mam tu na myśli wszystkich ludzi darzących ojczyznę miłością i szacunkiem (chociaż sam mam na temat takich praktyk określone zdanie ? o czym już kiedyś pisałem), a jedynie grupę która się głośno za takich patriotów uważa, nie mając zbyt wiele z nimi wspólnego.
    Co prawda ogłaszają wszem i wobec jak bardzo kochają swoją ojczyznę, ale mają poważne problemy z okazywaniem tych uczuć ? a to na wybory się nie pójdzie, a to się ?zapomni? o paru sprawach w orzeczeniu podatkowym, a to nie ma się bladego pojęcia o historii własnego kraju, zasadach ojczystego języka? można wymieniać w nieskończoność. W zasadzie to jakby wziąć takich ludzi pod lupę to okaże się że ich patriotyzm ogranicza się tylko do mówienia o wielkości własnej ojczyzny bez żadnych podstaw ani wiedzy która mogłaby ich doprowadzić do takiej opinii.
    Nie jestem w stanie zliczyć sytuacji w których byłem świadkiem kompromitacji takich ?patriotów?. Od samego słowa zaczynając - gdy przyznają wszem i wobec że są ?patryjotami?. Mam po prostu wielką ochotę parsknąć śmiechem gdy czytam wypowiedź takiego ?pseudopatrioty? na temat jego szacunku do ojczyzny, jednocześnie będąc świadkiem jego niezdolności do opanowania ojczystego języka ? jednej z najbardziej podstawowych rzeczy czyniących człowieka członkiem danego narodu.
    Inną sprawą są nieudolne próby wpojenia patriotyzmu w szkole, które mnie osobiście doprowadziły do opinii zupełnie przeciwnej. Od samego początku kształcenia próbowano mi wmówić że powinienem być patriotą dumnym ze swojego kraju ?bo tak?. Nikt w zasadzie nie próbował mnie przekonać DLACZEGO powinienem tak sądzić ? po prostu urodziłem się Polakiem, więc mam być z tego dumny. Szczególnie komicznie wyglądało to na lekcjach historii, gdy każde wydarzenie i bitwę starano się przedstawić w sposób jak najkorzystniejszy dla naszego narodu, nawet jak fakty mówiły coś zgoła innego. ?Polscy żołnierze walczyli dziennie, ale ?.?; ?Waleczni polscy obrońcy z całych sił stawiali opór, ale?.?
    No właśnie. Zawsze było jakieś ?ale??
    Morał z tego punktu powinien być prosty ? jeśli chcesz być postrzegany jako patriota, to zachowuj się jakbyś faktycznie nim był. A jeśli masz zamiar wyrobić w kimś przekonanie o wielkości własnego narodu, to rób to porządnie, bo inaczej osiągniesz efekt przeciwny do zamierzonego.
    7. Stosowanie podwójnych standardów
    Świadomie czy nie, większość (jeśli nie całość) ludzi stawia różne wymagania innym i sobie samym. Ale nie tylko o stawianie wymagań chodzi, ale również o zwyczajne traktowanie pozostałych na różne sposoby.
    Właśnie to zjawisko jest główną przyczyną niesprawiedliwości na świecie. Podwójne standardy są wszędzie ? w szkole, w szpitalach, w polityce, a nawet w rodzinie. Pozwolę sobie zauważyć że całkiem niedawno na Haiti życie straciło ponad 150 tysięcy ludzi. Strasznie mało, a przynajmniej za mało żeby ogłosić żałobę narodową w Polsce. W końcu u nas w kraju nie ogłasza się takiego ?święta? z byle powodu, prawda? A nie, czekaj. Ostatnia żałoba narodowa odbyła się po śmierci 13 górników (pozostałych 7 zmarło już po jej ogłoszeniu, więc się nie liczą, o!). I jak się coś takiego nazywa? Ano podwójny standard ? życie Haitańczyków jest mniej warte od życia Polaków dla niektórych ludzi. Przelicznik wynosi około 11538,46 Haitańczyka na jednego Polaka. To znaczy wynosi co najmniej tyle, bo taka liczba jeszcze nie jest wystarczająco duża do ogłoszenia żałoby.
    Ale wróćmy do samych standardów. Ile razy byliście wkurzeni, gdy nauczyciel wyraźnie lepiej traktował innych uczniów od Was? Ile razy zdawaliście sobie sprawę że innym wolno więcej od Was?
    Zbyt wiele razy.
    Podałem mało przykładów, ale chyba każdy rozumie o co mi chodzi ? na tym świecie ludzie nie są sobie równi na ich własne życzenie. To znaczy nie do końca ? bo przecież inni ludzie nie muszą mieć tak dobrze jak ja, ale ja nie mogę mieć gorzej od innych ludzi?
    8. Nietolerancja
    MUSISZ lubić to, co ja; NIE WOLNO Ci słuchać takiej muzyki, bo ja jej nie słucham; NIE MOŻESZ mieć innego zdania od nas; Twoje poglądy są GŁUPIE, bo różnią się od moich?
    Nietolerancja nie odnosi się tylko do orientacji seksualnej, rasy i narodowości. Spotykamy się z nią na codzień na każdym kroku. Oczywiście w pewnym sensie jest potrzebna, bo ludzie wymyślili całe mnóstwo zachowań, których nie wolno tolerować (np. strzelanie do dzieciaków w szkołach ? chociaż czasem aż się ma ochotę?), ale problem polega oczywiście na tym, żeby wiedzieć gdzie leży granica rozsądnej tolerancji.
    Ostatnio całkiem ciekawy wpis o tym skrobnął kolega Iskier ? zainteresowanych zachęcam do zapoznania się z nim (wpisem, nie Iskrem ? tego drania lepiej unikać ;D).
    9. Niedoedukowanie połączone z wymądrzaniem
    Głupota nie boli, jak niektórzy mawiają (a może skleroza? Nie wiem, nie pamiętam ;3 ). W każdym razie mnie boli ? naprawdę nie mogę wprost patrzeć na brak elementarnej wiedzy niektórych ludzi. Jakby tego było mało ? nie dość, że niektórzy są głupi (wiem że w to trudno uwierzyć, ale tak jest w istocie!), to wydaje im się że wszystkie rozumy pozjadali. Gorzej niż na głupka patrzy się na głupka który próbuje udawać że jest mądry.
    Bo łatwo zrozumieć, że obecnie na świecie wiedzy jest tyle, że niemożliwym jest by wiedzieć WSZYSTKO ? ale na litość Odyna, jeśli nie masz o czymś pojęcia, to nie próbuj się wymądrzać na ten temat! Jestem świadkiem takich sytuacji niemal bez przerwy ? czy to na forum, czy czytając gazetę/czasopismo, czy słuchając poniektórych swoich kolegów, czy (a nawet zwłaszcza) oglądając telewizję.
    Dlatego mam dwa apele:
    - Nie wymądrzajcie się w dziedzinach, w których nie jesteście mocni;
    - Gdy jesteście świadkiem sytuacji w której ktoś to robi ? bezlitośnie udowodnijcie mu, że się myli. Upokorzcie go. Po prostu zniszczcie.
    10. Naśladownictwo i brak osobowości
    Bezpośredni skutek nietolerancji. Bojąc się, że ktoś może odrzucić nasz wygląd/zachowanie/zainteresowania dusimy w sobie własną osobowość i przywdziewamy na siebie osobowość zbiorczą naszego otoczenia, z czasem tracąc do reszty swoją własną. Boimy się sprzeciwić woli tłumu ? a czasem wystarczy żeby tylko jedna osoba wyraziła swój sprzeciw, by kolejnym przybyło odwagi by to zrobić. Dlatego nie bójmy się wyrażać swojej opinii i sprzeciwiać temu, co nam nie odpowiada. Nie naśladujmy zachowań innych ? bądźmy sobą, a jeśli już siebie zatraciliśmy na skutek tego naśladownictwa ? to spróbujmy odzyskać własną osobowość. Doprowadźmy swoim uporem do tego, by inni szanowali naszą odmienność.
    U mnie jest zupełnie na odwrót niż u większości ludzi ? totalnie gardzę tymi, którzy podążają za wolą tłumu, a darzę ogromnym szacunkiem tych, którzy potrafią zawsze być sobą i nigdy nikogo nie udawać.
    Oczywiście nie wolno przeginać w drugą stronę, czyli sprzeciwiać się woli pozostałych ?z założenia?. Jeśli przypadkiem nasi znajomi są podobni do nas to tym lepiej dla nas, nie warto na siłę próbować być oryginalnym.
    Świat byłby dużo ciekawszy, gdyby każdy robił to, na co naprawdę ma ochotę, a nie tylko to, na co wpadli jego znajomi. Naprawdę wolałbym , żeby dziwactwo było czymś normalnym.
    Myślę, że wystarczy tych przemyśleń na dzisiaj. Ciąg dalszy niebawem ? zostało mi jeszcze 7 punktów do omówienia, a lista ciągle wzrasta ? wczoraj łącznie miało być ich 16, dzisiaj jest już 17. Czy to świat staje się coraz gorszy, czy może mi coraz bardziej odbija? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi ;P
  2. Lord Nargogh
    Dzisiaj postanowiłem po raz kolejny wrócić do jednej z moich ulubionych gier - Fallouta. Po uruchomieniu, przeszedłem do okna tworzenia postaci.




    Zastanawiając się nieco nad każdym wyborem, stworzyłem w końcu bohatera, jakiego sobie upatrzyłem na to podejście do gry. Dość standardowo skłoniłem się ku postaci inteligentnej i wygadanej, tym razem nieco zwiększając jej potencjał bojowy.
    Zostały tylko dwie rzeczy do ustalenia - imię postaci oraz jej wiek. Podczas ustalania wieku mojego bohatera (zawsze ustawiam taki, jaki pokrywa się z moim) naszła mnie mała refleksja i ogarnął sentyment - nie jest to bez związku z moimi niedawnymi urodzinami, które spowodowały że liczba tym razem musiała być większa o 1.
    Nie jest żadną tajemnicą (wystarczy zajrzeć w mój profil), że wynosiła ona '23'.
    Jaki można znaleźć w tym powód do sentymentu? Dla mnie takim powodem jest fakt, że gdy grałem w Fallouta po raz pierwszy, brakło mi liczby do ustalenia wieku mojej postaci zgodnie z prawdą. Byłem poniżej dolnej 'granicy', która wynosiła 16. Miało to miejsce w roku 2000, gdy byłem 11-letnim grzdylem.
    Minęło zatem 12 lat odkąd po raz pierwszy zagrałem w tą serię... i od tamtej pory granie w nią nie znudziło mi się ani razu. Wracam do Falloutów bardzo często, nieraz po kilka razy w roku. Nie jest to jedyny tytuł na długiej liście mojego graczowego dorobku, do którego raz po raz wracam. Właściwie prawda jest taka, że więcej czasu gram w gry które znam na pamięć, niż w nowe, co jest o tyle ciekawe że kupuję stosunkowo dużo tytułów rocznie (do kilkudziesięciu). Po prostu pewne gry są na tyle dobre, że zawsze można do nich bez obaw powrócić i doskonale spędzić czas. Jak do świetnej książki czy filmu.
    Inne z naszych 'ukochanych gier' według wszelkich ogólnie przyjętych miar NIE SĄ dobre, a mimo to darzymy je ogromnym sentymentem i uwielbiamy z nimi spędzać czas. Mam wiele tytułów które albo przeszły bez echa, albo zostały bardzo chłodno przyjęte, a w które uwielbiam grać i to dużo bardziej niż w tytuły określane mianem hitów. Jest to temat do dłuższego omówienia i swoją drogą noszę w sobie od pewnego czasu zamiar, by o nim napisać.
    Zacząłem się zastanawiać czy pewnego dnia gdy tworzyć będę kolejną postać, dobrnę do 'górnej' granicy. Czy będąc starszym niż 65 lat (bo tyle ta granica wynosi) wciąż będę wracać do tych tytułów?
    Myślę, że tak. Skoro można wracać do muzyki, filmów, książek i innych rzeczy, to co miałoby stać na przeszkodzie by tak robić z grami? Skoro nasi dziadkowie wciąż nucą piosenki ze swojego dzieciństwa i cieszą się gdy znajdzie im się kasetę ze starymi utworami, bądź wzruszają się wracając do pewnych miejsc - dlaczego z nami miałoby być inaczej?
    Z nami i z grami będzie dokładnie tak samo. Teraz spędzamy przy nich mile czas, a za kilkanaście/kilkadziesiąt lat prawdopodobnie zapragniemy aby do tej przyjemności wrócić po raz kolejny.
    A przynajmniej ja z pewnością tak zrobię.
  3. Lord Nargogh
    Zobowiązałem się do opisania odrobiny technik próżniowych po egzaminie, który odbył się dzisiaj (i zakończył dla mnie bardzo pozytywnie).
    Zacznijmy może od prostego pytania - czym jest próżnia? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: próżnia jest niczym.



    Zdjęcie próżni wykonane za pomocą skomplikowanych technik

    Z praktycznego i technicznego punktu widzenia ta definicja nie jest poprawna, ale do tego dojdziemy później.
    W próżni nie rozchodzą się fale mechaniczne (a co za tym idzie akustyczne), natomiast elektromagnetyczne propagują doskonale, najlepiej wręcz - bo nic im w tym rozchodzeniu się nie przeszkadza.
    Może na początek małe wyjaśnienie, które ułatwi zrozumienie idei technik próżniowych, mianowicie czym jest ciśnienie? W prosty sposób można je określić mianem skutków uderzania molekuł płynów (do których zaliczamy gazy i ciecze - w przypadku ciał stałych nazywamy to zjawisko raczej naprężeniem) w obiekty znajdujące się w ich obrębie, bądź znajdujące się wokół nich. Prosty przykład: człowieczek w zamkniętym pokoju pełnym powietrza. Molekuły i atomy będą uderzać w niego i w ścianki tego pomieszczenia, wywierając nań właśnie ciśnienie.
    A co ma ciśnienie do próżni?
    Bardzo dużo. 'Jakość' próżni określa się za pomocą ciśnienia, jakie znajduje się w jej obrębie. Przeciętne ciśnienie atmosferyczne to 1013 hPa (hektopaskali), bądź tyleż samo mbar (milibarów). Przyjął się następujący podział osiągalnych próżni:
    Próżnia wstępna >10^-3 mbar
    Próżnia niska LV (Low Vacuum): 10^-3 - 10^-6 mbar
    Próżnia wysoka HV (High Vacuum): 10^-6 - 10^-9 mbar
    Próżnia ultra wysoka UHV (Ultra High Vacuum): 10^-9 - 10^-12 mbar
    Próżnia ekstramalnie wysoka EHV (Extremely High Vacuum) <10^-12 mbar.
    Próżnia idealna - 0 mbar.
    Próżnia idealna nie istnieje - nawet w przestrzeni kosmicznej są to zakresy ciśnień do minimalnie 10^-16 mbara.
    No ale dobra, nie każdemu cyferki mogą coś mówić. Więc może przedstawmy to obrazowo: ciśnienie atmosferyczne wynosi ~10^3 mbara. Próżnia wstępna oznacza gaz milion razy rzadszy. Próżnia niska - tysiąc razy mniej, czyli miliard. I tak dalej. Jeśli przedstawić to na liczbie cząstek znajdujących się w pojedynczym centymetrze sześciennym (tak jakby koniuszek palca), to w przypadku ciśnienia atmosferycznego ich liczba wynosi około 2,7*10^19. Czyli miliard miliardów razy dwadzieścia siedem. W próżni ekstramalnie wysokiej ta liczba maleje do 10 000 cząstek przy górnej granicy.
    *patrzy na swój palec* jakby nie patrzeć, dalej jesteśmy daleko od próżni idealnej. Tym niemniej w ziemskich laboratoriach uzyskuje się w tej chwili próżnie rzędu 10^-16 mbara, co oznacza około jedną cząstkę na cm^3. Mało, ale nadal więcej niż 'nic'.
    Biznes próżniowy jest bardzo rozwinięty. Istnieje mnóstwo mocarnych firm, które zajmują się produkcją i wyrobem próżniowych akcesoriów - komory, przewody, zawory, pompy i wiele innych rzeczy. Są to elementy bardzo drogie, ze względu na wysoką jakość i precyzję wykonania. W przeciwnym razie nie byłoby możliwe uzyskiwanie aż tak wysokich próżni (bądź niskich ciśnień, jak kto woli).
    Komuś może się nasunąć pytanie - 'dlaczego nie da się zejść całkowicie do zera?' Wynika to z wielu zjawisk zachodzących wewnątrz układu próżniowego.
    Po pierwsze, osprzęt nie jest doskonały i na przykład pompy próżniowe mają tzw. 'strumień zwrotny', co oznacza mniej więcej tyle, że część odpompowanych molekuł powraca do układu i jest to absolutnie nie do uniknięcia. Dolna granica możliwości pompy pojawia się, gdy jej strumień zwrotny jest równy szybkości pompowania - wówczas taka pompa nie jest w stanie dać nam nic, prócz 'nie psucia' próżni i utrzymywania jej tak, jak jest. Jeśli to kogoś interesuje, mogę innym razem zrobić przegląd rodzajów pomp próżniowych - jest tego dostatecznie dużo na osobny wpis i działają one na wiele różnych sposobów - np pompy turbomolekularne, jonowe, kriogeniczne i wiele innych.
    Po drugie, osprzęt nie jest doskonały i podczas pompowania ważną rolę odgrywają tzw. gazy związane na powierzchni wewnętrznej układu. Chociaż pozornie wydaje nam się, że mamy jednolity i czysty materiał, nigdy nie jest tak w pełni. Po prostu atomy i cząstki gazów znajdują się tu i ówdzie na powierzchni i wewnątrz materiału i gdy obniżamy ciśnienie coraz bardziej, powoli się z niego uwalniają. Żeby ten proces przyspieszyć i zminimalizować jego negatywne działanie, stosuje się tak zwane 'wygrzewanie' układu próżniowego. Wiemy już z poprzedniego wpisu, co powoduje zwiększanie temperatury. Podgrzewając układ powodujemy zwiększenie hmm... szybkości drgań elementów układu, co ułatwia uwalnianie się tych molekuł i umożliwia ich odpompowanie. Można to sobie łatwo wyobrazić na przykładzie prześcieradła z okruchami. Jak prześcieradło będzie leżało spokojnie, to okruchy same z niego nie zlecą, jeśli natomiast zaczniemy nim delikatnie trząść, to w końcu zaczną tu i ówdzie podskakiwać i spadać.
    Co ciekawe, można proces osadzania się molekuł na powierzchniach wykorzystać także w drugą stronę, do wyłapywania i więzienia niechcianych molekuł z układu. Na tej zasadzie działają pompy sorpcyjne (na przykład kriogeniczne).
    Warto tutaj też wspomnieć, że molekuły i atomy wodoru są tak drobne, że potrafią przedyfundowywać (przenikać) z zewnątrz układu do środka.
    Na koniec myślę, że warto byłoby napisać 'po co to wszystko' - po co wydawać miliony i konstruować niezwykle precyzyjne i dokładne układu próżniowe?
    Mianowicie techniki próżniowe znajdują szerokie zastosowanie w wielu dziedzinach przemysłu i nauki. Wiele badań naukowych wymaga jak najlepszej próżni, zwłaszcza takich, które opierają się na manipulowaniu pojedynczymi molekułami - ot chociażby pułapka Paula. Niskie próżnie (a w zasadzie podciśnienie) znajdują zastosowanie w przechowywaniu żywności. Wszelkie skomplikowane i składające się z drobnych elementów układy elektroniczne są wytwarzane w mniejszych bądź większych próżniach. Wiele urządzeń, które trafia potem do użytku codziennego (ot chociażby silniki samochodowe) jest badanych metodami próżniowymi. Produkcja kropek, drutów i studni kwantowych wymaga zachowania wysokiej próżni. I wiele, wiele innych...
  4. Lord Nargogh
    Dzisiaj rano - nie wiem o której dokładnie - Mariusz Pudzianowski odniósł pierwszą porażkę podczas swojej kariery w MMA.
    Ku uciesze wielu ludzi... co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe. Prawdziwi fani tego sportu powinni raczej się cieszyć, że dzięki niemu wzrosło znacznie zainteresowanie nim w Polsce.
    Mariusz Pudzianowski nadal jest amatorem w MMA, czego sam nie ukrywa. To była jego TRZECIA walka. Czy wielu zawodników może się poszczycić zwycięstwem w swoich dwóch PIERWSZYCH walkach? W tym jednej z zawodowcem? (Kawaguchi)
    Ja bym go nie przekreślał na samym wstępie. Facet ma OGROMNY potencjał, ze względu na swoją siłę fizyczną i prędkość - dużo większy, niż jakikolwiek polski zawodnik. Musi jedynie uzupełnić braki w kondyncji i technice, ale to jest do zrobienia.
    Co z tego że przegrał wczorajszą walkę? Przypominam, że on nie był faworytem tym razem. Miał się zmierzyć z byłym dwukrotnym mistrzem świata, człowiekiem, który zęby sobie zjadł na MMA. Radość z jego porażki przypomina satysfakcję z tego, że lew zabił gazelę. Jakby to było dla kogokolwiek zaskakujące.
    Podsumowując - ja nadal jestem zainteresowany oglądaniem walk MMA - szczerze powiedziawszy, jednego z dwóch sportów, które lubię oglądać (drugim są zawody Strongman). Liczę, że Dominator podciągnie swoją technikę i zapewni nam jeszcze wiele walk, w których będzie na co popatrzeć. Aczkolwiek nie mam zamiaru oglądać ich na Polsacie nigdy więcej - patrz poprzedni wpis.
  5. Lord Nargogh
    Kto mnie zna choć trochę, wie że irytuje mnie naprawdę dużo rzeczy. A pośród nich jedno z czołowych miejsc zajmuje zjawisko które lubię określać mianem 'nielogiczności'.
    Odnosi się ono do zjawisk, urządzeń, zachowań i tak dalej, których istnienia nie da się logicznie i racjonalnie uzasadnić.
    Do dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie banalna sytuacja z którą każdy z Was miał do czynienia nieraz. Stałem sobie na przejściu dla pieszych obwieszony zakupami, czekając na zielone światło sygnalizujące możliwość przejścia na drugą stronę ulicy. I czekałem tak sobie dobre piętnaście minut, kiedy kolejna z rzędu kolejka samochodów nie przemknęła mi przed nosem i w mej głowie nie zrodził się oczywisty wniosek: przycisk zielonego światła dla pieszych 'na żądanie' jest zepsuty i nie przyjmuje do wiadomości mojego wywierania siły na jego powierzchnię koniuszkiem palca.
    Ciężko wzdychając przekroczyłem ulicę na czerwonym świetle.
    Nie zadawałem sobie pytania, ile czasu minie zanim zostanie naprawiony, bo doskonale wiedziałem ile to zajmie. Kilka lat (na drodze z Poznania do Gorzowa jaką jadę z uczelni do domu jest przejazd kolejowy, na którym kołatka była uszkodzona przez ponad cztery lata. Przejazd znajdował się w piekielnie słabo widocznym miejscu - z dwóch stron zakręty i szeregi drzew skutecznie utrudniały określenie, czy pociąg jedzie dla odległości większej niż 10 metrów).
    Zadałem sobie za to pytanie: dlaczego do jasnej ciasnej ten przycisk w ogóle tam istnieje?
    Teraz małe uszczegółowienie sytuacji. Jest to bardzo ruchliwe skrzyżowanie dwóch często i gęsto uczęszczanych dróg. Samochody muszą zatrzymywać się na czerwonym świetle w regularnym cyklu. Naciśnięcie przycisku na przejściu dla pieszych nie wpływa na ten cykl w żaden sposób - samochody i tak będą musiały się w końcu zatrzymać, gdy przyjdzie kolej na ruch na drugiej ulicy. Światła też nie zmienią się szybciej dzięki wciskaniu w przycisk. Jedyne co zmienia fakt naciśnięcia tego nieszczęsnego guzika, to fakt czy piesi będą mogli przekroczyć jezdnię w czasie postoju samochodów, czy nie.
    Jest to urządzenie całkowicie bezsensownie i nielogicznie umiejscowione w tym miejscu. Powoduje zwiększenie zagrożenia dla pieszych - właśnie w takich sytuacjach, z jaką ja miałem do czynienia. Wkroczyłem na jezdnię na czerwonym świetle dla pieszych i zablokowałem drogę dla samochodów, które skręcały w lewo i których sygnalizatora nie miałem szansy zauważyć ze względu na jego umiejscowienie. Nie miałem innego sposobu na przekroczenie jezdni, jak czekać aż na głównych światłach pojawi się czerwony kolor, a samochody się zatrzymają. Tego problemu by nie było, gdyby na przejściu dla pieszych po prostu zaświeciło się zielone światło bez konieczności jego 'zażądania'.
    Kolejna sprawa - spróbuj nacisnąć guzik pół sekundy za późno - będziesz musiał przeczekać cały cykl i zaznasz zielonego światła dopiero za kilka minut.
    Takich bezsensownych skrzyżowań z przejściem dla pieszych 'na żądanie' znam bez liku. W zasadzie na palcach jednej ręki byłbym w stanie wymienić miejsca, gdzie taki przycisk został zamontowany sensownie.
    A gdzie można montować takie urządzenia z sensem? Na zjazdach ze skrzyżowania, na długich, prostych drogach gdzie samochody nie miałyby powodu żeby się zatrzymywać bez czerwonego światła i/lub pieszego na drodze.
    Nie na chędożonych skrzyżowaniach, gdzie i tak regularnie muszą się zatrzymywać!
  6. Lord Nargogh
    Nie cierpię palaczy. Wiecie co mnie w nich denerwuje? A dużo. Tak dużo, że podzielę swoją wypowiedź na dwie części.
    I. Dlaczego palacze utrudniają mi życie ze swojej winy?
    1. Palenie w windzie i na klatce schodowej.
    Dlaczego do kurki nędzy nie mogę spokojnie wyjść z domu, i jeszcze spokojniej zjechać na dół windą bez nawdychania się kłębów nikotynowego dymu? Dlaczego pewnym .... łagodnie mówiąc "niemiłym" ludziom nie chce się wyjść na dwór, albo na balkon*?
    Nie wiem. Wiem tylko że najchętniej na widok takiego gościa wyrwałbym mu peta z ręki, i zgasił go na jego czole.
    W końcu wydaje mi się że RACZEJ nie bez powodu w regulaminie mieszkańców jest jako jeden z najważniejszych rzeczy wymieniony całkowity ZAKAZ palenia na klatce schodowej i w windach. Wydaje mi się że TYM BARDZIEJ nie bez powodu nie wywieszono na KAŻDYM piętrze przy KAŻDEJ windzie i na KAŻDYCH drzwiach do klatki dodatkową kartkę z PODKREŚLONYM zakazem palenia. Czy palacze jakoś na ten zakaz zareagowali? A zareagowali, a jakże. Kartki z zakazem zostały pozrywane.
    2. Palenie na przystankach autobusowych.
    I tym razem nikt nic sobie nie robi z wiszącego jak byk zakazu palenia na przystankach, za co w zasadzie palaczowi należy się mandat. Niestety nigdy nie słyszałem żeby ktoś egzekwował ten jakże ważny przepis. W najlepszym przypadku palacz stanie sobie pół metra od przystanku, i tam zapali. Kiedyś podejdę do takiego człowieka, uścisnę mu dłoń i powiem "Nie no, stary, to, co właśnie zrobiłeś robi mi KOLOSALNĄ różnicę. Pół metra jest niczym ocean oddzielający palącego od pozostałych. Nie żebym dalej czuł Twój p.......(ierniczony) dym"
    3. Palenie w szkolnych toaletach.
    Na szczęscie ten epizod mam już za sobą (nie chodzę do szkoły, jestem na studiach). Tutaj komentarz będzie bardzo krótki: żal, Żal, ŻAL, RZAL i nic więcej. (Stopniowanie słowa "żal" by me.
    4. Palenie gdziekolwiek, kiedykolwiek w mojej obecności.
    * - o tym więcej w drugiej części.
    II. Dlaczego palacze utrudniają mi życie NIE ze swojej winy?
    Palenie w domu, w łazience i na balkonie.
    Wbrew pozorom powinienem się cieszyć że niektórzy palacze zamiast zasmradzać klatkę schodową (pewnie żona wyrzuca ich z domu, bo nie chce mieć dymu w mieszkaniu. Tylko dlaczego ja musze mieć ten dym na klatce schodowej?), smrodzą sobie w domu. I w zasadzie połowicznie się cieszę. Połowicznie, bo palenie w takim miejscu jest poprawne. A połowicznie się nie cieszę, bo:
    a) palenie na balkonie powoduje że obszar 2 na 2 mieszkania wokół tego balkonu również jest skażony tym dymem, i nieraz mając otwarte okno mam zapewnioną niewątpliwą przyjemność wdychania nikotyny z cudzego papierosa,
    b) palenie w domu powoduje że mój dom również jest zadymiony. Dlaczego? Bo przy konstruowaniu wentylacji w wieżowcu w którym mieszkam pracowali jacyś idioci. Wystarczy że sąsiad mieszkający niżej zrobi sobie herbatę, a w całej mojej kuchni będzie nią czuć w wystarczającym stopniu by stwierdzić że to np lipton. Gdy ktoś robi jedzenie, czuć w calej kuchni i przedpokoju. Gdy ktoś pali, czuć już w calym moim mieszkaniu.
    Na sam koniec prośba do Rządu RP: Niech ktoś koffany w końcu przeforsuje ustawę całkowicie zabraniającą palenia poza własnym mieszkaniem i miejscem do tego przeznaczonym, i wprowadzi bardzo surowe przepisy odnośnie egzekwowania tego zakazu.
    Ale to tylko moje marzenie, ktore nigdy nie dojdzie do skutku. Za dużo ICH (palących) jest. Sądzę, że obserwują mnie nawet teraz.
    Jeśli czytasz to nagranie (hehe, czytać nagranie, dobre), to znaczy że mnie dorwali. Oni są... <kszszszsz>.... wszę <zakłócenia>dzie..... aaaAAAAAA!!!!1111oneoneone...
  7. Lord Nargogh
    Witajcie bracia i siostry. Egzamin z fizyki już mam za sobą (choć nie znam jeszcze wyników), ale mózg wciąż wymaga kolejnej defragmentacji. Toteż nie marnując czasu przejdźmy od razu do rzeczy, bowiem dużo dzisiaj jest do przekazania.
    Dzisiaj mam zamiar odsłonić kilka szokujących tajemnic i zrekonspirować wiele straszliwych spisków.
    Na początek weźmy pod lupę niepozorny deszcz. Większości z Was wydaje się że to po prostu zwykły element cyklu pogodowego, naturalny element przyrody. Skomplikowane badania i analizy wykonane w naszym Instytucie wykazały że nie ma nic bardziej mylnego. Zobaczcie sami na małe zbliżenie wykonane na tym prostym zdjęciu:



    Nie wydaje Wam się - krople deszczu w istocie są wojownikami kamikaze, którzy wykonują na naszych plecach/głowach/parasolach brutalne zamachy terrorystyczne. Dziwne że nikt tego do tej pory nie zauwazył - w końcu kropla po zetknięciu z powierzchnią eksploduje, zupełnie jak samolot kierowany przez kamikaze.
    Ale to nie koniec pogodowych zagrożeń czekających na niczego nie spodziewających się obywateli RP. Spójrzmy na to niepozorne zdjęcie śniegu w wielokrotnym powiększeniu:





    A więc to stąd wzięło się określenie 'Zimna Wojna'!

    Gołym okiem widać, że śnieg nie składa się z zwykłych, niewinnych białych płatków a jest zwyczajną inwazją Związku Radzieckiego na nasz ukochany kraj. Pozostawię to bez komentarza.
    A Wy? Odkryliście jakieś niesamowite spiski albo coś?
    Defragmentacja mózgu: stan - 70%... No nic, trzeba jeszcze coś z siebie wyrzucić.
    O, już wiem. Może mała zabawa? Niektórzy z Was kojarzą program Whose Line is it Anyway? i zapewne słyszeli o zabawie 'nietypowi superbohaterowie'. Proponuję abyśmy również pobawili się w podobny sposób - trochę bardziej hardcorowo, ale nadal kulturalnie i bez wulgaryzmów. No i żeby raczej nikogo nie urazić w ten sposób.
    Zaproponuję kilka przykładów:
    Człowiek Niepohamowana Erekcja - zwykle bardzo mile widziany na wszelkiej maści pogrzebach, wizytach w zoo, przedszkolu i w czasie dokonywania sekcji zwłok wszelakich. A już pod prysznicem w męskiej szatni szczególnie.
    Człowiek Eutanazja - jego usługi są bardzo popularnym prezentem na Dzień Dziadka i Babci (ależ ja jestem okrutny)
    Człowiek Bulimia - Dalekowschodni mistrz zapomnianej techniki Dwóch Palców.
    Człowiek Je-Rybę-Nożem - Wywołuje zgorszenia na wystawnych kolacjach.
    A Wy macie jakies pomysły?
    DEFRAGMENTACJA MÓZGU ZAKOŃCZONA.
    No, od razu lepiej. Nie mam pojęcia, to tam u góry napisałem, ale wolę tego nie sprawdzać. Szczerze odradzam lekturę!
  8. Lord Nargogh
    Tak, tak, po raz kolejny się zirytowałem. Tym razem za kierownicą - a odpowiedzialni za to są zarówno inni kierowcy, jak i piesi. To, co niektórzy ludzie wyprawiaja na ulicach w głowie się nie mieści.
    "Indeks Polskich Ksiąg Zakazanych" będzie zawierał księgi o których istnieniu przeciętny Polak wolałby zapomnieć, bo i tak ma je gdzieś. Będą tu tylko i wyłącznie tytuły które wzbudzają obrzydzenie w naszym narodzie.
    Jestem calkowicie pewny, że gdyby KAŻDY, powtarzam KAŻDY przestrzegał KAŻDEGO przepisu drogowego (to, czy te przepisy są mądre czy nie, zostawmy do oceny dla osób które zajmują się tym zawodowo), nawet najdrobniejszego i teoretycznie najmniej istotnego, na drogach nie byłoby wypadków prawie wcale.
    A jest ich mnóstwo, szczególnie w Polsce. Nawet osoby paplające w telewizji o bezpieczeństwie na drogach, nawet policjanci, dosłownie wszyscy ludzie jeżdzący po polskich drogach mają przepisy drogowe w głębokim poważaniu.
    Grzeszki polskich kierowców i pieszych powymieniam w punktach. (Uwaga, jeśli Twoim zdaniem coś, co jest zawarte na tej liście nie jest żadnym naruszeniem kodeksu, to mam dla Ciebie złą wiadomość: Najwyższa pora ponownie przystąpić do egzaminu na prawo jazdy. Więc zrób przysługę sobie i społeczeństwu, i udaj się na kurs, zanim kogoś bezmyślnie pozbawisz życia):
    1. Pijaństwo. Najbardziej powszechna cecha pośród Polaków, czy to siedzących za kierownicą, czy na tylnym siedzeniu. Można śmiało powiedzieć, że gdyby alkohol nie istniał, naszego narodu by nie było - przeciętny Polak pozbawiony calkowicie podstawy i sensu swojej egzystencji, zaprzestałby procesu rozmnażania. No, ale to temat na inne marudzenie, skupmy się na pijanych kierowcach.
    Jak można być tak wielkim i nieodpowiedzialnym idiotą, żeby siadać za kierownicą po wypiciu JAKIEJKOLWIEK ilości alkoholu? (jeśli kogoś urazilem tymi słowami to dziękuję - taki cel właśniechciałem osiągnąć) Ile tysięcy (milionów?) ludzi zginęło pod kołami takich kretynów? Jestem za wprowadzeniem systemów zabezpieczających przed jazdą po pijaku w samochodach. System taki bylby podłączony do specjalnej bomby. Kierowca po odpaleniu samochodu miałby minutę na podmuchanie w specjalną rurkę (umieszczoną w taki sposób, że móglby to zrobić tylko kierowca). Jeśli czujnik wyczułby JAKIEKOLWIEK stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu - Kaboom. Jednego idioty mniej.
    Ciekawostką jest że liczba zgonów z powodu jazdy po pijaku i tak by zmalała, bo pijani kierowcy maja brzydki zwyczaj oprocz zabijania siebie, mordować także niewinne, postronne osoby. Trzeźwe osoby.
    Nawet sławetne 0,2 promila alkoholu we krwi dopuszczalne przez polski kodeks drogowy jest dużym nadużyciem. Uważam że jeśli ktoś nie jest w stanie powstrzymać sie przed łyknięciem nawet kropelki najsłabszego możliwego alkoholu przed prowadzeniem pojazdu, to powinien się zwyczajnie leczyć, bo ma problem alkoholowy.
    2. Linia ciągła. Kodeks drogowy oczekuje od kierowców, że będą ją traktować jak nieprzekraczalny, niezniszczalny i niewidzialny mur. Linia podwójna ciągła z kolei powinna być całym szeregiem fortyfikacji. Dla polskiego kierowcy linia ciągła = niewidzialna linia. Nic dla niego nie znaczy, równie dobrze mogłoby jej nie być.
    3. Parkowanie gdzie wlezie i kiedy wlezie. Kolejnym niewidzialnym znakiem drogowym jest "Zakaz postoju" i "Zakaz zatrzymywania się". Co z tego, że piesi nie mają gdzie chodzic a samochody jak przejechać - ja jestem król i nie będę przejmowac się sprawami śmiertelników.
    4. Światła. Chociaż nakaz jeżdżenia na światłach mijania przez cały rok, niezależnie od warunków pogodowych i pory roku jest wprowadzony od wielu miesięcy, "yntelygentny Polacy" nie potrafią do tej pory tego pojąć. Do niektórych nie dociera, że w lecie gdy żar leje się z nieba to polski asfalt odbija promienie słońca tak mocno, że czasem nie sposób stwierdzić czy ktoś jedzie z naprzeciwka czy przed nami. Chyba że ma włączone światła. Ale po co, nie?
    5. Znak "Stop", strzałki warunkowego przejazdu, światła drogowe. Krótko - niektórzy nie potrafią zrozumieć, że czasem trzeba się zatrzymać.
    6. Główny fetysz polskich kierowców, czyli ograniczenie prędkości. Coś, co jest ignorowane przez niemal absolutnie wszystkich kierowców.
    Najbardziej śmieszą mnie pretensje do policji, że w Polsce jest coraz więcej fotoradarów. Jeździsz zgodnie z przepisami? Żaden problem, nawet tego nie zauważysz. NIE jeździsz? To lepiej oddaj prawo jazdy, a nie marudź na fotoradary.
    Kierowcy uważają że te cudowne maszynki nie służą do zwiększenia bezpieczeństwa, tylko do nabicia kasy Policji. Czyli jazda zgodnie z przepisową prędkością nie oznacza większego bezpieczeństwa na drodze? Cóż, radzę to powiedzieć wszystkim osobom, które zginęły bo (nie wyrobiły na zakręcie/kierowca nie zdążył się zatrzymać/nie zdążyły zjechać w czasie wyprzedzania/straciły kontrolę nad pojazdem/wiele, wiele innych sytuacji).
    Tak samo ograniczenie do 50 km/h w obszarze zabudowanym. "Gdzie ja będę tak wolno jeździć, przecież nie wpakuję się w drzewo, nic mi się nie stanie!" Tak, Tobie nie. Jednak jeśli przyspieszysz o choćby 5 km/h to szanse na przeżycie pieszego potrąconego przez Twój samochód zmaleją kilkukrotnie. A piesi wpadają pod samochody, bo są idiotami. Dzieci w większości w ogóle nie rozglądają się za pasami i samochodami - po prostu wbiegają. Dzisiaj gdybym nie był ostrożny i nie jeżdził odpowiednio wolno, potrąciłbym kilku pieszych którzy w ostatniej chwili wbiegli przed mój samochód w ogóle nie patrząc na jezdnię. Kilku. Kilka razy. A jechałem tylko chwilę.
    7. Debilne wyprzedzanie. Wspominałem już o liniach ciągłych i ograniczeniach prędkości, i ten punkt odnosi się do obu tych spraw jednocześnie.
    Wyprzedzanie jest NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNYM ze wszystkich manewrów wykonywanych przez kierowcę w czasie jazdy. Mimo to wielu ludzi uważa to za świetną zabawę. Co z tego że jest zakręt, co z tego że podwójna ciągła - ja sobie wyprzedzę. Co z tego, że koleś przede mną jedzie z dokładnie taką prędkością, jaką dopuszczają przepisy - ja jestem ponad to, wyprzedzę go sobie.
    A już najgorsi są debilni kierowcy, ktorzy posiadają stare szroty i nie potrafią znieść myśli, że ktoś jedzie przed nimi. Wyjedzie ci taki i zacznie cię wyprzedzać, co mu zajmie kilka minut, (czasem wręcz muszę zwolnić, żeby uratowac idiocie życie - jego samochód nie potrafi wyprzedzić mojego, chociaż utrzymuję stałą prędkość, a z naprzeciwka jadą kolejne samochody. Muszę sam złamać przepisy <nie wolno zmieniać prędkości gdy jest się wyprzedzanym> żeby uratować życie idiocie!) a gdy i jeśli mu się to w końcu uda - i tak będzie jechał rownie szybko co Ty, i będziesz go widzieć przed sobą do końca podróży.
    W kwestii wyprzedzania na koniec powiem conieco o kierowcach ciężarówek. Dranie. Innego słowa na nich nie znajdę. Przez ich zabawy wielu ludzi pożegnało się z życiem. Przykład: jadę sobie poza obszarem zabudowanym (dozwolona prędkość: 90 km/h), przede mną jest ciężarówka. Jedzie z prędkością 40 km/h. Powstrzymuję się od wyprzedzania, bo liczę że za chwilę ciężarówka i tak się rozpędzi, a jest to niebezpieczny manewr, nie ma co ryzykowac życia pasażerów. Minuty jednak mijają. Przed ciężarówką nie ma nikogo, a ona nadal jedzie nieszczęsne 40 km/h. No nic, wyprzedzę kolesia. Skręcam na bok i próbuję gościa wyprzedzić... zmieniam odpowiednio bieg.... co jest?! Czemu idzie tak wolno?! Wrzucam kolejny, jeszcze jeden, i jeszcze kolejny... w końcu udaje mi się wyprzedzić ciężarówkę, dosłownie o sekundę przed uderzeniem w samochód jadący z naprzeciwka. Nie patrzyłem na prędkościomierz, bo byłem zajęty szybkim wrzucaniem kolejnych biegów i zbyt przerażony, żeby pilnować prędkości. Patrzę na prędkościomierz.... 120 km/h. 1-2-0 km/h. Dokładnie tyle musiałem jechać, żeby wyprzedzić ciężarówkę, która przez wiele kilometrów zasuwała 40 km/h. Przyspieszać zaczęła dopiero, gdy próbowałem ją wyprzedzić. Gdybym jechał odrobinę gorszym samochodem, mógłbym nie pisać tego tekstu. Bo kierowcy cięzarówki zebrało się na głupie żarty.
    Dodam jeszcze, że jak już bezpiecznie znalazłem się przed cięzarówką, to zwolniłem ponownie do 90km/h - i po chwili zostalem przez tą cięzarówkę wyprzedzony. Szlag człowieka trafia. Ale dalem sobie spokój, nie zniżę się do poziomu jakiegoś idioty. Byłem tylko zły że ponownie musiałem złamać przepisy, żeby ujść z życiem. Co to za kraj, że człowiek musi się do takich kroków zniżać?
    8. Sprzeciw przeciwko przestrzeganiu przepisów i uczciwej jeździe. Zatrzymasz się na widok znaku stop? Zatrzymasz się przy strzałce warunkowej jazdy? NIE wymusisz pierwszeństwa, żeby przejechać przez skrzyżowanie? Zatrzymasz sie przed przejściem dla pieszych, widząc że przechodzi nim staruszka? Spodziewaj się symfonii klaksonów z tyłu. Bo w Polsce zostaniesz przeklęty i napiętnowany za to, że jeździsz uczciwie. Jeśli natomiast masz zamiar zawsze jeździć z pzepisową prędkością, to spodziewaj się że każdy samochód jaki spotkasz na swojej drodze, będzie próbowal Cię wyprzedzić.
    Polacy to beznadziejni i żałośni kierowcy. Wiem co mówię - w związku z tym że studiuję 130 km od swojego domu, bardzo często muszę ruszyć w daleką trasę. I bardzo często muszę miotać przekleństwami na ludzi, którzy jadą obok mnie, a którzy nie powinni nigdy otrzymać prawa jazdy.
  9. Lord Nargogh
    W tym cyklu wpisów postaram się od czasu do czasu umieścić na blogu przykład prostych eksperymentów fizycznych, które można wykonać w domu - bądź też po prostu fajnych gadżetów korzystających z praw fizyki, które można tanio zakupić.
    Na początek podjąłem (dość nieudolną) próbę wykonania silnika Beakmana. Silnik działa, ale efekt nie jest do końca taki, jak powinien być - motor co chwilę się zacina lub zmienia kierunek obrotu. Jak skończę tłumaczyć, w jaki sposób wykonać taki prosty silnik, wyjaśnię także dlaczego tak się dzieje w przypadku mojego silnika.
    Silnik ten można wykonać na różne sposoby, w zależności od materiałów jakie mamy do dyspozycji. Najważniejszymi elementami które są potrzebne do jego wykonania są:
    - źródło zasilania - w moim przypadku bateria AA,
    - drut miedziany na zwojnicę rotora silnika,
    - trochę przewodów by dostarczyć układowi zasilanie,
    - przewodzące mocowanie rotora, w moim przypadku zwykłe spinacze do papieru,
    - magnes (najlepiej okrągły).
    Ja ponadto zastosowałem kilka banalnych przedmiotów, które umożliwiły utrzymanie silnika w kupie:
    - trzy drewniane klamry do wieszania prania,
    - plastelina,
    - pokrywka od farbek plakatowych która posłużyła za podstawkę dla silnika.
    Idea silnika jest bardzo prosta - nawijamy miedziany drut na przedmiot o kulistym przekroju, najlepiej uzyskać 7 zwojów. Zdejmujemy zwinięty drut z tego przedmiotu i przekładamy oba jego końce przez środek na zewnątrz w taki sposób, by utrzymać konstrukcję w kupie:



    Ważne jest, by obie końcówki drutu leżały na jednej linii, w taki sposób, by po włożeniu zwojnicy w uchwyt mogła ona się swobodnie obracać z jak najmniejszymi oporami. Tutaj wychodzi wspomniany problem mojego silnika - drut którego użyłem był zbyt cienki i niedostatecznie sztywny i w związku z tym po włożeniu zwojnicy w mocowanie, uginał się pod swoim ciężarem. Znacznie zwiększyło to opory obrotu silnika i spowodowało, że nie pracował on płynnie.
    Do stworzenia mocowania potrzebujemy nieco plasteliny oraz wspomnianych klamr. Plasteliny używamy do umiejscowienia magnesu w interesującym nas punkcie (ja wybrałem bok a nie dół, ponieważ łatwiej wtedy manipulować odległością pomiędzy zwojnicą a magnesem aż do uzyskania największych obrotów silnika) i 'wbicia' klamr w podstawkę. W klamry wkładamy dwa lekko rozłożone spinacze, do których z drugiej strony przyłączamy po jednym kabelku za pomocą którego będziemy dostarczać zasilanie do układu. Zwojnicę umieszczamy na jednym z 'uszek' spinaczy. Pilnujemy, by wszystko było jak najrówniej ułożone i by nasza zwojnica mogła się swobodnie obracać. Sposób, w jaki ja połączyłem układ znajduje się na zdjęciach poniżej (jest to wariant II silnika jaki zastosowałem, z dwoma magnesami - ale poza obecnością drugiego magnesu na dole, nie różni się on niczym od wariantu pierwszego).



    Podłączamy baterię do kabelków zasilających (ja wspomagałem się taśmą izolacyjną, by nie musieć trzymać cały czas palców na baterii dociskając kabelki) i voila'! O ile wszystko zrobiliśmy prawidłowo, rotor powinien wesoło się obracać. Poniżej znajduje się filmik do mojego dzieła w akcji:


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Jeśli dla kogoś moje wytłumaczenie wydaje się niezrozumiałe, to niech nie waha się zadawać pytań. Ja swój silnik zbudowałem po obejrzeniu
    filmiku na yt.PS: Pamiętam o obiecanych wpisach na temat dualizmu, ale dzisiaj się bawiłem silnikiem więc wstawiam silnik
    PS2: Nie jest to najprostszy możliwy silnik do wykonania. Jeszcze prostszy wariant znajduje się na przykład
    .PS3: Jeśli będą chętni, to opiszę zjawiska które sprawiają że to DZIAŁA. Równania Maxwella i takie tam.
  10. Lord Nargogh
    Mając już dość dobrze wyposażoną i doświadczoną postać, swe kroki skierowałem ku znajdującym się blisko siebie Vault City i Gecko.
    #once again, SPOILER ALERT#
    Vault City to przykład zakończonego powodzeniem eksperymentu Vault-Tec. Krypta pozostała zamknięta przez zaplanowaną ilość czasu, a jej mieszkańcy po wyjściu na zewnątrz byli w stanie utworzyć zaawansowane technologicznie (i odnowione za pomocą GECK-a środowisko) miasto.
    Niestety, lata izolacji, planowanego rozmnażania i korzystania cały czas z tej samej, zamkniętej puli genów doprowadziło do dużego podobieństwa mieszkańców, a także wystąpienia w nich bezpłodności - z czasem stali się niezdolni do rozmnażania w tradycyjny, nielaboratoryjny sposób. Jest to związane z ciekawą możliwością złożenia 'darowizny' w postaci swojego... khem, materiału genetycznego na rzecz miasta.
    To dość ciekawa lokacja. Z jednej strony mamy zaawansowane technicznie i czyste budowle, z drugiej - otwarcie praktykowane niewolnictwo, prohibicję (chociaż osobiście jestem zwolennikiem zakazu używek ]:->), daleko idącą izolację od otoczenia.
    Podobała mi się możliwość wykonania szczepień ochronnych w Vault 8, które zwiększały naszą odporność na promieniowanie i (chyba) trucizny. Jeszcze bardziej spodobało mi się to, co odkryłem po głębszym przeszukaniu archiwów komputera w tej krypcie - informacje na temat wszczepów podskórnych. Tak, mając odpowiednio wysoki poziom nauk ścisłych i doktora, możemy wykonać na sobie operację zwiększającą odporność na obrażenia i/lub ogień. To drugie ze względu na nikłą liczbę przeciwników używających tego rodzaju obrażeń jest niemal bezużyteczne, ale to pierwsze może okazać się bardzo pomocne.
    W Vault City postawiłem sobie za punkt honoru, by zostać Obywatelem poprzez zdanie testu na obywatelstwo. Nigdy nie udało mi się tego zrobić, pomimo iż moje postaci miały wysoką percepcję, inteligencję, charyzmę i wysoki poziom umiejętności lekarz, nauki ścisłe i retoryka.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Na szczęście nie jest to jedyna droga, by osiągnąć ten cel. Drugą opcją, związaną z ciekawym zadaniem jest rozwiązanie problemu nieszczelnego reaktora atomowego w Gecko. Konieczne jest wtedy zdobycie specyficznego elementu ekwipunku z Vault City: Hydro-Magneto...uuuhm... Hy-Maga. Zadanie to daje nam sporo doświadczenia i satysfakcji (przy założeniu, że nie jesteśmy wrogo nastawieni do Ghuli).
    Kontynuując wątek Gecko, mamy tam szansę spotkać starego znajomego z pierwszej części gry - Harolda (nie jest to jedyna postać z F1 którą możemy spotkać - kto wie, o kogo jeszcze chodzi?). Zapewne zaskoczę wielu ludzi stwierdzeniem, że Harold nie jest ghulem. Bo nim nie jest - zainteresowanych szczegółami odsyłam do Fallout Bible.
    W Gecko możemy zarówno naprawić, jak i ulepszyć reaktor. Jest też parę okazji, aby przekonać się o specyficznym poczuciu humoru Ghuli (które przewijało się przez wszystkie części serii, włącznie ze Spin-offem Fallout Tactics) które sprawia iż pomimo patrzymy na rozkładającą się kupę mięsa, nie możemy wyzbyć się wobec niej sympatii.
    Trzymając się tematyki mutantów, swe kroki skierowałem do nietypowej mieściny - Broken Hills. Pierwsza próba mutanta Marcusa utworzenia miejsca dla wszystkich ras i mutacji, miejsca gdzie wszyscy mieli funkcjonować razem w zgodzie, niestety zakończona niepełnym powodzeniem ze względu na wysoki poziom nieufności pomiędzy mieszkańcami różnych ras. Oczywiście obowiązkowo muszę wspomnieć o możliwości dołączenia do swojej drużyny Supermutanta - wspomnianego wcześniej Marcusa.
    Z rozczarowaniem przyjąłem wiadomość po ukończeniu gry, że zasoby kopalni w Broken Hills uległy wyczerpaniu, a miasto umarło śmiercią naturalną. Nie podobało mi się to tym bardziej, że istniało wiele mieścin nie mających dostępu do żadnych zasobów, które przetrwały z powodzeniem ze względu na prostą ideę, którą kierowali się mieszkańcy - w grupie łatwiej przetrwać. Miasto służące tylko i wyłącznie jako azyl dla pragnących żyć w pokoju mutantów ma wystarczające powody do istnienia samo w sobie.
    Następnym krokiem naszej wędrówki jest New California Republic, miasto (a raczej państwo) które powstało na bazie znanego z pierwszej części gry Shady Sands. NCR konkuruje z rodzinami z New Reno o władzę w tym regionie USA. Mamy możliwość udzielenia znacznego wsparcia Republice Nowej Kalifornii w osiągnięciu tego celu. Na tym etapie serii nie jesteśmy jeszcze świadomi (przynajmniej ja nie byłem) potencjału, jaki posiada ta inicjatywa. Dość powiedzieć, że w najnowszej części serii Fallout New Vegas NCR jest jedną z dwóch największych frakcji w całych Stanach. Wykonując zadanie dla prezydent NCR, nasze kroki kierują się do znanego z pierwszej części Vault 15, tym razem oczyszczonego i odnowionego przez bandytów, którzy się w nim zalęgli. Wtedy też w jednym z komputerów poznajemy lokację stanowiącą obecnie główny cel naszej gry - Vault 13.
    Vault 13 tym razem jest jedną z najbardziej interesujących lokacji w całej grze, ze względu na nietypowych mieszkańców - inteligentne Szpony Smierci. Z wielkim żalem przyjąłem później informację, że zostały wybite co do jednego przez Enklawę. Mam wielki sentyment w grach do wszelkich inteligentnych ras nie-ludzkich. Na pocieszenie może nam służyć fakt, że jeden ze Szponów - Goris - znajdował się w czasie holocaustu jego rasy poza kryptą i w związku z tym uszedł z tego z życiem. Możemy go dołączyć do swojej drużyny (Najpierw Supermutant, teraz Szpon Smierci... coraz bardziej kozacko się robi).
    Po naprawieniu komputera dla Szponów, zdobywamy upragniony G.E.C.K. tylko po to, by dowiedzieć się, że mieszkańcy naszej wioski zostali porwani przez złowrogą Enklawę. Naszym następnym celem jest dotarcie do ich głównej siedziby w tym rejonie USA, znajdującej się daleko od lądu na zachodzie. Musimy w tym celu uczynić znajdujący się w San Francisco tankowiec ponownie operacyjnym. Konieczna jest dodatkowa wizyta w Nevarro (Które tym razem wyczyszczam z wszystkiego co się rusza, tak profilaktycznie. Oczywiście wszystko gołymi pięściami, ale tym razem już w pancerzu wspomaganym) w celu zdobycia części do komputera nawigacyjnego (albo coś innego, nie pamiętam dokładnie).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Gdy już wszystko załatwimy i dotrzemy do wspomnianej bazy Enklawy, mamy za zadanie uwolnić swoich ludzi i puścić ją z dymem. Dowiadujemy się o projekcie mającym na celu wyeliminowanie wszystkich mutantów na całej planecie za pomocą zmodyfikowanego wirusa FEV. Siedziba Enklawy jest zaawansowana technologicznie i robi niemałe wrażenie. Rozczarowujący jest natomiast dialog z głównym naukowcem odpowiedzialnym za rozwój wirusa - nie będę wnikał w szczegóły, w każdym razie człowiek, który poświęcił wiele lat swojego życia dla tego projektu i nie miał ani krzty wątpliwości wobec eliminacji wszystkich zmutowanych form życia daje się zadziwiająco łatwo przekonać do porzucenia projektu i zniszczenia całej bazy. Argument stosowany przez głównego bohatera jest po prostu śmieszny i stawia pod znakiem zapytania zarzuty zatwardziałych fanów serii, że poziom dialogów w F3 uległ obniżeniu w stosunku do F2 i F1, gdyż jeśli ktoś pamięta takie kwiatki to wie, że żadna część gry nie była doskonała pod tym względem.
    Po uruchomieniu procesu opóźnionej detonacji bazy, mamy możliwość przeprogramowania jej systemów obronnych, a także przekonania sierżanta oddziału stojącego przy wyjściu aby razem z nami stawił czoła głównemu bossowi tej części gry - Frankowi Horriganowi. Jest to potężny supermutant w pancerzu wspomaganym, jednak nie stanowi zbyt dużego wyzwania jeśli uzyskamy wspomniane wcześniej wsparcie.
    To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wrażenia z drugą częścią Fallouta. Następnym razem opowiem o spin-offie, Fallout Tactics.
  11. Lord Nargogh
    Zbierałem się od pewnego czasu do wykonania pewnych przemyśleń na ten temat, a tak się dzisiaj złożyło, że przeczytałem artykuł w 'Angorze' który dostarczył mi dodatkowego natchnienia i ciekawych liczb (i informacji), które mogę zawrzeć w tym wpisie.
    Artykuł był autorstwa pana Leszka Szymanowskiego. I moim zdaniem ten pan się nie popisał.
    Lenistwo urzędników Ministerstwa Infrastruktury nie jest jedyną przyczyną katastrofalnych opóźnień w przygotowaniu Polski do Euro 2012. Z protokołów NIK (...) wynika, że równie ważnym powodem tej sytuacji jest fatalny sposób gospodarowania publicznymi pieniędzmi przeznaczonymi na modernizację dróg.
    7,3 mln zł - taką kwotę w 2010 roku wyda warmińsko-mazurska policja na sprzęt do ścigania kierowców łamiących przepisy ruchu drogowego. (...) Z budżetu warmińsko-mazurskiej policji na te kontrowersyjne zakupy przeznaczone zostanie niecałe 1,5 mln zł. Resztę - prawie 5,9 mln zł wyłoży Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego.
    Istotne moim zdaniem informacje pogrubiłem.
    Zacznijmy od tego, że autor artykułu jest bardzo negatywnie nastawiony do pomysłu zakupu tego sprzętu (na który składają się m.in. fotoradary). Ogólnie próbuje wykazać że zakup kilkudziesięciu fotoradarów spowoduje znaczne opóźnienie prac nad rozbudową dróg w Polsce, co ma jego zdaniem spowodować, że Polska nie zdąży ich przygotować na Euro 2012. To, że nie zdąży jest akurat prawdą, ale fotoradary nie mają nic do tego.
    Autor pozwala sobie na manipulowanie faktami, co może sprawić że nieuważny czytelnik nabierze błędnych przekonań. Dowód mamy już w pierwszym akapicie, później wyjaśnię dokładniej o co mi chodzi, ale najpierw zacytuję nieco więcej tekstu:
    'Angora' i Onet.pl spróbowały policzyć, ile publicznych pieniędzy zostanie w 2010 roku wydanych na fotoradary. (...) Udało nam się ustalić, że w województwie warmińsko-mazurskim, oprócz zakupów Komendy Wojewódzkiej Policji, gminy, powiaty i urząd wojewódzki wydadzą dodatkowo 1,1 mln zł na fotoradary, które staną przy najważniejszych drogach (...). Daje to więc 8,6 mln zł wydanych na ten cel. Przyjęliśmy optymistycznie, że przeciętne polskie województwo wyda na te urządzenia tylko połowę tej kwoty. W Polsce mamy 16 województw. Oznacza to, że w 2010 roku na fotoradary zostanie przeznaczonych ok. 70 mln zł. Jeśli przyjąć, że tyle samo pieniędzy inwestowano w ten sprzęt w ciągu ostatnich lat, wychodzi, że w latach 2007-2010 wydatki na sprzęt do karania kierowców zamkną się w kwocie ok. 280 mln zł. Za te pieniądze można byłoby zbudować przynajmniej kilkanaście kilometrów nowoczesnej autostrady (...).
    Co ciekawe: zakupy fotoradarów dla organizacji turnieju nie mają żadnego znaczenia (...).
    Tyle tekstu wystarczy, bym mógł przedstawić swój punkt widzenia.
    Jawna manipulacja faktami - pozwolę sobie samemu dokonać pewnych rachunków w oparciu o informacje i liczby zawarte w tym artykule.
    Na początku mamy informację, że warmińsko-mazurska policja wyda na ten zbożny cel 7,3 mln zł, z czego z naszego budżetu pójdzie na to 1,5 mln zł - resztę pieniędzy dokłada Unia Europejska i to dokładnie dla zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Czytaj: gdyby nie te zainwestowane 1,5 mln zł, to pozostałych 5,9 nie ujrzelibyśmy na oczy (Ogólnie wprawny czytelnik zauważy że 1,5 + 5,9 = 7,4, ale ufajmy w matematykę dziennikarzy). Te pieniądze nie poszłyby wówczas na budowę autostrad. One poszłyby się za przeproszeniem walić.
    Liczymy dalej - załóżmy że powiaty, gminy i cała reszta dopłacą te 1,1 mln zł z własnych budżetów, nie korzystając z unijnego wsparcia. 1,5+1,1=2,6 mln zł. Zakładamy optymistycznie że każde województwo wyda tylko połowę tej kwoty. Oznacza to, że według takiego rachunku w 2010 roku na fotoradary przeznaczone zostanie ok. 22,1 mln zł. Jeśli przyjąć, że tyle samo pieniędzy inwestowano w ten sprzęt w ciągu ostatnich lat (co jest bzdurą, bo od dawien dawna dziennikarze sami marudzą że wydaje się na ten cel coraz więcej pieniędzy, zatem - kiedyś wydawano mniej) wyjdzie nam, że wydatki na sprzęt do karania kierowców zamkną się w kwocie ok. 88,4 mln zł.
    88,4 mln zł =/= 280 mln zł.
    Sami widzicie, że coś tu śmierdzi.
    Ale idziemy dalej. Za tą szaloną kwotę pieniędzy możnaby wybudować... kilkaset metrów nowoczesnej autostrady.
    Noż niech to licho, z powodu tych kilkuset metrów nie zdążymy na Euro 2012!
    Jeszcze dodam, że niżej w artykule napisano że w 2009 roku do kasy Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego z tytułu mandatów wpłynęło 80 mln zł, co oznacza że te fotoradary same siebie sfinansowały i zwróciły już dawno temu.
    Ale populistyczny artykuł napisać trzeba, w końcu w jakiś sposób należy przyciągnąc czytelników.
    To tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do tematu poruszonego w nazwie wpisu - skoro te fotoradary tak ładnie zarabiają pieniążki, to chyba oczywiste że buduje się je nie z powodu bezpieczeństwa, a celem wyciągnięcia od kierowców kasy, prawda?
    A figa!
    Pisałem już kiedyś że kluczem do bezpieczeństwa na drodze jest jazda z przepisową prędkością. Podczas zamieci śnieżnej mieliśmy tego perfekcyjny dowód - śliska i niewiarygodnie niebezpieczna nawierzchnia zmusiła kierowców do przepisowej jazdy. I co się stało? Liczba wypadków zmalała, co jest doskonałym dowodem na to, że jakość nawierzchni nie ma tu prawie nic do rzeczy, a najważniejsza jest jazda ze stosowną prędkością.
    Poza tym zadam bardzo proste pytanie - skoro te fotoradary mają trzepać kasę, to czemu są tak doskonale widoczne i w dodatku kilkaset metrów przed nimi znajduje się specjalny znak drogowy informujący o ich obecności? Przecież w 'interesie' zarobku policjantów byłoby raczej to, żeby kierowcy byli kasowani z zaskoczenia, nie będąc świadomymi obecności radaru, prawda?
    Ponownie a figa, bo tu rozchodzi się przede wszystkim o bezpieczeństwo. Ponieważ zwykłe prośby i kodeks drogowy nie wystarczyły by skłonić kierowców do przepisowej jazdy, próbuje się to zrobić metodą strachu przed mandatem - kierowca ma się wystraszyć fotoradaru, który skontroluje jego prędkość za kilkaset metrów i w związku z tym zwolnić, by przejechać wolniej obok tej szkoły czy wioski, przy której się ten radar znajduje. I zwiększyć bezpieczeństwo na drodze.
    Jednak przyznać muszę, że wlepianie mandatów z powodu przekroczenia prędkości przyłapanej fotoradarem mi się nie podoba. Moim zdaniem kierowcom powinno się od razu odbierać prawo jazdy za taki wyczyn. Dlaczego tak sądzę? Ano dlatego, że taki człowiek stanowi poważne zagrożenie dla otoczenia i siebie samego nie tylko z powodu jazdy z nadmierną prędkością, ale i zwykłej ślepoty. Nie widzi znaku drogowego który ma go ustrzec przed przyłapaniem przez fotoradar i jedzie dalej jak gdyby nigdy nic. Znaki z ograniczeniem prędkości i obszarem zabudowanym też są dla niego niewidzialne.
    Skoro nie widzi tylu znaków, to skąd pewność że w ogóle jakiekolwiek widzi? Co jeśli w pewnym miejscu nie zobaczy znaku ostrzegającego przed przepaścią, rzeką, jeziorem, placem budowy, zakazem wjazdu (bo załóżmy że tam zaczyna się droga jednokierunkowa z ruchem w przeciwną stronę) i pojedzie sobie pod prąd jak gdyby nigdy nic? A co jeśli nie widzi jednego z najważniejszych istniejacych znaków drogowych; mianowicie 'ustąp pierwszeństwa'? Taki człowiek jest kompletnie niezdolny do prowadzenia pojazdu samochodowego!
    Nieodpowiedzialność, głupotę i zwykłe draństwo należy karać. Dlatego uważam, że fotoradary powinny znajdować się co 100 metrów.
    I nie znoszę artykułów w gazetach, które manipulują faktami i rzucają populistyczne hasełka, na które przeciętny niemyślący zjadacz chleba jest bardzo podatny.
    Rzekłem.
    Howgh.
  12. Lord Nargogh
    Ostatni wpis jaki wykonałem na blogu zawierał falę żółci wylaną na... hmm... (skoro nie gatunek, to może...) kategorię 'indie', na skutek srogiego rozczarowania kaszanką Botaniculą zwaną. W międzyczasie pograłem także w Magickę i Mutant Mudds, ale uznałem je obie za okrutnie przeciętne (nie są złe, ale nie są też... dobre). Nic nie wskazywało zatem, żebym zmienił zdanie na temat indie, ale zdecydowałem się zagrać w kolejny zakupiony w promocyjnym pakiecie na gog-u tytuł: Trine.
    I jestem zachwycony. Z żadnej strony nie wieje prymitywizm, prostota i tępota rozgrywki, o jakie czepiałem się Botaniculi. Gdyby ktoś mi nie powiedział że ta gra jest indie, to uznałbym raczej że została wykonana na standardowym budżecie wielkiej korporacji. Grałem na razie może pół godziny, ale zabawa jest przednia i już sobie ostrzę pazurki na drugą część serii.
  13. Lord Nargogh
    Pobawimy się dzisiaj w fajną grę.
    Jak zapewne część z Was wie, studiuję sobie spokojnie na kierunku Fizyka Techniczna. Czy jest mi tam dobrze, pozwolę sobie zachować dla siebie *Lord mruczy coś pod nosem o oszukaniu go propagandą przy rekrutacji, złamanych marzeniach i niekompetencji*.
    Mam na tym kierunku wiele interesujących przedmiotów. To znaczy ich nazwy brzmią interesująco, z treścią bywa już różnie.
    Ech... o czym tam miałem...? Ach, już wiem! Zabawa!
    No więc zabawa polegać ma na tym, że ja Wam napiszę kilka przykładowych informacji, jakie zdobywam na wykładzie z danego przedmiotu, a Wy będziecie próbowali zgadnąć o jaki przedmiot chodzi. Proste, nie?
    Gotowi? No to jedziemy!


    >>>Przedmiot 1<<<

    Pamiętam, jak w latach 80. miałem kalkulator marki Texas z kalendarzem Judejskim. To było wtedy coś!
    Wiecie, jak to się chodziło z dziewczynami na potańcówki? <Tu wstaw pustą, nudną gadkę-szmatkę na ten temat>
    Wiecie, jak się poluje w lesie na dzika? Jak należy do niego strzelać?
    Uran wzbogaca się w identyczny sposób jak robi się śmietanę na wsi.
    A teraz podajcie swój typ przedmiotu. Już? W takim razie oto odpowiedź:
    Tym razem było dość łatwo, ale przejdźmy dalej:


    >>>Przedmiot 2<<<

    <Tu wstaw długą przemowę na temat prohibicji w Szwecji i o tym jak tamtejsi ludzie przyjeżdżają do Europy narobić sobie zapasów alkoholu>
    <Tu wstaw równie długą przemowę na temat Szwedów - jacy są wspaniale zahartowani i jak potrafią się kąpać w morzu nawet w zimie>
    Pracował taki przez jakieś 20 lat i potem wydaje mu się że emerytura albo renta należy mu się jak psu zupa.
    A uczyli Was jak powinno się list składać i zasłaniać twarz przy kichaniu? Nie? <Tu wstaw identycznie długą przemowę na ten właśnie temat z bogatym wyjaśnieniem tych umiejętności>.
    Ta kreda jest beznadziejna. Wcześniej była lepsza, ale każdy musi wymyślić coś własnego. <Tu wstaw dość długie narzekanie na jakość kredy, ból palców na skutek pisania nią po tablicy, jej kiepską widoczność etc>.
    <Przemowa na temat krojenia chleba i pomidora>
    <Długa opowieść o jego znajomym, który zrobił sobie Bypassy a potem zmarł>
    <Jeszcze dłuższa opowieść o wadach konstrukcyjnych samolotów radzieckich>
    Tym razem były to
    .
    Tyle chyba wystarczy, żebym mógł przedstawić swój punkt widzenia.
    Jestem wkurzony, bardzo wkurzony. Poszedłem na studia na których muszę spędzać dziesiątki godzin na wysłuchiwaniu narzekań ludzi przechodzących kryzys wieku starszego. Powyższe przykłady nie są ani trochę przesadzone - całe wykłady z większości przedmiotów zlatują nam w ten sposób.
    A potem nadchodzi sesja i okazuje się że na wykładach przerobiliśmy NIEWYOBRAŻALNIE dużo materiału. I musimy to nadrobić we własnym zakresie.
    I jak to się kończy? Kończy się albo zrobieniem ogromnych, gigantycznych ściąg albo wyuczeniem się pojęć z książek i z internetu (w notatkach nic nie ma, chociaż notuje się wszystko z wykładu!) bez cienia zrozumienia, czego mogą dotyczyć.
    Ale to nie wszystko. To tylko jedna odmiana wykładowców - Profesorowie Dygresje.
    Są jeszcze Profesorowie Zapierniczają że w Pale się nie Mieści.
    Dostali do rąk cudo współczesnej technologii - rzutnik umożliwiający przedstawianie prezentacji w PowerPoincie. I pilocik do przeskakiwania slajdów. Bardzo miła zabaweczka.
    Kto by pomyślał, że umożliwia przelatywanie prezentacji z prędkością 80 slajdów na sekundę? Tak to właśnie wygląda. Cała prezentacja ma jakieś 40 stron, ale co z tego skoro żadnej z nich nie możemy zobaczyć dłużej za jednym ciągiem niż kilka sekund? *3 slajdy do przodu* *2 do tyłu* *8 do przodu* *5 do tył* i tak na okrągło. Na wielu przedmiotach nie zdążę nawet sięgnąć po długopis, zanim wskakuje następny slajd, a wykładowca mówi sobie o czymś zupełnie innym, nie mającym większego znaczenia. A potem jest zdziwienie na laboratoriach/kolokwiach - 'Nie chodził pan na wykłady, że nie zna pan tamtego wzoru?'
    Mam na poważnie dość tych studiów. Po prawie dwóch latach studiowania mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że nie nauczyłem się do tej pory niczego co mogłoby mnie kwalifikować do otrzymania tytułu inżyniera. Ale tytuł ten zdobędę.
    I będę inżynierem, który nic nie potrafi. A nawet jeśli nauczę się czegokolwiek, zrobię to absolutnie sam.
    A potem wykładowcy będą marudzić na umiejętności współczesnych inżynierów. Będą marudzić przed kolejnym pokoleniem inżynierów. Będą marudzić przed ludźmi, których takimi właśnie beznadziejnymi inżynierami uczynią.
  14. Lord Nargogh
    ...Rest in PiS.
    Nie podobał mi się żaden ze startujących w wyborach kandydatów. Moim prywatnym kandydatem był Radosław Sikorski, którego nie dopuszczono do głosowania, ale w sumie to wyszło to Polsce na dobre, bo po Smoleńsku nie miałby z Jarczysławem żadnych szans.
    Ogólnie nie ruszyłby mnie tak wysoki wynik wyborczy Kaczyńskiego, gdyby nie ten przeklęty Smoleńsk. Jestem przekonany, że miałby dużo, naprawdę DUŻO mniejsze poparcie wyborców, gdyby jego brat nie zginął w jednej z najgłupszych katastrof lotniczych w historii*. I to mi się nie podoba - głosowanie pod wpływem emocji.
    Myślę, że wbrew pozorom porażka w tych wyborach prezydenckich będzie gwoździem do trumny PiSu. Ludzie ochłoną po tragedii, a Jarosław wróci do dawnego języka pomówień i oszczerstw, tracąc tym samym wielu z nowozyskanych wyborców. A poza tym moherowe berety zwyczajnie powymierają ze starości. Nie wspominając już o malejącej sile Kościoła w Polsce.
    Jest jedna możliwość, w której PiS może powrócić na prowadzenie - jeśli Platforma schrzani i zaprzepaści szanse, jakie dają jej większość w sejmie i fotel władzy wykonawczej w Polsce. Mogą także dobrze je wykorzystać i poświęcić swoje poparcie na rzecz wykonania trudnych, niepopularnych a zarazem niezbędnych dla dobra kraju reform.
    To tyle. Prywatnie nie lubię Bronisława Komorowskiego, ale Jarosława Kaczyńskiego nie cierpię, w związku z tym dla mnie wygrana Bronka nie jest żadnym powodem do radości - raczej porażka Jarosława.
    * - no offence dla ofiar i ich rodzin - ale ta tragedia miała miejsce z powodu tylu debilnych zaniedbań, że ten samolot aż się prosił o twarde lądowanie. Co oczywiście nie zmienia faktu że ofiary (a przynamniej niemal wszystkie ofiary) nie są temu winne.
    PS: Wracam do pisania bloga po rozpoczęciu wakacji. Ostatnio zaniedbywałem to miejsce i najwyższy czas to zmienić - już dziś wieczorem postaram się zamieścić kolejną naukową ciekawostkę.
  15. Lord Nargogh
    Dzisiaj wyłamię się od publikowania relacji ze swojej szkoły letniej, bowiem przeczytałem dziś news, który natchnął mnie do ponarzekania na zjawisko, które irytuje mnie od dawna; mianowicie manipulowanie ludźmi za pomocą wyników sondaży.

    Gadu-gadu (czyli właściwie Onet) robi to za pomocą swoich newsów bezustannie.
    Na przykład: Zapytano Polaków o zdanie w sprawie czy powinno się zdelegalizować batony czekoladowe, które jak podejrzewają naukowcy mogą powodować niespodziewany wzrost potencji;
    za zdelegalizowaniem batoników opowiedziało się 25,7% respondentów;
    25,3% jest przeciwko delegalizacji;
    22% uważa, że batony powinny być refundowane przez NFZ;
    14% sądzi, że potrzebnych jest więcej badań naukowych;
    13% jest zdenerwowana faktem, że rząd zajmuje się tak błahymi sprawami.
    NOTORYCZNIE też zdarza się, że suma głosów daleko wykracza ponad 100%. Przypadek? Śmiem wątpić.
    Ale wracając do tematu. Jakie są wyniki sondażu, każdy widzi. Interesująca część zaczyna się w momencie, gdy ten niesławny onet czy jakakolwiek inna strona próbuje nam tej wyniki sprzedać i wmówić, że białe jest czarne. Nagłówek całego newsa (i jego wydźwięk) brzmi zazwyczaj na przykład: 'Polacy za zdelegalizowaniem batonów!' - a przecież jest to przysłowiowa [beeep] prawda.
    Zacznijmy od tego, że owszem - najwięcej procent uzbierała odpowiedź wypowiadająca się 'za' zdelegalizowaniem batonów. Ale tuż zaraz za nią znajduje się kolejna, o zupełnie przeciwnym wydźwięku! W dodatku gdyby dodać do siebie pozostałe wyniki, które w końcu jakby nie patrzeć NIE SĄ za delegalizacją - to otrzymamy, że 25,7% Polaków chce delegalizacji batonów, a 74,3% jest jej (przynajmniej na dzień dzisiejszy) przeciwna.
    Większość ludzi nie dostrzeże tej różnicy. Jest to paskudna i perfidna manipulacja, którą obserwuję w mediach coraz częściej.
    Morał z dzisiejszego wpisu jest więc prosty - nie dajcie sobą zmanipulować i sami analizujcie liczby, które się Wam podaje.
    PS: Do napisania dzisiejszego wpisu natchnął mnie
    TEN news. Nie podano nawet wszystkich wyników (suma głosów jest znacznie niższa niż 100%), ale z tych podanych można śmiało wyliczyć, żew 66,3% respondentów jest przeciwna wydaleniu Palikota z partii, a już co najmniej ich ta sprawa w ogóle nie obchodzi (więc nie mogą być zarazem ZA wydaleniem). Żadnego znaku zapytania, po prostu oznajmienie faktu, że Polacy są za wydaleniem Palikota. Czego sondaż sam w sobie jest zaprzeczeniem.
  16. Lord Nargogh
    Dzisiaj będzie krótko i zwięźle:
    http://www.gadu-gadu.pl/przelomowe-odkryci...utm_medium=main
    CYTAT
    Złe podłączenie między (odbiornikiem) GPS a komputerem jest bez wątpienia źródłem błędu - napisał magazyn "Science".
    I TOLD YOU SO, I TOLD YOU SO, I TOLD YOU SO.
    A NIE MÓWIŁEM? A NIE MÓWIŁEM? A NIE MÓWIŁEM?
    Wstyd, panowie profesjonalni naukowcy, wstyd. Przy takim sprzęcie popełnić taką porażkę i jeszcze rozdmuchać ją na cały świat. Mamy tu kandydatów do antynobli w tym roku
  17. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy zdecydowałem się na powrócenie do jednego ze swoich ulubionych tytułów, który w dodatku przez wielu uznawany jest za jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą) gier cRPG, jakie kiedykolwiek się ukazały.
    Nie będę tutaj recenzował tej gry, napiszę tylko że posiada ona całe mnóstwo sekretów, ciekawostek i smaczków, które bardzo łatwo przegapić w natłoku wielu ciekawych zadań i fabuły. Zdecydowałem się tym razem notować każdą rzecz, którą uznam za ciekawą. Kto wie, może ktoś wyniesie z tego jakiś pożytek? A nawet jeśli nie, to zrobię tą listę dla siebie, żeby móc później sobie powspominać.
    W północno-wschodniej części Ula (tam, gdzie jest Kostnica) znajduje się wielki, obsydianowy kamień, na którym zapisywane są imiona ludzi, którzy zmarli. Możemy na nim pogrzebać pewne miasto (jest to związane z pewnym zadaniem), ale także spróbować czegoś innego. Mianowicie obok kamienia stoi pewien mężczyzna, który z zainteresowaniem obserwuje jakie imiona codziennie pojawiają się na ścianach kamienia. Podczas rozmowy z nim możemy się dowiedzieć o tym, że jego marzeniem jest by po jego śmierci kamień złamał się wpół po napisaniu na nim jego imienia. Co w związku z tym możemy zrobić? Otóż możemy go zabić i sprawdzić czy tak się stanie w istocie.
    Kręci się tam też kobieta imieniem Ingressa, z którą związane jest ciekawe zadanie. Możemy porozmawiać z Kandrianem w Gospodzie pod Gorejącym Człekiem, by pomógł jej wrócić do domu. Po wszystkim dostaniemy w nagrodę 'Zęby Ingressy', doskonałą broń dla Mortego, która może zmieniać rodzaje zadawanych obrażeń a ponadto rozwija się razem z Mortem, gdy ten awansuje.
    W okolicy ponadto znajduje się Starsza Mieszkanka Ula. Podczas rozmowy z nią można wysłuchać kilku naprawdę ciekawych rzeczy o poszukiwaczach przygód. Ta postać ogólnie jest satyrą z typowych zadań i postaci z RPGów.
    W południowo-zachodniej części Ula znajduje się mężczyzna o imieniu Śmierdziwiatr. Związane z nim są dwie ciekawe sprawy; podczas rozmowy z nim niejednokrotnie przekonamy się że jest Absolutnym Mistrzem Pierda, w czym utwierdzać nas będa soczyste opisy jego czynności wiatrowych. Poza tym Śmierdziwiatr jest źródłem wielu ciekawych opowieści, które możemy usłyszeć za jedyne 3 miedziaki każda.
    W całym Ulu można znaleźć mnóstwo kobiet zajmujących się najstarszym zawodem świata, zwanych Ladacznicami. Po przeprowadzeniu rozmowy z jedną z nich, jeśli Morte jest w drużynie, to poprosi abyśmy wykupili mu nieco czasu z którąś z tych dzierlatek. Gra nie przewiduje możliwości przychylenia się do jego prośby, można mu odmówić grzecznie albo niegrzecznie dla Ladacznicy. W przypadku wybrania niegrzecznego wariantu, Mortemu rozwinie się umiejętność 'Litania Przekleństw', która doskonale się sprawdza przeciwko rozmaitym czarodziejom i nie tylko.
    Arsenał wulgaryzmów Mortego można rozszerzyć także podczas wykonywania zadań dla Kradoka i w przybytku Uciech Intelektualnych Nie-Sławy.
    W Gospodzie pod Gorejącym Człekiem spotkać możemy postać o wiele mówiącym imieniu 'O'. Po krótkiej rozmowie z nim możemy zapytać go o sekrety istnienia. Wówczas O ukaże nam niezwykłą wizję wielu światów, po której on sam zniknie, a nasza mądrość wzrośnie na stałe o 1.
    W tej samej gospodzie możemy odkupić od karczmarza oko jednego z naszych poprzednich wcieleń i podmienić je z naszym własnym, o ile posiadamy wystarczającą ilość punktów życia (w przeciwnym razie to się może skończyć naszą śmiercią). Odzyskamy wówczas nieco wspomnień.
    Będąc magiem i mając w drużynie Dak'kona możemy go poprosić o wyszkolenie w zakresie Sztuki. Wówczas rozpoczniemy poznawanie i poszukiwanie zrozumienia Nieprzerwanego Kręgu Zerthimona. Wymaga to bardzo wysokiej inteligencji i mądrości, ale jest bardzo opłacalne - każdy kolejny obalony 'krąg' zapewni nam dodatkowe zaklęcie, doświadczenie i bardzo ciekawą opowieść o losach Ludu. W pewnym momencie możemy zabić ćwieka Dak'konowi i poznać Krąg dogłębniej niż on sam.
    W salonie tatuażu Upadłego możemy poprosić Dak'kona o tłumaczenie tego, co Upadły mówi. Najlepiej zrobić to już po wyuczeniu się rebusowego języka Dabusów. Wówczas przekonamy się, że Dak'kon nas okłamuje i będziemy mogli mu to wygarnąć. Możemy to zrobić po tym, jak znajdziemy w katakumbach odcięte ramię jednej ze swoich poprzednich inkarnacji.
    Ogólnie Dak'kon jest bardzo ciekawą postacią z którą związane jest bardzo dużo opowieści, których pozwolę sobie tutaj nie zamieszczać by nie psuć Wam przyjemności poznania ich osobiście.
    W Alei Niebezpiecznych Węgłów możemy dołączyć do grona Apostołów Aoskara - boga portali a zarazem wroga Pani Bólu. Zanim jednak to uczynimy, powinniśmy odłączyć z drużyny wszystkich jej członków, w przeciwnym razie bezpowrotnie ich utracimy. Po wyjściu z ruin katedry Aoskara uruchomi się filmik, w którym ujrzymy jak Pani Bólu zbliża się do Bezimiennego. Po chwili przeniesie nas ona do jednego ze swoich labiryntów, w dodatku okaże się, że do takiego, w którym było już jakieś nasze poprzednie wcielenie. Możemy w nim znaleźć potężny magiczny młot a także nasz stary dziennik, który pozwoli jeszcze lepiej poznać naszą historię. Sposobu na wyjście z labiryntu Wam nie zdradzę, by nie psuć zabawy. Dodam tylko że można do niego trafić jeszcze w inny sposób - wystarczy jakoś obrazić Panią Bólu, a jak to zrobić to już pozostawiam Waszej wyobraźni.
    Myślę, że na dzisiaj tyle wystarczy. Lista będzie się rozrastała wraz z kolejnymi postępami, jakich będę dokonywał w grze.
  18. Lord Nargogh
    Spokojnie siedząc przy komputerze i męcząc swojego druida w NWN2 przypadkowo usłyszałem fragment informacji z jakiegoś dziennika. Chodziło o stypendia motywujące dla przyszłych studentów na uczelniach technicznych. Potem jakaś miła pani profesor jeszcze stwierdziła że ludzie unikają studiów inżynierskich, bo matematyka ich przeraża - a tu przecież nie ma się czego bać, matematyka jest taka prosta, oni ich wszystkiego nauczą!
    ... i się zagotowałem. Bullshit, bullshit, jeszcze raz bullshit! Komu oni chcą kit wcisnąć? Co to za polityka? Idziemy na ilość, a nie na jakość? To mało mamy już studentów którzy nie potrafią przebrnąć przez pierwszy semestr studiów?
    Ale po kolei (to chyba najczęściej pojawiający się zwrot na moim blogu).
    Po pierwsze, matematyka nie jest prosta. Trudna tez nie jest, ale prosta tym bardziej. Matematyka to po prostu przedmiot który wymaga od człowieka niebywałego talentu lub pracowitości. Jeśli ktoś miał problemy z matematyką na poziomie liceum, to na studiach technicznych NIE MA CZEGO SZUKAĆ!* Wbrew temu co się opowiada w czasie rekrutacji, matematyki trzeba się uczyć bardzo dużo. Samemu. Bez pomocy profesorów i doktorów. Oni jedynie nakreślą Ci podstawy na wykładzie, potem pokażą kilka prostych bądź nawet trudniejszych zadań na ćwiczeniach - i koniec. Cała reszta w Twoich rękach. Albo przysiądziesz w domu i policzysz kupę zadań z matematyki sam, albo nie zdasz, bądź zdasz nieuczciwie, nic nie potrafiąc, o żałosnej ocenie nie wspominając.
    Zajęcia wyrównawcze z matematyki zwykle są, ale to, co prezentują to śmiech na sali. Nie słyszałem jeszcze o przypadku matematycznego beztalencia, który by się na nich czegoś nauczył, a pozostali, którzy coś potrafią - zwyczajnie się na takich zajęciach nudzą.
    Po drugie, co to za motywacja dla studentów? Kasa za pójście na studia? Toż to jest prostytucja edukacyjna! Mamy mieć inżynierów i naukowców którzy poszli jedynie za kasą, nie darząc przedmiotów na swoich studiach najmniejszym zainteresowaniem? Ktoś, kto coś potrafi z przedmiotów ścisłych i w dodatku za nimi przepada, i tak pójdzie na studia.
    A jeśli mamy do czynienia z osobą, która nie dość że nic nie potrafi, to jeszcze nie prezentuje najmniejszego zainteresowania tym, żeby się czegoś nauczyć - to dla dobra wszystkich najlepiej będzie jeśli zrezygnuje z wyższego wykształcenia i nie będzie okradać państwa swoim lenistwem i nieudolnością.
    W jaki sposób taka osoba okrada państwo? A w taki, że udając się na studia dzienne nic za te studia nie musi płacić, bo państwo pokrywa wszelkie koszty, jakie ponosi uczelnia. Państwo płaci uczelni, żeby zainwestować w obywatela, który zdobędzie wyższe wykształcenie i jako "inwestycja" w przyszłości zaprocentuje. Człowiek, który wylatuje ze studiów w dowolnym momencie - na przykład po dwóch latach - oznacza że nasze państwo przez dwa lata wyrzucało na niego pieniądze, ktorych nigdy nie odzyska.
    Po trzecie - co tak nagle wzięło wszystkich żeby promować studia techniczne? Czy naprawdę komuś wydaje się że jeśli jakiś człowiek aż do zdania matury nie przejawiał żadnych "ścisłych" tendencji ani talentów, to nagle jak mu się obieca złote góry to okaże się być doskonałym naukowcem? A g.... prawda, to będzie kolejny owsik na edukacyjnej (_!_), jaką stanowi nasze państwo.
    Nie ilość, a jakość. Jeden utalentowany, dobrze wyuczony inżynier z pasją jest wart znacznie więcej niż dziesięciu "parobków" z dyplomem uczelni wyższej, którzy ukończyli ją tylko za pomocą cudu.
    Dlaczego tak mnie to wszystko irytuje? Bo wnerwia mnie że ze świecą trzeba szukać na studiach ludzi, z którymi można na poziomie przeprowadzić akademicką dyskusję na jakikolwiek temat. Chcesz pogadać o fizyce? "Chyba cie po......!" Co z tego że studiujesz dokładnie ten kierunek? Lepiej pogadać o tym, ile się wymiotowało na ostatniej imprezie.
    Ja nie chcę takich kolegów na roku. Ja nie chcę takich inżynierów. Nie chcę żyć w kraju, który daje dyplomy uczelni wyższej ludziom, których edukacja powinna się zatrzymać na poziomie gimnazjum.
    *- chyba że taki "ktoś" jest zainteresowany albo wyleceniem ze studiów przed pierwszą sesją, albo przebrnięciem przez nie dzięki cwaniactwu i oszukiwaniu - i w rezultacie zostaniu żałosnym inzynierem, który nic nie potrafi i stanowi zagrożenie dla życia i mienia ludzi, dla których kiedyś będzie pracował.
  19. Lord Nargogh
    Szczerze powiedziawszy, temat jest bardzo trudny, ale ten blog nie ma służyć za uniwersytecką encyklopedię dla studentów nauk ścisłych, ma raczej na celu pokazać zwykłym, nieinteresującym się na codzień fizyką śmiertelnikom, że można o trudnych zjawiskach mówić w sposób prosty, a także być może ciekawy. Nie będę ukrywał, że jako osoba zainteresowana tematem fizyki uznaję program nauczania na każdym etapie (od podstawówki, przez gimnazjum i liceum, po studia specjalistyczne) za źle sformułowany i zniechęcający do tematu. Czytaj: tak, to jest nudne i trudne nie tylko dla humanistów (jeśli źle przeprowadzone). Ale jak powiedział kredens do szafy, przejdźmy do rzeczy.
    Na początek zadajmy sobie dwa pytania: Czym jest światło? Czym jest materia?
    Uczeni dość mocno interesowali się tymi kwestiami na przełomie XIX i XX wieku. Niektórzy wysnuwali hipotezy oparte o matematyczne dowody, inni później je obalali bądź potwierdzali przy użyciu eksperymentu.
    W związku ze światłem teorie były dwie:
    1. Światło jest falą (elektromagnetyczną),
    2. Światło składa się z cząstek (korpuskuł), zwanych fotonami.
    Eksperymenty wykazały, że obie teorie są poprawne, bowiem światło wykazuje zarówno zachowania falowe, jak i korpuskularne. Omówmy krótko zjawiska, które potwierdzają tę teorię.
    Dla czystej formalności - za falę uznajemy zaburzenie rozchodzące się w przestrzeni. Na przykład fala akustyczna jest rozchodzącym się w przestrzeni zaburzeniem gęstości i ciśnienia ośrodka. Na chłopski rozum oznacza to po prostu zbliżanie się i oddalanie cząstek w miejscu przez które przechodzi fala, łatwo sobie to wyobrazić.
    Na początek zjawiska potwierdzające falową naturę światła:
    Przede wszystkim dyfrakcja i interferencja.
    Dyfrakcja to zjawisko uginania się fal przechodzących w pobliżu przeszkody. Najprostszym układem w którym można zaobserwować dyfrakcję jest niewielka, pojedyncza szczelina przez którą przechodzi równoległa wiązka światła. Gdy takich szczelin jest bardzo wiele i znajdują się w stałych odległościach pomiędzy sobą, mamy do czynienia z siatką dyfrakcyjną.
    Interferencja to w uproszczeniu zjawisko w którym dwie fale oddziałują ze sobą, na skutek czego ulegają w różnych miejscach wzmocnieniu lub wygaszeniu.

    Przejdźmy teraz do przykładowych zjawisk potwierdzających korpuskularną (materialną) naturę światła - a bardziej po ludzku, potwierdzających że światło składa się z fotonów:
    Efekt Comptona - zjawisko w którym foton na skutek zderzenia z elektronem zmienia swoją długość fali - czyli na przykład uderza zielony foton, a odlatuje czerwony. Jest to związane ze spadkiem częstotliwości fotonu, od której zależy wartość jego energii. Sytuacja przypomina zachowanie białej kuli bilardowej uderzającej w spoczywającą w miejscu kulę o innym kolorze.

    Wyobrażenie na temat dwóch fotonów o różnych energiach. Obrazek pochodzi ze strony NASA.
    Zjawisko fotoelektryczne jest bardzo podobne do efektu Comptona, a różnica pomiędzy tymi zjawiskami wynika z różnicy w energii lecącego fotonu (i pracy wyjścia elektronu, ale to nie jest istotne dla naszego przykładu. Bardziej energetyczny foton uderzając w elektron powoduje jego 'uwolnienie' z orbitalu atomu/cząsteczki. Wracając do analogii z bilardem, tym razem biała kula spowodowałaby swoim uderzeniem wylecenie innej kuli poza stół bilardowy.
    Mamy zatem dwa przykłady na to, że światło zachowuje się jak fala oraz dwa przykłady na zachowanie światła jako cząstki. Jaki to ma związek z materią i w jaki sposób wynika z tego podobieństwo materii do światła? O tym postaram się napisać następnym razem.
  20. Lord Nargogh
    Czas odkurzyć bloga. W przeciągu kilku najbliższych dni korzystając z wolnego czasu postaram się walnąć parę naukowych wpisów. Tym razem na ruszt wezmę dualizm we wszechświecie. Zacznę od fizyki, ale może rozpędzę się do rozważań filozoficznych nad ludzką naturą.
    A oto wspomniany w tytule prawilny filmik:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  21. Lord Nargogh
    Dzisiaj dla odmiany nie będzie o polityce, forum ani innych głupotach.
    Dzisiaj dla odmiany będzie o mnie.
    W ubiegły piątek pisałem ostatni, najtrudniejszy egzamin z ubiegłego semestru, a w zasadzie najtrudniejszy w moim życiu. Był to egzamin z fizyki jądrowej. Pytań na niego było łącznie 74, a czasu na ich wyuczenie się - około tydzień. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tych pytań na oczy. Nie miały żadnego związku z tym, co było na wykładzie, bo na wykładzie nie było praktycznie nic - nasz profesor od Fizyki Jądrowej to prawdziwy mistrz offtopu.
    Wiem, że ludzie często przesadzają pisząc że 'nic' nie było na wykładzie, ale tym razem to prawda.
    Ten egzamin był dla nas swoistym Termopile, stąd też podałem taki a nie inny tytuł wpisu.
    Żeby pokazać Wam na czym tak naprawdę polegał nasz dramat, zamieszczam poniżej linka do pytań egzaminacyjnych (Nie będę ich tu wstawiał, bo po prostu szkoda miejsca. Zamiast tego upchnąłem je na samym dnie bloga, by innym nie rzucało się w oczy a mi przypominało o batalii jaką niegdyś musiałem stoczyć):
    http://forum.cdaction.pl/index.php?autocom...showentry=10713
    Dla znawcy tematu te pytania mogą się wydawać banalne - jednak powtarzam - tego nie było na wykładzie, a znalezienie na nie odpowiedzi przy użyciu internetu i stosu książek zajęło mi cały tydzień. Codziennie od 11-18.
    Na nauczenie się opracowanych odpowiedzi już nie wystarczyło mi czasu.
    O pytania nie mogliśmy się doprosić od początku nowego roku, aż do 18 lutego. Egzamin był 26.
    Wiem, że pytania egzaminacyjne wręczone przed egzaminem do wyuczenia się to żadne prawo studenta, a jedynie uprzejmość wykładowcy. Ale mimo wszystko gdy wykładowca nie prowadzi wykładów a opowiada o tym, jak w młodości szalał na potańcówkach, jak to w dawnej Polsce wyrabiano śmietanę albo o jego ukochanym kalkulatorze marki Texas z kalendarzem judejskim (!), który kupił w 1980 roku - to wydaje mi się że mamy raczej prawo oczekiwać listy pytań. W przeciwnym razie w ogóle nie wiedzielibyśmy czego się uczyć, bo nie wiadomo o czym tak naprawdę były wykłady.
    Połowa mojego roku oblała, mi się akurat udało zaliczyć, ale z kiepską oceną (3.5), a poza tym i tak nie byłbym zadowolony nawet mając wyższą.
    Bo tak się nie robi. To jest lecenie ze studentami w kulki. Tak postępują wykładowcy, którymi straszy się małe dzieci 'że dopiero im na studiach pokażą'.
    Mam nadzieję, że na Waszych studiach nie traktują Was ani nie będą Was traktować w taki sposób.
    Przechodniu, powiedz Sparcie, że my tu leżymy i po egzaminie kwiczymy. Posłuszni kwantowym prawom...
×
×
  • Utwórz nowe...