Nie uwierzycie co się stało - Michael Bay usłyszał o Bitwie o Krzyż, która odbyła się w zeszłym tygodniu pod pałacem prezydenckim i zdecydował się nakręcić o tym film! Jego dzieło jest już jak najbardziej gotowe i możliwe do obejrzenia na YT:
Youtube Video ->
Oryginalne wideo
Ja-ro-sław! Auuuuu!
Wstyd mi za każdego IDIOTĘ, który dzisiaj stał pod pałacem prezydenckim w celu powstrzymania służb przed przeniesieniem krzyża. Ci ludzie są HAŃBĄ dla narodu polskiego, Kościoła Katolickiego, wspólnoty chrześcijańskiej, stowarzyszenia producentów parówek (...), ludzkości, swoich rodziców (...), Unii Europejskiej... można tak w nieskończoność. Z terrorystami się nie negocjuje. A dzisiaj polskie władze poszły im na ustępstwa. Ugięły się pod presją tłumu. To jest absolutnie niedopuszczalne, teraz za każdym razem gdy coś będzie szło nie po myśli idiotów, to będziemy mieli strajki i manifestacje! A nie, zaraz. Przecież tak jest od dawna. Żygam już tym krajem. Decyzja o emigracji zapadła.
Nadszedł czas, aby ogłosić wyniki i rozdać nagrody. Oczywiście należy pamiętać, że 'konkurs' obejmował tylko osoby, które zgłosiły się w komentarzach, a także podały które klucze konkretnie ich interesują. Moja ocena jest oczywiście skrajnie subiektywna. Klucz do Starcrafta II za zwycięstwo w kategorii 'Najlepszy Forumowicz' otrzymuje Vantage. Klucz do Starcrafta II za zwycięstwo w kategorii 'Najlepszy Blogger' otrzymuje Pat5. Zastanawiałem się tutaj nad kilkoma osobami, ale ostatecznie przesądziło to, że pozostali chociaż pisali ciekawie i na temat, to mieli wielomiesięczne przerwy w prowadzeniu swoich blogów. Klucz do World of Warcraft chciało otrzymać tylko dwóch chętnych. Zdecydowałem, że nagroda należy się empekowi, bowiem jest on aktywny zarówno na blogach, jak i na forum, czego nie można powiedzieć o drugim chętnym, który bloga nie posiada. 'Zwycięzcom' gratuluję i życzę miłej zabawy z 'nagrodami'. W razie gdyby coś z kluczami było nie tak, proszę do mnie napisać - mogłem się pomylić przy przepisywaniu, a zachowam jeszcze przez jakiś czas karty, by móc w razie czego ten bład naprawić.
Przed chwilą stałem się szczęśliwym posiadaczem własnego egzemplarza najnowszej gry Blizzarda - Starcraft II. W opakowaniu znalazłem (oprócz samej gry) dwa klucze do siedmiogodzinnego triala SCII i jeden klucz do 10-dniowego triala do WoWa. Jako że SCII posiadam w pełnej wersji, to kluczy do demka nie potrzebuję - a w przypadku WoWa wiem, że nigdy z tego klucza nie skorzystam, bo nie lubię gier MMO. Mam więc zamiar podarować Wam te klucze. Warunków nie ma żadnych. Prosiłbym, aby chętni zgłaszali się w komentarzach do tego wpisu - dzisiaj o północy wyślę prywatną wiadomością klucze do trzech szczęściarzy. Proszę tylko napisać, czy interesuje Was klucz do SCII, czy do WoWa. Wyboru dokonam na podstawie liczby napisanych przez zgłoszone osoby postów, niekaralności (bądź nieznacznych przewinień na koncie) a także ilości i jakości wpisów na blogu tej osoby. Jeden klucz pójdzie do najlepszego moim zdaniem forumowicza, który się zgłosi, jeden do najlepszego blogera i jeden do osoby, która zręcznie połączyła te dwie dziedziny. Oczywiście szczęśliwców będzie tylko trzech, ale nie szkodzi się zgłosić, prawda? W końcu to nic Was nie kosztuje, a nuż wygracie! Czas-start!
Tak, tak, kilkanaście minut temu jakiś idiota na motocyklu rozsmarował się pod moim oknem. Co za kretyn. Facet wjechał w tył taksówki (mercedes) na PUSTEJ drodze. Bagażnik był całkowicie wgnieciony, co pozwala sądzić że znacznie przekroczył ograniczenie prędkości. Obstawiam że została z niego taka miazga, że nawet żadnych narządów się z tego nie da wykorzystać. Obok stali na motocyklach jego koledzy. Bardzo możliwe, że chwilę wcześniej urządzali sobie wyścigi. Ja się pytam - po co to wszystko? Umarłeś głupią śmiercią, idioto. Pal licho że uśmierciłeś sam siebie - mogłeś zrobić krzywdę także innym ludziom, a patrząc na stan bagażnika tego mercedesa - możliwe że zrobiłeś, o ile ktoś siedział na tylnym siedzeniu. Nie żal mi takich ludzi. W imię Darwina, jego śmierć to przysługa dla puli genetycznej ludzkości. Współczuję jego rodzinie. W końcu rzadko kiedy zdarza się, że ma się takiego idiotę za brata/kuzyna/syna. Wiecie czemu jestem taki wredny i pozbawiony jakiegokolwiek współczucia? Bo ten motocyklista mógł wjechać WE MNIE. Często jak kursuję pomiędzy domem a stancją na studiach (Poznań-Gorzów) to muszę unikać dziesiątek takich idiotów na drodze za jednym razem, zjeżdżając co chwilę na pobocze i unikając kretynów jadących pod prąd w czasie wyprzedzania. Jutro jadę na działkę i istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że kolejny idiota we mnie wjedzie. I będzie się tak działo tak długo, jak długo idiotom będzie się dawało jeździć na motocyklach. Idioci - zabijajcie się nawzajem, ale nie róbcie przy tym krzywdy innym ludziom. To tyle na ten temat.
Dzisiaj będzie krótko i konkretnie. Być może część z Was słyszała o interesującym mockumentary (parodia filmu dokumentalnego) - Trailer Park Boys. Napiszę o nim nieco więcej kiedy indziej, na dzisiaj jednak przygotowałem coś innego. Otóż aktorzy odgrywający główne role w tym mockumentary nakręcili kiedyś film o zgoła innej tematyce - potem zresztą zaczerpnęli z niego postać do swojego późniejszego serialu. Film ten trwa 10 minut i opowiada interesującą moim zdaniem historię, ze smutnym momentem i morałem. Film ten jest umieszczony na youtube. Tytuł tego filmu brzmi: The Cart Boy, a link do niego znajdziecie poniżej.
Youtube Video ->
Oryginalne wideo
Nie wiem czy to tylko ja, ale jakoś smutno mi się zrobiło w jego trakcie. Morałów z tego krótkiego filmu mozna wyciągnąć wiele - mój prywatny brzmi następująco: Dzisiaj trochę sentymentalnie, ale jutro będzie weselej, bowiem napiszę conieco o 'Chłopakach z baraków'.
Howdy, folks! Ponieważ nic ciekawego nie wypłynęło od czasów tygodnia gentlamanów, za stosowne uznałem zapełnienie tej forumowej próżni. W związku z tym, samozwańczo i bez konsultacji z kimkolwiek ogłaszam
Dziki Zachód Week!
Aby wziąć udział w tym przezacnym przedsięwzięciu należy zrobić co następuje: - wcielić się na tydzień w kowboja bądź indianina, - rozpoczynać każdy post powitaniem kowbojskim (np 'howdy!') lub indiańskim (np. 'Howgh!') - wczuć się w klimat Dzikiego Zachodu, - brać udział i organizować na blogach popędzanie bydła, polowanie na bizony i inne rozrywki powszechnie obecne w owych wspaniałych czasach, - Dobrze się bawić! Mam tylko nadzieję, że do zachodu słońca znajdzie się dość śmiałków, by wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Jeśli komuś coś nie odpowiada, będę go oczekiwać jutro w samo południe pod wieżą kościoła im. św. Smugglera. Pamiętajcie - gorączka złota sama nie przejdzie, a bydło samo się nie przepędzi z Teksasu do Arizony. Niechaj bębenki Waszych rewolwerów nigdy nie pozostają puste, a kopyta Waszych wierzchowców niech zawsze będą podkute! PS: Jakby któryś miał ochotę wstąpić na ścieżkę zbrodni, to list gończy wygenerujemy za pomocą TEGO.
Gentlemans, dzisiaj chciałbym Was wszystkich zaprosić na małe polowanie w jednym z moich pięknych lasków. Broń każdy niechaj przyniesie we własnym zakresie - w końcu nie bez powodu każdy z nas zamawiał te grawerunki na strzelbach. Psy myśliwskie jestem w stanie użyczyć każdemu, komu by ich w czasie polowania zabrakło. Mogę także poczęstować hyżym koniem każdego gentlemana, który nie będzie miał na stanie tego wspaniałego zwierzęcia do jazdy. Przypominam, iż celem dzisiejszego polowania są zające. Tak oto wyglądają przedstawiciele tego zacnego gatunku:
Po polowaniu zapraszam wszystkich gentlemanów na zacny podwieczorek, w trakcie którego i po którym moi francuscy kucharze przyrządzać będą wieczerzę z naszych dzisiejszych zdobyczy, na którą oczywiście również zapraszam każdego z szanownych gentlemanów.
Witajcie, zacni Gentlemani. Jak zapewne część z Was miała przyjemność się dowiedzieć, monsieur Ramzses Treizi?me ogłosił nadejście lepszych czasów - czasów przeznaczonych dla Gentlemanów. Nie marnujmy jednak doniosłości tej chwili na powtarzanie tego, co zostało już powiedziane. Wieść gminna niesie, że więcej informacji można znaleźć w tym zacnym źródle. A zatem 'do rzeczy!', jak powiedziała Hrabina von Turumbardaum gdy jej mąż Gofrentreth udzielał wymijającej odpowiedzi na pytanie o winnego spożycia całego słoika ciastek. Mało na tym forum ma miejsce doniosłych wydarzeń kulturalnych. Moi panowie, niedorzecznym byłoby pozostawić ten stan rzeczy niezmienionym! W związku z tym zapraszam każdego szlachetnego Gentlemana do zakosztowania herbaty w moich skromnych prograch. Oczywiście, pragnienie intelektualnej dysputy również może zostać zaspokojone w tym miejscu. Proszę się częstować.
Jest to zacna herbata zielona z gór Zielonoherbat, gatunek nazwany moim skromnym imieniem Lorda Nargogha na cześć bezinteresownych, szlachetnych czynów jakich dokonałem wobec mieszkańców wioski Chin-Cy-Ki. Ale jest to opowieść na inną okazję, podczas dzisiejszego wieczoru chciałbym także zaserwować nieco przepysznej herbaty czerwonej z Niziny Herbatoczerwonej:
Przewidziałem też napój dla wymagających smakoszy. Panowie Gentlemani, oto przedstawiam Wam doskonałą herbatę białą z równin Whiteh-Teah:
Na koniec tradycyjnie herbata czarna, importowana na moje specjalne zamówienie z tropikalnego kraju Biedronkayah:
Aby żołądki nasze pustymi nie pozostały i by sił do błyskotliwych puent i ripost nie zabrakło, proszę się także poczęstować wyśmienitymi herbatnikami z ręcznie mielonej pszenicy:
Zapraszam wszystkich do rozpoczęcia konsumpcji i delektowania się tym zacnym wieczorem.
Na dzisiaj przygotowałem coś lekkiego, co każdy w dodatku może łatwo zweryfikować w domu. Ciecz przechłodzona. Jest to materia w formie cieczy, znajdująca się poniżej temperatury swojego krzepnięcia, słowem - na przykład woda o temperaturze -4 stopni, pozostająca w stanie ciekłym. Niemożliwe? A jednak. Aby zjawisko cieczy przechlodzonej mogło mieć miejsce, to musi być ona schładzana albo bardzo powoli (co uniemożliwi zajście procesu krystalizacji), albo bardzo szybko (tutaj z kolei krystalizacja nie zdąży zajść). Ciecz przechłodzoną można bardzo łatwo zmienić w kryształ poprzez umieszczenie w zbiorniku z cieczą małej struktury krystalicznej, na przykład ziarenka piasku. Można to również uzyskać wstrząsając zbiornik z naczyniem, działając na ciecz falami dźwiękowymi lub ładunkiem elektrycznym. Taki proces krystalizacji powoduje jednoczesne wygenerowanie ciepła. I tutaj pozwolę sobie opisać bardzo prosty sposób na zaobserwowanie zjawiska cieczy przechłodzonej. Potrzebujemy tylko butelki coli i zamrażarki. Colę (może być dowolna, aczkolwiek ja testowałem to doświadczenie na coli Hoop i Original z Biedronki) umieszczamy w zamrażarce, uprzednio odcinając jej etykietę, by lepiej było widać, co jest w środku. Dobrze jest też colę napocząć i ulać z niej około szklankę napoju, w razie gdyby coś poszło nie po naszej myśli i gdyby ciecz jednak się wykrystalizowała samodzielnie, rozwalając butelkę i robiąc bałagan w zamrażarce. Ta szklanka mniej da nam gwarancję że nic złego zamrażarce się nie stanie. Uprzedzamy domowników by nie ruszali butelki z colą aż do czasu zakończenia eksperymentu - drgania mogą spowodować krystalizację i cały eksperyment pójdzie na marne. Odczekujemy kilka godzin. Wyjmujemy (delikatnie) colę z zamrażarki - jeśli wszystko poszło po naszej myśli, to powinna nadal znajdować się w stanie ciekłym. Otwieramy butelkę, by wyrównało się w niej ciśnienie. Zakręcamy, po czym wstrząsamy butelką. I voila'! Nasza cola zmieniła się niemal w całości w lód! 'Dlaczego nie w całości' zapytacie, a ja odpowiem, że przecież napisałem, że proces krystalizacji powoduje wygenerowanie pewnej ilości ciepła. To właśnie to ciepło spowodowało natychmiastowe stopienie się części lodu. Uwaga: możliwe iż krystalizacja nastąpi już po otwarciu butelki, dlatego radziłbym bacznie obserwować, co się dzieje w jej środku. No i to tyle. W ramach ciekawostki do ciekawostki dodam, że istnieje też zjawisko cieczy przegrzanej - warunki są dokładnie te same, z tym że zamiast chłodzenia mamy grzanie i zamiast krystalizacji mamy wyparowanie.
...Rest in PiS. Nie podobał mi się żaden ze startujących w wyborach kandydatów. Moim prywatnym kandydatem był Radosław Sikorski, którego nie dopuszczono do głosowania, ale w sumie to wyszło to Polsce na dobre, bo po Smoleńsku nie miałby z Jarczysławem żadnych szans. Ogólnie nie ruszyłby mnie tak wysoki wynik wyborczy Kaczyńskiego, gdyby nie ten przeklęty Smoleńsk. Jestem przekonany, że miałby dużo, naprawdę DUŻO mniejsze poparcie wyborców, gdyby jego brat nie zginął w jednej z najgłupszych katastrof lotniczych w historii*. I to mi się nie podoba - głosowanie pod wpływem emocji. Myślę, że wbrew pozorom porażka w tych wyborach prezydenckich będzie gwoździem do trumny PiSu. Ludzie ochłoną po tragedii, a Jarosław wróci do dawnego języka pomówień i oszczerstw, tracąc tym samym wielu z nowozyskanych wyborców. A poza tym moherowe berety zwyczajnie powymierają ze starości. Nie wspominając już o malejącej sile Kościoła w Polsce. Jest jedna możliwość, w której PiS może powrócić na prowadzenie - jeśli Platforma schrzani i zaprzepaści szanse, jakie dają jej większość w sejmie i fotel władzy wykonawczej w Polsce. Mogą także dobrze je wykorzystać i poświęcić swoje poparcie na rzecz wykonania trudnych, niepopularnych a zarazem niezbędnych dla dobra kraju reform. To tyle. Prywatnie nie lubię Bronisława Komorowskiego, ale Jarosława Kaczyńskiego nie cierpię, w związku z tym dla mnie wygrana Bronka nie jest żadnym powodem do radości - raczej porażka Jarosława. * - no offence dla ofiar i ich rodzin - ale ta tragedia miała miejsce z powodu tylu debilnych zaniedbań, że ten samolot aż się prosił o twarde lądowanie. Co oczywiście nie zmienia faktu że ofiary (a przynamniej niemal wszystkie ofiary) nie są temu winne. PS: Wracam do pisania bloga po rozpoczęciu wakacji. Ostatnio zaniedbywałem to miejsce i najwyższy czas to zmienić - już dziś wieczorem postaram się zamieścić kolejną naukową ciekawostkę.
W przerwie pomiędzy nauką Budowy Aparatury Badawczej, Termodynamiki, Angielskiego specjalistycznego i Wytrzymałości Materiałów postanowiłem krótko skomentować konsekwencje wyników I tury wyborów prezydenckich. Różnica wyników obu kandydatów, którzy przeszli do drugiej tury jest nieznaczna - wynosi ona około 4-5 punktów procentowych. W międzyczasie pewien Grzegorz Napieralski zdobył dość przyzwoity wynik - 13,7% ważnych głosów. Za dwa tygodnie odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. I co się teraz dzieje? Wielki bojownik i przeciwnik socjalizmu, wróg post-komunistów, inicjator próby delegalizacji SLD (...) stwierdza: CYTAT 21 czerwca 2010, Jarosław Kaczyński w Szczecinie: "Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi. Może i po trosze jesteśmy? To ic złego. W Smoleńsku zginęła część ludzi lewicy, tego starszego pokolenia, która leciała tam oddać hołd. Jest coś takiego, jak "czynna skrucha" i powinniśmy to uszanować. Od dziś już nie będę mówił o "postkomunizmie", ale właśnie o "lewicy" - powiedział na wiecu w Szczecinie kandydat PiS Jarosław Kaczyński. "W socjalizmie nie było złe to, że budowano. Złe było to, że nie było wolności oraz to, że był to system źle zarządzany - dodał lider Prawa i Sprawiedliwości." Tymczasem jeszcze stosunkowo niedawno słowa tej persony brzmiały zupełnie inaczej: CYTAT Jarosław K. 5 marca 2007 na koferencji prasowej: "Historia Polski, jak i każdego narodu nie jest idealna. Mieliśmy bohaterów, mieliśmy i hołotę, to jest zupełnie oczywiste. Po 1945 roku ta hołota zaczęła triumfować, socjalizm to był ustrój hołoty, można powiedzieć. No i niestety, skutki tego bardzo bolesne, w dalszym ciągu odczuwamy, bo nie oczyściliśmy się po roku 89. Ale, proszę państwa, to nie oznacza, że my mamy cokolwiek sobie do zarzucenia jako naród." Mój komentarz do tej sprawy będzie krótki - niezależnie od poglądów wygłaszanych przez jakiegokolwiek kandydata, niezależnie od jego życiorysu, zasług, charyzmy, wpływów i ideałów - gdybym go przyłapał na tak perfidnej dwulicowości, straciłbym do niego jakikolwiek szacunek i nie mógłby liczyć na moje poparcie w stopniu najmniejszym. W zdrowym społeczeństwie na takie zachowanie powinna być tylko jedna reakcja: - wyborcy Napieralskiego powinni jedynie wyśmiać próby przeciągnięcia ich na swoją stronę - wyborcy Jarosława Kaczyńskiego powinni się od niego odwrócić - tak samo jak on odwraca się od swoich własnych cech, słów i zachowań. Wielu z jego wyborców również zagłosowało na niego ze względu na jego stosunek do lewicy. Nie powinno w jakimkolwiek państwie być tak, żeby lew zażerający się gazelą próbował wmówić swoim 'poddanym', że jest wegetarianinem a zwierząt nie powinno się zabijać. Jednocześnie wypluwając w trakcie mówienia kawałki mięsa i krople krwi. A, no i zamieszczę graficzną metaforę mojego wyrazu twarzy, gdy słuchałem o tych rzeczach w telewizji:
Wiersz napisany przez mój mózg po trzech tygodniach nieustającej nauki dniami i nocami a zarazem przy świadomości że następny tydzień zleci mi na tym samym: Ghhhhwarffflarrrf ffroofffrllff gggrrrggoggggghhrrrff gghhhhwarrrrplll.
Dzisiaj rano - nie wiem o której dokładnie - Mariusz Pudzianowski odniósł pierwszą porażkę podczas swojej kariery w MMA. Ku uciesze wielu ludzi... co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe. Prawdziwi fani tego sportu powinni raczej się cieszyć, że dzięki niemu wzrosło znacznie zainteresowanie nim w Polsce. Mariusz Pudzianowski nadal jest amatorem w MMA, czego sam nie ukrywa. To była jego TRZECIA walka. Czy wielu zawodników może się poszczycić zwycięstwem w swoich dwóch PIERWSZYCH walkach? W tym jednej z zawodowcem? (Kawaguchi) Ja bym go nie przekreślał na samym wstępie. Facet ma OGROMNY potencjał, ze względu na swoją siłę fizyczną i prędkość - dużo większy, niż jakikolwiek polski zawodnik. Musi jedynie uzupełnić braki w kondyncji i technice, ale to jest do zrobienia. Co z tego że przegrał wczorajszą walkę? Przypominam, że on nie był faworytem tym razem. Miał się zmierzyć z byłym dwukrotnym mistrzem świata, człowiekiem, który zęby sobie zjadł na MMA. Radość z jego porażki przypomina satysfakcję z tego, że lew zabił gazelę. Jakby to było dla kogokolwiek zaskakujące. Podsumowując - ja nadal jestem zainteresowany oglądaniem walk MMA - szczerze powiedziawszy, jednego z dwóch sportów, które lubię oglądać (drugim są zawody Strongman). Liczę, że Dominator podciągnie swoją technikę i zapewni nam jeszcze wiele walk, w których będzie na co popatrzeć. Aczkolwiek nie mam zamiaru oglądać ich na Polsacie nigdy więcej - patrz poprzedni wpis.
Na dzisiaj przewidziałem zjawisko, które można najprościej określić mianem elektrycznego samogwałtu* Na początek trochę naukowych faktów. Urządzenia elektryczne działają na skutek pracy wykonywanej przez przepływający przez nie prąd. Energia elektryczna jest transformowana na przykład na mechaniczną (np wiatraczek, samochodzik elektryczny). Przepływ prądu w obwodzie powoduje wygenerowanie pola magnetycznego wokół niego. Stały prąd powoduje powstawanie stałego pola magnetycznego wokół przewodnika. Większość urządzeń, które mamy w domu używają stałego prądu. Prąd zmienny (który świetnie nadaje się do przesyłania energii elektrycznej na duże odległości - bez dokonania jego odkrycia niemożliwe byłoby zasilanie domów odległymi elektrowniami, a nawet jeśli to przy udziale ogromnych strat i nikłej efektywności) także powoduje wygenerowanie pola magnetycznego, tym razem jest jednak ono zmienne - wynika to ze zmian zachodzących w polu elektrycznym, które indukują zmiany pola magnetycznego ('ruch' światła jest z tym ściśle związany - ale o fali elektromagnetycznej opowiem kiedy indziej). Działa to także w drugą stronę - zmienne pole magnetyczne powoduje zmianę pola elektrycznego i przepływ prądu - większość z Was widziała chyba w liceum/gimnazjum proste doświadczenie na fizyce - z majtaniem magnesem sztabkowym wewnątrz cewki (ogólnie dla miłośników magnetycznych zabawek polecam magnesy neodymowe - BARDZO mocne, można nimi sobie nawet niechcący zmiażdżyć palce przy nieostrożnej zabawie). Zmiana strumienia pola magnetycznego może zachodzić na kilka sposobów - poprzez przesuwanie źródłem tego pola obok ciała, w którym przepływ prądu chcemy wygenerować (na przykłąd zboczony magnes i cewka), albo poprzez... zmianę prądu płynącego w obwodzie wytwarzającym pole magnetyczne. Teraz trochę się zaplączemy: W obwodzie płynie sobie prąd -> wokól obwodu powstaje pole magnetyczne -> dokonujemy zmiany prądu płynącego w obwodzie (zmniejszamy jego natężenie albo zwiększamy) -> strumień pola magnetycznego generowanego przez obwód ulega zmianie -> w pobliskim przewodniku zostaje wygenerowany prąd... ale to nie koniec. Ten prąd także powoduje generowanie zmiennego pola magnetycznego... i tak dalej, i tak dalej na zmianę aż do uzyskania prądu i pola tak śmiesznie małego, że nie wartego uwzględnienia. W sumie w większości wypadków można ten prądo olać już przy pierwszym-drugim przeskoku. Wniosek jest prosty: urządzenia elektryczne robią sobie dobrze nawzajem. Ale co to ma wspólnego z samogwałtem? Ano to, że takie zmienne pole powoduje także wygenerowanie prądu w samym przewodniku, który je wytworzył - prądu o przeciwnym kierunku, przeciwdziałającemu swojej przyczynie. Sam siebie gwałci. Teraz może dobrze byłoby powiedzieć, co z tego wynika. To zjawisko zachodzi za każdym razem, gdy uruchamiamy bądź wyłączamy dowolne urządzenie elektryczne. Jest to zresztą logiczne - w końcu uruchomienie urządzenia powoduje nastapienie przepływu prądu w nim - prąd wzrasta od zera do pewnej wielkości (albo na odwrót) - więc jest przez ułamek sekundy zmienny. Taki prąd indukcyjny w połączeniu z tym normalnym jest w stanie przepalić przewody i uszkodzić urządzenie. Niektórzy z Was zapewne zauważyli, że urządzenia elektryczne psują się najczęściej przy uruchamianiu - podobnie jest z lampami żarowymi (żarówkami) - najczęściej przepalają się albo przy ich uruchamianiu, albo przy wyłączaniu. Na szczęście producenci elektroniki o tym wiedzą i przeciętny użytkownik nie musi się tym przejmować - jego urządzene jest zabezpieczone przed takim zjawiskiem. Po prostu w momencie uruchamiania/wyłączania prąd nadprogramowy odprowadzany jest gdzie indziej**. To jednak nie zadziała w momencie gdy zamiast skorzystać z wyłącznika, wyjmiecie wtyczkę z gniazdka w czasie jego pracy. Więc jak mamusia albo tatuś zabraniali tego robić, to mieli ku temu pewne powody (nawet jeśli sobie z tego nie zdawali sprawy). Jaki morał może być na dzisiaj? Nie wyjmujta wtyczki z gniazdka przed wyłączeniem urządzenia, bo zrobita mu krzywdę. Zły dotyk boli przez całe życie. * - to określenie jest dziełem dziekana mojego wydziału ** - przydałaby się pomoc jakiegoś forumowego elektryka-entuzjasty, bo nie wiem dokładnie na czym polega to zabezpieczenie i mogę sie mylić.
Krótka piłka: Mark Morgan, twórca muzyki do dwóch pierwszych części Fallouta, wydał właśnie kompletny, remastered soundtrack do obu części gry. Jest on do ściągnięcia za darmo i legalnie w wielu miejscach, na przykład tutaj: http://www.bigdownload.com/games/fallout/p...red-soundtrack/ Warunek jest tylko jeden: muzyka może być używana jedynie w celach niekomercyjnych. Sam chociaż posiadam soundtrack do tych gier (dołączony jako bonus na płycie Fallout Saga), zdecydowałem się go zassać. Tamten z 'Sagi' był jedynie przekonwertowanym soundtrackiem z samej gry, a jak wiadomo konwersja może spowodować straty. Liczę więc na najwyższą możliwą jakość tych utworów. PS: Pamiętam o ciekawostkach naukowych, dzisiaj wieczorem pewnie coś skrobnę
Miałem omówić dzisiaj efekt relatywistyczny, ale stwierdziłem że ten temat wymaga nieco większego zastanowienia z mojej strony, więc zamiast tego napiszę o czymś innym, IMO lekkim i przyjemnym. #2 - SIŁA (ZJAWISKO) CORIOLISA Wielu z Was na pewno słyszało o tym zjawisku. W prostym skrócie: polega ono na działaniu pewnej siły pozornej w obracających się w stosunku do siebie układach odniesienia. Na początek łatwy przykład: kulka poruszająca się ruchem prostoliniowym po obracającej się tarczy - czyli na przykład tocząca się z góry na dół po tej tarczy. Dla obserwatora nieruchomego, przyglądającego się zdarzeniu z zewnątrz piłka będzie poruszać się po linii prostej, jednak dla obserwatora który będzie obracał się razem z tarczą - tor ruchu piłki będzie skręcony. Skręcenie tego toru będzie wynikało właśnie z działania tej siły. Wszystko pięknie, ale co z tego że działa sobie taka siła? Otóż okazuje się, że ma to bardzo duże znaczenie w wielu dziedzinach naszego życia. Na przykład w zabawach dla Dużych Chłopców - przy prowadzeniu ostrzału z artylerii na duze odległości, ewentualnie przy wystrzeliwywaniu rakiet - należy uwzględnić działanie tej siły, bo w przeciwnym razie mamy gwarancję, że nie trafimy do celu. Ba, przy dużej odległości możemy walnąć w nie to miasto, co trzeba - może nawet państwo! Bo owszem, nasza kochana Ziemia również się obraca i działa na niej bezustannie ta siła. Jej wzór jest stosunkowo prosty:
Fc=-2m(omega x v)=-2m * omega * v * sin(alfa),
z czego Fc, omega i v są wektorami, a x oznacza iloczyn wektorowy. Dlaczego podałem ten wzór? Żeby wyjaśnić, jakie sa warunki, aby ta siła mogła zadziałać. Przede wszystkim na pierwszy rzut oka widać, że układ, w którym znajduje się ciało musi się obracać (omega różne od zera), a ciało musi się poruszać z pewną prędkością. Poza tym iloczyn wektorowy oznacza także, że wartość tej siły zależy od kąta, pod jakim w stosunku do osi obracania układu porusza się ciało. W związku z tym jeśli siedzicie sobie spokojnie przy komputerach, to nie działa na Was ta siła - jeśli jednak zaczniecie sobie chodzić po pokoju, to znajdziecie się pod jej wpływem. Oczywiście w przypadku tak niewielkiej prędkości nawet nie poczujecie jej działania, jednak zawsze można spróbowac posłużyć się nią jako argumentem przeciw ruszeniu się sprzed komputera (Akcja społeczna: Chroń swoje dziecko przed działaniem siły Coriolisa; kup mu grę MMO!) Gdzie jeszcze można zaobserwować takie zjawisko? W naturze - na przykład ma ona wpływ na tendencje wiatru do skręcania, w zależności od półkuli. Cyklony poruszają się odwrotnie do ruchu wskazówek zegara na półkuli północnej, a zgodnie na południowej. Coś na kształt działania siły Coriolisa na cyklon można w prosty sposób zaobserwować w domu - w wannie. Wystarczy napełnić ją do pełna wodą, a następnie wyjąć korek. Woda zacznie spływać do rury (zaskakujące, prawda?) tworząc piękny, wannowy cyklon obracający się w określonym kierunku (zawsze tym samym na danej półkuli). Ale nam się ten kierunek nie podoba, w związku z tym będziemy majtać ręką w wodzie, próbując zmienić ten kierunek. Jak już nam sie uda, możemy przestać. Tak, przestańmy majtać tą ręką. I co się stanie? Woda leniwie pospływa przez chwilę w zapodanym przez nas kierunku, a następnie wróci do obracania się w pierwotną stronę. Będzie tak robić uparcie, niezależnie ile razy spróbujemy zawrócić kierunek obrotu. Aż się woda skończy. Dlaczego? Na skutek działana siły Corolisa. Idźcie na studia ścisłe, to będziecie schody projektować i środki ciężkości pod tyczki wsadzać!
Nowy cykl wpisików na blogasku! Podejmę w nim rozpaczliwe próby przekonania najbardziej zatwardziałych next-genowych humanistów*, że nauki ścisłe też mogą być ciekawe**! #1 - EFEKT TUNELOWY a. Pewna sytuacja w kwantowym świecie cząstek: Cząstka o energii równej E leci sobie wzdłuż osi x. Na jej drodze stoi przeszkoda w postaci skończonej bariery potencjału o wartości V, niewiele większej od E. Ale jednak większej. Ta bariera ma jakąśtam skończoną długość a. b. Podobna sytuacja w życiu codziennym: Znudzony student przed sesją próbuje zabić sobie czas, a także znaleźć jakikolwiek pretekst, by nie musieć się uczyć do egzaminów. Tym razem padło na odbijanie piłeczki tenisowej o ścianę. No więc siedzi sobie na fotelu i zabiera się do rzucenia tej piłeczki, celem odbicia jej od ściany. Pytanie: co się stanie? Fizyka klasyczna: Cząstka i piłeczka odbiją się od napotkanych barier. Fizyka kwantowa: Cząstka może przetunelować przez barierę, a piłeczka przelecieć przez ścianę, zabijając sąsiada który akurat siedział naprzeciwko, trzymając dzbanek z wrzątkiem w jednej i nóż w drugiej ręce. Uderzenie piłki wytrąci mu dzbanek z ręki, powodując ochlapanie twarzy, co sprawi że sąsiad zechce szybko zetrzeć z niej wrzątek przy użyciu drugiej ręki, zapominając o nożu w niej trzymanym i powodując wbicie go w swoje oko gwałtownym ruchem....!!!! ...ale odbiegam od tematu. Może wróćmy do cząstki. Oczywiście w 'prawdziwym', 'codziennym' świecie takie numery jak z tą piłeczką się nie zdarzają, ale w świecie cząstek elementarnych - już jak najbardziej. Ba, zdarzają się na tyle często, że odgrywają istotną rolę w przyrodzie (fuzja jądrowa będąca źródłem energii Słońca) , a także w wielu osiągnięciach współczesnej techniki, tych ciekawych dla mnie i nudnych dla Was (elektronowy mikroskop skaningowy), jak i tych których istnienie powinno Was jak najbardziej interesować (szybkie współczesne komputery, opierające swoje działanie na półprzewodnikach, które z tego zjawiska 'korzystają'). Na dzisiaj to wszystko, drogie dzieci. Jeśli chcecie, bym kontynuował ten cykl fizycznych opowieści, to dajcie znać w komentarzach. PS: Przedmiot, z którego właśnie uszczknęliście wiedzy, nazywa się Mechanika Kwantowa. I co, nie taki diabeł straszny, hm? A ja Wam mówię, że jednak straszny! Samodzielna nauka tego przedmiotu bez pomocy wykładowcy, w oparciu o internet i ksiązki a następnie pisanie z niego KOSZMARNEGO egzaminu nie jest fajne! *- next-genowych to znaczy niezainteresowanych naukami ścisłymi, bo humanista według pierwotnej definicji powinien się interesować wszelakimi naukami! ** - po tym, jak zobaczyłem reklamę, która zachęcić miała ludzi do kierunków ścisłych tym, że po ich ukończeniu będą mogli obliczać wysokość schodów, stwierdziłem że... Nie, nic nie stwierdziłem. Załamałem się.
TVN od pewnego czasu raczy nas nowym programem w swojej ramówce. Idea jest prosta - jest sobie pewna znana (tak mówią, chociaż ja nic o tym nie wiem?) restauratorka - Magda Gessler. Magda chodzi sobie po różnych restauracjach i pomaga im rozwinąć się i wyjść na prostą. Cudowny, pozytywny główny bohater okazuje się być istnym wybawieniem dla bankrutujących lokali... ...ale czy na pewno? Moim zdaniem, niekoniecznie. Po pierwsze - program jest ogromną ANTYREKLAMĄ dla każdej restauracji, która się do niego zgłosi. Przez godzinę trwania programu będziemy nieustannie obserwować bajzel w kuchni, latające swobodnie po blacie robaki, odgrzewanie starych dań, a także setki innych rzeczy, które są w restauracjach zupełnie normalne - ale z których przeciętny konsument nie zdaje sobie sprawy. A gdy coś takiego zobaczy, nabiera ogromnej awersji do lokalu, w którym to miało miejsce. Robaków nie da się wyplenić w dwa dni, nie da się tak samo zmienić wieloletnich złych nawyków. Po prostu widząc jakiś lokal w tym programie, mamy niemal pewność że wytknięte podczas jego trwania zaniedbania będą tam miały miejsce nadal. Po drugie - program jest jedną, wielką REKLAMĄ dla przypraw marki Prymat, a także dla samej Magdy Gessler. Na początku każdego odcinka odtwarzany jest ten sam, kilkuminutowy filmik promocyjny opowiadający o wspaniałości Magdy Gessler i jej restauracji. DOKŁADNIE ten sam. Na początku i na końcu programu jest wyemitowany krótki film promocyjny dla przypraw Prymat (też dokładnie ten sam), w którym Magda Gessler wychwala je pod niebiosa. Kucharce, która 'nie uznaje w kuchni żadnych kompromisów' kodeks honorowy nie przeszkadza reklamować przeciętnej marki przypraw jako tajemnicy pyszności swojej kuchni. I to jest ta sprzedajność, o której mówię w tytule. Przyprawy Prymat towarzyszą nam zresztą przez cały czas trwania programu - ich opakowania są porozrzucane w różnych miejscach kuchni, ZAWSZE przodem do kamery. Ale nie jest to jedyny powód, z którego nie cierpię tej kobiety. W każdym programie jest dokładnie to samo - wchodzi do restauracji, której ma 'pomóc', zamawia wszystko, co się da, po czym ostentacyjnie i z obrzydzeniem próbuje po kęsie każdej z zamówionych potraw, nie szczędząc widzom barwnych opisów o tym, jak obrzydliwe jedzenie własnie wzięła do ust. Nie pasuje jej wszystko - wystrój, menu, smak, wino. Wszystko, co było w restauracji przed jej przyjściem. Doprowadza ludzi swoim postępowaniem do płaczu. W poprzednim odcinku uznała pewne pierogi za ohydne - co było o tyle ciekawe, że miały one reputację najpyszniejszych w okolicy i były wychwalane przez wszystkich klientów przez 20 lat istnienia restauracji. Ale Magda Gessler wie lepiej i koniec. W jednym programie czepiała się pizzy za to, że po podniesieniu kawałka nie opada on w dół. W dzisiejszym odcinku kawałek zamówionej pizzy opadł w dół i w związku z tym Gessler stwierdziła, że powinien stać do góry. Jej dezaprobata jest wyraźnie wymuszona, denerwująca i żałosna. W swojej krytyce i czepialstwie jest na tyle bezczelna, że w każdym niemal programie cała ekipa pracująca w restauracji jest do niej wrogo nastawiona. W dzisiejszym odcinku WSZYSCY pracownicy restauracji złożyli wymówienie z pracy z powodu tego, co Gessler powiedziała o uwielbianym przez nich menagerze, którego postanowiła zwolnić. Twierdziła między innymi, że ten menager nie potrafi pociągnąć za soba ludzi - co było ciekawe w zetknięciu z ich wymówieniem z pracy związanym z rezygnacją menagera. Nie chcieli bez niego pracować. Jeszcze conieco o samej Magdzie Gessler. Podobno przygotowuje ona jedzenie dla znanych ludzi. Czy to zasługa jej niebywałego talentu? Nigdy w życiu. Po prostu miała szczęście. Ludzi serwujących przepyszne potrawy są tysiące, jedyny powód, dla którego nie są oni tacy znani to fakt, że nikt znany nie zajrzał w progi ich restauracji. Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, to Gessler równie dobrze mogłaby dzisiaj podawać przypalone frytki smażone wielokrotnie na tym samym oleju w malutkim pubie z fast-foodami. W związku z tym strasznie denerwuje mnie jej pycha i bezczelne zachowanie. Dlatego chociaż sama idea programu jest ciekawa, ciężko jest go oglądać bez irytacji wywołanej bezczelnością głównej bohaterki, a także z powodu natrętnych reklam. A co Wy sądzicie?
Trzecia część mojego prywatnego kompendium z ciekawostkami wyłapanymi w Planescape:Torment. W sklepie z osobliwościami w Wyższej Dzielnicy kupić możemy Kostkę Modrona. Jeśli potem udamy się do Przybytku Rozkoszy Intelektualnych i zapytamy o nią pobliskie Modrony, to dowiemy się że ta 'zabawka' jest tak naprawdę kluczem do portalu, który przeniesie nas w pobliże Mechanusa. Wówczas możemy pobawić się kostką dogłębniej, w poszukiwaniu właściwej kombinacji ruchów odblokowującej portal, której tutaj nie zdradzę Po wejściu w Portal zostaniemy przeniesieni na swoisty symulator pola bitewnego, który można resetować w nieskończoność i zdobyć tyle doświadczenia, ile się tylko chce. Polecam trudny poziom trudności, wówczas zdobywamy za każdego ubitego konstrukta 4000 punktów doświadczenia. Ponadto na tym poziomie możemy odnaleźć Nodroma (jeden z NPCów którego można dołączyć do drużyny) a także Czarodzieja-Konstrukta, u którego możemy zdobyć 8-poziomowe zaklęcie z ciekawą animacją działa, które znajduje się na Mechanusie i teleportuje swój ogień przez portal w miejsce, które mu wskażemy. Taka międzysferowa artyleria W Wielkiej Kuźni w Niższej Dzielnicy możemy wypełnić całkiem sporo ciekawych zadań dodatkowych. Przede wszystkim po przyłączeniu się do frakcji Bogowców możemy porozmawiać z Sarossą i poprosić ją by wykonała na nas pewien tajemniczy rytuał. Spowoduje on trwałe zwiększenie naszej mądrości o 1. Ponadto na tym samym poziomie możemy znaleźć mężczyznę imieniem Nil Xander, który ujawni nam, że któraś z naszych poprzednich karnacji zleciła jego pradziadowi stworzenie Machiny Snów. Możemy mu pomóc dokończyć jego dzieło, by potem doświadczyć ciekawych, klimatycznych snów podczas jego pracy. Wreszcie, możemy przyjrzeć się wielkiemu Tajnemu Projektowi, który skupia uwagę wszystkich Bogowców. Ponieważ Tormenta już ukończyłem i nie uznałem za stosowne dopisanie niczego więcej do tej listy - na tym swój mały ranking zamknę. Dodam tylko na koniec w ramach ciekawostki, że istnieje OSIEM różnych sposobów na ukończenie gry, plus dwa dodatkowe, niepozytywne (
Rację miało wiele osób oskarżających prezydenta Lecha Kaczyńskiego o odpowiedzialność za tragedię jaka miała miejsce w Smoleńsku. Mieli rację, nawet pomimo zasypania ich potem wyzwiskami za obrażanie nowomianowanego świętego męża stanu. Zachęcam 'linczujących' do przeczytania: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,8..._wczesniej.html A następnie wygłoszenia bez cienia wątpliwości i wyrzutów sumienia takiego zdania: 'Uważam, że to nie Lech Kaczyński jest moralnie odpowiedzialny za katastrofę samolotu w Smoleńsku'. Tyle na dzisiaj.* *-Ciekaw jestem jedynie, co ujawnią nagrania z czarnych skrzynek. Może coś w stylu 'Nie, jestem zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, zabraniam panu zmieniać lądowiska, proszę mi wylądować tutaj albo podzieli pan losy swojego poprzednika!' (który wyleciał za niesubordynację).
Pobawimy się dzisiaj w fajną grę. Jak zapewne część z Was wie, studiuję sobie spokojnie na kierunku Fizyka Techniczna. Czy jest mi tam dobrze, pozwolę sobie zachować dla siebie *Lord mruczy coś pod nosem o oszukaniu go propagandą przy rekrutacji, złamanych marzeniach i niekompetencji*. Mam na tym kierunku wiele interesujących przedmiotów. To znaczy ich nazwy brzmią interesująco, z treścią bywa już różnie. Ech... o czym tam miałem...? Ach, już wiem! Zabawa! No więc zabawa polegać ma na tym, że ja Wam napiszę kilka przykładowych informacji, jakie zdobywam na wykładzie z danego przedmiotu, a Wy będziecie próbowali zgadnąć o jaki przedmiot chodzi. Proste, nie? Gotowi? No to jedziemy!
>>>Przedmiot 1<<<
Pamiętam, jak w latach 80. miałem kalkulator marki Texas z kalendarzem Judejskim. To było wtedy coś! Wiecie, jak to się chodziło z dziewczynami na potańcówki? <Tu wstaw pustą, nudną gadkę-szmatkę na ten temat> Wiecie, jak się poluje w lesie na dzika? Jak należy do niego strzelać? Uran wzbogaca się w identyczny sposób jak robi się śmietanę na wsi. A teraz podajcie swój typ przedmiotu. Już? W takim razie oto odpowiedź: Tym razem było dość łatwo, ale przejdźmy dalej:
>>>Przedmiot 2<<<
<Tu wstaw długą przemowę na temat prohibicji w Szwecji i o tym jak tamtejsi ludzie przyjeżdżają do Europy narobić sobie zapasów alkoholu> <Tu wstaw równie długą przemowę na temat Szwedów - jacy są wspaniale zahartowani i jak potrafią się kąpać w morzu nawet w zimie> Pracował taki przez jakieś 20 lat i potem wydaje mu się że emerytura albo renta należy mu się jak psu zupa. A uczyli Was jak powinno się list składać i zasłaniać twarz przy kichaniu? Nie? <Tu wstaw identycznie długą przemowę na ten właśnie temat z bogatym wyjaśnieniem tych umiejętności>. Ta kreda jest beznadziejna. Wcześniej była lepsza, ale każdy musi wymyślić coś własnego. <Tu wstaw dość długie narzekanie na jakość kredy, ból palców na skutek pisania nią po tablicy, jej kiepską widoczność etc>. <Przemowa na temat krojenia chleba i pomidora> <Długa opowieść o jego znajomym, który zrobił sobie Bypassy a potem zmarł> <Jeszcze dłuższa opowieść o wadach konstrukcyjnych samolotów radzieckich> Tym razem były to . Tyle chyba wystarczy, żebym mógł przedstawić swój punkt widzenia. Jestem wkurzony, bardzo wkurzony. Poszedłem na studia na których muszę spędzać dziesiątki godzin na wysłuchiwaniu narzekań ludzi przechodzących kryzys wieku starszego. Powyższe przykłady nie są ani trochę przesadzone - całe wykłady z większości przedmiotów zlatują nam w ten sposób. A potem nadchodzi sesja i okazuje się że na wykładach przerobiliśmy NIEWYOBRAŻALNIE dużo materiału. I musimy to nadrobić we własnym zakresie. I jak to się kończy? Kończy się albo zrobieniem ogromnych, gigantycznych ściąg albo wyuczeniem się pojęć z książek i z internetu (w notatkach nic nie ma, chociaż notuje się wszystko z wykładu!) bez cienia zrozumienia, czego mogą dotyczyć. Ale to nie wszystko. To tylko jedna odmiana wykładowców - Profesorowie Dygresje. Są jeszcze Profesorowie Zapierniczają że w Pale się nie Mieści. Dostali do rąk cudo współczesnej technologii - rzutnik umożliwiający przedstawianie prezentacji w PowerPoincie. I pilocik do przeskakiwania slajdów. Bardzo miła zabaweczka. Kto by pomyślał, że umożliwia przelatywanie prezentacji z prędkością 80 slajdów na sekundę? Tak to właśnie wygląda. Cała prezentacja ma jakieś 40 stron, ale co z tego skoro żadnej z nich nie możemy zobaczyć dłużej za jednym ciągiem niż kilka sekund? *3 slajdy do przodu* *2 do tyłu* *8 do przodu* *5 do tył* i tak na okrągło. Na wielu przedmiotach nie zdążę nawet sięgnąć po długopis, zanim wskakuje następny slajd, a wykładowca mówi sobie o czymś zupełnie innym, nie mającym większego znaczenia. A potem jest zdziwienie na laboratoriach/kolokwiach - 'Nie chodził pan na wykłady, że nie zna pan tamtego wzoru?' Mam na poważnie dość tych studiów. Po prawie dwóch latach studiowania mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że nie nauczyłem się do tej pory niczego co mogłoby mnie kwalifikować do otrzymania tytułu inżyniera. Ale tytuł ten zdobędę. I będę inżynierem, który nic nie potrafi. A nawet jeśli nauczę się czegokolwiek, zrobię to absolutnie sam. A potem wykładowcy będą marudzić na umiejętności współczesnych inżynierów. Będą marudzić przed kolejnym pokoleniem inżynierów. Będą marudzić przed ludźmi, których takimi właśnie beznadziejnymi inżynierami uczynią.