Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Witam państwa! W dzisiejszym nielogicznościowym wpisie postaram się zaprezentować przykład na to, dlaczego czasem 'ekologiczne' (cudzysłów zastosowany celowo) postępowanie potrafi być szkodliwe dla środowiska i ludzkości.
    Świetlówki. Lampy fluorescencyjne. Lampy wyładowcze. Znamy je wszyscy, używamy ich nieraz dość chętnie. W zasadzie zgodnie z unijnym prawem nie wolno już produkować ani sprowadzać tradycyjnych żarówek, więc wyboru na dobrą sprawę i tak nie mamy.

    Unia i ekolodzy stosują wytłumaczenie, że świetlówki zużywają dużo mniej energii i tym samym przyczyniają się do ochrony środowiska. Jest to niewątpliwie prawda, ale takie podejście jest wprost nasączone krótkowzrocznością i ignorancją.
    Zużycie energii to tylko jeden z wielu aspektów wśród wad i zalet rozmaitych źródeł światła. Teraz wyjaśnię punkt po punkcie czego 'ekopropaganda' nie wspomina i skwapliwie pomija przy porównywaniu świetlówek i żarówek.
    Po pierwsze różnice w widmie elektromagnetycznym emitowanego przez te dwa źródła światła. Wyjaśnienie: każda fala elektromagnetyczna ma określoną długość fali. Światło które obserwujemy na codzień jest zbiorem różnych fal o różnych długościach. Słońce i tradycyjne żarówki emitują widmo ciągłe (oczywiście o innym zakresie), które po przejściu przez siatkę dyfrakcyjną będzie wyglądać następująco (niedokładnie tak, ale idea jest ta sama - płynne przejścia pomiędzy barwami):

    Widmo emitowane przez świetlówki jest pasmowe i zawiera tylko kilka pojedynczych długości fali, które zostały 'dobrane' tak, by oszukać nasz mózg, że ma do czynienia ze światłem białym. Przykład widma pasmowego:

    Tego typu światło jest dla naszego organizmu nienaturalne i na dobrą sprawę szkodliwe. W końcu nasz gatunek ewoluował skąpany w promieniach słońca o widmie ciągłym.
    Zanim przejdę do kolejnego punktu, chciałbym zaprezentować prosty eksperyment który może wykonać każde z Was, aby przekonać się że mówię prawdę. Potrzebujemy tylko płyty cd/dvd i lampek z tradycyjną żarówką i świetlówką. Zasłaniamy okna i gasimy światło w pokoju. Następnie włączamy kolejno obie lampy przykładamy płytę do nich, obracając nią w taki sposób, by ujrzeć kolorową 'tęczę'. W przypadku tradycyjnej żarówki (lub promieni słonecznych) uzyskamy piękną, wielobarwną tęczę o niemożliwych do określenia miejscach gdzie kończy się jeden kolor, a zaczyna drugi, zaś w przypadku świetlówki - zobaczymy tylko kilka kolorowych pasków.
    Kolejna wada świetlówek - ich... toksyczny skład. Tak, moi drodzy (i moje drogie) - świetlówki w swoim składzie mają rtęć - tą samą rtęć, której szkodliwość spowodowała delegalizację produkcji rtęciowych termometrów w Polsce. Widzicie tu pewną ironię? Zabraniamy produkcji termometrów ze rtęcią, bo gdybyśmy je stłukli to uwalniamy toksyczną substancję, jednocześnie zabraniamy produkcji żarówek żeby zmusić ludzi do kupna świetlówek, które po stłuczeniu - uwalniają rtęć!
    Ekolodzy muszą być świadomi tego faktu, bowiem świetlówek NIE WOLNO wyrzucać do śmietników i należy je segregować. A ile osób to robi? I gdzie w ogóle MOŻNA je zbierać? Tam, gdzie ja mieszkam nie ma służących do tego zbiorników.
    Jako zaletę świetlówek podaje się ich trwałość - w końcu skoro nie ma drucika, to nie ma się co przepalić, prawda? Niestety jest to również sprawa dyskusyjna. Tego typu lampy szybko się eksploatują podczas częstego zapalania i gaszenia, co powoduje że świetlówki także musimy wymieniać.
    Mówiłem już o szkodliwości odmiennego widma świetlówek dla ludzkich oczu, dopowiem teraz o kolejnym aspekcie ich szkodliwości - tętniące, 'migoczące' światło świetlówek powoduje szybsze zmęczenie ludzkich oczu. Dodatkowo emitowane przez nie promieniowanie ultrafioletowe powoduje degradację siatkówki.
    Reasumując - świetlówki nie są tak dobrym rozwiązaniem, jak próbuje nam się to wmówić. Musimy pamiętać że większość unijnych regulacji powstaje nie na skutek logiki czy racjonalnych faktów, a pod wpływem interesów określonej grupy lub narodu (jak na przykład regulacje odnośnie bananów, tak by ograniczyć ich import jedynie do krajów będących koloniami francuskimi). Mniejsze zużycie energii jest oczywiście istotną zaletą, ale równie dobrze można zastosować bardziej ekologiczne i ekonomiczne źródła energii - takie jak elektrownie jądrowe - którym Unia także jest nieprzychylna (ale to związane jest z naciskami lobby zajmującego się produkcją energii z elektrowni słonecznych, o której wadach napiszę jeszcze kiedy indziej) .
  2. Lord Nargogh
    Napisałem kilka wpisów o tematyce naukowej i mam zamiar napisać ich więcej. Nie wiem jednak, czy właściwie dobieram tematy, które chcę omówić - nie wiem tak naprawdę, czy nie piszę oczywistych oczywistości nawet dla ludzi spoza 'branży', ani czy nie wybieram przypadkiem zjawisk, które nikogo nie obchodzą. Nie piszę tego w końcu dla siebie, bo nie muszę sam siebie przekonywać do zainteresowania fizyką i nauką - dlatego zdecydowałem się wyjść Wam naprzeciw i zaproponować, abyście (jeśli to Was interesuje) wyszli z propozycjami tematów, na które mam napisać - jeśli są jakieś zjawiska fizyczne, urządzenia bądź eksperymenty, które Was interesują a których nie do końca rozumiecie - mogę spróbować je wyjaśnić na tyle, na ile pozwoli mi moja własna wiedza.
    A zatem - czy jest jakiś naukowy temat, o którym chcielibyście przeczytać?
    Zastrzegam tylko, że pewnych dziedzin zwyczajnie nie lubię - takich jak mechanika kwantowa i elektronika - ale to nie znaczy, że nie posiadam wiedzy na ich temat.
  3. Lord Nargogh
    Nadszedł chyba czas, żeby zebrać do kupy wszystkie przemyślenia na tytułowy temat i zrobić swoistą czarną listę ludzkich zachowań, zjawisk i innych rzeczy, których wyjątkowo nie lubię oglądać z różnych przyczyn - czy to głupoty, która z nich uderza, czy zwykłego draństwa. Wprawne oko zauważy pewne związki z tym, o czym już kiedyś pisałem (np. rodziny wielodzietne), tym razem jednak zamiast skupiać się na jednym negatywnym zjawisku zrobimy sobie maluchną kumulację. Oczywiście nie sposób wymienić WSZYSTKIEGO co mi działa na nerwy, szkoda na to czasu i zdrowia (mojego i ewentualnych czytelników), a poza tym na pewno nie byłbym sobie w stanie wszystkiego naraz przypomnieć. W związku z tym lista prawdopodobnie będzie aktualizowana, więc jeśli przyjdzie Wam coś do głowy - to śmiało dajcie mi o tym znać.
    Żeby było ładnie, estetycznie i czytelnie, powymieniam wszystko w punktach. A ponieważ wyszło mi ich póki co aż 16, tekst zostanie podzielony na kilka części (każda opublikowana innego dnia ? nie przesadzajmy z rozmiarem jednorazowej dawki jadu), spośród których ostatnia będzie zawierała ankietę w której spytam Was które z wymienionych przeze mnie zjawisk obrzydzają Was najbardziej.
    1. Niekompetencja i przyzwolenie na nią
    W dzisiejszych czasach ze świeczką można szukać 'właściwego człowieka na właściwym miejscu', a wynika to z prostej przyczyny - dzisiaj często zatrudnia się ludzi niekompetentnych/zostawia się ich na dawnym stanowisku pomimo skarg etc. Dlaczego się tak dzieje? Z różnych przyczyn - czy to pokrewieństwo z daną osobą/jej krewnymi, czy sympatia, jaką darzymy tą osobę, niechęć do wycieku na zewnątrz informacji o posiadaniu niekompetentnej ekipy (i szukania rozwiązania tego kłopotu za pomocą zmiecenia problemu pod dywan! Po prostu kpina) czy po prostu ignorancja ze strony osoby odpowiedzialnej za zatrudnienie. Ile razy zdarzało się że rozmaitym lekarzom/pielęgniarkom/nauczycielom/komukolwiek karygodne zaniedbania uchodziły na sucho tak długo, jak długo sprawa nie wyciekła do mediów?
    Człowieka często uderza bezsilność w takiej sytuacji. Co zrobić, jeśli wykładowca kluczowego przedmiotu jest niekompetentny (niewyraźnie mówi, po raz osiemnasty wygłasza dokładnie ten sam (!) wykład stanowiący zaledwie 1% materiału który nas będzie obowiązywał na egzaminie), ale posiada na uczelni mnóstwo znajomych i jest nietykalny z tego względu że jest w Polsce cenionym naukowcem?
    Nic nie można zrobić. I to jest dobijające.
    2. Nieodpowiedzialność
    Pisałem niedawno na tym blogu o tym, że nie podoba mi się niekontrolowane rozmnażanie się ubogich rodzin wielodzietnych. I tak sobie myślę że to może być doskonały przykład nieodpowiedzialności ? dla czerpania przyjemności seksualnej bądź czerpania pieniędzy na utrzymanie z budżetu państwa tacy ludzie są w stanie zrujnować życie swoim przyszłym ubogim/upośledzonym dzieciom. Kompletny brak odpowiedzialności.
    A innych przykładów na tego typu zachowania jest mrowie. Ba, jestem pewien że każdy z nas byłby w stanie znaleźć dziesiątki nieodpowiedzialnych zachowań które ?popełnił? chociażby w ubiegłym tygodniu. Ile razy zastanowiłeś się jakie skutki może przynieść Twoje zachowanie? Czy za każdym razem uwzględniasz ewentualne konsekwencje Twoich działań, które mogą spłynąć na Ciebie lub innych ludzi? Nie? W takim razie jesteś nieodpowiedzialnym człowiekiem. Tak? W takim razie God Bless you, oby takich jak Ty było jak najwięcej. Najlepiej rozmnażaj się ile tylko będziesz w stanie (dobrze to wpłynie na pulę genetyczną ludzkości).
    O dobro Twojego potomstwa się nie martwię ? w końcu ich przyszły rodzic jest odpowiedzialnym człowiekiem.
    3. Piractwo i ogólnie cwaniactwo (joł!)
    Nasz ukochany temat na tym forum ? piractwo. Zastanawiam się czy ci niezbyt inteligentni ludzie, zwani potocznie ?piratami? (ja mam na to inną nazwę, ale ze względu na stanowisko jakie tu piastuję nie wypada mi jej napisać) zdają sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów (swoją drogą znów wracamy do tematyki odpowiedzialności). Poza tym że piracenie jest zwykłym draństwem niezgodnym z prawem i niewątpliwie niepoprawnym moralnie, przynosi ogromną szkodę dla całej społeczności graczy. Utrata znaczenia komputera PC dla producentów gier jest bezpośrednim skutkiem ogromnego rozpiracenia tej platformy. Piraci niemal każdy ? ze świecą szukać w 100% legalnej kolekcji gier/filmów/muzyki, a przyznanie się do posiadania takowej w dowolnym towarzystwie zwykle grozi co najmniej wyśmianiem.
    Najbardziej żenujące są argumenty piratów o cenach gier. Gra jest produktem luksusowym i opcjonalnym, nikt nie zmusza do skorzystania z jej uroków. Jeśli nie stać Cię na kupowanie gier, które kosztują 200 zł (a tylko takie Cię interesują) ? trudno, poszukaj sobie tańszego hobby! Takie zachowanie jest najbardziej oczywiste dla myślącego człowieka, i sprawdza się doskonale w innych rodzajach rozrywki. Jako przykład można wymienić podróże dookoła świata, skoki ze spadochronu, szybkie i luksusowe auta ? jeśli człowiek ma na te rzeczy ochotę (nawet wieeelką), a nie ma na nie pieniędzy ? to zwyczajnie rezygnuje i szuka sobie innych zainteresowań.
    Pirat niestety po prostu bierze to, co mu się nie należy i karuzela marginalizacji PC-ta kręci się dalej?
    W tytule padło również słowo ?cwaniactwo?, jako że piractwo jest przykładem właśnie cwaniactwa, które też samo w sobie jest jednym z największych problemów niedoskonałych i małostkowych ludzi.
    4. Popadanie w nałogi i sprzeciw wobec prób uwolnienia od nich
    Czy to papierosy, czy alkohol, czy narkotyki, czy słodycze, komputer lub cokolwiek innego ? ludzie bezlitośnie potrafią się od tego uzależnić. Oczywiście wszystko jest dla ludzi (z wyjątkiem narkotyków [one są dla kretynów] i papierosów [one są dla niedojrzałych emocjonalnie dzieci]), ale trzeba pamiętać o tym, żeby potrafić zachować umiar. Życie pokazuje że wszystko w nadmiarze może nam zaszkodzić, nie wspominając już o tym że dowolna przyjemność której doznajemy zbyt często traci swój urok.
    Jak można sobie zrobić coś takiego? Nigdy tego nie zrozumiem. Oczywiście ludzie w zasadzie z definicji popełniają błędy i to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, jednakże gdy ktoś stawia opór przeciwko ich naprawieniu ? to jest zwyczajnym debilem. A taki opór stawiają osoby, które już się od czegoś uzależniły.
    Ostatnio rząd wpadł na genialny pomysł wprowadzenia bardzo restrykcyjnych przepisów wobec palenia papierosów, co wzbudziło ogromny sprzeciw i oburzenie ludzi uzależnionych od palenia, uważających że ktoś próbuje im ograniczyć prawa obywatelskie i traktować ich jak ludzi drugiej kategorii!
    Damn, mają doskonałą szansę na uwolnienie się od jednego z najgłupszych możliwych nałogów, i nie chcą z niej skorzystać!
    Ale wróćmy do tego ?ograniczania swobód obywatelskich? i ?ludzi drugiej kategorii?. Czy kiedykolwiek jakikolwiek palacz zapalając kolejny papieros w pubie czy na przystanku autobusowym (gdzie mu tego robić nie wolno) zastanowił się w jaki sposób wpływa na swobody obywatelskie ludzi, którzy papierosów nie palą a mają nieszczęście znajdować się w jego otoczeniu? Czy zdaje sobie z tego sprawę, że dym wylatujący z jego papierosa ogranicza moje obywatelskie prawo do oddychania świeżym powietrzem? Czy spytał mnie o zdanie, czy nie mam nic przeciwko jego zatruwaniu środowiska, do którego mam takie samo obywatelskie prawo jak on?
    Nie.
    I dlatego uważam że nikt ich nie powinien pytać o zdanie przy wprowadzaniu tego restrykcyjnego przepisu.
    5. Hipokryzja
    Rak który toczy polskie (i nie tylko ? każdy człowiek ma w związku z nią coś za uszami) społeczeństwo od niepamiętnych czasów. Uwielbiamy wprost krytykować innych za rzeczy, które sami bardzo często robimy.
    Najczęściej hipokryzja jest w jakiś sposób związana z religią. Jest to niefortunne, zwłaszcza biorąc pod uwagę że większość religii świata piętnuje w ludziach tą cechę i nakłania ich zasadniczo do czynienia dobra. A w jaki sposób się ta hipokryzja objawia? Wytykanie grzechów innym, samemu mając mnóstwo za uszami. Można hipokrycić (uwielbiam wymyślać nowe słowa) bezpośrednio ? czyli skrytykujesz sąsiadkę, która ma kochanka samemu mając jednego lub też podświadomie ? piętnując tego geja, który mieszka piętro niżej jako człowieka który łamie wszystkie możliwe prawa boskie i utrudniając mu życie jak się tylko da, zapominając że ?nie wolno czynić drugiemu, co Tobie niemiłe?.
    Wszyscy jesteśmy hipokrytami. Nie będę ukrywał tego, że sam nim jestem ? paradoksalnie hipokryzją byłoby twierdzenie, że nie ma się z tą cechą nic wspólnego. Ważne natomiast jest aby być świadomym tej swojej wady i zrobić co w swojej mocy, by ją zminimalizować. To wymaga wielkiej pracy i odwagi, żeby dostrzec w sobie cechy, które się wypomina innym i spróbować je naprawić bądź przyznać się na głos do tego.
    I to by było na tyle na dzisiaj, palce mnie już od pisania bolą, a poza tym wątpię żeby ktokolwiek miał ochotę czytać dłuższą ilość tekstu we wpisie na blogu, zwłaszcza mojego wrednego, jadowitego autorstwa
  4. Lord Nargogh
    Nieuchronnie zbliżają się wybory na prezydenta RP. Dla mnie to zarówno dobra, jak i zła wiadomość - dobra, bo chciałbym w końcu zmienić głowę temu państwu, a zła, bo nienawidzę brudów jakie zawsze są prane w czasie kampanii wyborczych. W ogóle nienawidzę kampanii wyborczych w całości.
    Do wyborów w zasadzie jeszcze ho-ho a już zaczęło się dziać to, o czym mówię. Jarosław Kaczyński prowadzi jawny szantaż grożąc ujawnieniem kompromitujących faktów na temat Radosława Sikorskiego, jeśli ten zdecyduje się wystartować w wyborach.
    Donald Tusk filantropijnie zrezygnował z kandydowania w wyborach prezydenckich, co oczywiście nie mogło się ostać bez komentarzy posłów Prawa i Sprawiedliwości.
    Oczywiście jego rezygnacja nie jest taka szlachetna, jak mogłoby się to z pozoru wydawać. Przypominam, że Platforma wciąż cieszy się wysokim poparciem społecznym i póki co ma ogromne szanse na wygranie kolejnych wyborów parlamentarnych. Przypominam także, że Donald Tusk miał w planach ograniczenie władzy prezydenckiej. Po co miałby więc kusić się na stanowisko, którego rolę ma zamiar zmarginalizować? Po co miałby rezygnować z większej władzy, jaką oferować mu będzie stanowisko premiera 'jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem'?
    Podczas wyborów brudy wypływają nie tylko na skutek wzajemnej walki kandydatów. Brudy wychodzą na wierzch także w mediach, bo doskonale zaczyna być widocznym jakiej partii przychylna jest konkretna stacja telewizyjna.
    Zbliża się okres natrętnych manipulacji i wszechobecnego zakłamania związanego z kampaniami.
    Brzydzę się tym. Nie chcę tego oglądać.
    A nie mam wyboru.
    Kampania będzie widoczna wszędzie - na ulicach, w telewizji, w radiu i w internecie. Musialbym wyjechać z kraju na okres przedwyborczy żeby jej uniknąć.
    Kampanie wyborcze są także brudne w dosłownym tego słowa znaczeniu - ciekawe ile miesięcy/lat tym razem zajmie posprzątanie wszystkich ulotek/plakatów i tym podobnych śmieci z ulic.
    Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie ścisłego limitu kosztów medialnych kampanii wyborczej. 10 tys złotych dla posłów i senatorów, 100 tysięcy złotych dla wyborów prezydenckich. Maksymalnie kilka spotów wyborczych, kilka billboardów, kilka tysięcy ulotek. Dość, aby każdy potencjalny wyborca zauważył kandydata, ale zbyt mało by możliwym było zaśmiecenie mediów i ulic kampanią. W dodatku zwiększyłoby to szanse kandydatów, którzy nie mają za sobą poparcia ogromnych partii i koncernów. Takich, którzy mają wolę by coś zmienić, ale nie mają ku temu środków.
    W końcu wybory przestałyby być pojedynkiem dwóch partii.
    Ale do tego nigdy nie dojdzie. Bo media i inne firmy wspomagające wybory zarabiają na tym zbyt duże pieniądze.
    Bo tłuszcza głodna jest brudów kampanii i mordek kandydatów. Tłuszcza chce to oglądać.
    I dostanie to, czego chce.
  5. Lord Nargogh
    Na dzisiaj przewidziałem zjawisko, które można najprościej określić mianem elektrycznego samogwałtu*
    Na początek trochę naukowych faktów.
    Urządzenia elektryczne działają na skutek pracy wykonywanej przez przepływający przez nie prąd. Energia elektryczna jest transformowana na przykład na mechaniczną (np wiatraczek, samochodzik elektryczny).
    Przepływ prądu w obwodzie powoduje wygenerowanie pola magnetycznego wokół niego. Stały prąd powoduje powstawanie stałego pola magnetycznego wokół przewodnika. Większość urządzeń, które mamy w domu używają stałego prądu. Prąd zmienny (który świetnie nadaje się do przesyłania energii elektrycznej na duże odległości - bez dokonania jego odkrycia niemożliwe byłoby zasilanie domów odległymi elektrowniami, a nawet jeśli to przy udziale ogromnych strat i nikłej efektywności) także powoduje wygenerowanie pola magnetycznego, tym razem jest jednak ono zmienne - wynika to ze zmian zachodzących w polu elektrycznym, które indukują zmiany pola magnetycznego ('ruch' światła jest z tym ściśle związany - ale o fali elektromagnetycznej opowiem kiedy indziej). Działa to także w drugą stronę - zmienne pole magnetyczne powoduje zmianę pola elektrycznego i przepływ prądu - większość z Was widziała chyba w liceum/gimnazjum proste doświadczenie na fizyce - z majtaniem magnesem sztabkowym wewnątrz cewki (ogólnie dla miłośników magnetycznych zabawek polecam magnesy neodymowe - BARDZO mocne, można nimi sobie nawet niechcący zmiażdżyć palce przy nieostrożnej zabawie). Zmiana strumienia pola magnetycznego może zachodzić na kilka sposobów - poprzez przesuwanie źródłem tego pola obok ciała, w którym przepływ prądu chcemy wygenerować (na przykłąd zboczony magnes i cewka), albo poprzez... zmianę prądu płynącego w obwodzie wytwarzającym pole magnetyczne.
    Teraz trochę się zaplączemy:
    W obwodzie płynie sobie prąd -> wokól obwodu powstaje pole magnetyczne -> dokonujemy zmiany prądu płynącego w obwodzie (zmniejszamy jego natężenie albo zwiększamy) -> strumień pola magnetycznego generowanego przez obwód ulega zmianie -> w pobliskim przewodniku zostaje wygenerowany prąd... ale to nie koniec. Ten prąd także powoduje generowanie zmiennego pola magnetycznego... i tak dalej, i tak dalej na zmianę aż do uzyskania prądu i pola tak śmiesznie małego, że nie wartego uwzględnienia. W sumie w większości wypadków można ten prądo olać już przy pierwszym-drugim przeskoku.
    Wniosek jest prosty: urządzenia elektryczne robią sobie dobrze nawzajem.
    Ale co to ma wspólnego z samogwałtem? Ano to, że takie zmienne pole powoduje także wygenerowanie prądu w samym przewodniku, który je wytworzył - prądu o przeciwnym kierunku, przeciwdziałającemu swojej przyczynie. Sam siebie gwałci.
    Teraz może dobrze byłoby powiedzieć, co z tego wynika.
    To zjawisko zachodzi za każdym razem, gdy uruchamiamy bądź wyłączamy dowolne urządzenie elektryczne. Jest to zresztą logiczne - w końcu uruchomienie urządzenia powoduje nastapienie przepływu prądu w nim - prąd wzrasta od zera do pewnej wielkości (albo na odwrót) - więc jest przez ułamek sekundy zmienny. Taki prąd indukcyjny w połączeniu z tym normalnym jest w stanie przepalić przewody i uszkodzić urządzenie. Niektórzy z Was zapewne zauważyli, że urządzenia elektryczne psują się najczęściej przy uruchamianiu - podobnie jest z lampami żarowymi (żarówkami) - najczęściej przepalają się albo przy ich uruchamianiu, albo przy wyłączaniu.
    Na szczęście producenci elektroniki o tym wiedzą i przeciętny użytkownik nie musi się tym przejmować - jego urządzene jest zabezpieczone przed takim zjawiskiem. Po prostu w momencie uruchamiania/wyłączania prąd nadprogramowy odprowadzany jest gdzie indziej**. To jednak nie zadziała w momencie gdy zamiast skorzystać z wyłącznika, wyjmiecie wtyczkę z gniazdka w czasie jego pracy. Więc jak mamusia albo tatuś zabraniali tego robić, to mieli ku temu pewne powody (nawet jeśli sobie z tego nie zdawali sprawy).
    Jaki morał może być na dzisiaj? Nie wyjmujta wtyczki z gniazdka przed wyłączeniem urządzenia, bo zrobita mu krzywdę. Zły dotyk boli przez całe życie.
    * - to określenie jest dziełem dziekana mojego wydziału
    ** - przydałaby się pomoc jakiegoś forumowego elektryka-entuzjasty, bo nie wiem dokładnie na czym polega to zabezpieczenie i mogę sie mylić.
  6. Lord Nargogh
    Niszowego poczucia humoru o tematyce maturalnej ciąg dalszy.
    Dzisiaj zajmiemy się arkuszem pisemnym matury rozszerzonej z biologii. Ponieważ kolejne matury ulegają kolejnym uproszczeniom, domyślam się że n00bizacja matury z biologii w roku 2102 osiągnie apogeum.
    Test zamknięty znajduje się powyżej
    Za część zamkniętą arkusza można zdobyć maksymalnie 6 punktów.
    Test otwarty:
    7. Galerianka zdobyła pewnego dnia osiem par jeansów, trzy kurtki i nieco biżuterii. Kto jest ojcem jej dziecka?
    8. Jacek zjadł na obiad kotleta schabowego, garść ziemniaków i nieco surówki z kapusty. Co się stanie jeśli wypije koktajl mleczny z ogórkami kiszonymi? Odpowiedź uzasadnij.
    9. Edward cierpi na niewydolność nerek. Tymczasem w jego szpitalu pojawił się niespodziewany dawca tego narządu. Edward ma szczęście być pierwszy na liście oczekujących. Jaki organ będzie miał przeszczepiony Edward? Przeprowadź dogłębną analizę jego historii choroby i uzasadnij odpowiedź.
    10. ?Krew jest czerwona bo składa się z soku truskawkowego? ? przeprowadź analizę słuszności tej tezy.
    Za część otwartą arkusza można zdobyć maksymalnie 16 punktów. Odpowiedzi można umieszczać w komentarzach.
    Za poprawne wypełnienie karty egzaminacyjnej swoim nickiem można zdobyć maksymalnie 28 punktów.
    Maksymalna liczba punktów do zdobycia ? 50 pkt. Ilość punktów wymagana do zaliczenia egzaminu ? 26 punktów.
    Powodzenia!
    Osobom, którym nie uda się zdać egzaminu za pierwszym podejściem przypominamy, że nie ma tutaj przegranych i że wszyscy jesteśmy wartościowymi ludźmi!
  7. Lord Nargogh
    Howdy, folks!
    Ponieważ nic ciekawego nie wypłynęło od czasów tygodnia gentlamanów, za stosowne uznałem zapełnienie tej forumowej próżni.
    W związku z tym, samozwańczo i bez konsultacji z kimkolwiek ogłaszam


    Dziki Zachód Week!




    Aby wziąć udział w tym przezacnym przedsięwzięciu należy zrobić co następuje:
    - wcielić się na tydzień w kowboja bądź indianina,
    - rozpoczynać każdy post powitaniem kowbojskim (np 'howdy!') lub indiańskim (np. 'Howgh!')
    - wczuć się w klimat Dzikiego Zachodu,
    - brać udział i organizować na blogach popędzanie bydła, polowanie na bizony i inne rozrywki powszechnie obecne w owych wspaniałych czasach,
    - Dobrze się bawić!
    Mam tylko nadzieję, że do zachodu słońca znajdzie się dość śmiałków, by wziąć udział w tym przedsięwzięciu.
    Jeśli komuś coś nie odpowiada, będę go oczekiwać jutro w samo południe pod wieżą kościoła im. św. Smugglera.
    Pamiętajcie - gorączka złota sama nie przejdzie, a bydło samo się nie przepędzi z Teksasu do Arizony.
    Niechaj bębenki Waszych rewolwerów nigdy nie pozostają puste, a kopyta Waszych wierzchowców niech zawsze będą podkute!
    PS: Jakby któryś miał ochotę wstąpić na ścieżkę zbrodni, to list gończy wygenerujemy za pomocą TEGO.
  8. Lord Nargogh
    Dawno, dawno temu...
    Dokładnie rzecz ujmując, dwa miliony lat temu. W takich ramach czasowych umiejscowiona jest jedna z moich ulubionych gier.
    Ale może na początek nieco historii. Nieco wierniejsi czytelnicy pewnie zdążyli się przyzwyczaić, że lubię sobie powspominać okoliczności w jakich nabyłem gry, które zmieniły (z punktu widzenia rozrywki elektronicznej) moje życie.

    Stało się to podczas wiosny w okolicach 2003 roku. Lord Nargogh był jeszcze młodym, pełnym ideałów i ambicji gimbusem, posiadającym bardzo małe kieszonkowe i zmuszonym w ten sposób do kupowania gier 'z niższej półki'. W gruncie rzeczy ten niedobór funduszy zapoznał mnie z wieloma niedocenianymi markami, więc wyszedł mi na dobre.
    I tak też było w tym przypadku, gdy wypatrzyłem w hipermarkecie stoisko z grami obiecująco brzmiącej serii 'Tanie Granie', w którym dostrzegłem tytuł z intrygującym obrazkiem i opisem z tyłu cd-boxa (bo to wydanie składało się wyłącznie z gry i opakowania na płytę).
    Malutkie screenshoty z gry przedstawiały bitwę futurystycznych pojazdów uzbrojonych w lasery, a jej opis sugerował iż akcja miała miejsce... dwa miliony lat temu. Podróże w czasie i lasery? W tamtych czasach niewiele więcej było trzeba, aby przykuć moją uwagę (od tamtej pory może do tej listy przybyły jeszcze cycki, ale... wróć, wtedy też na niej były). Wyszarpałem więc ostatnie 7 (słownie: SIEDEM) złotych i tym sposobem dokonałem jednej z najlepszych inwestycji w rozrywkę w całym swoim życiu.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Original War to bardzo oryginalna strategia czasu rzeczywistego. Poza nietypowym czasem akcji, grę wyróżniają ograniczone zasoby, jakie ma do dyspozycji gracz. W każdej misji posiadamy jedynie kilku ludzi (zazwyczaj możemy wybrać jakich), których śmierć jest bezpowrotna. Surowców się nie wydobywa, a znajduje - zbieramy skrzynki z zasobami przysłane z 'przyszłości' i (z powodu niedoskonałości wehikułu czasu) rozrzucone w losowy sposób po całej planszy. To ograniczenie zasobów ludzkich i materialnych wymusza na graczu rozsądne nimi zarządzanie.
    Maj. D. N. Płatonow: Co wy do cholery wyrabiacie, Gorki?!
    J. I. "Burłak" Gorki: Myślałem, że to transport od towarzysza majora.
    Maj. D. N. Płatonow: Myślałem, myślałem. To nie myślcie. Niech się to więcej nie powtórzy.
    Zresztą - łatwo się przywiązać do swoich podwładnych, zwłaszcza że niektórzy z nich posiadają silne osobowości i dostarczają nam niezłej rozrywki dialogami, które przeprowadzają w trakcie trwania misji. Wybór drużyny przed misją może wpłynąć na późniejszy jej przebieg - dla przykładu pewien żołnierz jest doskonałym zwiadowcą i jeśli wybierzemy go do swojej ekipy, to złoży nam ofertę przeprowadzenia zwiadu kluczowych lokacji wroga.

    Jest to najbardziej nieliniowa strategia czasu rzeczywistego, z jaką miałem do czynienia w swoim życiu. Skutki podejmowanych przez nas decyzji mogą nas nawiedzać nawet wiele misji później. To, czy darujemy komuś życie, jak kogoś potraktujemy czy w jaki sposób postanowimy zrealizować postawione nam zadanie może mieć duże znaczenie w jednej z kolejnych misji. W pewnym momencie w obu kampaniach misje dzielą się na dwie alternatywne ścieżki, z których musimy wybrać którą podążyć.
    John Macmillan: Denis? Czemu wysiadłeś z wozu.
    Denis Peterson: Mastodont i ja nie mogliśmy ustalić, kto będzie prowadził.
    John Macmillan: Upolowałeś skurczybyka?
    Denis Peterson: Niezupełnie. Stuknąłem go tylko. Wtedy on wcisnął mi dach do środka. Czy polisa ubezpieczeniowa to obejmuje?
    John Macmillan: No już, weź się do roboty zanim narobisz więcej kłopotów.
    Zadania, jakie są przed nami stawiane są bardzo zróżnicowane - od tradycyjnego równania bazy z ziemią, do skradankowej ucieczki z unikaniem zabijania przeciwnika (do nas wolno strzelać, nam nie wolno - bardzo uczciwe, nie?), zwiadów, po cały szereg misji samobójczych na które naszych bohaterów się wysyła.

    Właśnie, bohaterów - w zależności od wyboru kampanii prowadzić będziemy jednego bohatera, którego śmierć oznacza porażkę. Amerykańska kampania pozwala nam wejść w skórę Johna Macmillana, zaś radziecka - Jurija Iwanowicza Gorkiego. Podobieństwa do gry RPG nie kończą się w tym miejscu, bowiem wszystkie kierowane przez nas postaci zdobywają doświadczenie wraz z wykonywaniem czynności w zakresie ich zawodu. Klas postaci jest kilka i można przełączać pomiędzy nimi zmieniając wyposażenie w odpowiednim budynku. Podstawowe klasy to Inżynier, Mechanik, Naukowiec i Żołnierz. Później w zależności od strony konfliktu mamy dostęp do Operatorów Bazooki, Operatorów Moździerza i Snajperów. Warto tu nadmienić, iż opłaca się rozwijać wszystkie umiejętności swojego głównego bohatera, bowiem suma wszystkich zdolności wpływa na pancerz postaci.
    Tim Gladstone: Są bardziej inteligentni niż wam się wydaje. Mają swój prymitywny język i używają prostych narzędzi.
    Frank Forsyth: To coś jak nasi oficerowie!
    Frakcje w grze są trzy - oprócz Amerykanów i Rosjan grać można także Arabami, z tym że nacja ta nie posiada swojej kampanii. Na pocieszenie można nią grać w trybie multiplayer, a i w kampaniach pozostałych nacji można mieć dostęp do ich technologii w ograniczonym zakresie.

    Skoro już poruszyłem tematykę technologii, to może warto powiedzieć do jakich narzędzi zagłady będziemy mieć dostęp w czasie gry. Od zwykłych dział i karabinów, przez lasery, balisty, rakiety i miotacze ognia, po zabójczą bombę syberytową/alaskitową. Wszystkie te bronie umieszczać możemy na rozmaitych pojazdach, które konstruujemy wybierając podwozie, silnik, uzbrojenie i rodzaj kierowcy. Kierowcami mogą zostać ludzie i małpoludzie (nie pytajcie...), pojazdy mogą być także sterowane zdalnie lub za pomocą komputera. Każde rozwiązanie ma swoje wady i zalety i powoduje że możliwości zwyciężania w bitwach jest naprawdę wiele.
    Małpoludzie nadają się nie tylko do kierowania pojazdami. Można je także zaprząc do zbierania surowców, naprawiania budowli a także (na własną odpowiedzialność) wcisnąć im w łapy karabin lub postawić za spustem wieżyczki.

    Koniecznie też muszę wspomnieć o niesamowitej polskiej wersji językowej, uznawanej za absolutnie najlepszą w moim prywatnym rankingu. Dubbing jest po prostu doskonały, co szczególnie dobrze słychać podczas gry po stronie Rosjan - nasi żołnierze mówią z rosyjskim akcentem. Zresztą - jakby ktoś chciał się przekonać na własne uszy, to taka możliwość występuje na tej ( http://dubscore.pl/G...86,Original_War ) stronie internetowej.
    Cóż powiedzieć więcej - jest to jedna z moich ulubionych gier. Każdą z kampanii przeszedłem wiele razy i wracam do niej przynajmniej raz w roku. Szczerze polecam każdemu, kto miałby szansę zdobyć ten tytuł. Niestety nie zdobył on zasłużonej renomy i chwały i w związku z tym bardzo szybko po premierze trafił do najtańszej z reedycji, by ostatecznie zniknąć w mrokach dziejów z polskich półek sklepowych. W chwili obecnej gra możliwa jest do zakupienia na gog.com, ale niestety tylko w angielskiej wersji językowej.
  9. Lord Nargogh
    Postnuklearnych wspomnień ciąg dalszy.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo (Ponownie przestrzegam przed spoilerami)
    Świeżo po skończeniu Fallouta 1, zabrałem się ponownie za drugą część. Tym razem znałem już uniwersum gry, wiedziałem kim jest główny bohater i rozumiałem zasady, na jakich funkcjonowało pustkowie.
    Start nie był prosty. Nie wiedząc gdzie iść i skąd wziąć lepszy sprzęt, błąkałem się po początkowych mieścinach (Klamath i Den) wykonując najróżniejsze (choć niezbyt trudne, ograniczało mnie moje słabe uzbrojenie) zadania. Pomogłem Torrowi obronić jego 'Moo-moo' i wykupiłem kaucję Sulika. Pomogłem pijaczynie uzupełnić zapas drewna w jego bimbrowni. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o szczurzym bogu kryjącym się w osadzie traperów, o Toxic Caves nie wspominając.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W Den znalazłem nieco więcej pracy, pomagając gangowi Lary zdobyć fuchę u Metzgera, rozwiązując problem z nawiedzonym domem i wykonując kilka pomniejszych questów dla właścicielki jednego z kasyn. Ogólnie mieścina wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Była brudna, zaćpana i niebezpieczna. Dopiero za jednym z kolejnych przejść gry dowiedziałem się, że był to zabieg polityczny wykonany przez jedną z rodzin w New Reno. Zawładnąć miastami za pomocą silnie uzależniającego narkotyku - Jet. Ten sam problem miało górnicze miasto Redding, ale do niego dojdziemy.
    Moją niechęć do Den potęgowało istnienie w nim siedziby głównej łowców niewolników pod wodzą Metzgera, chociaż nie ukrywam że możliwość dołączenia do nich (i oszpecenia się na całe życie za pomocą tatuaża na czole) była intrygująca.
    Zdobyłem nieco doświadczenia, wiedziałem już jak dość dobrze strzelać podstawową bronią palną, a także słowami (rozwinąłem retorykę). Zirytowany tym, że nie wiem gdzie mogę jeszcze pójść sięgnąłem po solucję żeby rozejrzeć się za Bractwem Stali (nie liczę placówki która była jeśli dobrze pamiętam w Den i w której nie można było NIC zrobić).
    W ten sposób (nie bez przygód) dotarłem do San Francisco. Taka podróż na tym etapie kosztowała mnie wiele nerwów i naprzemiennego zapisywania i odczytywania gry. Na miejscu przyjąłem zadanie zdobycia planów Vertibirda z bazy Enklawy w Navarro. Zadanie zadziwiająco proste, jeśli posiadało się retorykę na przyzwoitym poziomie i dotarło się na miejsce bez incydentów w postaci random encounter.
    I tam spotkał mnie mały szok. Bez zbytniego wysiłku zdobyłem za darmo drugi najlepszy pancerz w grze, dużo dobrego uzbrojenia i GÓRĘ punktów doświadczenia. Za pierwszym razem zrobiłem z tego użytek od razu, za kolejnymi unikałem wkładania pancerza wspomaganego aż do samego końca gry, nawet pomimo zdobywania go dość szybko. Nie podobała mi się łatwość i płytkość takiej rozgrywki.
    Oczywiście nie mógłbym nie wspomnieć o możliwości zdobycia robo-psa (jednego z dwóch, jakich możemy mieć za towarzyszy) i podenerwowania pułkownika Enklawy.
    *stojąc na dożywotniej warcie przy Vertibirdzie obserwowany przez kręcącego się non stop pułkownika* - 'Totally worth it'.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Zwykle po wykonaniu tego zadania, mając już postać na przyzwoitym poziomie doświadczenia kierowałem się do New Reno, w celu zdobycia tytułu mistrza boksu wagi ciężkiej.Ogólnie postać ukierunkowana na 'charyzmatycznego intelektualistę mistrza kung fu' stała się moim podstawowym i ulubionym buildem (czyli wysoka int, cha, zdolności naukowe/medyczne/retoryczne, i rozwalanie całych patroli Enklawy gołymi pięściami w pancerzu co najwyżej bojowym). Wykonywałem też zadania dla większości rodzin w New Reno, ale nie będę przykładał do nich wagi w tym wpisie bo tematyk mafijna mnie nie kręci. Wykonałem je tylko dlatego, że zależało mi na punktach doświadczenia. No i na zwiedzeniu niezwykłej lokacji - Sierra Army Depot.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo To zarazem intrygujące i irytujące, że można tak łatwo przeoczyć możliwość zwiedzenia tak interesującej lokacji. Ja sam ją odnalazłem dopiero za kilkunastym przejściem Fallouta 2, dzięki skorzystaniu z solucji. Nie można było jej po prostu 'napotkać' wędrując po mapie świata, trzeba było wykonać serię zadań dla mafijnej rodziny Wright, której siedziba znajduje się na wschodzie New Reno i którą łatwo przeoczyć z tego powodu.
    Ale wracając do SAD. Wrażenie wywarła na mnie niesamowite. Silne (i jak sądzę uzasadnione) skojarzenia z The Glow z pierwszej części gry - ponownie badamy starą instalację wojskową, w której przeprowadzano przed wojną liczne eksperymenty. Z tym, że tym razem holotaśm i sprzętu do odnalezienia jest dużo więcej. Bardzo mi się podobała możliwość porozmawiania (co prawda przez chwilę, ale zawsze) z człowiekiem z czasów sprzed nuklearnej apokalipsy. Był też ciekawy, ale nieco niedopracowany pomysł z konstrukcją robota, który zostaje naszym towarzyszem. Napisałem 'niedopracowany', bo do dnia dzisiejszego nie udało mi się 'zainstalować' w nim broni - co czyni go kompletnie bezużytecznym (nie walczy wręcz).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Następnym krokiem na ścieżce oświeconego wojownika kung fu było pobieranie nauk u Dragona w San Francisco, a następnie stawienie czoła najpierw kolejno jego uczniom, a później uczniom złowrogiego Lao Pana (a także jemu samemu). Walka nie miała być na śmierć i życie, ale precyzyjne i zabójcze ciosy mojego bohatera zwykle kończyły się śmiercią przeciwnika już po pierwszym uderzeniu. Widok rosnącego z każdym wygranym pojedynkiem stosu ciał był równie niepokojący, co... satysfakcjonujący. Następnym krokiem była chęć uzyskania audiencji u Cesarza Chi. Kopię planów Vertibirda miałem już ze sobą, pozostało jeszcze wyczyszczenie siedziby Hubologist-ów. Zrobiłem to z łatwością i przyjemnością, ponownie miażdżąc ich kruche ciała swoimi gołymi pięściami. Pomogłem także pechowemu Chipowi odzyskać jego śledzionę. Zadanie równie interesujące, co nierealistyczne. Człowiek może bez problemu funkcjonować bez śledziony.
    W swoich podróżach zawitałem także do rolniczej mieściny Modoc, w której nie było zasadniczo żadnych ciekawych możliwości, poza szansą na zdobycie żony (lub męża) i pokrycie budynków wokół latryny do której wkładamy ładunek wybuchowy kałem.
    Stosunkowo niedaleko Modoc znajduje się górnicze miasto Redding.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W tym mieście mamy szansę zostać zastępcami szeryfa i wykonać dla niego kilka zadań. Jednak dla mnie najciekawsza jest możliwość wykupienia zainfekowanej Wanamingos-ami kopalni za grosze, i sprzedania jej z dużym zyskiem po oczyszczeniu jej z tych stworów. Wbrew obiegowej opinii, nie są to Obcy. Gdzieś czytałem wyjaśnienie twórców gry na ten temat - prawdopodobnie Fallout Bible.
    Dodatkowo z tym miastem związana jest możliwość rozprowadzenia uzyskanej w Vault City odtrutki na narkotyk Jet i tym samym udzielenie pomocy uzależnionym od niego górnikom.
    Myślę, że na dzisiaj tyle wystarczy. Zdecydowałem się podzielić wpis o drugiej części serii na dwie części, bowiem była to gra znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana od 'jedynki' - samych lokacji było znacznie więcej. Ciąg dalszy nastąpi.
  10. Lord Nargogh
    Obiecywałem, że w wakacje poczynię dużo wpisów o tematyce naukowej, jednakże... no... zasiedziałem się trochę. Czas to naprawić, zwłaszcza że zostały mi jeszcze tylko dwa niecałe miesiące wakacji. W ciągu bieżącego tygodnia postaram się popisać na tematy wspominane i obiecywane wcześniej. Ale na rozgrzewkę coś lżejszego.
    Dzisiaj zakupiłem sobie nową zabawkę; w dodatku taką, o której marzyłem od dawna. Jest nią klasyczny mikroskop optyczny z kamerką cyfrową, o maksymalnym powiększeniu do 350x. Nie jest to może szczyt technologii naukowej, jednak w zupełności wystarczy do tego celu, w jakim go zakupiłem - do zabawy. Dzisiejszym wpisem spróbuję zainicjować nowy cykl na swoim blogu, w którym będę zamieszczać wykonane przez siebie mikroskopowe zdjęcia różnych rzeczy. Zastrzegam tylko, że nie jestem profesjonalistą w tej dziedzinie ani też nie posiadam profesjonalnego sprzętu. To nie są badania naukowe ani prace na wystawę fotograficzną. To po prostu zabawa, polegająca na próbie zaspakajania nigdy nienasyconej ciekawości.

    No to zaczynamy.
    Zdjęcia #1 - suszony podgrzybek z mojej kuchni. Zdjęcia przedstawiają górę i spod kapelusza:

    Zdjęcia #2 - liście Kaladium rosnącego obok mojego biurka. Górne zdjęcie przedstawia świeży, a dolne wyschnięty liść.

    Zdjęcia #3 - jakiś liść, który znalazłem po drodze.

    Zdjęcia #4 - jakaś trawa ozdobna z mojego balkonu.

    Zdjęcie #5 - Krew Lorda. Nie jest to być może zbyt wyraźnie widoczne, ale udało mi się zaobserwować czerwone krwinki. Sam obraz z mikroskopu 'na żywo' wygląda dużo lepiej. Wyglądało to dość ciekawie, jak na początku krwinki poruszały się coraz wolniej, by przestać się ruszać wcale gdy krew całkiem zakrzepła.

    Na dzisiaj to tyle. Jeśli macie jakieś propozycje co do tego, co mógłbym jeszcze poobserwować pod mikroskopem - piszcie śmiało. Czasem człowiek nawet sam nie wpadnie na to, że chciałby coś zrobić.
    PS: Nie, nie będę badał plemników, Wy paskudni onaniści
  11. Lord Nargogh
    Nie planowałem dzisiaj robić wpisu na blogu. Zobaczyłem jednak w telewizji coś, co mnie zarazem rozbawiło i przypomniało że takie zjawisko istnieje.
    Oglądałem właśnie 'Wydarzenia' na Polsacie. Konkretnie to fragment na temat pijanych rodziców. Ogólnie to sprawa niezbyt zabawna, zwłaszcza dla mnie - wielkiego przeciwnika alkoholu, ale mimo wszystko autorom programu udało się mnie rozbawić.
    Mianowicie jako dowód powagi problemu pijanych rodziców, posłużono się... ilością wyników w 'Google' po wpisaniu tego hasła.
    'Wystarczy wpisać to hasło w internecie, by poznać powagę problemu'.
    Ciekawe.
    Nie jest to pierwszy, ani ostatni raz, kiedy świadkiem byłem wyciągania wniosków w taki sposób.
    Każdy człowiek posiadający choćby pozory inteligencji zdaje sobie z tego sprawę, że wyniki w google są przesadzone zwykle przynajmniej o dwa rzędy wielkości, bowiem po przejrzeniu 20 stron z rzekomo wyszukanych 10 000 dość często pojawia się komunikat że 'reszta wyników dotyczy stron podobnych bądź już wyświetlonych'. Poza tym wyszukiwarka ze zbioru słów przedstawia też wyniki zawierające wycięte z kontekstu wypowiedzi - także wpisując hasło 'pijani rodzice' i przeglądając wyniki, dojdziemy w końcu do stron zawierających stwierdzenia 'najlepsi rodzice na świecie', bo jedno słowo tutaj się powtórzyło.
    Ale dziennikarze niestety tego nie wiedzą.
    Dla zabawy wpisałem to hasło ('Pijani rodzice') w google. Wyszło 159 tysięcy wyników.
    dziennikarski wniosek: Zjawisko alkoholizmu w rodzinach staje się coraz poważniejszym problemem.
    Następnie wpisałem hasło 'prezydent jest z kosmosu'. 141 tysięcy wyników.
    dziennikarski wniosek: Narasta problem migracji pozaziemskich form życia a także stopniowe przejmowanie władzy na świecie poprzez obejmowanie kluczowych urzędów.
    Niemcy są z czekolady. - 149 tysięcy wyników.
    dziennikarski wniosek: Zaawansowane badania naukowe pozwoliły zbadać skład chemiczny naszych sąsiadów z zachodu. Wnioski są porażające: Niemcy są z czekolady! Przewiduje się znaczny wzrost ilości wycieczek nad Ren celem zaznania smaku prawdziwej, niemieckiej czekolady.
    Telewizor mnie podnieca - 50 tysięcy wyników.
    dziennikarski wniosek: Seksualna mniejszość TV-filów przeżywa istny rozkwit. Wkrótce protesty mające na celu zalegalizowanie małzeństw z odbiornikami telewizyjnymi staną się faktem.
    Samoloty mają sutki - 21 tysięcy wyników.
    dziennikarski wniosek: Inżynierowie konstruujący samoloty dokonali przełomowego ulepszenia konstrukcji lotniczych...
    ...i tak dalej, i tak dalej. Temat głupi, podobnie jak osoby, które wyciągają wnioski na podstawie liczby wyników wyszukiwarki typu google.
    Wybaczcie, ale nie mogłem się powstrzymać.
    EDIT: Ach, zapomniałem dopisać tytułowy wynik wyszukiwania:
    Czekoladowe ziemniaki tańczą - niestety zaledwie 6500 wyników. Jak widać ten rozdzaj rozrywki nadal pozostaje niszowy.
  12. Lord Nargogh
    Ależ jestem zadowolony! W końcu, po wielu latach udało mi się położyć łapki na kompletnym wydaniu Total Annihilation z oboma dodatkami (Battle Tactics+Core Contingency), a w dodatku za darmo!
    Warto też wspomnieć, że Core Contingency do niedawna był prawdziwym białym krukiem wśród gier. Żeby zdobyć go legalnie, trzeba było nieraz wyłożyć z 30-40 funtów brytyjskich, nie licząc kosztów wysyłki, które oznaczały dodatkowe 10 funtów. W Polsce nie dało się na żadnej aukcji/sklepie internetowym go zdobyć. Oba dodatki ponadto nigdy nie ukazały się w naszym kraju...

    ...ale ja w końcu je mam! Legalnie i za darmo! Mhaha! God bless gog.com i CDPROgram!
    Dobra, starczy już tego entuzjazmu, czas napisać conieco o samej grze.
    Albo nie, napiszę o niej kiedy indziej. Ależ jestem spontaniczny, prawda?
    Zamiast tego mam dla Was pewną propozycję - dołączcie do nas. Obejmijcie dowodzenie nad potężną, stalową armią dziś o 20:00 i stawcie czoła mnie i Rankinowi. Jak będzie nas wielu, to stworzymy interesujące sojusze, a zabawa będzie przednia! Zresztą - nawet w dwójkę bądź w trójkę można się w TA świetnie bawić. Więcej szczegółów o grze w sieci w TA znajdziecie TUTAJ
    Dziś wieczorem na pewno zagram ja i Rankin, Black Szadoł wstępnie wyraził zainteresowanie.
    Pozostaje tylko pytanie, czy starczy Wam odwagi, by stawić nam czoła?*
    *- just kidding, jesteśmy strasznymi nubami. Tym bardziej zabawa będzie przednia :3
  13. Lord Nargogh
    Natchniony kolejnym nowym forumowiczem wpisującym się w stare schematy, postanowiłem zrobić ranking "odmian" forumowiczów zaczynających swój byt na forum. Ha, może każdy z Was znajdzie tutaj swoją "kategorię"? Zobaczymy ;]
    Gotowi? To zaczynamy!
    Miernus grofanus pospolitus - bardzo popularna odmiana, występuje tylko i wyłącznie w środowisku działu "Komentarze". Objawia się tym, że świeżo zalogowany forumowicz odczuwa silną potrzebę podzielenia się ze wszystkimi swoją miłością do kilku(nastu) gier. Niestety, nie odczuwa najmniejszej potrzeby wytłumaczenia powodów tej miłości, w związku z tym dopisuje się w kilku tematach tekstami w stylu "Super giera, 9/10".
    Zagadkus totalus kompromitus - nowa odmiana, do tej pory widziałem jedynie kilka egzemplarzy. Jej charakterystyczną cechą jest zakładanie tematu o zagadkach (lub dawanie takiej propozycji, to dotyczy mniej groźnej odmiany) w stylu "Zgadnij co to za gra z obrazka!", którego IDENTYCZNY odpowiednik znajduje się na pierwszej (bo więcej na razie nie ma) stronie podforum. Ewentualnie daje wpis "A ja bym chciał taki temat w którym będzie można zgadywać gry po screenach". Doprawdy, niezwykle interesująca odmiana. Do tej pory widoczna była w Komentarzach, pod nazwą Komentarzus totalus kompromitus. Tam z kolei prosiła/próbowała założyć tematy o grach, które były widoczne na pierwszej stronie "Komentarzy".
    Pomuszcius Pospolitus - niebezpieczny i niezwykle popularny gatunek. Grasuje w Pomocnej Dłoni. Zwykle można go poznać po tym, że jako jedyny w całym dziale pełnym nazw tematów "CoD 5, problem z xxx-ta misja", "Sims, gra wywala do windowsa" zakłada temat brzmiący w stylu "Pomuszcie" z komentarzem "mam problem w gże". Doprawdy, bardziej trafnie idei problemu nie daje się określić.
    Jest też pewien bardzo rzadki, zagrożony wyginięciem gatunek zwany Homo Sapiens. Taka osoba od pierwszego postu pisze teksty na poziomie, i w zasadzie nic nie można jej zarzucić.
    W innych niż moje działach pewnie jest więcej odmian, ale napisałem tylko o tych, ktore przebadałem osobiście ;]
    A zatem - do jakiego gatunku TY należysz?
  14. Lord Nargogh
    Miałem nie marudzić, ale niestety - niektórzy po prostu nie dają mi wyboru.
    Nie mogę już patrzeć na kolejne strajki, protesty i tym podobne akcje organizowane przez kochane związki zawodowe.
    Co z tego, że zwyczajnie NIE MA pieniędzy na podwyżki dla jakiejś grupy - im się należy, i koniec! Jak zbiorą się kupą i ponarzekają na rząd w telewizji, to wydaje im się że pieniadze nagle skądś się wezmą. Jak rząd-Salomon z pustego nie naleje - to jest nieudolny. A opozycja tylko się cieszy.
    W normalnym państwie, normalny człowiek niezadowolony ze swojej pensji - prosi szefa o podwyżkę. Jak jej nie otrzyma - to albo się z tym godzi, albo ambitnie szuka lepszej pracy. A co się robi w Polsce? Strajkuje!
    Nie wyobrażam sobie żeby jakikolwiek inny kraj niż nasz tak długo utrzymywał przy życiu trupa jakim jest stocznia. Skoro firma jest nieudolna, i ciągle przynosi ogromne straty - to należy ją zamknąć! Co z tego, że pracują tam tysiące ludzi - to znaczy ze MY mamy ich utrzymywać? Czym się różni taki stoczniowiec pobierający pieniądze za coś, czego państwo nie potrzebuje od zwykłego bezrobotnego na zasiłku? Niczym.
    Stocznia przynosi tak ogromne straty, że zastanawiam się czy gdyby zwolnić całą radę nadzorczą, zlikwidować związki zawodowe, zamknąć stocznię i płacić stoczniowcom normalne pensje "za nic" - to czy i tak Polska nie byłaby na tym do przodu.
    Strajk przed likwidacją stoczni, strajk przed jej sprzedażą, strajk przed czym tylko się da.
    Strajk pod prywatnym domem premiera - szczyt wszystkiego. Panowie ze związków zawodowych nie mogli upaść niżej.
    Żebraków stawiam wyżej w hierarchii społecznej, niż strajkujących - bo żebrak PROSI o pomoc, strajkujący jej ŻĄDA.
    Pielęgniarki domagają się podwyżki. Co z tego, że szpital ledwo zipie - one mają dostać podwyżkę i koniec. Jakby szpital był zarządzany prawidłowo, to pielęgniarki miałyby wyższe pensje - ale byłoby ich o połowę (jeśli nie więcej) mniej. Więc co należy zrobić? Strajkować!
    Nauczyciele domagają się podwyżki. Ale siedzą cicho. Był tylko jeden, niezbyt ambitny i niezbyt głośny strajk.
    Wszyscy chcą podwyżek, a ich po prostu nie ma skąd udzielić. Nie ma na to pieniędzy. Więc co zrobić? Pogodzić się z tym? Nie, szantażowac państwo i zachowywać się jak terrorysta. A potem ponarzekać na rząd.
    Denerwuje mnie taka polska mentalność - "jest źle, a wy macie sprawić, żeby było lepiej. Nie obchodzi mnie jak, i skąd - macie mi dać podwyżkę".
  15. Lord Nargogh
    Zgodnie z obietnicą, napiszę dzisiaj conieco o jednym ze zjawisk fizycznych, z których będę korzystać w swojej pracy inżynierskiej. Na dzisiaj zdecydowałem się opisać podstawy 'działania' warstw L/LB. Jeśli mi starczy zapału i czasu, to napiszę kiedyś także o tzw. wzbudzeniu plazmonów powierzchniowych.
    Ale to nie koniec niespodzianek na dziś, dzisiaj bowiem także ujawnię swoją tożsamość i pokażę swoją twarz na blogu w trakcie pracowania nad jedną z takich warstw!

    Co to są warstwy L/LB?
    Warstwy L, czyli warstwy Langmuira to inaczej monowarstwy molekuł znajdujące się na powierzchni granicy faz. A co to tak naprawdę oznacza? A oznacza po prostu pojedynczą warstwę cząsteczek znajdującą się na granicy faz, na przykład fazy ciekłej i gazowej, najczęściej po prostu wody i powietrza. Opis procesu tworzenia takich warstw nie jest skomplikowany, ale zawiera dużo czasochłonnych czynności obejmujących czyszczenie absolutnie wszystkiego kilkoma sposobami. Pozwolę sobie te szczegóły pominąć, a jedynie wspomnę iż dokonuje się tego m.in. przy użyciu dość mocno szkodliwego chloroformu (stąd ta maska na zdjęciu). Po dokładnym wymyciu wszystkiego wyszukanymi sposobami, do tzw. wanny Langmuira nalewa się do pełna czystej, destylowanej wody zdejonizowanej w taki sposób, by utworzył się na niej wypukły menisk o grubości około 1mm. Potem dokonuje się paru czynności mających na celu sprawdzenie, czy na pewno dokładnie wszystko wyczyściliśmy i czy na pewno nie nasyfiliśmy dodatkowo w trakcie, a sprawdza się to m.in. przy użyciu tzw. płytki Wilhelmiego, która mierzy ciśnienie powierzchniowe, co znajduje także zastosowanie przy samym tworzeniu warstwy.


    Wanna Langmuira na której pracuję.

    Gdy już upewnimy się, że w wannie i wodzie nie ma syfu, możemy przystąpić do nakroplania przygotowanego wcześniej roztworu badanego związku w chloroformie. Ogólnie przyjęło się stosować stężenie 1 mikromola/mikrolitr, co wiąże się z odważaniem takich szokujących ilości np kwasu arachidowego, jak 0,000312 gramów. jakby to obrazowo przedstawić: gdy wrzuci się na wagę ilość równą mniej więcej 5-8 kryształkom cukru, to wyskakuje 2 razy więcej, niż potrzeba i trzeba czyścić wszystko od nowa i próbować jeszcze raz.
    No więc nakraplamy ten roztwór na powierzchnię wody - oczywiście trzeba to robić w odpowiedni sposób. Zostawiamy wszystko na około 15 minut, aż chloroform odparuje (jest on bowiem jedynie fazą nośną dla badanej substancji), po czym przystępujemy do tzw. sprężania. Sprężanie polega na zbliżaniu do siebie molekuł związku znajdujących się na powierzchni wody za pomocą dwóch hydrofobowych barier (wanna także jest hydrofobowa, a barierki mogą także być hydrofilowe). Oznacza tak jakby sympatię danej substancji do wody i na przykład materiał, z którego wykonane są wanny to teflon (ten sam, którym pokrywa się patelnie), który jest silnie hydrofobowy i sprawia, że woda się po nim nie 'rozpływa' najprościej mówiąc.
    Bariery się przybliżają coraz bardziej, a molekuły wraz z nimi. Na początku (o ile nie nakroplimy za dużo związku) mamy tam tzw. fazę gazu doskonałego, kiedy cząsteczki związku na powierzchni wody zachowują się jak gaz, potem przejście fazowe w dwuwymiarową ciecz, a na końcu przejście w dwuwymiarowy kryształ. Są też pewne fazy pośrednie, ale to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. W pewnym momencie, jeśli będziemy nadal sprężać daną warstwę, to nastąpi tzw. załamanie warstwy, które polega na tym, że... hmm... może posłużę się obrazowym przykładem: stanie się mniej więcej wówczas to, co się dzieje przy ściskaniu dwóch końców pojedynczego wafla do środka. Oczywiście to dość spore i błędne przybliżenie, bo mogą się dziać także różne inne dziwne rzeczy, ale pozwoli na pewne wyobrażenie, co się może stać.
    Taka poprawnie sprężona warstwa, to wspomniana wcześniej warstwa Langmuira.


    Powiedziałbym, że jest to idealna warstwa molekularna, ale nie jest, bo na etapie początkowym badania substancji spręża się ją do załamania, by dokładnie wiedzieć 'ile można'. Zważcie na to, że na tym zdjęciu wyraźnie widać, że nic nie widać. Jest to bowiem zwykły kwas arachidowy, a nie barwnik - w przypadku użycia niektórych barwników można dostrzec działanie pojedynczej warstwy molekularnej gołym okiem. Ale w nanotechnologii i fizyce molekularnej nie jest ważne, by coś było widać, tylko by działało ;]

    O warstwach LB wiem na razie nieco mniej, bo nie zajmowałem się nimi jeszcze, więc opiszę je dokładniej kiedy indziej, ale pokrótce chodzi o osadzenie sprężonej warstwy Langmuira na ciele stałym. Daje to duże możliwości zastosowania w wielu dziedzinach nauki i życia codziennego, ale tak jak wspominałem - opiszę to dokładniej kiedy indziej. Dość tego pseudonaukowego bełkotu na dziś.
    Ach, byłbym zapomniał: miałem w końcu się ujawnić!


    Lord Nargogh approves!
    PS: Tak chodzę na codzień. Na skutek pewnego nieszczęśliwego wypadku na pewnej planecie wulkanicznej jestem zmuszony nosić zestaw podtrzymujący mnie przy życiu. No, akurat na tym zdjęciu nie widać tych słuchawek do mp4...

  16. Lord Nargogh
    Niektórzy z Was zapewne byli bardzo podekscytowani od ostatnich kilku dni.
    Wszystko zaczęło się od bardzo radosnego newsa, że jesteśmy na najlepszej drodze do opracowania... mieczy świetlnych! Świat pryszczatych nerdów w przepoconych koszulkach zadrżał w posadach.
    ...lecz czy tak naprawdę jest się czym cieszyć? W tym wpisie postaram się 'rozszyfrować' hardy żargon fizyków i wyjaśnić o co tak naprawdę chodziło w tym ponoć epokowym odkryciu.
    Ja sam dowiedziałem się o całej sprawie z artykułu na portalu geek:
    http://www.geek.com/...tsaber-1571956/
    Tłum. polskiej nazwy: 'nowa forma fotonowej materii jest zasadniczo mieczem świetlnym'.
    Mój mózg fizyka wydał z siebie skrzeczący dźwięk po samym przeczytaniu tytułu. Już wiedziałem, że chodzi o jakiś bzdet rozdmuchany do rozmiarów epokowego odkrycia. Nie ma czegoś takiego jak 'fotonowa materia'. Energia w naszym wszechświecie może występować w dwóch postaciach: materialnej i elektromagnetycznej. Światło i masa. Te dwa typy energii mogą przechodzić w siebie nawzajem na drodze kreacji i anihilacji. Epitet 'fotonowa materia' nie ma żadnego naukowego sensu.
    Artykuł w dosyć naiwny sposób podnieca się nieszczególnie przełomowym odkryciem naukowym, wyciągając wnioski i nadzieje z kosmosu, które nie mają oparcia w faktach. Nie będę analizował tego tekstu, bo zwyczajnie na to nie zasługuje. Kto ma ochotę niech przeczyta sam i wyciągnie własne wnioski. Ja się skupię na tym, co jest napisane w samej publikacji na temat tego odkrycia, która jest dostępna za darmo i legalnie pod tym linkiem:
    www.rle.mit.edu/media/pr151/
    Zacznijmy od podstaw - tego, czego dotyczy badanie i publikacja. Najpierw będę tłumaczyć tekst z angielskiego na polski, a potem postaram się wyjaśnić o co chodziło.
    Tłum. na polski: Oddziaływania pomiędzy słabymi impulsami optycznymi na poziomie pojedynczych fotonów reprezentują fundamentalne ograniczenie dla nieliniowej optyki, a osiągnięcie tego efektu stanowiło długoletni cel badany przez ostatnie trzy dziesięciolecia. W dodatku do podstawowych korzyści, badania te napędzane były przez ich potencjalne zastosowania w informatyce kwantowej. Przykładem takich zastosowań mogą być przełączniki foton-foton i całkowicie optyczne tranzystory stworzone na poziomie pojedynczego fotonu. W ogólności, takie nieliniowe oddziaływania są bardzo trudne do uzyskania, gdyż wymagają połączenia dużej nieliniowości optycznej, długiego czasu oddziaływania pomiędzy atomem i fotonem, niską utratą fotonów i precyzyjnego uwięzienia światła. W tej pracy demonstrujemy innowacyjne podejście umożliwiające uzyskanie silnych, koherentnych nieliniowych oddziaływań pomiędzy kilkofotonowymi impulsami.
    Tłum. na ludzki: Ciężko, oj ciężko jest uzyskać fotony które oddziałują ze sobą. Jak już się komuś uda je uzyskać, to można to wykorzystać do szyfrowania danych i w elektronice. Mamy pomysł jak cośtam w tym temacie wskórać.
    No cóż, chwilowo nic o mieczach świetlnych, a z punktu widzenia zwykłego człowieka nie ma w tym w ogóle nic ciekawego. No to nic, lecimy dalej. Teraz w skrócie o co chodziło w samym eksperymencie:
    EIT - Electromagnetically Induced Transparence - Przezroczystość Wymuszona.
    Polariton - nie jestem pewien jak się tłumaczy na polski, ale oznacza to kwazicząstkę (tak jakby pseudo-cząstkę) powstająca na skutek silnego sprzężenia pomiędzy falą elektromagnetyczną (światłem) a wzbudzeniem niosącym za sobą elektryczny lub magnetyczny dipol. Przykład: fala plazmy rozchodząca się po powierzchni metalu razem z fotonem.
    Tłum. na polski:
    Wrażliwa natura interferencji kwantowej bazującej na Wymuszonej Przezroczystości umożliwia uzyskanie nieliniowych, spójnych oddziaływań pomiędzy polarytonie w ciemnym stanie i dodatkowymi polami świetlnymi, co może być interpretowane jako oddziaływanie pomiędzy fotonami.
    Tłum. na ludzki:
    Wymuszona przezroczystość (dzięki sztuczce robisz że kryształ przepuszcza bez strat np żółte światło) pozwala na uzyskanie tych szumnych oddziaływań pomiędzy fotonami.
    Artykuł jest oczywiście znacznie dłuższy, ale... to zasadniczo wszystko, co w nim najważniejsze (poza nudną kwantową matematyką).
    Nie ma żadnych mieczy świetlnych, i to odkrycie nie ma nic wspólnego z ewentualnym powstaniem ich w przyszłości. Jest tylko potencjalny tranzystor fotonowy, czyli element elektroniczny z samego światła no i potencjalne zastosowania w budowie komputera kwantowego i/lub kwantowego szyfrowania sygnału,
    Kto wcześniej o tym czytał, być może sobie niepotrzebnie narobił nadziei na zabawki rodem z filmu science-fiction. Przykro mi, że mogłem te nadzieje zrujnować - ale po prostu nie cierpię jak wykorzystuje się tanie chwyty żeby przykuć uwagę szarego obywatela do swoich badań naukowych.
    Pewnie i tak nikt nie doczytał do końca, ale i tak czuję się lepiej po tym 'sprostowaniu'.
    PS: Dziwnym zbiegiem okoliczności, to 'kwantowcy' najbardziej lubią przesadzać w ogłaszaniu światu swoich odkryć - stąd mamy wielu ludzi wierzących że jesteśmy naprawdę blisko skonstruowania teleportera (teleportacja kwantowa nie ma nic wspólnego z przenoszeniem ludzi na duże odległości - to tylko nudna metoda szyfrowania informacji, o której może napiszę kiedy indziej).
    PS 2:Niektórzy z Was wiedzą, że jestem fizykiem z wykształcenia. Że kiedyś planowałem udać się na doktorat, dokonywać odkryć naukowych i zmieniać świat. Oraz że zetknięcie ze światem nauki bardzo mocno mnie zniechęciło i odrzuciło. Dzisiaj doświadczyłem przypomnienia, dlaczego tak było.
  17. Lord Nargogh
    Powracam po długiej przerwie do prowadzenia tego jakże popularnego i uwielbianego bloga. Zacznę od razu z grubej rury od tematyki która jest bliska większości graczy - LASERÓW.
    Niewielu spośród nich zdaje sobie tak naprawdę sprawę z tego, jak działa rzeczywisty odpowiednik ich ulubionej broni. Ja spróbuję wytłumaczyć podstawową budowę i działanie lasera w sposób barbarzyńsko prosty. Od razu podkreślę że szczegółowy i precyzyjny opis zajmuje kilka grubych woluminów napisanych tak podłym naukowym żargonem, że moje oczy wymiotowały na sam tego widok i osobiście nie cierpię części fizyki zajmującej się laserami. Wybrałem inną specjalność - nanotechnologie. No, ale odbiegam od tematu.

    Najlepiej będzie zacząć od rozszyfrowania nazwy tego urządzenia - LASER to inaczej skrót od Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation. Można to przetłumaczyć jako 'Wzmocnienie Światła poprzez Wymuszoną Emisję Promieniowania'. Pamiętajcie zatem że poprawna polska nazwa to WŚWEP i najlepiej takiej właśnie używać, gdyż jest ona wyraźnie prostsza i łatwiejsza w wymowie od oryginalnej.
    Podstawy teorii potrzebnej do opracowania Lasera opracował Einstein w 1917 roku (publikacje na temat emisji spontanicznej i wymuszonej oraz absorpcji). Prekursor Lasera zwany Maserem (skrót oznacza niemal to samo, tylko zamiast 'Light' mamy 'Microwaves' <mikrofale>) powstał w 1954 roku, zaś właściwy pierwszy działający Laser został uruchomiony w 1960 roku. Był to laser rubinowy, którego nazwa pochodzi od ośrodka czynnego, ale do tego dojdziemy później.
    Najprościej można powiedzieć że Laser składa się z trzech elementów - układu pompującego, ośrodka czynnego i rezonatora. Co się kryje za tymi nazwami?
    Układ pompujący wytwarza inwersję obsadzeń. Oznacza to, iż więcej molekuł w ośrodku czynnym znajduje się w stanie wzbudzonym, niż w stacjonarnym. Gdy molekuła jest w stanie wzbudzonym to dąży do 'rozładowania się' niczym nastolatek pod wpływem burzy hormonów gdy rodziców nie ma w domu. Przykład ten jest o tyle trafny, że w obu wypadkach mamy do czynienia ze swojego rodzaju emisją na skutek tego dążenia. Molekuła wyemituje kwant promieniowania (foton, albo po prostu światło po ludzkiemu) a nastolatek... coś innego, jednak jest to dyskusja na inny termin i miejsce.
    Wyemitowane fotony krążyć będą następnie po rezonatorze, co umożliwi uzyskanie promienia świetlnego o pożądanej mocy. Prostym przykładem rezonatora może być interferometr Fabry-Perota składajacy się z dwóch częściowo przepuszczalnych zwierciadeł ułożonych naprzeciwko siebie. Wyemitowane światło odbija się od nich wielokrotnie, ostatecznie wychodząc z rezonatora i dając nam promień laserowy.
    Lasery można podzielić według różnych kategorii - ja ograniczę się do wspomnienia o podziale według ośrodka czynnego. Mamy więc lasery gazowe, barwnikowe, na ciele stałym a także te najpopularniejsze - półprzewodnikowe. Laser półprzewodnikowy macie w komputerze z którego przeglądacie ten blog, w stacji dysków DVD. Także wszelkie straganowe lasery są półprzewodnikowe.
    Każdy ośrodek czynny ma inne właściwości, wymaga innej 'obsługi' i oferuje inne zastosowanie do lasera.
    Nie wnikając w szczegóły, oto kilka foć laserów na różnych ośrodkach czynnych:


    Laser barwnikowy z naszego wydziału. Osobiście nigdy go nie widziałem, na laborkach pracujemy głównie na straganowych półprzewodnikowych kupolaserach.




    Rubinowy pręt służący za ośrodek czynny w laserze na ciele stałym.




    Laser gazowy na dwutlenku węgla.

    To tyle na dzisiaj. Wiem, że fizyka w zasadzie nikogo nie obchodzi, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Jak będę miał ochotę, to będę o niej pisał. Zawsze to zdrowsze od ciągłego klnięcia na braci...tfu, Kaczyńskiego.
  18. Lord Nargogh
    Ostatnio nie wiedzieć czemu, przypomniała mi się dość stara gra. Nabrałem ochoty by zagrać w nią po raz kolejny. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że twórcy wydali ją w 'unowocześnionej' wersji HD - jest to o tyle ciekawe, że nie czerpali zysków z tej gry od lat - była dostępna za darmo do ściągnięcia z ich strony od bardzo dawna. Nowa wersja również jest do ściągnięcia za darmo. Czy warto? Moim zdaniem jak najbardziej, co za chwilę postaram się uargumentować.
    Ta gra jest swoistą parodią typowych gier cRPG. Mamy tu wszystko - wieśniak, który nagle zostaje bohaterem, potężną organizację zła, tragedię głównego bohatera - trudno mi tu wszystko wymienić, ale zapewniam Was, że większość schematów z tego typu gier zostało bezczelnie wykorzystanych i wyśmianych.



    Skromna chatka staruszki opłakującej kaczuszkę.

    Zaczynamy kompletnie od zera - naszym pierwszym wyzwaniem jest... nakarmienie świń w chlewie. Ku nieopisanej radości naszego bohatera, zostaje on przyłapany na tej czynności przez jego miejscowego rywala, który został rycerzem i który nie szczędzi mu kąśliwych uwag na temat jego pracy.



    Nie wszyscy zaczynają ratowanie świata od walki ze smokiem...

    Pierwszą misję kończymy z powodzeniem bez trudu. W międzyczasie możemy pomóc staruszce odnaleźć jej ukochaną kaczuszkę (która gdy ją zagadniemy okazuje się całkiem wygadana) Słowem - epickość na całego. Następnym zadaniem, jakie otrzymamy od swojej mamy jest zebranie kilku orzechów z drzewa rosnącego w pobliżu wioski. Na swojej drodze napotykamy Wielkiego Maga (jak sam siebie raczył nazwać), który później nauczy nas podstawowego zaklęcia magicznego.


    "Jestem Wielkim Magiem!"
    "Pracujesz w cyrku?"
    "..."

    Przelewamy też pierwszą krew, walcząc z morderczymi robalami.


    Pierwsze zwycięskie starcie. Ale bez obaw, smoki też będą!

    Gdy wykonujemy niesamowicie trudne zadanie zebrania kilku orzechów, zastajemy w domu...



    ...tragedię. Nasza matka nie żyje, a dom spłonął. Cóż więc nam innego pozostaje, jak rozpocząć życie pełne przygód?
    Gra jest niezwykle zabawna i wciągająca. Dialogi są bardzo humorystyczne, a nieraz nawet perwersyjne. Możemy kupić nieco uzbrojenia, nauczyć się paru czarów a także rozwijać trzy cechy - atak, obronę i magię. Słowem - najprościej, jak można zrobić by móc nadal grę nazywać cRPGiem.
    Grze towarzyszy przyjemna muzyczka w formacie .midi i dość ubogi zakres możliwych odgłosów, ale jak pisałem - to nie o złożoność tu chodzi.
    Do gry dołączony jest wypaśny edytor umożliwiający tworzenie własnych przygód, możemy także ściągnąć kilka przykładowych (polecam Wyspę Tajemnic) wykonanych przez innych graczy z poziomu gry.
    Ale pomimo całej tej prostoty gra się znakomicie. Wbrew pozorom możemy wykonać wiele interesujących zadań (dla przykładu o sekcie czczącej kaczki). Jeśli nigdy do tej pory nie mieliście przyjemności wcielić się w Dinka, zachęcam gorąco by zrobić to teraz, zwłaszcza że gra jest całkowicie za darmo do ściągnięcia ze strony producenta. O, tu.
    A, żeby nie było niedomówień - ta gra tuż po premierze wiele lat temu była sprzedawana komercyjnie- sam pamiętam trzymanie pudełka z nią w pewnym sklepie. Jest to zatem produkt pełnowartościowy, jeśli ktoś ma uraz do darmówek.
  19. Lord Nargogh
    Nie uwierzycie co się stało - Michael Bay usłyszał o Bitwie o Krzyż, która odbyła się w zeszłym tygodniu pod pałacem prezydenckim i zdecydował się nakręcić o tym film! Jego dzieło jest już jak najbardziej gotowe i możliwe do obejrzenia na YT:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Ja-ro-sław! Auuuuu!
  20. Lord Nargogh
    Oglądając dzisiaj kilka wydań rozmaitych dzienników informacyjnych usłyszałem wypowiedź, którą stwierdziłem że muszę skomentować. A z drugiej strony nie ma w zasadzie co się rozpisywać nad tą sprawą, więc zdecydowałem się stworzyć nowy minicykl na moim blogu - 'krótkie komentarze'.
    Na początek wrzućmy na ruszt wypowiedź Renaty Beger po ogłoszeniu wyroku sądu w sprawie seksafery w Samoobronie. Dla niewtajemniczonych: sąd uznał Andrzeja Leppera i Stanisława Łyżwińskiego jako winnych zarzucanych im czynów i skazał ich na kilka lat więzienia bez zawieszenia.
    Panowie oczywiście nadal uważają że to proces polityczny (jakby kogokolwiek tym kraju jeszcze obchodziła ich partia) i mają zamiar odwoływać się od wyroku sądu do wyższej instancji.
    W sumie nic ciekawego - ciekawa była natomiast wypowiedź Renaty Beger po ogłoszeniu tego werdyktu, która brzmiała mniej więcej tak:
    'W Samoobronie nie było żadnej seksafery - w przeciwnym wypadku jak pani wytłumaczy fakt, że MNIE ona ominęła?'*
    ...
    No jasne, jakim cudem taką seksbombę jak Renatę Beger ominęło molestowanie seksualne. Któż bowiem mógłby się oprzeć jej urokowi?
    Zatem mój komentarz jest następujący: Nie, nie było żadnej seksafery w Samoobronie. To absolutnie niemożliwe żeby ktoś NIE był zainteresowany panią Beger i molestował kogokolwiek innego w tej partii.
    * - możliwe że wypowiedziała te słowa już wcześniej, w każdym razie ja tego nie pamiętam.
  21. Lord Nargogh
    Odpowiedzialność. To słowo-klucz kryje w sobie kwintesencję problemu który postaram się poruszyć w tym wpisie.
    Odpowiadać możemy za różne rzeczy, jednak niezależnie od piastowanego urzędu czy stanowiska, nasze decyzje będą wpływać na losy innych ludzi. Zawsze wpływają.
    Nie wolno w związku z tym postępować pochopnie i w pośpiechu. Nigdy nie wolno nam zapominać o ludziach, którzy na nas polegają. O krwi, którą przelano za wolność, która umożliwia nam dokonanie tej decyzji.
    Wielu ludzi o tym zapomina i tym samym przyczynia się do zaistnienia niezliczonych osobistych tragedii. Zawsze trzeba sobie zadać to samo pytanie: czy będzie warto? Czy przez swoją lekkomyślność nie doprowadzę do czyjegoś cierpienia lub śmierci?
    Po tym krótkim wstępie myślę że mogę już przejść do rzeczy i napisać bardzo głęboką i niezaprzeczalnie prawdziwą sentencję.
    Wybór salcesonu to nigdy nie jest lekka sprawa.

    Dlaczego znowu zacząłem pisać na blogu po długiej przerwie? Bo stojąc dzisiaj w kolejce w mięsnym po raz kolejny coś mnie zirytowało. Coś, czego doświadczać muszę na własnej skórze każdego dnia.
    Ludzkie niezdecydowanie przy wyborze chędożonych wędlin i mięs! Na litość boską, błędny wybór pomiędzy salcesonikiem babuni, a ozorkowym nie spowoduje katastrofy naturalnej z setkami ofiar! Kupno nie tej pasztetowej co trzeba nie wywoła epidemii, a wybór złej kiełbasy nie rozbije rodziny i nie przyczyni się do upadku Kościoła Katolickiego.
    Zawsze ten sam schemat. Zawsze ten sam typ ludzi.
    'A ten salcesonik to dobry?'
    (Nie, paskudny - odpowie każdy normalny sprzedawca)
    'A ta parówka drobiowa to z wieprzowiny jest?'
    'Ta szyneczka to wytrzyma mi do niedzieli?'
    Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi na niemal każde pytanie, moher-hurtownik przystępuje do zakupu ogromnej ilości wędliny, do której miał więcej pytań niż studenci po wykładzie z mechaniki kwantowej.
    'To ja poproszę dwa plasterki tego salcesoniku...'
    Lekko zaczynam się irytować.
    'Albo nie, wie pani co, niech pani mi da ten kawałeczek który pozostał'
    >_<
    'Ojej, to waży aż dwanaście deko? To wie pani co, ja wezmę jednak dwa kilo tej ogonówki...'
    FFFFFUUUUU-
    'Och, nie widziałam że ta ogonówka ma tyle tłuszczyku... to wie pani co, pani da tej wątrobianki jednak'.
    <pół godziny później, zabiera się do płacenia>
    'Och, jaka ładna polędwiczka! Wie pani co, poproszę jeszcze dwa plasterki...'

    Uff.. na szczęście to już koniec. Chociaż... czy aby na pewno?
    Niestety tego typu panie polują na mięsa zazwyczaj grupami, i muszę jeszcze przeczekać aż dwie koleżanki babuni dokonają dalszych zakupów...
    Dziesiątki minut. Po to, żeby zrobić zakupy za 10 zł. Ja rozumiem, że niektórzy muszą liczyć każdy grosz - jako studentowi zdarzało mi się to robić nie raz. Ale moje zakupy w mięsnym są wtedy krótkie i szybkie, bo doskonale wiem na ile mogę sobie pozwolić...
    Dlaczego, dlaczego w tym kraju wszyscy ludzie kupujący cokolwiek przede mną muszą się zastanawiać dłużej i więcej niż saper przed przecięciem kolejnego kabelka w bombie?!
  22. Lord Nargogh
    Źle się dzieje na świecie. Źle się dzieje w tym kraju.
    Tym pesymistycznym akcentem chciałbym rozpocząć ten wpis, choć prawdę powiedziawszy ostatnimi czasy te słowa są raczej realistyczne, niż pesymistyczne. Żeby to odpowiednio uargumentować, przedstawię kilka głośnych spraw z ostatnich miesięcy.

    Katastrofa kolejowa w Babach.
    Maszynista niemal trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość. Kompletny brak wyobraźni, przygotowania do trasy bądź czujności (jeśli w istocie nie zauważył znaku) zaowocował śmiercią jednej osoby i poważnym kalectwem dla wielu innych. Sam odpowiedzialny musi się teraz liczyć z koniecznością poniesienia kary za swoje zaniedbania. 12 lat więzienia piechotą nie chodzi.
    Anestezjolog umiera po kilku dniach całodobowych dyżurów z rzędu.
    Ryzykował zdrowie i życie swoje, a także swoich pacjentów. Skończyło się to dla niego w najgorszy możliwy sposób. Czy to on jest winny? Czy może przełożeni, którzy zmusili go do niewolniczej wręcz pracy? Jedno jest pewne - ktoś zawalił.
    Zamieszki w Wielkiej Brytanii.
    Bandy gnojów i gnojówek rozpętały prawdziwe piekło. Ucierpieli niewinni ludzie, zniszczenia są wręcz ogromne.
    Kampania polityczna w Polsce.
    Z kadencji na kadencję jest coraz gorzej, niedługo trudno będzie osiągnąć jeszcze niższy poziom i standardy. Dziesiątki obrzydliwych kłamstw, manipulacji, fałszywych obietnic. Partia odpowiedzialna za zrujnowanie Andrzeja Leppera teraz domaga się powołania komisji śledczej w sprawie jego śmierci.
    Liczne wypadki drogowe z udziałem pijanych kierowców, piratów drogowych i kierowców ciężarówek.
    Każdy, kto zna przepisy kodeksu drogowego wie jak niebezpieczne stały się ostatnio polskie drogi. Siedząc za kółkiem trudno zaobserwować kierowcę, który w żaden sposób nie łamie przepisów drogowych. Czy to głupia brawura, czy nieodpowiedzialność - nie wnikam. Kary dla kierowców łamiących przepisy są stanowczo za małe, a fotoradarów powinno być 10 razy więcej.
    Kryzysy ekonomiczne na całym świecie.
    Coś w tym wszystkim paskudnie śmierdzi. Ludzie pracują i funkcjonują jak na codzień, nie ma fizycznych diametralnych zmian zachodzących w państwie - a mimo to z dnia na dzień tysiące ludzi może zostać zrujnowanych, a kraj może stanąć na skraju bankructwa. Bo kilkunastu smutnych panów i pań w garniturach tak zdecyduje. Ludzkość niby się rozwija, ale trudno czasem powiedzieć, czy te zmiany na pewno są na lepsze. Utonęliśmy w papierach wartościowych, akcjach spółek, obligacjach. Kiedyś panował prosty handel wymienny i nikomu nie groził kryzys ekonomiczny. Zaprawdę powiadam Wam, wróćmy do zamków i chałup.
    Reasumując - jest źle i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Problem w tym, że ludzie nie zmienili diametralnie swojego zachowania z dnia na dzień. Oni postępują cały czas tak samo, a po prostu czasami pojawiają się tego negatywne konsekwencje, bądź spotykamy się z kumulacją takich kiepskich sytuacji. Ludzie nie zdają sobie czasem sprawy jak drobne zaniedbanie może mieć poważne konsekwencje. A tak naprawdę żyjemy w świecie drobnych zaniedbań.
    Wpis trochę chaotyczny, ale musiałem wyrzucić to z siebie. Dzisiaj wieczorem znów będę się bawił mikroskopem i prawdopodobnie dla relaksu wrzucę parę zdjęć z sekcji osy ]:->
  23. Lord Nargogh
    Wszyscy pamiętamy wielką aferę jaka miała miejsce tuż po aresztowaniu Romana Polańskiego. Wówczas okazało się że w tym świecie podwójne standardy to rzecz jak najbardziej normalna i jak to trafnie określił Zbigniew Hołdys 'znane osoby mogą bezkarnie gwałcić małolaty w odbyt' (cytat swobodny).
    Jak się okazało, reżyser został aresztowany podczas kręcenia swojego ostatniego filmu - i w związku z tym dokończył swoje dzieło już zza krat. Osoby, które obejrzały jego najnowsze dzieło doszukują się w nim artystycznego przekazu walki reżysera z tyranią Ameryki, z osaczeniem i niesprawiedliwością.
    Ale przejdźmy do rzeczy; krótki komentarz na dziś:
    Roman Polański będzie walczył o Złotego Niedźwiedzia na festiwalu filmowym w Berlinie. Jak dla mnie to powinien się postarać o Złotego PedoBeara w Bernie.
  24. Lord Nargogh
    W to leniwe, niedzielne popołudnie chciałbym uciec od tematyki gier komputerowych i oddać się małej refleksji na temat tego, jak wygląda życie w tym kraju.
    Nie będę wchodził w politykę, gospodarkę. Nie będę narzekał ani komentował cen w sklepach, niesprawiedliwości społecznej, problemów opieki zdrowotnej.
    Opowiem natomiast o małym piekle na ziemi, które zgotowaliśmy sobie sami. Każdy (prawie) obywatel z osobna miał do tego niewielki wkład.
    Sam pomysł na ten wpis naszedł mnie, gdy wyszedłem z domu wczorajszego poranka. Osiedle w środku dość sporego miasta. Zamykam drzwi za sobą i moim oczom ukazuje się następujący widok...
    Psie (miejmy nadzieję...) kupy na chodniku.
    Menel szczający na ścianę pobliskiej kamienicy.
    Papierki i śmieci walające się na ziemi.
    Babunia wyrzucająca stare jedzenie przez okno na chodnik.
    Stosy butelek po alkoholu, walających się na ziemi. Wiele z nich jest stłuczonych. Widzę jak pozornie elegancko ubrany facet zostawia butelkę po wódce na ziemi. Pięć metrów od śmietnika. Obok którego chwilę później przechodził.
    Grupa młodzieży żłopiąca tanie piwska i kryjąca się przed widokiem policji.
    Dwójka dorosłych facetów prowadzących głośną, wulgarną rozmowę. Dwa z trzech słów to nasze polskie, romantyczne '[beeep]'. Normalnie jak w Wiedźminie.
    Ktoś może powiedzieć, że mam pecha co do miejsca zamieszkania, ale niestety minie się z prawdą. Byłem i bywam w naprawdę wielu miejscach w różnych miastach w tym kraju. Historia jest zawsze taka sama i się powtarza. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, żeby ujrzeć taki widok.
    Wstyd mi za to, że tak wygląda szara rzeczywistość mojego kraju. Ludzie żyją jak świnie i czynią swoje otoczenie chlewem. W kościele słuchają z zapałem o sensie i celu istnienia, a potem wracają do domów i robią wszystko by ich życia były nic nie znaczące i bezwartościowe.
    Widziałem parę osiedli zamkniętych, w których życie wyglądało nieco inaczej, lepiej. Ale objawy tej zarazy były widoczne także w takich miejscach, w postaci psich kup leżących na chodniku.
    Dlaczego my sobie sami to robimy? Dlaczego nie możemy żyć jak ludzie na poziomie? Kiedyś uważałem, że zwierzęta, rośliny i wszelkie stworzenia dostosowują się do otoczenia, w którym żyją, a ludzie to otoczenie 'naginają' do swoich potrzeb.
    Teraz raczej uważam, że ludzie to otoczenie po prostu niszczą. Ptaki nie srają do własnego gniazda. My owszem.
×
×
  • Utwórz nowe...