Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Postnuklearnych wspomnień ciąg dalszy.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo (Ponownie przestrzegam przed spoilerami)
    Świeżo po skończeniu Fallouta 1, zabrałem się ponownie za drugą część. Tym razem znałem już uniwersum gry, wiedziałem kim jest główny bohater i rozumiałem zasady, na jakich funkcjonowało pustkowie.
    Start nie był prosty. Nie wiedząc gdzie iść i skąd wziąć lepszy sprzęt, błąkałem się po początkowych mieścinach (Klamath i Den) wykonując najróżniejsze (choć niezbyt trudne, ograniczało mnie moje słabe uzbrojenie) zadania. Pomogłem Torrowi obronić jego 'Moo-moo' i wykupiłem kaucję Sulika. Pomogłem pijaczynie uzupełnić zapas drewna w jego bimbrowni. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o szczurzym bogu kryjącym się w osadzie traperów, o Toxic Caves nie wspominając.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W Den znalazłem nieco więcej pracy, pomagając gangowi Lary zdobyć fuchę u Metzgera, rozwiązując problem z nawiedzonym domem i wykonując kilka pomniejszych questów dla właścicielki jednego z kasyn. Ogólnie mieścina wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Była brudna, zaćpana i niebezpieczna. Dopiero za jednym z kolejnych przejść gry dowiedziałem się, że był to zabieg polityczny wykonany przez jedną z rodzin w New Reno. Zawładnąć miastami za pomocą silnie uzależniającego narkotyku - Jet. Ten sam problem miało górnicze miasto Redding, ale do niego dojdziemy.
    Moją niechęć do Den potęgowało istnienie w nim siedziby głównej łowców niewolników pod wodzą Metzgera, chociaż nie ukrywam że możliwość dołączenia do nich (i oszpecenia się na całe życie za pomocą tatuaża na czole) była intrygująca.
    Zdobyłem nieco doświadczenia, wiedziałem już jak dość dobrze strzelać podstawową bronią palną, a także słowami (rozwinąłem retorykę). Zirytowany tym, że nie wiem gdzie mogę jeszcze pójść sięgnąłem po solucję żeby rozejrzeć się za Bractwem Stali (nie liczę placówki która była jeśli dobrze pamiętam w Den i w której nie można było NIC zrobić).
    W ten sposób (nie bez przygód) dotarłem do San Francisco. Taka podróż na tym etapie kosztowała mnie wiele nerwów i naprzemiennego zapisywania i odczytywania gry. Na miejscu przyjąłem zadanie zdobycia planów Vertibirda z bazy Enklawy w Navarro. Zadanie zadziwiająco proste, jeśli posiadało się retorykę na przyzwoitym poziomie i dotarło się na miejsce bez incydentów w postaci random encounter.
    I tam spotkał mnie mały szok. Bez zbytniego wysiłku zdobyłem za darmo drugi najlepszy pancerz w grze, dużo dobrego uzbrojenia i GÓRĘ punktów doświadczenia. Za pierwszym razem zrobiłem z tego użytek od razu, za kolejnymi unikałem wkładania pancerza wspomaganego aż do samego końca gry, nawet pomimo zdobywania go dość szybko. Nie podobała mi się łatwość i płytkość takiej rozgrywki.
    Oczywiście nie mógłbym nie wspomnieć o możliwości zdobycia robo-psa (jednego z dwóch, jakich możemy mieć za towarzyszy) i podenerwowania pułkownika Enklawy.
    *stojąc na dożywotniej warcie przy Vertibirdzie obserwowany przez kręcącego się non stop pułkownika* - 'Totally worth it'.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Zwykle po wykonaniu tego zadania, mając już postać na przyzwoitym poziomie doświadczenia kierowałem się do New Reno, w celu zdobycia tytułu mistrza boksu wagi ciężkiej.Ogólnie postać ukierunkowana na 'charyzmatycznego intelektualistę mistrza kung fu' stała się moim podstawowym i ulubionym buildem (czyli wysoka int, cha, zdolności naukowe/medyczne/retoryczne, i rozwalanie całych patroli Enklawy gołymi pięściami w pancerzu co najwyżej bojowym). Wykonywałem też zadania dla większości rodzin w New Reno, ale nie będę przykładał do nich wagi w tym wpisie bo tematyk mafijna mnie nie kręci. Wykonałem je tylko dlatego, że zależało mi na punktach doświadczenia. No i na zwiedzeniu niezwykłej lokacji - Sierra Army Depot.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo To zarazem intrygujące i irytujące, że można tak łatwo przeoczyć możliwość zwiedzenia tak interesującej lokacji. Ja sam ją odnalazłem dopiero za kilkunastym przejściem Fallouta 2, dzięki skorzystaniu z solucji. Nie można było jej po prostu 'napotkać' wędrując po mapie świata, trzeba było wykonać serię zadań dla mafijnej rodziny Wright, której siedziba znajduje się na wschodzie New Reno i którą łatwo przeoczyć z tego powodu.
    Ale wracając do SAD. Wrażenie wywarła na mnie niesamowite. Silne (i jak sądzę uzasadnione) skojarzenia z The Glow z pierwszej części gry - ponownie badamy starą instalację wojskową, w której przeprowadzano przed wojną liczne eksperymenty. Z tym, że tym razem holotaśm i sprzętu do odnalezienia jest dużo więcej. Bardzo mi się podobała możliwość porozmawiania (co prawda przez chwilę, ale zawsze) z człowiekiem z czasów sprzed nuklearnej apokalipsy. Był też ciekawy, ale nieco niedopracowany pomysł z konstrukcją robota, który zostaje naszym towarzyszem. Napisałem 'niedopracowany', bo do dnia dzisiejszego nie udało mi się 'zainstalować' w nim broni - co czyni go kompletnie bezużytecznym (nie walczy wręcz).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Następnym krokiem na ścieżce oświeconego wojownika kung fu było pobieranie nauk u Dragona w San Francisco, a następnie stawienie czoła najpierw kolejno jego uczniom, a później uczniom złowrogiego Lao Pana (a także jemu samemu). Walka nie miała być na śmierć i życie, ale precyzyjne i zabójcze ciosy mojego bohatera zwykle kończyły się śmiercią przeciwnika już po pierwszym uderzeniu. Widok rosnącego z każdym wygranym pojedynkiem stosu ciał był równie niepokojący, co... satysfakcjonujący. Następnym krokiem była chęć uzyskania audiencji u Cesarza Chi. Kopię planów Vertibirda miałem już ze sobą, pozostało jeszcze wyczyszczenie siedziby Hubologist-ów. Zrobiłem to z łatwością i przyjemnością, ponownie miażdżąc ich kruche ciała swoimi gołymi pięściami. Pomogłem także pechowemu Chipowi odzyskać jego śledzionę. Zadanie równie interesujące, co nierealistyczne. Człowiek może bez problemu funkcjonować bez śledziony.
    W swoich podróżach zawitałem także do rolniczej mieściny Modoc, w której nie było zasadniczo żadnych ciekawych możliwości, poza szansą na zdobycie żony (lub męża) i pokrycie budynków wokół latryny do której wkładamy ładunek wybuchowy kałem.
    Stosunkowo niedaleko Modoc znajduje się górnicze miasto Redding.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W tym mieście mamy szansę zostać zastępcami szeryfa i wykonać dla niego kilka zadań. Jednak dla mnie najciekawsza jest możliwość wykupienia zainfekowanej Wanamingos-ami kopalni za grosze, i sprzedania jej z dużym zyskiem po oczyszczeniu jej z tych stworów. Wbrew obiegowej opinii, nie są to Obcy. Gdzieś czytałem wyjaśnienie twórców gry na ten temat - prawdopodobnie Fallout Bible.
    Dodatkowo z tym miastem związana jest możliwość rozprowadzenia uzyskanej w Vault City odtrutki na narkotyk Jet i tym samym udzielenie pomocy uzależnionym od niego górnikom.
    Myślę, że na dzisiaj tyle wystarczy. Zdecydowałem się podzielić wpis o drugiej części serii na dwie części, bowiem była to gra znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana od 'jedynki' - samych lokacji było znacznie więcej. Ciąg dalszy nastąpi.
  2. Lord Nargogh
    Mając już dość dobrze wyposażoną i doświadczoną postać, swe kroki skierowałem ku znajdującym się blisko siebie Vault City i Gecko.
    #once again, SPOILER ALERT#
    Vault City to przykład zakończonego powodzeniem eksperymentu Vault-Tec. Krypta pozostała zamknięta przez zaplanowaną ilość czasu, a jej mieszkańcy po wyjściu na zewnątrz byli w stanie utworzyć zaawansowane technologicznie (i odnowione za pomocą GECK-a środowisko) miasto.
    Niestety, lata izolacji, planowanego rozmnażania i korzystania cały czas z tej samej, zamkniętej puli genów doprowadziło do dużego podobieństwa mieszkańców, a także wystąpienia w nich bezpłodności - z czasem stali się niezdolni do rozmnażania w tradycyjny, nielaboratoryjny sposób. Jest to związane z ciekawą możliwością złożenia 'darowizny' w postaci swojego... khem, materiału genetycznego na rzecz miasta.
    To dość ciekawa lokacja. Z jednej strony mamy zaawansowane technicznie i czyste budowle, z drugiej - otwarcie praktykowane niewolnictwo, prohibicję (chociaż osobiście jestem zwolennikiem zakazu używek ]:->), daleko idącą izolację od otoczenia.
    Podobała mi się możliwość wykonania szczepień ochronnych w Vault 8, które zwiększały naszą odporność na promieniowanie i (chyba) trucizny. Jeszcze bardziej spodobało mi się to, co odkryłem po głębszym przeszukaniu archiwów komputera w tej krypcie - informacje na temat wszczepów podskórnych. Tak, mając odpowiednio wysoki poziom nauk ścisłych i doktora, możemy wykonać na sobie operację zwiększającą odporność na obrażenia i/lub ogień. To drugie ze względu na nikłą liczbę przeciwników używających tego rodzaju obrażeń jest niemal bezużyteczne, ale to pierwsze może okazać się bardzo pomocne.
    W Vault City postawiłem sobie za punkt honoru, by zostać Obywatelem poprzez zdanie testu na obywatelstwo. Nigdy nie udało mi się tego zrobić, pomimo iż moje postaci miały wysoką percepcję, inteligencję, charyzmę i wysoki poziom umiejętności lekarz, nauki ścisłe i retoryka.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Na szczęście nie jest to jedyna droga, by osiągnąć ten cel. Drugą opcją, związaną z ciekawym zadaniem jest rozwiązanie problemu nieszczelnego reaktora atomowego w Gecko. Konieczne jest wtedy zdobycie specyficznego elementu ekwipunku z Vault City: Hydro-Magneto...uuuhm... Hy-Maga. Zadanie to daje nam sporo doświadczenia i satysfakcji (przy założeniu, że nie jesteśmy wrogo nastawieni do Ghuli).
    Kontynuując wątek Gecko, mamy tam szansę spotkać starego znajomego z pierwszej części gry - Harolda (nie jest to jedyna postać z F1 którą możemy spotkać - kto wie, o kogo jeszcze chodzi?). Zapewne zaskoczę wielu ludzi stwierdzeniem, że Harold nie jest ghulem. Bo nim nie jest - zainteresowanych szczegółami odsyłam do Fallout Bible.
    W Gecko możemy zarówno naprawić, jak i ulepszyć reaktor. Jest też parę okazji, aby przekonać się o specyficznym poczuciu humoru Ghuli (które przewijało się przez wszystkie części serii, włącznie ze Spin-offem Fallout Tactics) które sprawia iż pomimo patrzymy na rozkładającą się kupę mięsa, nie możemy wyzbyć się wobec niej sympatii.
    Trzymając się tematyki mutantów, swe kroki skierowałem do nietypowej mieściny - Broken Hills. Pierwsza próba mutanta Marcusa utworzenia miejsca dla wszystkich ras i mutacji, miejsca gdzie wszyscy mieli funkcjonować razem w zgodzie, niestety zakończona niepełnym powodzeniem ze względu na wysoki poziom nieufności pomiędzy mieszkańcami różnych ras. Oczywiście obowiązkowo muszę wspomnieć o możliwości dołączenia do swojej drużyny Supermutanta - wspomnianego wcześniej Marcusa.
    Z rozczarowaniem przyjąłem wiadomość po ukończeniu gry, że zasoby kopalni w Broken Hills uległy wyczerpaniu, a miasto umarło śmiercią naturalną. Nie podobało mi się to tym bardziej, że istniało wiele mieścin nie mających dostępu do żadnych zasobów, które przetrwały z powodzeniem ze względu na prostą ideę, którą kierowali się mieszkańcy - w grupie łatwiej przetrwać. Miasto służące tylko i wyłącznie jako azyl dla pragnących żyć w pokoju mutantów ma wystarczające powody do istnienia samo w sobie.
    Następnym krokiem naszej wędrówki jest New California Republic, miasto (a raczej państwo) które powstało na bazie znanego z pierwszej części gry Shady Sands. NCR konkuruje z rodzinami z New Reno o władzę w tym regionie USA. Mamy możliwość udzielenia znacznego wsparcia Republice Nowej Kalifornii w osiągnięciu tego celu. Na tym etapie serii nie jesteśmy jeszcze świadomi (przynajmniej ja nie byłem) potencjału, jaki posiada ta inicjatywa. Dość powiedzieć, że w najnowszej części serii Fallout New Vegas NCR jest jedną z dwóch największych frakcji w całych Stanach. Wykonując zadanie dla prezydent NCR, nasze kroki kierują się do znanego z pierwszej części Vault 15, tym razem oczyszczonego i odnowionego przez bandytów, którzy się w nim zalęgli. Wtedy też w jednym z komputerów poznajemy lokację stanowiącą obecnie główny cel naszej gry - Vault 13.
    Vault 13 tym razem jest jedną z najbardziej interesujących lokacji w całej grze, ze względu na nietypowych mieszkańców - inteligentne Szpony Smierci. Z wielkim żalem przyjąłem później informację, że zostały wybite co do jednego przez Enklawę. Mam wielki sentyment w grach do wszelkich inteligentnych ras nie-ludzkich. Na pocieszenie może nam służyć fakt, że jeden ze Szponów - Goris - znajdował się w czasie holocaustu jego rasy poza kryptą i w związku z tym uszedł z tego z życiem. Możemy go dołączyć do swojej drużyny (Najpierw Supermutant, teraz Szpon Smierci... coraz bardziej kozacko się robi).
    Po naprawieniu komputera dla Szponów, zdobywamy upragniony G.E.C.K. tylko po to, by dowiedzieć się, że mieszkańcy naszej wioski zostali porwani przez złowrogą Enklawę. Naszym następnym celem jest dotarcie do ich głównej siedziby w tym rejonie USA, znajdującej się daleko od lądu na zachodzie. Musimy w tym celu uczynić znajdujący się w San Francisco tankowiec ponownie operacyjnym. Konieczna jest dodatkowa wizyta w Nevarro (Które tym razem wyczyszczam z wszystkiego co się rusza, tak profilaktycznie. Oczywiście wszystko gołymi pięściami, ale tym razem już w pancerzu wspomaganym) w celu zdobycia części do komputera nawigacyjnego (albo coś innego, nie pamiętam dokładnie).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Gdy już wszystko załatwimy i dotrzemy do wspomnianej bazy Enklawy, mamy za zadanie uwolnić swoich ludzi i puścić ją z dymem. Dowiadujemy się o projekcie mającym na celu wyeliminowanie wszystkich mutantów na całej planecie za pomocą zmodyfikowanego wirusa FEV. Siedziba Enklawy jest zaawansowana technologicznie i robi niemałe wrażenie. Rozczarowujący jest natomiast dialog z głównym naukowcem odpowiedzialnym za rozwój wirusa - nie będę wnikał w szczegóły, w każdym razie człowiek, który poświęcił wiele lat swojego życia dla tego projektu i nie miał ani krzty wątpliwości wobec eliminacji wszystkich zmutowanych form życia daje się zadziwiająco łatwo przekonać do porzucenia projektu i zniszczenia całej bazy. Argument stosowany przez głównego bohatera jest po prostu śmieszny i stawia pod znakiem zapytania zarzuty zatwardziałych fanów serii, że poziom dialogów w F3 uległ obniżeniu w stosunku do F2 i F1, gdyż jeśli ktoś pamięta takie kwiatki to wie, że żadna część gry nie była doskonała pod tym względem.
    Po uruchomieniu procesu opóźnionej detonacji bazy, mamy możliwość przeprogramowania jej systemów obronnych, a także przekonania sierżanta oddziału stojącego przy wyjściu aby razem z nami stawił czoła głównemu bossowi tej części gry - Frankowi Horriganowi. Jest to potężny supermutant w pancerzu wspomaganym, jednak nie stanowi zbyt dużego wyzwania jeśli uzyskamy wspomniane wcześniej wsparcie.
    To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wrażenia z drugą częścią Fallouta. Następnym razem opowiem o spin-offie, Fallout Tactics.
  3. Lord Nargogh
    Świeżo po ukończeniu dwóch części Fallouta, odczuwałem pewien niedosyt. Świat gry zafascynował mnie i wciągnął do granic możliwości. Chciałem więcej, dużo więcej. Bawiły mnie wymysły mojej chorej wyobraźni, w której wyobrażałem sobie strzelanie do Supermutantów z perspektywy pierwszej osoby (jak kilka lat później dowiedziałem się o wznowieniu prac nad Fallout 3 przez Bethesdę i o tym że następna część serii miała nie być izometryczna, a FPP, posikałem się z radości), a także wcielenie się w rolę kogoś ciekawszego, niż byle człowieka. Marzyła mi się gra, w której mógłbym kierować mutantami.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Wiedziałem wtedy już o istnieniu spin-offa Fallout Tactics: Brotherhood of Steel, ale nie miałem przyjemności w niego zagrać. Musicie pamiętać, że dla mnie to był dopiero początek Epoki Gimbazy i moje skromne kieszonkowe nie pozwalało mi na zbyt częste i drogie zakupy gier (zwłaszcza, że moi rodzice byli i są skrajnie nieprzychylni tego typu rozrywce).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo I wtedy mój kumpel przybył do mnie ze Wspaniałą Nowiną. Że w Empiku można kupić premierówkę Fallout Tactics za jedyne 30 zł. Wyskrobałem wszystkie oszczędności jakie miałem, sprzedałem duszę i kilka wewnętrznych organów na czarnym rynku, po czym pognałem czym prędzej do sklepu modląc się, żeby starczyło egzemplarzy gry dla mnie.
    Udało mi się dorwać ostatni.
    I wsiąknąłem na kilka dni, aż ukończyłem kampanię.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Nie był to sequel dla Fallouta 2, a rozgrywka miała niewiele wspólnego z dotychczasowymi częściami serii. Mimo to, zabawa była przednia. Wtedy po raz pierwszy przekonałem się, że wolałbym walczyć na pustkowiu w czasie rzeczywistym, a nie w turach.
    Grafika mi się bardzo podobała, zastanawiałem się czemu twórcy 'nie mogliby zrobić Fallouta 3 na silniku Tacticsa'. Swoją drogą silnik ten został zastosowany w cRPG-u osadzonym w zgoła innych realiach - Lionheart-cie.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Ekscytujące było zdobywanie coraz lepszego wyposażenia i członków drużyny. Pod sam koniec miałem tylko dwóch ludzi w sześcioosobowej drużynie (jak już kiedyś wspominałem, granie ludźmi jest moim zdaniem nudne).
    Każda rasa miała swoje wady i zalety. Ludzie jak ludzie - nudni i uniwersalni. Ich największą przewagą był dostęp do wszystkich możliwych broni i większości pancerzy (tych, do których nie mieli dostępu używać mogły inne rasy - ale i tak były słabsze niż te używane przez ludzi).
    Ghule byli mniej odporni i słabsi fizycznie, za to obdarzeni wysoką percepcją, co czyniło ich wybornymi snajperami. W mojej drużynie miałem standardowo Ghula snajpera-sapera-kierowcę-mechanika.
    Supermutanci byli potężni i wytrzymali, lecz tępi i z zazwyczaj niską percepcją. Ponadto nie mogli używać zwykłej broni palnej - ich łapska były na to za tęgie. Niewielka to jednak strata, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tego typu broń niemalże nie zadawała im obrażeń (z wyjątkiem paru najlepszych spluw). Pamiętam relację jednego z wojowników Bractwa, o tym jak ich strzały nie robiły na mutantach żadnego wrażenia. Jeden z nich, po oberwaniu z działa czołgu upadł na ziemię... lecz po chwili się podniósł, i ze śmiechem rzucił na nich do ataku.
    Szpony Śmierci były niezwykle silne, szybkie i wytrzymałe. Nie mogły jużywać żadnej broni (poza granatami), chociaż ich potężne szpony stanowią najlepszą możliwą broń same w sobie. Doskonali skrytobójcy. Jeśli udało się zakraść Szponem do wrogiego strzelca który mógłby napsuć sporo krwi podczas tradycyjnych prób jego wyeliminowania, to biedak nie miał żadnych szans na przetrwanie. Większość ciosów Szponów kończyła się obaleniem przeciwnika na ziemię, gdzie ofiara mogła tylko bezradne czekać na śmierć przyjmując kolejne uderzenia.
    Androidy, czyli inaczej roboty to piekielnie wytrzymałe maszyny do zabijania. Niewiele broni (poza bronią energetyczną) jest w stanie je skutecznie ranić. Do ich słabości należy kompletna niewrażliwość na chemię i medycynę, nie można było ich 'leczyć', a jedynie 'naprawiać'. Za rozczarowujący uznaję fakt, że w czasie kampanii mogliśmy zwerbować tylko jednego androida, i to w dodatku niewiarygodnie słabego. Jego maksymalna liczba punktów wytrzymałości nie pozwalała mu przetrwać większości ataków przeciwników z tego etapu gry.
    W grze dla wielu graczy można było jeszcze grać psami i (jeśli dobrze pamiętam) brahminami, jednak nie traktuję tych 'ras' poważnie i z tego powodu nie poświęcę im w tym wpisie uwagi.
    Cóż można jeszcze dodać? Misje przenosiły nas do najróżniejszych lokacji postnuklearnego świata gry, zaczynając od małych, zapyziałych wiosek z tubylcami, a na wielkich fabrykach androidów i kryptach kończąc. Przeciwnicy z którymi musieliśmy się mierzyć ulegali zmianie co kilka misji - zaczynaliśmy od zwykłych bandytów, potem mierzyliśmy się z tajemniczymi Władcami Zwierząt, by wreszcie stanąć w szranki z Supermutantami i androidami.
    Mam wielki sentyment do tej gry. Ukończyłem ją już dobre kilka (kilkanaście?) razy i z pewnością zrobię to jeszcze nie raz. Bo szansa na powojowanie na pustkowiach drużyną składającą się z najróżniejszych ras - nad którą mamy pełną kontrolę - jest nie do przecenienia.
  4. Lord Nargogh
    Wszystkie Fallouty jakie miałem, przeszedłem już na wylot. Wracałem do nich często i ze smutkiem godziłem się z faktem, że więcej gier z tej serii już nie będzie.
    Na szczęście byłem w błędzie. Pewnego pięknego dnia świat obeszła wiadomość, że powstanie trzecia część serii, a za jej wykonanie wzięła się Bethesda. Co więcej, w Fallouta 3 mieliśmy grać z perspektywy pierwszej osoby.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Były to dla mnie po prostu fenomenalne wieści. Spełniły się tym samym dwa moje marzenia naraz - pierwsze dotyczyło powstania trzeciej części serii, a drugie - zobaczenie pustkowi oczami bohatera, którym kieruję. Mocno mnie zdziwiło oburzenie środowiska graczy (trwające do dzisiaj), na szczęście antyfani byli i są w zdecydowanej mniejszości, o czym świadczy doskonała kondycja marki Fallout w dniu dzisiejszym.
    Ale wracając do samej gry - kiedy odpaliłem ją po raz pierwszy, to nie była dla mnie typowa rozgrywka przy komputerze. To było doznanie, które trwało naprawdę długo i w gruncie rzeczy trwa nadal.
    Początek w Krypcie 101 może być nieco irytujący, zwłaszcza przy konieczności powtarzania go za każdym rozpoczęciem gry od nowa - ale równie denerwująca była Temple of Trials z F2, więc bez problemu mogę ten etap grze wybaczyć.
    Natomiast chwila, w której opuszczamy schron po raz pierwszy... nie do opisania. Tak jak w Falloucie 1 czytaliśmy opis, jak słońce widziane pierwszy raz w życiu nas oślepia, w Falloucie 3 mogliśmy to doświadczyć na własnej skórze (a raczej oczach).
    Świat gry jest otwarty i ogromny. W dwóch pierwszych częściach serii łatwo było zrobić wszystko, co było do zrobienia i wykonać wszystkie questy w kilkadziesiąt godzin. W trzeciej zaś, nigdy nie udało mi się tego dokonać, pomimo setek godzin przy niej spędzonych. Za każdym kolejnym przejściem odkrywam sporo lokacji i questów, których nie zrobiłem nigdy wcześniej. Taki już jest urok gier ze stajni Bethesdy.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Ponownie spotykamy na swojej drodze Bractwo Stali, jak i Enklawę. Po stołecznym pustkowiu krąży także mnóstwo mutantów, od ghuli poczynając (zarówno cywilizowanych jak i zdziczałych), przez szpony śmierci, a kończąc na Supermutantach. Tym razem jednak stawiamy czoło innemu 'szczepowi' niż temu znanemu z dwóch pierwszych części gry. Antyfani zjechali F3 za odmienny wygląd mutantów, nie zapoznając się z wytłumaczeniem zawartym w samej grze, iż istotnie nie są to te same mutki co w F1 i F2.
    Jeśli chodzi o zawarte w grze zadania, to są one dość zróżnicowane i ciekawe. Rozbrojenie/detonacja bomby atomowej. Prace badawcze nad poradnikiem przetrwania na pustkowiach. Poszukiwania zaginionego androida. Misja ratunkowa grupy najemników w pułapce supermutantów. Polowanie/uwolnienie niewolników. Pojedynek superbohaterów. Rozgrywka o Tenpenny Tower. Polowanie na ogniste mrówki. I wiele, wiele, wiele więcej.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Samych zadań jest sporo, ale jeszcze więcej czasu zając nam może badanie i zwiedzanie rozmaitych lokacji. Bardzo podobało mi się rozwinięcie zaniedbanego w poprzednich częściach wątku - eksperymentu Vault-Tec z kryptami. Krypt na Stołecznym Pustkowiu jest naprawdę wiele i w każdej z nich możemy poczytać o eksperymencie w niej przeprowadzonym (a także zmierzyć się z jego konsekwencjami). Dla przykładu mogę wspomnieć o krypcie, w której musimy stawić czoło dziesiątkom klonów jednej osoby - Gary'ego. Lub o schronie, w którego układzie wentylacyjnym rozprowadzono narkotyki halucynogenne (których to halucynacji doświadczamy na własnej skórze). Schronów jest znacznie więcej i samo ich zwiedzanie dostarczy nam dziesiątki godzin rozrywki.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Wątek główny obejmuje poszukiwania naszego zaginionego ojca, a następnie realizację projektu Purity mającego na celu zapewnienie czystej wody dla wszystkich mieszkańców pustkowi. Co ciekawe, w kolejnej części gry (Fallout New Vegas) zbiorniki wodne są w większości czyste i nie napromieniowane. Można spekulować, że miało to związek z wątkiem głównym w Falloucie 3, chociaż fakt iż region Mojave nie został zbombardowany przez pociski jądrowe jest także sensownym wytłumaczeniem (chociaż mamy przecież wiatr i opady deszczu, które mogłyby rozprowadzić skażenie na ten rejon. Podobnie opady deszczu pochodzącego z wody z rejonu Stołecznego Pustkowia mogły oczyszczać zbiorniki wodne na Mojave).
    Nie wnikając w szczegóły wątku głównego, czeka nas kilka epickich bitew z mutantami i Enklawą.
    Cóż powiedzieć więcej? Fallout 3 to zdecydowanie godny przedstawiciel serii. Pomimo początkowej (i trwającej częściowo nadal) fali hejtu, posiada ogromną liczbę wiernych fanów, myślę że nawet większą niż oryginalne części gry (wielu fanów nigdy nie zagrało w F1 czy F2). Z pewnym niesmakiem przyglądam się zarzutom kierowanym przez hejterów z NMA wobec F3, zwłaszcza że można większość (jeśli nie wszystkie) z nich bez problemu odnieść do poprzednich części gry, które były istotnie grywalne i klimatyczne, ale niepozbawione licznych wad.
    Następna część serii, Fallout New Vegas jest moją ulubioną, ale następnym razem chciałbym opisać dodatki do trzeciej części gry, albowiem z pewnością są one godne uwagi.
  5. Lord Nargogh
    Źle się dzieje na świecie. Źle się dzieje w tym kraju.
    Tym pesymistycznym akcentem chciałbym rozpocząć ten wpis, choć prawdę powiedziawszy ostatnimi czasy te słowa są raczej realistyczne, niż pesymistyczne. Żeby to odpowiednio uargumentować, przedstawię kilka głośnych spraw z ostatnich miesięcy.

    Katastrofa kolejowa w Babach.
    Maszynista niemal trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość. Kompletny brak wyobraźni, przygotowania do trasy bądź czujności (jeśli w istocie nie zauważył znaku) zaowocował śmiercią jednej osoby i poważnym kalectwem dla wielu innych. Sam odpowiedzialny musi się teraz liczyć z koniecznością poniesienia kary za swoje zaniedbania. 12 lat więzienia piechotą nie chodzi.
    Anestezjolog umiera po kilku dniach całodobowych dyżurów z rzędu.
    Ryzykował zdrowie i życie swoje, a także swoich pacjentów. Skończyło się to dla niego w najgorszy możliwy sposób. Czy to on jest winny? Czy może przełożeni, którzy zmusili go do niewolniczej wręcz pracy? Jedno jest pewne - ktoś zawalił.
    Zamieszki w Wielkiej Brytanii.
    Bandy gnojów i gnojówek rozpętały prawdziwe piekło. Ucierpieli niewinni ludzie, zniszczenia są wręcz ogromne.
    Kampania polityczna w Polsce.
    Z kadencji na kadencję jest coraz gorzej, niedługo trudno będzie osiągnąć jeszcze niższy poziom i standardy. Dziesiątki obrzydliwych kłamstw, manipulacji, fałszywych obietnic. Partia odpowiedzialna za zrujnowanie Andrzeja Leppera teraz domaga się powołania komisji śledczej w sprawie jego śmierci.
    Liczne wypadki drogowe z udziałem pijanych kierowców, piratów drogowych i kierowców ciężarówek.
    Każdy, kto zna przepisy kodeksu drogowego wie jak niebezpieczne stały się ostatnio polskie drogi. Siedząc za kółkiem trudno zaobserwować kierowcę, który w żaden sposób nie łamie przepisów drogowych. Czy to głupia brawura, czy nieodpowiedzialność - nie wnikam. Kary dla kierowców łamiących przepisy są stanowczo za małe, a fotoradarów powinno być 10 razy więcej.
    Kryzysy ekonomiczne na całym świecie.
    Coś w tym wszystkim paskudnie śmierdzi. Ludzie pracują i funkcjonują jak na codzień, nie ma fizycznych diametralnych zmian zachodzących w państwie - a mimo to z dnia na dzień tysiące ludzi może zostać zrujnowanych, a kraj może stanąć na skraju bankructwa. Bo kilkunastu smutnych panów i pań w garniturach tak zdecyduje. Ludzkość niby się rozwija, ale trudno czasem powiedzieć, czy te zmiany na pewno są na lepsze. Utonęliśmy w papierach wartościowych, akcjach spółek, obligacjach. Kiedyś panował prosty handel wymienny i nikomu nie groził kryzys ekonomiczny. Zaprawdę powiadam Wam, wróćmy do zamków i chałup.
    Reasumując - jest źle i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Problem w tym, że ludzie nie zmienili diametralnie swojego zachowania z dnia na dzień. Oni postępują cały czas tak samo, a po prostu czasami pojawiają się tego negatywne konsekwencje, bądź spotykamy się z kumulacją takich kiepskich sytuacji. Ludzie nie zdają sobie czasem sprawy jak drobne zaniedbanie może mieć poważne konsekwencje. A tak naprawdę żyjemy w świecie drobnych zaniedbań.
    Wpis trochę chaotyczny, ale musiałem wyrzucić to z siebie. Dzisiaj wieczorem znów będę się bawił mikroskopem i prawdopodobnie dla relaksu wrzucę parę zdjęć z sekcji osy ]:->
  6. Lord Nargogh
    Czyli o tym, co Lord robi w wolnych chwilach, żeby odprężyć się po całodniowej walce z końcowakacyjnymi trollami*.
    Nie ma to jak spacerek po wilgotnym lesie, pełnym ciężkiego, świeżego powietrza. Wyposażenie potrzebne do zbiorów jest nadzwyczaj skromne:
    - wiaderko/koszyk;
    - nożyk;
    - ubiór (długie spodnie, zakryte buty - kleszczom mówimy NIE!);
    - podstawowa wiedza o grzybach.

    Nieskromnie przyznam, że osobiście spełniam każdy z tych warunków przed udaniem się na zbiory. Ostatnimi czasy dużo w telewizji mówi się o zatruciach, kiedy domorośli grzybiarze zbierają niezwykle charakterystyczne i najbardziej trujące grzyby, po czym karmią nimi swoje dzieci. Pogratulować rozumu! W pewnym wydaniu programu informacyjnego, pokazano nawet owego niesławnego grzyba (muchomor sromotnikowy) z pyszną Kanią, z którą często jest mylony z powodu rzekomego podobieństwa. Problem w tym, że te dwa grzyby są do siebie podobne niczym albinos z białym człowiekiem - jak ktoś chociaż RAZ spojrzy na nie, to nie ma szans, żeby się pomylił. Poza tym jak ktoś nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera tych młodych, które jeszcze jakotako w istocie mogą być do siebie podobne. A jak ktoś NAPRAWDĘ nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera ich w ogóle. Ja sam pomimo doskonałej znajomości wyglądu obu grzybów, czasem zostawiam pewne Kanie, które na skutek np. działania szkodników tracą elementy charakterystyczne (jak na przykład te brązowe plamki na kapeluszu) No, ale żeby nie pozostawać gołosłownym, poniżej zamieszczę dwie porównawcze focie:


    Niesławny Sromotnik



    Pyszne Kanie. Na tym zdjęciu młode, bo zwinięte - w pełni dojrzałe mają wielki, rozwarty kapelusz i są dużo większe od muchomorów

    Różnica jest w istocie dużo większa, niż na tych zdjęciach. Sromotnik ma zwykle mokry, połyskujący kapelusz, a Kanie ZAWSZE są matowe, nawet gdy się je zmoczy. Zresztą, jak już pisałem - nie jesteś pewny - nie zbieraj.
    Zacznijmy od tego, że nie powinno się NIGDY zbierać grzybów, których nie zidentyfikował nam kiedyś doświadczony grzybiarz na naszych własnych oczach. Tzn chodzi mi o to, żeby udać się na pierwsze grzybobranie z taką osobą i pokazywać jej wszystkie znalezione okazy. I tak przez kilka pierwszych razy, aż nabierzemy pewności. Wówczas - nie ma ryzyka śmiertelnego zatrucia.
    A propos śmiertelnego zatrucia, to wykluczyć je można i bez żadnej wiedzy na temat grzybów. Prosta zasada - nie zbierać grzybów blaszkowych - i już mamy gwarancję, że nawet jeśli zjemy niejadalnego grzyba - to nie umrzemy, najwyżej spędzimy duuuzo czasu w toalecie. Grzyby blaszkowe to wyższa szkoła jazdy, którą nie powinni się zajmować amatorzy.
    Poniżej przykład grzyba rurkowego, bez blaszek, który jest niejadalny - ale przy okazji tak gorzki, że potrawy z nawet kawałkiem jego kapelusza są całkowicie niejadalne. A nawet jakby ktoś zawziął się i je zjadł, to i tak śmierć mu w tym przypadku nie grozi. Chociaż na pewno konsekwencje będą niemiłe.


    Goryczak Żółciowy, zwany także Borowikiem Szatańskim. Charakterystyczny jest jasna, różowa gąbka pod kapeluszem. Można także polizać go na próbę - jest tak masakrycznie gorzki, że od razu będzie wiadomo, że to on.

    A co warto zbierać? Są dwa gatunki grzybów, które można stosunkowo łatwo rozpoznać i które występują dośc powszechnie w polskich lasach:


    Prawdziwek, Borowik. Doskonały, pyszny i aromatyczny.



    Podgrzybek. Piękno w prostocie.

    Oczywiście prawdziwek jest dużo szlachetniejszy od podgrzybka, co nie zmienia faktu, że ten drugi także jest pyszny.
    Wyżej wymienione grzyby rurkowe należy wysuszyć, przed wykorzystaniem ich w kuchni. W przeciwnym razie będą oślizgłe. Jeśli chodzi o Kanie, to przepis jest banalny: nieco jajka i bułki tartej/mąki. Nalezy je po prostu obsmażyć jak kotlety, po uprzednim doprawieniu pieprzem i solą. Ale jak pisałem - tylko gdy jesteście pewni swoich umiejętności.
    No to może tyle na dzisiaj - mam nadzieję, że podobał Wam się opis jednego z moich hobby... hobbych? W każdym razie zainteresowań.
    *- jakoś zawsze w tym okresie mamy wysyp, związany najprawdopodobniej z napięciem przedsemestrowym u nastolatków.
  7. Lord Nargogh
    Spokojnie siedząc przy komputerze i męcząc swojego druida w NWN2 przypadkowo usłyszałem fragment informacji z jakiegoś dziennika. Chodziło o stypendia motywujące dla przyszłych studentów na uczelniach technicznych. Potem jakaś miła pani profesor jeszcze stwierdziła że ludzie unikają studiów inżynierskich, bo matematyka ich przeraża - a tu przecież nie ma się czego bać, matematyka jest taka prosta, oni ich wszystkiego nauczą!
    ... i się zagotowałem. Bullshit, bullshit, jeszcze raz bullshit! Komu oni chcą kit wcisnąć? Co to za polityka? Idziemy na ilość, a nie na jakość? To mało mamy już studentów którzy nie potrafią przebrnąć przez pierwszy semestr studiów?
    Ale po kolei (to chyba najczęściej pojawiający się zwrot na moim blogu).
    Po pierwsze, matematyka nie jest prosta. Trudna tez nie jest, ale prosta tym bardziej. Matematyka to po prostu przedmiot który wymaga od człowieka niebywałego talentu lub pracowitości. Jeśli ktoś miał problemy z matematyką na poziomie liceum, to na studiach technicznych NIE MA CZEGO SZUKAĆ!* Wbrew temu co się opowiada w czasie rekrutacji, matematyki trzeba się uczyć bardzo dużo. Samemu. Bez pomocy profesorów i doktorów. Oni jedynie nakreślą Ci podstawy na wykładzie, potem pokażą kilka prostych bądź nawet trudniejszych zadań na ćwiczeniach - i koniec. Cała reszta w Twoich rękach. Albo przysiądziesz w domu i policzysz kupę zadań z matematyki sam, albo nie zdasz, bądź zdasz nieuczciwie, nic nie potrafiąc, o żałosnej ocenie nie wspominając.
    Zajęcia wyrównawcze z matematyki zwykle są, ale to, co prezentują to śmiech na sali. Nie słyszałem jeszcze o przypadku matematycznego beztalencia, który by się na nich czegoś nauczył, a pozostali, którzy coś potrafią - zwyczajnie się na takich zajęciach nudzą.
    Po drugie, co to za motywacja dla studentów? Kasa za pójście na studia? Toż to jest prostytucja edukacyjna! Mamy mieć inżynierów i naukowców którzy poszli jedynie za kasą, nie darząc przedmiotów na swoich studiach najmniejszym zainteresowaniem? Ktoś, kto coś potrafi z przedmiotów ścisłych i w dodatku za nimi przepada, i tak pójdzie na studia.
    A jeśli mamy do czynienia z osobą, która nie dość że nic nie potrafi, to jeszcze nie prezentuje najmniejszego zainteresowania tym, żeby się czegoś nauczyć - to dla dobra wszystkich najlepiej będzie jeśli zrezygnuje z wyższego wykształcenia i nie będzie okradać państwa swoim lenistwem i nieudolnością.
    W jaki sposób taka osoba okrada państwo? A w taki, że udając się na studia dzienne nic za te studia nie musi płacić, bo państwo pokrywa wszelkie koszty, jakie ponosi uczelnia. Państwo płaci uczelni, żeby zainwestować w obywatela, który zdobędzie wyższe wykształcenie i jako "inwestycja" w przyszłości zaprocentuje. Człowiek, który wylatuje ze studiów w dowolnym momencie - na przykład po dwóch latach - oznacza że nasze państwo przez dwa lata wyrzucało na niego pieniądze, ktorych nigdy nie odzyska.
    Po trzecie - co tak nagle wzięło wszystkich żeby promować studia techniczne? Czy naprawdę komuś wydaje się że jeśli jakiś człowiek aż do zdania matury nie przejawiał żadnych "ścisłych" tendencji ani talentów, to nagle jak mu się obieca złote góry to okaże się być doskonałym naukowcem? A g.... prawda, to będzie kolejny owsik na edukacyjnej (_!_), jaką stanowi nasze państwo.
    Nie ilość, a jakość. Jeden utalentowany, dobrze wyuczony inżynier z pasją jest wart znacznie więcej niż dziesięciu "parobków" z dyplomem uczelni wyższej, którzy ukończyli ją tylko za pomocą cudu.
    Dlaczego tak mnie to wszystko irytuje? Bo wnerwia mnie że ze świecą trzeba szukać na studiach ludzi, z którymi można na poziomie przeprowadzić akademicką dyskusję na jakikolwiek temat. Chcesz pogadać o fizyce? "Chyba cie po......!" Co z tego że studiujesz dokładnie ten kierunek? Lepiej pogadać o tym, ile się wymiotowało na ostatniej imprezie.
    Ja nie chcę takich kolegów na roku. Ja nie chcę takich inżynierów. Nie chcę żyć w kraju, który daje dyplomy uczelni wyższej ludziom, których edukacja powinna się zatrzymać na poziomie gimnazjum.
    *- chyba że taki "ktoś" jest zainteresowany albo wyleceniem ze studiów przed pierwszą sesją, albo przebrnięciem przez nie dzięki cwaniactwu i oszukiwaniu - i w rezultacie zostaniu żałosnym inzynierem, który nic nie potrafi i stanowi zagrożenie dla życia i mienia ludzi, dla których kiedyś będzie pracował.
  8. Lord Nargogh
    Przed chwilą na stronie mojego wydziału opublikowano plan zajęć na najbliższy semestr.
    Bez wahania mogę przyznać, że jest to najpiękniejszy plan, jaki widziałem w życiu. Myślałem, że po drugim semestrze nic mnie już nie zaskoczy - a tu pyk! Niespodzianka! W nawiasie podam ilu lekcjom w szkole to się równa:
    Poniedziałek: 9:45-18:20 (10 lekcji)
    Wtorek: 8:00-20:00(!) (14 lekcji)
    Środa: 8:00-18:20 (12 lekcji)
    Czwartek: 8:00-14:30 (8 lekcji)
    Piątek: 9:45-15:00 (6 lekcji)
    Żyć nie umierać! Z ciekawości sprawdziłem też plan zajęć dla obecnego semestru drugiego i okazało się, że jest piękny, wygodny i lekki.
    Chyba ktoś nas nienawidzi na tym wydziale. -_-
  9. Lord Nargogh
    Jakiś czas temu (w zasadzie to już dość długi czas temu) pisałem o zjawisku tunelowym. Wspominałem także, że znajduje on zastosowanie przy konstrukcji specjalnych mikroskopów. No i tak się akurat złożyło, że podczas szkoły letniej (a potem w czasie regularnych laboratoriów w czasie zajęć) miałem przyjemność pracować na takim mikroskopie.

    Na początek trochę absolutnych podstaw idei działania takiego mikroskopu. Na specjalnym skanerze wykonanym z piezoelektrycznego materiału umieszczamy próbkę, którą chcemy przebadać. Skaner ten pod wpływem przyłożonego napięcia zmienia swoje wymiary (odwrotne zjawisko piezoelektryczne - opowiem o tym kiedy indziej), czym powoduje ruch przymocowanej próbki. Bardzo precyzyjny ruch - z dokładnością do dziesiątych części nanometra (nanometr to 1/1 000 000 000 metra - jedna miliardowa). Nad skanerem i próbką znajduje się specjalne przewodzące ostrze - i to o takiej ostrości, że wszystkie fantastyczne miecze z gier komputerowych mogą się schować. To ostrze jest tak ostre, że już bardziej się nie da. Na jego końcu znajduje się pojedynczy atom. Pomiędzy ostrzem a próbką przykładamy pewne napięcie, na skutek czego pomiędzy nimi zaczynają tunelować elektrony. Intensywność tego tunelowania, czyli natężenie prądu tunelowego jest ściśle zależne od odległości ostrza od próbki - czyli im bliżej próbki jest ostrze, tym więcej elektronów tuneluje. My ten prąd rejestrujemy, obrabiamy i otrzymujemy w ten sposób obraz posiadający prawdziwą rozdzielczość atomową, czyli mówiąc po ludzku - widzimy pojedyncze atomy. Tak w zasadzie to jest pewne oszustwo, bo widzimy tylko superpozycje chmur elektronowych tych atomów, ale w bardzo wielu przypadkach pokrywa się to z rzeczywistą powierzchnią próbki. Problem może się pojawić, gdy znajdują się na niej jakieś syfy zmieniające przewodność, takie jak cząsteczki powietrza czy wody.
    Proces i budowa jest oczywiście dużo bardziej skomplikowana (powstały o tym grube książki), jednak nie sądzę żeby kogoś tutaj interesowały takie detale. Przejdźmy zatem do konkretów, czyli popatrzmy na atomy, które zarejestrował Lord:


    Tutaj widzimy tzw. zręby atomowe. Te grube linie na obrazku przedstawiają kolejne warstwy atomów węgla na powierzchni grafitu - pojedyncza taka warstwa to nic innego niż grafen, o którym pisano nawet w ostatnim numerze Cd-Action



    Nieco większe 'powiększenie'. Widać już pojedyncze atomy. Yay!



    Tutaj już wyraźnie widać atomy węgla. Zaznaczyłem nawet pojedynczą płaszczyznę komórki elementarnej heksagonalnej sieci krystalicznej grafitu. Tak w zasadzie to powinien być sześciokąt, ale mamy tu pewne problemy wynikające z nakładania się chmur elektronowych wynikające z przemieszczenia kolejnych grafenowych warstw wobec siebie.

    To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję że kogoś zaciekawiłem - następnym razem napiszę o statycznym AFMie (Atomic Force Microscope) i zamieszczę zdjęcia płyt i matryc CD oraz układu scalonego w potężnym powiększeniu.
    EDIT: Widzę że podziałka na ostatnim zdjęciu jest wyrażona w tzw. Angstremach, których wielkości nie musicie znać. Tłumaczę zatem: jeden Angstrem to 1/10 nanometra (czyli jedna dziesięciomiliardowa metra).
  10. Lord Nargogh
    Każdy kto ma jakikolwiek kontakt ze światem (telewizja, gazety, internet, sąsiedzi, gołębie pocztowe) miał okazję się dowiedzieć, jakiej tragedii padło ofiarą nasze nieszczęsne państwo w dniu wczorajszym - multikill w Smoleńsku - niecałe 100* ofiar śmiertelnych katastrofy lotniczej.
    Słuchając wypowiedzi różnych znanych ludzi w telewizji i radiu, można się przekonać, jak to nasz naród zjednoczył się w obliczu tragedii - po raz kolejny. Jak to 'cała Polska' jest teraz w żałobie, jak to zniknęły różnice pomiędzy nami.
    Mając jednak dostęp do internetu, gdzie swobodnie mogą się wypowiadać szarzy ludzie, można łatwo się przekonać, że integracja i jedność naszego narodu to tylko populistyczny bullshit.
    Można było się o tym przekonać przeglądając chociażby to forum, a także tutejsze blogi.
    Moje zdanie jest takie, że w istocie nasz naród w obliczu tej tragedii po raz kolejny uległ podziałowi, w tym przypadku na kilka grup, które postaram się poniżej omówić.
    To będzie długi wpis - kto nie ma cierpliwości na takie rzeczy, może od razu kliknąć znaczek 'iks' w prawym górnym rogu ekranu.
    Na skutek katastrofy zaobserowałem wyłonienie się następujących grup:
    I. Grupa
    Zginęła elita polskiego narodu, kwiecie polskiej inteligencji, bohaterowie narodowi. Wszyscy winniśmy pogrążyć się w wielkiej żałobie. Będzie nam brakować naszego kochanego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na żaden naród do tej pory nie spłynęła podobna tragedia**
    II. Grupa
    W dupie miałem większość z tych ludzi za ich życia, w dupie mam ich i po ich śmierci. Żal mi tylko że życie straciło w katastrofie tylu ludzi. Żal mi istnień ludzkich, ale nie żal mi że zginęli ci ludzie, a nie inni, bo uważam że i tak kiepsko sprawowali się na swoich stanowiskach. Żałoba jest moim zdaniem uzasadniona.
    III. Grupa
    OMG ale z was frajerzy jak można być tak głupim i naiwnym hipokryci wy idioci o lol nie wierzę, mam w dupie całą tą katastrofę. Żałobę wsadźcie sobie w pupę.
    IV. Grupa
    O LOL Kaczyński nie żyje odkrk... okorkr.... odkorkowuwu..... cholera, otwierajmy szampana!!!!!111oneoneone
    Ja należę do grupy drugiej. Denerwuje mnie cała ta wielka szopka wokół żałoby, ale jestem w stanie zrozumieć, że niektórzy tego potrzebują. No i liczę że może jakieś wolne na uczelni z okazji żałoby wpadnie ]:->
    Denerwuje mnie natomiast usilna gloryfikacja wszystkich ofiar katastrofy. Kaczyński nagle zaczął być mężem stanu, wspaniałym prezydentem. W przyszłości będziemy mogli przechadzać się placami Gosiewskiego i spacerować parkiem Putry.
    Oh come on! Gdyby ci ludzie mieli szczęście (a może nieszczęście w obliczu chwały, która spłynęła po nich po ich śmierci?) dożyć końca swoich kadencji, to popadliby w zapomnienie, bo nie mają na swoim koncie żadnych szczególnych osiągnięć.
    Kontynuując moje przemyślenia - zirytowała mnie fala obłudy i hipokryzji, jaka pojawiła się nagle w telewizji. Dawni wrogowie polityczni rozpaczają nad śmiercią swoich przeciwników, Wałęsa okazuje się być wielkim przyjacielem Kaczyńskiego. Brzydzę się tego. Każdy powinien twardo trzymać się swoich przekonań, nie naginając ich tylko po to, by wkupić się w łaski społeczeństwa fałszywą żałobą. Ponadto mamy nieszczęście być świadkami bieżącego fałszowania historii - bo poprzez własną śmierć rodzą się narodowi bohaterowie. Powtarzam po raz kolejny - umarliby ze starości - niemal nikt o nich by nie pamiętał (z nielicznymi wyjątkami, na przykład panem Kaczorowskim). Umarli tragicznie - pamięć o nich będzie wieczna.
    Jestem przerażony. Skoro w dzień po śmierci tych ludzi w takim stopniu nagina się fakty na ich temat, to co będzie za 20 lat? Na skutek tego co się nasłuchałem, straciłem wiarę we wszystkich bohaterów, jakie ma nasze państwo - bo skoro raz można było ubarwić i upięknić życia grupy ludzi, to czy jest jakikolwiek dowód na to, że nie robiono tego w przypadku każdego ze znanych do tej pory bohaterów narodowych?
    Podsumowując.
    Co straciło nasze państwo?
    Nasze państwo straciło niecałą setkę obywateli. To wcale nie była 'elyta intelektualna'. Owszem, byli to ludzie ważni, ale tylko ze względu na piastowane przez nich urzędy. Jeśli powymieniać ich osiągi i zasługi dla naszego kraju, i zestawić obok ich wpadek i kompromitacji, to już tak chwalebnie nie będzie. Jest mi żal zmarnowanych istnień ludzkich, jest mi żal osamotnionych rodzin, ale nie uważam jakoby naszemu narodowi ścięto głowę. Nie widzę też tej 'elyty intelektualnej', jaką mielibyśmy utracić. A już na pewno mam dość tej całej żałoby - nie po to mam dzień wolny od pracy i nauki, żeby nie móc obejrzeć sobie w telewizji żadnego filmu/programu rozrywkowego.
    ---------------------------------------------------------------------------------------------
    Odnośnie ostatniego pytania w ankiecie - wszyscy powinni pamiętać głośną sprawę, w której Lech Kaczyński próbował zmusić pilota do zaniedbania procedur bezpieczeństwa i wylądowania w niebezpiecznym zdaniem pilota miejscu w Gruzji. Pilot sprzeciwił się prezydentowi i później z tego powodu stracił pracę.
    Tym razem pewnym jest, że wieża przy lotnisku w Smoleńsku bardzo mocno sugerowała załodze samolotu, aby zaniechała prób lądowania na tym lotnisku i wylądowała w innym, bezpieczniejszym miejscu - podając zarazem propozycje dwóch innych okolicznych lądowisk. Pomimo tego, pilot zdecydował się podjąć czwartą próbę wylądowania w Smoleńsku, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy. Rodzi się w związku z tym szereg pytań - czy Lech Kaczyński ponownie nie wtrącił się do zamiarów dowódcy samolotu i nie rozkazał mu podjąć tej kolejnej próby i nie zabronił mu lądowania w innym miejscu? Pilot, znając historię swojego poprzednika mógł się obawiać utraty pracy i przychylić do 'rozkazu' prezydenta.
    Finał tej sprawy wszyscy znamy.
    To są na razie tylko domysły, które jednak pojawiły się w głowach wielu Polaków. Uważam, że jeśli nagrania z czarnych skrzynek udowodnią, że lądowanie miało mieć miejsce w Smoleńsku na wyraźne polecenie Lecha Kaczyńskiego, to powinien on utonąć w wiecznej niesławie i być uznanym za całkowicie odpowiedzialnego za śmierć tych wszystkich ludzi.
    * - dokładnej liczby nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać. Miałem telewizor włączony niemal bez przerwy przez cały dzisiejszy i wczorajszy dzień i słyszałem tyle liczb z zakresu od 90-150, że straciłem już rachubę i nie mam pojęcia, ile to ostatecznie było.
    ** - to dość oczywiste, że na żaden inny naród taka tragedia nie spłynęła. Po prostu każde normalne, sprawnie funkcjonujące państwo nie pozwala sobie na taki fail organizacyjny jak umieszczenie tylu ważnych osobistości na pokładzie jednego samolotu. Właśnie na wypadek gdyby miało miejsce zdarzenie takie jak wczoraj. Terroryzmu akurat nie trzeba się w tym wypadku obawiać, bo nikt z terrorystów nie uwierzy że ktokolwiek może być na tyle głupi żeby coś takiego zrobić.
  11. Lord Nargogh
    Nowy cykl wpisików na blogasku! Podejmę w nim rozpaczliwe próby przekonania najbardziej zatwardziałych next-genowych humanistów*, że nauki ścisłe też mogą być ciekawe**!
    #1 - EFEKT TUNELOWY
    a. Pewna sytuacja w kwantowym świecie cząstek:
    Cząstka o energii równej E leci sobie wzdłuż osi x. Na jej drodze stoi przeszkoda w postaci skończonej bariery potencjału o wartości V, niewiele większej od E. Ale jednak większej. Ta bariera ma jakąśtam skończoną długość a.
    b. Podobna sytuacja w życiu codziennym:
    Znudzony student przed sesją próbuje zabić sobie czas, a także znaleźć jakikolwiek pretekst, by nie musieć się uczyć do egzaminów. Tym razem padło na odbijanie piłeczki tenisowej o ścianę. No więc siedzi sobie na fotelu i zabiera się do rzucenia tej piłeczki, celem odbicia jej od ściany.
    Pytanie: co się stanie?
    Fizyka klasyczna:
    Cząstka i piłeczka odbiją się od napotkanych barier.
    Fizyka kwantowa:
    Cząstka może przetunelować przez barierę, a piłeczka przelecieć przez ścianę, zabijając sąsiada który akurat siedział naprzeciwko, trzymając dzbanek z wrzątkiem w jednej i nóż w drugiej ręce. Uderzenie piłki wytrąci mu dzbanek z ręki, powodując ochlapanie twarzy, co sprawi że sąsiad zechce szybko zetrzeć z niej wrzątek przy użyciu drugiej ręki, zapominając o nożu w niej trzymanym i powodując wbicie go w swoje oko gwałtownym ruchem....!!!!
    ...ale odbiegam od tematu. Może wróćmy do cząstki. Oczywiście w 'prawdziwym', 'codziennym' świecie takie numery jak z tą piłeczką się nie zdarzają, ale w świecie cząstek elementarnych - już jak najbardziej. Ba, zdarzają się na tyle często, że odgrywają istotną rolę w przyrodzie (fuzja jądrowa będąca źródłem energii Słońca) , a także w wielu osiągnięciach współczesnej techniki, tych ciekawych dla mnie i nudnych dla Was (elektronowy mikroskop skaningowy), jak i tych których istnienie powinno Was jak najbardziej interesować (szybkie współczesne komputery, opierające swoje działanie na półprzewodnikach, które z tego zjawiska 'korzystają').
    Na dzisiaj to wszystko, drogie dzieci. Jeśli chcecie, bym kontynuował ten cykl fizycznych opowieści, to dajcie znać w komentarzach.
    PS: Przedmiot, z którego właśnie uszczknęliście wiedzy, nazywa się Mechanika Kwantowa. I co, nie taki diabeł straszny, hm? A ja Wam mówię, że jednak straszny! Samodzielna nauka tego przedmiotu bez pomocy wykładowcy, w oparciu o internet i ksiązki a następnie pisanie z niego KOSZMARNEGO egzaminu nie jest fajne!
    *- next-genowych to znaczy niezainteresowanych naukami ścisłymi, bo humanista według pierwotnej definicji powinien się interesować wszelakimi naukami!
    ** - po tym, jak zobaczyłem reklamę, która zachęcić miała ludzi do kierunków ścisłych tym, że po ich ukończeniu będą mogli obliczać wysokość schodów, stwierdziłem że... Nie, nic nie stwierdziłem. Załamałem się.
  12. Lord Nargogh
    Miałem omówić dzisiaj efekt relatywistyczny, ale stwierdziłem że ten temat wymaga nieco większego zastanowienia z mojej strony, więc zamiast tego napiszę o czymś innym, IMO lekkim i przyjemnym.
    #2 - SIŁA (ZJAWISKO) CORIOLISA
    Wielu z Was na pewno słyszało o tym zjawisku. W prostym skrócie: polega ono na działaniu pewnej siły pozornej w obracających się w stosunku do siebie układach odniesienia. Na początek łatwy przykład: kulka poruszająca się ruchem prostoliniowym po obracającej się tarczy - czyli na przykład tocząca się z góry na dół po tej tarczy. Dla obserwatora nieruchomego, przyglądającego się zdarzeniu z zewnątrz piłka będzie poruszać się po linii prostej, jednak dla obserwatora który będzie obracał się razem z tarczą - tor ruchu piłki będzie skręcony. Skręcenie tego toru będzie wynikało właśnie z działania tej siły.
    Wszystko pięknie, ale co z tego że działa sobie taka siła? Otóż okazuje się, że ma to bardzo duże znaczenie w wielu dziedzinach naszego życia. Na przykład w zabawach dla Dużych Chłopców - przy prowadzeniu ostrzału z artylerii na duze odległości, ewentualnie przy wystrzeliwywaniu rakiet - należy uwzględnić działanie tej siły, bo w przeciwnym razie mamy gwarancję, że nie trafimy do celu. Ba, przy dużej odległości możemy walnąć w nie to miasto, co trzeba - może nawet państwo!
    Bo owszem, nasza kochana Ziemia również się obraca i działa na niej bezustannie ta siła. Jej wzór jest stosunkowo prosty:


    Fc=-2m(omega x v)=-2m * omega * v * sin(alfa),

    z czego Fc, omega i v są wektorami, a x oznacza iloczyn wektorowy. Dlaczego podałem ten wzór? Żeby wyjaśnić, jakie sa warunki, aby ta siła mogła zadziałać. Przede wszystkim na pierwszy rzut oka widać, że układ, w którym znajduje się ciało musi się obracać (omega różne od zera), a ciało musi się poruszać z pewną prędkością. Poza tym iloczyn wektorowy oznacza także, że wartość tej siły zależy od kąta, pod jakim w stosunku do osi obracania układu porusza się ciało. W związku z tym jeśli siedzicie sobie spokojnie przy komputerach, to nie działa na Was ta siła - jeśli jednak zaczniecie sobie chodzić po pokoju, to znajdziecie się pod jej wpływem. Oczywiście w przypadku tak niewielkiej prędkości nawet nie poczujecie jej działania, jednak zawsze można spróbowac posłużyć się nią jako argumentem przeciw ruszeniu się sprzed komputera (Akcja społeczna: Chroń swoje dziecko przed działaniem siły Coriolisa; kup mu grę MMO!)
    Gdzie jeszcze można zaobserwować takie zjawisko? W naturze - na przykład ma ona wpływ na tendencje wiatru do skręcania, w zależności od półkuli. Cyklony poruszają się odwrotnie do ruchu wskazówek zegara na półkuli północnej, a zgodnie na południowej.
    Coś na kształt działania siły Coriolisa na cyklon można w prosty sposób zaobserwować w domu - w wannie. Wystarczy napełnić ją do pełna wodą, a następnie wyjąć korek. Woda zacznie spływać do rury (zaskakujące, prawda?) tworząc piękny, wannowy cyklon obracający się w określonym kierunku (zawsze tym samym na danej półkuli). Ale nam się ten kierunek nie podoba, w związku z tym będziemy majtać ręką w wodzie, próbując zmienić ten kierunek. Jak już nam sie uda, możemy przestać. Tak, przestańmy majtać tą ręką.
    I co się stanie? Woda leniwie pospływa przez chwilę w zapodanym przez nas kierunku, a następnie wróci do obracania się w pierwotną stronę. Będzie tak robić uparcie, niezależnie ile razy spróbujemy zawrócić kierunek obrotu. Aż się woda skończy.
    Dlaczego? Na skutek działana siły Corolisa.
    Idźcie na studia ścisłe, to będziecie schody projektować i środki ciężkości pod tyczki wsadzać!
  13. Lord Nargogh
    Na dzisiaj przewidziałem zjawisko, które można najprościej określić mianem elektrycznego samogwałtu*
    Na początek trochę naukowych faktów.
    Urządzenia elektryczne działają na skutek pracy wykonywanej przez przepływający przez nie prąd. Energia elektryczna jest transformowana na przykład na mechaniczną (np wiatraczek, samochodzik elektryczny).
    Przepływ prądu w obwodzie powoduje wygenerowanie pola magnetycznego wokół niego. Stały prąd powoduje powstawanie stałego pola magnetycznego wokół przewodnika. Większość urządzeń, które mamy w domu używają stałego prądu. Prąd zmienny (który świetnie nadaje się do przesyłania energii elektrycznej na duże odległości - bez dokonania jego odkrycia niemożliwe byłoby zasilanie domów odległymi elektrowniami, a nawet jeśli to przy udziale ogromnych strat i nikłej efektywności) także powoduje wygenerowanie pola magnetycznego, tym razem jest jednak ono zmienne - wynika to ze zmian zachodzących w polu elektrycznym, które indukują zmiany pola magnetycznego ('ruch' światła jest z tym ściśle związany - ale o fali elektromagnetycznej opowiem kiedy indziej). Działa to także w drugą stronę - zmienne pole magnetyczne powoduje zmianę pola elektrycznego i przepływ prądu - większość z Was widziała chyba w liceum/gimnazjum proste doświadczenie na fizyce - z majtaniem magnesem sztabkowym wewnątrz cewki (ogólnie dla miłośników magnetycznych zabawek polecam magnesy neodymowe - BARDZO mocne, można nimi sobie nawet niechcący zmiażdżyć palce przy nieostrożnej zabawie). Zmiana strumienia pola magnetycznego może zachodzić na kilka sposobów - poprzez przesuwanie źródłem tego pola obok ciała, w którym przepływ prądu chcemy wygenerować (na przykłąd zboczony magnes i cewka), albo poprzez... zmianę prądu płynącego w obwodzie wytwarzającym pole magnetyczne.
    Teraz trochę się zaplączemy:
    W obwodzie płynie sobie prąd -> wokól obwodu powstaje pole magnetyczne -> dokonujemy zmiany prądu płynącego w obwodzie (zmniejszamy jego natężenie albo zwiększamy) -> strumień pola magnetycznego generowanego przez obwód ulega zmianie -> w pobliskim przewodniku zostaje wygenerowany prąd... ale to nie koniec. Ten prąd także powoduje generowanie zmiennego pola magnetycznego... i tak dalej, i tak dalej na zmianę aż do uzyskania prądu i pola tak śmiesznie małego, że nie wartego uwzględnienia. W sumie w większości wypadków można ten prądo olać już przy pierwszym-drugim przeskoku.
    Wniosek jest prosty: urządzenia elektryczne robią sobie dobrze nawzajem.
    Ale co to ma wspólnego z samogwałtem? Ano to, że takie zmienne pole powoduje także wygenerowanie prądu w samym przewodniku, który je wytworzył - prądu o przeciwnym kierunku, przeciwdziałającemu swojej przyczynie. Sam siebie gwałci.
    Teraz może dobrze byłoby powiedzieć, co z tego wynika.
    To zjawisko zachodzi za każdym razem, gdy uruchamiamy bądź wyłączamy dowolne urządzenie elektryczne. Jest to zresztą logiczne - w końcu uruchomienie urządzenia powoduje nastapienie przepływu prądu w nim - prąd wzrasta od zera do pewnej wielkości (albo na odwrót) - więc jest przez ułamek sekundy zmienny. Taki prąd indukcyjny w połączeniu z tym normalnym jest w stanie przepalić przewody i uszkodzić urządzenie. Niektórzy z Was zapewne zauważyli, że urządzenia elektryczne psują się najczęściej przy uruchamianiu - podobnie jest z lampami żarowymi (żarówkami) - najczęściej przepalają się albo przy ich uruchamianiu, albo przy wyłączaniu.
    Na szczęście producenci elektroniki o tym wiedzą i przeciętny użytkownik nie musi się tym przejmować - jego urządzene jest zabezpieczone przed takim zjawiskiem. Po prostu w momencie uruchamiania/wyłączania prąd nadprogramowy odprowadzany jest gdzie indziej**. To jednak nie zadziała w momencie gdy zamiast skorzystać z wyłącznika, wyjmiecie wtyczkę z gniazdka w czasie jego pracy. Więc jak mamusia albo tatuś zabraniali tego robić, to mieli ku temu pewne powody (nawet jeśli sobie z tego nie zdawali sprawy).
    Jaki morał może być na dzisiaj? Nie wyjmujta wtyczki z gniazdka przed wyłączeniem urządzenia, bo zrobita mu krzywdę. Zły dotyk boli przez całe życie.
    * - to określenie jest dziełem dziekana mojego wydziału
    ** - przydałaby się pomoc jakiegoś forumowego elektryka-entuzjasty, bo nie wiem dokładnie na czym polega to zabezpieczenie i mogę sie mylić.
  14. Lord Nargogh
    Na dzisiaj przygotowałem coś lekkiego, co każdy w dodatku może łatwo zweryfikować w domu.
    Ciecz przechłodzona.
    Jest to materia w formie cieczy, znajdująca się poniżej temperatury swojego krzepnięcia, słowem - na przykład woda o temperaturze -4 stopni, pozostająca w stanie ciekłym.
    Niemożliwe? A jednak. Aby zjawisko cieczy przechlodzonej mogło mieć miejsce, to musi być ona schładzana albo bardzo powoli (co uniemożliwi zajście procesu krystalizacji), albo bardzo szybko (tutaj z kolei krystalizacja nie zdąży zajść).
    Ciecz przechłodzoną można bardzo łatwo zmienić w kryształ poprzez umieszczenie w zbiorniku z cieczą małej struktury krystalicznej, na przykład ziarenka piasku. Można to również uzyskać wstrząsając zbiornik z naczyniem, działając na ciecz falami dźwiękowymi lub ładunkiem elektrycznym. Taki proces krystalizacji powoduje jednoczesne wygenerowanie ciepła.
    I tutaj pozwolę sobie opisać bardzo prosty sposób na zaobserwowanie zjawiska cieczy przechłodzonej. Potrzebujemy tylko butelki coli i zamrażarki.
    Colę (może być dowolna, aczkolwiek ja testowałem to doświadczenie na coli Hoop i Original z Biedronki) umieszczamy w zamrażarce, uprzednio odcinając jej etykietę, by lepiej było widać, co jest w środku. Dobrze jest też colę napocząć i ulać z niej około szklankę napoju, w razie gdyby coś poszło nie po naszej myśli i gdyby ciecz jednak się wykrystalizowała samodzielnie, rozwalając butelkę i robiąc bałagan w zamrażarce. Ta szklanka mniej da nam gwarancję że nic złego zamrażarce się nie stanie. Uprzedzamy domowników by nie ruszali butelki z colą aż do czasu zakończenia eksperymentu - drgania mogą spowodować krystalizację i cały eksperyment pójdzie na marne.
    Odczekujemy kilka godzin.
    Wyjmujemy (delikatnie) colę z zamrażarki - jeśli wszystko poszło po naszej myśli, to powinna nadal znajdować się w stanie ciekłym. Otwieramy butelkę, by wyrównało się w niej ciśnienie. Zakręcamy, po czym wstrząsamy butelką. I voila'! Nasza cola zmieniła się niemal w całości w lód! 'Dlaczego nie w całości' zapytacie, a ja odpowiem, że przecież napisałem, że proces krystalizacji powoduje wygenerowanie pewnej ilości ciepła. To właśnie to ciepło spowodowało natychmiastowe stopienie się części lodu.
    Uwaga: możliwe iż krystalizacja nastąpi już po otwarciu butelki, dlatego radziłbym bacznie obserwować, co się dzieje w jej środku.
    No i to tyle. W ramach ciekawostki do ciekawostki dodam, że istnieje też zjawisko cieczy przegrzanej - warunki są dokładnie te same, z tym że zamiast chłodzenia mamy grzanie i zamiast krystalizacji mamy wyparowanie.
  15. Lord Nargogh
    Nie ma chyba na tym świecie nikogo, kto nie był chociaż raz zaczepiony przez upierdliwego i natrętnego żebraka.
    A już na pewno w tym kraju.
    Ich metody są rozmaite, wszystkie jednak można zapisać w prosty schemat.
    Powitanie:
    Przepraszam pana...
    Panie majster...
    Szefie...
    Kierowniku...
    Można zająć chwilę...?
    (opcjonalne) Wytłumaczenie:
    ...straciłem ostatnio pracę...
    ...suszy mnie...
    ...nic nie jadłem od rana...
    ...jestem inwalidą i nie mogę pracować...
    Życzenie:
    ...chciałbym prosić o:
    . ...coś do jedzenia...
    . ...parę groszy...
    . ...dwa złote na chleb...
    ...zabrakło mi n groszy na piwo...
    Zakończenie:
    Ups, tu będzie problem. Nie wiem co dzieje się dalej, bo zazwyczaj w momencie powitania powtarzam kwestię 'nie mam czasu' tak natrętnie, że intruder w końcu odchodzi, zwłaszcza widząc że nawet pomimo jego doskonałego przedstawienia swojego jakże skomplikowanego i trudnego problemu ja nadal nie mam zamiaru dać mu ani grosza. A po moim spojrzeniu można wywnioskować wręcz, że najchętniej to wyrwałbym mu za odezwanie się do mnie duszę i wyrzucił ją na śmietnik.
    Wiem, jestem złym człowiekiem.
    A może nie?
    Zastanówmy się dokładnie nad sytuacją takiego człowieka. Jest takie przysłowie - 'Ubogiemu należy dać wędkę, a nie rybę' (czy jakoś tak). Co prawda w takim przypadku kwestia powinna brzmieć raczej '(...) browar, a nie piwo (...)', ale nie o to w tym przypadku chodzi.
    Działają setki organizacji charytatywnych, istnieją tysiące punktów w których można dostać coś do zjedzenia za darmo. Tamci ludzie doskonale o tym wiedzą. Wiedzą także, że nie dostaną w nich na pewno pieniędzy ani żadnego alkoholu - a to jest jedyny sens i cel ich żałosnego istnienia.
    Ludzie prawdziwie ubodzy, którzy mogliby faktycznie wydać nasze pieniądze na coś innego niż alkohol, nigdy nie zniżą się do żebrania. Po prostu jeśli widzisz człowieka, który prosi Cię o pieniądze to możesz być absolutnie pewien, że zostaną one wydane na alkohol. Właśnie dlatego, że jedzenie można dostać za darmo w innym miejscu.
    Poza tym - z jakiej racji mamy utrzymywać jakiegoś menela? Nigdy, naprawdę NIGDY nie uwierzę że człowiek zdolny sterczeć pod supermarketem cały dzień w dwudziestostopniowym mrozie (autentyk!) nie jest zdolny do wykonywania jakiejkolwiek pracy. Wprost przeciwnie, można komuś takiemu zdrowia pozazdrościć.
    Ale na pewno nie umysłu/inteligencji. Pod tesco w którym robię zakupy prześladuje mnie od wielu miesięcy pewien menel, który podchodzi do mnie na żebry za każdym razem gdy wypakowuję zakupy do bagażnika i za każdym razem nie dostaje ode mnie nic oprócz ociekającego pogardą i życzeniem śmierci spojrzenia. A mimo to podchodzi. Bo jego przeżarty alkoholem mózg nie jest w stanie zapamiętać mojej twarzy.
    W ramach dygresji dodam jeszcze, że istnieją całe mafie zajmujące się zmuszaniem ludzi do żebrania a następnie odbierają im większość 'utargu'. Dając tym ludziom pieniądze naprawdę im nie pomagacie.
    Tak więc apeluję do Was wszystkich - nie dawajcie żebrakom ani grosza. Jedzenia również nie dawajcie, bo mogą oni je uzyskać za darmo w inny sposób tak czy siak. Nie dawajcie im po prostu nic, prócz pełnych pogardy spojrzeń.
    W przeciwnym razie ich życia nigdy nie ulegną zmianie i zawsze będą równie żałosne i pasożytnicze. Pamiętajcie że dzikich zwierząt nie należy dokarmiać, ponieważ stracą one zdolność do samodzielnego uzyskiwania jedzenia i przetrwania w dziczy.
    Nie poddając w osąd człowieczeństwa tych żebraków nadal uważam, że taki przykład w ich sytuacji jest jak najbardziej na miejscu.
    Przemówiłem.
  16. Lord Nargogh
    Ktoś kiedyś powiedział, że parówki to boskie mięso - bo Bóg jeden wie, co w nich w zasadzie jest.
    Zdecydowałem się ujawnić światu straszliwą prawdę i przyznać, co lubię sobie w wolnych chwilach podjeść. Na początek muszę ostrzec ludzi o lekkich nerwach i delikatnych żołądkach - to nie jest wpis dla Was.
    Hannibal Lecter to przy mnie pikuś, o czym sami za chwilę się przekonacie.
    Zacznijmy delikatnie - opróżnimy Wam żołądki później.
    Lubię sobie zjeść od czasu do czasu nieco ugotowanych parówek.



    Wbrew obiegowej opinii, folię należy zdjąć przed rozpoczęciem gotowania, a nie po zakończeniu tego procesu. Chociaż szczerze mówiąc to preferuję parówki w naturalnym 'flaku', z których nie trzeba zdejmować folii. Parówki są dobre na wszystko - na śniadanie, kolację, obiad, przeziębienie, grypę, przedłużenie erekcji - dosłownie wszystko. Trzeba jednak uważać przy ich kupnie - widziałem kiedyś takie pewnej znanej firmy (jakiś Sokołów czy inny Krakus), które zawierały 4% mięsa (!) i miały na opakowaniu zalecenie, by ich nie poddawać obróbce termicznej. Podejrzewam że groziło to ich anihilacją.
    Krok dalej - wspomniałem o żołądkach - i tak się składa, że lubię sobie także wszamać conieco takowych. Oczywiście nie ludzkich - drobiowe, wieprzowe i wołowe w pełni mnie satysfakcjonują. Póki co.



    Żołądki drobiowe doskonale smakują po ugotowaniu w rosole, świetnie też nadają się jako dodatek do gulaszu. W ostateczności można z nich sporządzić flaczki drobiowe, aczkolwiek dużo lepiej w tej roli sprawdzają się żołądki wołowe i wieprzowe.



    O tak, Lord uwielbia flaczki - i żeby Was dobić dodam, że zwykle je konsumuję z makaronem. Zanim mnie za to spalicie na stosie, to spróbujcie sami jak smakuje takie połączenie, a gwarantuję że pokochacie je równie mocno, co ja.
    Skoro już jesteśmy przy narządach wewnętrznych (podrobach), to nie byłbym sobą, jakbym nie wspomniał o mojej wielkiej miłości do wątróbki.



    Wątroby uwielbiam wprost pałaszować, o ile są ugotowane w dobrym rosole bądź wysmażone z cebulką. W ostateczności doskonale smakują mi także w wątrobiance, zwanej potocznie pasztetem (nawet nie wiedzieliście, że z tego robią pasztet, nie?).
    Macie dość? Ale to jeszcze nie koniec!
    Jak mógłbym bowiem zapomnieć o mojej ukochanej kaszance.



    Doskonałe podroby wymieszane z mięsem, krwią i kaszą. Istnieje w wielu gatunkach i odmianach - osobiście uwielbiam odmianę klasyczną, kaszankę gajowego i krupnioki. Można ją wcinać na surowo, z grilla, podsmażoną z cebulką, z dżemem - co tylko dusza zapragnie!
    Życie bez kaszanki byłoby dużo gorsze.
    Na sam koniec dobiję wszystkich, którzy jeszcze ostali się na nogach i nie opróżnili swoich żołądków ze wszelkiej zawartości. Uwielbiam jeszcze wcinać kurze łapy gotowane w rosole, z którego następnie przygotowuję specjalną galaretę, która nie wymaga żadnej żelatyny.
    Ale w tym przypadku nie będzie żadnych zdjęć. W końcu mogły tu trafić przypadkiem jakieś dzieci.
    A Wy co wcinacie? Czy jesteście w stanie przebić mój gust kulinarny i wywołać odruch wymiotny nawet we mnie?
    PS: Specjalnie czekałem z publikacją do tak późnej godziny, żeby trochę osób zdążyło to przeczytać zanim służby specjalne RP zamkną tego bloga.
    EDIT: No dobra, macie mnie. Dwóch śmiałków znalazło danie, które nawet mi nie smakuje (chociaż ośmieliłem się go skosztować!). Mianowicie chodzi o Czerninę, zupę z kaczej krwi. (A wspominanie o niej w obecnej przedwyborczej atmosferze jest... zabawne )
  17. Lord Nargogh
    Czy jest wśród nas chociaż jedna osoba, która nigdy nie obejrzała 'Matrixa', albo przynajmniej o nim słyszała? Myślę, że niewielu jest takich ludzi. A jeszcze mniej jest takich, którzy w tym filmie byli w stanie dostrzec coś więcej niż tylko napierdzielankę z fajnymi efektami specjalnymi.
    A każda część trylogii zawiera wiele istotnych pytań i przesłań. Na tyle dużo, że powstało o tym kilka książek. Ja postaram się wyodrębnić coniektóre z nich i wyrazić swoje zdanie na ich temat.
    Zacznijmy od prostego pytania - czym jest Matrix? Filmowy Matrix to symulacja komputerowa, która kontroluje odczuwanie zmysłów w mózgu i sprawia wrażenie, jakoby 'sen' który odbywa się w naszej głowie był prawdziwy. Stanowi system kontroli i ograniczania ludzi - z jego powodu nie mogą tak naprawdę decydować za siebie, po prostu nie są wolni.
    Ale czy potrzebna jest komputerowa symulacja do tego, by stworzyć taki ograniczający 'Matrix'? Moim skromnym zdaniem nie.
    Wszyscy nieustannie żyjemy w takim Matrixie i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Na nasze życia nałożone są tysiące ograniczeń, które sprawiają iż pomimo że nie ma żadnego systemu komputerowego w naszej głowie, to nie jesteśmy wolni. Nie oszukujmy się, nie wolno nam robić wszystkiego.
    Poza naturalnymi prawami fizyki, ogranicza nas po prostu państwo, w którym żyjemy. Tak moi drodzy, Rzeczpospolita Polska jest Matrixem, który trzyma nas w szyku i ogranicza naszą wolność.
    Oczywiście RP nie jest jedynym środkiem regulacji, jaki jest na tym świecie - każdy moloch administracyjno-terytorialny jakim jest państwo wprowadza takie ograniczenia, z tą tylko różnicą że niektóre robią to bardziej od innych.
    W jaki sposób państwo ogranicza naszą wolność? Poprzez rozmaite przepisy, prawa, konstytucje. Niektóre są oczywiście logiczne i potrzebne do jego sprawnego funkcjonowania, inne są daremne i bezsensowne. Nie muszę się zastanawiać nad ich sensem i potrzebą istnienia, wystarczy mi świadomość, że dopóki one są, to nigdy nie będę w pełni wolny. Nie jesteśmy w pełni wolni w żadnym miejscu, w którym ktoś inny od nas ustala reguły i oczekuje ich przestrzegania.
    Ograniczają nas także nasze zmysły - nie mamy wpływu na to, w jaki sposób nasz mózg zinterpretuje jakiś sygnał. Świat tak naprawdę nie jest wcale kolorowy - to nasz mózg przyporządkowuje różne 'barwy' różnym długościom fali, których tak w ogóle nie jesteśmy w stanie wszystkich dostrzec. Różne organizmy w róznym stopniu mają zaawansowane swoje zmysły. Słyszymy ograniczony zakres częstotliwości dźwięku - są zaś zwierzęta, które ten dźwięk słyszą w większym zakresie.
    Nasze zmysły to zarazem nasze oczy na otaczającą nas rzeczywistość i klapki, które nam tą rzeczywistość przysłaniają. Niejednokrotnie zapominamy o tym że na świecie jest więcej rzeczy, niż tylko jesteśmy w stanie dostrzec i to w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jesteśmy skąpani w promieniowaniu kosmicznym, o którego istnieniu większość ludzi zwyczajnie nie wie. Przykładów na takie 'przeoczenia' percepcji człowieka możnaby wyliczać w nieskończoność.
    Zatem nasuwa się podobne pytanie, jakie zadał Morfeusz w pierwszej części 'Matrixa':
    Jak zdefiniować 'rzeczywiste'? Co decyduje o tym, że dana rzecz bądź istota istnieje, czy też nie? Czy to, że czegoś nie dostrzegamy oznacza automatycznie że tego nie ma? A może z kolei jeśli wydaje nam się, że coś widzimy to stanowi to jednoznaczny dowód istnienia tej rzeczy?
    Są to pytania bez jednoznacznej odpowiedzi. Nigdy jej nie poznamy w pełni, dopóki będziemy skuci w okowy śmiertelności i niedoskonałości. Nigdy nie będziemy w stanie dostrzec i zbadać wszystko.
    Dyskusji o większej liczbie wymiarów niż wskazują na to nasze zmysły nie będę nawet zaczynać. Wielu z Was i tak słyszało historyjkę o dwuwymiarowych ludzikach, niezdolnych dostrzec trzeciego wymiaru jakiejkolwiek rzeczy. Może zatem istnieć kilkadziesiąt wymiarów więcej niż 3 (4 jeśli liczyć czas), a my nigdy się o tym nawet nie dowiemy.
    Ale my tu gadu-gadu, a kwestia poruszona w tytule wpisu nie została jeszcze poruszona.
    Jaki byłby Wasz wybór? Niebieska czy czerwona pigułka? Czy chcielibyście kosztem rezygnacji z dotychczasowego życia przekonać się, co rzeczywistość oferuje ponad to, co widzieliście do tej pory? Czy filmowy Matrix był naprawdę czymś złym? W końcu widzieliście, jak wyglądała nasza ukochana planeta. 'Wolność' nie oferowała zbyt szerokich perspektyw - a w zasadzie gwarantowała obniżenie standardu życia. Oczywiście można spierać się o to, czy leżenie w bezruchu w specjalnej komorze przez całe życie oznacza luksusowe warunki, ale prawda jest taka, że dopóki nie jest się tego świadomym to ta kwestia nie stanowi problemu. Nie jest absolutnie niemożliwym, abyśmy my w tej chwili spoczywali w takiej komorze, nie zdając sobie z tego sprawy. Chcielibyśmy o tym wiedzieć?
    Ja osobiście wolałbym jednak zostać podłączonym do tego nieszczęsnego Matrixa. Rzeczywistość jaką postrzegamy i tak jest ograniczona przez nasze zmysły i percepcję. To jest wybór pomiędzy dwoma rodzajami niewoli i w związku z tym ja zdecydowałbym się wybrać tą przyjemniejszą.
    Wybieram niebieską pigułkę. A Wy?
  18. Lord Nargogh
    Kto mnie zna choć trochę, wie że irytuje mnie naprawdę dużo rzeczy. A pośród nich jedno z czołowych miejsc zajmuje zjawisko które lubię określać mianem 'nielogiczności'.
    Odnosi się ono do zjawisk, urządzeń, zachowań i tak dalej, których istnienia nie da się logicznie i racjonalnie uzasadnić.
    Do dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie banalna sytuacja z którą każdy z Was miał do czynienia nieraz. Stałem sobie na przejściu dla pieszych obwieszony zakupami, czekając na zielone światło sygnalizujące możliwość przejścia na drugą stronę ulicy. I czekałem tak sobie dobre piętnaście minut, kiedy kolejna z rzędu kolejka samochodów nie przemknęła mi przed nosem i w mej głowie nie zrodził się oczywisty wniosek: przycisk zielonego światła dla pieszych 'na żądanie' jest zepsuty i nie przyjmuje do wiadomości mojego wywierania siły na jego powierzchnię koniuszkiem palca.
    Ciężko wzdychając przekroczyłem ulicę na czerwonym świetle.
    Nie zadawałem sobie pytania, ile czasu minie zanim zostanie naprawiony, bo doskonale wiedziałem ile to zajmie. Kilka lat (na drodze z Poznania do Gorzowa jaką jadę z uczelni do domu jest przejazd kolejowy, na którym kołatka była uszkodzona przez ponad cztery lata. Przejazd znajdował się w piekielnie słabo widocznym miejscu - z dwóch stron zakręty i szeregi drzew skutecznie utrudniały określenie, czy pociąg jedzie dla odległości większej niż 10 metrów).
    Zadałem sobie za to pytanie: dlaczego do jasnej ciasnej ten przycisk w ogóle tam istnieje?
    Teraz małe uszczegółowienie sytuacji. Jest to bardzo ruchliwe skrzyżowanie dwóch często i gęsto uczęszczanych dróg. Samochody muszą zatrzymywać się na czerwonym świetle w regularnym cyklu. Naciśnięcie przycisku na przejściu dla pieszych nie wpływa na ten cykl w żaden sposób - samochody i tak będą musiały się w końcu zatrzymać, gdy przyjdzie kolej na ruch na drugiej ulicy. Światła też nie zmienią się szybciej dzięki wciskaniu w przycisk. Jedyne co zmienia fakt naciśnięcia tego nieszczęsnego guzika, to fakt czy piesi będą mogli przekroczyć jezdnię w czasie postoju samochodów, czy nie.
    Jest to urządzenie całkowicie bezsensownie i nielogicznie umiejscowione w tym miejscu. Powoduje zwiększenie zagrożenia dla pieszych - właśnie w takich sytuacjach, z jaką ja miałem do czynienia. Wkroczyłem na jezdnię na czerwonym świetle dla pieszych i zablokowałem drogę dla samochodów, które skręcały w lewo i których sygnalizatora nie miałem szansy zauważyć ze względu na jego umiejscowienie. Nie miałem innego sposobu na przekroczenie jezdni, jak czekać aż na głównych światłach pojawi się czerwony kolor, a samochody się zatrzymają. Tego problemu by nie było, gdyby na przejściu dla pieszych po prostu zaświeciło się zielone światło bez konieczności jego 'zażądania'.
    Kolejna sprawa - spróbuj nacisnąć guzik pół sekundy za późno - będziesz musiał przeczekać cały cykl i zaznasz zielonego światła dopiero za kilka minut.
    Takich bezsensownych skrzyżowań z przejściem dla pieszych 'na żądanie' znam bez liku. W zasadzie na palcach jednej ręki byłbym w stanie wymienić miejsca, gdzie taki przycisk został zamontowany sensownie.
    A gdzie można montować takie urządzenia z sensem? Na zjazdach ze skrzyżowania, na długich, prostych drogach gdzie samochody nie miałyby powodu żeby się zatrzymywać bez czerwonego światła i/lub pieszego na drodze.
    Nie na chędożonych skrzyżowaniach, gdzie i tak regularnie muszą się zatrzymywać!
  19. Lord Nargogh
    Witam państwa! W dzisiejszym nielogicznościowym wpisie postaram się zaprezentować przykład na to, dlaczego czasem 'ekologiczne' (cudzysłów zastosowany celowo) postępowanie potrafi być szkodliwe dla środowiska i ludzkości.
    Świetlówki. Lampy fluorescencyjne. Lampy wyładowcze. Znamy je wszyscy, używamy ich nieraz dość chętnie. W zasadzie zgodnie z unijnym prawem nie wolno już produkować ani sprowadzać tradycyjnych żarówek, więc wyboru na dobrą sprawę i tak nie mamy.

    Unia i ekolodzy stosują wytłumaczenie, że świetlówki zużywają dużo mniej energii i tym samym przyczyniają się do ochrony środowiska. Jest to niewątpliwie prawda, ale takie podejście jest wprost nasączone krótkowzrocznością i ignorancją.
    Zużycie energii to tylko jeden z wielu aspektów wśród wad i zalet rozmaitych źródeł światła. Teraz wyjaśnię punkt po punkcie czego 'ekopropaganda' nie wspomina i skwapliwie pomija przy porównywaniu świetlówek i żarówek.
    Po pierwsze różnice w widmie elektromagnetycznym emitowanego przez te dwa źródła światła. Wyjaśnienie: każda fala elektromagnetyczna ma określoną długość fali. Światło które obserwujemy na codzień jest zbiorem różnych fal o różnych długościach. Słońce i tradycyjne żarówki emitują widmo ciągłe (oczywiście o innym zakresie), które po przejściu przez siatkę dyfrakcyjną będzie wyglądać następująco (niedokładnie tak, ale idea jest ta sama - płynne przejścia pomiędzy barwami):

    Widmo emitowane przez świetlówki jest pasmowe i zawiera tylko kilka pojedynczych długości fali, które zostały 'dobrane' tak, by oszukać nasz mózg, że ma do czynienia ze światłem białym. Przykład widma pasmowego:

    Tego typu światło jest dla naszego organizmu nienaturalne i na dobrą sprawę szkodliwe. W końcu nasz gatunek ewoluował skąpany w promieniach słońca o widmie ciągłym.
    Zanim przejdę do kolejnego punktu, chciałbym zaprezentować prosty eksperyment który może wykonać każde z Was, aby przekonać się że mówię prawdę. Potrzebujemy tylko płyty cd/dvd i lampek z tradycyjną żarówką i świetlówką. Zasłaniamy okna i gasimy światło w pokoju. Następnie włączamy kolejno obie lampy przykładamy płytę do nich, obracając nią w taki sposób, by ujrzeć kolorową 'tęczę'. W przypadku tradycyjnej żarówki (lub promieni słonecznych) uzyskamy piękną, wielobarwną tęczę o niemożliwych do określenia miejscach gdzie kończy się jeden kolor, a zaczyna drugi, zaś w przypadku świetlówki - zobaczymy tylko kilka kolorowych pasków.
    Kolejna wada świetlówek - ich... toksyczny skład. Tak, moi drodzy (i moje drogie) - świetlówki w swoim składzie mają rtęć - tą samą rtęć, której szkodliwość spowodowała delegalizację produkcji rtęciowych termometrów w Polsce. Widzicie tu pewną ironię? Zabraniamy produkcji termometrów ze rtęcią, bo gdybyśmy je stłukli to uwalniamy toksyczną substancję, jednocześnie zabraniamy produkcji żarówek żeby zmusić ludzi do kupna świetlówek, które po stłuczeniu - uwalniają rtęć!
    Ekolodzy muszą być świadomi tego faktu, bowiem świetlówek NIE WOLNO wyrzucać do śmietników i należy je segregować. A ile osób to robi? I gdzie w ogóle MOŻNA je zbierać? Tam, gdzie ja mieszkam nie ma służących do tego zbiorników.
    Jako zaletę świetlówek podaje się ich trwałość - w końcu skoro nie ma drucika, to nie ma się co przepalić, prawda? Niestety jest to również sprawa dyskusyjna. Tego typu lampy szybko się eksploatują podczas częstego zapalania i gaszenia, co powoduje że świetlówki także musimy wymieniać.
    Mówiłem już o szkodliwości odmiennego widma świetlówek dla ludzkich oczu, dopowiem teraz o kolejnym aspekcie ich szkodliwości - tętniące, 'migoczące' światło świetlówek powoduje szybsze zmęczenie ludzkich oczu. Dodatkowo emitowane przez nie promieniowanie ultrafioletowe powoduje degradację siatkówki.
    Reasumując - świetlówki nie są tak dobrym rozwiązaniem, jak próbuje nam się to wmówić. Musimy pamiętać że większość unijnych regulacji powstaje nie na skutek logiki czy racjonalnych faktów, a pod wpływem interesów określonej grupy lub narodu (jak na przykład regulacje odnośnie bananów, tak by ograniczyć ich import jedynie do krajów będących koloniami francuskimi). Mniejsze zużycie energii jest oczywiście istotną zaletą, ale równie dobrze można zastosować bardziej ekologiczne i ekonomiczne źródła energii - takie jak elektrownie jądrowe - którym Unia także jest nieprzychylna (ale to związane jest z naciskami lobby zajmującego się produkcją energii z elektrowni słonecznych, o której wadach napiszę jeszcze kiedy indziej) .
  20. Lord Nargogh
    Oglądam sobie wesoło tvn24, trochę poirytowany monotematycznością audycji (ja rozumiem - zamach to wielka tragedia, ale nie znaczy to też, że na świecie przestało się dziać cokolwiek innego), gdy nagle dociera do mnie ciekawa uwaga prowadzącego program dziennikarza.
    CYTAT
    Już wiadomo, że mężczyzna podejrzany o zamach grał w jedną z brutalniejszych gier (...)
    Pomyślałem sobie - 'znowu to samo'. Tym niemniej jeszcze można doszukiwać się jakiegoś związku w brutalnym zachowaniu i graniu w szczególnie brutalne tytuły, jak 'Manhunt' - co nie zmienia faktu, że osoby na tyle chore na umyśle, by zabijać innych ludzi, zrobiłyby dokładnie to samo nawet gdyby przemysł gier komputerowych w ogóle nie istniał.
    Chwilę potem dowiedziałem się, o jaką dokładnie grę chodziło (z bloga Abyssa, którego pozdrawiam).
    Uwaga, uwaga! Jedną z brutalniejszych gier, jakie istnieją, jest....




    Youtube Video -> Oryginalne wideo


    WORLD OF WARCRAFT

    Normalnie szok i panika. Gra o tak niewyobrażalnych pokładach przemocy, że doprowadziła mnie do wymiotów po obejrzeniu intra.
    Nie będę się nawet rozpisywać na ten temat. Powiem tylko, że WoW ma cukierkową grafikę i oznaczenie PEGI 12+. Dodam także, że ekipie tvn24 chciało się szukać po całej Norwegii ludzi, którzy mieli ciotecznych braci stryjecznej siostry, którzy mieszkali w Oslo w czasie tragedii. Szukali rozmaitych specjalistów i profesorów z uczelni z całej polski. Zlikwidowali praktycznie całą ramówkę, by cały dzień za przeproszeniem pierdolić na okrągło o zamachu.
    Ale nikomu nie chciało się wpisać w google 'World of Warcraft'.
    To jest doskonały dowód na poziom i rzetelność polskiego dziennikarstwa. Żywienie się na ludzkiej tragedii, szukanie taniej sensacji, chwytanie się tanich plotek i kaczek dziennikarskich, by zdobyć uwagę. I kompletny brak zaangażowania by to, co się na antenie wypowiada, było całkowicie zgodne z prawdą.
  21. Lord Nargogh
    1. Czy mona oglądać pojedyncze jony? Jeżeli tak, to proszę opisać odpowiednie doświadczenie.
    2. W jaki sposób można wyznaczyć masę cząstki naładowanej w pułapce Paula?
    3. Promieniowanie ciała doskonale czarnego. W jaki sposób można wyznaczyć stałą Plancka?
    4. W jaki sposób można określić temperaturę ciała doskonale czarnego w próżni oraz energię wypromieniowaną w określonym przedziale długości fal?
    5. Kwantowanie energii promieniowania. Wytłumaczenie zjawiska fotoelektrycznego. - Opisać doświadczenie zjawiska fotoelektrycznego.
    6. W jaki sposób można określić energię wybitych z metalu fotoelektronów ?
    7. Jakie wnioski można wyciągnąć na podstawie pomiarów dokonywanych w doświadczeniu Comptona?
    8. Doświadczenie Comptona, jako test zasady zachowania pędu i zasady zachowania energii.
    9. Opisać doświadczenie Sterna i Gerlacha oraz omówić wnioski wynikające z obserwacji w tym doświadczeniu.
    10. W jakich urządzeniach i w jaki sposób wykorzystuje się efekt Sterna-Gerlacha?
    11. Jakie zjawisko odkrył Zeman? Proszę wytłumaczyć te obserwacje? ? omówic teorie
    12. Na czym polega teoria Lorentza dla normalnego zjawiska Zemana?
    13. Anomalne zjawisko Zeemana.
    14. W jaki sposób wylicza się wartość magnetonu Bohra?
    15. Obserwacje Balmera w atomie wodoru.
    16. Porównać doświadczenie Younga dla fali świetlnej z podobnym doświadczeniem dla cząstek materii. ? opisac i porównać
    17. Widma atomów mionowych. Jakie informacje o jądrze atomu otrzymuje się na ich podstawie?- wnioski dotyczące struktury atomów
    18. Serie widmowe w atomie wodoru. + jonów wodoropodobnych
    19. Opis doświadczenia Francka i Hertza oraz wnioski wynikające z analizy wyników tego doświadczenia
    20. Jaką wielkość fizyczną można określić z porównania stałych Rydberga dla atomu wodoru i deuteru
    21. W jaki sposób doświadczalnie można określić energię jonizacji atomu wodoru?
    22. W jaki sposób tworzone są równania Schroedingera dla atomu wodoru?
    23. Porównać schematy poziomów energii oraz widma atomu wodoru i pozytonium.
    24. Sprzężenie spin- orbita w atomie wodoru. Proszę podać opisy spektroskopowe kilku poziomów elektronowych w atomie wodoru.
    25. Sprzężenie spin-orbita w atomie wapnia. Jakie mogą istnieć konfiguracje i stany elektronowe? Jakie mogą być obserwowane przejścia elektromagnetyczne elektronów? ? takie jak było dla wodoru
    26. Sprzężenie spin-orbita w jonie baru. Jakie mogą istnieć konfiguracje i stany elektronowe? Jakie przejścia elektromagnetyczne elektronu mogą być obserwowane? ? takie jak było dla wodoru
    27. Jakie funkcje falowe mogą być rozwiązaniami równania Schroedingera dla atomu wodoru oraz jaka jest ich interpretacja fizyczna?
    28. Jakie są konsekwencje ruchu jądra w deuterze?
    29. Jakie informacje uzyskuje się na podstawie badania widm jonów wodoropodobnych?
    30. W jaki sposób określa się rozmiary atomu wodoru, a w jaki sposób rozmiary jego jądra?
    31. Jakie jest uzasadnienie na istnienie głównej liczby kwantowej n w atomie wodoru wynikające z rozwiązywania równania Schroedingera?
    32. Jakie jest uzasadnienie na istnienie orbitalnej liczby kwantowej l wynikające z rozwiązywania równania Schroedingera?
    33. Jakie jest uzasadnienie na istnienie magnetycznej liczby kwantowej m w atomie wodoru wynikające z rozwiązywania równania Schroedingera?
    34. Jakie są eksperymentalne dowody na istnienie magnetycznych liczb kwantowych?
    35. W jaki sposób można wyznaczyć wartość dipolowego momentu magnetycznego elektronu?
    36. W jakim doświadczeniu i w jaki sposób można wyznaczyć spinowy moment magnetyczny pojedynczych elektronów, względnie pozytonów?
    37. Jakie są relacje pomiędzy orbitalnym momentem pędu elektronu w atomie a indukcją magnetyczną wytwarzaną przez ten ruch?
    38. W jaki sposób zweryfikowano układ okresowy pierwiastków na podstawie badania widm rentgenowskich poszczególnych pierwiastków? ? W jaki sposób skonstruowano układ okresowy pierwiastków. Jakie są doświadczalne dowody jego poprawności?
    39. Co to jest konfiguracja elektronowa w atomie? Proszę podać i omówić możliwe stany dla dowolnie wybranej konfiguracji elektronowej?
    40. Odkrycia Moseley?a(charakterystyczne promieniowanie rentgenowskie) i ich znaczenie dla poznania struktury powłok elektronowych w atomie.
    41. W jaki sposób można wyznaczyć długość fali promieniowania rentgenowskiego, oraz w jaki sposób można wyznaczyć odległości pomiędzy atomami w krysztale?
    42. W jaki sposób i jakie informacje uzyskujemy z analizy widma rentgenowskiego. W jaki sposób przyczynia się to do poznania struktury powłok elektronowych w atomie?
    43. Jakich informacji dostarcza analiza widma rentgenowskiego K alpha?
    44. W jaki sposób udowodniono istnienie ciśnienia promieniowania?
    45. Elektronowy rezonans spinowy. Aparatura i zasady jej działania oraz jej znaczenie w badaniach materii.
    46. Jądrowy rezonans magnetyczny. Aparatura i zasady jej działania oraz jej znaczenie w badaniach materii.
    47. W jakich urządzeniach wykorzystuje rozszczepienie nadsubtelne struktury subtelnej atomu?
    48. Opisać oddziaływanie nadsubtelne w atomie cezu. W jaki sposób jest ono wykorzystywane we wzorcach czasu?
    49. W jaki sposób można określić prawdopodobieństwo przenikania cząstki przez barierę potencjału o określonej szerokości i wysokości ?
    50. Jakie są relacje pomiędzy falą padającą, a odbitą od bariery potencjału o skończonej wysokości? (Jakie są relacje pomiędzy falami padającą oraz odbitą związanymi z cząstką napotykającą barierę potencjału o skończonej wysokości? ? takie było poprzednie)
    51. Jakie wartości energii może posiadać cząstka znajdująca w nieskończenie głębokiej studni potencjału?
    52. Jak zachowa się cząstka poruszająca się wzdłuż osi x, jeśli napotka barierę potencjału o nieskończonej wysokości?
    53. Jak zachowa się cząstka poruszająca się wzdłuż osi x, gdy napotka barierę potencjału o skończonej wysokości?
    54. Zachowanie się cząstki w studni potencjału o nieskończonej głębokości.
    55. Zachowanie się cząstki w studni potencjału o skończonej głębokości.
    56. W jaki sposób wyznacza się długości fal materii protonu, neutronu i elektronu oraz w jaki sposób można określić prędkości tych cząstek?
    57. W jaki sposób określa się rozmiary jąder atomowych, względnie obszar występowania sił jądrowych?
    58. W jaki sposób porównuje się masy pozytonu i elektronu?
    59. W jaki sposób można dokładnie określić masę cząstek naładowanych?
    60. W jaki sposób można określić prędkość liniową cząstki naładowanej?
    61. Moment kwadrupolowy jądra. W jakie eksperymenty udowadniają jego istnienie?
    62. W jaki sposób udowodniono istnienie spinowego momentu pędu elektronu?
    63. W jaki sposób określa się długość fali materii elektronu w doświadczeniu Davissona i Germera?
    64. W jaki sposób można obserwować efekt interferencji fal materii związanych z atomami helu?
    65. W jaki sposób można spowalniać atomy. Interferencja fal materii.
    66. Co zobaczymy, jeżeli świecące atomy sodu umieścimy w polu magnetycznym?
    67. W jaki sposób tworzy się równanie Schroedingera dla cząstki poruszającej w polu siły centralnej? - Ruch elektronu w polu siły centralnej i jakie są stąd wynikające cechy tego ruchu.
    68. Ruch cząstki w polu siły centralnej. Jakie są charakterystyczne cechy tego ruchu?
    69. Czy możemy dodawać momenty pędów elektronów w atomie, jeżeli tak, to jaki związek pomiędzy obserwacjami a modelem wektorowym atomu?
    70. Ograniczenia dokładności wzorców czasu i częstotliwości jako konsekwencja relacji nieokreśloności Heisenberga.
    71. W oparciu o jaki eksperyment próbuje się zbudować optyczny wzorzec częstotliwości? Jaka jest zasada działania takiego wzorca?
    72. Na jakich zasadach konstruuje się i na jakich zasadach działają atomowe wzorce czasu?
    73. W nowoczesnej aparaturze zegara atomowego na atomie cezu magnesy zostały zastąpione przez wiązki światła lasera. Proszę omówić zasady działania tych urządzeń oraz znaczenie dokonanych zmian.
    74. Co to jest ?fontanna atomowa? Jakie jest jej znacznie w metrologii?
  22. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy słońce zachodzi bardzo wcześnie i w związku z tym praktycznie codziennie wracam z zajęć do domu gdy jest już ciemno (skojarzenia z pewnym zespołem wysoce niewskazane). Widoczność na drogach w dużym stopniu zależy od oświetlenia stosowanego przez kierowców.

    Tak, to jest samochód, chociaż tego nie widać. Tak, w prawdziwym świecie zwykle wygląda to tak samo.
    ....
    ...bo jakiś idiota musi majstrować przy swoich światłach, zmieniając kąt ich nachylenia bądź kupując żarówki większej mocy! Czy ci 'inteligenci' nie rozumieją, że oślepiają wszystkich, którzy jadą przed nimi bądź naprzeciw nim? Jak jakiś pacan wali mi światłami po plecach to przynajmniej mogę środkowe lusterko zadrzeć do góry (muszę to robić CODZIENNIE), ale jak jedzie z naprzeciwka, to nie mogę zrobić NIC. Muszę jechać 'na czujkę', bo jego mocarne oświetlenie uniemożliwia określenie odległości jego auta od środka jezdni, a także czyni wszystkie znaki poziome niewidocznymi, czytaj - możesz przejechać po linii ciągłej/martwym polu i nawet tego nie zauważyć. Sytuacja jest o tyle kiepska, że w niskiej temperaturze szyby potrafią bardzo łatwo zaparować, a wówczas rozproszone na skroplonej parze światło czyni jezdnię całkowicie niewidoczną.
    Denerwowało mnie to już od dawna, ale zdecydowałem się o tym napisać dopiero teraz, bo wczoraj przeczytałem pewien artykuł w gazecie z którego wynika, że w Polsce nie sposób dostać mandat za coś takiego. Można sobie cały dzień jeździć na przeciwmgielnych (drugi przykład kretyństwa i bucostwa) a Policja nawet słowa na to nie powie. Oczywiście jest to zabronione, ale jakoś nikt nie przykłada do tego zbytniej wagi, a zmajstrowany kąt ustawienia świateł to już NAPRAWDĘ nikogo tam nie obchodzi. Dobrze przynajmniej że zwraca się uwagę na fakt czy kierowca ma uruchomione światła mijania (bo musi mieć) przez cały czas jazdy, niezależnie od pory dnia i roku.
    We wspomnianym wcześniej artykule autor zwrócił uwagę na to, że najczęściej takie numery odstawiają właściciele używanych samochodów sprowadzonych zza granicy w imię źle rozumianego wyróżniania się i zwrócenia uwagi na ich... międzynarodowość. I komu niby to ma zaimponować?
    Doprawdy żałosne.
    Druga sprawa - narzekanie na zwiększającą się ilość fotoradarów w Polsce. Że niby to służy tylko nabiciu portfela Policji, że to wcale nie zwiększa bezpieczeństwa, że do zmniejszenia liczby wypadków potrzebny jest remont dróg, a nie ograniczenia prędkości.
    Ostatnie kilka(naście) dni tragicznych warunków na drodze pokazały że to g.... prawda.
    Z powodu zaśnieżonych i śliskich dróg kierowcy jeździli średnio o 10 km/h wolniej niż zwykle. Przyczepnośc kół do jezdni była żałosna i bardzo łatwo było wpaść w poślizg. Po prostu trudniej wyobrazić sobie GORSZĄ jezdnię czy też warunki do jazdy. Zgodnie z teorią piratów drogowych (prędkość nie ma nic do rzeczy, liczy się jakość drogi) tragicznie powinna wzrosnąć ilość wypadków drogowych.
    A co się stało? Liczba wypadków znacznie zmalała.
    Po prostu wielu kierowców widząc tragiczne warunki na drodze poszło po rozum do głowy i zaczęło jeździć wolniej ('wolniej' zwykle znaczy 'prawie zgodnie z przepisami' - czyli i tak za szybko biorąc pod uwagę warunki).
    Wnioski nasuwają się same - jakość ulicy nie ma nic do rzeczy, kluczową sprawą jest prędkość jazdy, w całym kraju należy namontować fotoradarów w gęstości 1 fotoradar na 500 metrów drogi, a remont dróg odstawić na dalszy plan - fotoradary szybko zdobyłyby kwotę pieniędzy potrzebną na wykonanie prac remontowych.
    W ten właśnie prosty i genialny sposób rozwiązaliśmy problem jakości dróg i bezpieczeństwa na nich w Polsce.
    Ale taki plan nigdy nie dojdzie do skutku, bo w tym kraju jest zbyt wielu bezmózgich piratów drogowych, kompletnie nieświadomych istnienia pewnych praw fizyki, którym zawsze będzie się wydawało, że im wolno jeździć szybciej.
    Jeśliby zwiększyć ograniczenie prędkości w obszarze zabudowanym do 100 km/h, to i tak znalazłoby się mnóstwo idiotów łamiących ten przepis.
    Więc morał jest prosty - w tym kraju nigdy nie będzie dobrze.
    Można tylko marudzić - co właśnie czynię. Howgh!
×
×
  • Utwórz nowe...