Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Jakiś czas temu (w zasadzie to już dość długi czas temu) pisałem o zjawisku tunelowym. Wspominałem także, że znajduje on zastosowanie przy konstrukcji specjalnych mikroskopów. No i tak się akurat złożyło, że podczas szkoły letniej (a potem w czasie regularnych laboratoriów w czasie zajęć) miałem przyjemność pracować na takim mikroskopie.

    Na początek trochę absolutnych podstaw idei działania takiego mikroskopu. Na specjalnym skanerze wykonanym z piezoelektrycznego materiału umieszczamy próbkę, którą chcemy przebadać. Skaner ten pod wpływem przyłożonego napięcia zmienia swoje wymiary (odwrotne zjawisko piezoelektryczne - opowiem o tym kiedy indziej), czym powoduje ruch przymocowanej próbki. Bardzo precyzyjny ruch - z dokładnością do dziesiątych części nanometra (nanometr to 1/1 000 000 000 metra - jedna miliardowa). Nad skanerem i próbką znajduje się specjalne przewodzące ostrze - i to o takiej ostrości, że wszystkie fantastyczne miecze z gier komputerowych mogą się schować. To ostrze jest tak ostre, że już bardziej się nie da. Na jego końcu znajduje się pojedynczy atom. Pomiędzy ostrzem a próbką przykładamy pewne napięcie, na skutek czego pomiędzy nimi zaczynają tunelować elektrony. Intensywność tego tunelowania, czyli natężenie prądu tunelowego jest ściśle zależne od odległości ostrza od próbki - czyli im bliżej próbki jest ostrze, tym więcej elektronów tuneluje. My ten prąd rejestrujemy, obrabiamy i otrzymujemy w ten sposób obraz posiadający prawdziwą rozdzielczość atomową, czyli mówiąc po ludzku - widzimy pojedyncze atomy. Tak w zasadzie to jest pewne oszustwo, bo widzimy tylko superpozycje chmur elektronowych tych atomów, ale w bardzo wielu przypadkach pokrywa się to z rzeczywistą powierzchnią próbki. Problem może się pojawić, gdy znajdują się na niej jakieś syfy zmieniające przewodność, takie jak cząsteczki powietrza czy wody.
    Proces i budowa jest oczywiście dużo bardziej skomplikowana (powstały o tym grube książki), jednak nie sądzę żeby kogoś tutaj interesowały takie detale. Przejdźmy zatem do konkretów, czyli popatrzmy na atomy, które zarejestrował Lord:


    Tutaj widzimy tzw. zręby atomowe. Te grube linie na obrazku przedstawiają kolejne warstwy atomów węgla na powierzchni grafitu - pojedyncza taka warstwa to nic innego niż grafen, o którym pisano nawet w ostatnim numerze Cd-Action



    Nieco większe 'powiększenie'. Widać już pojedyncze atomy. Yay!



    Tutaj już wyraźnie widać atomy węgla. Zaznaczyłem nawet pojedynczą płaszczyznę komórki elementarnej heksagonalnej sieci krystalicznej grafitu. Tak w zasadzie to powinien być sześciokąt, ale mamy tu pewne problemy wynikające z nakładania się chmur elektronowych wynikające z przemieszczenia kolejnych grafenowych warstw wobec siebie.

    To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję że kogoś zaciekawiłem - następnym razem napiszę o statycznym AFMie (Atomic Force Microscope) i zamieszczę zdjęcia płyt i matryc CD oraz układu scalonego w potężnym powiększeniu.
    EDIT: Widzę że podziałka na ostatnim zdjęciu jest wyrażona w tzw. Angstremach, których wielkości nie musicie znać. Tłumaczę zatem: jeden Angstrem to 1/10 nanometra (czyli jedna dziesięciomiliardowa metra).
  2. Lord Nargogh
    Nadszedł czas bym napisał o czymś, co chodziło po mojej głowie od bardzo dawna i od równie długiego czasu mnie irytowało.
    Jest sobie taka grupa społeczna, 'ekolodzy'/'zieloni' czy jak inaczej ich tam nie nazwać. Są też 'ekoentuzjaści' i ogólnie ludzie, którzy chętnie promują ekologiczny sposób życia.

    Przedstawiciele pierwszej grupy zajmują sie strajkami i manifestacjami przeciwko budowom obwodnic, elektrowni jądrowych, wysokiemu zużyciu energii. Walczą o takie głupoty jak nakaz używania energooszczędnych świetlówek, które w istocie zużywają mniej prądu elektrycznego, ale zarazem są toksyczne i bardzo szkodliwe dla środowiska. Dla ludzkiego oka też nie są najlepsze.
    Przedstawiciele drugiej grupy od czasu do czasu wystąpią w telewizji i zachęcą innych do dbania o naszą planetę, ci mniej znani/wpływowi - po prostu będa segregować plastikowe butelki i wyłączać niepotrzebne urządzenia elektryczne, o oszczędzaniu wody nie wspominając.
    Grupa pierwsza reprezentuje lobby idiotów, grupa druga w gruncie rzeczy wykonuje kawał dobrej roboty, kompromitując się jednak swoją niewiedzą i ignorancją w niektórych dziedzinach życia. A mianowicie chodzi mi na przykład o dzisiejsze 'święto' - Wszystkich Świętych.
    W naszym kraju uroczystość ta obchodzona jest z takim... khem... rozmachem, że wzrasta do rozmiarów katastrofy ekologicznej.
    Ktoś zaraz pomyśli - 'no, teraz to totalnie mu odbiło - Wszystkich Świętych katastrofą ekologiczną? Co będzie następne? Szparagi propagujące nazizm?*' Pozwolę więc sobie pokrótce przedstawić mój tok myślenia:
    - Po pierwsze znicze. MILIONY chędożonych, płonących zniczy. Tony dwutlenku węgla (i nie tylko, plastikowe znicze potrafią się także podpalić i w procesie spalania uwolnić do powietrza jeszcze nieco innych świństw) wyemitowane do atmosfery przez kilka dni podczas których nawiedzane są cmentarze.
    - Po drugie znicze. MILIONY chędożonych, plastikowych i szklanych zniczy. Ponadto tony plastikowych kwiatów i wiązanek. Wszystkie zostaną wrzucone do zbiorczych śmietników znajdujących się na cmentarzach, a następnie rzucone na jakieś wysypisko śmieci, gdzie pozostaną jeszcze przez setki tysięcy lat.
    - Po trzecie setki tysięcy samochodów podróżujących po całym kraju i emitujących tony spalin do atmosfery. W dodatku wiele z nich zostanie rozbitych, podróżujący nimi ludzie zasilą kolejne miejsca na cmentarzu, a z samochodu zostanie kupa szkodliwych odpadów których też trzeba będzie się pozbyć.
    Mało? Myślę że bardzo dużo, jeśli wziąc pod uwagę skalę całego zjawiska. To nie są jakieś śmieszne ilości śmieci/spalin, to są TONY ODPADÓW i KŁĘBY DYMU.
    I teraz wyjaśnię, dlaczego swój wpis zapoczątkowałem narzekaniem na ekologów i ekoentuzjastów.
    BO TA BANDA IGNORANTÓW/HIPOKRYTÓW SIEDZI ABSOLUTNIE CICHO PODCZAS TRWANIA TEJ KATASTROFY EKOLOGICZNEJ, KTÓREJ SKALA W PRZECIĄGU DZIESIĄTEK LAT OŚMIESZA ZAGROŻENIE WYCIEKIEM Z REAKTORÓW JĄDROWYCH W NAWET DZIESIĘCIU ELEKTROWNIACH NARAZ.
    To tyle na dzisiaj, dziękuję. Miłego tłuczenia się w autobusach/samochodach celem zapalenia świeczki na kawałku kamienia. Niech trupom zrobi się ciepło.
    *- o tym porozmawiamy innym razem. Teraz nie mogę. Oni patrzą...
  3. Lord Nargogh
    DZIEŃ SIÓDMY (PIĄTEK 16-09-10)
    Długi, wyczerpujący dzień. Właśnie piszę ten tekst o godzinie 00:46, nie zaznawszy przerwy odpoczynku od momentu, w którym się obudziłem ? a była to godzina 8:00.
    Najpierw współlokatorzy nie dali mi pospać ? ja miałem być w laboratorium o 11:00, oni o 9:00. Więc wstali dużo wcześniej, niż ja miałem zamiar. Zanim skończyli hałasować, zdążyłem się już całkowicie obudzić, więc poszedłem do laboratorium na 10., solidnie przeklinając pod nosem.

    Na miejscu wszyscy pozostali sumiennie przygotowywali się do dzisiejszych prezentacji. Ja stawiam na absolutną improwizację, więc zwyczajnie się nudziłem. Zdążyliśmy jeszcze przekonać się, że udał nam się eksperyment z hologramami wykonanymi niebieskim laserem. Osiągnęliśmy zatem pełen sukces!
    Potem był lunch, a po nim prezentacje. Oprócz samej prezentacji w PowerPoincie nie przygotowałem nic, a mówiłem najpłynniej ze wszystkich zgromadzonych.
    Po prezentacjach udaliśmy się do hotelu celem zmiany ubrań i pozostawienia elektroniki ? na dzisiejsze popołudnie mieliśmy bowiem zaplanowane pływanie kajakami. Ja osobiście nigdy tego nie robiłem, podobnie pozostałe trzy osoby w czteroosobowym kajaku, którym płynęliśmy. Zabawa zatem jak zwykle była przednia, pozostali musieli po nas zawracać, bo zatoczyliśmy trzy koła po całym kanale, zanim udało nam się skręcić w prawo. Potem jednak szybko opanowaliśmy reguły wiosłowania i przegoniliśmy pozostałe grupy. Po dwóch godzinach galerniczego wysiłku, przybiliśmy do początkowej przystani i wróciliśmy do hotelu.
    Szybka kąpiel, a potem pożegnalna kolacja w muzeum. Czas znów zaczął się dłużyć, więc rąbnąłem marker z pobliskiej tablicy i zacząłem robić świńskie podpisy po polsku na butelkach z alkoholem, które były do naszej dyspozycji. Na butelce z wodą mineralną narysowałem muskularnego murzyna. Po wszystkim (około 20:00) zdecydowaliśmy się z Carmen na wieczorny spacerek. Wróciłem o godzinie podanej na początku wpisu ? warto przede wszystkim wspomnieć, że pofatygowaliśmy się do oddalonej o 2 km uczelni, by znów pobawić się na pajęczynie, tym razem w absolutnych ciemnościach.
    Tak się wyziębiłem, że chyba będę chory. Ale nic, było warto. Jutro ponownie wycieczka po Berlinie, a po niej powrót do domu.
    -----------------------------------------------------------------------
    Jest to ostatni tekst opisujący moje wrażenia ze szkoły letniej. W tygodniu polskim miałem bowiem jeszcze mniej czasu wolnego, niż w Niemczech, dlatego nie dopisałem ciągu dalszego. Nie wiem też czy miałoby to jakikolwiek sens, gdyż odniosłem wrażenie że ta seria nie cieszy się najmniejszym zainteresowaniem. Zawiesiłbym ją już wcześniej, ale tekst miałem już napisany, więc nie chciałem go zmarnować. Dzisiaj zamieszczam także ankietę by dowiedzieć się, co dokładnie sądzicie o tego typu wpisach.
  4. Lord Nargogh
    DZIEŃ SZÓSTY (CZWARTEK 15-09-10)
    Dzisiaj już nie mogłem sobie pozwolić na swobodne kręcenie się po całym kampusie ? musiałem coś zrobić. Spędziłem w związku z tym pierwsze 2 godziny sam w ciemnym laboratorium podejmując próbę powtórzenia wczorajszej procedury zakończonej niepowodzeniem. Tym razem też się nie udało, chociaż wniosłem mnóstwo poprawek, które profesor potem sam zalecił by wykonać ? mianowicie zmieniłem proporcje mocy obu promieni lasera z 1:1 na 3:1. Okazało się, że trzeba było ją zmieniać aż do 17:1, ale ponieważ go wczoraj nie było, nie mieliśmy się go jak spytać.
    Odrobiłem swoje i znowu udałem się do laboratorium z TEM, na lunch, na chwilę do swojego laboratorium i znowu do TEM.
    Po zajęciach mieliśmy zwiedzać jakąś starą odlewnię. Naprawdę nie miałem na to ochoty, wolałem raczej wyciągnąć dziewczyny na basen po raz kolejny. Niestety, ilość pieniędzy jaka im pozostała stawiła je przed wyborem: basen albo zakupy w wielgachnym sklepie z czekoladą. Oczywiście, chęć ujrzenia mojego muskularnego ciała po raz kolejny przegrała ze słodyczami -_-.
    Po powrocie do hostelu przygotowałem prezentację na jutrzejsze zaprezentowanie doświadczenia przed kadrą profesorską. Carmen przyszła do nas do pokoju robić swoją i zeszło nam na filozoficznych rozważaniach (bezustannie obecnych podczas każdej pracy naukowej) do 3 nad ranem.
    Dla zainteresowanych załączam do tekstu prezentację.
    prezentacja.zip
  5. Lord Nargogh
    Przed chwilą na stronie mojego wydziału opublikowano plan zajęć na najbliższy semestr.
    Bez wahania mogę przyznać, że jest to najpiękniejszy plan, jaki widziałem w życiu. Myślałem, że po drugim semestrze nic mnie już nie zaskoczy - a tu pyk! Niespodzianka! W nawiasie podam ilu lekcjom w szkole to się równa:
    Poniedziałek: 9:45-18:20 (10 lekcji)
    Wtorek: 8:00-20:00(!) (14 lekcji)
    Środa: 8:00-18:20 (12 lekcji)
    Czwartek: 8:00-14:30 (8 lekcji)
    Piątek: 9:45-15:00 (6 lekcji)
    Żyć nie umierać! Z ciekawości sprawdziłem też plan zajęć dla obecnego semestru drugiego i okazało się, że jest piękny, wygodny i lekki.
    Chyba ktoś nas nienawidzi na tym wydziale. -_-
  6. Lord Nargogh
    DZIEŃ PIĄTY (ŚRODA 14-09-10)
    Dzisiaj w laboratoriach nie zrobiłem absolutnie nic. Przez cały czas zajęć kręciłem się po całym kampusie i odwiedzałem znajomych przy innych doświadczeniach. Większość czasu przesiedziałem w laboratorium, w którym pracowała Carmen ? transmisyjny mikroskop elektronowy, obserwowali na nim zjawisko dyfrakcji na cienkich foliach złota. Chyba
    Myślałem, że skoro wczoraj tak dobrze nam poszło, to dadzą sobie w moim laboratorium radę beze mnie ? zwłaszcza, że większość roboty wczoraj odwaliłem ja. Myliłem się. Żaden eksperyment im nie wyszedł, płytki naświetlane zostały chemicznie zniszczone, a nieużywane ? nieumyślnie naświetlone światłem z lampy w laboratorium. Postanowiłem jutro wziąć bardziej aktywny udział w pracy mojej grupy.
    Dużo czasu spędziłem też na znajdującym się na terenie kampusu placu zabaw ? z taką wielgachną pajęczyną i innymi bajerami. Ponownie bawiliśmy się jak dzieci.
    Po zajęciach na dzisiaj zaplanowana była wycieczka do Berlina. Ponieważ naprawdę nie jestem zwiedzającym typem, nie było podczas niej nic ciekawego dla mnie. Nie napiszę o niej zatem nic więcej.
    Gonią mnie projekty ze studiów, a termin zaliczeń zbliża się nieubłaganie. Cały dzień został pod tym względem zmarnowany. Zmęczonym będąc udałem się spać po powrocie z wycieczki ? około godziny 23-24.
  7. Lord Nargogh
    Dzisiaj wyłamię się od publikowania relacji ze swojej szkoły letniej, bowiem przeczytałem dziś news, który natchnął mnie do ponarzekania na zjawisko, które irytuje mnie od dawna; mianowicie manipulowanie ludźmi za pomocą wyników sondaży.

    Gadu-gadu (czyli właściwie Onet) robi to za pomocą swoich newsów bezustannie.
    Na przykład: Zapytano Polaków o zdanie w sprawie czy powinno się zdelegalizować batony czekoladowe, które jak podejrzewają naukowcy mogą powodować niespodziewany wzrost potencji;
    za zdelegalizowaniem batoników opowiedziało się 25,7% respondentów;
    25,3% jest przeciwko delegalizacji;
    22% uważa, że batony powinny być refundowane przez NFZ;
    14% sądzi, że potrzebnych jest więcej badań naukowych;
    13% jest zdenerwowana faktem, że rząd zajmuje się tak błahymi sprawami.
    NOTORYCZNIE też zdarza się, że suma głosów daleko wykracza ponad 100%. Przypadek? Śmiem wątpić.
    Ale wracając do tematu. Jakie są wyniki sondażu, każdy widzi. Interesująca część zaczyna się w momencie, gdy ten niesławny onet czy jakakolwiek inna strona próbuje nam tej wyniki sprzedać i wmówić, że białe jest czarne. Nagłówek całego newsa (i jego wydźwięk) brzmi zazwyczaj na przykład: 'Polacy za zdelegalizowaniem batonów!' - a przecież jest to przysłowiowa [beeep] prawda.
    Zacznijmy od tego, że owszem - najwięcej procent uzbierała odpowiedź wypowiadająca się 'za' zdelegalizowaniem batonów. Ale tuż zaraz za nią znajduje się kolejna, o zupełnie przeciwnym wydźwięku! W dodatku gdyby dodać do siebie pozostałe wyniki, które w końcu jakby nie patrzeć NIE SĄ za delegalizacją - to otrzymamy, że 25,7% Polaków chce delegalizacji batonów, a 74,3% jest jej (przynajmniej na dzień dzisiejszy) przeciwna.
    Większość ludzi nie dostrzeże tej różnicy. Jest to paskudna i perfidna manipulacja, którą obserwuję w mediach coraz częściej.
    Morał z dzisiejszego wpisu jest więc prosty - nie dajcie sobą zmanipulować i sami analizujcie liczby, które się Wam podaje.
    PS: Do napisania dzisiejszego wpisu natchnął mnie
    TEN news. Nie podano nawet wszystkich wyników (suma głosów jest znacznie niższa niż 100%), ale z tych podanych można śmiało wyliczyć, żew 66,3% respondentów jest przeciwna wydaleniu Palikota z partii, a już co najmniej ich ta sprawa w ogóle nie obchodzi (więc nie mogą być zarazem ZA wydaleniem). Żadnego znaku zapytania, po prostu oznajmienie faktu, że Polacy są za wydaleniem Palikota. Czego sondaż sam w sobie jest zaprzeczeniem.
  8. Lord Nargogh
    DZIEŃ CZWARTY (WTOREK 14-09-10)
    Szybkie śniadanko i spacerek w czwórkę na uczelnię. Na miejscu kontynuowaliśmy doświadczenie z hologramami, tym razem był przed nami etap drugi ? stworzenie z takiej płytki prostej siatki dyfrakcyjnej. Wiązało się to z wyjęciem płytek z lodówki, by się ogrzały i zostawieniem ich na dwie godziny ? mieliśmy zatem mnóstwo wolnego czasu do poszwendania się po okolicy. Zjedliśmy lunch, pogadaliśmy z naszym Niemcem i wróciliśmy do laboratorium kontynuować doświadczenie. Kolejnym etapem było przygotowanie chemikaliów do obrabiania naświetlonej płytki, a także przebywanie jednej osoby przez pół godziny w ciemnym, zamkniętym laboratorium celem ustalenia równowagi termicznej w pomieszczeniu. Tą osobą byłem oczywiście ja. Po tym jak minęło dość czasu, przystąpiłem do procesu naświetlania płytek. Po wszystkim rozpuściłem wydzielone przez Niemca chemikalia w wodzie i przystąpiłem do obróbki płytek ? tak, oczywiście wszystko na mojej głowie. Było to męczące, niebezpieczne i czasochłonne. Po około godzinie roboty mieliśmy gotowe trzy płytki ? jedna nie nadawała się do niczego, bo chwytaki chemiczne zdarły z niej żel, na którym wypalone zostały szczeliny ? dlatego kolejne płytki po prostu trzymałem w dłoni chronionej rękawicą ochronną i tak nią taplałem w chemikaliach. Po zapaleniu światła (oczywiście należało wszystko robić po ciemku) okazało się, że cała podłoga pod moimi nogami jest pokryta jednym ze środków chemicznych ? niezmywalnym fioletowym. Akurat moje ubranie na szczęście było czyste (nie mieliśmy fartuchów). Profesor już sobie poszedł, więc po tym jak płytki wyschły, przystąpiłem do ich wypróbowania. Sprawdziłem je przy świetle białym i laserowym ? działały znakomicie. Profesor główno prowadzący wymianę (nazwałem go chyba Helmut) akurat przechodził obok i był pod wrażeniem, że udało nam odnieść się sukces już za pierwszym razem. Nasz opiekun mówił nam, że poprzedniej, pięcioosobowej grupie Niemców nie udało się tego zrobić. Zadowolony z siebie położyłem płytki na kartkach papieru nie tą stroną co trzeba, niszcząc totalnie żel na nich się znajdujący.
    Działały nadal, ale wyglądały paskudnie i dawały paskudną dyfrakcję.
    Prosto po laboratoriach udaliśmy się znowu na basen . Zdecydowaliśmy się tym razem wybrać wariant ?prawie full-wypas? (bez sauny) za 4,40 euro. Problem pojawił się w chwili, w której okazało się że tym razem nie ma z nami Lorda Protektora. My nie znamy niemieckiego ani trochę. Poczytałem tablicę z opisanymi wariantami, pogłówkowałem nieco i skleiłem w głowie kilka zdań po niemiecku. Pani przy kasie jakimś cudem mnie zrozumiała i sprzedała nam prawidłowe bilety. Rozpoczęła się szampańska zabawa.
    Zjeżdżalnie, bicze wodne, rwące strumienie, podtapianie, zabawa w rekiny ? słowem nic ciekawego. Przynajmniej dla Was.
    Wróciliśmy do domu i znowu obejrzeliśmy jakieś filmy. Ja nie wiem gdzie oni wepchnęli te wszystkie płytki dvd.
  9. Lord Nargogh
    Miało być codziennie, ale po prostu nie wyrabiam. Dwa ostatnie dni z rzędu wracałem wyczerpany w środku nocy (w sumie niemal o świcie) i jedyne co było w mojej głowie, to złapanie jak największej liczby godzin snu. W związku z tym nie notuję też aktualnych wydarzeń, ale póki co zostało mi jeszcze kilka dni już napisanych:
    DZIEŃ TRZECI (PONIEDZIAŁEK 13-09-10)
    Pierwszy dzień pracy w laboratorium. Czekało nas kolejne darmowe śniadanko, tym razem na uniwersytecie. Dobre wieści ? obiady będą za darmo (za cały wyjazd nic nie płaciliśmy, mieliśmy tylko zapewnić sobie wyżywienie).
    Po nieudanej próbie kradzieży wielkiego słoika z Nutellą i zakończonym posiłku, udaliśmy się do Sali wykładowej, w której usłyszeliśmy conieco o czekających nas doświadczeniach. W zasadzie to w ogóle nie słuchałem, bo byłem zajęty bazgraniem po zeszytach, które chwilę wcześniej dostaliśmy za darmo (podobnie jak koszulki). Koleżanka, której obiecałem że będę z nią w grupie (jak się okazało, druga też chciała być ze mną, ale nie zdążyła ? ach, ta moja popularność) zaproponowała, żebyśmy wybrali Hologramy. No to wybraliśmy hologramy, jak tylko było możliwe zapisanie się na liście. Co prawda napisałem, że nie słuchałem gdy mówiono o doświadczeniach, jednak udało mi się usłyszeć, że do wyboru będzie tzw. histereza ? nawet nie pytajcie co to, zaufajcie mi, że jest po prostu niewiarygodnie nudne ? a w dodatku profesor, który miał to prowadzić nie szprejał po angielsku. Więc w zasadzie stoczyła się przy tej liście bitwa, która zakończyła się przegraną jednego z kolegów, któremu przypadła przyjemność wykonywania doświadczenia z histerezą. Wyraził swój entuzjazm za pomocą słów takich jak ?[beeep]? i ?ja [beeep]?.
    Udaliśmy się z profesorkiem do Sali wykładowej, gdzie opowiedział nam pokrótce o procesie powstawania hologramów. Chwilę później nastąpiła przerwa obiadowa, na której zjadłem gotowaną pierś z warzywami i ryżem bez ryżu (dbam o linię), po czym udałem się z koleżanką do tutejszego laboratorium optycznego.
    Po prostu tona niesamowitego sprzętu, mnóstwo laserów i nie tylko, w tym także takich, których można używać do cięcia blachy, na przykład pulsacyjny laser rubinowy.
    My pracowaliśmy nad układem do wytwarzania hologramów (parę zwierciadeł, obiektywów, obrotowy kryształ dwójłomny, czerwony laser i parę zasłon). Należało to ustawić taki sposób, by poszerzona i rozszczepiona na dwa promienie wiązka lasera skupiała się w miejscu ramki, w którą wkładać mieliśmy specjalne płytki holograficzne do naświetlania. Proces był żmudny i zajął nam dużo czasu, bowiem musieliśmy uzyskać dokładnie taki sam promień obu wiązek, ich drogi optyczne musiały być zbliżone, a moc identyczna, udało nam się jednak odnieść sukces. Udaliśmy się do domu wcześniej niż pozostali.
    Po powrocie miałem chwilę czasu, zanim przyjdą inni, z którymi umówiłem się na zakupy w Lidlu. Zrobiłem parę pompek i brzuszków, przebrałem się i skończyłem akurat w momencie, w którym przyszli z powrotem. Poszliśmy na zakupy. Lidl oddalony był od naszego hotelu o około półtorej kilometra. Zdecydowałem się na zakup sześciopaku wody gazowanej, a także widząc rozmyślające nad jego kupnem koleżanki ? obiecałem im, że jeśli go kupią, pomogę im go zanieść. Wziąłem do tego dwie butelki Coca Coli light z cytryną (1,25l ? chyba oszaleli), dwie wypaśne czekolady milki oraz dwa wielkie, odtłuszczone serki homogenizowane.
    Powrót do domu boleśnie uświadczył mnie w przekonaniu, że moja hojna propozycja doniesienia sześciopaku była błędem. Nie chodziło o ciężar, a o uchwyt, który błyskawicznie zwinął się w rulonik i boleśnie wpijał mi się w dłoń. Mimo to jakoś doczołgałem się do domu, gdzie rozpakowałem zakupy, przebrałem się i udałem z paroma znajomymi na proponowane nam zajęcia sportowe.
    Na miejscu okazało się, że poza zabawkami dla dzieci i materacami to nie ma tam żadnego sprzętu sportowego, nie przeszkodziło nam to jednak w szampańskiej zabawie ? wziąłem ze składziku kilka małych, gumowych piłek i obrzuciłem nimi koleżankę Carmen.
    Inni poszli w moje ślady, nie skupili jednak swojego ataku tylko na biednej koleżance Carmen.
    Po ponad dwóch godzinach prawdziwego pola bitwy, którą można nazwać ?Odpłatą za drugą wojnę światową? (Niemiec był tylko jeden) padliśmy znużeni na podłogę. W międzyczasie zdążyłem już pokombinować z jednym z wielkich materacy i biegałem z nim na swoich plecach w roli osłony.
    Wyczerpani udaliśmy się do domu. Po drodze świeżo poznany Niemiec zaproponował nam zaprowadzenie nas do podobno fajnego pubu. Poszliśmy, ale było w nim strasznie drogo, więc nie siedzieliśmy tam zbyt długo.
    Po powrocie kolejny film ? tym razem Jaja w Tropikach. I poszliśmy lulu.
  10. Lord Nargogh
    DZIEŃ DRUGI (NIEDZIELA 12-09-10)
    Obudziłem się zły, obolały i niewyspany, co doprowadziło do wylądowania leżanki na ścianie. Moja frustracja wynikała także z głośnej muzyki, którą dało się słyszeć całą noc za oknem (pod nami jest klub), a także grupy głośno rozmawiających Niemców. W programie mieliśmy udać się na śniadanie do muzeum (wczoraj tam jedliśmy kolację), ale ja wyszedłem trochę wcześniej by oddać się przemyśleniom i rozejrzeć nieco po mieścinie. Szczegółów moich rozważań egzystencjonalno-filozoficznych zdradzał nie będę (kim zagram po powrocie? Barbem czy Nekromantą? Nie lada wybór?).

    Nadeszła pora śniadania. Na stole pojawiło się nieco bułek, bardzo mało kawy i wody (co będzie nam dokuczało zresztą przez resztę dnia, ale o tym później), pojawiły się także wczorajsze sałatki, pieczywo i warzywa. Ktoś przyniósł także nieco sera i wędlin (salami i szynka parmezańska) i tradycyjnie wurst. Tym razem gotowany. Tylko jeden z nas ośmielił się go zakosztować . Potem tą osobę łapały skurcze na basenie, obstawiam zatem porażenie układu nerwowego niemiecką parówką. Ale o basenie później.
    Po sutym śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie muzeum, w którym zjedliśmy już dwa posiłki. Ogólnie to oprócz samych eksponatów i opowieści przewodnika, to nic ciekawego (=D). Potem było zwiedzanie wież. Musieliśmy wejść na szczyt wieży w kształcie parówki (w Niemczech wszystko ma taki kształt). Nie było to proste, ale widok z góry wynagrodził nam wszelki trud ? wizyta na górze uświadomiła mnie, jak doskonałą pozycję dla snajpera stanowiła ta wieża.
    Następna była protestancka katedra. Ładnie na zewnątrz, ładnie w środku i nawet schody na wieżę były! Wyobraźcie sobie nasz entuzjazm, gdy dowiedzieliśmy się że mamy po raz kolejny wchodzić na cholernie wysoką wieżę. Tym razem jednak było tam ciasno, ciemno i pełno kurzu na wszystkich barierkach, na których musieliśmy się wspierać. Na szczycie czekała nas miła niespodzianka ? nie było okien! Nawet najmniejszej szparki w ścianie; jedynym źródłem światła była na oko czterdziestowatowa żaróweczka.
    Kościół przez chwilę wypełnił się polskimi przekleństwami.
    Na dole dowiedzieliśmy się, że za pół godziny ma się odbyć koncert na organach, a jako że były one w tym kościele dość imponujące ? zdecydowaliśmy się poczekać. W końcu przyszedł pewien pan i usadził nas na krzesełkach w odległości mniej więcej metra od organów. Okazało się, że ma to być koncert połączony z opowiadaniem o grze na organach. Facet do ostatniej chwili nie połapał się, że nie znamy nawet słowa po niemiecku ? wystarczyło się uśmiechać i kiwać głową, nawet jak zadawał pytania. Swoją drogą ładnie wywijał na tych organach ? trzy klawiatury naraz. Potem udaliśmy się do domu, po drodze słysząc o okazji skorzystania z taniego i fajnego basenu. Decyzja zatem zapadła ? w parę osób zdecydowaliśmy się wybrać na basen około 16. Zjadłwszy zupkę chińską i wypiwszy hektolitry wody przegotowanej (sklepy w niedzielę nieczynne, a zapasy przywiezione z Polski wykorzystałem dawno temu), udałem się na miejsce zbiórki.
    Basen nie był tak blisko, jak się nam zdawało, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Zabawa była przednia, wypływałem się i wynurkowałem się za wszystkie czasy. Części z nas zrobiło się po pewnym czasie zimno i zostaliśmy w końcu w basenie tylko ja i koleżanka Carmen. Nam co prawda też było też chłodno, ale w końcu zapłaciliśmy za dwie godziny z góry i nie mogliśmy pozwolić by to się zmarnował! Większość czasu i tak wylegiwaliśmy się w wodzie i gadaliśmy. Reszta czekała na zewnątrz.
    Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i obejrzeliśmy kolejny film na dvd. Tym razem było to Starcie Tytanów.
  11. Lord Nargogh
    Przez ubiegły tydzień uczestniczyłem w pierwszej części szkoły letniej organizowanej dla najlepszych studentów przez moją uczelnię - a konkretnie tej części, która miała miejsce w Brandenburgu. Zapisywałem podczas tej szkoły swoje wrażenia i przeżycia z każdego dnia i - uwaga - mam zamiar się nimi z Wami podzielić. Przede mną jeszcze drugi tydzień szkoły letniej w Poznaniu, o którym także mam zamiar napisać. Codziennie będę publikował opis jednego dnia z tej szkoły- część brandenburską mam już napisaną w całości, z wyjątkiem dzisiejszego dnia (druga wycieczka do Berlina i powrót do Polski).
    Ale dość tego wstępu, przejdźmy do rzeczy:

    DZIEŃ PIERWSZY (SOBOTA 11-09-10)
    Dzień wyjazdu. Mieliśmy się zebrać pod KFC w hallu dworca głównego w Poznaniu. Ku mojemu zdziwieniu, pomimo faktu iż byłem ponad pół godziny przed czasem ? NIE BYŁEM TAM PIERWSZY. Takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz od dawna, a już na pewno pierwszy raz od rozpoczęcia studiów. Czekała na mnie już para znajomych plus nasza wspólna koleżanka. Czas szybko upłynął na żartach o ?robotach przymusowych? i ?obozach pracy?, do których mamy trafić po dojechaniu na miejsce. Wkrótce dołączył do nas nasz opiekun ? od tej pory będę go nazywać Lordem Protektorem ? a także reszta uczestników wyprawy.
    Udaliśmy się na pociąg. Był to międzynarodowy PKP Intercity z wagonami drugiej klasy? chociaż takiego luksusu (i porządku) w pociągu, to ja nigdy jeszcze nie widziałem. Niestety toalety były tylko troszkę mniej obleśne, niż w standardowym pociągu. Podczas trójgodzinnej podróży od czasu do czasu odwiedzał nas pan z wózkiem z jedzeniem ? czułem się w tamtych chwilach jak w jakimś Hogwart Expressie i miałem wrażenie że zaraz zaproponuje mi ?Fasolki wszystkich smaków? albo sok dyniowy. Większość czasu żartowaliśmy sobie z urody Niemek, a także z wyglądu polskich dworców na tle tych niemieckich. Dość często też komentowaliśmy zdarzenia widziane zza okna w czasie postoju ? na przykład jakiś pan stał z kartką i notował coś przed naszym pociągiem. Wniosek był prosty ? wlepiał nam mandat za przekroczenie prędkości, lub co gorsza za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej. Nieraz padło też stwierdzenie, że znajomy kolega (nazwijmy go Ghulem) pewnie podkradł szyny sprzed naszego pociągu i dlatego jesteśmy zmuszeni do zbyt długiego postoju na dworcu.
    W końcu dotarliśmy do Berlina i tam mieliśmy przesiąść się do jakiegoś międzymiastowego pociągu, by w końcu dojechać do Brandenburga. Oprócz rozmów polityczno-religijnych nie działo się w czasie tej podróży nic niezwykłego. Na miejscu profesor Hans (nie wiem jak się nazywał, więc nazywajmy go Hansem) zabrał nasze bagaże do swojego samochodu, a my udaliśmy się na piechotę do tak zwanego akademika.
    Na pierwszy rzut oka miejsce niespecjalnie różniło się od Polski. No może poza niemal całkowitym brakiem grafitti, niesłyszalnymi tramwajami, czystymi i równymi ulicami, (?) i tak dalej. Dotarliśmy w końcu na miejsce i zostaliśmy rozesłani do swoich pokojów. Mi się trafiła trójka z dwoma studentami pierwszego roku. Wchodzimy do pokoju i rozglądamy się. Akurat tak się złożyło, że to ja pierwszy zauważyłem, ze coś jest nie tak ? tylko dwa łoża. Jeden materac na leżance i łoże małżeńskie. Moi współlokatorzy połapali się chwilę później, po czym nastąpiła chwila konsternacji zakończona szturmem z bagażami do tej wolnej leżanki. Ostatecznie mi się udało dobiec pierwszemu. Wieczorem jeden z nich zdjął jeden z materacy z łóżka i położył się na ziemi, rano ja z kolei wywaliłem leżankę i od tamtej pory spałem (dużo wygodniej) na samym materacu na ziemi.
    Później była fundowana przez Niemców kolacja. Krwiste steki, wursty, sałatki ziemniaczane/makaronowe, pieczywo i warzywa. Plus papierowe talerzyki i plastikowe sztućce. Krojenie steka w takich warunkach było nie lada wyzwaniem, w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że zdrapałem całkowicie spód talerzyka i kroiłem po prostu po stole. Stek nadal się nie poddawał. Na stole leżało pełno piwa i napojów piwnych, kilka butelek wina i butelka wódki. Ja piłem tylko wodę (jestem abstynentem), dwójka znajomych tym razem zrezygnowała z alkoholu. Reszta raczyła się piwem i winami.
    Ponieważ my nie piliśmy , a ci spośród nas, którzy pili nie mieli zamiaru się upić, czas zaczął nam się dłużyć. Lord Protektor z Hansem i Helmutem (inny profesor którego imienia też nie znam) wypili kilkadziesiąt butelek piwa i butelkę wódki, także rozmowa kleiła im się doskonale. My zaś dla zabicia czasu zaczęliśmy układać origami z serwetek i znowu robić głupie żarty na rozmaite tematy.
    W końcu udaliśmy się z powrotem do hotelu. Na miejscu jakieś dziewczyny przyszły do naszego pokoju i obejrzały z nami film na dvd. Potem zmęczeni nadmiarem wrażeń, udaliśmy się na spoczynek.
    Tak upłynął dzień pierwszy szkoły letniej w Brandenburgu.
  12. Lord Nargogh
    Ależ jestem zadowolony! W końcu, po wielu latach udało mi się położyć łapki na kompletnym wydaniu Total Annihilation z oboma dodatkami (Battle Tactics+Core Contingency), a w dodatku za darmo!
    Warto też wspomnieć, że Core Contingency do niedawna był prawdziwym białym krukiem wśród gier. Żeby zdobyć go legalnie, trzeba było nieraz wyłożyć z 30-40 funtów brytyjskich, nie licząc kosztów wysyłki, które oznaczały dodatkowe 10 funtów. W Polsce nie dało się na żadnej aukcji/sklepie internetowym go zdobyć. Oba dodatki ponadto nigdy nie ukazały się w naszym kraju...

    ...ale ja w końcu je mam! Legalnie i za darmo! Mhaha! God bless gog.com i CDPROgram!
    Dobra, starczy już tego entuzjazmu, czas napisać conieco o samej grze.
    Albo nie, napiszę o niej kiedy indziej. Ależ jestem spontaniczny, prawda?
    Zamiast tego mam dla Was pewną propozycję - dołączcie do nas. Obejmijcie dowodzenie nad potężną, stalową armią dziś o 20:00 i stawcie czoła mnie i Rankinowi. Jak będzie nas wielu, to stworzymy interesujące sojusze, a zabawa będzie przednia! Zresztą - nawet w dwójkę bądź w trójkę można się w TA świetnie bawić. Więcej szczegółów o grze w sieci w TA znajdziecie TUTAJ
    Dziś wieczorem na pewno zagram ja i Rankin, Black Szadoł wstępnie wyraził zainteresowanie.
    Pozostaje tylko pytanie, czy starczy Wam odwagi, by stawić nam czoła?*
    *- just kidding, jesteśmy strasznymi nubami. Tym bardziej zabawa będzie przednia :3
  13. Lord Nargogh
    HARR! W istocie musicie być szczurami lądowymi, bowiem nie udało Wam się zatopić wszystkich okrętów. Tak w zasadzie, to udało Wam się to zatopić tylko trzy, z czego żaden nie był okrętem flagowym, niosącym na swoim pokładzie Admirała Nargoghobrodego.
    Nie dogadaliście się i strzelaliście po kilka razy w jedno miejsce. Można powiedzieć, że w miejscu tojtojów w chwili obecnej nie zostało nic więcej prócz ogromnego krateru ;]
    Zamieszczam mapę z naniesionymi 'szczałami'. Okręt w czerwonym kółku został zatopiony, w zielonym - uciekł z łupem, a w zielonym i żółtym - był mój.
    Do jutra, majtkowie! Na jutro mam pomysł na zabawę dla Nińdżuf!
    mapastatki.bmp
  14. Lord Nargogh
    Obiecałem dzisiaj wieczorem piracką zabawę i słowa dotrzymam!
    Punktualnie o 20. pojawi się tutaj pewien malunek przedstawiający pewne wybrzeże. Będzie na nim ukryta pewna piracka armada. W statku admiralskim będę oczywiście Ja - Kapitan Nargoghbrody. Wasze zadanie - zestrzelić Nargoghobrodego. Moja misja - zagrać takim szczurom lądowym jak Wy na nosie i spierniczyć z tym całym skarbem, który Wam ukradłem. Mapa będzie podzielona na kolumny i wiersze, każdy może oddać maksymalnie dwa strzały (np 4B). O północy dowiecie się, czy udało Wam się trafić w któryś ze statków mojej armady i ile procent skarbu udało Wam się mi odebrać!



    HARRR!
  15. Lord Nargogh
    HARRRRR! Odwieczny spór o primal awesomeness przybił do portu naszego forum.
    Po konsultacji z innymi moderatorami (ciekawe, czy nie zrobią mnie w konia i dołączą się do zabawy? ) uznaliśmy, że minęło już dość czasu, by ogłosić kolejny tematyczny tydzień na forum. Tym razem zachowywać się będziemy jak Piraci i Ninja (ew. Piraci-Ninja albo Ninja-Piraci).
    Udział w zabawie może wziąć każdy, umówmy się po prostu, że znakiem rozpoznawczym udziału w zabawie będzie zmiana avatara na ten tydzień. Mile widziane wpisy tematyczne na swoim blogu. Bardzo mile widziane wczuwanie się w rolę w pisaniu postów (np AARRRR, na brodę kroczową rudego bosmana, mam problem z Kol of Djuti!, a w przypadku Ninjy - pisanie postów z zaskoczenia).
    Mam już kilka pomysłów na wpisy, pierwszy powinienem odpalić już dzisiaj wieczoram. A, no i pamiętajcie, szczury lądowe, że możecie bawić się zarówno tylko i wyłącznie jako piraci, jak i tylko i wyłącznie jako ninje, ja sam jeszcze nie wiem co wybiorę, więc stay tuned do wieczornego wpisu.
  16. Lord Nargogh
    Jedna z moich najbardziej ukochanych gier evah.
    Pamiętam, jakby to działo się wczoraj - mój stary komputer, ciemny, kiepski monitor, a na nim - demko nietypowego RTSa. Tak, demko. Nie pamiętam kiedy ostatnio uruchomiłem jakieś demo, a w tamto zagrywałem się godzinami.
    Knights & Merchants to gra pod wieloma względami podobna do serii Settlers, a zarazem pod wieloma innymi od niej różna. Ja tutaj opowiem conieco o jej drugiej części (która zawiera swoją drogą kampanię z pierwszej) - The Peasants Rebellion.

    Jeśli chodzi o podobieństwa - to tutaj także mamy rozbudowę królestwa od podstaw i obrabianie rozmaitych surowców - drwale ścinają kłody, cieśle wycinają z nich deski. Rolnicy zbierają ziarno, młynarze je mielą, a piekarze - wypiekają z mąki pyszny chleb.


    Fragment małego, samowystarczalnego miasta. Specjalnie dla Was zaznaczyłem Spichrz, abyście w grze dostępne towary obejrzeć mogli.

    W przypadku zaś różnic - tutaj każdy mieszkaniec królestwa, czy to pomocnik, cieśla, kowal czy rycerz - każdy tak samo musi jeść. Robotnicy pożywiają się w gospodach, żołnierzom żywność dostarczają pomocnicy. Menu jest stosunkowo ubogie - chleby, wino, kiełbasy i ryby. Każdy z pokarmów posiada inną wartość odżywczą i w różnym stopniu nasyca robotników - najpożywniejsze są oczywiście te towary, które trudniej uzyskać, w kolejności: kiełbasy (trzeba wyhodować zboże, wykarmić nim świnie i zrobić kiełbasy z ich mięsa - zajmuje duużo czasu), chleb (trzeba wyhodować zboże, zmielić je na mąkę i upiec z niego chleb - zajmuje stosunkowo niewiele czasu), wino (trzeba wyhodować winogrona, zebrać je, ugnieść i zrobić z nich wino - zajmuje mało czasu) i ryby (trzeba tylko złapać rybę - zajmuje bardzo mało czasu, ale jest też nieszczególnie sycące). Żołnierze są na szczęście mniej wybredni i najadają się w równym stopniu rybą, jak i kiełbasą. Widać trudne, polowe warunki potrafią sprawić, że człowiek ceni jedzenie bardziej.
    Właśnie - żołnierze. Tutaj mamy ich dużo więcej, niż w starszych częściach Settlers. Do boju z naszym imieniem na ustach wyruszą Żołdacy, Topornicy, Miecznicy, Łucznicy, Kusznicy, Piechurzy z Lancami, Halabardnicy, Lekka i Ciężka Jazda. Każdy z nich posiada zalety i wady na zasadzie RPS*. W drugiej części dochodzą także cztery jednostki najemnicze, ale są one tak koszmarnie drogie, że nie będę o nich wspominał. Dochodzą także machiny oblężnicze.


    Dwie szkoły, spichrz, huta, warsztat płatnerski, kuźnia i gospoda

    Rozgrywka jest powolna, ale sprawia dużo radości. Dzieje się to za sprawą doskonale zanimowanych procesów wytwarzania towarów - widzimy jak każdy z robotników wypełnia swoją rolę. Obserwowanie, jak rzeźnik szatkuje mięso i 'naciąga' kiełbasy jest relaksujące, podobnie jak widok farmera na żniwach i piekarza uderzającego ciastem o blat. W prostej, ale ładnej graficzce urzeka mnie ogromna jej szczegółowość.
    Gdy nasze miasto zostanie samowystarczalne (rozumiem przez to, że będzie wytwarzać więcej żywności, niż zużywać i odbudowywać zapasy - właśnie, ta gra jest o tyle interesująca, że jeśli zaniedbamy gospodarkę to nasi ludzie będą umierać z głodu i przegramy wojnę bez stoczenia bitwy), zaczniemy w końcu na masową skalę produkować broń. Topory, Lance, Łuki, Miecze, Halabardy, Kusze. Pancerze skórzane i płytowe. Tarcze drewniane i stalowe. No, i oczywiście konie dla jazdy - z tym, że je również należy wyhodować, a nie 'wyprodukować'.
    Wyżej wymieniony ekwipunek wykorzystamy do wyszkolenia wspomnianych wcześniej żołnierzy. Każdy z wojaków wymaga innego zestawu ekwipunku - żołdak zadowoli się zwykłym toporem, ciężki konny wymaga natomiast konia, zbroi płytowej, miecza i tarczy stalowej.
    Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości surowców i wyszkoleniu odpowiedniej ilości rekrutów, przystąpimy do budowy armii. I tutaj ciekawostka - żołnierze podobnych kategorii wiążą się w oddziały. Nie ma tutaj możliwości 'rozciągnięcia' i objęcia myszką całej naszej armii - tutaj rozkazujemy pojedynczym oddziałom, którym narzucamy dowolną prostokątną formację (czytaj: decydujemy, czy ma być 3x1, 4x4 itp). Żołdacy, topornicy i miecznicy mogą być w tym samym oddziale, podobnie piechurzy z lancą i halabardnicy, łucznicy i kusznicy, lekka i ciężka jazda.


    Mój samotny zwiadowca dostrzegł właśnie armię przeciwnika. Chwilę później bohatersko poległ

    Mamy zatem armię porozkładaną w rozsądnych oddziałach, nadeszła więc pora ataku bądź obrony. I tutaj gra również zadziwia nas swoim stopniem złożenia; bitwy nie są bowiem banalne. Nie wystarczy zaznaczyć oddziałów i wskazać im celu - tutaj istotna bardzo jest taktyka. Łucznicy i kusznicy muszą być w odpowiedniej odległości by strzelać, muszą być także osłaniani przez inne jednostki. Najlepiej umieścić ich na wzniesieniu, doskonale się także broni na moście. Wszystko zależy od inwencji i taktyki gracza, a ma ona ogromne znaczenie - można niewielkimi siłami pokonywać ogromne armie, o ile dobrze się nimi dowodzi i zajmie nimi odpowiednie pozycje. Dość powiedzieć, że w kampanii nie ma misji, w której mielibyśmy przewagę militarną bądź gospodarczą nad komputerem; jest też kilka misji czysto taktycznych, w których nieraz musimy się zmierzyć z siłami czterokrotnie przewyższających nas pod każdym względem (liczebność i uzbrojenie - nasze skórznie przeciwko ich zbrojom płytowym). Ale da się wygrać, a zwycięstwo przyniesie nam nielichą satysfakcję.
    I tak to wszystko mniej więcej wygląda. Cóż mogę więcej dodać? Może tylko tyle, że muszę się oddalić, by popatrzeć jak świnie taplają się w błocie i ponarzekać na leniwych budowniczych, którzy znowu muszą wyżreć całą kiełbasę z gospody.
    Zatem, siostry i bracia - polecam Wam serdecznie tą grę. Można ją dostać w pełni upatchowanej wersji na witrynie gog.com za 5.99 $, albo 150 CDPunktów.
    *RPS - Rock Paper Scissors - oznacza to, że część jednostek sprawdza się lepiej przeciwko pozostałym. I tak piechur z lancą przegra w walce z topornikiem, ale bez problemu poradzi sobie z wojownikiem na koniu.
  17. Lord Nargogh
    Czyli o tym, co Lord robi w wolnych chwilach, żeby odprężyć się po całodniowej walce z końcowakacyjnymi trollami*.
    Nie ma to jak spacerek po wilgotnym lesie, pełnym ciężkiego, świeżego powietrza. Wyposażenie potrzebne do zbiorów jest nadzwyczaj skromne:
    - wiaderko/koszyk;
    - nożyk;
    - ubiór (długie spodnie, zakryte buty - kleszczom mówimy NIE!);
    - podstawowa wiedza o grzybach.

    Nieskromnie przyznam, że osobiście spełniam każdy z tych warunków przed udaniem się na zbiory. Ostatnimi czasy dużo w telewizji mówi się o zatruciach, kiedy domorośli grzybiarze zbierają niezwykle charakterystyczne i najbardziej trujące grzyby, po czym karmią nimi swoje dzieci. Pogratulować rozumu! W pewnym wydaniu programu informacyjnego, pokazano nawet owego niesławnego grzyba (muchomor sromotnikowy) z pyszną Kanią, z którą często jest mylony z powodu rzekomego podobieństwa. Problem w tym, że te dwa grzyby są do siebie podobne niczym albinos z białym człowiekiem - jak ktoś chociaż RAZ spojrzy na nie, to nie ma szans, żeby się pomylił. Poza tym jak ktoś nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera tych młodych, które jeszcze jakotako w istocie mogą być do siebie podobne. A jak ktoś NAPRAWDĘ nie czuje się pewnie, to niech nie zbiera ich w ogóle. Ja sam pomimo doskonałej znajomości wyglądu obu grzybów, czasem zostawiam pewne Kanie, które na skutek np. działania szkodników tracą elementy charakterystyczne (jak na przykład te brązowe plamki na kapeluszu) No, ale żeby nie pozostawać gołosłownym, poniżej zamieszczę dwie porównawcze focie:


    Niesławny Sromotnik



    Pyszne Kanie. Na tym zdjęciu młode, bo zwinięte - w pełni dojrzałe mają wielki, rozwarty kapelusz i są dużo większe od muchomorów

    Różnica jest w istocie dużo większa, niż na tych zdjęciach. Sromotnik ma zwykle mokry, połyskujący kapelusz, a Kanie ZAWSZE są matowe, nawet gdy się je zmoczy. Zresztą, jak już pisałem - nie jesteś pewny - nie zbieraj.
    Zacznijmy od tego, że nie powinno się NIGDY zbierać grzybów, których nie zidentyfikował nam kiedyś doświadczony grzybiarz na naszych własnych oczach. Tzn chodzi mi o to, żeby udać się na pierwsze grzybobranie z taką osobą i pokazywać jej wszystkie znalezione okazy. I tak przez kilka pierwszych razy, aż nabierzemy pewności. Wówczas - nie ma ryzyka śmiertelnego zatrucia.
    A propos śmiertelnego zatrucia, to wykluczyć je można i bez żadnej wiedzy na temat grzybów. Prosta zasada - nie zbierać grzybów blaszkowych - i już mamy gwarancję, że nawet jeśli zjemy niejadalnego grzyba - to nie umrzemy, najwyżej spędzimy duuuzo czasu w toalecie. Grzyby blaszkowe to wyższa szkoła jazdy, którą nie powinni się zajmować amatorzy.
    Poniżej przykład grzyba rurkowego, bez blaszek, który jest niejadalny - ale przy okazji tak gorzki, że potrawy z nawet kawałkiem jego kapelusza są całkowicie niejadalne. A nawet jakby ktoś zawziął się i je zjadł, to i tak śmierć mu w tym przypadku nie grozi. Chociaż na pewno konsekwencje będą niemiłe.


    Goryczak Żółciowy, zwany także Borowikiem Szatańskim. Charakterystyczny jest jasna, różowa gąbka pod kapeluszem. Można także polizać go na próbę - jest tak masakrycznie gorzki, że od razu będzie wiadomo, że to on.

    A co warto zbierać? Są dwa gatunki grzybów, które można stosunkowo łatwo rozpoznać i które występują dośc powszechnie w polskich lasach:


    Prawdziwek, Borowik. Doskonały, pyszny i aromatyczny.



    Podgrzybek. Piękno w prostocie.

    Oczywiście prawdziwek jest dużo szlachetniejszy od podgrzybka, co nie zmienia faktu, że ten drugi także jest pyszny.
    Wyżej wymienione grzyby rurkowe należy wysuszyć, przed wykorzystaniem ich w kuchni. W przeciwnym razie będą oślizgłe. Jeśli chodzi o Kanie, to przepis jest banalny: nieco jajka i bułki tartej/mąki. Nalezy je po prostu obsmażyć jak kotlety, po uprzednim doprawieniu pieprzem i solą. Ale jak pisałem - tylko gdy jesteście pewni swoich umiejętności.
    No to może tyle na dzisiaj - mam nadzieję, że podobał Wam się opis jednego z moich hobby... hobbych? W każdym razie zainteresowań.
    *- jakoś zawsze w tym okresie mamy wysyp, związany najprawdopodobniej z napięciem przedsemestrowym u nastolatków.
  18. Lord Nargogh
    Do dzisiejszego wpisu natchnęło mnie kilka rzeczy. Po pierwsze, własne wrażenia i obserwacje dokonane podczas grania na komputerze. Po drugie, niedawna krótka dyskusja na temat długości kampanii w SC II (ja byłem niezadowolony, że tylko 20 godzin). Po trzecie - jedno zdanie zawarte w recenzji Disciples III z czasopisma CD-Action.
    Ale wszystko po kolei, jak mam w zwyczaju pisać.

    Od dłuższego czasu jestem skrajnie niezadowolony po zakończeniu rozgrywki w najnowsze tytuły, których zresztą nie kupuję zbyt wiele. Po prostu odczuwam ogromny niedosyt po tym, jak widzę napisy końcowe po 2-4 dniach grania. Wszystkie gry komputerowe, jakie kupowałem na samym początku posiadania blaszaka nie były przeze mnie zwykle ukańczane z adnotacją 'zbyt długie, by to kiedykolwiek skończyć'. Po prostu spędzałem przy monitorze po kilka godzin dziennie przez parę tygodni, aż mi się nudziło, a tytuł dalej się nie kończył. Dopiero po latach, po podszlifowaniu umiejętności siadałem i rozgrywałem dany tytuł do końca.
    A dzisiaj? Kupuję jakiś rzekomy hicior za >100 zł, po czym 'obalam' go w jeden weekend, kiedy jestem w domu przy lepszym kompie. Jakby powiedział typowy obrońca krzyża: 'toż to hańba!' Pamiętam platformówki, które są dłuższe od większości dzisiejszych RTSów i RPGów. Pamiętam także akcję reklamową Cenegi, że lepiej kupić grę w Kolekcji Klasyki za 30 zł i mieć zagwarantowane setki godzin rozrywki, niż pójść do kina, czy na pizzę. Te czasy jednak się skończyły dawno temu.
    Kupiłem Risena - padł po 30 godzinach. Starcraft II - niecałe 20 godzin. Divinity 2: Ego Draconis - 35 godzin. Titan Quest+Dodatek - 20 godzin. Jakaś część Call of Duty - podobno 7 godzin.
    WHAT THE [beeep]?! Długość czasu spędzonego na ukończeniu gry zaczyna być porównywalna z długością przeczytania dobrej ksiązki, z tym że to drugie jest znacznie tańsze w porównaniu z grami. Jeszcze trochę, a godzina grania będzie kosztować zbliżone pieniądze do godziny przyjemności z ładną panią w burdelu. Przepraszam za lubieżne porównanie, ale jestem wkurzony.
    Do czego ten świat gier zmierza? Casualizacja, upraszczanie rozgrywki (najnowszy Heroes ma mieć tylko trzy surowce!), skracanie długości gry - i to wszystko za coraz większe pieniądze! Średnia wieku mojej kolekcji gier wzrasta, miast maleć, bo coraz bardziej skłaniam się do kupowania klasyków, nawet takich sprzed parunastu lat (patrz Total Annihilation).
    Nie upgrade'owałem komputera od wielu lat i nie zapowiada się, żebym kiedykolwiek to zrobił. Po prostu nie ma po co. Czy mężczyzna trenowałby klatę, gdyby trafił na samotną wyspę z samymi pasztetami? Nie sądzę. Dlatego ja również nie będę się rozwijał, by móc skorzystać z nowszych gier, skoro one rozwijają się do tyłu.
    PS: A propos tego zdania (nawet dwóch) o Disciples III: '(...) Niestety, w Odrodzeniu nie pokierujesz krasnoludami z Górskich Klanów ani zgnilakami z Hord Nieumarłych (...). Obszerność kampanii dla jednego gracza w Disciples III i fakt, że rozgrywka zajmuje ponad 20 godzin, częściowo to jednak rekompensują'. Ponownie: WHAT THE [beeep]? Jedna wada gry rekompensuje drugą? Właśnie gram w Disciples II i póki co kampania Nieumarłych zajęła mi 25 godzin grania. Jestem na 5. misji. Każda kampania ma ich 7. Kampanie są 4. Wnioski? Gra cofa się w stosunku do poprzedniczki o kilka milionów lat wstecz, a niektórzy jeszcze ją za to chwalą. A ja pieprzę Disciples III tak długo, jak długo nie będę mógł kupić podstawki z dodatkiem zawierającym Nieumarłych w Extra Klasyce. Mam dość kupowania gier w częściach.
    PS2: Zresetowałem sondę, bo przez pomyłkę zagłosowałem, że jestem zadowolony. W związku z tym proszę o zagłosowanie jeszcze raz
  19. Lord Nargogh
    Dawno tutaj nie pisałem, a przecież mam na to więcej czasu niż zwykle. Cóż zrobić - zawiodłem. Spróbujemy jednak coś zrobić z tym fantem, a zaczniemy od odrobiny sentymentalności:
    Jaka były Wasze pierwsze gry na PC-ta?
    Nie chodzi mi o pierwsze gry w ogóle (na przykład na Amigę czy Pegasusa), ani pierwsze gry, w jakie graliście u znajomych - chodzi tylko o gry, które jako pierwsze odpaliliście na swoich własnych blaszakach.

    W moim przypadku były to trzy tytuły dołączone do pierwszego zestawu komputerowego (Pentium 233 MHz MMX, 32 MB RAM):
    Monster Truck Madness
    Ścigałka, do której mam wieeelki sentyment. Odpaliłem ją nawet dzisiaj, żeby powspominać stare, dobre czasy - i nawet na Viście zadziałała! Większość z Was pewnie o niej nie słyszała, toteż poniżej zamieszczam trailer (God bless youtube):


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Fajny sport swoją drogą, jeden z trzech, które lubię oglądać (oprócz Monster Trucków - zawody Strongman i MMA)
    Gex
    Moja ukochana platformówka, jedna z dwóch ulubionych (drugą jest Jazz Jackrabbit) i jedna z naprawdę niewielu, które przypadły mi do gustu. Przepełniona humorem - wystarczy powiedzieć, że drugim bossem, z jakim zmierzymy się podczas gry jest... hmm... jakby to ująć? 'Pierdzący superman?' Przygoda przeciągnie nas przez cmentarzysko, świat kreskówek (uwaga na mordercze smurfy!), dżunglę, Chinatown, jakiś futurystyczny świat i planetę X. Poniżej walka z pierwszym bossem:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Last and least - Soccer.
    Średniawa piłka nożna, która jako pierwsza przekonała mnie, że nie lubię gier sportowych. Dlatego nie będę się o niej rozpisywał, ani szukał materiałów na jej temat. Tym niemniej pewien sentyment jest... w końcu to była moja trzecia gra, jakakolwiek by nie była (no wiecie, coś jakby stracenie cnoty z pasztetem*)
    *- pasztety świata - bez obrazy, sam należę do Waszej grupy =D
    A jak jest z Wami? W co zagraliście po raz pierwszy?
  20. Lord Nargogh
    ...i to dosłowne.
    Nie chodzi oczywiście o wyniesienie ich na ołtarze za niesamowite zasługi i poświęcenie dla religii chrześcijańskiej (lol), a posprzątanie Krakowskiego Przedmieścia. Dzisiaj rano policja na prośbę BOR w związku z jutrzejszymi uroczystościami rozwiązała problem tak zwanych 'obrońców krzyża'. Najpierw przysłano paru ludzi na negocjację by przemówić obrońcom do resztek rozsądku, co poskutkowało - niespodziewanie - wycofaniem się większości z nich. Garstka pozostałych została wyniesiona spod pałacu. Tak wiecie, bierze się rozszalałą babcię pod pachę i wynosi spod krzyża. Podobno tylko dwóch facetów zareagowało agresywnie, z czego jeden z nich okazał się być ścigany listem gończym.

    I dobrze się stało, mam nadzieję że dzisiaj nie zobaczymy twarzy Jarosława Kaczyńskiego gadającej kolejne bzdury na ten temat w telewizji, a także wiele pisowskich 'osobistości' wygadujących kolejne kłamstwa i nadużycia.
    Sprawa została rozwiązana w najlepszy możliwy (w tej chwili) sposób. Zachowano się stanowczo, a zarazem nie zastosowano wobec manifestujących przemocy. (dla mnie walka z fanatykiem, który sam zaatakował nie liczy się jako zastosowanie przemocy).
    Zapewne jeszcze przez parę dni będzie słychać narzekania w telewizji, ale w końcu mediom ten temat się znudzi, bo bitwa została wygrana.
    Na przyszłość radziłbym ludziom pamiętać, że demokracja to rząd ludu, a nie rząd tłumu - i nie należy pozwalać sobą pomiatac takiej tłuszczy.
    To tyle. Have a nice day, everybody - ta wiadomość mi sprawiła dzisiaj dużo radości, Kto wie - może sprawi ją także któremuś z Was?
  21. Lord Nargogh
    ...czyli święte oburzenie obywateli na niegodne zachowanie funkcjonariuszy Policji. Konkretnie chodzi o zdjęcia, demoty i inne rzeczy zawierające następujące treści:

    Irytuje mnie to od dłuższego czasu, bowiem ci ludzie wykazują tendencję do oszczędzania własnego intelektu.
    Że niby policjant zaparkował na zakazie/kopercie/wysepce? I co z tego? To taka wielka tragedia? Świadczy o tym, że stoi ponad prawem?
    Nonsens! Dla zaprzeczenia tej tezy przytoczę prosty przykład, który może sprawić, że wiele osób zmieni zdanie:
    Załóżmy, że ktoś włamał się do Twojego mieszkania. Albo u góry, u sąsiadów słychać krzyki, strzały, odgłosy gwałtu, cokolwiek. Albo nawet że napadnięto na bank. Wyobraźmy sobie jakąkolwiek sytuację wymagającą interwencji Policji.

    Wzywasz policję i chwilę później z 'bazy' zostaje wysłany radiowóz, ewentualnie najbliższy patrol. Przykładowy dialog, który miałby miejsce wewnątrz pojazdu, gdyby policja nie 'stała ponad prawem':
    - O kurka, Stefan... wszystkie miejsca parkingowe zajęte... jedziemy dalej...
    (zza okna)- RATUUNKUU!!!! GWAŁCĄ I MORDUJĄ!
    - Mariusz, zobacz - tu jest wolne...
    - Stefan, tutaj nie możemy, koperta jest...
    (zza okna)- BŁAGAM! NIECH MI KTOŚ POMOŻE! WIDZĘ WŁASNE JELITA!
    - Wiesz co, Mariusz? Pół kilometra stąd jest supermarket, tam możemy zaparkować!
    - Świetny pomysł, Stefan!
    Ktoś wyciągnął jakieś wnioski? Policja wezwana do interwencji powinna zaparkować jak najbliżej miejsca, do którego ją wezwano - niezależnie od tego, czy chodzi o zagłuszenie ciszy nocnej, pobicie, napad czy cokolwiek innego. To jest potrzebne do sprawnego wypełniania policyjnych obowiązków. A jako kierowca mogę Wam zagwarantować, że w większych miastach w godzinach szczytu znalezienie miejsca do parkowania DOKŁADNIE TAM, GDZIE POTRZEBUJEMY jest NIEMOŻLIWE.
    Dlatego proszę - więcej szacunku i zaufania dla władz. JP na 100%!*
    *-J.... Parkowanie!
×
×
  • Utwórz nowe...