Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Dużo mówi się w mediach o 'przywileju', jakim jest możliwość oddania głosu w wyborach. Wszystkie osobistości jakie mogą namawiają z całych sił, by w najbliższą niedzielę ruszyć się z domu i oddać głos w najbliższym lokalu wyborczym. Do mnie to kompletnie nie przemawia i dlatego zdecydowałem się podzielić swoją opinią, która będzie zupełnie przeciwna do tych wygłaszanych przez wspomniane wcześniej osoby.
    Moim zdaniem w Polsce nie ma systemu stricte demokratycznego. Istnieją pewne jego pozory, ale fakty pozostają faktami. Zastrzegam, że tą opinią nie przyznaję racji Jarosławowi Kaczyńskiemu, który uważa że wyniki wyborów są fałszowane. Uważam że są one całkowicie rzetelne i prawdziwe, jednakowoż poddaję w wątpliwość sam fakt czy te wybory są w istocie jakimkolwiek wyborem.
    Zastanówmy się najpierw nad tym, kogo możemy 'wybierać'. Wychwalając system demokratyczny często używa się argumentu, że każdy może (gdy nie podoba mu się obecna sytuacja) wziąć się w garść, ruszyć w politykę i zmienić kraj na lepsze. Jest to za przeproszeniem przysłowiowa [beeep] prawda. Prześledzę tutaj drogę takiego ambitnego obywatela i potencjalne możliwości, jakie przed nim stoją.
    Początek - mam pewne ideały, chcę dla kraju jak najlepiej. Idę w tym celu w politykę.
    Wariant A: wybieram którąś z istniejących już partii politycznych. -> muszę zrezygnować z wielu moich przekonań -> staję się częścią systemu, który chciałem zmienić -> nic nie zmieniam.
    Wariant B: żadna z nich mi nie pasuje, zakładam własną, zgodną z moimi przekonaniami. -> a) mówię tylko prawdę i próbuję przyciągnąć wyborców rzetelnymi argumentami i kompetencją ludzi, którzy są ze mną, b) żeby dostać się do władzy, będę musiał trochę nakłamać by oszukać naiwny lud. Tfu, dużo nakłamać, oczerniać, manipulować faktami. Rezultaty a) - nikt mnie nie wybiera, partia ma bliskie zeru poparcie -> nic nie zmieniam. b) staję się dokładnie tym, z czym chciałem walczyć -> nic nie zmieniam.
    Polska polityka zna tylko i wyłącznie takie przypadki. Obaliłem zatem teorię o tym, że każdy może skorzystać z uroków demokracji i uczynić kraj lepszym.
    Przejdźmy teraz do weryfikacji czy wybór jest faktycznie wyborem. Mamy do dyspozycji (na karcie wyborczej) tylko ludzi, którzy zostali wybrani przez kogoś z zarządu partii. Jeśli ktoś im podpadł, lub wydawał się niebezpiecznie niezależny - dostawał marne miejsce, albo nie dostawał go wcale. Już widać, że wybór jest naprawdę mocno ograniczony - ale dobrze, mówi się trudno, głosujemy na kandydata A, który wydaje się być rzetelny i kompetentny.
    Kandydat A zostaje wybrany. Ma teraz kilka możliwości: podporządkować się dyscyplinie partyjnej i pogodzić się z blokadami realizacji jego szczytnych pomysłów przez władze partii. Może również zbuntować się, założyć nowy klub i utonąć w otchłani niepamięci. Efekt jest ten sam - nic się nie da zmienić.
    My wybieramy 460 posłów. Ale to nie my decydujemy jak oni będą głosować w Sejmie. Decydują o tym przywódcy partyjni, a my nie mamy nic do gadania. Możemy się tylko pogodzić z tym, jak jest. Jeśli zdecydujemy się ukarać tych ludzi oddając głos na inne ugrupowanie, zmieni się tylko sztandar - metody nie ulegną zmianie. Do usranej rewolucji będzie w tym kraju dokładnie tak samo.
    Nie mamy żadnego sposobu na rozliczenie ludzi ze złożonych obietnic wyborczych. Że niby nieoddanie na nich głosu jest jakąś karą? Ja szczerze mówiąc taką karę bym zniósł zadziwiająco lekko, mając za sobą przynajmniej jedną kadencję lekkiej pracy, ogromu przywilejów i bardzo wysokiej pensji.
    Dalej: wybieramy ugrupowanie, ale nie mamy żadnego wpływu na kształt powstałego po wyborach rządu. Wśród wszystkich kandydujących opcji politycznych panuje cicha zmowa niepodawania planowanego gabinetu cieni. Słowem - nie mamy pojęcia, jacy będą ministrowie. Każe nam się wybrać kota w worku. Były przypadki, gdy ktoś przed wyborami podawał kandydatów na te stanowiska, ale potem... nie dotrzymywał słowa.
    Właśnie. Dotrzymanie słowa. Tu nawet już nie chodzi o te nieszczęsne obietnice wyborcze. Głosujesz na jakieś ugrupowanie wierząc mu na słowo, że z partią XXX nigdy nie wejdzie w koalicję tylko po to, by parę miesięcy później przekonać się że jest zupełnie inaczej. I ponownie nie ma żadnego sposobu na rozliczenie tych ludzi za ewidentne kłamstwo.
    Ktoś może powiedzieć że zostali już ukarani bo rząd się zmienił. Ale z tego co ja widzę, to jakoś nie wyparowali z Sejmu i nic nie wskazuje na to, by do tego miało dojść. Przywileje i forsa dalej należy do tych samych osób.
    Podjęto dobry krok z wprowadzeniem okręgów jednomandatowych do Senatu. Ja osobiście nie oddam głosu w żadnych wyborach, dopóki ten sam pomysł nie zostanie wprowadzony do wyborów do Sejmu. Obecna ordynacja 'zmusza' ludzi do głosowania na duże ugrupowania i zniechęca do głosowania na małe, bo przy 5% progu wyborczym mają minimalne szanse na wejście do Sejmu. Dlatego ja uważam, że próg wyborczy powinien wynosić 3,3%. Jest to w zaokrągleniu równe liczbie posłów potrzebnych do złożenia projektu ustawy (15). Ktoś może powiedzieć: jak będzie można rządzić przy takim rozdrobnieniu? Nie będzie żadnej zgody wśród posłów, i tak dalej. Ja powiem krótko - a teraz jest? Teraz mamy do czynienia z głosowaniem przez ugrupowania sobie nawzajem na złość. W jednej kadencji partia A wnosi projekt X, partia B głosuje przeciw i projekt odpada. W następnej partia B wychodzi z dokładnie tym samym projektem... i tak na okrągło. Rozdrobnienie w sejmie doprowadziłoby tylko do rozbicia potęgi panujących obecnie ugrupowań. Ponadto wyborcy odważniej oddawaliby głos na małe ugrupowania, zwiększając ich szanse na dostanie się do parlamentu jeszcze bardziej.
    Punkt ostatni - konstytucja RP. Wielu zmian w ordynacji nie zostanie wprowadzonych 'ze względu na ich niezgodność z konstytucją', podobnie jak wiele innych pożytecznych ustaw. Bardzo mi się to nie podoba, konstytucja została wymyślona przez ludzi i nikt nie powiedział, że jest doskonała w takiej formie w jakiej jest. A dokonanie w niej zmian jest absolutnie niemożliwe (3/4 głosów w Sejmie? Ktoś poważnie wierzy że to możliwe? Jaka koalicja będzie miała taką władzę!?).
    Reasumując - demokracja w Polsce jest całkowicie pozorna. Można sobie co prawda oddać głos na jakichś wysuniętych przez partie kandydatów, nie można jednak w żaden sposób wpłynąć na wprowadzenie zmian, na których nam zależy. Oddałem głos w poprzednich wyborach na Platformę Obywatelską i przez cztery lata obserwowałem, jak powoli nie dotrzymuje większości ze swoich obietnic wyborczych. Miałem przed tamtymi wyborami duże nadzieje na zmiany, które nie nadeszły nawet gdy zarówno parlament jak i prezydent był w rękach jednej partii. Obiecanych zmian nie wprowadzono z lenistwa albo interesu partyjnego (pożyteczna ustawa, ale niepopularna u prymitywnego ludu - więc nie można jej przeprowadzić na przykład, bo nas jeszcze potem nie wybiorą!). Interesowałem się w tym czasie również dokonaniami poprzednich rządów i okazało się, że to była jedynie powtórka z rozrywki. Dopóki w tym kraju nie zmieni się reguł wyborów, nie wpuści trochę świeżej krwi, nie osłabi molochów partyjnych i nie da szansy dla mniejszych ugrupowań - zmian nie będzie nigdy.
    Dlatego nawołuję - nie idźcie na wybory albo przynajmniej oddawajcie puste głosy. Wybór absolutnie żadnej partii nic nie zmieni (nawet przejście z PO na PiS obiektywnie ujmując nie spowoduje żadnych zmian - będzie się działo dokładnie to samo, pośmiewiskiem na arenie międzynarodowej jesteśmy już teraz, PiS nie musi być w rządzie żeby na to pracować), a w ten sposób będziemy mieli szansę wysłać wyraźny komunikat - 'pierdolcie się z tym chorym systemem'.
    PS: W czasach PRLu była Jedna Wielka Partia, która posiadała w Polsce władzę. Moim zdaniem dzisiaj jest identycznie, z tym że możemy sobie tą Jedną Wielką Partię wybrać. Efekt jest dokładnie ten sam. Zarząd partii decyduje o wszystkim.
    Wpis sponsorowany przez komitet wyborczy partii ChWDSP (...Systemowi Partyjnemu). Celowo chaotyczny.
  2. Lord Nargogh
    Ostatnio nie wiedzieć czemu, przypomniała mi się dość stara gra. Nabrałem ochoty by zagrać w nią po raz kolejny. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że twórcy wydali ją w 'unowocześnionej' wersji HD - jest to o tyle ciekawe, że nie czerpali zysków z tej gry od lat - była dostępna za darmo do ściągnięcia z ich strony od bardzo dawna. Nowa wersja również jest do ściągnięcia za darmo. Czy warto? Moim zdaniem jak najbardziej, co za chwilę postaram się uargumentować.
    Ta gra jest swoistą parodią typowych gier cRPG. Mamy tu wszystko - wieśniak, który nagle zostaje bohaterem, potężną organizację zła, tragedię głównego bohatera - trudno mi tu wszystko wymienić, ale zapewniam Was, że większość schematów z tego typu gier zostało bezczelnie wykorzystanych i wyśmianych.



    Skromna chatka staruszki opłakującej kaczuszkę.

    Zaczynamy kompletnie od zera - naszym pierwszym wyzwaniem jest... nakarmienie świń w chlewie. Ku nieopisanej radości naszego bohatera, zostaje on przyłapany na tej czynności przez jego miejscowego rywala, który został rycerzem i który nie szczędzi mu kąśliwych uwag na temat jego pracy.



    Nie wszyscy zaczynają ratowanie świata od walki ze smokiem...

    Pierwszą misję kończymy z powodzeniem bez trudu. W międzyczasie możemy pomóc staruszce odnaleźć jej ukochaną kaczuszkę (która gdy ją zagadniemy okazuje się całkiem wygadana) Słowem - epickość na całego. Następnym zadaniem, jakie otrzymamy od swojej mamy jest zebranie kilku orzechów z drzewa rosnącego w pobliżu wioski. Na swojej drodze napotykamy Wielkiego Maga (jak sam siebie raczył nazwać), który później nauczy nas podstawowego zaklęcia magicznego.


    "Jestem Wielkim Magiem!"
    "Pracujesz w cyrku?"
    "..."

    Przelewamy też pierwszą krew, walcząc z morderczymi robalami.


    Pierwsze zwycięskie starcie. Ale bez obaw, smoki też będą!

    Gdy wykonujemy niesamowicie trudne zadanie zebrania kilku orzechów, zastajemy w domu...



    ...tragedię. Nasza matka nie żyje, a dom spłonął. Cóż więc nam innego pozostaje, jak rozpocząć życie pełne przygód?
    Gra jest niezwykle zabawna i wciągająca. Dialogi są bardzo humorystyczne, a nieraz nawet perwersyjne. Możemy kupić nieco uzbrojenia, nauczyć się paru czarów a także rozwijać trzy cechy - atak, obronę i magię. Słowem - najprościej, jak można zrobić by móc nadal grę nazywać cRPGiem.
    Grze towarzyszy przyjemna muzyczka w formacie .midi i dość ubogi zakres możliwych odgłosów, ale jak pisałem - to nie o złożoność tu chodzi.
    Do gry dołączony jest wypaśny edytor umożliwiający tworzenie własnych przygód, możemy także ściągnąć kilka przykładowych (polecam Wyspę Tajemnic) wykonanych przez innych graczy z poziomu gry.
    Ale pomimo całej tej prostoty gra się znakomicie. Wbrew pozorom możemy wykonać wiele interesujących zadań (dla przykładu o sekcie czczącej kaczki). Jeśli nigdy do tej pory nie mieliście przyjemności wcielić się w Dinka, zachęcam gorąco by zrobić to teraz, zwłaszcza że gra jest całkowicie za darmo do ściągnięcia ze strony producenta. O, tu.
    A, żeby nie było niedomówień - ta gra tuż po premierze wiele lat temu była sprzedawana komercyjnie- sam pamiętam trzymanie pudełka z nią w pewnym sklepie. Jest to zatem produkt pełnowartościowy, jeśli ktoś ma uraz do darmówek.
  3. Lord Nargogh
    Zapraszam Was dzisiaj na podróż do fantastycznego świata, do krainy Lodowego Wichru...
    Icewind Dale to pierwszy tytuł wykorzystujący system D&D, w jaki zagrałem, jest to również mój pierwszy kontakt z uniwersum Forgotten Realms. Ukończyłem go już kilka razy, ba, robię to po raz kolejny nawet w tej chwili. Jest to gra do bólu liniowa i teoretycznie jednorazowa, mimo to nie mogę oprzeć się przeżywaniu zawartej w niej przygody raz jeszcze, nawet mając w zanadrzu kilkadziesiąt innych gier, których jeszcze nawet nie tknąłem (a na które miałem ochotę). Co jest w niej takiego niezwykłego?

    UWAGA: Wpis będzie zawierał nieukryte spoilery oraz screeny pokazujące lokacje z całej gry. W moim przekonaniu zajrzenie pod spódniczkę grze przed ślubem może tylko zachęcić do zagrania w nią, zwłaszcza że fabuła nie jest w tej grze najważniejsza.


    Biblioteka w przeklętej twierdzy Odcięta Dłoń.

    Przede wszystkim klimat. Piękna, dwuwymiarowa grafika w połączeniu z doskonałą muzyką buduje go w niesamowity sposób. Czy to gdy wędruję po zmrożonych rozpadlinach Doliny Cieni, czy gdy zwiedzam mroczne grobowce Kresselacka Czarnego Wilka, czy gdy rozwiązuję zagadkę twierdzy Odciętej Dłoni, zamarłej w pół-nieumarłej stazie... Lokacji jest sporo i są dość zróźnicowane. Wbrew temu, czego można spodziewać się po tytule nie zobaczymy w tej grze zbyt dużo śniegu.



    Kresselack Czarny Wilk we własnej osobie. "Jeśli poszukujecie zła, to znaleźliście je."

    Drużynę tworzymy w całości jeszcze przed rozpoczęciem gry. Do dyspozycji mamy 6 ras (człowiek, półelf, elf, krasnolud, niziołek, gnom) i 8 klas (wojownik, paladyn, łowca, złodziej, druid, kapłan, bard, mag). Możemy także stworzyć maga-specjalistę (dostaje on dodatkowe miejsce na czar na każdy poziom, ale nie może za karę rzucać zaklęć z 1-2 szkół magii przeciwnych jego specjalizacji), dwuklasowca oraz wieloklasowca. Dwuklasowiec różni się od wieloklasowca tym, że może po zdobyciu kilku poziomów jednej klasy przerzuca się na drugą, blokując rozwój tej pierwszej. Wieloklasowiec rozwija wszystkie klasy naraz. Tylko ludzie mogą być dwuklasowcami, a wieloklasowcami jedynie nie-ludzie.
    Poprowadzić możemy maksymalnie sześciu bohaterów i taką właśnie liczbę zalecam wybierać, bowiem mniejsza ilość postaci szybciej awansuje na wyższe poziomy, ale otrzymuje z tego powodu dużo mniej doświadczenia. Nic nie narzuca nam składu naszej ekipy, jeśli tylko tego zechcemy, możemy stworzyć drużynę składającą się tylko i wyłącznie z magów, aczkolwiek marne byłyby jej szanse na przetrwanie. Są natomiast pewne ograniczenia co do ras i klas, to znaczy nie możemy stworzyć niziołka-barda, nawet pomimo opisu tej rasy wskazującego na jej zamiłowanie do rozrywek i śpiewu. To zostało naprawione w drugiej części gry, o której napiszę kiedy indziej a w której mamy absolutną swobodę i możemy stworzyć nawet półorka-czarownika.



    Screen z malowniczego Kuldahar. Oprócz chatki widać na nim jeden z korzeni Wielkiego Dębu.

    Skoro już wspomniałem o marnych szansach drużyny magów, od razu wyjaśnię i uprzedzę Was przed początkową słabością tej klasy. Tak, mag na początku jest bardzo słaby. Niemal nie potrafi walczyć, ma mało punktów życia, nie nosi zbroi i może rzucać mniej zaklęć niż bard posiadający ten sam poziom doświadczenia. Sytuacja jednak z każdym kolejnym zdobytym przez maga poziomem ulega zmianie - do dyspozycji dostajemy więcej silniejszych zaklęć i powoli zaczynamy zostawiać magię barda w tyle. Zajmuje to dość sporo czasu, lecz warto przemęczyć się przez początek gry z bezużyteczną postacią, by później zyskać bardzo cennego sprzymierzeńca.


    Na screenie występuje: astrolabium, elfi mag-widmo, przeklęty lisz z dobrym sercem i moja wspaniała drużyna.

    Gra stosuje kilka prostych, acz logicznych pomysłów, których nie widziałem nigdzie indziej. Przykładowo jeśli dowódcą naszej drużyny jest świątobliwy paladyn, to uratuje to nas parę razy przed pułapkami zastawionymi przez zło. Na przykład jeśli podejdziemy do fałszywego kapłana, to gdy ten zacznie nam lać miód w uszy swoimi kłamstwami, nasz bohater po prostu mu przerwie i twardo powie, że jego aura zbyt śmierdzi złem, by się dać na to nabrać. W zasadzie jest kilka klas, które oferują unikatowe opcje dialogowe i zadania. Druid może zaproponować ogrowi specjalny przepis na miksturę leczniczą, a bard może wymienić się pieśniami z duchem jeziora. Niemal w każdym wypadku, gdy odkryjemy taką dodatkową opcję dialogową, zostaniemy wynagrodzeni pokaźną (jak na dany moment gry) ilością punktów doświadczenia.



    Przykład dialogu, w którym paladyn wyczuwa smród zła na kilometr.

    Pomimo iż napisałem, że fabuła nie jest najważniejszym elementem tej gry, warto byłoby nakreślić pokrótce o co chodzi. Jesteśmy drużyną bohaterów przybyłych do małej wioski Easthaven, którzy wybierają się z ekspedycją do miasta Kuldahar, leżącego w korzeniach wielkiego dębu celem odkrycia źródła zła nękającego mieszkańców tej osady. W tym celu będziemy zwiedzać rozmaite grobowce, jaskinie, fortece oraz lodowe pustkowia.



    Fragment cut-scenki z gry.

    Jak na dzisiejsze standardy, gra jest bardzo długa - dużo dłuższa od kochanego przez wszystkich w tym kraju Wiedźmina 2. Po 30 godzinach grania doszedłem do niecałej połowy gry, a przypominam iż nie przechodzę jej po raz pierwszy.


    Tutaj chwilę wcześniej miało miejsce niezłe JEBUDUP BUM BUM.

    W grze jest sporo ciekawych dialogów, chociaż większość czasu i tak spędzamy na walce. Jednakże prawda jest taka, iż zastosowana przez twórców proporcja pomiędzy tymi dwoma aspektami gry pozwala czerpać z rozgrywki wiele przyjemności. Sama walka jest wymagająca i znudzone wskazanie celu wojakom bardzo rzadko pozwala wyjść ze starcia cało. Bardzo istotne jest wykorzystywanie wszystkich umiejętności i cech charakterystycznych postaci z naszej drużyny. Bardzo ważne jest, by nie ograniczać wykorzystywania magii tylko do celów ofensywnych. Dobry gracz jest w stanie wyczuć sytuację w której przydatne byłoby wzmocnienie drużyny czarami, osłabienie nimi przeciwnika bądź zwyczajne zranienie go magią ofensywną. Bardzo często musimy także korzystać z czarów kontrujących uroki przeciwnika. Przykładowo - widzisz, że wrogi kapłan rzucił na siebie Płaszcz Strachu? Lepiej rzuć Przełamanie Strachu na swoją drużynę jak najszybciej! Szaman orków sparaliżował kilka postaci z Twojej drużyny? Jak najszybciej przyślij do nich kapłana, by zerwał z nich więzy! Nie muszę chyba tłumaczyć, jakim ułatwieniem jest odwrócona sytuacja (przerażony/sparaliżowany przeciwnik). Istotne również jest, by w porę rozbroić pułapki w pomieszczeniu, przez które mamy zamiar wyjść. Kiedyś nie cierpiałem klasy złodzieja i nie posiadałem żadnego w drużynie. Notorycznie zdarzało mi się włazić w pułapki otruwające i wprawiające w obłęd członków mojej drużyny przy jednoczesnym napotkaniu znacznych sił wroga. Kończyło się to dla mojej drużyny zmianą profesji z 'Poszukiwacz przygód' na 'kaszanka'.
    Reasumując - Icewind Dale to niewątpliwie godny uwagi klasyk. Polecam go wszystkim osobom sympatyzującym z systemem D&D, a także zachęcam do zapoznania się z nim tych, którzy nigdy do tej pory z niego nie korzystali. Rozrywka oferowana przez tą grę jest niesamowita. Fascynujące starcia z rozmaitymi potworami, przeplatane zwiedzaniem niezwykle klimatycznych lokacji to przyjemność, której życzę wielu graczom.
  4. Lord Nargogh
    Przyglądam się z zainteresowaniem wzajemnemu targowaniu się partii politycznych na temat debat politycznych. Wszyscy ciągle organizują konferencje i nawzajem pouczają się na temat tego, jak powinny one wyglądać. Sytuacja jest o tyle zabawna, że osoby pouczające innych i oskarżające o marnowanie czasu na debatowanie o debatach, same robią dokładnie to samo. Zrobiło się już takie długie C-C-C-OMBO wzajemnych pouczeń, że trudno się połapać o co komu teraz tak naprawdę chodzi. Wszyscy liderzy próbują nawzajem wpoić nam wrażenie, że nikt poza nimi nie jest chętny do żadnej debaty i że wszyscy pozostali liderzy uniemożliwiają jej zajście.

    Co jest trudnego w ruszeniu swojej (_!_) do studia i porozmawianiu?
    PiS domaga się wizyty ministrów PO i premiera Tuska w swojej siedzibie. Sprawa śmierdzi na kilometr i zapowiada ewidentne zaszczucie jednej strony przez drugą, a także potencjalnie szerokie pole do popisu (POPiS, hehe) przy montowaniu uzyskanego materiału, sposobem zadawania pytań i reakcjami publiczności.
    PO na początku zapraszał PiS to debaty w swojej siedzibie. Mamy tu mniej więcej tą samą sytuację co w pierwszym przypadku, tym niemniej po tej partii spodziewałbym się mniej brudnych gierek niż po tej powyższej.
    SLD z boku non stop próbuje pokazać siebie jako tego 'jedynego sprawiedliwego', który przygląda się z boku tym debatom o debatach i jest zażenowane tym, że wszyscy zajmują się takimi głupotami. Problem w tym, że organizując konferencje o debatach o debatach (coraz bardziej się zakręcamy) sami decydują się na zajęcie tymi 'głupotami'.
    PSL próbuje odgrywać standardową rolę mediatora stojącego pośrodku i będącego w stanie dogadać się z każdym, zapraszając wszystkie partie do debaty na ich neutralnym gruncie. Tylko problem w tym, że PSL posiada kilku swoich ministrów i też jest częścią tego rządu, więc ten grunt wcale nie jest do końca neutralny. Ale to i tak bez żadnego znaczenia, bo jego propozycje zostały całkowicie zignorowane.
    Dzisiaj premier Tusk łaskawie zaoferował przyjęcie wszystkich zaproszeń na debaty od wolnych mediów. Moim zdaniem dobry krok, aczkolwiek zastanawiam się czy nie podjęto go przypadkiem wiedząc, że PiS i tak z tej oferty nie skorzysta, bo nie będzie w stanie wygrać żadnej debaty w sposób merytoryczny. Ostatni rozsądni ludzie z tej partii opuścili ją na rzecz PJN. Bardzo nie podobała mi się reakcja Hofmana, który propozycję zwyczajnie wyszydził stwierdzeniami, że Tusk będzie ganiał po boisku albo pojedzie sobie do domu i zupełnie nie przyjmował do wiadomości, że ten zadeklarował coś zupełnie odwrotnego. Takiej bezczelności nie trawię i uważam że tacy ludzie jak Ziobro, Kurski, Kaczyński, Giżyński i Hofman powinni po prostu z polityki zniknąć, bo trudno mi wskazać osoby, które bardziej obniżają poziom debaty publicznej. Andrzej Lepper przy nich ze swoim blokowaniem mównicy postępował jak arystokrata.
    Do niedawna przychylnie spoglądałem ku SLD, ale ostatnie bezczelnie populistyczne, dalekie od prawdy spoty wyborcze tej partii (szczególnie ten o studentce, okrutnie manipulujący rzeczywistością - w kraju, gdzie studia stacjonarne są darmowe i większość studentów studiuje za darmo nie używa się argumentu, że 'czesne ciągle rosną') ogromnie mnie do niej zniechęciły, a dzisiejsze teksty o 'biednych ludziach tracących pracę, gdy PO i PiS targują się o debaty' pozbawiły mnie absolutnych resztek sympatii do tej partii. Moja riposta jest krótka: "ludzie tracą pracę, rodzice wydają majątek na podręczniki, a Napieralski zamiast wziąć się do pracy za ustawy które mogłyby ten problem rozwiązać, urządza sobie konferencje prasowe żeby skrytykować rząd'.
    Platforma jest leniwa i nie można jej usprawiedliwiać beznadziejną, bezużyteczną wręcz opozycją, ale prawda jest taka że na obecną ruinę naszego państwa składają się te wszystkie zachowania partii będących w Sejmie. Każdy odegrał w tym swoją plugawą rolę w mniejszym lub większym stopniu - czy to swoim lenistwem, czy populizmem, czy kolesiostwem czy zwyczajną niekompetencją. Przecież system legislacyjny w Polsce nie ogranicza tworzenia projektów ustaw tylko dla partii rządzącej - ba, nawet odpowiednio duża ilośc obywateli może złożyć taki projekt ustawy w Sejmie. O prezydencie i grupie posłów nie wspominając. Dlatego w mojej opinii żadna partia opozycyjna nie ma prawa krytykować rządu za lenistwo i ignorowanie problemów państwa, dopóki sama nie zaproponuje rozwiązań tej sytuacji za pomocą jakiejś ustawy - a jeśli rząd ją odrzuci, to DOPIERO będą mogli przystąpić do krytyki.
    Szanowni państwo, polityka w naszym kraju to ogromne bagno, na które już nie mogę wręcz patrzeć. Jestem wręcz w szoku, że nasz kraj kupy się trzyma w obecnym stanie i niestety nic nie wskazuje na to, żeby ta sytuacja miała się zmienić w przeciągu najbliższych dekad, jeśli nie wieków. Potrzebny jest napływ świeżej krwi i większe rozdrobnienie w Sejmie. Ugrupowania z małą ilością posłów spinałyby się z całych sił by pracować jak najwięcej, bo dla nich oznaczałoby to walkę o przetrwanie.
    A niech ci duzi dalej się kłócą jak gówniarze.
  5. Lord Nargogh
    Źle się dzieje na świecie. Źle się dzieje w tym kraju.
    Tym pesymistycznym akcentem chciałbym rozpocząć ten wpis, choć prawdę powiedziawszy ostatnimi czasy te słowa są raczej realistyczne, niż pesymistyczne. Żeby to odpowiednio uargumentować, przedstawię kilka głośnych spraw z ostatnich miesięcy.

    Katastrofa kolejowa w Babach.
    Maszynista niemal trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość. Kompletny brak wyobraźni, przygotowania do trasy bądź czujności (jeśli w istocie nie zauważył znaku) zaowocował śmiercią jednej osoby i poważnym kalectwem dla wielu innych. Sam odpowiedzialny musi się teraz liczyć z koniecznością poniesienia kary za swoje zaniedbania. 12 lat więzienia piechotą nie chodzi.
    Anestezjolog umiera po kilku dniach całodobowych dyżurów z rzędu.
    Ryzykował zdrowie i życie swoje, a także swoich pacjentów. Skończyło się to dla niego w najgorszy możliwy sposób. Czy to on jest winny? Czy może przełożeni, którzy zmusili go do niewolniczej wręcz pracy? Jedno jest pewne - ktoś zawalił.
    Zamieszki w Wielkiej Brytanii.
    Bandy gnojów i gnojówek rozpętały prawdziwe piekło. Ucierpieli niewinni ludzie, zniszczenia są wręcz ogromne.
    Kampania polityczna w Polsce.
    Z kadencji na kadencję jest coraz gorzej, niedługo trudno będzie osiągnąć jeszcze niższy poziom i standardy. Dziesiątki obrzydliwych kłamstw, manipulacji, fałszywych obietnic. Partia odpowiedzialna za zrujnowanie Andrzeja Leppera teraz domaga się powołania komisji śledczej w sprawie jego śmierci.
    Liczne wypadki drogowe z udziałem pijanych kierowców, piratów drogowych i kierowców ciężarówek.
    Każdy, kto zna przepisy kodeksu drogowego wie jak niebezpieczne stały się ostatnio polskie drogi. Siedząc za kółkiem trudno zaobserwować kierowcę, który w żaden sposób nie łamie przepisów drogowych. Czy to głupia brawura, czy nieodpowiedzialność - nie wnikam. Kary dla kierowców łamiących przepisy są stanowczo za małe, a fotoradarów powinno być 10 razy więcej.
    Kryzysy ekonomiczne na całym świecie.
    Coś w tym wszystkim paskudnie śmierdzi. Ludzie pracują i funkcjonują jak na codzień, nie ma fizycznych diametralnych zmian zachodzących w państwie - a mimo to z dnia na dzień tysiące ludzi może zostać zrujnowanych, a kraj może stanąć na skraju bankructwa. Bo kilkunastu smutnych panów i pań w garniturach tak zdecyduje. Ludzkość niby się rozwija, ale trudno czasem powiedzieć, czy te zmiany na pewno są na lepsze. Utonęliśmy w papierach wartościowych, akcjach spółek, obligacjach. Kiedyś panował prosty handel wymienny i nikomu nie groził kryzys ekonomiczny. Zaprawdę powiadam Wam, wróćmy do zamków i chałup.
    Reasumując - jest źle i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej. Problem w tym, że ludzie nie zmienili diametralnie swojego zachowania z dnia na dzień. Oni postępują cały czas tak samo, a po prostu czasami pojawiają się tego negatywne konsekwencje, bądź spotykamy się z kumulacją takich kiepskich sytuacji. Ludzie nie zdają sobie czasem sprawy jak drobne zaniedbanie może mieć poważne konsekwencje. A tak naprawdę żyjemy w świecie drobnych zaniedbań.
    Wpis trochę chaotyczny, ale musiałem wyrzucić to z siebie. Dzisiaj wieczorem znów będę się bawił mikroskopem i prawdopodobnie dla relaksu wrzucę parę zdjęć z sekcji osy ]:->
  6. Lord Nargogh
    Parę osób dopytywało się o zdjęcia płyt CD wykonane moim niemal zabawkowym mikroskopem. Odpisałem im w komentarzach, że jest to niemożliwe - mikroskop ma zdecydowanie zbyt małe powiększenie i zdolność rozdzielczą. Tym niemniej spróbowałem to zrobić i oczywiście nic z tego nie wyszło.
    Na szczęście ludzkość dysponuje całą gamą rozmaitych mikroskopów. Swego czasu opisałem STM, miałem zamiar także opisać AFM, którym zajmę się dzisiaj - ale ponieważ ten pierwszy zainteresował niewiele osób, zrezygnowałem z tej tematyki. A mikroskopów ciekawych (moim zdaniem oczywiście) jest całkiem sporo, TEM, mikroskopia bliskiego pola, AFM statyczny i dynamiczny i wiele innych.

    Ale odbiegam od tematu. Wróćmy do płyt CD i AFMu. Na początek może absolutne podstawy działania tego mikroskopu:




    Tak wygląda schemat Atomic Force Microscope, czyli Mikroskopu Sił Atomowych. Działa on w następujący sposób: bierzemy malutką dźwigienkę o określonej sztywności, na jej koniec dajemy ostrze (stożkowe bądź piramidalne) i bardzo powoli i delikatnie zbliżamy do powierzchni próbki. W pewnym momencie na dźwignię zaczynają działać wspomniane w nazwie mikroskopu siły atomowe, wówczas przystępujemy do 'skanowania' dźwigienką, czyli powolnego przejeżdżania nią po wybranej powierzchni próbki - a układ diod rejestruje najdrobniejsze jej ugięcia dając nam w rezultacie obraz powierzchni próbki. Może działać w różnych trybach - dynamicznym i statycznym, kontaktowym i bezkontaktowym, kontaktowym przerywanym (tapping mode). W przypadku statycznego dźwigienka po prostu przesuwa się po powierzchni próbki, a dynamicznego - jest wprawiana w drgania bliskie swojej częstotliwości rezonansowej.
    Istnieje sporo wariantów AFMów, czasem zamiast sił atomowych wykorzystuje się siły magnetyczne (można sobie przeskanować dysk twardy), elektryczne, poprzeczne, często także łączony jest z innymi mikroskopami, by uzyskiwać kilka rodzajów informacji o powierzchni próbki - na przykład z mikroskopem bliskiego pola i z STMem, albo mikroRamanem.



    Skan Magnetic Force Microscope (MFM) powierzchni dysku twardego. W rzeczywistości ta powierzchnia jest płaska, a te podłużne sutki które widzimy, to obraz domen magnetycznych zapisanych na nośniku. Słowem - tam nic nie ma, to tylko pole magnetyczne. Tak mniej więcej 'widzi' dysk twardy komputer.

    Ale przejdźmy może do gwoździa programu, który zapewne interesuje wszystkich najbardziej - obraz powierzchni płyt CD wykonany za pomocą statycznego AFM w trybie kontaktowym:



    Ta-Dam! Na koniec może jeszcze powiem, czym się różni CD od DVD i Blu-Ray. Różni się przede wszystkim długością fali lasera skanującego po powierzchni płyty. Wynika to z warunków na zdolność rozdzielczą, określonego za pomocą stosunku długości padającej fali i odległością pomiędzy obiektami które można rozpoznać jako oddzielne. Gdy skracamy długość fali, umożliwiamy bliższe położenie tych obiektów, czyli na chłopski rozum gęstszy zapis danych na płycie. CD i DVD pracują na laserach podczerwonym i czerwonym, a Blu-Ray jest w okolicach niebieskiego, stąd to 'blu' w nazwie.
    PS: Mnie osobiście intryguje fakt, że technologia zapisu w zasadzie nie uległa zmianie - wciąż ta sama idea, jedynie nieco ulepszone poszczególne elementy.
    That's all, folks.
    EDIT: Informuję, iż z powstaniem skanu dysku twardego nie miałem nic wspólnego - jest to obrazek ze strony ntmdt. Zapomniałem o tym napisać, a fakt iż skany płyty wykonałem w laboratoriach mógł sugerować że całą resztę także
  7. Lord Nargogh
    Obiecywałem, że w wakacje poczynię dużo wpisów o tematyce naukowej, jednakże... no... zasiedziałem się trochę. Czas to naprawić, zwłaszcza że zostały mi jeszcze tylko dwa niecałe miesiące wakacji. W ciągu bieżącego tygodnia postaram się popisać na tematy wspominane i obiecywane wcześniej. Ale na rozgrzewkę coś lżejszego.
    Dzisiaj zakupiłem sobie nową zabawkę; w dodatku taką, o której marzyłem od dawna. Jest nią klasyczny mikroskop optyczny z kamerką cyfrową, o maksymalnym powiększeniu do 350x. Nie jest to może szczyt technologii naukowej, jednak w zupełności wystarczy do tego celu, w jakim go zakupiłem - do zabawy. Dzisiejszym wpisem spróbuję zainicjować nowy cykl na swoim blogu, w którym będę zamieszczać wykonane przez siebie mikroskopowe zdjęcia różnych rzeczy. Zastrzegam tylko, że nie jestem profesjonalistą w tej dziedzinie ani też nie posiadam profesjonalnego sprzętu. To nie są badania naukowe ani prace na wystawę fotograficzną. To po prostu zabawa, polegająca na próbie zaspakajania nigdy nienasyconej ciekawości.

    No to zaczynamy.
    Zdjęcia #1 - suszony podgrzybek z mojej kuchni. Zdjęcia przedstawiają górę i spod kapelusza:

    Zdjęcia #2 - liście Kaladium rosnącego obok mojego biurka. Górne zdjęcie przedstawia świeży, a dolne wyschnięty liść.

    Zdjęcia #3 - jakiś liść, który znalazłem po drodze.

    Zdjęcia #4 - jakaś trawa ozdobna z mojego balkonu.

    Zdjęcie #5 - Krew Lorda. Nie jest to być może zbyt wyraźnie widoczne, ale udało mi się zaobserwować czerwone krwinki. Sam obraz z mikroskopu 'na żywo' wygląda dużo lepiej. Wyglądało to dość ciekawie, jak na początku krwinki poruszały się coraz wolniej, by przestać się ruszać wcale gdy krew całkiem zakrzepła.

    Na dzisiaj to tyle. Jeśli macie jakieś propozycje co do tego, co mógłbym jeszcze poobserwować pod mikroskopem - piszcie śmiało. Czasem człowiek nawet sam nie wpadnie na to, że chciałby coś zrobić.
    PS: Nie, nie będę badał plemników, Wy paskudni onaniści
  8. Lord Nargogh
    Oglądam sobie wesoło tvn24, trochę poirytowany monotematycznością audycji (ja rozumiem - zamach to wielka tragedia, ale nie znaczy to też, że na świecie przestało się dziać cokolwiek innego), gdy nagle dociera do mnie ciekawa uwaga prowadzącego program dziennikarza.
    CYTAT
    Już wiadomo, że mężczyzna podejrzany o zamach grał w jedną z brutalniejszych gier (...)
    Pomyślałem sobie - 'znowu to samo'. Tym niemniej jeszcze można doszukiwać się jakiegoś związku w brutalnym zachowaniu i graniu w szczególnie brutalne tytuły, jak 'Manhunt' - co nie zmienia faktu, że osoby na tyle chore na umyśle, by zabijać innych ludzi, zrobiłyby dokładnie to samo nawet gdyby przemysł gier komputerowych w ogóle nie istniał.
    Chwilę potem dowiedziałem się, o jaką dokładnie grę chodziło (z bloga Abyssa, którego pozdrawiam).
    Uwaga, uwaga! Jedną z brutalniejszych gier, jakie istnieją, jest....




    Youtube Video -> Oryginalne wideo


    WORLD OF WARCRAFT

    Normalnie szok i panika. Gra o tak niewyobrażalnych pokładach przemocy, że doprowadziła mnie do wymiotów po obejrzeniu intra.
    Nie będę się nawet rozpisywać na ten temat. Powiem tylko, że WoW ma cukierkową grafikę i oznaczenie PEGI 12+. Dodam także, że ekipie tvn24 chciało się szukać po całej Norwegii ludzi, którzy mieli ciotecznych braci stryjecznej siostry, którzy mieszkali w Oslo w czasie tragedii. Szukali rozmaitych specjalistów i profesorów z uczelni z całej polski. Zlikwidowali praktycznie całą ramówkę, by cały dzień za przeproszeniem pierdolić na okrągło o zamachu.
    Ale nikomu nie chciało się wpisać w google 'World of Warcraft'.
    To jest doskonały dowód na poziom i rzetelność polskiego dziennikarstwa. Żywienie się na ludzkiej tragedii, szukanie taniej sensacji, chwytanie się tanich plotek i kaczek dziennikarskich, by zdobyć uwagę. I kompletny brak zaangażowania by to, co się na antenie wypowiada, było całkowicie zgodne z prawdą.
  9. Lord Nargogh
    Tragedia, która miała miejsce dwa dni temu posłuży mi za przykład do opinii, którą wygłaszałem już dawno (co prawda nie na blogu).
    To nie religia czyni człowieka terrorystą. To człowiek sam decyduje o tym, żeby nim zostać.
    Mam tylko powierzchowną wiedzę o naukach islamu, jednak z tego co wiem, to Koran nie zachęca do 'mordowania niewiernych' - wprost przeciwnie, nawołuje do szacunku do wszystkich ludzi. Wiem to z pierwszej ręki, bowiem mój kolega ze studiów jest muzułmaninem.

    Świat jest ostatnimi czasy bardzo nieprzychylny muzułmanom, ze względu na straszliwe czyny dokonywane przez marny procent ludzi, podających się za muzułman (bo jak inaczej nazwać kogoś, kto twierdzi że wyznaje jakąś religię, a postępuje wbrew jej zasadom?). Na codzień mamy do czynienia z poprawnością polityczną, która nie pozwala wygłaszać pewnych tez wprost, dlatego nie słyszy się o tym aż tak dużo. Ale gdy tylko pojawiły się pierwsze wzmianki o zamachu, wyszło szydło z worka. Media na całym świecie zarzuciły nas informacjami, że to w zasadzie niemal pewne, iż zamachu dokonali islamscy terroryści. Podobno nawet jedna grupa terrorystyczna przyznała się do tego czynu.
    Prawda okazała się jednak taka, że zakpiły z nas nasze własne uprzedzenia. Morderca okazał się być fundamentalistą, ale.... chrześcijańskim.
    Chrześcijaństwo jest religią miłości. Nie ma żadnego usprawiedliwienia ani uzasadnienia dla czynów, które dokonał ten... półczłowiek. Jezus Chrystus, najważniejszy Nauczyciel tego wyznania niewątpliwie potępiłby straszliwie jego zachowanie.
    Mimo to znajdują się wciąż ludzie, którzy są w stanie ubzdurać sobie, iż to, co chcą zrobić, jest słuszne. Że dokonując wielkiego zła, według ich religii dokonują dobra. Nie ma tu znaczenia czy mówimy o chrześcijaninie, muzułmaninie czy wyznawcy dowolnej innej religii.
    Coraz więcej mówi się o 'zagrożeniu' ze strony Islamu, często wspomina się o nienawiści propagowanej przez nielicznych przecież wyrzutków tej religii... a tu coś takiego. Przykładów na chrześcijańską nienawiść można znaleźć od groma w całej Polsce, zwłaszcza wśród 'Prawdziwych Polaków'. Wystarczy wyjść z domu, posłuchać rozmów niektórych ludzi. Wystarczy włączyć telewizję i pooglądać tych, którzy podają się za bardzo religijnych chrześcijan. Od dawna w rozmowach ze znajomymi wspominałem, że fundamentalni chrześcijanie nie są lepsi od fundamentalnych muzułman, jednak do tej pory nie byłem w stanie zbić argumentu, że ci pierwsi nie dokonują krwawych zamachów terrorystycznych.
    Ale teraz już mogę bardzo łatwo tego dokonać.
    Ludzie od zarania dziejów zasłaniali się religią, gdy dokonywali okrutnych czynów, snuli mordercze i krwawe plany. Tu nie ma znaczenia tak naprawdę, czy mamy do czynienia z chrześcijańskim papieżem, który nawołuje do 'zabijania niewiernych' na krucjacie, czy islamskim fundamentalistą, który nawołuje w zasadzie do tego samego. Jeśli występuje jakaś różnica, to tylko na niekorzyść chrześcijan, bowiem papież jest oficjalnym przedstawicielem potężnego odłamu tej religii, a islamski fundamentalista - wyrzutkiem.
    Źle się w tym świecie dzieje, ale jeśli przyjrzeć się historii ludzkości, to zawsze działo się źle. Tym pesymistycznym stwierdzeniem zakończę ten wpis.
  10. Lord Nargogh
    Internet - uznawany przez wielu za ogromną zaletę rozwiniętej cywilizacji. Umożliwia niemalże dowolny, nieograniczony przepływ informacji. Wiedza jest na nasze wyciągnięcie ręki...!
    ... lecz czy to na pewno coś dobrego? Przed chwilą przeglądałem kwejka - i muszę przyznać, że zaczynam dostrzegać coraz więcej powodów, by wyrzucić tą stronę z ulubionych (jak niegdyś Demotywatory czy Komixxy). Coraz więcej 'obrazków' jest za przeproszeniem gównianych. 'Jeśli jesteś xxx wstaw to na facebooka', 'Lubię/kocham/masturbuję się patrząc na piwo/papierosy/wódkę'. Jakieś zdjęcia zajmujące pół strony słodyczy, butów, jakieś szybkoprzelatujące gify ze zdjęciami kobiet, pseudofilozoficzne wypociny w postaci wyciętych liter na czarnym arkuszu, umieszczone na jakimś zdjęciu (więc widzimy np. plażę w miejscu liter). A ostatnio - co gorsza - jakiś pseudonaukowy bełkot.

    Gówniarze i idioci próbują mądrze brzmiąc udowodnić prawdziwość swoich racji. Stąd ostatnio pojawiło się kilka 'według badań naukowców, żeby umrzeć od przedawkowania marihuany należy wypalić jej ilość równą 1/3 masy ciała' - i wiele innych kwejków prześcigających się w udowodnieniu, że palenie zielska jest dobre. Dla mnie to kretynizm jeden z wielu, ale każdy szanujący się człowiek dostrzeże bzdury w tych idiotyzmach. Przed chwilą jednak przeczytałem coś dużo bardziej niebezpiecznego, bo debilny, pseudonaukowy bełkot ucharakteryzowany w taki sposób, by brzmieć racjonalnie i realistycznie!
    Chodzi konkretnie o ten kwejk::
    http://kwejk.pl/obrazek/267055/bruneci,ras...pan%C3%B3w.html
    Czegoś równie głupiego nie przeczytałem dawno temu. Niemal ani jedno słowo tego tekstu nie trzyma się kupy. Neurony nie wytwarzają barwników i nie mają żadnej styczności z włosami. Nawet nie będę wnikać w szczegóły od strony biologicznej, bo nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale jestem w stanie łatwo obalić te tezy od strony fizycznej. Do blond włosów potrzeba więcej barwnika? [beeep] prawda. Włosy blond/żółte/jasne odbijają największą ilość światła w zakresie widzialnym. Włosy ciemne absorbują więcej światła. A co absorbuje to światło? Barwnik. Dlaczego absorbują go więcej? Bo jest w nich więcej tego barwnika. Zatem idąc rozumowaniem debila, który napisał ten tekst - bruneci powinni być mniej inteligentni od blondynów.
    Morał z tego wpisu płynie taki, żeby nie brać na wiarę wszystkiego, co brzmi mądrze.
    Na zakończenie jeszcze dodam, że zintrygowało mnie określenie 'partie w mózgu'. Osoba, która napisała tamten tekst niewątpliwie miała mózg pełen jednej partii. Najpewniej PiSu, bo właśnie ta partia ostatnio zasłynęła z pseudonaukowych analiz zwanych szumnie Białą Księgą. Ale to już dyskusja na kiedy indziej. Muszę Was ostrzec - wielkimi krokami nadchodzi wpis, w którym nie zostawię suchej nitki na żadnej z obecnie urzędujących partii. I nie tylko urzędujących, bo te pchające się do koryta zdają się być również coraz bardziej debilne.
  11. Lord Nargogh
    Napisałem kilka wpisów o tematyce naukowej i mam zamiar napisać ich więcej. Nie wiem jednak, czy właściwie dobieram tematy, które chcę omówić - nie wiem tak naprawdę, czy nie piszę oczywistych oczywistości nawet dla ludzi spoza 'branży', ani czy nie wybieram przypadkiem zjawisk, które nikogo nie obchodzą. Nie piszę tego w końcu dla siebie, bo nie muszę sam siebie przekonywać do zainteresowania fizyką i nauką - dlatego zdecydowałem się wyjść Wam naprzeciw i zaproponować, abyście (jeśli to Was interesuje) wyszli z propozycjami tematów, na które mam napisać - jeśli są jakieś zjawiska fizyczne, urządzenia bądź eksperymenty, które Was interesują a których nie do końca rozumiecie - mogę spróbować je wyjaśnić na tyle, na ile pozwoli mi moja własna wiedza.
    A zatem - czy jest jakiś naukowy temat, o którym chcielibyście przeczytać?
    Zastrzegam tylko, że pewnych dziedzin zwyczajnie nie lubię - takich jak mechanika kwantowa i elektronika - ale to nie znaczy, że nie posiadam wiedzy na ich temat.
  12. Lord Nargogh
    Zobowiązałem się do opisania odrobiny technik próżniowych po egzaminie, który odbył się dzisiaj (i zakończył dla mnie bardzo pozytywnie).
    Zacznijmy może od prostego pytania - czym jest próżnia? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: próżnia jest niczym.



    Zdjęcie próżni wykonane za pomocą skomplikowanych technik

    Z praktycznego i technicznego punktu widzenia ta definicja nie jest poprawna, ale do tego dojdziemy później.
    W próżni nie rozchodzą się fale mechaniczne (a co za tym idzie akustyczne), natomiast elektromagnetyczne propagują doskonale, najlepiej wręcz - bo nic im w tym rozchodzeniu się nie przeszkadza.
    Może na początek małe wyjaśnienie, które ułatwi zrozumienie idei technik próżniowych, mianowicie czym jest ciśnienie? W prosty sposób można je określić mianem skutków uderzania molekuł płynów (do których zaliczamy gazy i ciecze - w przypadku ciał stałych nazywamy to zjawisko raczej naprężeniem) w obiekty znajdujące się w ich obrębie, bądź znajdujące się wokół nich. Prosty przykład: człowieczek w zamkniętym pokoju pełnym powietrza. Molekuły i atomy będą uderzać w niego i w ścianki tego pomieszczenia, wywierając nań właśnie ciśnienie.
    A co ma ciśnienie do próżni?
    Bardzo dużo. 'Jakość' próżni określa się za pomocą ciśnienia, jakie znajduje się w jej obrębie. Przeciętne ciśnienie atmosferyczne to 1013 hPa (hektopaskali), bądź tyleż samo mbar (milibarów). Przyjął się następujący podział osiągalnych próżni:
    Próżnia wstępna >10^-3 mbar
    Próżnia niska LV (Low Vacuum): 10^-3 - 10^-6 mbar
    Próżnia wysoka HV (High Vacuum): 10^-6 - 10^-9 mbar
    Próżnia ultra wysoka UHV (Ultra High Vacuum): 10^-9 - 10^-12 mbar
    Próżnia ekstramalnie wysoka EHV (Extremely High Vacuum) <10^-12 mbar.
    Próżnia idealna - 0 mbar.
    Próżnia idealna nie istnieje - nawet w przestrzeni kosmicznej są to zakresy ciśnień do minimalnie 10^-16 mbara.
    No ale dobra, nie każdemu cyferki mogą coś mówić. Więc może przedstawmy to obrazowo: ciśnienie atmosferyczne wynosi ~10^3 mbara. Próżnia wstępna oznacza gaz milion razy rzadszy. Próżnia niska - tysiąc razy mniej, czyli miliard. I tak dalej. Jeśli przedstawić to na liczbie cząstek znajdujących się w pojedynczym centymetrze sześciennym (tak jakby koniuszek palca), to w przypadku ciśnienia atmosferycznego ich liczba wynosi około 2,7*10^19. Czyli miliard miliardów razy dwadzieścia siedem. W próżni ekstramalnie wysokiej ta liczba maleje do 10 000 cząstek przy górnej granicy.
    *patrzy na swój palec* jakby nie patrzeć, dalej jesteśmy daleko od próżni idealnej. Tym niemniej w ziemskich laboratoriach uzyskuje się w tej chwili próżnie rzędu 10^-16 mbara, co oznacza około jedną cząstkę na cm^3. Mało, ale nadal więcej niż 'nic'.
    Biznes próżniowy jest bardzo rozwinięty. Istnieje mnóstwo mocarnych firm, które zajmują się produkcją i wyrobem próżniowych akcesoriów - komory, przewody, zawory, pompy i wiele innych rzeczy. Są to elementy bardzo drogie, ze względu na wysoką jakość i precyzję wykonania. W przeciwnym razie nie byłoby możliwe uzyskiwanie aż tak wysokich próżni (bądź niskich ciśnień, jak kto woli).
    Komuś może się nasunąć pytanie - 'dlaczego nie da się zejść całkowicie do zera?' Wynika to z wielu zjawisk zachodzących wewnątrz układu próżniowego.
    Po pierwsze, osprzęt nie jest doskonały i na przykład pompy próżniowe mają tzw. 'strumień zwrotny', co oznacza mniej więcej tyle, że część odpompowanych molekuł powraca do układu i jest to absolutnie nie do uniknięcia. Dolna granica możliwości pompy pojawia się, gdy jej strumień zwrotny jest równy szybkości pompowania - wówczas taka pompa nie jest w stanie dać nam nic, prócz 'nie psucia' próżni i utrzymywania jej tak, jak jest. Jeśli to kogoś interesuje, mogę innym razem zrobić przegląd rodzajów pomp próżniowych - jest tego dostatecznie dużo na osobny wpis i działają one na wiele różnych sposobów - np pompy turbomolekularne, jonowe, kriogeniczne i wiele innych.
    Po drugie, osprzęt nie jest doskonały i podczas pompowania ważną rolę odgrywają tzw. gazy związane na powierzchni wewnętrznej układu. Chociaż pozornie wydaje nam się, że mamy jednolity i czysty materiał, nigdy nie jest tak w pełni. Po prostu atomy i cząstki gazów znajdują się tu i ówdzie na powierzchni i wewnątrz materiału i gdy obniżamy ciśnienie coraz bardziej, powoli się z niego uwalniają. Żeby ten proces przyspieszyć i zminimalizować jego negatywne działanie, stosuje się tak zwane 'wygrzewanie' układu próżniowego. Wiemy już z poprzedniego wpisu, co powoduje zwiększanie temperatury. Podgrzewając układ powodujemy zwiększenie hmm... szybkości drgań elementów układu, co ułatwia uwalnianie się tych molekuł i umożliwia ich odpompowanie. Można to sobie łatwo wyobrazić na przykładzie prześcieradła z okruchami. Jak prześcieradło będzie leżało spokojnie, to okruchy same z niego nie zlecą, jeśli natomiast zaczniemy nim delikatnie trząść, to w końcu zaczną tu i ówdzie podskakiwać i spadać.
    Co ciekawe, można proces osadzania się molekuł na powierzchniach wykorzystać także w drugą stronę, do wyłapywania i więzienia niechcianych molekuł z układu. Na tej zasadzie działają pompy sorpcyjne (na przykład kriogeniczne).
    Warto tutaj też wspomnieć, że molekuły i atomy wodoru są tak drobne, że potrafią przedyfundowywać (przenikać) z zewnątrz układu do środka.
    Na koniec myślę, że warto byłoby napisać 'po co to wszystko' - po co wydawać miliony i konstruować niezwykle precyzyjne i dokładne układu próżniowe?
    Mianowicie techniki próżniowe znajdują szerokie zastosowanie w wielu dziedzinach przemysłu i nauki. Wiele badań naukowych wymaga jak najlepszej próżni, zwłaszcza takich, które opierają się na manipulowaniu pojedynczymi molekułami - ot chociażby pułapka Paula. Niskie próżnie (a w zasadzie podciśnienie) znajdują zastosowanie w przechowywaniu żywności. Wszelkie skomplikowane i składające się z drobnych elementów układy elektroniczne są wytwarzane w mniejszych bądź większych próżniach. Wiele urządzeń, które trafia potem do użytku codziennego (ot chociażby silniki samochodowe) jest badanych metodami próżniowymi. Produkcja kropek, drutów i studni kwantowych wymaga zachowania wysokiej próżni. I wiele, wiele innych...
  13. Lord Nargogh
    Do napisania kolejnego wpisu z cyklu naukowych ciekawostek natchnął mnie egzamin, który ma się odbyć w poniedziałek i na który uczę się od kilku dni.
    Na dzisiaj przewidziałem temat pozornie banalny i oczywisty. Gdyby spytać niemal kogokolwiek o to, czym jest temperatura, ciężko byłoby znaleźć kogoś, komu nie wydawałoby się, że zna odpowiedź na to pytanie. Oczywiście tylko jeśli chodzi o temperaturę rozumianą potocznie jako 'ciepłota' otoczenia albo obiektu. W rzeczywistości (i naukowo) jest jednak nieco inaczej.

    Temperatura jest miarą średniej energii kinetycznej cząstek w danym układzie, czyli na przykład w powietrzu w pokoju, w którym się znajdujemy. Średniej, bo w przypadku molekuł posługujemy się danymi statystycznymi - nie jest możliwe (ani nie ma sensu) dokładne określanie parametrów pojedynczej cząstki (no, poza pewnymi badaniami naukowymi). Oznacza to mniej więcej tyle, że wszystkie cząstki wchodzące w skład powietrza poruszają się z mniejszą lub większą prędkością. Cząstki o niższej temperaturze poruszają się wolniej, niż te o wyższej.
    Średnią energię kinetyczna cząstki można wyliczyć z prostego wzoru:


    E=3/2kT

    Jeśli przyrównamy to do wzoru na energię kinetyczną z gimnazjum (E=mv^2/2), jesteśmy w stanie bardzo łatwo obliczyć przeciętną prędkość cząstki powietrza w pomieszczeniu, w którym przebywamy. Przybliżę tutaj całe powietrze do azotu (N), z którego składa się ono w większości. Po prostych przekształceniach uzyskujemy wzór na średnią prędkość cząstki:


    v=Pierwiastek(3kT/m)

    Gdzie k oznacza stałą Boltzmanna, T temperaturę wyrażoną w Kelwinach (ważne! potem wytłumaczę dlaczego), a m masę cząstki.
    Po obliczeniu tej średniej prędkości dla cząstki azotu w pomieszczeniu o średniej temperaturze 20 stopni Celsjusza, uzyskujemy wynik, że cząstki powietrza poruszają się średnio z prędkością... 730 m/s. Albo 203 km/h, jak kto woli. Nieźle, prawda? Pytanie brzmi jakim cudem nie czujemy tych uderzeń na swojej skórze? Cóż, odpowiedź brzmi, że jednak czujemy - poprzez ciśnienie atmosferyczne, ale to temat na inną dyskusję.


    Cząstki w formie gazowej.

    Kontynuujmy temat temperatury. Powiedzieliśmy już sobie, że temperatura jest miarą średniej energii kinetycznej cząstek. W związku z tym, ze spadkiem temperatury wiąże się spadek tej średniej prędkości. Więc nasze szybkie cząsteczki gazu będą poruszać się coraz wolniej... wolniej... i wolniej... aż do momentu przemiany fazowej. Tak naprawdę istnieje dużo faz pośrednich, ale skupimy się tylko na tych trzech najbardziej oczywistych: gaz, ciecz, kryształ.
    No więc nasza cząstka porusza się coraz wolniej, aż zaczyna coraz silniej oddziaływać z innymi wolniejszymi cząstkami 'swojego gatunku'. W ten sposób uzyskujemy ciecz.


    Panie i panowie, oto ciecz. Liczyłem, że uda mi się znaleźć coś lepszego (Jakąś animację pokazującą jak molekuły na chwilę łączą się i rozrywają), ale niestety nic takiego nie znalazłem.

    Mamy więc ciecz. Obniżamy nadal temperaturę naszej substancji, cząstki poruszają się jeszcze wolniej i coraz silniej zaczynają między sobą oddziaływać, by w końcu związać się mniej lub bardziej trwale. Uzyskujemy kryształ.



    Jednak - obniżyliśmy temperaturę do pewnego momentu, mamy już ciało stałe ale nadal nie osiągnęliśmy zera absolutnego? To w końcu jak, poruszają się czy nie?
    Odpowiedź brzmi: tak, poruszają - w pewnym zakresie. Mianowicie nasze wesołe cząstki oscylują i drgają na wiele sposobów. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić na ile różnych sposobów drgają niektóre kryształy - mogłyby zawstydzić większość uczestników tańca z gwiazdami swoimi pląsami.



    Drgania trwają dalej, wraz z obniżeniem temperatury słabną coraz bardziej... aż do momentu osiągnięcia... nie. Zawsze drgają. Pewien znany fizyk powiedział kiedyś, że da się opisać całą rzeczywistość za pomocą drgań i miał rację. Drgania molekuł nigdy nie ustają. Wynika to z trzeciej zasady termodynamiki - nie da się osiągnąć zera absolutnego (które oznaczałoby całkowity bezruch). Najbardziej utalentowani w tym aspekcie naukowcy zdołali uzyskać w laboratoriach temperaturę rzędu nanokelwinów (jeden kelwin podzielić przez miliard). Dlatego właśnie we wzorze na początku należało przedstawić temperaturę w Kelwinach, a nie stopniach Celsjusza, bowiem skala Celsjusza 'zeruje' się dla temperatury krzepnięcia wody w warunkach normalnych, w której cząstki posiadają jeszcze wysoką energię.


    I na koniec cały proces ochładzania jeszcze raz.

    Na koniec pójdźmy w drugą stronę - co się stanie, jeśli gaz będzie nadal zwiększać temperaturę? Otóż w pewnej chwili dojdziemy to takiego momentu, w którym atomy przestaną trzymać się w kupie. Będą poruszać się tak szybko, że elektrony powypadają im z orbitali i w ten sposób otrzymamy plazmę - luźną chmurę luźno latających elektronów (no i siłą rzeczy, jąder atomowych).
    Lecz czy to oznacza koniec? Nie, możemy plazmę ogrzewać nadal. I wówczas nawet jądra przestaną trzymać się kupy. A potem składniki tego jądra, bariony (protony i neutrony) rozpadną się na kwarki, które nie istnieją w naturze właśnie ze względu na nietrwałość w niskich (niskich oznacza INNYCH NIŻ NIEWYOBRAŻALNIE WYSOKIE) temperaturach.
    Ogólnie rzecz ujmując, granica istnieje tylko z jednej strony - nie da się osiągnąć zera absolutnego, jednakże co do wysokości temperatur limitu nie ma. Być może i kwarki w końcu rozpadają się na coś innego, ale o tym dowiemy się za wiele lat, bowiem zaobserwowanie nawet ich na dzień dzisiejszy jest bardzo trudne. Tym się tak w ogóle zajmują Zderzacze Hadronów takie jak LHC.
    Na dzisiaj to wszystko. Następnym razem napiszę może nieco o warstwach LB (tak jak obiecywałem), albo o niczym, czyli próżni, którą ten przedmiot także się zajmuje.
  14. Lord Nargogh
    Wiedźmin 2:
    system walki - *
    QTE -
    sterowanie - (nie można przypisać strzałek, leworęczni praktycznie nie mają jak grać)
    interakcja z otoczeniem i toporność - (muszę 10 razy podchodzić do każdych drzwi/skrzyni, żeby gra 'załapała' i wskazała mi je do interakcji)
    Jak na razie po przejściu prologu gra jak dla mnie nie zasługuje na więcej niż 5/10. Może później zmienię zdanie.
    Nie komentuje na razie informacji o 4 różnych rozpoczęciach, chociaż w prologu nie widziałem totalnie NIC co świadczyłoby o wybranej przeze mnie ścieżce w pierwszej części gry. Jeśli późniejsza rozgrywka tego nie wykaże, gra dostanie ode mnie kolejne za obiecanki cacanki twórców i ocena spadnie o oczko w dół.
    * - Jak można było zrobić system walki jeszcze gorszy niż w jedynce? Pytam się JAK!?
  15. Lord Nargogh
    Z czystej ciekawości zdecydowałem się rzucić okiem na tematy pracy pisemnej, jakie były częścią tegorocznej matury z języka polskiego. Wystarczyło pobieżne przejrzenie całego arkusza, bym całkowicie się zagotował. Nadszedł czas poruszyć temat, który irytował mnie niewiarygodnie przez cały okres trwania liceum.

    Może na początek po prostu zacytuję wspomniane tematy:
    Temat 1. Analizując wiersze "Gdy tu mój trup..." Adama Mickiewicza oraz "Światło w ciemnościach" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, porównaj ukazane w nich obrazy świata marzeń i rzeczywistości. Wykorzystaj właściwe konteksty.
    Temat 2. Analizując podane fragmenty powieści Zofii Nałkowskiej "Granica", przedstaw obraz Justyny i jej związku z Zenonem w oczach różnych bohaterów powieści. W kontekście całej powieści wyjaśnij, jakie konsekwencje wynikają z zestawienia odmiennych spojrzeń na bohaterów i relacji pomiędzy nimi.
    Po przeczytaniu wyżej wymienionych tematów, przyszła mi do głowy tylko jedna myśl.
    Co za stos bezwartościowego [beeep].
    Na poważnie - dzisiejszy sposób kształcenia młodzieży w zakresie języka polskiego w szkole średniej jest karygodny, śmieszny i całkowicie bezwartościowy.
    Zdolności językowe moich rówieśników, którzy ten egzamin mają już za sobą są po prostu żenujące. A to wszystko wynika z tego, że zamiast porządnie nauczyć nas, jak władać naszym ojczystym językiem zmuszano nas do bezustannej nadinterpretacji i wymuszonego uwielbienia wątpliwych 'dzieł' literackich, które ja określiłbym mianem - gówniane. Lektury szkolne z bardzo nielicznymi wyjątkami są tragicznie nudne i bezwartościowe gdy spoglądam na nie z perspektywy czasu. Dlatego też większość uczniów ich zwyczajnie nie czyta - ja byłem jedyną osobą w swojej klasie (w renomowanym ponoć liceum), która przeczytała wszystkie obowiązujące wówczas lektury. Zniechęca to ludzi do czytania książek w ogóle i doprowadza do cofania się młodzieży w rozwoju.
    Ja akurat byłem jedną z lepiej interpretujących przekazy autorów wierszy osób. Od mojej matury minęły już trzy lata i mogę z całą pewnością powiedzieć, że cały ten przedmiot w liceum był dla mnie całkowicie bezwartościowy. Wszystkie zdolności językowe jakie zdobyłem wyniosłem z gimnazjum. W liceum były tylko wiersze i nudne lektury, a także ograniczenie do jednej, maturalnej formy - analizy i interpretacji. Nie było pisania listów, recenzji, referatów, felietonów ani zwyczajnego dokształcania w zakresie poprawnego wysławiania się.
    Jedna wielka pieprzona strata czasu. Zawsze byłem pod tym względem straszliwie cięty, a moja polonistka mi tego nie ułatwiała, odpowiadając na moje pytanie 'po co to wszystko?' zabawnymi w jej odczuciu słowami, że 'może kiedyś w teleturnieju dostanę takie pytanie'.
    Na reformę edukacji nie ma co liczyć, każda kolejna bowiem zdaje się być gorsza od poprzedniej. Cały system nauczania w tym kraju, na każdym etapie kształcenia po prostu leży. Trudno mi wskazać przedmiot w szkole średniej, na którym wyłożono niezaprzeczalnie przydatną wiedzę. W szkole średniej przedmioty humanistyczne są stratą czasu, a ścisłe są zrealizowane w nudny i nieprzydatny dla człowieka niezamierzającego kontynuować edukacji w tym zakresie sposób. Natomiast gdy ktoś jednak zdecyduje się pójść w tym kierunku, to na studiach boleśnie przekona się, że w szkole średniej najzwyczajniej marnowano jego czas i nie nauczono go tego, czego trzeba. I wtedy istnieje kilka możliwości - albo ta osoba zawsze interesowała się tematem na wyrost i posiada potrzebną wiedzę dzięki własnemu wysiłkowi, albo błyskawicznie nadrobi zaległości ucząc się we własnym zakresie, albo też zostanie w danej dziedzinie zwyczajnym ciołkiem przynoszącym wstyd swoim kolegom po fachu. Takie ciołki bardzo często zdobywają nawet tytuł magistra, bo system oceniania na studiach nie jest sprawiedliwy i nieraz bez trudu udaje im się przeciskać poprzez kolejne semestry.
    A nie potrafią tak naprawdę nic.
    Reasumując - jeśli ktoś chce się uważać w tym kraju za człowieka wykształconego, nie powinien w ogóle polegać na organach edukacji, a zdobywać wiedzę we własnym zakresie. Na każdym etapie edukacji uczy się człowieka niepotrzebnych rzeczy, a o tym, co tak naprawdę jest potrzebne w życiu/w zawodzie/na studiach człowiek najczęściej przekonuje się boleśnie na skutek własnego nieprzygotowania do sytuacji, które przed nim się pojawią.
  16. Lord Nargogh
    Podobnie jak tydzień temu, dzisiaj siedzę sobie przy komputerze z dostępem do internetu w czasie trwania swoich badań. Mam dzisiaj się nauczyć właściwego osadzania na podłożach stałych, więc obiecany wpis o warstwach LB zbliża się wielkimi krokami.
    Ogólnie to dowiedziałem się wczoraj pewnej rzeczy, która znacznie zwiększyła mój zapał do pracy. Najprawdopodobniej zacznę przychodzić na te laborki więcej razy w tygodniu i to z własnej, nieprzymuszonej woli.
    Na koniec nieco popularnej ostatnio na blogach erotyki:
    AKT* W WANNIE:

    * - akt sprężania monowarstwy
  17. Lord Nargogh
    Zgodnie z obietnicą, napiszę dzisiaj conieco o jednym ze zjawisk fizycznych, z których będę korzystać w swojej pracy inżynierskiej. Na dzisiaj zdecydowałem się opisać podstawy 'działania' warstw L/LB. Jeśli mi starczy zapału i czasu, to napiszę kiedyś także o tzw. wzbudzeniu plazmonów powierzchniowych.
    Ale to nie koniec niespodzianek na dziś, dzisiaj bowiem także ujawnię swoją tożsamość i pokażę swoją twarz na blogu w trakcie pracowania nad jedną z takich warstw!

    Co to są warstwy L/LB?
    Warstwy L, czyli warstwy Langmuira to inaczej monowarstwy molekuł znajdujące się na powierzchni granicy faz. A co to tak naprawdę oznacza? A oznacza po prostu pojedynczą warstwę cząsteczek znajdującą się na granicy faz, na przykład fazy ciekłej i gazowej, najczęściej po prostu wody i powietrza. Opis procesu tworzenia takich warstw nie jest skomplikowany, ale zawiera dużo czasochłonnych czynności obejmujących czyszczenie absolutnie wszystkiego kilkoma sposobami. Pozwolę sobie te szczegóły pominąć, a jedynie wspomnę iż dokonuje się tego m.in. przy użyciu dość mocno szkodliwego chloroformu (stąd ta maska na zdjęciu). Po dokładnym wymyciu wszystkiego wyszukanymi sposobami, do tzw. wanny Langmuira nalewa się do pełna czystej, destylowanej wody zdejonizowanej w taki sposób, by utworzył się na niej wypukły menisk o grubości około 1mm. Potem dokonuje się paru czynności mających na celu sprawdzenie, czy na pewno dokładnie wszystko wyczyściliśmy i czy na pewno nie nasyfiliśmy dodatkowo w trakcie, a sprawdza się to m.in. przy użyciu tzw. płytki Wilhelmiego, która mierzy ciśnienie powierzchniowe, co znajduje także zastosowanie przy samym tworzeniu warstwy.


    Wanna Langmuira na której pracuję.

    Gdy już upewnimy się, że w wannie i wodzie nie ma syfu, możemy przystąpić do nakroplania przygotowanego wcześniej roztworu badanego związku w chloroformie. Ogólnie przyjęło się stosować stężenie 1 mikromola/mikrolitr, co wiąże się z odważaniem takich szokujących ilości np kwasu arachidowego, jak 0,000312 gramów. jakby to obrazowo przedstawić: gdy wrzuci się na wagę ilość równą mniej więcej 5-8 kryształkom cukru, to wyskakuje 2 razy więcej, niż potrzeba i trzeba czyścić wszystko od nowa i próbować jeszcze raz.
    No więc nakraplamy ten roztwór na powierzchnię wody - oczywiście trzeba to robić w odpowiedni sposób. Zostawiamy wszystko na około 15 minut, aż chloroform odparuje (jest on bowiem jedynie fazą nośną dla badanej substancji), po czym przystępujemy do tzw. sprężania. Sprężanie polega na zbliżaniu do siebie molekuł związku znajdujących się na powierzchni wody za pomocą dwóch hydrofobowych barier (wanna także jest hydrofobowa, a barierki mogą także być hydrofilowe). Oznacza tak jakby sympatię danej substancji do wody i na przykład materiał, z którego wykonane są wanny to teflon (ten sam, którym pokrywa się patelnie), który jest silnie hydrofobowy i sprawia, że woda się po nim nie 'rozpływa' najprościej mówiąc.
    Bariery się przybliżają coraz bardziej, a molekuły wraz z nimi. Na początku (o ile nie nakroplimy za dużo związku) mamy tam tzw. fazę gazu doskonałego, kiedy cząsteczki związku na powierzchni wody zachowują się jak gaz, potem przejście fazowe w dwuwymiarową ciecz, a na końcu przejście w dwuwymiarowy kryształ. Są też pewne fazy pośrednie, ale to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. W pewnym momencie, jeśli będziemy nadal sprężać daną warstwę, to nastąpi tzw. załamanie warstwy, które polega na tym, że... hmm... może posłużę się obrazowym przykładem: stanie się mniej więcej wówczas to, co się dzieje przy ściskaniu dwóch końców pojedynczego wafla do środka. Oczywiście to dość spore i błędne przybliżenie, bo mogą się dziać także różne inne dziwne rzeczy, ale pozwoli na pewne wyobrażenie, co się może stać.
    Taka poprawnie sprężona warstwa, to wspomniana wcześniej warstwa Langmuira.


    Powiedziałbym, że jest to idealna warstwa molekularna, ale nie jest, bo na etapie początkowym badania substancji spręża się ją do załamania, by dokładnie wiedzieć 'ile można'. Zważcie na to, że na tym zdjęciu wyraźnie widać, że nic nie widać. Jest to bowiem zwykły kwas arachidowy, a nie barwnik - w przypadku użycia niektórych barwników można dostrzec działanie pojedynczej warstwy molekularnej gołym okiem. Ale w nanotechnologii i fizyce molekularnej nie jest ważne, by coś było widać, tylko by działało ;]

    O warstwach LB wiem na razie nieco mniej, bo nie zajmowałem się nimi jeszcze, więc opiszę je dokładniej kiedy indziej, ale pokrótce chodzi o osadzenie sprężonej warstwy Langmuira na ciele stałym. Daje to duże możliwości zastosowania w wielu dziedzinach nauki i życia codziennego, ale tak jak wspominałem - opiszę to dokładniej kiedy indziej. Dość tego pseudonaukowego bełkotu na dziś.
    Ach, byłbym zapomniał: miałem w końcu się ujawnić!


    Lord Nargogh approves!
    PS: Tak chodzę na codzień. Na skutek pewnego nieszczęśliwego wypadku na pewnej planecie wulkanicznej jestem zmuszony nosić zestaw podtrzymujący mnie przy życiu. No, akurat na tym zdjęciu nie widać tych słuchawek do mp4...

  18. Lord Nargogh
    Przed chwilą założyłem sobie konto na platformie Steam, bo jak się okazało nie istnieje inna możliwość zagrania w legalnie zakupioną grę (Fallout: New Vegas). Pomijając całą wściekłość jaką wprost ociekam z powodu iż zostałem zmuszony do zrobienia tego, czego nigdy robić nie zamierzałem (Xfire z powodu tego [beeep] nawet nie zauważa gry i nie jestem w stanie znaleźć w folderze ze Steamem właściwego pliku .exe który xf zauważy i przyjmie za prawidłowy - ponoć wystarczy zwykły notatnik o odpowiedniej nazwie, a tymczasem plik .exe w folderze steama nie jest w stanie spełnić tego wymogu. O tym że nie mogę sobie nawet skrótu do gry na pulpicie zrobić nie wspominając) - postanowiłem poruszyć sprawę która nurtowała mnie od dawna, a która za sprawą tej właśnie gry przypomniała mi się na nowo.
    Achevementy w grach.
    Być nagradzanym za postęp dokonany w grze - ciekawa idea, ale tylko w przypadku gdy nagroda jest uzasadniona i niesie za sobą pewien wysiłek włożony w jej zdobycie. Ja natomiast zostałem uraczony pierwszym achievementem za... uruchomienie gry. Oczywiście nazywa to się zupełnie inaczej, ale nie zrobiłem nic więcej prócz włączenia i wyłączenia gry. I zdaniem jej twórców to niebywały sukces z mojej strony. Takich achievementów jest oczywiście więcej, ale to przelało moją czarę goryczy.
    I potem ktoś się dziwi, że twórcy gier robią gry dla casuali - no a dla kogo mają robić, skoro mają graczy za kompletnych idiotów których trzeba nagradzać za wykonanie najprostszych czynności? Gdyby przełożyć całą sytuację na życie codzienne, to każdy z nas powinien mieć całą ścianę w achievementach za przełomowe sukcesy takie jak np. wstanie z łóżka, zjedzenie obiadu, wypicie herbaty a nawet za przeproszeniem zrobienie kupy.
    Paradoksalnie to ostatnie może nieść za sobą dużo więcej wysiłku niż zdobycie większości achievementów w niektórych grach.
    Tyle na dzisiaj. Wracam do grania w Neverwinter Nights 2.
  19. Lord Nargogh
    Ha, okazuje się, że mam tu w laboratorium LB internet. Uprzyjemni mi zapewne te dziesiątki godzin spędzone na pomiarach... może kiedy indziej opiszę dokładniej, co ja właściwie robię w tym laboratorium. A dotyczy to... tadadam... FIZYKI MOLEKULARNEJ! HA!
  20. Lord Nargogh
    Powracam po długiej przerwie do prowadzenia tego jakże popularnego i uwielbianego bloga. Zacznę od razu z grubej rury od tematyki która jest bliska większości graczy - LASERÓW.
    Niewielu spośród nich zdaje sobie tak naprawdę sprawę z tego, jak działa rzeczywisty odpowiednik ich ulubionej broni. Ja spróbuję wytłumaczyć podstawową budowę i działanie lasera w sposób barbarzyńsko prosty. Od razu podkreślę że szczegółowy i precyzyjny opis zajmuje kilka grubych woluminów napisanych tak podłym naukowym żargonem, że moje oczy wymiotowały na sam tego widok i osobiście nie cierpię części fizyki zajmującej się laserami. Wybrałem inną specjalność - nanotechnologie. No, ale odbiegam od tematu.

    Najlepiej będzie zacząć od rozszyfrowania nazwy tego urządzenia - LASER to inaczej skrót od Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation. Można to przetłumaczyć jako 'Wzmocnienie Światła poprzez Wymuszoną Emisję Promieniowania'. Pamiętajcie zatem że poprawna polska nazwa to WŚWEP i najlepiej takiej właśnie używać, gdyż jest ona wyraźnie prostsza i łatwiejsza w wymowie od oryginalnej.
    Podstawy teorii potrzebnej do opracowania Lasera opracował Einstein w 1917 roku (publikacje na temat emisji spontanicznej i wymuszonej oraz absorpcji). Prekursor Lasera zwany Maserem (skrót oznacza niemal to samo, tylko zamiast 'Light' mamy 'Microwaves' <mikrofale>) powstał w 1954 roku, zaś właściwy pierwszy działający Laser został uruchomiony w 1960 roku. Był to laser rubinowy, którego nazwa pochodzi od ośrodka czynnego, ale do tego dojdziemy później.
    Najprościej można powiedzieć że Laser składa się z trzech elementów - układu pompującego, ośrodka czynnego i rezonatora. Co się kryje za tymi nazwami?
    Układ pompujący wytwarza inwersję obsadzeń. Oznacza to, iż więcej molekuł w ośrodku czynnym znajduje się w stanie wzbudzonym, niż w stacjonarnym. Gdy molekuła jest w stanie wzbudzonym to dąży do 'rozładowania się' niczym nastolatek pod wpływem burzy hormonów gdy rodziców nie ma w domu. Przykład ten jest o tyle trafny, że w obu wypadkach mamy do czynienia ze swojego rodzaju emisją na skutek tego dążenia. Molekuła wyemituje kwant promieniowania (foton, albo po prostu światło po ludzkiemu) a nastolatek... coś innego, jednak jest to dyskusja na inny termin i miejsce.
    Wyemitowane fotony krążyć będą następnie po rezonatorze, co umożliwi uzyskanie promienia świetlnego o pożądanej mocy. Prostym przykładem rezonatora może być interferometr Fabry-Perota składajacy się z dwóch częściowo przepuszczalnych zwierciadeł ułożonych naprzeciwko siebie. Wyemitowane światło odbija się od nich wielokrotnie, ostatecznie wychodząc z rezonatora i dając nam promień laserowy.
    Lasery można podzielić według różnych kategorii - ja ograniczę się do wspomnienia o podziale według ośrodka czynnego. Mamy więc lasery gazowe, barwnikowe, na ciele stałym a także te najpopularniejsze - półprzewodnikowe. Laser półprzewodnikowy macie w komputerze z którego przeglądacie ten blog, w stacji dysków DVD. Także wszelkie straganowe lasery są półprzewodnikowe.
    Każdy ośrodek czynny ma inne właściwości, wymaga innej 'obsługi' i oferuje inne zastosowanie do lasera.
    Nie wnikając w szczegóły, oto kilka foć laserów na różnych ośrodkach czynnych:


    Laser barwnikowy z naszego wydziału. Osobiście nigdy go nie widziałem, na laborkach pracujemy głównie na straganowych półprzewodnikowych kupolaserach.




    Rubinowy pręt służący za ośrodek czynny w laserze na ciele stałym.




    Laser gazowy na dwutlenku węgla.

    To tyle na dzisiaj. Wiem, że fizyka w zasadzie nikogo nie obchodzi, ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. Jak będę miał ochotę, to będę o niej pisał. Zawsze to zdrowsze od ciągłego klnięcia na braci...tfu, Kaczyńskiego.
  21. Lord Nargogh
    Mam ostatnio bardzo ciężki okres. Nauka zajmuje mi czas od powrotu z zajęć, do około 1-2 w nocy. Dzisiaj sobie postanowiłem, że zobaczę sobie jak wygląda świeżo kupiona gra - Dawn of War II. Wydzieliłem na tą czynność nie więcej niż 10 minut - muszę w końcu zrobić sobie jakąś przerwę, bo oszaleję. Odpowiednio wcześnie wstawiłem DVD do czytnika i w międzyczasie jak gra się instalowała, dalej się uczyłem. Po jej odpaleniu okazał się mym oczom taki oto obraz:



    Myślę, że komentarz jest zbędny. Dziękuję platformie Steam za umilenie mi trudów nauki przed sesją. Wracam do pracy.
    EDIT: Zmieniłem nazwę, bo zmieniłem zdanie. Steam jest spoko, przynajmniej działa bez zarzutu. A na GfWL do tej pory nie udało mi się zalogować...
  22. Lord Nargogh
    Od dłuższego czasu narzekam na najnowsze produkcje w świecie gier. Nie podobają mi się, bo zwykle są zwyczajnie słabe na tle swoich poprzedniczek (oczywiście poza jakością grafiki, która dla mnie nie ma akurat żadnego znaczenia).
    Czasami zdarzają się jednak wyjątki - perełki, które sprawiają mi wiele radości i uzależniają na długo już po kilku pierwszych minutach grania. Do takich tytułów zaliczyłbym bez wahania Worms Reloaded.

    Ta gra jest idealnym przykładem tego, czego oczekuję po sequelach - po prostu więcej tego, co było już dobre. Zmiany w grafice w porównaniu z Worms Armageddon są bardzo duże, przy jednoczesnym zachowaniu klimatu i stylu pierwowzoru - co zwykle jest bardzo trudne do osiągnięcia. Plansz jest mnóstwo (zawarte są nawet te z Worms World Party), broń w większości wypadków taka sama, a opcji rozgrywki jest dużo więcej. Nie będę za bardzo wnikać w szczegóły, bo nie mam zamiaru pisać tu recenzji - po prostu uargumentować jakoś fakt, iż zakochałem się w tej grze od pierwszego wrażenia.
    Jedyny mankamencik to jak dla mnie limit robali w jednej drużynie (maksymalnie 4) i limit drużyn biorących udział w jednej potyczce. W Armageddon wydaje mi się, że robaków można było mieć co najmniej 8, tak samo jak drużyn, z tym że mogło być maksymalnie chyba 32 robaków na jednej planszy.
    Ale nic to, z obecną 16 i tak wydaje się być dość gęsto.
    Dodane efekty przerażenia robaków widzących dynamit, który ma za chwilę wybuchnąć rozbawiają mnie za każdym razem, gdy je widzę/słyszę.
    Dobrym pomysłem było wprowadzenie sklepu z premiami, broniami, nagrobkami i planszami do wykupienia za zdobyte na różne sposoby (za różne osiągnięcia w grze) fundusze.
    Podsumowując - dobra robota, panowie z Team 17. Ostatnich kilka części serii (trójwymiarowych) nie przekonało mnie do siebie, ale męcząc robale w Worms:Reloaded czuję się jak w domu.
    A brakowało mi tego, bo WWP nie udało mi się uruchomić ani na Viście, ani na Win7 64bit.
×
×
  • Utwórz nowe...