Moim zdaniem w Polsce nie ma systemu stricte demokratycznego. Istnieją pewne jego pozory, ale fakty pozostają faktami. Zastrzegam, że tą opinią nie przyznaję racji Jarosławowi Kaczyńskiemu, który uważa że wyniki wyborów są fałszowane. Uważam że są one całkowicie rzetelne i prawdziwe, jednakowoż poddaję w wątpliwość sam fakt czy te wybory są w istocie jakimkolwiek wyborem.
Zastanówmy się najpierw nad tym, kogo możemy 'wybierać'. Wychwalając system demokratyczny często używa się argumentu, że każdy może (gdy nie podoba mu się obecna sytuacja) wziąć się w garść, ruszyć w politykę i zmienić kraj na lepsze. Jest to za przeproszeniem przysłowiowa [beeep] prawda. Prześledzę tutaj drogę takiego ambitnego obywatela i potencjalne możliwości, jakie przed nim stoją.
Początek - mam pewne ideały, chcę dla kraju jak najlepiej. Idę w tym celu w politykę.
Wariant A: wybieram którąś z istniejących już partii politycznych. -> muszę zrezygnować z wielu moich przekonań -> staję się częścią systemu, który chciałem zmienić -> nic nie zmieniam.
Wariant B: żadna z nich mi nie pasuje, zakładam własną, zgodną z moimi przekonaniami. -> a) mówię tylko prawdę i próbuję przyciągnąć wyborców rzetelnymi argumentami i kompetencją ludzi, którzy są ze mną, b) żeby dostać się do władzy, będę musiał trochę nakłamać by oszukać naiwny lud. Tfu, dużo nakłamać, oczerniać, manipulować faktami. Rezultaty a) - nikt mnie nie wybiera, partia ma bliskie zeru poparcie -> nic nie zmieniam. b) staję się dokładnie tym, z czym chciałem walczyć -> nic nie zmieniam.
Polska polityka zna tylko i wyłącznie takie przypadki. Obaliłem zatem teorię o tym, że każdy może skorzystać z uroków demokracji i uczynić kraj lepszym.
Przejdźmy teraz do weryfikacji czy wybór jest faktycznie wyborem. Mamy do dyspozycji (na karcie wyborczej) tylko ludzi, którzy zostali wybrani przez kogoś z zarządu partii. Jeśli ktoś im podpadł, lub wydawał się niebezpiecznie niezależny - dostawał marne miejsce, albo nie dostawał go wcale. Już widać, że wybór jest naprawdę mocno ograniczony - ale dobrze, mówi się trudno, głosujemy na kandydata A, który wydaje się być rzetelny i kompetentny.
Kandydat A zostaje wybrany. Ma teraz kilka możliwości: podporządkować się dyscyplinie partyjnej i pogodzić się z blokadami realizacji jego szczytnych pomysłów przez władze partii. Może również zbuntować się, założyć nowy klub i utonąć w otchłani niepamięci. Efekt jest ten sam - nic się nie da zmienić.
My wybieramy 460 posłów. Ale to nie my decydujemy jak oni będą głosować w Sejmie. Decydują o tym przywódcy partyjni, a my nie mamy nic do gadania. Możemy się tylko pogodzić z tym, jak jest. Jeśli zdecydujemy się ukarać tych ludzi oddając głos na inne ugrupowanie, zmieni się tylko sztandar - metody nie ulegną zmianie. Do usranej rewolucji będzie w tym kraju dokładnie tak samo.
Nie mamy żadnego sposobu na rozliczenie ludzi ze złożonych obietnic wyborczych. Że niby nieoddanie na nich głosu jest jakąś karą? Ja szczerze mówiąc taką karę bym zniósł zadziwiająco lekko, mając za sobą przynajmniej jedną kadencję lekkiej pracy, ogromu przywilejów i bardzo wysokiej pensji.
Dalej: wybieramy ugrupowanie, ale nie mamy żadnego wpływu na kształt powstałego po wyborach rządu. Wśród wszystkich kandydujących opcji politycznych panuje cicha zmowa niepodawania planowanego gabinetu cieni. Słowem - nie mamy pojęcia, jacy będą ministrowie. Każe nam się wybrać kota w worku. Były przypadki, gdy ktoś przed wyborami podawał kandydatów na te stanowiska, ale potem... nie dotrzymywał słowa.
Właśnie. Dotrzymanie słowa. Tu nawet już nie chodzi o te nieszczęsne obietnice wyborcze. Głosujesz na jakieś ugrupowanie wierząc mu na słowo, że z partią XXX nigdy nie wejdzie w koalicję tylko po to, by parę miesięcy później przekonać się że jest zupełnie inaczej. I ponownie nie ma żadnego sposobu na rozliczenie tych ludzi za ewidentne kłamstwo.
Ktoś może powiedzieć że zostali już ukarani bo rząd się zmienił. Ale z tego co ja widzę, to jakoś nie wyparowali z Sejmu i nic nie wskazuje na to, by do tego miało dojść. Przywileje i forsa dalej należy do tych samych osób.
Podjęto dobry krok z wprowadzeniem okręgów jednomandatowych do Senatu. Ja osobiście nie oddam głosu w żadnych wyborach, dopóki ten sam pomysł nie zostanie wprowadzony do wyborów do Sejmu. Obecna ordynacja 'zmusza' ludzi do głosowania na duże ugrupowania i zniechęca do głosowania na małe, bo przy 5% progu wyborczym mają minimalne szanse na wejście do Sejmu. Dlatego ja uważam, że próg wyborczy powinien wynosić 3,3%. Jest to w zaokrągleniu równe liczbie posłów potrzebnych do złożenia projektu ustawy (15). Ktoś może powiedzieć: jak będzie można rządzić przy takim rozdrobnieniu? Nie będzie żadnej zgody wśród posłów, i tak dalej. Ja powiem krótko - a teraz jest? Teraz mamy do czynienia z głosowaniem przez ugrupowania sobie nawzajem na złość. W jednej kadencji partia A wnosi projekt X, partia B głosuje przeciw i projekt odpada. W następnej partia B wychodzi z dokładnie tym samym projektem... i tak na okrągło. Rozdrobnienie w sejmie doprowadziłoby tylko do rozbicia potęgi panujących obecnie ugrupowań. Ponadto wyborcy odważniej oddawaliby głos na małe ugrupowania, zwiększając ich szanse na dostanie się do parlamentu jeszcze bardziej.
Punkt ostatni - konstytucja RP. Wielu zmian w ordynacji nie zostanie wprowadzonych 'ze względu na ich niezgodność z konstytucją', podobnie jak wiele innych pożytecznych ustaw. Bardzo mi się to nie podoba, konstytucja została wymyślona przez ludzi i nikt nie powiedział, że jest doskonała w takiej formie w jakiej jest. A dokonanie w niej zmian jest absolutnie niemożliwe (3/4 głosów w Sejmie? Ktoś poważnie wierzy że to możliwe? Jaka koalicja będzie miała taką władzę!?).
Reasumując - demokracja w Polsce jest całkowicie pozorna. Można sobie co prawda oddać głos na jakichś wysuniętych przez partie kandydatów, nie można jednak w żaden sposób wpłynąć na wprowadzenie zmian, na których nam zależy. Oddałem głos w poprzednich wyborach na Platformę Obywatelską i przez cztery lata obserwowałem, jak powoli nie dotrzymuje większości ze swoich obietnic wyborczych. Miałem przed tamtymi wyborami duże nadzieje na zmiany, które nie nadeszły nawet gdy zarówno parlament jak i prezydent był w rękach jednej partii. Obiecanych zmian nie wprowadzono z lenistwa albo interesu partyjnego (pożyteczna ustawa, ale niepopularna u prymitywnego ludu - więc nie można jej przeprowadzić na przykład, bo nas jeszcze potem nie wybiorą!). Interesowałem się w tym czasie również dokonaniami poprzednich rządów i okazało się, że to była jedynie powtórka z rozrywki. Dopóki w tym kraju nie zmieni się reguł wyborów, nie wpuści trochę świeżej krwi, nie osłabi molochów partyjnych i nie da szansy dla mniejszych ugrupowań - zmian nie będzie nigdy.
Dlatego nawołuję - nie idźcie na wybory albo przynajmniej oddawajcie puste głosy. Wybór absolutnie żadnej partii nic nie zmieni (nawet przejście z PO na PiS obiektywnie ujmując nie spowoduje żadnych zmian - będzie się działo dokładnie to samo, pośmiewiskiem na arenie międzynarodowej jesteśmy już teraz, PiS nie musi być w rządzie żeby na to pracować), a w ten sposób będziemy mieli szansę wysłać wyraźny komunikat - 'pierdolcie się z tym chorym systemem'.
PS: W czasach PRLu była Jedna Wielka Partia, która posiadała w Polsce władzę. Moim zdaniem dzisiaj jest identycznie, z tym że możemy sobie tą Jedną Wielką Partię wybrać. Efekt jest dokładnie ten sam. Zarząd partii decyduje o wszystkim.
Wpis sponsorowany przez komitet wyborczy partii ChWDSP (...Systemowi Partyjnemu). Celowo chaotyczny.
- Czytaj dalej...
- 6 komentarzy
- 415 wyświetleń
