Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Zapanowała moda na chwalenie się swoimi kolekcjami, więc nie będę gorszy i pokażę co takiego dobrego nagromadziłem przez te wszystkie lata. Pamiętajcie tylko, że to nie jest nawet mniejsza połowa większej połowy średniej połowy mojej kolekcji!
    Na początek artefakt jaki udało mi się znaleźć w pudełku z zestawem nazywającym się 'trzecia ręka' i służącym do dokonywania drobnych czynności manualnych (ot, taka lupa na stojaku). Niestety nie udało mi się do tej pory określić jego właściwości. Czy na pokładzie jest jakiś wizard z zapamiętanym zaklęciem identyfikacji?

    Eksponat numer dwa - kiedyś pewna grupa poszukiwaczy przygód zdobyła dla mnie artefakt niezwykłej mocy - nic innego jak samą Włócznię Przeznaczenia we własnej osobie!

    Trzeci artefakt zdobyłem podczas konsumpcji napoju pewnej marki. Jest to zaszyfrowana mapa do bliżej nieokreślonego skarbu! Nie płaciłem za nią, po prostu polowałem na odpowiednią butelkę aż trafiłem na to co trzeba. No ale Wy laicy kolekcjonerstwa nie zrozumiecie.

    Do czwartego artefaktu mam pewien szczególny sentyment. Jest to fragment Andurila, który skruszył się gdy Sauron na niego nadepnął. Zdobyłem go na pewnej aukcji jako gratis.

    Piąty eksponat kupiłem kiedyś od tajemniczego Cygana. Zapewniał mnie on, że wielokrotnie zwiększa siłę użytkownika.

    Ten artefakt dostałem gratis do mikroskopu. Jestem pewien, że był to wyjątkowy egzemplarz bo naprawdę musiałem się natrudzić, żeby go zdobyć.

    Siódmy eksponat stanowi swoisty Order za odwagę - dostałem go od pani dentystki za to, że byłem mężny podczas niewyobrażalnych tortur, jakim mnie poddawano. Nikt przede mną nie wykazał się wystarczającą odwagą i hardością, by otrzymać ten unikatowy przedmiot. O boże, jak ja bardzo muszę być lepszy od Was.

    Ostatni, ósmy artefakt to unikatowe ogniwo galwaniczne które dostałem wyjątkowo gratis jako piąte w opakowaniu. Ponownie jego zdobycie przez moją osobę było ewenementem - reszta żałosnych frajerów płaciła tą samą cenę za śmieszne 4 baterie!

    To by było na tyle. Oczywiście nie pokazałem całej mojej kolekcji, ale nie chcę Was wprawiać w kompleksy i załamanie - jestem człowiekiem tolerancyjnym i wiem że ludzie nie tak Wspaniali jak Ja którzy nie zdobyli takiej Niezwykłej Kolekcji mają swoje uczucia i łatwo je zranić wypominając im ich mierność. Gdybyście mieli jakieś pytania to jak zawsze chętnie pomogę, ale nie liczcie że osiągniecie Mój Ogrom.
  2. Lord Nargogh
    Na początek obawiam się że muszę zgasić podniecenie rozpalonych forumowych ekonomistów - nie będę dzisiaj mówił o inflacji ani walucie. Jednakże o 'złotym' wspominać będę tutaj więcej niż jeden raz, a jednocześnie użyję tego wyrazu tylko jednokrotnie. Jak to możliwe? Ano tak, że ostatnimi czasy to słowo dorobiło się całej gamy nowych synonimów.
    I nikt tak naprawdę nie wie po co. A może Wy wiecie? Jakby co, to nie wstydźcie się mnie oświecić w komentarzach.
    Do tego tematu natchnęła mnie dzisiaj komunikacja miejska, albowiem czekając na przyjazd autobusu, mimowolnie zacząłem czytać ogłoszenia porozwieszane na okolicznych latarniach (nie żeby to w Polsce było zabronione - jesteśmy państwem ludzi praworządnych i uczciwych, więc nikt nie rozwiesiłby żadnego ogłoszenia wbrew prawu). Większość z nich było standardowym, nudnym pożyczkowym bełkotem, jeden plakat jednak wyróżniał się na tle pozostałych.
    (Akurat nie z powodu tony błędów ortograficznych, które na nim się znajdowały)
    Moją uwagę przykuła informacja o kosztach wejścia na dyskotekę (bo o tym tak w ogóle był plakat):
    Wjazd - 5 zyli
    Zyli. Czyli to już do tego doszło. 'Zeta' przestało wystarczać, nie wspominając już w ogóle o anachronicznych 'złotych'.
    Nasuwa się pytanie: po co to komu? O ile jeszcze w przypadku 'Zeta' można silić się na argumentację że to słowo jest krótsze, to po jaką cholerę przechodzić do jakichś 'zylów'? I co będzie następne?
    Wlot - 4 zygi
    Wpływ - 3 zonki
    Wpełz - 5 zergi
    Zapewne z ostatniego rozwiązania najbardziej zadowoleni byliby fani Starcrafta. Złotówka - Zerg, Grosz - Protoss.
    '- Poproszę chleb.
    - Dwa zergi czterdzieści dziewięć protossów.'
    Takie rozwiązanie miałoby chociaż odrobinę stylu i klimatu, w przeciwieństwie do durnych 'zyli'.
    A najgorsze jest to, że te głupie 'zyle' to wierzchołek góry lodowej. W naszym kraju język ciągle ewoluuje - i to nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wystarczy sobie wejść na taką witrynę jak Miejski słownik slangu. Na razie wystarczy, a kiedyś będzie to niezbędne by porozumieć się z Polakiem wywodzącym się z innego 'blokowiska'.
    Spójrzmy na kilka losowych słów zaczynających się literą 'A':
    - Abiebie, abubaka, agrobrendy, anus... no dobra, słowo anus wszyscy znamy ;P
    W każdym razie zwróćcie uwagę na te pozostałe - to ma być język polski? Taka ma być nasza ojczysta mowa? Tego chcemy słuchać, to chcemy wypowiadać?
    Dla mnie to brzmi raczej jak jakaś bardzo radykalna odmiana kongijskiego (jeśli takowy istnieje).
    Wiecie co te słowa w ogóle znaczą? Słyszeliście je kiedyś wcześniej?
    Mógłbym zmarnować tysiące znaków na omówienie innych nowych 'słów' w naszym języku, ale po co tracić czas - i tak większość normalnych ludzi wcześniej o nich nie słyszała.
    Dla mnie takie zjawisko jest co najmniej niepokojące - nie tylko ze względu na to, że trudno mi zrozumieć taką mowę. Nie, to nie jest największy problem.
    Moim zdaniem największym problemem przy stosowaniu i wymyślaniu takich słów jest tak zwane wieśniactwo wypływające strumieniami z osoby, która się na to sili. Nie oszukujmy się - taki wymuszony slang nie ma żadnego stylu.
    Co da się z tym zrobić? Nic się z tym nie da zrobić. Można tylko pilnować samego siebie, żeby przypadkiem nie przerodzić się w takiego slangowego potwora. Ponadto można zapamiętać dwa słowa z tego neo-slangu, którymi będzie można zawsze się posłużyć gdy ktoś będzie rzucał w naszą stronę 'zylami' i innymi 'abiebiami'.
    Narx, Ziomichochu!
    I modlić się że ten przedstawiciel Żalo-Sapiens zrozumie co mamy na myśli wypowiadajac te słowa.
    PS: Wiem, że dawno temu obiecałem dokończenie mojej listy ludzkich cech, które wzbudzają we mnie obrzydzenie, ale jakoś nieszczególnie mam zapał, żeby to teraz zrobić. Jakby ktoś totalnie nie miał niczego ciekawego w swoim życiu i jakimś cudem chciał ją przeczytać, to nie ma się czego bać - ta lista w końcu zostanie uzupełniona, ba! Ona wciąż się rozrasta, bo ludzkość codziennie podsuwa mi kolejne powody do intelektualnej niestrawności.
  3. Lord Nargogh
    Dzisiaj dla odmiany nie będzie o polityce, forum ani innych głupotach.
    Dzisiaj dla odmiany będzie o mnie.
    W ubiegły piątek pisałem ostatni, najtrudniejszy egzamin z ubiegłego semestru, a w zasadzie najtrudniejszy w moim życiu. Był to egzamin z fizyki jądrowej. Pytań na niego było łącznie 74, a czasu na ich wyuczenie się - około tydzień. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tych pytań na oczy. Nie miały żadnego związku z tym, co było na wykładzie, bo na wykładzie nie było praktycznie nic - nasz profesor od Fizyki Jądrowej to prawdziwy mistrz offtopu.
    Wiem, że ludzie często przesadzają pisząc że 'nic' nie było na wykładzie, ale tym razem to prawda.
    Ten egzamin był dla nas swoistym Termopile, stąd też podałem taki a nie inny tytuł wpisu.
    Żeby pokazać Wam na czym tak naprawdę polegał nasz dramat, zamieszczam poniżej linka do pytań egzaminacyjnych (Nie będę ich tu wstawiał, bo po prostu szkoda miejsca. Zamiast tego upchnąłem je na samym dnie bloga, by innym nie rzucało się w oczy a mi przypominało o batalii jaką niegdyś musiałem stoczyć):
    http://forum.cdaction.pl/index.php?autocom...showentry=10713
    Dla znawcy tematu te pytania mogą się wydawać banalne - jednak powtarzam - tego nie było na wykładzie, a znalezienie na nie odpowiedzi przy użyciu internetu i stosu książek zajęło mi cały tydzień. Codziennie od 11-18.
    Na nauczenie się opracowanych odpowiedzi już nie wystarczyło mi czasu.
    O pytania nie mogliśmy się doprosić od początku nowego roku, aż do 18 lutego. Egzamin był 26.
    Wiem, że pytania egzaminacyjne wręczone przed egzaminem do wyuczenia się to żadne prawo studenta, a jedynie uprzejmość wykładowcy. Ale mimo wszystko gdy wykładowca nie prowadzi wykładów a opowiada o tym, jak w młodości szalał na potańcówkach, jak to w dawnej Polsce wyrabiano śmietanę albo o jego ukochanym kalkulatorze marki Texas z kalendarzem judejskim (!), który kupił w 1980 roku - to wydaje mi się że mamy raczej prawo oczekiwać listy pytań. W przeciwnym razie w ogóle nie wiedzielibyśmy czego się uczyć, bo nie wiadomo o czym tak naprawdę były wykłady.
    Połowa mojego roku oblała, mi się akurat udało zaliczyć, ale z kiepską oceną (3.5), a poza tym i tak nie byłbym zadowolony nawet mając wyższą.
    Bo tak się nie robi. To jest lecenie ze studentami w kulki. Tak postępują wykładowcy, którymi straszy się małe dzieci 'że dopiero im na studiach pokażą'.
    Mam nadzieję, że na Waszych studiach nie traktują Was ani nie będą Was traktować w taki sposób.
    Przechodniu, powiedz Sparcie, że my tu leżymy i po egzaminie kwiczymy. Posłuszni kwantowym prawom...
  4. Lord Nargogh
    W tym cyklu wpisów postaram się od czasu do czasu umieścić na blogu przykład prostych eksperymentów fizycznych, które można wykonać w domu - bądź też po prostu fajnych gadżetów korzystających z praw fizyki, które można tanio zakupić.
    Na początek podjąłem (dość nieudolną) próbę wykonania silnika Beakmana. Silnik działa, ale efekt nie jest do końca taki, jak powinien być - motor co chwilę się zacina lub zmienia kierunek obrotu. Jak skończę tłumaczyć, w jaki sposób wykonać taki prosty silnik, wyjaśnię także dlaczego tak się dzieje w przypadku mojego silnika.
    Silnik ten można wykonać na różne sposoby, w zależności od materiałów jakie mamy do dyspozycji. Najważniejszymi elementami które są potrzebne do jego wykonania są:
    - źródło zasilania - w moim przypadku bateria AA,
    - drut miedziany na zwojnicę rotora silnika,
    - trochę przewodów by dostarczyć układowi zasilanie,
    - przewodzące mocowanie rotora, w moim przypadku zwykłe spinacze do papieru,
    - magnes (najlepiej okrągły).
    Ja ponadto zastosowałem kilka banalnych przedmiotów, które umożliwiły utrzymanie silnika w kupie:
    - trzy drewniane klamry do wieszania prania,
    - plastelina,
    - pokrywka od farbek plakatowych która posłużyła za podstawkę dla silnika.
    Idea silnika jest bardzo prosta - nawijamy miedziany drut na przedmiot o kulistym przekroju, najlepiej uzyskać 7 zwojów. Zdejmujemy zwinięty drut z tego przedmiotu i przekładamy oba jego końce przez środek na zewnątrz w taki sposób, by utrzymać konstrukcję w kupie:



    Ważne jest, by obie końcówki drutu leżały na jednej linii, w taki sposób, by po włożeniu zwojnicy w uchwyt mogła ona się swobodnie obracać z jak najmniejszymi oporami. Tutaj wychodzi wspomniany problem mojego silnika - drut którego użyłem był zbyt cienki i niedostatecznie sztywny i w związku z tym po włożeniu zwojnicy w mocowanie, uginał się pod swoim ciężarem. Znacznie zwiększyło to opory obrotu silnika i spowodowało, że nie pracował on płynnie.
    Do stworzenia mocowania potrzebujemy nieco plasteliny oraz wspomnianych klamr. Plasteliny używamy do umiejscowienia magnesu w interesującym nas punkcie (ja wybrałem bok a nie dół, ponieważ łatwiej wtedy manipulować odległością pomiędzy zwojnicą a magnesem aż do uzyskania największych obrotów silnika) i 'wbicia' klamr w podstawkę. W klamry wkładamy dwa lekko rozłożone spinacze, do których z drugiej strony przyłączamy po jednym kabelku za pomocą którego będziemy dostarczać zasilanie do układu. Zwojnicę umieszczamy na jednym z 'uszek' spinaczy. Pilnujemy, by wszystko było jak najrówniej ułożone i by nasza zwojnica mogła się swobodnie obracać. Sposób, w jaki ja połączyłem układ znajduje się na zdjęciach poniżej (jest to wariant II silnika jaki zastosowałem, z dwoma magnesami - ale poza obecnością drugiego magnesu na dole, nie różni się on niczym od wariantu pierwszego).



    Podłączamy baterię do kabelków zasilających (ja wspomagałem się taśmą izolacyjną, by nie musieć trzymać cały czas palców na baterii dociskając kabelki) i voila'! O ile wszystko zrobiliśmy prawidłowo, rotor powinien wesoło się obracać. Poniżej znajduje się filmik do mojego dzieła w akcji:


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Jeśli dla kogoś moje wytłumaczenie wydaje się niezrozumiałe, to niech nie waha się zadawać pytań. Ja swój silnik zbudowałem po obejrzeniu
    filmiku na yt.PS: Pamiętam o obiecanych wpisach na temat dualizmu, ale dzisiaj się bawiłem silnikiem więc wstawiam silnik
    PS2: Nie jest to najprostszy możliwy silnik do wykonania. Jeszcze prostszy wariant znajduje się na przykład
    .PS3: Jeśli będą chętni, to opiszę zjawiska które sprawiają że to DZIAŁA. Równania Maxwella i takie tam.
  5. Lord Nargogh
    Zbierałem się od pewnego czasu do wykonania pewnych przemyśleń na ten temat, a tak się dzisiaj złożyło, że przeczytałem artykuł w 'Angorze' który dostarczył mi dodatkowego natchnienia i ciekawych liczb (i informacji), które mogę zawrzeć w tym wpisie.
    Artykuł był autorstwa pana Leszka Szymanowskiego. I moim zdaniem ten pan się nie popisał.
    Lenistwo urzędników Ministerstwa Infrastruktury nie jest jedyną przyczyną katastrofalnych opóźnień w przygotowaniu Polski do Euro 2012. Z protokołów NIK (...) wynika, że równie ważnym powodem tej sytuacji jest fatalny sposób gospodarowania publicznymi pieniędzmi przeznaczonymi na modernizację dróg.
    7,3 mln zł - taką kwotę w 2010 roku wyda warmińsko-mazurska policja na sprzęt do ścigania kierowców łamiących przepisy ruchu drogowego. (...) Z budżetu warmińsko-mazurskiej policji na te kontrowersyjne zakupy przeznaczone zostanie niecałe 1,5 mln zł. Resztę - prawie 5,9 mln zł wyłoży Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego.
    Istotne moim zdaniem informacje pogrubiłem.
    Zacznijmy od tego, że autor artykułu jest bardzo negatywnie nastawiony do pomysłu zakupu tego sprzętu (na który składają się m.in. fotoradary). Ogólnie próbuje wykazać że zakup kilkudziesięciu fotoradarów spowoduje znaczne opóźnienie prac nad rozbudową dróg w Polsce, co ma jego zdaniem spowodować, że Polska nie zdąży ich przygotować na Euro 2012. To, że nie zdąży jest akurat prawdą, ale fotoradary nie mają nic do tego.
    Autor pozwala sobie na manipulowanie faktami, co może sprawić że nieuważny czytelnik nabierze błędnych przekonań. Dowód mamy już w pierwszym akapicie, później wyjaśnię dokładniej o co mi chodzi, ale najpierw zacytuję nieco więcej tekstu:
    'Angora' i Onet.pl spróbowały policzyć, ile publicznych pieniędzy zostanie w 2010 roku wydanych na fotoradary. (...) Udało nam się ustalić, że w województwie warmińsko-mazurskim, oprócz zakupów Komendy Wojewódzkiej Policji, gminy, powiaty i urząd wojewódzki wydadzą dodatkowo 1,1 mln zł na fotoradary, które staną przy najważniejszych drogach (...). Daje to więc 8,6 mln zł wydanych na ten cel. Przyjęliśmy optymistycznie, że przeciętne polskie województwo wyda na te urządzenia tylko połowę tej kwoty. W Polsce mamy 16 województw. Oznacza to, że w 2010 roku na fotoradary zostanie przeznaczonych ok. 70 mln zł. Jeśli przyjąć, że tyle samo pieniędzy inwestowano w ten sprzęt w ciągu ostatnich lat, wychodzi, że w latach 2007-2010 wydatki na sprzęt do karania kierowców zamkną się w kwocie ok. 280 mln zł. Za te pieniądze można byłoby zbudować przynajmniej kilkanaście kilometrów nowoczesnej autostrady (...).
    Co ciekawe: zakupy fotoradarów dla organizacji turnieju nie mają żadnego znaczenia (...).
    Tyle tekstu wystarczy, bym mógł przedstawić swój punkt widzenia.
    Jawna manipulacja faktami - pozwolę sobie samemu dokonać pewnych rachunków w oparciu o informacje i liczby zawarte w tym artykule.
    Na początku mamy informację, że warmińsko-mazurska policja wyda na ten zbożny cel 7,3 mln zł, z czego z naszego budżetu pójdzie na to 1,5 mln zł - resztę pieniędzy dokłada Unia Europejska i to dokładnie dla zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Czytaj: gdyby nie te zainwestowane 1,5 mln zł, to pozostałych 5,9 nie ujrzelibyśmy na oczy (Ogólnie wprawny czytelnik zauważy że 1,5 + 5,9 = 7,4, ale ufajmy w matematykę dziennikarzy). Te pieniądze nie poszłyby wówczas na budowę autostrad. One poszłyby się za przeproszeniem walić.
    Liczymy dalej - załóżmy że powiaty, gminy i cała reszta dopłacą te 1,1 mln zł z własnych budżetów, nie korzystając z unijnego wsparcia. 1,5+1,1=2,6 mln zł. Zakładamy optymistycznie że każde województwo wyda tylko połowę tej kwoty. Oznacza to, że według takiego rachunku w 2010 roku na fotoradary przeznaczone zostanie ok. 22,1 mln zł. Jeśli przyjąć, że tyle samo pieniędzy inwestowano w ten sprzęt w ciągu ostatnich lat (co jest bzdurą, bo od dawien dawna dziennikarze sami marudzą że wydaje się na ten cel coraz więcej pieniędzy, zatem - kiedyś wydawano mniej) wyjdzie nam, że wydatki na sprzęt do karania kierowców zamkną się w kwocie ok. 88,4 mln zł.
    88,4 mln zł =/= 280 mln zł.
    Sami widzicie, że coś tu śmierdzi.
    Ale idziemy dalej. Za tą szaloną kwotę pieniędzy możnaby wybudować... kilkaset metrów nowoczesnej autostrady.
    Noż niech to licho, z powodu tych kilkuset metrów nie zdążymy na Euro 2012!
    Jeszcze dodam, że niżej w artykule napisano że w 2009 roku do kasy Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego z tytułu mandatów wpłynęło 80 mln zł, co oznacza że te fotoradary same siebie sfinansowały i zwróciły już dawno temu.
    Ale populistyczny artykuł napisać trzeba, w końcu w jakiś sposób należy przyciągnąc czytelników.
    To tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do tematu poruszonego w nazwie wpisu - skoro te fotoradary tak ładnie zarabiają pieniążki, to chyba oczywiste że buduje się je nie z powodu bezpieczeństwa, a celem wyciągnięcia od kierowców kasy, prawda?
    A figa!
    Pisałem już kiedyś że kluczem do bezpieczeństwa na drodze jest jazda z przepisową prędkością. Podczas zamieci śnieżnej mieliśmy tego perfekcyjny dowód - śliska i niewiarygodnie niebezpieczna nawierzchnia zmusiła kierowców do przepisowej jazdy. I co się stało? Liczba wypadków zmalała, co jest doskonałym dowodem na to, że jakość nawierzchni nie ma tu prawie nic do rzeczy, a najważniejsza jest jazda ze stosowną prędkością.
    Poza tym zadam bardzo proste pytanie - skoro te fotoradary mają trzepać kasę, to czemu są tak doskonale widoczne i w dodatku kilkaset metrów przed nimi znajduje się specjalny znak drogowy informujący o ich obecności? Przecież w 'interesie' zarobku policjantów byłoby raczej to, żeby kierowcy byli kasowani z zaskoczenia, nie będąc świadomymi obecności radaru, prawda?
    Ponownie a figa, bo tu rozchodzi się przede wszystkim o bezpieczeństwo. Ponieważ zwykłe prośby i kodeks drogowy nie wystarczyły by skłonić kierowców do przepisowej jazdy, próbuje się to zrobić metodą strachu przed mandatem - kierowca ma się wystraszyć fotoradaru, który skontroluje jego prędkość za kilkaset metrów i w związku z tym zwolnić, by przejechać wolniej obok tej szkoły czy wioski, przy której się ten radar znajduje. I zwiększyć bezpieczeństwo na drodze.
    Jednak przyznać muszę, że wlepianie mandatów z powodu przekroczenia prędkości przyłapanej fotoradarem mi się nie podoba. Moim zdaniem kierowcom powinno się od razu odbierać prawo jazdy za taki wyczyn. Dlaczego tak sądzę? Ano dlatego, że taki człowiek stanowi poważne zagrożenie dla otoczenia i siebie samego nie tylko z powodu jazdy z nadmierną prędkością, ale i zwykłej ślepoty. Nie widzi znaku drogowego który ma go ustrzec przed przyłapaniem przez fotoradar i jedzie dalej jak gdyby nigdy nic. Znaki z ograniczeniem prędkości i obszarem zabudowanym też są dla niego niewidzialne.
    Skoro nie widzi tylu znaków, to skąd pewność że w ogóle jakiekolwiek widzi? Co jeśli w pewnym miejscu nie zobaczy znaku ostrzegającego przed przepaścią, rzeką, jeziorem, placem budowy, zakazem wjazdu (bo załóżmy że tam zaczyna się droga jednokierunkowa z ruchem w przeciwną stronę) i pojedzie sobie pod prąd jak gdyby nigdy nic? A co jeśli nie widzi jednego z najważniejszych istniejacych znaków drogowych; mianowicie 'ustąp pierwszeństwa'? Taki człowiek jest kompletnie niezdolny do prowadzenia pojazdu samochodowego!
    Nieodpowiedzialność, głupotę i zwykłe draństwo należy karać. Dlatego uważam, że fotoradary powinny znajdować się co 100 metrów.
    I nie znoszę artykułów w gazetach, które manipulują faktami i rzucają populistyczne hasełka, na które przeciętny niemyślący zjadacz chleba jest bardzo podatny.
    Rzekłem.
    Howgh.
  6. Lord Nargogh
    ...Rest in PiS.
    Nie podobał mi się żaden ze startujących w wyborach kandydatów. Moim prywatnym kandydatem był Radosław Sikorski, którego nie dopuszczono do głosowania, ale w sumie to wyszło to Polsce na dobre, bo po Smoleńsku nie miałby z Jarczysławem żadnych szans.
    Ogólnie nie ruszyłby mnie tak wysoki wynik wyborczy Kaczyńskiego, gdyby nie ten przeklęty Smoleńsk. Jestem przekonany, że miałby dużo, naprawdę DUŻO mniejsze poparcie wyborców, gdyby jego brat nie zginął w jednej z najgłupszych katastrof lotniczych w historii*. I to mi się nie podoba - głosowanie pod wpływem emocji.
    Myślę, że wbrew pozorom porażka w tych wyborach prezydenckich będzie gwoździem do trumny PiSu. Ludzie ochłoną po tragedii, a Jarosław wróci do dawnego języka pomówień i oszczerstw, tracąc tym samym wielu z nowozyskanych wyborców. A poza tym moherowe berety zwyczajnie powymierają ze starości. Nie wspominając już o malejącej sile Kościoła w Polsce.
    Jest jedna możliwość, w której PiS może powrócić na prowadzenie - jeśli Platforma schrzani i zaprzepaści szanse, jakie dają jej większość w sejmie i fotel władzy wykonawczej w Polsce. Mogą także dobrze je wykorzystać i poświęcić swoje poparcie na rzecz wykonania trudnych, niepopularnych a zarazem niezbędnych dla dobra kraju reform.
    To tyle. Prywatnie nie lubię Bronisława Komorowskiego, ale Jarosława Kaczyńskiego nie cierpię, w związku z tym dla mnie wygrana Bronka nie jest żadnym powodem do radości - raczej porażka Jarosława.
    * - no offence dla ofiar i ich rodzin - ale ta tragedia miała miejsce z powodu tylu debilnych zaniedbań, że ten samolot aż się prosił o twarde lądowanie. Co oczywiście nie zmienia faktu że ofiary (a przynamniej niemal wszystkie ofiary) nie są temu winne.
    PS: Wracam do pisania bloga po rozpoczęciu wakacji. Ostatnio zaniedbywałem to miejsce i najwyższy czas to zmienić - już dziś wieczorem postaram się zamieścić kolejną naukową ciekawostkę.
  7. Lord Nargogh
    Dawno już nie marudzilem, bo i jakoś w dobrym nastroju byłem. No i można powiedzieć że dzisiaj też w takim jestem - ale jesli sobie trochę pomarudzę, to będę w jeszcze lepszym ]:->
    Do rzeczy - część z Was może domyśliła się o czym będzie ten wpis, po tytule. Natchnął mnie materiał w Teleexpresie, promujący i wychwalający staruszkowe (i nie tylko) inicjatywy zbiórek na renowację grobów. Zakończone powodzeniem i wydaniem setek tysięcy złotych na odnowienie starych mogił. I co w tym takiego zdrożnego, że mnie tak zirytowało? Co może zdenerwować tak spokojnego i miłującego pokój i dobroć człowieka jak mnie?
    Marnowanie pieniędzy na duperele.
    Rozejrzyjmy się po świecie - od kiedy to zabrakło chorych, ubogich i głodujących? Ile czasu minęło od wynalezienia lekarstwa na nieuleczalne do tej pory choroby? Coś mnie ominęło? Czy świat stał się jakimś cudem lepszy, że możemy marnować pieniądze na jakieś kamienie? Czy Polacy już naprawdę nie mają większych problemów, niż stare groby we Lwowie?
    Ech.
    Dzisiejszy wpis będzie krótki, bo i nie ma co bardziej się rozwodzić nad tym tematem.


    Wprawne oko dostrzeże uśmiech zadowolenia na płycie grobowej. Bo grobowce się cieszą z renowacji, co nie? Szkoda że nie można powiedzieć tego samego o tych głodnych dzieciach. No nic, nie można mieć wszystkiego, po co Ci żarcie, jak możesz mieć mogiłę...
  8. Lord Nargogh
    Witajcie, zacni Gentlemani. Jak zapewne część z Was miała przyjemność się dowiedzieć, monsieur Ramzses Treizi?me ogłosił nadejście lepszych czasów - czasów przeznaczonych dla Gentlemanów. Nie marnujmy jednak doniosłości tej chwili na powtarzanie tego, co zostało już powiedziane.
    Wieść gminna niesie, że więcej informacji można znaleźć w tym zacnym źródle.
    A zatem 'do rzeczy!', jak powiedziała Hrabina von Turumbardaum gdy jej mąż Gofrentreth udzielał wymijającej odpowiedzi na pytanie o winnego spożycia całego słoika ciastek.
    Mało na tym forum ma miejsce doniosłych wydarzeń kulturalnych. Moi panowie, niedorzecznym byłoby pozostawić ten stan rzeczy niezmienionym! W związku z tym zapraszam każdego szlachetnego Gentlemana do zakosztowania herbaty w moich skromnych prograch. Oczywiście, pragnienie intelektualnej dysputy również może zostać zaspokojone w tym miejscu.
    Proszę się częstować.



    Jest to zacna herbata zielona z gór Zielonoherbat, gatunek nazwany moim skromnym imieniem Lorda Nargogha na cześć bezinteresownych, szlachetnych czynów jakich dokonałem wobec mieszkańców wioski Chin-Cy-Ki. Ale jest to opowieść na inną okazję, podczas dzisiejszego wieczoru chciałbym także zaserwować nieco przepysznej herbaty czerwonej z Niziny Herbatoczerwonej:



    Przewidziałem też napój dla wymagających smakoszy. Panowie Gentlemani, oto przedstawiam Wam doskonałą herbatę białą z równin Whiteh-Teah:



    Na koniec tradycyjnie herbata czarna, importowana na moje specjalne zamówienie z tropikalnego kraju Biedronkayah:



    Aby żołądki nasze pustymi nie pozostały i by sił do błyskotliwych puent i ripost nie zabrakło, proszę się także poczęstować wyśmienitymi herbatnikami z ręcznie mielonej pszenicy:



    Zapraszam wszystkich do rozpoczęcia konsumpcji i delektowania się tym zacnym wieczorem.
  9. Lord Nargogh
    Tak, tak, po raz kolejny się zirytowałem. Tym razem za kierownicą - a odpowiedzialni za to są zarówno inni kierowcy, jak i piesi. To, co niektórzy ludzie wyprawiaja na ulicach w głowie się nie mieści.
    "Indeks Polskich Ksiąg Zakazanych" będzie zawierał księgi o których istnieniu przeciętny Polak wolałby zapomnieć, bo i tak ma je gdzieś. Będą tu tylko i wyłącznie tytuły które wzbudzają obrzydzenie w naszym narodzie.
    Jestem calkowicie pewny, że gdyby KAŻDY, powtarzam KAŻDY przestrzegał KAŻDEGO przepisu drogowego (to, czy te przepisy są mądre czy nie, zostawmy do oceny dla osób które zajmują się tym zawodowo), nawet najdrobniejszego i teoretycznie najmniej istotnego, na drogach nie byłoby wypadków prawie wcale.
    A jest ich mnóstwo, szczególnie w Polsce. Nawet osoby paplające w telewizji o bezpieczeństwie na drogach, nawet policjanci, dosłownie wszyscy ludzie jeżdzący po polskich drogach mają przepisy drogowe w głębokim poważaniu.
    Grzeszki polskich kierowców i pieszych powymieniam w punktach. (Uwaga, jeśli Twoim zdaniem coś, co jest zawarte na tej liście nie jest żadnym naruszeniem kodeksu, to mam dla Ciebie złą wiadomość: Najwyższa pora ponownie przystąpić do egzaminu na prawo jazdy. Więc zrób przysługę sobie i społeczeństwu, i udaj się na kurs, zanim kogoś bezmyślnie pozbawisz życia):
    1. Pijaństwo. Najbardziej powszechna cecha pośród Polaków, czy to siedzących za kierownicą, czy na tylnym siedzeniu. Można śmiało powiedzieć, że gdyby alkohol nie istniał, naszego narodu by nie było - przeciętny Polak pozbawiony calkowicie podstawy i sensu swojej egzystencji, zaprzestałby procesu rozmnażania. No, ale to temat na inne marudzenie, skupmy się na pijanych kierowcach.
    Jak można być tak wielkim i nieodpowiedzialnym idiotą, żeby siadać za kierownicą po wypiciu JAKIEJKOLWIEK ilości alkoholu? (jeśli kogoś urazilem tymi słowami to dziękuję - taki cel właśniechciałem osiągnąć) Ile tysięcy (milionów?) ludzi zginęło pod kołami takich kretynów? Jestem za wprowadzeniem systemów zabezpieczających przed jazdą po pijaku w samochodach. System taki bylby podłączony do specjalnej bomby. Kierowca po odpaleniu samochodu miałby minutę na podmuchanie w specjalną rurkę (umieszczoną w taki sposób, że móglby to zrobić tylko kierowca). Jeśli czujnik wyczułby JAKIEKOLWIEK stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu - Kaboom. Jednego idioty mniej.
    Ciekawostką jest że liczba zgonów z powodu jazdy po pijaku i tak by zmalała, bo pijani kierowcy maja brzydki zwyczaj oprocz zabijania siebie, mordować także niewinne, postronne osoby. Trzeźwe osoby.
    Nawet sławetne 0,2 promila alkoholu we krwi dopuszczalne przez polski kodeks drogowy jest dużym nadużyciem. Uważam że jeśli ktoś nie jest w stanie powstrzymać sie przed łyknięciem nawet kropelki najsłabszego możliwego alkoholu przed prowadzeniem pojazdu, to powinien się zwyczajnie leczyć, bo ma problem alkoholowy.
    2. Linia ciągła. Kodeks drogowy oczekuje od kierowców, że będą ją traktować jak nieprzekraczalny, niezniszczalny i niewidzialny mur. Linia podwójna ciągła z kolei powinna być całym szeregiem fortyfikacji. Dla polskiego kierowcy linia ciągła = niewidzialna linia. Nic dla niego nie znaczy, równie dobrze mogłoby jej nie być.
    3. Parkowanie gdzie wlezie i kiedy wlezie. Kolejnym niewidzialnym znakiem drogowym jest "Zakaz postoju" i "Zakaz zatrzymywania się". Co z tego, że piesi nie mają gdzie chodzic a samochody jak przejechać - ja jestem król i nie będę przejmowac się sprawami śmiertelników.
    4. Światła. Chociaż nakaz jeżdżenia na światłach mijania przez cały rok, niezależnie od warunków pogodowych i pory roku jest wprowadzony od wielu miesięcy, "yntelygentny Polacy" nie potrafią do tej pory tego pojąć. Do niektórych nie dociera, że w lecie gdy żar leje się z nieba to polski asfalt odbija promienie słońca tak mocno, że czasem nie sposób stwierdzić czy ktoś jedzie z naprzeciwka czy przed nami. Chyba że ma włączone światła. Ale po co, nie?
    5. Znak "Stop", strzałki warunkowego przejazdu, światła drogowe. Krótko - niektórzy nie potrafią zrozumieć, że czasem trzeba się zatrzymać.
    6. Główny fetysz polskich kierowców, czyli ograniczenie prędkości. Coś, co jest ignorowane przez niemal absolutnie wszystkich kierowców.
    Najbardziej śmieszą mnie pretensje do policji, że w Polsce jest coraz więcej fotoradarów. Jeździsz zgodnie z przepisami? Żaden problem, nawet tego nie zauważysz. NIE jeździsz? To lepiej oddaj prawo jazdy, a nie marudź na fotoradary.
    Kierowcy uważają że te cudowne maszynki nie służą do zwiększenia bezpieczeństwa, tylko do nabicia kasy Policji. Czyli jazda zgodnie z przepisową prędkością nie oznacza większego bezpieczeństwa na drodze? Cóż, radzę to powiedzieć wszystkim osobom, które zginęły bo (nie wyrobiły na zakręcie/kierowca nie zdążył się zatrzymać/nie zdążyły zjechać w czasie wyprzedzania/straciły kontrolę nad pojazdem/wiele, wiele innych sytuacji).
    Tak samo ograniczenie do 50 km/h w obszarze zabudowanym. "Gdzie ja będę tak wolno jeździć, przecież nie wpakuję się w drzewo, nic mi się nie stanie!" Tak, Tobie nie. Jednak jeśli przyspieszysz o choćby 5 km/h to szanse na przeżycie pieszego potrąconego przez Twój samochód zmaleją kilkukrotnie. A piesi wpadają pod samochody, bo są idiotami. Dzieci w większości w ogóle nie rozglądają się za pasami i samochodami - po prostu wbiegają. Dzisiaj gdybym nie był ostrożny i nie jeżdził odpowiednio wolno, potrąciłbym kilku pieszych którzy w ostatniej chwili wbiegli przed mój samochód w ogóle nie patrząc na jezdnię. Kilku. Kilka razy. A jechałem tylko chwilę.
    7. Debilne wyprzedzanie. Wspominałem już o liniach ciągłych i ograniczeniach prędkości, i ten punkt odnosi się do obu tych spraw jednocześnie.
    Wyprzedzanie jest NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNYM ze wszystkich manewrów wykonywanych przez kierowcę w czasie jazdy. Mimo to wielu ludzi uważa to za świetną zabawę. Co z tego że jest zakręt, co z tego że podwójna ciągła - ja sobie wyprzedzę. Co z tego, że koleś przede mną jedzie z dokładnie taką prędkością, jaką dopuszczają przepisy - ja jestem ponad to, wyprzedzę go sobie.
    A już najgorsi są debilni kierowcy, ktorzy posiadają stare szroty i nie potrafią znieść myśli, że ktoś jedzie przed nimi. Wyjedzie ci taki i zacznie cię wyprzedzać, co mu zajmie kilka minut, (czasem wręcz muszę zwolnić, żeby uratowac idiocie życie - jego samochód nie potrafi wyprzedzić mojego, chociaż utrzymuję stałą prędkość, a z naprzeciwka jadą kolejne samochody. Muszę sam złamać przepisy <nie wolno zmieniać prędkości gdy jest się wyprzedzanym> żeby uratować życie idiocie!) a gdy i jeśli mu się to w końcu uda - i tak będzie jechał rownie szybko co Ty, i będziesz go widzieć przed sobą do końca podróży.
    W kwestii wyprzedzania na koniec powiem conieco o kierowcach ciężarówek. Dranie. Innego słowa na nich nie znajdę. Przez ich zabawy wielu ludzi pożegnało się z życiem. Przykład: jadę sobie poza obszarem zabudowanym (dozwolona prędkość: 90 km/h), przede mną jest ciężarówka. Jedzie z prędkością 40 km/h. Powstrzymuję się od wyprzedzania, bo liczę że za chwilę ciężarówka i tak się rozpędzi, a jest to niebezpieczny manewr, nie ma co ryzykowac życia pasażerów. Minuty jednak mijają. Przed ciężarówką nie ma nikogo, a ona nadal jedzie nieszczęsne 40 km/h. No nic, wyprzedzę kolesia. Skręcam na bok i próbuję gościa wyprzedzić... zmieniam odpowiednio bieg.... co jest?! Czemu idzie tak wolno?! Wrzucam kolejny, jeszcze jeden, i jeszcze kolejny... w końcu udaje mi się wyprzedzić ciężarówkę, dosłownie o sekundę przed uderzeniem w samochód jadący z naprzeciwka. Nie patrzyłem na prędkościomierz, bo byłem zajęty szybkim wrzucaniem kolejnych biegów i zbyt przerażony, żeby pilnować prędkości. Patrzę na prędkościomierz.... 120 km/h. 1-2-0 km/h. Dokładnie tyle musiałem jechać, żeby wyprzedzić ciężarówkę, która przez wiele kilometrów zasuwała 40 km/h. Przyspieszać zaczęła dopiero, gdy próbowałem ją wyprzedzić. Gdybym jechał odrobinę gorszym samochodem, mógłbym nie pisać tego tekstu. Bo kierowcy cięzarówki zebrało się na głupie żarty.
    Dodam jeszcze, że jak już bezpiecznie znalazłem się przed cięzarówką, to zwolniłem ponownie do 90km/h - i po chwili zostalem przez tą cięzarówkę wyprzedzony. Szlag człowieka trafia. Ale dalem sobie spokój, nie zniżę się do poziomu jakiegoś idioty. Byłem tylko zły że ponownie musiałem złamać przepisy, żeby ujść z życiem. Co to za kraj, że człowiek musi się do takich kroków zniżać?
    8. Sprzeciw przeciwko przestrzeganiu przepisów i uczciwej jeździe. Zatrzymasz się na widok znaku stop? Zatrzymasz się przy strzałce warunkowej jazdy? NIE wymusisz pierwszeństwa, żeby przejechać przez skrzyżowanie? Zatrzymasz sie przed przejściem dla pieszych, widząc że przechodzi nim staruszka? Spodziewaj się symfonii klaksonów z tyłu. Bo w Polsce zostaniesz przeklęty i napiętnowany za to, że jeździsz uczciwie. Jeśli natomiast masz zamiar zawsze jeździć z pzepisową prędkością, to spodziewaj się że każdy samochód jaki spotkasz na swojej drodze, będzie próbowal Cię wyprzedzić.
    Polacy to beznadziejni i żałośni kierowcy. Wiem co mówię - w związku z tym że studiuję 130 km od swojego domu, bardzo często muszę ruszyć w daleką trasę. I bardzo często muszę miotać przekleństwami na ludzi, którzy jadą obok mnie, a którzy nie powinni nigdy otrzymać prawa jazdy.
  10. Lord Nargogh
    Ostatni wpis jaki wykonałem na blogu zawierał falę żółci wylaną na... hmm... (skoro nie gatunek, to może...) kategorię 'indie', na skutek srogiego rozczarowania kaszanką Botaniculą zwaną. W międzyczasie pograłem także w Magickę i Mutant Mudds, ale uznałem je obie za okrutnie przeciętne (nie są złe, ale nie są też... dobre). Nic nie wskazywało zatem, żebym zmienił zdanie na temat indie, ale zdecydowałem się zagrać w kolejny zakupiony w promocyjnym pakiecie na gog-u tytuł: Trine.
    I jestem zachwycony. Z żadnej strony nie wieje prymitywizm, prostota i tępota rozgrywki, o jakie czepiałem się Botaniculi. Gdyby ktoś mi nie powiedział że ta gra jest indie, to uznałbym raczej że została wykonana na standardowym budżecie wielkiej korporacji. Grałem na razie może pół godziny, ale zabawa jest przednia i już sobie ostrzę pazurki na drugą część serii.
  11. Lord Nargogh
    Nie ma chyba w tym kraju żadnego świadomego człowieka, który nie usłyszałby o ostatniej aferze z Romanem Polańskim.
    Mianowicie został aresztowany za czyn, którego dopuścił się ok 30 lat temu, a od odpowiedzialności za ten czyn migał się az do dziś. Dokładnie to chodzi o gwałt na 13latce. W czasie procesu udało mu się wynegocjowac ze stroną poszkodowaną ugodę - brak wyroku w zamian za pieniężne zadośćuczunienie. Ofiara (a raczej jej rodzice) zgodzili się na to wyjście, ale sędzia nie. Polański potem wypłakiwał się na łamach róznych mediów o tym, jak niesprawiedliwy i zły sędzia mu się trafił.
    A ja do tego sędziego mam szacunek i jestem zadowolony z jego decyzji. Człowiek po prostu zdał sobie sprawę, że przestępca, który ma szczęście być bogatym celebrytą - próbuje wymigać się od odpowiedzialnosci przy użyciu swoich pieniędzy. To nie jest sprawiedliwość, dlatego nie wolno było się na takie rozwiązanie zgodzić.
    Więc Polański prysnął za granicę, i do tej pory przebywał na wolności. W USA był ścigany przez list gończy - ostatnio jednak zdecydowano się rozszerzyć poszukiwania winnego na inne kraje - i w Szwajcarii, która ma podpisany z USA traktat ekstradycyjny, Polański "wpadł".
    I od razu szlachetni Polacy się oburzyli. "Jak to, po tylu latach, poza tym znany reżyser, itp itd". To taka typowa cecha dla naszego narodu - idealizowanie ludzi, którymi mozna sie za granicą "pochwalić". Co z tego że to gwałciciel-pedofil, zrobił kilka fajnych filmów więc mozna mu darować. Ja jestem cała sprawą zbulwersowany. O gwałcie Polanskiego usłyszałem kilka lat temu, duzo później, niz usłyszałem o nim samym. Bo u nas się o takich "niechlubnych" sprawach nie mówi. Żenada, i tyle.
    Zbigniew Hołdys bardzo ładnie całą sprawę podsumował. Wyraził swój sprzeciw przeciwko tej niesprawiedliwosci. Pisząc "niesprawiedliwość" nie mam na mysli aresztowania po trzydziestu latach, a sytuacji w której jurnemu reżyserowi sprawa ujdzie na sucho.
    A jakie jest moje zdanie na ten temat? Łatwo to wywnioskowac czytając resztę tego wpisu. Napiszę tylko tyle, ze moim zdaniem Polański powinień zgnić za kratkami, niezaleznie od tego że jest już stary (74 lata) czy schorowany. Nalezy mu się, i tyle. Miał całe 30 lat na stawienie się w USA i męskie poniesienie odpowiedzialności za swój czyn. Wolał uciekać i pławić sie w luksusie. Jedyne czego żałuję w tej sytuacji, to tego, że moze zostać potraktowany zbyt łagodnie, albo nie dożyć całego wypełnienia wyroku.
    Żałosni obrońcy Polańskiego osłaniają się tym, że trzynastolatki same wpychają sie ludziom dorosłym do łózka. Pewnie, przeciez GWAŁT z definicji polega na dobrowolnym odbyciu stosunku. A nawet jesli mają rację, to co z tego? Logiczniejszym rozwiązaniem byłoby przesunięcie wieku oznaczającego pedofilię z <15 lat do <13 lat, a nie uniewinnianie jednego znanego pedofila. Ja oczywiście jestem przeciwny obu rozwiązaniom.
    Poza tym, od kiedy prowokacja do zbrodni jest jej usprawiedliwieniem? Czy jesli ktoś do mnie powie "zabij mnie, sukinsynu" to mam prawo strzelić mu w łeb? Nie sądzę. I na tym zakończę ten wpis.
  12. Lord Nargogh
    ...czyli krótki komentarz powyborczy.
    Za wcześnie jeszcze, by sprawdzać poprawność swoich przewidywań (nie znamy dokładnych wyników wyborów), ale nie mogę się nie oprzeć by nie skomentować krótko wypowiedzi JK, którą wygłosił na krótko po ujawnieniu wyników sondażowych.
    'Widocznie Polacy uważają, że jest dobrze, tak jak jest.'
    (cytat niedokładny, ale wiernie oddający sens wypowiedzi)
    Ależ panie Jarosławie, złe pan wyciąga wnioski. Polacy wcale nie uważają, że jest dobrze tak jak jest. Polacy po prostu uważają, że jest o wiele lepiej, niż by było z panem.
    (co w obliczu opinii tego pana na temat sytuacji w kraju jest największą możliwą obelgą)
  13. Lord Nargogh
    Ostatnio całą Polską wstrząsnęła tragedia zamordowanego policjanta, który interweniował w cywilu i został pchnięty nożem przez młodocianego bandziora (a może przez kilku z nich? nie ma to znaczenia).
    Później cała Polska ponownie była wstrząśnięta inną tragedią - innego policjanta brutalnie pobito i w ciężkim stanie trafił do szpitala.
    Co łączyło te dwa przestępstwa oprócz nienawiści jaką darzyli instytucję Policji odpowiedzialni za nie ludzie? Łączyło ich zamiłowanie do twórczości niejakiej 'Firmy'.
    Wszyscy słyszeliśmy o słynnym 'JP na 100%'. Żeby nie być wulgarnym, sparafrazuję ten skrót na swój sposób. 'Uprawiać intensywny stosunek z Policją na 100%'. Teraz szczyle obnoszą się ze swoją niechęcią do 'systemu' otwarcie i są bardzo z tego dumni. Nie będę się wypowiadał na ten temat, bo po prostu brakuje mi słów na określenie takiej żenady. Zwrócę za to uwagę na coś innego.
    Gdyby policjanta zamordował jakikolwiek nastolatek który kiedyś jakimś cudem zainstalował grę pokroju GTA, CS czy CoD to od razu usłyszelibyśmy setki wypowiedzi specjalistów na temat szkodliwości przemocy w grach i o tym, że należy jej zabronić.
    Natomiast gdy zbrodnię popełnili miłośnicy charakterystycznego, niszowego rodzaju muzyki który zachęca do tego typu zachowań - nikomu to nie przeszkadza.
    Ba, praktycznie nikt nie zwrócił na to uwagi.
    To gry są złe i koniec.
    A ja naprawdę nie rozumiem w tym przypadku zachowania mediów. Czy muzyka, która skłania do zbrodni i buntu nie jest dobrym tematem na reportaż? Wydaje mi się, że to materiał na interesujące 'śledztwo dziennikarskie'.
    A mimo to ani o tym widu, ani słychu.
    Bo media w Polsce nie są rzetelne. Tutaj wybiera się tematy do reportaży według własnego upodobania, a nie według tego, co jest reportażu warte.
    I taki jest mój komentarz na dziś.
  14. Lord Nargogh
    Nieuchronnie zbliżają się wybory na prezydenta RP. Dla mnie to zarówno dobra, jak i zła wiadomość - dobra, bo chciałbym w końcu zmienić głowę temu państwu, a zła, bo nienawidzę brudów jakie zawsze są prane w czasie kampanii wyborczych. W ogóle nienawidzę kampanii wyborczych w całości.
    Do wyborów w zasadzie jeszcze ho-ho a już zaczęło się dziać to, o czym mówię. Jarosław Kaczyński prowadzi jawny szantaż grożąc ujawnieniem kompromitujących faktów na temat Radosława Sikorskiego, jeśli ten zdecyduje się wystartować w wyborach.
    Donald Tusk filantropijnie zrezygnował z kandydowania w wyborach prezydenckich, co oczywiście nie mogło się ostać bez komentarzy posłów Prawa i Sprawiedliwości.
    Oczywiście jego rezygnacja nie jest taka szlachetna, jak mogłoby się to z pozoru wydawać. Przypominam, że Platforma wciąż cieszy się wysokim poparciem społecznym i póki co ma ogromne szanse na wygranie kolejnych wyborów parlamentarnych. Przypominam także, że Donald Tusk miał w planach ograniczenie władzy prezydenckiej. Po co miałby więc kusić się na stanowisko, którego rolę ma zamiar zmarginalizować? Po co miałby rezygnować z większej władzy, jaką oferować mu będzie stanowisko premiera 'jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem'?
    Podczas wyborów brudy wypływają nie tylko na skutek wzajemnej walki kandydatów. Brudy wychodzą na wierzch także w mediach, bo doskonale zaczyna być widocznym jakiej partii przychylna jest konkretna stacja telewizyjna.
    Zbliża się okres natrętnych manipulacji i wszechobecnego zakłamania związanego z kampaniami.
    Brzydzę się tym. Nie chcę tego oglądać.
    A nie mam wyboru.
    Kampania będzie widoczna wszędzie - na ulicach, w telewizji, w radiu i w internecie. Musialbym wyjechać z kraju na okres przedwyborczy żeby jej uniknąć.
    Kampanie wyborcze są także brudne w dosłownym tego słowa znaczeniu - ciekawe ile miesięcy/lat tym razem zajmie posprzątanie wszystkich ulotek/plakatów i tym podobnych śmieci z ulic.
    Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie ścisłego limitu kosztów medialnych kampanii wyborczej. 10 tys złotych dla posłów i senatorów, 100 tysięcy złotych dla wyborów prezydenckich. Maksymalnie kilka spotów wyborczych, kilka billboardów, kilka tysięcy ulotek. Dość, aby każdy potencjalny wyborca zauważył kandydata, ale zbyt mało by możliwym było zaśmiecenie mediów i ulic kampanią. W dodatku zwiększyłoby to szanse kandydatów, którzy nie mają za sobą poparcia ogromnych partii i koncernów. Takich, którzy mają wolę by coś zmienić, ale nie mają ku temu środków.
    W końcu wybory przestałyby być pojedynkiem dwóch partii.
    Ale do tego nigdy nie dojdzie. Bo media i inne firmy wspomagające wybory zarabiają na tym zbyt duże pieniądze.
    Bo tłuszcza głodna jest brudów kampanii i mordek kandydatów. Tłuszcza chce to oglądać.
    I dostanie to, czego chce.
  15. Lord Nargogh
    Nadszedł czas bym napisał o czymś, co chodziło po mojej głowie od bardzo dawna i od równie długiego czasu mnie irytowało.
    Jest sobie taka grupa społeczna, 'ekolodzy'/'zieloni' czy jak inaczej ich tam nie nazwać. Są też 'ekoentuzjaści' i ogólnie ludzie, którzy chętnie promują ekologiczny sposób życia.

    Przedstawiciele pierwszej grupy zajmują sie strajkami i manifestacjami przeciwko budowom obwodnic, elektrowni jądrowych, wysokiemu zużyciu energii. Walczą o takie głupoty jak nakaz używania energooszczędnych świetlówek, które w istocie zużywają mniej prądu elektrycznego, ale zarazem są toksyczne i bardzo szkodliwe dla środowiska. Dla ludzkiego oka też nie są najlepsze.
    Przedstawiciele drugiej grupy od czasu do czasu wystąpią w telewizji i zachęcą innych do dbania o naszą planetę, ci mniej znani/wpływowi - po prostu będa segregować plastikowe butelki i wyłączać niepotrzebne urządzenia elektryczne, o oszczędzaniu wody nie wspominając.
    Grupa pierwsza reprezentuje lobby idiotów, grupa druga w gruncie rzeczy wykonuje kawał dobrej roboty, kompromitując się jednak swoją niewiedzą i ignorancją w niektórych dziedzinach życia. A mianowicie chodzi mi na przykład o dzisiejsze 'święto' - Wszystkich Świętych.
    W naszym kraju uroczystość ta obchodzona jest z takim... khem... rozmachem, że wzrasta do rozmiarów katastrofy ekologicznej.
    Ktoś zaraz pomyśli - 'no, teraz to totalnie mu odbiło - Wszystkich Świętych katastrofą ekologiczną? Co będzie następne? Szparagi propagujące nazizm?*' Pozwolę więc sobie pokrótce przedstawić mój tok myślenia:
    - Po pierwsze znicze. MILIONY chędożonych, płonących zniczy. Tony dwutlenku węgla (i nie tylko, plastikowe znicze potrafią się także podpalić i w procesie spalania uwolnić do powietrza jeszcze nieco innych świństw) wyemitowane do atmosfery przez kilka dni podczas których nawiedzane są cmentarze.
    - Po drugie znicze. MILIONY chędożonych, plastikowych i szklanych zniczy. Ponadto tony plastikowych kwiatów i wiązanek. Wszystkie zostaną wrzucone do zbiorczych śmietników znajdujących się na cmentarzach, a następnie rzucone na jakieś wysypisko śmieci, gdzie pozostaną jeszcze przez setki tysięcy lat.
    - Po trzecie setki tysięcy samochodów podróżujących po całym kraju i emitujących tony spalin do atmosfery. W dodatku wiele z nich zostanie rozbitych, podróżujący nimi ludzie zasilą kolejne miejsca na cmentarzu, a z samochodu zostanie kupa szkodliwych odpadów których też trzeba będzie się pozbyć.
    Mało? Myślę że bardzo dużo, jeśli wziąc pod uwagę skalę całego zjawiska. To nie są jakieś śmieszne ilości śmieci/spalin, to są TONY ODPADÓW i KŁĘBY DYMU.
    I teraz wyjaśnię, dlaczego swój wpis zapoczątkowałem narzekaniem na ekologów i ekoentuzjastów.
    BO TA BANDA IGNORANTÓW/HIPOKRYTÓW SIEDZI ABSOLUTNIE CICHO PODCZAS TRWANIA TEJ KATASTROFY EKOLOGICZNEJ, KTÓREJ SKALA W PRZECIĄGU DZIESIĄTEK LAT OŚMIESZA ZAGROŻENIE WYCIEKIEM Z REAKTORÓW JĄDROWYCH W NAWET DZIESIĘCIU ELEKTROWNIACH NARAZ.
    To tyle na dzisiaj, dziękuję. Miłego tłuczenia się w autobusach/samochodach celem zapalenia świeczki na kawałku kamienia. Niech trupom zrobi się ciepło.
    *- o tym porozmawiamy innym razem. Teraz nie mogę. Oni patrzą...
  16. Lord Nargogh
    Dawno, dawno temu...
    Dokładnie rzecz ujmując, dwa miliony lat temu. W takich ramach czasowych umiejscowiona jest jedna z moich ulubionych gier.
    Ale może na początek nieco historii. Nieco wierniejsi czytelnicy pewnie zdążyli się przyzwyczaić, że lubię sobie powspominać okoliczności w jakich nabyłem gry, które zmieniły (z punktu widzenia rozrywki elektronicznej) moje życie.

    Stało się to podczas wiosny w okolicach 2003 roku. Lord Nargogh był jeszcze młodym, pełnym ideałów i ambicji gimbusem, posiadającym bardzo małe kieszonkowe i zmuszonym w ten sposób do kupowania gier 'z niższej półki'. W gruncie rzeczy ten niedobór funduszy zapoznał mnie z wieloma niedocenianymi markami, więc wyszedł mi na dobre.
    I tak też było w tym przypadku, gdy wypatrzyłem w hipermarkecie stoisko z grami obiecująco brzmiącej serii 'Tanie Granie', w którym dostrzegłem tytuł z intrygującym obrazkiem i opisem z tyłu cd-boxa (bo to wydanie składało się wyłącznie z gry i opakowania na płytę).
    Malutkie screenshoty z gry przedstawiały bitwę futurystycznych pojazdów uzbrojonych w lasery, a jej opis sugerował iż akcja miała miejsce... dwa miliony lat temu. Podróże w czasie i lasery? W tamtych czasach niewiele więcej było trzeba, aby przykuć moją uwagę (od tamtej pory może do tej listy przybyły jeszcze cycki, ale... wróć, wtedy też na niej były). Wyszarpałem więc ostatnie 7 (słownie: SIEDEM) złotych i tym sposobem dokonałem jednej z najlepszych inwestycji w rozrywkę w całym swoim życiu.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Original War to bardzo oryginalna strategia czasu rzeczywistego. Poza nietypowym czasem akcji, grę wyróżniają ograniczone zasoby, jakie ma do dyspozycji gracz. W każdej misji posiadamy jedynie kilku ludzi (zazwyczaj możemy wybrać jakich), których śmierć jest bezpowrotna. Surowców się nie wydobywa, a znajduje - zbieramy skrzynki z zasobami przysłane z 'przyszłości' i (z powodu niedoskonałości wehikułu czasu) rozrzucone w losowy sposób po całej planszy. To ograniczenie zasobów ludzkich i materialnych wymusza na graczu rozsądne nimi zarządzanie.
    Maj. D. N. Płatonow: Co wy do cholery wyrabiacie, Gorki?!
    J. I. "Burłak" Gorki: Myślałem, że to transport od towarzysza majora.
    Maj. D. N. Płatonow: Myślałem, myślałem. To nie myślcie. Niech się to więcej nie powtórzy.
    Zresztą - łatwo się przywiązać do swoich podwładnych, zwłaszcza że niektórzy z nich posiadają silne osobowości i dostarczają nam niezłej rozrywki dialogami, które przeprowadzają w trakcie trwania misji. Wybór drużyny przed misją może wpłynąć na późniejszy jej przebieg - dla przykładu pewien żołnierz jest doskonałym zwiadowcą i jeśli wybierzemy go do swojej ekipy, to złoży nam ofertę przeprowadzenia zwiadu kluczowych lokacji wroga.

    Jest to najbardziej nieliniowa strategia czasu rzeczywistego, z jaką miałem do czynienia w swoim życiu. Skutki podejmowanych przez nas decyzji mogą nas nawiedzać nawet wiele misji później. To, czy darujemy komuś życie, jak kogoś potraktujemy czy w jaki sposób postanowimy zrealizować postawione nam zadanie może mieć duże znaczenie w jednej z kolejnych misji. W pewnym momencie w obu kampaniach misje dzielą się na dwie alternatywne ścieżki, z których musimy wybrać którą podążyć.
    John Macmillan: Denis? Czemu wysiadłeś z wozu.
    Denis Peterson: Mastodont i ja nie mogliśmy ustalić, kto będzie prowadził.
    John Macmillan: Upolowałeś skurczybyka?
    Denis Peterson: Niezupełnie. Stuknąłem go tylko. Wtedy on wcisnął mi dach do środka. Czy polisa ubezpieczeniowa to obejmuje?
    John Macmillan: No już, weź się do roboty zanim narobisz więcej kłopotów.
    Zadania, jakie są przed nami stawiane są bardzo zróżnicowane - od tradycyjnego równania bazy z ziemią, do skradankowej ucieczki z unikaniem zabijania przeciwnika (do nas wolno strzelać, nam nie wolno - bardzo uczciwe, nie?), zwiadów, po cały szereg misji samobójczych na które naszych bohaterów się wysyła.

    Właśnie, bohaterów - w zależności od wyboru kampanii prowadzić będziemy jednego bohatera, którego śmierć oznacza porażkę. Amerykańska kampania pozwala nam wejść w skórę Johna Macmillana, zaś radziecka - Jurija Iwanowicza Gorkiego. Podobieństwa do gry RPG nie kończą się w tym miejscu, bowiem wszystkie kierowane przez nas postaci zdobywają doświadczenie wraz z wykonywaniem czynności w zakresie ich zawodu. Klas postaci jest kilka i można przełączać pomiędzy nimi zmieniając wyposażenie w odpowiednim budynku. Podstawowe klasy to Inżynier, Mechanik, Naukowiec i Żołnierz. Później w zależności od strony konfliktu mamy dostęp do Operatorów Bazooki, Operatorów Moździerza i Snajperów. Warto tu nadmienić, iż opłaca się rozwijać wszystkie umiejętności swojego głównego bohatera, bowiem suma wszystkich zdolności wpływa na pancerz postaci.
    Tim Gladstone: Są bardziej inteligentni niż wam się wydaje. Mają swój prymitywny język i używają prostych narzędzi.
    Frank Forsyth: To coś jak nasi oficerowie!
    Frakcje w grze są trzy - oprócz Amerykanów i Rosjan grać można także Arabami, z tym że nacja ta nie posiada swojej kampanii. Na pocieszenie można nią grać w trybie multiplayer, a i w kampaniach pozostałych nacji można mieć dostęp do ich technologii w ograniczonym zakresie.

    Skoro już poruszyłem tematykę technologii, to może warto powiedzieć do jakich narzędzi zagłady będziemy mieć dostęp w czasie gry. Od zwykłych dział i karabinów, przez lasery, balisty, rakiety i miotacze ognia, po zabójczą bombę syberytową/alaskitową. Wszystkie te bronie umieszczać możemy na rozmaitych pojazdach, które konstruujemy wybierając podwozie, silnik, uzbrojenie i rodzaj kierowcy. Kierowcami mogą zostać ludzie i małpoludzie (nie pytajcie...), pojazdy mogą być także sterowane zdalnie lub za pomocą komputera. Każde rozwiązanie ma swoje wady i zalety i powoduje że możliwości zwyciężania w bitwach jest naprawdę wiele.
    Małpoludzie nadają się nie tylko do kierowania pojazdami. Można je także zaprząc do zbierania surowców, naprawiania budowli a także (na własną odpowiedzialność) wcisnąć im w łapy karabin lub postawić za spustem wieżyczki.

    Koniecznie też muszę wspomnieć o niesamowitej polskiej wersji językowej, uznawanej za absolutnie najlepszą w moim prywatnym rankingu. Dubbing jest po prostu doskonały, co szczególnie dobrze słychać podczas gry po stronie Rosjan - nasi żołnierze mówią z rosyjskim akcentem. Zresztą - jakby ktoś chciał się przekonać na własne uszy, to taka możliwość występuje na tej ( http://dubscore.pl/G...86,Original_War ) stronie internetowej.
    Cóż powiedzieć więcej - jest to jedna z moich ulubionych gier. Każdą z kampanii przeszedłem wiele razy i wracam do niej przynajmniej raz w roku. Szczerze polecam każdemu, kto miałby szansę zdobyć ten tytuł. Niestety nie zdobył on zasłużonej renomy i chwały i w związku z tym bardzo szybko po premierze trafił do najtańszej z reedycji, by ostatecznie zniknąć w mrokach dziejów z polskich półek sklepowych. W chwili obecnej gra możliwa jest do zakupienia na gog.com, ale niestety tylko w angielskiej wersji językowej.
  17. Lord Nargogh
    W ramach małego odpoczynku od tematyki pustkowi, dzisiaj chciałbym opowiedzieć o pierwszej strategii czasu rzeczywistego, która wciągnęła mnie bez reszty i przekonała do gatunku.
    Age of Empires. Gra, w której demko przegrałem więcej godzin, niż niejednego pełniaka współczesnej produkcji. Zagrywałem się w dwie (i zawsze te same) misje, w których kierować mieliśmy nic mi nie mówiącą (nawet dzisiaj) nacją Hittite.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Niezwykle podobało mi się kierowanie cywilizacją od etapu, na którym maczuga stanowiła szczyt technologii militarnej. Mam pewien sentyment do tego okresu dziejów ludzkości. Wzajemne obrzucanie się swoimi odchodami ma moim zdaniem nieco więcej klasy niż dzisiejsza debata publiczna.
    Oczywiście, budynki były mniejsze od ludzi, a nasze państwo mogło liczyć najwyżej 50 obywateli (w trybie single player). Jednak to wszystko miało w sobie pewien urok. Z satysfakcją przyglądałem się pracującym w pocie czoła robotnikom. Bawiło mnie, gdy nieśli wielkie kawały mięsa zdarte ze świeżo zabitego słonia.

    Niezwykle podobała mi się grafika. W tamtym czasie wydawała mi się niemal fotorealistyczna. W gruncie rzeczy myślę, że nie zestarzała się do dzisiaj - przyjemniej patrzy mi się na klasyczną, dwuwymiarową grafikę AoE 1 niż wypicowaną najnowszymi technologiami grafę 3D z najnowszych produkcji.

    Nacji było całkiem sporo, ale różnice pomiędzy nimi nie były kolosalne. Mieliśmy kilka typów budowli w zależności od rejonu świata, z którego wywodziła się dana nacja, a także pewne różnice w możliwościach nacji (na przykład cywilizacja A mogła budować wytrzymalsze mury, ale nie miała dostępu do legionistów). Za nieco rozczarowujący uznaję fakt, iż wszystkie jednostki wyglądają identycznie niezależnie od wybranej nacji - zaniedbanie, które jest powtórzone także w drugiej części serii. Bolało mnie to choćby z tego względu, że widząc starcie dwóch armii, nie bylibyśmy w stanie odróżnić na przykład Choson (Chińczyków?) od Egipcjan.

    Nie zmienia to jednak faktu, iż gra była wyborna i po dziś dzień moim pierwszym skojarzeniem z gatunkiem RTS jest właśnie Age of Empires. Rozwiązania, które stosowane były w kolejnych strategiach w które miałem przyjemność zagrać wydawały mi się podobne do właśnie tej gry. W związku z tym po oswojeniu się z AoE, grając w kolejne RTSy czułem się jak w domu.

    Bardzo ciekawym pomysłem było wprowadzenie epok rozwoju dla cywilizacji. Grę (standardowo) zaczynaliśmy w Epoce Kamienia, a kończyliśmy w Epoce Żelaza. Z każdą epoką wiązały się różne poziomy zaawansowania technologicznego i dostęp do kolejnych jednostek. Gracz znajdujący się epokę wyżej od pozostałych miał nad nimi znaczną przewagę, więc trzeba było pilnować, aby nasza nacja nie została w tyle.
    Było parę gier, które podchwyciły ideę Age of Empires i nawet rozwinęły ją nieco bardziej (z różnym skutkiem) - na przykład seria Empire Earth. Jednak nie zmienia to faktu, ze grafika EE była brzydka już w dniu premiery, a AoE podoba mi się do dzisiaj. Dużo bardziej do gustu przypadł mi Tzar, o którym napiszę może kiedy indziej, a który jest niezwykle podobny do AoE pod wieloma względami.
    Na zakończenie zapytam ewentualnych czytelników: Jaka była Wasza ulubiona nacja w AoE? Ja największym sentymentem darzę Babilon.
    PS: Jakby ktoś wiedział, jak po polsku mówi się na cywilizację Hittite, to byłbym wdzięczny za tą informację. Może w końcu po tych wszystkich latach skojarzę ich z jakąś istniejącą w świecie rzeczywistym nacją.
  18. Lord Nargogh
    - Nazywam się Diego.
    - Jestem...
    - Nie interesuje mnie kim jesteś. Jesteś tu nowy - a do mnie należy dbanie o nowych. Na razie to tyle.
    Właśnie te słowa usłyszymy tuż po rozpoczęciu gry w Gothica. Gdy ja usłyszałem je po raz pierwszy, nie wiedziałem jeszcze że mam przed sobą jedną z najwspanialszych przygód przy ekranie komputera, jakich doznam w życiu.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Znakiem rozpoznawczym serii Gothic (poza niechlubną czwartą częścią, której istnienie neguję w swojej głowie) jest niesamowity klimat, umiejętnie budowany za pomocą świata gry, ścieżki dźwiękowej, pamiętnych postaci i konstrukcji lokacji. W naprawdę niewielu cRPGach NPC są dostatecznie interesujący, by zapamiętać ich na dłużej po ukończeniu gry, zaś po ukończeniu Gothica mógłbym sypać ich imionami w nieskończoność - Milten, Lester, Gorn, Gomez, Xardas, Diego, Lee, Wilk, Thorus, Cor Kalom, Baal Netbek i wielu, wielu innych. Każdy z nich wypalił sobie trwałe miejsce w mojej pamięci. Czy to dawny generał Lee, niesłusznie zesłany do kolonii karnej przez zdrajców, czy Thorus którego wiecznym przeznaczeniem jest stanie na straży przy jakiejś bramie, czy nekromanta Xardas który wykiwał dwóch bogów dla dobra ludzkości...

    Świat Gothica żyje swoim życiem. Wilki polują na ścierwojady, ludzie smażą sobie mięso na śniadanie, wbijają gwoździe, rozmawiają ze sobą. W zależności od pory dnia możemy ich zastać w innych miejscach. Animacji wykonywanych przez ludzi czynności jest naprawdę dużo, od zwykłego oddawania moczu, po trening mieczem i taniec.
    W dzisiejszych grach cRPG takie aktywności są na porządku dziennym, jednak w chwili gdy po raz pierwszy zagrałem w Gothica nie znałem ani jednej gry, w której bohaterowie niezależni robiliby coś innego oprócz stania jak kołki w miejscu. I w sumie po dziś dzień nie znam gry z żywym światem która powstałaby przed Gothiciem.

    Grafika jest co prawda mocno kanciasta, ale ze względu na dobrą animację i świetne tekstury można nadal na nią patrzeć bez krzywienia się. Nieodłącznie związany z animacją jest system walki w Gothicu. Mamy do dyspozycji kilka różnych ruchów bronią, które możemy wykonać. Atak do przodu (z którego można wyprowadzić combo) i wymach bronią w prawo lub w lewo. Te trzy rodzaje ataków w połączeniu z blokowaniem i okrążaniem przeciwnika dają nam zadziwiająco dużo możliwości, w końcu możemy łączyć je w różne kombinacje. Umiejętna szermierka umożliwia nam pokonanie znacznie silniejszego przeciwnika od siebie.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Wszystkie dialogi w Gothicu są 'wypowiadane' przez żywych aktorów. Polska wersja językowa gry stoi na naprawdę wysokim poziomie, co powoduje że Gothic jest jedną z niewielu gier, które wolę w wersji zlokalizowanej. Wśród aktorów udzielających głosów postaciom w grze znajdziemy tak znamienite osobistości jak Tomasz Marzecki, Jacek Mikołajczak, Adam Bauman, Marek Obertyn i wielu, wielu innych.

    Wypadałoby chyba napisać nieco więcej o grywalności i możliwościach, jakie przed nami stoją w grze. Oprócz tradycyjnego 'ekspienia' i wykonywania questów, możemy postarać się zarobić w alternatywny sposób - po prostu... pracując jako kowal lub myśliwy.
    Do wyboru mamy trzy główne frakcje - Stary i Nowy Obóz oraz Bractwo. Możemy dołączyć tylko do jednego z nich. Jakie występują pomiędzy nimi różnice? Poza oczywistymi rozbieżnościami w polityce i religii, wybór frakcji wiąże się z innym wyglądem pancerzy, które będziemy nosić. Ponadto nasz bohater będzie mieć nieco inne możliwości rozwoju. Dla przykładu w Starym Obozie musimy się w pewnym momencie zdecydować czy chcemy zostać Magiem, czy Strażnikiem, zaś w Nowym Obozie tego wyboru nie ma - najpierw musimy zostać Najemnikiem i dopiero później Magiem. Ma to o tyle istotne znaczenie, że w Nowym Obozie znacznie trudniej byłoby nam zostać 'czystym' magiem ze względu na konieczność rozwijania umiejętności bitewnych by dotrwać do etapu w którym będziemy mogli przywdziać szaty maga.
    Z Bractwem sprawa ma się nieco inaczej - mamy dostęp do magii od samego początku, jednakże nigdy nie będziemy w stanie przystąpić dalej niż do trzeciego (jeśli dobrze pamiętam) kręgu. Klasa Nekromanty będzie zatem poza naszym zasięgiem.

    Fabuła gry nie jest może szczególnie złożona, ale jest świetnie rozwijana za pomocą dwóch kolejnych części gry. Do Gothica 3 mamy do czynienia ze spójną, trzymającą się logiki i kupy trylogią.
    A potem pojawił się wydany przez Hindusów dodatek Zmierzch Bogów, który wyrzucił w błoto zakończenie G3 i zrujnował świat gry. Mimo to, najgorsze było dopiero przed nami... ale o Arcanii (tfu, tfu!) napiszę może kiedy indziej.
    Cóż więcej powiedzieć? Gothic stanowi jedną z moich ulubionych gier. Wracam do niego (podobnie jak i do pozostałych części *TRYLOGII*) przynajmniej raz w roku. Ta gra ma dla mnie tylko jedną (i to niewielką) wadę - system szermierki nie jest aż tak płynny i dopracowany jak w drugiej części serii. Ale to nie przeszkadza w cieszeniu się wyborną rozgrywką i zanurzeniu się w ten gęsty niczym skamieniały budyń klimat.
  19. Lord Nargogh
    Zapraszam Was dzisiaj na podróż do fantastycznego świata, do krainy Lodowego Wichru...
    Icewind Dale to pierwszy tytuł wykorzystujący system D&D, w jaki zagrałem, jest to również mój pierwszy kontakt z uniwersum Forgotten Realms. Ukończyłem go już kilka razy, ba, robię to po raz kolejny nawet w tej chwili. Jest to gra do bólu liniowa i teoretycznie jednorazowa, mimo to nie mogę oprzeć się przeżywaniu zawartej w niej przygody raz jeszcze, nawet mając w zanadrzu kilkadziesiąt innych gier, których jeszcze nawet nie tknąłem (a na które miałem ochotę). Co jest w niej takiego niezwykłego?

    UWAGA: Wpis będzie zawierał nieukryte spoilery oraz screeny pokazujące lokacje z całej gry. W moim przekonaniu zajrzenie pod spódniczkę grze przed ślubem może tylko zachęcić do zagrania w nią, zwłaszcza że fabuła nie jest w tej grze najważniejsza.


    Biblioteka w przeklętej twierdzy Odcięta Dłoń.

    Przede wszystkim klimat. Piękna, dwuwymiarowa grafika w połączeniu z doskonałą muzyką buduje go w niesamowity sposób. Czy to gdy wędruję po zmrożonych rozpadlinach Doliny Cieni, czy gdy zwiedzam mroczne grobowce Kresselacka Czarnego Wilka, czy gdy rozwiązuję zagadkę twierdzy Odciętej Dłoni, zamarłej w pół-nieumarłej stazie... Lokacji jest sporo i są dość zróźnicowane. Wbrew temu, czego można spodziewać się po tytule nie zobaczymy w tej grze zbyt dużo śniegu.



    Kresselack Czarny Wilk we własnej osobie. "Jeśli poszukujecie zła, to znaleźliście je."

    Drużynę tworzymy w całości jeszcze przed rozpoczęciem gry. Do dyspozycji mamy 6 ras (człowiek, półelf, elf, krasnolud, niziołek, gnom) i 8 klas (wojownik, paladyn, łowca, złodziej, druid, kapłan, bard, mag). Możemy także stworzyć maga-specjalistę (dostaje on dodatkowe miejsce na czar na każdy poziom, ale nie może za karę rzucać zaklęć z 1-2 szkół magii przeciwnych jego specjalizacji), dwuklasowca oraz wieloklasowca. Dwuklasowiec różni się od wieloklasowca tym, że może po zdobyciu kilku poziomów jednej klasy przerzuca się na drugą, blokując rozwój tej pierwszej. Wieloklasowiec rozwija wszystkie klasy naraz. Tylko ludzie mogą być dwuklasowcami, a wieloklasowcami jedynie nie-ludzie.
    Poprowadzić możemy maksymalnie sześciu bohaterów i taką właśnie liczbę zalecam wybierać, bowiem mniejsza ilość postaci szybciej awansuje na wyższe poziomy, ale otrzymuje z tego powodu dużo mniej doświadczenia. Nic nie narzuca nam składu naszej ekipy, jeśli tylko tego zechcemy, możemy stworzyć drużynę składającą się tylko i wyłącznie z magów, aczkolwiek marne byłyby jej szanse na przetrwanie. Są natomiast pewne ograniczenia co do ras i klas, to znaczy nie możemy stworzyć niziołka-barda, nawet pomimo opisu tej rasy wskazującego na jej zamiłowanie do rozrywek i śpiewu. To zostało naprawione w drugiej części gry, o której napiszę kiedy indziej a w której mamy absolutną swobodę i możemy stworzyć nawet półorka-czarownika.



    Screen z malowniczego Kuldahar. Oprócz chatki widać na nim jeden z korzeni Wielkiego Dębu.

    Skoro już wspomniałem o marnych szansach drużyny magów, od razu wyjaśnię i uprzedzę Was przed początkową słabością tej klasy. Tak, mag na początku jest bardzo słaby. Niemal nie potrafi walczyć, ma mało punktów życia, nie nosi zbroi i może rzucać mniej zaklęć niż bard posiadający ten sam poziom doświadczenia. Sytuacja jednak z każdym kolejnym zdobytym przez maga poziomem ulega zmianie - do dyspozycji dostajemy więcej silniejszych zaklęć i powoli zaczynamy zostawiać magię barda w tyle. Zajmuje to dość sporo czasu, lecz warto przemęczyć się przez początek gry z bezużyteczną postacią, by później zyskać bardzo cennego sprzymierzeńca.


    Na screenie występuje: astrolabium, elfi mag-widmo, przeklęty lisz z dobrym sercem i moja wspaniała drużyna.

    Gra stosuje kilka prostych, acz logicznych pomysłów, których nie widziałem nigdzie indziej. Przykładowo jeśli dowódcą naszej drużyny jest świątobliwy paladyn, to uratuje to nas parę razy przed pułapkami zastawionymi przez zło. Na przykład jeśli podejdziemy do fałszywego kapłana, to gdy ten zacznie nam lać miód w uszy swoimi kłamstwami, nasz bohater po prostu mu przerwie i twardo powie, że jego aura zbyt śmierdzi złem, by się dać na to nabrać. W zasadzie jest kilka klas, które oferują unikatowe opcje dialogowe i zadania. Druid może zaproponować ogrowi specjalny przepis na miksturę leczniczą, a bard może wymienić się pieśniami z duchem jeziora. Niemal w każdym wypadku, gdy odkryjemy taką dodatkową opcję dialogową, zostaniemy wynagrodzeni pokaźną (jak na dany moment gry) ilością punktów doświadczenia.



    Przykład dialogu, w którym paladyn wyczuwa smród zła na kilometr.

    Pomimo iż napisałem, że fabuła nie jest najważniejszym elementem tej gry, warto byłoby nakreślić pokrótce o co chodzi. Jesteśmy drużyną bohaterów przybyłych do małej wioski Easthaven, którzy wybierają się z ekspedycją do miasta Kuldahar, leżącego w korzeniach wielkiego dębu celem odkrycia źródła zła nękającego mieszkańców tej osady. W tym celu będziemy zwiedzać rozmaite grobowce, jaskinie, fortece oraz lodowe pustkowia.



    Fragment cut-scenki z gry.

    Jak na dzisiejsze standardy, gra jest bardzo długa - dużo dłuższa od kochanego przez wszystkich w tym kraju Wiedźmina 2. Po 30 godzinach grania doszedłem do niecałej połowy gry, a przypominam iż nie przechodzę jej po raz pierwszy.


    Tutaj chwilę wcześniej miało miejsce niezłe JEBUDUP BUM BUM.

    W grze jest sporo ciekawych dialogów, chociaż większość czasu i tak spędzamy na walce. Jednakże prawda jest taka, iż zastosowana przez twórców proporcja pomiędzy tymi dwoma aspektami gry pozwala czerpać z rozgrywki wiele przyjemności. Sama walka jest wymagająca i znudzone wskazanie celu wojakom bardzo rzadko pozwala wyjść ze starcia cało. Bardzo istotne jest wykorzystywanie wszystkich umiejętności i cech charakterystycznych postaci z naszej drużyny. Bardzo ważne jest, by nie ograniczać wykorzystywania magii tylko do celów ofensywnych. Dobry gracz jest w stanie wyczuć sytuację w której przydatne byłoby wzmocnienie drużyny czarami, osłabienie nimi przeciwnika bądź zwyczajne zranienie go magią ofensywną. Bardzo często musimy także korzystać z czarów kontrujących uroki przeciwnika. Przykładowo - widzisz, że wrogi kapłan rzucił na siebie Płaszcz Strachu? Lepiej rzuć Przełamanie Strachu na swoją drużynę jak najszybciej! Szaman orków sparaliżował kilka postaci z Twojej drużyny? Jak najszybciej przyślij do nich kapłana, by zerwał z nich więzy! Nie muszę chyba tłumaczyć, jakim ułatwieniem jest odwrócona sytuacja (przerażony/sparaliżowany przeciwnik). Istotne również jest, by w porę rozbroić pułapki w pomieszczeniu, przez które mamy zamiar wyjść. Kiedyś nie cierpiałem klasy złodzieja i nie posiadałem żadnego w drużynie. Notorycznie zdarzało mi się włazić w pułapki otruwające i wprawiające w obłęd członków mojej drużyny przy jednoczesnym napotkaniu znacznych sił wroga. Kończyło się to dla mojej drużyny zmianą profesji z 'Poszukiwacz przygód' na 'kaszanka'.
    Reasumując - Icewind Dale to niewątpliwie godny uwagi klasyk. Polecam go wszystkim osobom sympatyzującym z systemem D&D, a także zachęcam do zapoznania się z nim tych, którzy nigdy do tej pory z niego nie korzystali. Rozrywka oferowana przez tą grę jest niesamowita. Fascynujące starcia z rozmaitymi potworami, przeplatane zwiedzaniem niezwykle klimatycznych lokacji to przyjemność, której życzę wielu graczom.
  20. Lord Nargogh
    Jedna z moich najbardziej ukochanych gier evah.
    Pamiętam, jakby to działo się wczoraj - mój stary komputer, ciemny, kiepski monitor, a na nim - demko nietypowego RTSa. Tak, demko. Nie pamiętam kiedy ostatnio uruchomiłem jakieś demo, a w tamto zagrywałem się godzinami.
    Knights & Merchants to gra pod wieloma względami podobna do serii Settlers, a zarazem pod wieloma innymi od niej różna. Ja tutaj opowiem conieco o jej drugiej części (która zawiera swoją drogą kampanię z pierwszej) - The Peasants Rebellion.

    Jeśli chodzi o podobieństwa - to tutaj także mamy rozbudowę królestwa od podstaw i obrabianie rozmaitych surowców - drwale ścinają kłody, cieśle wycinają z nich deski. Rolnicy zbierają ziarno, młynarze je mielą, a piekarze - wypiekają z mąki pyszny chleb.


    Fragment małego, samowystarczalnego miasta. Specjalnie dla Was zaznaczyłem Spichrz, abyście w grze dostępne towary obejrzeć mogli.

    W przypadku zaś różnic - tutaj każdy mieszkaniec królestwa, czy to pomocnik, cieśla, kowal czy rycerz - każdy tak samo musi jeść. Robotnicy pożywiają się w gospodach, żołnierzom żywność dostarczają pomocnicy. Menu jest stosunkowo ubogie - chleby, wino, kiełbasy i ryby. Każdy z pokarmów posiada inną wartość odżywczą i w różnym stopniu nasyca robotników - najpożywniejsze są oczywiście te towary, które trudniej uzyskać, w kolejności: kiełbasy (trzeba wyhodować zboże, wykarmić nim świnie i zrobić kiełbasy z ich mięsa - zajmuje duużo czasu), chleb (trzeba wyhodować zboże, zmielić je na mąkę i upiec z niego chleb - zajmuje stosunkowo niewiele czasu), wino (trzeba wyhodować winogrona, zebrać je, ugnieść i zrobić z nich wino - zajmuje mało czasu) i ryby (trzeba tylko złapać rybę - zajmuje bardzo mało czasu, ale jest też nieszczególnie sycące). Żołnierze są na szczęście mniej wybredni i najadają się w równym stopniu rybą, jak i kiełbasą. Widać trudne, polowe warunki potrafią sprawić, że człowiek ceni jedzenie bardziej.
    Właśnie - żołnierze. Tutaj mamy ich dużo więcej, niż w starszych częściach Settlers. Do boju z naszym imieniem na ustach wyruszą Żołdacy, Topornicy, Miecznicy, Łucznicy, Kusznicy, Piechurzy z Lancami, Halabardnicy, Lekka i Ciężka Jazda. Każdy z nich posiada zalety i wady na zasadzie RPS*. W drugiej części dochodzą także cztery jednostki najemnicze, ale są one tak koszmarnie drogie, że nie będę o nich wspominał. Dochodzą także machiny oblężnicze.


    Dwie szkoły, spichrz, huta, warsztat płatnerski, kuźnia i gospoda

    Rozgrywka jest powolna, ale sprawia dużo radości. Dzieje się to za sprawą doskonale zanimowanych procesów wytwarzania towarów - widzimy jak każdy z robotników wypełnia swoją rolę. Obserwowanie, jak rzeźnik szatkuje mięso i 'naciąga' kiełbasy jest relaksujące, podobnie jak widok farmera na żniwach i piekarza uderzającego ciastem o blat. W prostej, ale ładnej graficzce urzeka mnie ogromna jej szczegółowość.
    Gdy nasze miasto zostanie samowystarczalne (rozumiem przez to, że będzie wytwarzać więcej żywności, niż zużywać i odbudowywać zapasy - właśnie, ta gra jest o tyle interesująca, że jeśli zaniedbamy gospodarkę to nasi ludzie będą umierać z głodu i przegramy wojnę bez stoczenia bitwy), zaczniemy w końcu na masową skalę produkować broń. Topory, Lance, Łuki, Miecze, Halabardy, Kusze. Pancerze skórzane i płytowe. Tarcze drewniane i stalowe. No, i oczywiście konie dla jazdy - z tym, że je również należy wyhodować, a nie 'wyprodukować'.
    Wyżej wymieniony ekwipunek wykorzystamy do wyszkolenia wspomnianych wcześniej żołnierzy. Każdy z wojaków wymaga innego zestawu ekwipunku - żołdak zadowoli się zwykłym toporem, ciężki konny wymaga natomiast konia, zbroi płytowej, miecza i tarczy stalowej.
    Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości surowców i wyszkoleniu odpowiedniej ilości rekrutów, przystąpimy do budowy armii. I tutaj ciekawostka - żołnierze podobnych kategorii wiążą się w oddziały. Nie ma tutaj możliwości 'rozciągnięcia' i objęcia myszką całej naszej armii - tutaj rozkazujemy pojedynczym oddziałom, którym narzucamy dowolną prostokątną formację (czytaj: decydujemy, czy ma być 3x1, 4x4 itp). Żołdacy, topornicy i miecznicy mogą być w tym samym oddziale, podobnie piechurzy z lancą i halabardnicy, łucznicy i kusznicy, lekka i ciężka jazda.


    Mój samotny zwiadowca dostrzegł właśnie armię przeciwnika. Chwilę później bohatersko poległ

    Mamy zatem armię porozkładaną w rozsądnych oddziałach, nadeszła więc pora ataku bądź obrony. I tutaj gra również zadziwia nas swoim stopniem złożenia; bitwy nie są bowiem banalne. Nie wystarczy zaznaczyć oddziałów i wskazać im celu - tutaj istotna bardzo jest taktyka. Łucznicy i kusznicy muszą być w odpowiedniej odległości by strzelać, muszą być także osłaniani przez inne jednostki. Najlepiej umieścić ich na wzniesieniu, doskonale się także broni na moście. Wszystko zależy od inwencji i taktyki gracza, a ma ona ogromne znaczenie - można niewielkimi siłami pokonywać ogromne armie, o ile dobrze się nimi dowodzi i zajmie nimi odpowiednie pozycje. Dość powiedzieć, że w kampanii nie ma misji, w której mielibyśmy przewagę militarną bądź gospodarczą nad komputerem; jest też kilka misji czysto taktycznych, w których nieraz musimy się zmierzyć z siłami czterokrotnie przewyższających nas pod każdym względem (liczebność i uzbrojenie - nasze skórznie przeciwko ich zbrojom płytowym). Ale da się wygrać, a zwycięstwo przyniesie nam nielichą satysfakcję.
    I tak to wszystko mniej więcej wygląda. Cóż mogę więcej dodać? Może tylko tyle, że muszę się oddalić, by popatrzeć jak świnie taplają się w błocie i ponarzekać na leniwych budowniczych, którzy znowu muszą wyżreć całą kiełbasę z gospody.
    Zatem, siostry i bracia - polecam Wam serdecznie tą grę. Można ją dostać w pełni upatchowanej wersji na witrynie gog.com za 5.99 $, albo 150 CDPunktów.
    *RPS - Rock Paper Scissors - oznacza to, że część jednostek sprawdza się lepiej przeciwko pozostałym. I tak piechur z lancą przegra w walce z topornikiem, ale bez problemu poradzi sobie z wojownikiem na koniu.
  21. Lord Nargogh
    Dawno tutaj nie pisałem, a przecież mam na to więcej czasu niż zwykle. Cóż zrobić - zawiodłem. Spróbujemy jednak coś zrobić z tym fantem, a zaczniemy od odrobiny sentymentalności:
    Jaka były Wasze pierwsze gry na PC-ta?
    Nie chodzi mi o pierwsze gry w ogóle (na przykład na Amigę czy Pegasusa), ani pierwsze gry, w jakie graliście u znajomych - chodzi tylko o gry, które jako pierwsze odpaliliście na swoich własnych blaszakach.

    W moim przypadku były to trzy tytuły dołączone do pierwszego zestawu komputerowego (Pentium 233 MHz MMX, 32 MB RAM):
    Monster Truck Madness
    Ścigałka, do której mam wieeelki sentyment. Odpaliłem ją nawet dzisiaj, żeby powspominać stare, dobre czasy - i nawet na Viście zadziałała! Większość z Was pewnie o niej nie słyszała, toteż poniżej zamieszczam trailer (God bless youtube):


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Fajny sport swoją drogą, jeden z trzech, które lubię oglądać (oprócz Monster Trucków - zawody Strongman i MMA)
    Gex
    Moja ukochana platformówka, jedna z dwóch ulubionych (drugą jest Jazz Jackrabbit) i jedna z naprawdę niewielu, które przypadły mi do gustu. Przepełniona humorem - wystarczy powiedzieć, że drugim bossem, z jakim zmierzymy się podczas gry jest... hmm... jakby to ująć? 'Pierdzący superman?' Przygoda przeciągnie nas przez cmentarzysko, świat kreskówek (uwaga na mordercze smurfy!), dżunglę, Chinatown, jakiś futurystyczny świat i planetę X. Poniżej walka z pierwszym bossem:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Last and least - Soccer.
    Średniawa piłka nożna, która jako pierwsza przekonała mnie, że nie lubię gier sportowych. Dlatego nie będę się o niej rozpisywał, ani szukał materiałów na jej temat. Tym niemniej pewien sentyment jest... w końcu to była moja trzecia gra, jakakolwiek by nie była (no wiecie, coś jakby stracenie cnoty z pasztetem*)
    *- pasztety świata - bez obrazy, sam należę do Waszej grupy =D
    A jak jest z Wami? W co zagraliście po raz pierwszy?
  22. Lord Nargogh
    Napisałem kilka wpisów o tematyce naukowej i mam zamiar napisać ich więcej. Nie wiem jednak, czy właściwie dobieram tematy, które chcę omówić - nie wiem tak naprawdę, czy nie piszę oczywistych oczywistości nawet dla ludzi spoza 'branży', ani czy nie wybieram przypadkiem zjawisk, które nikogo nie obchodzą. Nie piszę tego w końcu dla siebie, bo nie muszę sam siebie przekonywać do zainteresowania fizyką i nauką - dlatego zdecydowałem się wyjść Wam naprzeciw i zaproponować, abyście (jeśli to Was interesuje) wyszli z propozycjami tematów, na które mam napisać - jeśli są jakieś zjawiska fizyczne, urządzenia bądź eksperymenty, które Was interesują a których nie do końca rozumiecie - mogę spróbować je wyjaśnić na tyle, na ile pozwoli mi moja własna wiedza.
    A zatem - czy jest jakiś naukowy temat, o którym chcielibyście przeczytać?
    Zastrzegam tylko, że pewnych dziedzin zwyczajnie nie lubię - takich jak mechanika kwantowa i elektronika - ale to nie znaczy, że nie posiadam wiedzy na ich temat.
  23. Lord Nargogh
    Oglądałem sobie właśnie Fakty na TVNie, kiedy usłyszałem wstrząsającą informację o tragedii jaka miała miejsce w jednym z supermarketów 'Netto' - małe dziecko imieniem Adrian nażarło się granulek środka czyszczącego Kret, bardzo mocno się poparzyło i trafiło do szpitala.
    Więcej informacji - TUTAJ.
    Na początku wspomniano tylko, że kierownictwo sklepu Netto oskarżyło rodziców, że zostawili dziecko bez opieki. Rodzice ze łzami w oczach zaprzeczyli temu faktowi, twierdząc że opiekowali się dzieckiem 'tak jak zawsze' i to w zupełności zadowoliło i przekonało dziennikarzy, którzy zaczęli miotać gromami i oskarżeniami w producenta środka (bo za łatwo można było odkręcać butelki) i sklep (bo butelki z towarem były umieszczone na samym dole i dziecko mogło po nie sięgnąć). I tak skupiono się na tym aspekcie, pokazując jeszcze liczne ekspertyzy na temat butelek, ujęcia z ukrytej kamery jak dziennikarz chodził sobie po sklepie i otwierał kolejne butelki, żeby sprawdzić czy w istocie można je otworzyć tak łatwo.
    Nadmienię w tym miejscu, że butelki z tym preparatem jest otworzyć bardzo trudno, ale tylko za pierwszym razem - po uprzednim 'rozdziewiczeniu' nakrętki, następnym razem jest już dużo łatwiej.
    Po wszystkim oczywiście towar nie został zakupiony, a zdeflorowane opakowania zostały odłożone na półkę. Każde następne dziecko, któremu przyjdzie ochota na żrący środek chemiczny będzie miało ułatwiony do nich dostęp w sklepach w których przeprowadzono 'badanie'.
    Ale nie to mnie najbardziej zdenerwowało w całym materiale. Raczej to, że jak zwykle rodzice są tutaj świętymi, którzy zostali poszkodowani przez brutalny i zły spisek Systemu.
    Nikt nie ośmielił się nazwać tych ludzi po imieniu wedle tego, co zrobili.
    Nieodpowiedzialni kretyni, którzy nie powinni mieć prawa do rozmnażania. - taki tytuł moim zdaniem jest najbardziej adekwatny do całej sytuacji.
    Ale 'przecież pilnowali dziecka, pilnowali go tak jak zwykle' - w obliczu tego co się stało, widzę dwie możliwości, jak połączyć tą wypowiedź z felernym zdarzeniem:
    - Pilnowali tak jak zwykle, czyli nie pilnowali - dziecko biegało sobie swobodnie po markecie niczym dziki bizon po prerii*,
    - Pilnowali go jak należy, czyli w momencie gdy dziecko otwierało butelkę z napisem 'Kret' i wpychało sobie granulki do buzi, to z zainteresowaniem przyglądali się całemu zajściu, czekając 'co się stanie'.
    Ten przypadek to wierzchołek góry lodowej. Rodzice w tym kraju są zawsze święci. Co z tego, że mieszkają na śmietniku i są wiecznie pijanymi alkoholikami - to urzędy są bez serca, odbierając im ich pociechy. W końcu to miłość jest najważniejsza. Co z tego, że z ich domu wyszedł niedorozwinięty psychopata, który przyszedł do szkoły i wymordował pół grona nauczycielskiego - rodzice są niewinni, to wszystko wina brutalnych gier komputerowych.
    Rodzice zawsze są niewinni. Piętnować należy wszystko wokół, ale nie rodziców.
    Bullshit. Mam nadzieję, że również to dostrzegacie.
    Na zakończenie dodam, że sam pomysł umieszczenia butelek ze środkiem wyżej niż wcześniej jest bardzo kretyński. Dzieci są głupie. Zawsze znajdą sposób, żeby zrobić krzywdę zarówno samemu sobie, jak i wszystkim wokół. Nie chodzi o to, żeby główkować jak tylko uniemożliwić im technicznie zrobienie sobie krzywdy - bo na to jest tylko jeden sposób - uciąć im rączki i nóżki. Chodzi raczej o to, żeby bachora pilnować, żeby sobie tej krzywdy zrobić nie mógł.
    * - swoją droga strasznie mnie wnerwiają takie luźno puszczone bachory, które hałasują, blokują przejście i ogólnie utrudniają życie z powodu niekompetencji swoich rodziców.
×
×
  • Utwórz nowe...