Skocz do zawartości

Lord Nargogh

Hall of FAme
  • Zawartość

    13055
  • Rejestracja

  • Ostatnio

  • Wygrane dni

    21

Wpisy blogu napisane przez Lord Nargogh

  1. Lord Nargogh
    Mając już dość dobrze wyposażoną i doświadczoną postać, swe kroki skierowałem ku znajdującym się blisko siebie Vault City i Gecko.
    #once again, SPOILER ALERT#
    Vault City to przykład zakończonego powodzeniem eksperymentu Vault-Tec. Krypta pozostała zamknięta przez zaplanowaną ilość czasu, a jej mieszkańcy po wyjściu na zewnątrz byli w stanie utworzyć zaawansowane technologicznie (i odnowione za pomocą GECK-a środowisko) miasto.
    Niestety, lata izolacji, planowanego rozmnażania i korzystania cały czas z tej samej, zamkniętej puli genów doprowadziło do dużego podobieństwa mieszkańców, a także wystąpienia w nich bezpłodności - z czasem stali się niezdolni do rozmnażania w tradycyjny, nielaboratoryjny sposób. Jest to związane z ciekawą możliwością złożenia 'darowizny' w postaci swojego... khem, materiału genetycznego na rzecz miasta.
    To dość ciekawa lokacja. Z jednej strony mamy zaawansowane technicznie i czyste budowle, z drugiej - otwarcie praktykowane niewolnictwo, prohibicję (chociaż osobiście jestem zwolennikiem zakazu używek ]:->), daleko idącą izolację od otoczenia.
    Podobała mi się możliwość wykonania szczepień ochronnych w Vault 8, które zwiększały naszą odporność na promieniowanie i (chyba) trucizny. Jeszcze bardziej spodobało mi się to, co odkryłem po głębszym przeszukaniu archiwów komputera w tej krypcie - informacje na temat wszczepów podskórnych. Tak, mając odpowiednio wysoki poziom nauk ścisłych i doktora, możemy wykonać na sobie operację zwiększającą odporność na obrażenia i/lub ogień. To drugie ze względu na nikłą liczbę przeciwników używających tego rodzaju obrażeń jest niemal bezużyteczne, ale to pierwsze może okazać się bardzo pomocne.
    W Vault City postawiłem sobie za punkt honoru, by zostać Obywatelem poprzez zdanie testu na obywatelstwo. Nigdy nie udało mi się tego zrobić, pomimo iż moje postaci miały wysoką percepcję, inteligencję, charyzmę i wysoki poziom umiejętności lekarz, nauki ścisłe i retoryka.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Na szczęście nie jest to jedyna droga, by osiągnąć ten cel. Drugą opcją, związaną z ciekawym zadaniem jest rozwiązanie problemu nieszczelnego reaktora atomowego w Gecko. Konieczne jest wtedy zdobycie specyficznego elementu ekwipunku z Vault City: Hydro-Magneto...uuuhm... Hy-Maga. Zadanie to daje nam sporo doświadczenia i satysfakcji (przy założeniu, że nie jesteśmy wrogo nastawieni do Ghuli).
    Kontynuując wątek Gecko, mamy tam szansę spotkać starego znajomego z pierwszej części gry - Harolda (nie jest to jedyna postać z F1 którą możemy spotkać - kto wie, o kogo jeszcze chodzi?). Zapewne zaskoczę wielu ludzi stwierdzeniem, że Harold nie jest ghulem. Bo nim nie jest - zainteresowanych szczegółami odsyłam do Fallout Bible.
    W Gecko możemy zarówno naprawić, jak i ulepszyć reaktor. Jest też parę okazji, aby przekonać się o specyficznym poczuciu humoru Ghuli (które przewijało się przez wszystkie części serii, włącznie ze Spin-offem Fallout Tactics) które sprawia iż pomimo patrzymy na rozkładającą się kupę mięsa, nie możemy wyzbyć się wobec niej sympatii.
    Trzymając się tematyki mutantów, swe kroki skierowałem do nietypowej mieściny - Broken Hills. Pierwsza próba mutanta Marcusa utworzenia miejsca dla wszystkich ras i mutacji, miejsca gdzie wszyscy mieli funkcjonować razem w zgodzie, niestety zakończona niepełnym powodzeniem ze względu na wysoki poziom nieufności pomiędzy mieszkańcami różnych ras. Oczywiście obowiązkowo muszę wspomnieć o możliwości dołączenia do swojej drużyny Supermutanta - wspomnianego wcześniej Marcusa.
    Z rozczarowaniem przyjąłem wiadomość po ukończeniu gry, że zasoby kopalni w Broken Hills uległy wyczerpaniu, a miasto umarło śmiercią naturalną. Nie podobało mi się to tym bardziej, że istniało wiele mieścin nie mających dostępu do żadnych zasobów, które przetrwały z powodzeniem ze względu na prostą ideę, którą kierowali się mieszkańcy - w grupie łatwiej przetrwać. Miasto służące tylko i wyłącznie jako azyl dla pragnących żyć w pokoju mutantów ma wystarczające powody do istnienia samo w sobie.
    Następnym krokiem naszej wędrówki jest New California Republic, miasto (a raczej państwo) które powstało na bazie znanego z pierwszej części gry Shady Sands. NCR konkuruje z rodzinami z New Reno o władzę w tym regionie USA. Mamy możliwość udzielenia znacznego wsparcia Republice Nowej Kalifornii w osiągnięciu tego celu. Na tym etapie serii nie jesteśmy jeszcze świadomi (przynajmniej ja nie byłem) potencjału, jaki posiada ta inicjatywa. Dość powiedzieć, że w najnowszej części serii Fallout New Vegas NCR jest jedną z dwóch największych frakcji w całych Stanach. Wykonując zadanie dla prezydent NCR, nasze kroki kierują się do znanego z pierwszej części Vault 15, tym razem oczyszczonego i odnowionego przez bandytów, którzy się w nim zalęgli. Wtedy też w jednym z komputerów poznajemy lokację stanowiącą obecnie główny cel naszej gry - Vault 13.
    Vault 13 tym razem jest jedną z najbardziej interesujących lokacji w całej grze, ze względu na nietypowych mieszkańców - inteligentne Szpony Smierci. Z wielkim żalem przyjąłem później informację, że zostały wybite co do jednego przez Enklawę. Mam wielki sentyment w grach do wszelkich inteligentnych ras nie-ludzkich. Na pocieszenie może nam służyć fakt, że jeden ze Szponów - Goris - znajdował się w czasie holocaustu jego rasy poza kryptą i w związku z tym uszedł z tego z życiem. Możemy go dołączyć do swojej drużyny (Najpierw Supermutant, teraz Szpon Smierci... coraz bardziej kozacko się robi).
    Po naprawieniu komputera dla Szponów, zdobywamy upragniony G.E.C.K. tylko po to, by dowiedzieć się, że mieszkańcy naszej wioski zostali porwani przez złowrogą Enklawę. Naszym następnym celem jest dotarcie do ich głównej siedziby w tym rejonie USA, znajdującej się daleko od lądu na zachodzie. Musimy w tym celu uczynić znajdujący się w San Francisco tankowiec ponownie operacyjnym. Konieczna jest dodatkowa wizyta w Nevarro (Które tym razem wyczyszczam z wszystkiego co się rusza, tak profilaktycznie. Oczywiście wszystko gołymi pięściami, ale tym razem już w pancerzu wspomaganym) w celu zdobycia części do komputera nawigacyjnego (albo coś innego, nie pamiętam dokładnie).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Gdy już wszystko załatwimy i dotrzemy do wspomnianej bazy Enklawy, mamy za zadanie uwolnić swoich ludzi i puścić ją z dymem. Dowiadujemy się o projekcie mającym na celu wyeliminowanie wszystkich mutantów na całej planecie za pomocą zmodyfikowanego wirusa FEV. Siedziba Enklawy jest zaawansowana technologicznie i robi niemałe wrażenie. Rozczarowujący jest natomiast dialog z głównym naukowcem odpowiedzialnym za rozwój wirusa - nie będę wnikał w szczegóły, w każdym razie człowiek, który poświęcił wiele lat swojego życia dla tego projektu i nie miał ani krzty wątpliwości wobec eliminacji wszystkich zmutowanych form życia daje się zadziwiająco łatwo przekonać do porzucenia projektu i zniszczenia całej bazy. Argument stosowany przez głównego bohatera jest po prostu śmieszny i stawia pod znakiem zapytania zarzuty zatwardziałych fanów serii, że poziom dialogów w F3 uległ obniżeniu w stosunku do F2 i F1, gdyż jeśli ktoś pamięta takie kwiatki to wie, że żadna część gry nie była doskonała pod tym względem.
    Po uruchomieniu procesu opóźnionej detonacji bazy, mamy możliwość przeprogramowania jej systemów obronnych, a także przekonania sierżanta oddziału stojącego przy wyjściu aby razem z nami stawił czoła głównemu bossowi tej części gry - Frankowi Horriganowi. Jest to potężny supermutant w pancerzu wspomaganym, jednak nie stanowi zbyt dużego wyzwania jeśli uzyskamy wspomniane wcześniej wsparcie.
    To by było na tyle, jeśli chodzi o moje wrażenia z drugą częścią Fallouta. Następnym razem opowiem o spin-offie, Fallout Tactics.
  2. Lord Nargogh
    Postnuklearnych wspomnień ciąg dalszy.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo (Ponownie przestrzegam przed spoilerami)
    Świeżo po skończeniu Fallouta 1, zabrałem się ponownie za drugą część. Tym razem znałem już uniwersum gry, wiedziałem kim jest główny bohater i rozumiałem zasady, na jakich funkcjonowało pustkowie.
    Start nie był prosty. Nie wiedząc gdzie iść i skąd wziąć lepszy sprzęt, błąkałem się po początkowych mieścinach (Klamath i Den) wykonując najróżniejsze (choć niezbyt trudne, ograniczało mnie moje słabe uzbrojenie) zadania. Pomogłem Torrowi obronić jego 'Moo-moo' i wykupiłem kaucję Sulika. Pomogłem pijaczynie uzupełnić zapas drewna w jego bimbrowni. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o szczurzym bogu kryjącym się w osadzie traperów, o Toxic Caves nie wspominając.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W Den znalazłem nieco więcej pracy, pomagając gangowi Lary zdobyć fuchę u Metzgera, rozwiązując problem z nawiedzonym domem i wykonując kilka pomniejszych questów dla właścicielki jednego z kasyn. Ogólnie mieścina wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Była brudna, zaćpana i niebezpieczna. Dopiero za jednym z kolejnych przejść gry dowiedziałem się, że był to zabieg polityczny wykonany przez jedną z rodzin w New Reno. Zawładnąć miastami za pomocą silnie uzależniającego narkotyku - Jet. Ten sam problem miało górnicze miasto Redding, ale do niego dojdziemy.
    Moją niechęć do Den potęgowało istnienie w nim siedziby głównej łowców niewolników pod wodzą Metzgera, chociaż nie ukrywam że możliwość dołączenia do nich (i oszpecenia się na całe życie za pomocą tatuaża na czole) była intrygująca.
    Zdobyłem nieco doświadczenia, wiedziałem już jak dość dobrze strzelać podstawową bronią palną, a także słowami (rozwinąłem retorykę). Zirytowany tym, że nie wiem gdzie mogę jeszcze pójść sięgnąłem po solucję żeby rozejrzeć się za Bractwem Stali (nie liczę placówki która była jeśli dobrze pamiętam w Den i w której nie można było NIC zrobić).
    W ten sposób (nie bez przygód) dotarłem do San Francisco. Taka podróż na tym etapie kosztowała mnie wiele nerwów i naprzemiennego zapisywania i odczytywania gry. Na miejscu przyjąłem zadanie zdobycia planów Vertibirda z bazy Enklawy w Navarro. Zadanie zadziwiająco proste, jeśli posiadało się retorykę na przyzwoitym poziomie i dotarło się na miejsce bez incydentów w postaci random encounter.
    I tam spotkał mnie mały szok. Bez zbytniego wysiłku zdobyłem za darmo drugi najlepszy pancerz w grze, dużo dobrego uzbrojenia i GÓRĘ punktów doświadczenia. Za pierwszym razem zrobiłem z tego użytek od razu, za kolejnymi unikałem wkładania pancerza wspomaganego aż do samego końca gry, nawet pomimo zdobywania go dość szybko. Nie podobała mi się łatwość i płytkość takiej rozgrywki.
    Oczywiście nie mógłbym nie wspomnieć o możliwości zdobycia robo-psa (jednego z dwóch, jakich możemy mieć za towarzyszy) i podenerwowania pułkownika Enklawy.
    *stojąc na dożywotniej warcie przy Vertibirdzie obserwowany przez kręcącego się non stop pułkownika* - 'Totally worth it'.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Zwykle po wykonaniu tego zadania, mając już postać na przyzwoitym poziomie doświadczenia kierowałem się do New Reno, w celu zdobycia tytułu mistrza boksu wagi ciężkiej.Ogólnie postać ukierunkowana na 'charyzmatycznego intelektualistę mistrza kung fu' stała się moim podstawowym i ulubionym buildem (czyli wysoka int, cha, zdolności naukowe/medyczne/retoryczne, i rozwalanie całych patroli Enklawy gołymi pięściami w pancerzu co najwyżej bojowym). Wykonywałem też zadania dla większości rodzin w New Reno, ale nie będę przykładał do nich wagi w tym wpisie bo tematyk mafijna mnie nie kręci. Wykonałem je tylko dlatego, że zależało mi na punktach doświadczenia. No i na zwiedzeniu niezwykłej lokacji - Sierra Army Depot.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo To zarazem intrygujące i irytujące, że można tak łatwo przeoczyć możliwość zwiedzenia tak interesującej lokacji. Ja sam ją odnalazłem dopiero za kilkunastym przejściem Fallouta 2, dzięki skorzystaniu z solucji. Nie można było jej po prostu 'napotkać' wędrując po mapie świata, trzeba było wykonać serię zadań dla mafijnej rodziny Wright, której siedziba znajduje się na wschodzie New Reno i którą łatwo przeoczyć z tego powodu.
    Ale wracając do SAD. Wrażenie wywarła na mnie niesamowite. Silne (i jak sądzę uzasadnione) skojarzenia z The Glow z pierwszej części gry - ponownie badamy starą instalację wojskową, w której przeprowadzano przed wojną liczne eksperymenty. Z tym, że tym razem holotaśm i sprzętu do odnalezienia jest dużo więcej. Bardzo mi się podobała możliwość porozmawiania (co prawda przez chwilę, ale zawsze) z człowiekiem z czasów sprzed nuklearnej apokalipsy. Był też ciekawy, ale nieco niedopracowany pomysł z konstrukcją robota, który zostaje naszym towarzyszem. Napisałem 'niedopracowany', bo do dnia dzisiejszego nie udało mi się 'zainstalować' w nim broni - co czyni go kompletnie bezużytecznym (nie walczy wręcz).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Następnym krokiem na ścieżce oświeconego wojownika kung fu było pobieranie nauk u Dragona w San Francisco, a następnie stawienie czoła najpierw kolejno jego uczniom, a później uczniom złowrogiego Lao Pana (a także jemu samemu). Walka nie miała być na śmierć i życie, ale precyzyjne i zabójcze ciosy mojego bohatera zwykle kończyły się śmiercią przeciwnika już po pierwszym uderzeniu. Widok rosnącego z każdym wygranym pojedynkiem stosu ciał był równie niepokojący, co... satysfakcjonujący. Następnym krokiem była chęć uzyskania audiencji u Cesarza Chi. Kopię planów Vertibirda miałem już ze sobą, pozostało jeszcze wyczyszczenie siedziby Hubologist-ów. Zrobiłem to z łatwością i przyjemnością, ponownie miażdżąc ich kruche ciała swoimi gołymi pięściami. Pomogłem także pechowemu Chipowi odzyskać jego śledzionę. Zadanie równie interesujące, co nierealistyczne. Człowiek może bez problemu funkcjonować bez śledziony.
    W swoich podróżach zawitałem także do rolniczej mieściny Modoc, w której nie było zasadniczo żadnych ciekawych możliwości, poza szansą na zdobycie żony (lub męża) i pokrycie budynków wokół latryny do której wkładamy ładunek wybuchowy kałem.
    Stosunkowo niedaleko Modoc znajduje się górnicze miasto Redding.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W tym mieście mamy szansę zostać zastępcami szeryfa i wykonać dla niego kilka zadań. Jednak dla mnie najciekawsza jest możliwość wykupienia zainfekowanej Wanamingos-ami kopalni za grosze, i sprzedania jej z dużym zyskiem po oczyszczeniu jej z tych stworów. Wbrew obiegowej opinii, nie są to Obcy. Gdzieś czytałem wyjaśnienie twórców gry na ten temat - prawdopodobnie Fallout Bible.
    Dodatkowo z tym miastem związana jest możliwość rozprowadzenia uzyskanej w Vault City odtrutki na narkotyk Jet i tym samym udzielenie pomocy uzależnionym od niego górnikom.
    Myślę, że na dzisiaj tyle wystarczy. Zdecydowałem się podzielić wpis o drugiej części serii na dwie części, bowiem była to gra znacznie dłuższa i bardziej rozbudowana od 'jedynki' - samych lokacji było znacznie więcej. Ciąg dalszy nastąpi.
  3. Lord Nargogh
    Jest rok 2000. W lipcowym numerze Cd-Action na coverze znajduje się tajemniczo brzmiący Fallout 2.
    Naczytałem się w Action Redaction trochę zachwytów na temat pierwszej części, która została dołączona jako pełniak do pisma kilka lat temu. Dlatego pognałem czym prędzej do kiosku i kupiłem najnowszy numer CDA.
    Nie wiedziałem o grze zasadniczo nic, poza tym że ponoć miała być doskonałym przedstawicielem gatunku RPG, o którym także nic jeszcze nie wiedziałem. Miałem wtedy dopiero 11 lat i po zainstalowaniu Fallouta 2... odrzuciło mnie od niego.
    Za dużo opcji, nie wiem gdzie jestem i po co jestem. Nie znam i nie rozumiem świata. Dlaczego nie mogę tu pójść? I tak dalej, i tak dalej...
    Jak można się domyślić po tytule, nie na tej części gry chciałem się jednak skupić w tym wpisie. I moja przygoda z tą serią nie zakończyła się po tym drobnym 'incydencie'.
    Minęły dwa lata, nastał czas wakacji a w Extra Klasyce pojawiła się pierwsza część serii. Pomimo iż dwójka kompletnie mi się nie spodobała, czułem podejrzany i niewytłumaczalny pociąg aby zakupić jedynkę. I tak też zrobiłem.
    I na najbliższe tygodnie straciłem kontakt z rzeczywistością. Wiedziałem już kim jestem, gdzie jestem i co mam zrobić. Poznawałem kolejne aspekty postnuklearnego świata z wielkim zapałem. Znajdowałem coraz lepszą broń i pancerze.
    Podobało mi się wszystko - klimat, muzyka, fabuła, a w szczególności uniwersum. Wiedziałem już czym są Szpony Smierci, Ghule i Supermutanci. Za każdym razem gdy napotykałem nową z zamieszkujących Pustkowia ras, byłem zadziwiony i zafascynowany.
    (Ewentualnych wrażliwców przestrzegam przed nieuniknionymi spoilerami, które mogą się znaleźć w dalszej części tekstu.)
    Przygodę rozpocząłem od wizyty w najbliższej wiosce - Shady Sands (swoją drogą to dość interesujące, że ta niepozorna lokacja z samego początku gry wpłynie w przeciągu najbliższych dziesiątek lat na losy całego uniwersum).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Następne było Junktown z pamiętnym Doc Morbidem. Bardzo ciekawy pomysł, ale IMO lepiej by było rozwinąć go bardziej, odnaleźć pozostałych odbiorców ludzkiego mięsa poza Iguana Bobem, poinformować o tym procederze większą liczbę ludzi i obserwować ich reakcję...
    Po zrobieniu w Junktown wszystkiego, co tylko się dało, swą uwagę skierowałem ku Hub-owi. Zdobyłem tam swoją ulubioną broń (karabinek 5,56mm - mała armata) i popracowałem nieco przy różnych karawanach. Czas jednak gonił mnie nieubłaganie i nawet wykupione u Water Merchants karawany z wodą nie mogły odwlekać nieuniknionego. Wyruszyłem w dalszą podróż.
    Pamiętam tak, jakby to było wczoraj - wchodzę do miasta o wdzięcznej nazwie 'Nekropolis' i napotykam... zombie? Tak mi się przynajmniej na początku zdawało. Wszystko skąpane w idealnie dobranej i jakże klimatycznej otoczce muzycznej.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Nie był to koniec niespodzianek związanych z tą mieściną - bo niedługo później spotkałem w niej kolejne twory twórczej mocy promieniowania - Super Mutantów.
    Wywarli na mnie powalające wrażenie. Niemal żadna broń, jakiej używałem nie odnosiła na nich skutku. Uszedłem z życiem tylko dzięki posiadaniu wspomnianego wcześniej karabinka.
    Zdobyłem nieszczęsny Water Chip, po czym przeżyłem mały szok - wcale nie ukończyłem gry, przede mną zostało w sumie więcej pracy i wyzwań, niż doświadczyłem do tej pory. Skierowałem swoje następne kroki do L.A. Boneyard, gdzie musiałem stanąć do walki z kolejnymi stworami, kiedy już zacząłem się przyzwyczajać do myśli, że po Super Mutantach nie spotka mnie nic gorszego.
    Tym razem czoła stawić musiałem zabójczym Szponom Smierci. Byłem niedoświadczony i moja postać pozbawiona była możliwości dokładnego sterowania (ze względu na wybór traitu z szybkostrzelnością). Ten fakt w połączeniu z brakiem posiadania cięższego uzbrojenia sprawił, że ta walka długo śniła mi się po nocach.
    Nieco podłamany, wyruszyłem z jedną z karawan do ostatniej lokacji (do których karawany wędrowały), której jeszcze nie odwiedziłem - bunkru Bractwa Stali.
    Zauroczyłem się w tej frakcji od pierwszego wejrzenia, a sentymentu którym ją darzę nie pozbyłem się aż do dnia dzisiejszego. Nawet posiadająca nad nimi przewagę technologiczną Enklawa nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.
    Oczywiście, nie było mi dane wejść do środka od początku. Najpierw wysłano mnie z samobójczą misją do lokacji o tajemniczo brzmiącej nazwie 'Blask' (The Glow). Pierwsza moja wizyta w tym miejscu skończyła się natychmiastową śmiercią ze względu na nieprzygotowanie do promieniowania. Druga była niewiele dłuższa i ograniczyła się do jak najszybszego zabrania poszukiwanej holotaśmy.
    (Blask zwiedziłem na wylot podczas jednego z wielu kolejnych 'przejść' Fallouta. Warto wspomnieć o niezwykle ciekawych holotaśmach na temat eksperymentów z FEV, o dużych ilościach porządnego ekwipunku nie wspominając...)
    Zdobywszy wstęp do środka siedziby Bractwa, przystąpiłem do zwiedzania.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Za pierwszym razem zrobiłem niewiele więcej ponad przyjęcie zadania z odnalezieniem i wyczyszczeniem bazy Mariposa (Military Base) i naprawienie swojego własnego Pancerza Wspomaganego. Ach, cóż to była za zbroja. Do dzisiaj stanowi mój ulubiony model pancerza z całej serii. Korzystałem z niej w Falloucie 1, 2, 3 (z dodatkiem Operation Anchorage) a także w Fallout: New Vegas (ale głowy nie dam - możliwe, że w tym ostatnim dane nam było nosić modele inne niż T-51b). Nie wiedziałem wtedy, że pancerz można zdobyć także za swoje zasługi. To jest też nieodłączny urok całej serii - większość celów da się osiągnąć w więcej niż jeden sposób.
    Wracając do zwiadu w bazie Mariposa - krótko mówiąc, za pierwszym razem pomoc Bractwa Stali w oczyszczeniu jej nie była potrzebna. Raport zdawałem starszyźnie już po dokładnym wyczyszczeniu zewnętrza bazy (a posiłki z Bractwa do środka nie wchodzą).
    Wtedy nie wiedziałem jeszcze, na jak wielkie możliwości retoryczne i negocjacyjne pozwalają gry z tej serii. Nie wiedziałem, że można wejść do tej bazy i zniszczyć ją bez oddania nawet jednego strzału, ani zadania żadnego ciosu.
    Trochę się rozgadałem. Bazę Mariposa zniszczyłem, a Mistrza (z niemałym trudem za pierwszym razem) - zabiłem. Moja przygoda z serią zrobiła pierwszy duży krok. Będąc już zapoznanym i przywiązanym do uniwersum, zabrałem się ponownie za przejście części drugiej...
  4. Lord Nargogh
    Nie mam jakoś natchnienia do publicystyki w dniu dzisiejszym, a chciałbym jednak konsekwentnie reaktywować swojego bloga. Dlatego pomyślałem, że może po prostu podzielę się utworami muzycznymi, w których ostatnio się zasłuchuję.
    Jak nietrudno domyślić się po tytule, na ruszt chciałbym wrzucić utwory ze Starcrafta. Ostatnio miała miejsce premiera dodatku do drugiej części serii Heart of the Swarm (już go ukończyłem), ale Wings of Liberty też miał sporo dobrych kawałków. Gwoli ścisłości, miał ich więcej, bowiem soundtrack WoL zawiera znacznie więcej utworów niż ten HOTS. No i nie wolno nam zapominać o doskonałych utworach z pierwszej części gry i dodatku do niej.
    Więc może prezentacji dokonam chronologicznie, według daty premiery danej części gry:
    STARCRAFT 1& BROOD WAR

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Utwór zróżnicowany, składający się w sumie z kilku sklejonych ze sobą kawałków. Część z nich słyszymy już w podstawce, natomiast ten na samym początku dopiero podczas gry w dodatek Brood War. Jak można się domyślić po jego nazwie, słuchaliśmy go podczas gry frakcją Protossów.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Sytuacja ma się podobnie jak w przypadku poprzedniego utworu, z tym wyjątkiem, że teraz mamy do czynienia z frakcją Zergów.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Ponownie wracam do muzyki Protossów. Ten utwór słyszeliśmy podczas odprawy przed misją. Wydaje mi się, że ma w sobie coś tajemniczego i magicznego, co doskonale pokrywa się z moim wyobrażeniem na temat tej frakcji.
    Utwory Terran niespecjalnie mi przypadły do gustu, stąd zostały one pominięte.
    STARCRAFT 2: WINGS OF LIBERTY

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Doskonały utwór, który działa na mnie dokładnie tak, jak brzmi jego nazwa - inspiruje. Gdy usłyszałem go po raz pierwszy (i za każdym kolejnym razem) podczas rozgrywki w kampanię, moje morale wzrosło i prowadziłem Raynor's Raiders ze znacznie większym zapałem i nawet pewną dozą... satysfakcji, co w moim przypadku jest o tyle niezwykłe, że za frakcją Terran zdecydowanie nie przepadam*.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Drugi utwór, który ja postrzegam raczej jako inspirujący, niż tragiczny (co mogłaby sugerować nazwa).

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Utwór, który słyszeliśmy czasami po zakończeniu misji powodzeniem. Nasuwa mi skojarzenia z trudnym, kosztownym zwycięstwem które w obliczu poniesionych strat i ceny zapłaconej za ten sukces nie jest zbyt radosne.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo I znów frakcja Protossów. Ponownie także magia i tajemniczość, do której jak widać mam dużą słabość.
    STARCRAFT 2: HEART OF THE SWARM

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Słychać w tym utworze nieco odzyskanych z WoL melodii, ale w większości składa się z nowych brzmień. Od 3:30 ponownie czuję się bardzo 'zainspirowany' taką muzyką.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo W tym utworze wyczuwam niepokój związany z niepewnymi i ciężkimi wydarzeniami, które mogą mieć miejsce w przyszłości. Tym niemniej jego powolny, powtarzalny rytm działa na mnie odprężająco i kojąco.

    Youtube Video -> Oryginalne wideo Utwór słyszymy na samym początku gry, już podczas pierwszej cutscenki, spotkaniu
    Moim zdaniem doskonale wprawia on nas w odpowiedni klimat, jaki reprezentuje później reszta kampanii.
    Cóż jeszcze dodać. To wszystko, co wybrałem na dzisiaj. Warto jednak podkreślić, że w soundtracku z obu części Starcrafta trudno znaleźć utwór, który NIE JEST dobry i fascynujący. Tak jakoś się złożyło, że produkcje Blizzarda zawsze posiadają wyśmienitą ścieżkę dźwiękową. Następnym razem może opowiem nieco o swoich ulubionych utworach z innej serii od Blizza, Diablo.
    *- RTS science fiction osadzony w kosmosie, a ja mam grać LUDŹMI? 'Bitch, please'. Ja to postrzegam jako coś nudnego...
  5. Lord Nargogh
    Odpowiedzialność. To słowo-klucz kryje w sobie kwintesencję problemu który postaram się poruszyć w tym wpisie.
    Odpowiadać możemy za różne rzeczy, jednak niezależnie od piastowanego urzędu czy stanowiska, nasze decyzje będą wpływać na losy innych ludzi. Zawsze wpływają.
    Nie wolno w związku z tym postępować pochopnie i w pośpiechu. Nigdy nie wolno nam zapominać o ludziach, którzy na nas polegają. O krwi, którą przelano za wolność, która umożliwia nam dokonanie tej decyzji.
    Wielu ludzi o tym zapomina i tym samym przyczynia się do zaistnienia niezliczonych osobistych tragedii. Zawsze trzeba sobie zadać to samo pytanie: czy będzie warto? Czy przez swoją lekkomyślność nie doprowadzę do czyjegoś cierpienia lub śmierci?
    Po tym krótkim wstępie myślę że mogę już przejść do rzeczy i napisać bardzo głęboką i niezaprzeczalnie prawdziwą sentencję.
    Wybór salcesonu to nigdy nie jest lekka sprawa.

    Dlaczego znowu zacząłem pisać na blogu po długiej przerwie? Bo stojąc dzisiaj w kolejce w mięsnym po raz kolejny coś mnie zirytowało. Coś, czego doświadczać muszę na własnej skórze każdego dnia.
    Ludzkie niezdecydowanie przy wyborze chędożonych wędlin i mięs! Na litość boską, błędny wybór pomiędzy salcesonikiem babuni, a ozorkowym nie spowoduje katastrofy naturalnej z setkami ofiar! Kupno nie tej pasztetowej co trzeba nie wywoła epidemii, a wybór złej kiełbasy nie rozbije rodziny i nie przyczyni się do upadku Kościoła Katolickiego.
    Zawsze ten sam schemat. Zawsze ten sam typ ludzi.
    'A ten salcesonik to dobry?'
    (Nie, paskudny - odpowie każdy normalny sprzedawca)
    'A ta parówka drobiowa to z wieprzowiny jest?'
    'Ta szyneczka to wytrzyma mi do niedzieli?'
    Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi na niemal każde pytanie, moher-hurtownik przystępuje do zakupu ogromnej ilości wędliny, do której miał więcej pytań niż studenci po wykładzie z mechaniki kwantowej.
    'To ja poproszę dwa plasterki tego salcesoniku...'
    Lekko zaczynam się irytować.
    'Albo nie, wie pani co, niech pani mi da ten kawałeczek który pozostał'
    >_<
    'Ojej, to waży aż dwanaście deko? To wie pani co, ja wezmę jednak dwa kilo tej ogonówki...'
    FFFFFUUUUU-
    'Och, nie widziałam że ta ogonówka ma tyle tłuszczyku... to wie pani co, pani da tej wątrobianki jednak'.
    <pół godziny później, zabiera się do płacenia>
    'Och, jaka ładna polędwiczka! Wie pani co, poproszę jeszcze dwa plasterki...'

    Uff.. na szczęście to już koniec. Chociaż... czy aby na pewno?
    Niestety tego typu panie polują na mięsa zazwyczaj grupami, i muszę jeszcze przeczekać aż dwie koleżanki babuni dokonają dalszych zakupów...
    Dziesiątki minut. Po to, żeby zrobić zakupy za 10 zł. Ja rozumiem, że niektórzy muszą liczyć każdy grosz - jako studentowi zdarzało mi się to robić nie raz. Ale moje zakupy w mięsnym są wtedy krótkie i szybkie, bo doskonale wiem na ile mogę sobie pozwolić...
    Dlaczego, dlaczego w tym kraju wszyscy ludzie kupujący cokolwiek przede mną muszą się zastanawiać dłużej i więcej niż saper przed przecięciem kolejnego kabelka w bombie?!
  6. Lord Nargogh
    Szanowni państwo, wielce POŻĄDANY i OCZEKIWANY plebiscyt CD-Action 2012 uznaję (wraz z Treserem) za otwarty!
    Głosy w ankietach i nominacje do głosowań na bardziej rozległe kategorie można znaleźć w TYM dziale. Wybieramy najlepsze z najlepszych elementów pisma CD-Action za bieżący (2012) rok, a także spośród wszystkich, jakie ukazały się do tej pory!
    A zatem myszki w dłoń i naprzód, brać forumowa!
  7. Lord Nargogh
    Po długiej, powstałej na skutek mieszaniny mojego lenistwa i braku czasu przerwie kontynuuję ledwo muśniętą tematykę promieniotwórczości.
    Zacząłem od promieniowania korposkularnego, czyli takiego w którym mamy do czynienia z emisją cząstek, czyli ogólnie rzecz ujmując materii. Teraz przejdę do promieniowania elektromagnetycznego, czyli pospolicie rzecz ujmując... światła.
    Oczywiście udowodniono, że światło również składa się z cząstek (fotonów), ale podział zachowuje jak najbardziej sens, ze względu na zupełnie inne zjawiska z którymi możemy mieć do czynienia w przypadku kontaktu obu rodzajów promieniowania z materią, do czego przejdziemy za chwilę.
    Najpierw jednak chciałbym wyjaśnić czym jest promieniowanie gamma, x oraz czym się różni od promieni elektromagnetycznych którymi jesteśmy bombardowani z żarówy czy ze słońca.
    Światło, które możemy obserwować dzięki świetlówce powstaje na skutek zjawiska fluorescencji. W wielkim uproszczeniu polega ona na tym, że wzbudzone atomy/molekuły przechodzą do stanu podstawowego, pozbywając się nadmiaru energii w postaci wyemitowanego fotonu.Stan wzbudzony wynika z poruszania się elektronu po innym orbitalu. Z promieniowaniem gamma jest podobnie, z tym że mamy tu do czynienia nie ze wzbudzeniem całego atomu, a jedynie jego jądra.
    Promieniowanie gamma jest promieniowaniem wysokoenergetycznym, co oznacza że jego długość fali jest bardzo krótka. Jest to promieniowanie jonizujące i niezwykle przenikliwe, w związku z tym jest bardzo niebezpieczne dla organizmów żywych. Można tą 'szkodliwość' wykorzystać w walce z rakiem (tzw. nóż gamma), ale o tym powiem nieco więcej we wpisie który skupi się już na samych zastosowaniach promieniowania.
    Promieniowanie X (Roentgena) powstaje na skutek uderzania rozpędzonych elektronów w tarczę złożoną z wystarczająco ciężkich atomów. Jest to także promieniowanie wysokoenergetyczne (ale w mniejszym stopniu niż promieniowanie gamma) i przenikliwe. Pod warunkiem przestrzegania odpowiedniej dawki, nie jest zbyt szkodliwe dla organizmów żywych (ale podkreślam: bez przekroczenia dawki!). Pojedyncze zdjęcie RTG dostarcza nam niewielką dawkę, ale już jednorazowa tomografia komputerowa RTG dostarcza pokaźną dawkę promieniowania do naszego organizmu, i nie może być wykonana bez uzasadnionego podejrzenia jej przydatności (czytaj: nie można sobie pójść i poprosić o wykonanie takiej tomografii bez skierowania lekarskiego).
    Promieniowanie to znajduje także szerokie zastosowanie w krystalografii i badaniach naukowych, ale powiem o tym więcej we wpisie skupiającym się na samych zastosowaniach promieniowania.
    Na koniec powiem małą ciekawostkę na temat promieniowania RTG, z którą większość z Was miała zapewne do czynienia.
    Pamiętacie stare (no może nie takie stare, sprzed kilkunastu lat) telewizory i monitory kineskopowe? Otóż zasada ich działania polegała na tym, że rozpędzone elektrony uderzały w odpowiednie miejsce na ekranie i powodowały zaświecenie się luminoforu w tym punkcie. Zatem obraz, który widzieliśmy powstawał na skutek miliardów miliardów uderzeń rozpędzonych elektronów w tarczę... zaraz zaraz, czy to nie brzmi znajomo? Czy chwilę wcześniej nie pisałem o tym, że to najpopularniejszy ze sposobów uzyskiwania promieniowania RTG?
    I tak też jest w istocie, ekrany kineskopowe emitowały spore dawki promieniowania roentgenowskiego. Na szczęście producenci tych ekranów zdawali sobie z tego sprawę i były one odpowiednio osłonione przed emisją promieniowania na zewnątrz... ale tylko z przodu.
    Oznacza to mniej więcej tyle, że ktokolwiek znajdujący się za lub z boku takiego pracującego telewizora przyjmował spore dawki promieniowania RTG.
    W mieszkaniu, gdy telewizor wymierzony był tyłem w betonową ścianę nie musiało to stanowić dużego problemu. Natomiast w placówkach oświatowych (nieraz tak jest do dzisiaj, bo brakuje pieniędzy na nowy sprzęt!) układ ekranów był często taki, że każdy siedzący przed komputerem uczeń miał skierowane na siebie kilka boków i tyłów takich monitorów naraz. W czasie zajęć z pracującymi komputerami znajdowaliście się w prawdziwej smażalni roentgenowskiej.
    W ramach anegdoty mogę powiedzieć, że ja osobiście dowiedziałem się o tym podczas siedzenia w takiej smażalni z pracującymi ekranami od wykładowcy. Po półtorej godziny ból głowy niemal jak w banku.
    Na dzisiaj to tyle. Zdaję sobie sprawę, że te wpisy są bardzo powierzchowne i mało szczegółowe, ale wychodzę z założenia że od równań, wzorów i schematów są podręczniki i książki. Tutaj wolałbym pisać w sposób prosty i ograniczyć się do samej idei działania różnych zjawisk. Dodatkowo oba pierwsze wpisy miały tylko 'przedstawić' z podaniem sobie rąk kilka rodzajów promieniowania, a więcej o ich własnościach postaram się napisać w kolejnych wpisach. Mam nadzieję że nie zanudziłem. Ciao.
    PS: Odnośnie świetlówek, to mam w zanadrzu króciutki wpis o rodzajach widm elektromagnetycznych i prostym eksperymencie, który może przeprowadzić każdy z Was. Postaram się go dokończyć i wrzucić jutro.
  8. Lord Nargogh
    Attention! Uwaga uwaga! Wielki Plebiscyt nadchodzi!
    Redakcja CD-Action zdecydowała się zasięgnąć opinii czytelników pobłogosławionych posiadaniem konta na Forum Actionum na temat ich ulubionych treści i elementów zawartych w magazynie. Plebiscyt dotyczył będzie ostatnich 13 numerów CD-Action z 2012 roku.
    Do tej pory redakcja wybrała kilka przykładowych kategorii, w których odbywać się będzie głosowanie, ale ponieważ plebiscyt ten ma być 'głosem ludu', macie niepowtarzalną szansę wziąć udział w stworzeniu kilku nowych, na które chcielibyście mieć możliwość zagłosowania. Na zgłaszanie propozycji macie tydzień, po upływie którego redakcja wybierze z nich kilka najciekawszych pomysłów.
    Kategorie mają dotyczyć tylko i wyłącznie materialnego aspektu CD-Action, czyli magazynu i covera - na stronę internetową, forum i blogowisko kolej być może przyjdzie innym razem.
    Kategorie zaproponowane przez redakcję do tej pory są następujące:
    Najlepsza recenzja
    Najlepszy tekst publicystyczny
    Najlepsza okładka
    Najlepszy pełniak na coverze
    Najlepszy dodatek na coverze
    Po ostatecznym wyborze kategorii, przyjdzie kolej na głosowanie w formie ankiet w odpowiednim temacie na forum. Będzie ono trwało do końca roku 2012, a jego wyniki być może zostaną przedstawione w następnym wydaniu CD-Action.
    Weźcie się zatem do roboty i zróbcie dobry użytek z mocy, jaką Wam nadano. Redakcja CD-Action na Was liczy!
    PS: Propozycje można składać w tym temacie:
    http://forum.cdaction.pl/index.php?showtopic=207747
  9. Lord Nargogh
    Ostatni wpis jaki wykonałem na blogu zawierał falę żółci wylaną na... hmm... (skoro nie gatunek, to może...) kategorię 'indie', na skutek srogiego rozczarowania kaszanką Botaniculą zwaną. W międzyczasie pograłem także w Magickę i Mutant Mudds, ale uznałem je obie za okrutnie przeciętne (nie są złe, ale nie są też... dobre). Nic nie wskazywało zatem, żebym zmienił zdanie na temat indie, ale zdecydowałem się zagrać w kolejny zakupiony w promocyjnym pakiecie na gog-u tytuł: Trine.
    I jestem zachwycony. Z żadnej strony nie wieje prymitywizm, prostota i tępota rozgrywki, o jakie czepiałem się Botaniculi. Gdyby ktoś mi nie powiedział że ta gra jest indie, to uznałbym raczej że została wykonana na standardowym budżecie wielkiej korporacji. Grałem na razie może pół godziny, ale zabawa jest przednia i już sobie ostrzę pazurki na drugą część serii.
  10. Lord Nargogh
    Długo wstrzymywałem się przed zakupieniem/zagraniem w jakąkolwiek grę z gatunku 'indie'. Przełamałem się dopiero wczoraj, gdy na gog.com pojawiła się promocja umożliwiająca zakup 5 tytułów za 10$.
    Jednym z tytułów, które zakupiłem była orgazmicznie wręcz przez niektórych chwalona Botanicula. Że nietypowa, niezwykła, wyjątkowa, obdarzona piękną grafiką i soundtrackiem.
    No to się skusiłem. I srodze żałuję.
    Gra jest nudna i prosta jak budowa cepa. Cała rozgrywka opiera się na jeżdżeniu myszką po ekranie i sprawdzaniu co można kliknąć. 'Łamigłówki' (jeśli można je tak nazwać) polegają na klikaniu wszystkiego co się da bez ładu i składu, bo rozwiązanie nigdy nie jest sensowne i logiczne, trzeba zatem klikając przypadkowo 'doklikać' się do rozwiązania. Jako przykład podam 'łamigłówkę' z podniesieniem klucza z dna jakiejś jamy. Musimy za pomocą jednego ze stworków (nigdy nie wiadomo którego, trzeba kliknąć po kolei i jak 'zaskoczy' to dopiero się okazuje, że to ten) 'wykiełkować' pędy, za pomocą których podniesiemy klucz. Problem w tym, że rozwiązaniem okazało się kiełkowanie pod kątem, który na początku wydaje się najbardziej oddalać pędy od klucza, a pod sam koniec gwałtownie skręca i sięga po klucz.
    Udźwiękowienie mnie straszliwie drażni, a przesławny soundtrack to w głównej mierze jeden, zapętlony i puszczany na okrągło utwór, który w dodatku niesamowicie mnie irytuje. Mówię to jako osoba słuchająca wyłącznie soundtracków, więc trzeba się naprawdę postarać żeby wkurzyć mnie w ten sposób.
    Reasumując: nudno, prosto, prymitywnie, nielogicznie, irytująco. Nie jest to pełnoprawna gra, na niektórych stronach internetowych znajdują się darmowe i dużo bardziej skomplikowane gierki we flashu. Szczerze odradzam.
    A dlaczego tak nie cierpię indie? Bo patrzę, patrzę a pełnoprawnego produktu dopatrzeć się nie mogę.
  11. Lord Nargogh
    Przeglądając blog Quetza, zdałem sobie sprawę że ja także rozmawiam z wieloma osobami na forum, nie mając ich w znajomych na jakże popularnym Steamie. Więc nie marnując więcej czasu na czczą gadaninę, prezentuję link do swojego profilu i zachęcam do steamowej integracji FA:
    http://steamcommunit...61198037138500/
    PS: Pamiętam o obietnicy kontynuowania pewnych wpisów i postaram się w ten weekend *w końcu* do tego zabrać. Rok szkolny jest bardzo wymagający czasowo ode mnie, stąd nie mam zbyt wiele wolnego czasu na produkowanie się w ten sposób.
  12. Lord Nargogh
    Promieniowanie i radioaktywność to zjawiska dość często pojawiające się w książkach, grach i filmach (zwłaszcza z lat 50, gdy stanowiły one realne zagrożenie). Czy mamy do czynienia z napromieniowanym miejscem akcji, superbohaterem który zdobył moce po nieszczęśliwym wypadku na składowisku odpadów, światem po kataklizmie nuklearnym czy też zwykłym zagrożeniem atomowym w filmie sensacyjnym, wreszcie kończąc na planach budowy/rekonstrukcji elektrowni atomowych w wielu miejscach na świecie - tematyka ta jest jak najbardziej aktualna i popularna. Serie takie jak 'Fallout' i 'S.T.A.L.K.E.R' mają bardzo wielu wiernych fanów, jednak czy zdają sobie oni sprawę z faktycznych skutków działania i ogólnej natury promieniowania korpuskularnego i falowego? Czy jeśli wpadniemy do kotła ze słynnym symbolem , zyskamy specjalne moce? W serii wpisów postaram się odpowiedzieć na to oraz kilka innych pytań.
    Na początek może określmy, jakiego rodzaju promieniowaniem będziemy się zajmować. Wbrew pozorom sprawa nie jest oczywista, bowiem nawet wokół komputera, na którym właśnie piszę znajduje się pola elektryczne i magnetyczne, nie wspominając już o tym, że widzę pisany tekst dzięki detekcji promieniowania elektromagnetycznego emitowanego przez monitor za pomocą moich oczu. W tym wpisie skupię się na promieniowaniu cząstkowym (alfa, beta+, beta-), i to powstałym na skutek naturalnego rozpadu, a nie reakcji jądrowej (o reakcjach powstanie oddzielny wpis).
    Promieniowanie cząstkowe to po prostu strumień cząstek emitowanych na skutek rozpadu jąder atomowych - czy to naturalnego, czy na skutek reakcji jądrowej. Najprostszymi przykładami takiego promieniowania jest tzw. promieniowanie jonizujące, dzielące się na promieniowanie alfa, beta plus i minus, oraz gamma.
    Promieniowanie alfa składa się ze strumienia podwójnie zjonizowanych atomów helu. Mówiąc bardziej po ludzku - jąder helu, tego samego pierwiastka, który unosi baloniki dla dzieci do góry. Jednak sam hel nie jest przecież groźny, niektórzy ludzie dla zabawy wdychają niewielkie jego ilości, by potem mówić śmiesznym, cienkim głosikiem. Problem jednak polega na tym, że jak wspomniałem już wcześniej, nie jest to po prostu hel, a hel pozbawiony dwóch elektronów. Jest to cząstka niezwykle silnie jonizująca. Związane jest z tym zarówno największe niebezpieczeństwo materiałów promieniujących cząstkami alfa, jak i jego swojego rodzaju nieszkodliwość. Ponieważ cząstka alfa jest silnie jonizująca, na swojej drodze wykonuje bardzo dużo reakcji jonizacji napotkanych cząstek, tracąc przy tym swoją energię i ostatecznie dejonizując się do cząstki obojętnej. W związku z tym, 'zasięg' takiego promieniowania w powietrzu wynosi zaledwie 10 cm, a do ochrony przed nim wystarczy osłona ze zwykłej kartki papieru, a wręcz skóry. Nie wolno jednak ignorować niebezpieczeństwa takiego promieniowania - ze względu na ten silny efekt jonizacji, robi potężny bigos na swojej drodze. Nie wiem czy słyszeliście o przypadku niejakiego Litwinienki, który wypił herbatę z niewielką ilością materiału promieniującego cząstki alfa. Zrobiło to bigos z jego narządów wewnętrznych i zmarł on w ciągu trzech tygodni prawdziwych męczarni. Jest zatem bardzo niebezpieczne, jeśli dostanie się do środka ludzkiego ciała czy to drogą oddechową, czy pokarmową.
    Promieniowanie beta to inaczej strumień elektronów lub pozytonów (w zależności od ich ładunku, mówimy o beta plus (pozytony) lub beta minus (elektrony). Tym niemniej nie można powiedzieć, że działko elektronowe emituje promieniowanie beta - wszystko rozchodzi się w sposobie powstawania tego promieniowania. Jeśli powstaje ono na skutek reakcji jądrowych, to mamy do czynienia z promieniowaniem beta, w innym przypadku po prostu ze strumieniem elektronów. By zasłonić się przed promieniowaniem beta, wystarczy kilkucentymetrowej grubości tarcza z plastiku, kilka milimetrów metalu, bądź kilkanaście metrów powietrza. Ponieważ beta plus i minus różnią się ładunkiem, w różny sposób również przechodzą przez materiał. Beta minus będzie zwalniać na skutek zderzeń z jądrami i elektronami w materiale i może wytrącić jeden z elektronów na orbitalu i zająć jego miejsca. Beta plus natomiast składa się z pozytonu, który w momencie osiągnięcia prędkości porównywalnej z prędkościami elektronów na orbitach materiału, zanihiluje się z jednym z nich (czyli ulegnie unicestwieniu), emitując dwa kwanty (porcje) promieniowania gamma. Promieniowanie beta powstaje na skutek rozpadu neutronu (elektron) lub protonu (pozyton). Jest jak najbardziej niebezpieczne, ale wykorzystane w odpowiedni sposób, może ratować ludzkie życie - więcej szczegółów o samych reakcjach i zastosowaniach opiszę w kolejnych wpisach.
    To, czy dany izotop rozpadnie się z emisją beta plus czy minus jest z góry zdeterminowane przez jego budowę, a co za tym idzie pozycję na wykresie izotopów (oś N oznacza liczbę masową - sumę protonów i neutronów w atomie, a Z liczbę atomową - liczbę samych protonów.)

    Pośrodku znajduje się tzw. ścieżka stabilności, która oznacza związki nieulegające naturalnemu rozpadowi. Warto powiedzieć, że istnieje duża rozbieżność okresów połowicznego rozpadu (czyli ilość czasu, po której liczba cząstek izotopu maleje o połowę na skutek naturalnego rozpadu) od ułamków ułamka sekundy, po miliardy lat. Co to oznacza w praktyce? Daje nam szerokie możliwości określania wieku różnych zabytków, próbek mineralnych, biologicznych, a nawet o wieku samej ziemi. Pozwala też oszacować, po jakim czasie napromieniowany teren/odpady przestaną stanowić zagrożenie, jeśli człowiek nabroi.
    Na zakończenie opowiem pewną anegdotę opowiedzianą mi przez prowadzącą laboratoria z ochrony radiologicznej. Pewien student podczas ćwiczeń nad potasem 40 postanowił sobie wziąć nieco materiału na pamiątkę do domu, schował go zatem do kieszeni. Czego nie przewidział, to że zostanie poddany drobiazgowemu pomiarowi promieniowania przed wyjściem z pracowni (standardowa procedura, raczej żeby upewnić się, że nam nic się nie stało niż żeby łapać złodziei). Próbka została znaleziona w kieszeni, a student pozbawiony ubrań z zastrzeżeniem, że będzie mógł je odzyskać za kilkanaście miliardów lat. Wracał do domu na golasa zimową porą.
  13. Lord Nargogh
    Po wyjątkowo długiej, ponad półrocznej przerwie wracam z wpisem, który zapoczątkuje nową serię.
    Mając 23 wiosny na karku, miałem szczęście urodzić się w czasach, w których elektronika i źródła masowego przekazu nie były już nieosiągalnym tabu w naszym kraju. Dlatego też miałem szansę na zapoznanie się z szerszą gamą zagranicznych seriali, kreskówek i seriali animowanych, niż chociażby moi rodzice, nie wspominając już o tym, że od tamtej pory powstało także wiele nowych.
    Zapewne każdy z Was ma jakieś grono seriali wobec których żywi szczególny sentyment, a także ma z nim związane miłe wspomnienia.
    Większość moich rówieśników zapewne zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że najlepszym źródłem nowych, nieznanych Polakom wcześniej seriali animowanych było niegdyś RTL 7 (obecnie TVN 7, które niestety nie emituje żadnych programów tego typu). Było co prawda także Cartoon Network i Polonia 1, ale obie te stacje skupiały się zwykle na określonym rodzaju/źródle seriali animowanych (CN jeśli dobrze pamiętam skupiał się mocno na twórczości a'la Hanna-Barbera, a Polonia 1 na japońskich kreskówkach z włoskim dubbingiem i polskim lektorem). W trakcie powstawania tej serii najpewniej odwołam się także do ramówki tych dwóch stacji telewizyjnych, ale na początek i zachętę wybrałem moim zdaniem naprawdę wyjątkowy serial, który miałem przyjemność obejrzeć po raz pierwszy właśnie na RTL 7.
    Nietrudno zgadnąć po tytule wpisu, że chodzi o ExoSquad. Jest to serial traktujący (w wielkim streszczeniu) o okrutnej wojnie pomiędzy naturalnymi ludźmi, a ich zmodyfikowanymi genetycznie tworami zwanymi Neo Sapiens.

    Na początku zastajemy krótkie streszczenie dotychczasowych osiągnięć ludzkości oraz smutne wspomnienia z pierwszej wojny z Neo Sapiens sprzed 50 lat. Rasa ta została stworzona do roli robotników, zdolnych do wydobywania surowców w nieprzyjaznym środowisku Marsa. Ponieważ byli traktowani jako niewolnicy bez żadnych praw, podnieśli bunt, który doprowadził do krwawego konfliktu z naturalnymi ludźmi. Największą przewagą ludzkości w tej wojnie był jej najnowszy militarny wynalazek - E-Frame, przetłumaczony w polskiej wersji jako Egzoszkielet. W dużym uproszczeniu jest to niezwykle zwinna maszyna krocząca (lub latająca) sterowana za pomocą myśli przez pilota, za pomocą specjalnego złącza z rdzeniem kręgowym kierowcy. Ostateczny koniec powstania nastąpił, gdy jeden z Neo Sapiens, Phaeton zdradził przywódcę buntu, Marsalę i ujawnił ludziom jego kryjówkę.
    Minęlo 50 lat, Neo Sapiens zaczęli być traktowani *niemal* na równi z naturalnymi ludźmi (mogli zawierać głos w swoistym parlamencie i być wolnymi ludźmi, nie wolno im było jednak nosić i produkować żadnej broni). Phaeton jest Gubernatorem Federacji Marsa, a Marsala członkiem elitarnego Able Squad, oddziału pilotów Egzoszkieletów Ziemskiej Floty.
    Nie jest moim celem streszczenie fabuły całego serialu, zajęłoby to zresztą wiele setek stron maszynopisu, ograniczę się zatem do kilku moim zdaniem kluczowych faktów świadczących o jakości tej kreskówki.
    Jak zapewne nietrudno się domyślić, Phaeton okazuje się być zdrajcą, który ostatnie kilkadziesiąt lat poświęcił na tajne zbrojenie na ogromną skalę. Na skutek uknutej przez niego i kosmicznych piratów intrygi (cała ziemska flota znajdowała się na obrzeżach Układu Słonecznego, walcząc z piratami w momencie wybuchu wojny), a także tragicznych błędów w dowodzeniu jednego z ...hmm.. antybohaterów po stronie ludzi, kapitana Marcusa, Phaeton zdobywa kontrolę nad wszystkimi trzema planetami obecnie zamieszkiwanymi przez ludzkość (Ziemia, Wenus, Mars) w przeciągu zaledwie kilku dni.
    Dla ludzkości nastają ciężkie czasy. Słabi i starzy są natychmiast 'utylizowani', a pozostali zmuszani do niewolniczej pracy. Wąska grupa uprzywilejowanych ludzi cieszy się 'wolnością' w zamian za ich działalność na rzecz Neo Sapiens. W gruncie rzeczy plan Phaetona polega na stopniowym wyniszczeniu ludzkości i utrzymaniu absolutnej władzy przez jego rasę (choć dalsze wydarzenia w serii świadczą raczej o tym, że zależy mu tylko i wyłącznie na sobie), jako lepszą pod każdym względem od rasy naturalnych ludzi.

    Brzmi znajomo? Nie bez powodu. Nietrudno się domyślić, że główny antagonista Phaeton jest serialowym odpowiednikiem Hitlera. Mamy także do czynienia z propagandą o superrasie panów, którą również gdzieś już słyszeliśmy. Neo Sapiens w istocie przewyższają ludzi pod wieloma względami - są silniejsi, wytrzymalsi, mogą przeżyć w bardzo niskim stężeniu tlenu, nie starzeją się i nie chorują poza jedną chorobą objawiającą się problemami z mutacją. Są także znacznie inteligentniejsi od ludzi i pozbawieni jakichkolwiek uczuć. Tym niemniej ich 'wyższość' potrafi być zarazem dużym problemem - kierują się niezłomną logiką i dlatego niejednokrotnie są zaskakiwani przez ludzi stosujących taktyki nielogiczne i samobójcze. Są także znacznie mniej kreatywni.

    Co było takiego wyjątkowego w tym serialu? Exo Squad to przede wszystkim świetnie wykreowane postaci. Bardzo szybko przywiązujemy się do członków Able Squad i ich przyjaciół, a także zaczynamy czuć silną niechęć (połączoną z życzeniem przydarzenia się 'nieszczęśliwego wypadku') wobec antagonistów. Silne emocje towarzyszą w każdym odcinku. Niejednokrotnie obserwujemy, jak nasi przyjaciele zostają zdrajcami/wrogami, a wrogowie sojusznikami. Niestety, czasem jesteśmy zmuszeni do patrzenia, jak postaci do których się przywiązaliśmy giną. Szczególnie przykre dla mnie osobiście było odejście
    , którego ostatnie słowa niejednemu mężczyźnie wydusiłyby łzy z oczu.
    ExoSquad porusza wiele ważnych problemów. Zaczynając od pytania, komu winni jesteśmy lojalność - rodzinie/rasie, czy przyjaciołom, przez problematykę zróżnicowania ras i nacji, po pytanie jak daleko ludzie mogą się posunąć w swoich eksperymentach i postępie technologicznym.
    Wszystko to jest okraszone wyśmienitym soundtrackiem, który choć posiada ledwie kilka utworów, to zawsze są one perfekcyjnie dopasowane do aktualnie mających miejsce wydarzeń. Poniżej przykład jednego z takich utworów:
    [media=]http://synbios.net/media/exosquad/10%20Thematic%20Dialogue.mp3
    Aktorzy podkładający głosy również wykonali kawał dobrej roboty. Z zamkniętymi oczami można odróżnić, kiedy przemawia naturalny człowiek, a kiedy Neo Sapiens. Bardzo mi odpowiada taki głęboki, rzeczowy ton głosu tej rasy.
    Nie zapominajmy także o tym, co misie lubią najbardziej: roboty i lasery. Z rozczarowaniem muszę stwierdzić, iż nigdzie indziej nie widziałem przedstawienia tego rodzaju technologii w bardziej odpowiadający mi sposób, niż miało to miejsce w ExoSquad. Nie kojarzę także żadnej gry, w której danoby nam szansę zostania pilotem czegoś na kształt egzoszkieletu (może ktoś podpowie?).

    Serial z jednej strony został przyjęty ciepło, a z drugiej nie zyskał zainteresowania, na jakie zasługiwał. Dlatego pomimo iż trzymał poziom do ostatniego odcinka, powstały tylko dwa jego sezony. Drugi sezon zakończony został cliffhangerem, który dawał szerokie pole popisu dla przyszłych wydarzeń -
    Podsumowując - ExoSquad to serial wyjątkowy. Oglądając go możemy spodziewać się wyśmienitego i dojrzałego science-fiction, poruszającego wiele problemów i posiadającego wiele odwołań do wydarzeń mających miejsce w rzeczywistości. Bitwy przy użyciu egzoszkieletów są bardzo widowiskowe i ekscytujące, a wykreowane w serialu postaci bardzo szybko zyskują naszą sympatię (bądź niechęć). Szczerze polecam go wszystkim fanom tego rodzaju seriali. ExoSquad do dzisiaj posiada bardzo liczne grono fanów, którzy zachwycają się jego głębią, dojrzałością i fabułą.
  14. Lord Nargogh
    Dzisiaj będzie krótko i zwięźle:
    http://www.gadu-gadu.pl/przelomowe-odkryci...utm_medium=main
    CYTAT
    Złe podłączenie między (odbiornikiem) GPS a komputerem jest bez wątpienia źródłem błędu - napisał magazyn "Science".
    I TOLD YOU SO, I TOLD YOU SO, I TOLD YOU SO.
    A NIE MÓWIŁEM? A NIE MÓWIŁEM? A NIE MÓWIŁEM?
    Wstyd, panowie profesjonalni naukowcy, wstyd. Przy takim sprzęcie popełnić taką porażkę i jeszcze rozdmuchać ją na cały świat. Mamy tu kandydatów do antynobli w tym roku
  15. Lord Nargogh
    Dzisiaj postanowiłem po raz kolejny wrócić do jednej z moich ulubionych gier - Fallouta. Po uruchomieniu, przeszedłem do okna tworzenia postaci.




    Zastanawiając się nieco nad każdym wyborem, stworzyłem w końcu bohatera, jakiego sobie upatrzyłem na to podejście do gry. Dość standardowo skłoniłem się ku postaci inteligentnej i wygadanej, tym razem nieco zwiększając jej potencjał bojowy.
    Zostały tylko dwie rzeczy do ustalenia - imię postaci oraz jej wiek. Podczas ustalania wieku mojego bohatera (zawsze ustawiam taki, jaki pokrywa się z moim) naszła mnie mała refleksja i ogarnął sentyment - nie jest to bez związku z moimi niedawnymi urodzinami, które spowodowały że liczba tym razem musiała być większa o 1.
    Nie jest żadną tajemnicą (wystarczy zajrzeć w mój profil), że wynosiła ona '23'.
    Jaki można znaleźć w tym powód do sentymentu? Dla mnie takim powodem jest fakt, że gdy grałem w Fallouta po raz pierwszy, brakło mi liczby do ustalenia wieku mojej postaci zgodnie z prawdą. Byłem poniżej dolnej 'granicy', która wynosiła 16. Miało to miejsce w roku 2000, gdy byłem 11-letnim grzdylem.
    Minęło zatem 12 lat odkąd po raz pierwszy zagrałem w tą serię... i od tamtej pory granie w nią nie znudziło mi się ani razu. Wracam do Falloutów bardzo często, nieraz po kilka razy w roku. Nie jest to jedyny tytuł na długiej liście mojego graczowego dorobku, do którego raz po raz wracam. Właściwie prawda jest taka, że więcej czasu gram w gry które znam na pamięć, niż w nowe, co jest o tyle ciekawe że kupuję stosunkowo dużo tytułów rocznie (do kilkudziesięciu). Po prostu pewne gry są na tyle dobre, że zawsze można do nich bez obaw powrócić i doskonale spędzić czas. Jak do świetnej książki czy filmu.
    Inne z naszych 'ukochanych gier' według wszelkich ogólnie przyjętych miar NIE SĄ dobre, a mimo to darzymy je ogromnym sentymentem i uwielbiamy z nimi spędzać czas. Mam wiele tytułów które albo przeszły bez echa, albo zostały bardzo chłodno przyjęte, a w które uwielbiam grać i to dużo bardziej niż w tytuły określane mianem hitów. Jest to temat do dłuższego omówienia i swoją drogą noszę w sobie od pewnego czasu zamiar, by o nim napisać.
    Zacząłem się zastanawiać czy pewnego dnia gdy tworzyć będę kolejną postać, dobrnę do 'górnej' granicy. Czy będąc starszym niż 65 lat (bo tyle ta granica wynosi) wciąż będę wracać do tych tytułów?
    Myślę, że tak. Skoro można wracać do muzyki, filmów, książek i innych rzeczy, to co miałoby stać na przeszkodzie by tak robić z grami? Skoro nasi dziadkowie wciąż nucą piosenki ze swojego dzieciństwa i cieszą się gdy znajdzie im się kasetę ze starymi utworami, bądź wzruszają się wracając do pewnych miejsc - dlaczego z nami miałoby być inaczej?
    Z nami i z grami będzie dokładnie tak samo. Teraz spędzamy przy nich mile czas, a za kilkanaście/kilkadziesiąt lat prawdopodobnie zapragniemy aby do tej przyjemności wrócić po raz kolejny.
    A przynajmniej ja z pewnością tak zrobię.
  16. Lord Nargogh
    Sierra, ulegając żebrom i błaganiom graczy by zrobić coś z ich starszymi grami (które choć nieraz wspaniałe, praktycznie w całości niekompatybilne z nowymi komputerami) stworzyła TO.
    Jest to lista instalatorów dla wielu ich gier, które kopiują zawartość z płyt na HDD (sprawiając, że do gry nie będzie wymagana płyta) oraz dodatkowo konfigurują je w DosBoxie, umożliwiając odpalenie ich nawet na 64bitowym windows 7. Wymagane jest oczywiście posiadanie oryginalnej płyty z grą, bo to z niej kopiowane są zasoby na HDD>
    Bierzcie i dzielcie się.
  17. Lord Nargogh
    Ponieważ odkryłem jak łatwo można robić gameplaye z gier (wcisnąć klawisz na początek filmu, wcisnąć klawisz na koniec, potem w minutę powycinać niepotrzebne fragmenty Windows Movie Makerem i przy użyciu tego samego programu załadować na yt... nie dziwota że byle dzieci zaczęły wrzucać tego tonę), zdecydowałem że być może od czasu do czasu wrzucę jakieś krótkie filmiki zawierające ciekawe moim zdaniem rzeczy zaobserwowane w różnych grach.
    Na początek Fallout New Vegas i mała pułapka którą przygotowałem przed namiotem Caesara. Nawaliłem przy wejściu ładunków wybuchowych zdalnie odpalanych, wbiegłem do środka i wywabiłem wszystkich na zewnątrz. Odpaliłem ładunek i... wszyscy z wyjątkiem dwóch osób, które wyszły już po odpaleniu zostali dosłownie UNICESTWIENI. Brak popiołu, brak krwi, brak ciał, brak czegokolwiek. Po prostu... pufff... i nic nie zostało.


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  18. Lord Nargogh
    W tym cyklu wpisów postaram się od czasu do czasu umieścić na blogu przykład prostych eksperymentów fizycznych, które można wykonać w domu - bądź też po prostu fajnych gadżetów korzystających z praw fizyki, które można tanio zakupić.
    Na początek podjąłem (dość nieudolną) próbę wykonania silnika Beakmana. Silnik działa, ale efekt nie jest do końca taki, jak powinien być - motor co chwilę się zacina lub zmienia kierunek obrotu. Jak skończę tłumaczyć, w jaki sposób wykonać taki prosty silnik, wyjaśnię także dlaczego tak się dzieje w przypadku mojego silnika.
    Silnik ten można wykonać na różne sposoby, w zależności od materiałów jakie mamy do dyspozycji. Najważniejszymi elementami które są potrzebne do jego wykonania są:
    - źródło zasilania - w moim przypadku bateria AA,
    - drut miedziany na zwojnicę rotora silnika,
    - trochę przewodów by dostarczyć układowi zasilanie,
    - przewodzące mocowanie rotora, w moim przypadku zwykłe spinacze do papieru,
    - magnes (najlepiej okrągły).
    Ja ponadto zastosowałem kilka banalnych przedmiotów, które umożliwiły utrzymanie silnika w kupie:
    - trzy drewniane klamry do wieszania prania,
    - plastelina,
    - pokrywka od farbek plakatowych która posłużyła za podstawkę dla silnika.
    Idea silnika jest bardzo prosta - nawijamy miedziany drut na przedmiot o kulistym przekroju, najlepiej uzyskać 7 zwojów. Zdejmujemy zwinięty drut z tego przedmiotu i przekładamy oba jego końce przez środek na zewnątrz w taki sposób, by utrzymać konstrukcję w kupie:



    Ważne jest, by obie końcówki drutu leżały na jednej linii, w taki sposób, by po włożeniu zwojnicy w uchwyt mogła ona się swobodnie obracać z jak najmniejszymi oporami. Tutaj wychodzi wspomniany problem mojego silnika - drut którego użyłem był zbyt cienki i niedostatecznie sztywny i w związku z tym po włożeniu zwojnicy w mocowanie, uginał się pod swoim ciężarem. Znacznie zwiększyło to opory obrotu silnika i spowodowało, że nie pracował on płynnie.
    Do stworzenia mocowania potrzebujemy nieco plasteliny oraz wspomnianych klamr. Plasteliny używamy do umiejscowienia magnesu w interesującym nas punkcie (ja wybrałem bok a nie dół, ponieważ łatwiej wtedy manipulować odległością pomiędzy zwojnicą a magnesem aż do uzyskania największych obrotów silnika) i 'wbicia' klamr w podstawkę. W klamry wkładamy dwa lekko rozłożone spinacze, do których z drugiej strony przyłączamy po jednym kabelku za pomocą którego będziemy dostarczać zasilanie do układu. Zwojnicę umieszczamy na jednym z 'uszek' spinaczy. Pilnujemy, by wszystko było jak najrówniej ułożone i by nasza zwojnica mogła się swobodnie obracać. Sposób, w jaki ja połączyłem układ znajduje się na zdjęciach poniżej (jest to wariant II silnika jaki zastosowałem, z dwoma magnesami - ale poza obecnością drugiego magnesu na dole, nie różni się on niczym od wariantu pierwszego).



    Podłączamy baterię do kabelków zasilających (ja wspomagałem się taśmą izolacyjną, by nie musieć trzymać cały czas palców na baterii dociskając kabelki) i voila'! O ile wszystko zrobiliśmy prawidłowo, rotor powinien wesoło się obracać. Poniżej znajduje się filmik do mojego dzieła w akcji:


    Youtube Video -> Oryginalne wideo
    Jeśli dla kogoś moje wytłumaczenie wydaje się niezrozumiałe, to niech nie waha się zadawać pytań. Ja swój silnik zbudowałem po obejrzeniu
    filmiku na yt.PS: Pamiętam o obiecanych wpisach na temat dualizmu, ale dzisiaj się bawiłem silnikiem więc wstawiam silnik
    PS2: Nie jest to najprostszy możliwy silnik do wykonania. Jeszcze prostszy wariant znajduje się na przykład
    .PS3: Jeśli będą chętni, to opiszę zjawiska które sprawiają że to DZIAŁA. Równania Maxwella i takie tam.
  19. Lord Nargogh
    Zapanowała moda na chwalenie się swoimi kolekcjami, więc nie będę gorszy i pokażę co takiego dobrego nagromadziłem przez te wszystkie lata. Pamiętajcie tylko, że to nie jest nawet mniejsza połowa większej połowy średniej połowy mojej kolekcji!
    Na początek artefakt jaki udało mi się znaleźć w pudełku z zestawem nazywającym się 'trzecia ręka' i służącym do dokonywania drobnych czynności manualnych (ot, taka lupa na stojaku). Niestety nie udało mi się do tej pory określić jego właściwości. Czy na pokładzie jest jakiś wizard z zapamiętanym zaklęciem identyfikacji?

    Eksponat numer dwa - kiedyś pewna grupa poszukiwaczy przygód zdobyła dla mnie artefakt niezwykłej mocy - nic innego jak samą Włócznię Przeznaczenia we własnej osobie!

    Trzeci artefakt zdobyłem podczas konsumpcji napoju pewnej marki. Jest to zaszyfrowana mapa do bliżej nieokreślonego skarbu! Nie płaciłem za nią, po prostu polowałem na odpowiednią butelkę aż trafiłem na to co trzeba. No ale Wy laicy kolekcjonerstwa nie zrozumiecie.

    Do czwartego artefaktu mam pewien szczególny sentyment. Jest to fragment Andurila, który skruszył się gdy Sauron na niego nadepnął. Zdobyłem go na pewnej aukcji jako gratis.

    Piąty eksponat kupiłem kiedyś od tajemniczego Cygana. Zapewniał mnie on, że wielokrotnie zwiększa siłę użytkownika.

    Ten artefakt dostałem gratis do mikroskopu. Jestem pewien, że był to wyjątkowy egzemplarz bo naprawdę musiałem się natrudzić, żeby go zdobyć.

    Siódmy eksponat stanowi swoisty Order za odwagę - dostałem go od pani dentystki za to, że byłem mężny podczas niewyobrażalnych tortur, jakim mnie poddawano. Nikt przede mną nie wykazał się wystarczającą odwagą i hardością, by otrzymać ten unikatowy przedmiot. O boże, jak ja bardzo muszę być lepszy od Was.

    Ostatni, ósmy artefakt to unikatowe ogniwo galwaniczne które dostałem wyjątkowo gratis jako piąte w opakowaniu. Ponownie jego zdobycie przez moją osobę było ewenementem - reszta żałosnych frajerów płaciła tą samą cenę za śmieszne 4 baterie!

    To by było na tyle. Oczywiście nie pokazałem całej mojej kolekcji, ale nie chcę Was wprawiać w kompleksy i załamanie - jestem człowiekiem tolerancyjnym i wiem że ludzie nie tak Wspaniali jak Ja którzy nie zdobyli takiej Niezwykłej Kolekcji mają swoje uczucia i łatwo je zranić wypominając im ich mierność. Gdybyście mieli jakieś pytania to jak zawsze chętnie pomogę, ale nie liczcie że osiągniecie Mój Ogrom.
  20. Lord Nargogh
    Czas odkurzyć bloga. W przeciągu kilku najbliższych dni korzystając z wolnego czasu postaram się walnąć parę naukowych wpisów. Tym razem na ruszt wezmę dualizm we wszechświecie. Zacznę od fizyki, ale może rozpędzę się do rozważań filozoficznych nad ludzką naturą.
    A oto wspomniany w tytule prawilny filmik:

    Youtube Video -> Oryginalne wideo
  21. Lord Nargogh
    Ostatnimi czasy wszyscy zdają się wpadać w jakąś panikę związaną z SOPA, PIPA i ACTA. Na Wasze szczęście posiadam liczne kontakty m.in. w Kongresie USA i zdobyłem mnóstwo prawdziwych, rzetelnych informacji na temat tych aktów prawnych.
    Przede wszystkim **** ******** * *** ************ *, **** ******** * *** **** ******** * ***. Przecież to dość oczywiste, a mimo to ludzie ***** * ** ******** ** *** **** ******** * *** **** ******** * ***. A prawdziwa przyczyna powoływania tych aktów jest prosta i oczywista - ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****. Doprawdy, nie rozumiem czemu ******* nie może ** *** **** ******** * *** ****, bo wtedy wszystko ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** **** ** *** **** ******** * *** ****.
    Mam nadzieję że zdołałem wszystko Wam wyjaśnić.
    PS: ** *** **** ******** * *** ****** *** **** ******** * *** ****!
  22. Lord Nargogh
    Patriotyzm. Duma z własnego narodu. Jego osiągnięć, sukcesów. Wzruszenie wobec tragedii, które go spotkały.
    W moim prywatnym rankingu jedna z najbardziej nieuzasadnionych i głupich rzeczy.
    Zacząłem wpis z grubej rury, ale postaram się obficie uargumentować i uzasadnić, dlaczego posiadam taki pogląd.
    Na początek zwrócę uwagę na fakt, iż nikt - totalnie nikt nie ma i nie będzie nigdy mieć wpływu na to, w jakim kraju się urodził. Kompletny przypadek zadecydował o tym, że jesteś Ryszardem albo Mariolką, która urodziła się w Katowicach. Równie dobrze mógłbyś/mogłabyś być Ahmedem w Egipcie, Helmutem w Niemczech albo Paulem w Wielkiej Brytanii. Odpada więc jakakolwiek zasługa, jaką mógłbyś mieć za wybór narodowości.
    Druga sprawa - historia Twojego narodu. Choćbyś urodził się w państwie, które pamięta bitwy w stylu 'jeden żołnierz obronił wieżę przed tysiącem przeciwników', choćby Twój kraj powstrzymał cały holocaust, choćby SPOWODOWAŁ ten holocaust - nie miałeś z tym nic wspólnego. W momencie, w którym te wydarzenia miały miejsce, molekuły i atomy z których powstały później plemnik i komórka jajowa, z której się zrodziłeś mogły za przeproszeniem pływać w szambie. Mogły być w śliwkach, w krowie, w powietrzu. Nie masz żadnego wpływu na to, co miało miejsce, więc nie masz powodu do odczuwania z tego tytułu dumy.
    Trzecia sprawa - znane osobistości wywodzące się z Twojego państwa. Czy dzielisz narodowość z odkrywcą elektryczności, koła, ziemniaka, karabinu maszynowego, kaszanki czy telewizora, czy znany kompozytor, malarz bądź pisarz mówili tym samym językiem co Ty - nie miałeś z tym nic wspólnego. Nie masz najmniejszego powodu do dumy.
    Czwarta sprawa - bieżący wygląd Twojego państwa. Spójrzmy prawdzie w oczy - najprawdopodobniej (tak jak ja, żeby nikt się nie poczuł urażony) na dzień dzisiejszy jesteś nikim. Nie masz nic wspólnego z ani biedą, ani dobrobytem panującym w Twoim kraju. Nie masz więc żadnego powodu, by czuć się z tego powodu dumny, ani winny. No, chyba że jesteś za bieżącą sytuację w jakiś sposób odpowiedzialny - ale wtedy odczuwać winę/satysfakcję możesz tylko za siebie, a nie za swoje państwo.
    Piąta sprawa - osiągnięcia sportowe. Tutaj to już kompletnie nie rozumiem, z czego można odczuwać dumę. Że obcy człowiek dobrze sobie radzi na basenie? Że świetnie ściga się na rajdach? O ile nie jesteś trenerem/mechanikiem/kimkolwiek ważnym dla osoby odnoszącej sukces, to mam dla Ciebie przykry komunikat - nie masz powodu by odczuwać dumę z powodu zdobycia przez Twojego rodaka medalu/pucharu. Tutaj sprawa jest o tyle śmieszna, że nieraz wielką dumę odczuwa się za sukcesy kogoś kto nawet nie jest Polakiem, a wręczono mu 'na siłę' obywatelstwo - jak na przykład Olisadebe. Mnie osobiście mrozi to krew w żyłach, bo znam historię o ludziach z kresów wschodnich, którzy mówią po polsku i czują się Polakami, ale muszą przejść piekło formalnościowe by móc nimi oficjalnie zostać.
    Krótkie podsumowanie. Nie rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo czują się dumni z tego, czego nie osiągnęli. Na dobrą sprawę mamy takie same powody do dumy z historii/osiągnięć/odkryć Polski, jak i z historii Niemiec. Albo starożytnej Grecji. Podejrzewam że ma to silne oparcie w narodowych kompleksach, które próbujemy zagłuszać nieuzasadnioną dumą.
  23. Lord Nargogh
    ...czyli krótki komentarz powyborczy.
    Za wcześnie jeszcze, by sprawdzać poprawność swoich przewidywań (nie znamy dokładnych wyników wyborów), ale nie mogę się nie oprzeć by nie skomentować krótko wypowiedzi JK, którą wygłosił na krótko po ujawnieniu wyników sondażowych.
    'Widocznie Polacy uważają, że jest dobrze, tak jak jest.'
    (cytat niedokładny, ale wiernie oddający sens wypowiedzi)
    Ależ panie Jarosławie, złe pan wyciąga wnioski. Polacy wcale nie uważają, że jest dobrze tak jak jest. Polacy po prostu uważają, że jest o wiele lepiej, niż by było z panem.
    (co w obliczu opinii tego pana na temat sytuacji w kraju jest największą możliwą obelgą)
  24. Lord Nargogh
    Z ciekawości postanowiłem stworzyć wpis w którym kto będzie chciał, będzie mógł obstawić wyniki wyborów parlamentarnych do Sejmu. Zastrzegam tylko, że 'obstawiać' będzie można jedynie do północy dzisiejszego dnia - po tym wpis zostanie zablokowany. Nie chcemy ryzykować złamania ciszy wyborczej.
    Moim zdaniem wyniki wyborów będą następujące:
    PO - 32%
    PiS - 26%
    SLD - 7%
    PSL - 8%
    RPP - 11%
    PJN - 5%
    KNP, PPP i inne (do podziału) 9%
    Pozostałe 5% jako granica błędu po przecinku wyniku.
    Rząd stworzy koalicja PO, PSL, RPP i PJN. PJN jest teoretycznie prawicowe, ale praktycznie niesamowicie lewicowe pod względem swoich przekonań odnośnie wsparcia socjalnego, więc nie będzie konfliktu. RPP będzie przyjęty niechętnie, ale nie będzie innego wyboru, żeby uzyskać większość w Sejmie.
    A Wy co 'obstawiacie'?
×
×
  • Utwórz nowe...