barry15

Forumowicze
  • Zawartość

    69
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

O barry15

  • Tytuł
    Ork
  • Urodziny 13.08.1995

Sposób kontaktu

  • AIM
    11244362
  • Strona WWW
    http://
  • ICQ
    0

Informacje profilowe

  • Płeć
    mężczyzna
  • Skąd
    Olsztyn
  • Zainteresowania
    Warhammer:Inwazja, średniowiecze, fantastyka, manga/anime, religie, polityka

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Battlefield: Bad Company 2, inFamous, Left 4 Dead 1&2, Call fo Duty: MW2, Killzone 3
  • Ulubiony gatunek gier
    FPS/strzelanki

Ostatnie wizyty

1938 wyświetleń profilu
  1. Galakta wydaje wersję w 100% PL
  2. Zombie Survival wersja PL, 40zł Raczej całe roczniki wolałbym sprzedać
  3. UP
  4. Wszystkie tomy za 150zł(do lekkiej negocjacji) Raczej całośc bym wolał sprzedać, chyba ze naprawdę dobrą ofertę bym dostał
  5. Konsola PS3 320GB - kupiona w czerwcu zeszłego roku, bezawaryjna. nabiłem trochę trofeów, także wystarczy podpiąć sie do netu like a boss by patrzeć na tych n00bów co to nie przeszliby Simsów i napawać się złotymi pucharami. Idealne dla osób co to z padem nie są za pan brat, a chcą poszpanować. Ale to nie wszystko! Kupując konsole, która ofc posiada pada bezprzewodowego i różne kabelki(HDMI, AV, zasilający, jakieś jeszcze chyba) otrzymacie również dodatki jakich nie powstydziłoby się Mango. Batman:Arkham Asylum - epicka gra roku 2009 czy tam 10, fajna ale nie da się zabijać ludzi, chociaż matka ci nie powie ze "znowu grasz w te brutalne gry! tylko chodzom i zabijajom!" Batman: Arkham City PL(napisy) + artbook(można pofapowac przy Harley Queen np.) + to co w Asylum tylko więcej, mocniej, dalej i lepiej Dead Island PL(napisy) - Zombiaki w bikini. Czego chcieć więcej. Dodam że można je widowiskowo zdekapitować np. szpadlem czy inną łopatą The Saboteur - taki trochę Assasin's Creed, tylko gramy Irlandczykiem, akcja dzieje się w Paryżu i zabijamy Niemców. Fajnie zabija się Niemców, zwłaszcza dynamitem. Killzone 2 PL - takie trochę Halo na PeeSa, tylko lepsze. inFamous PL - epicki sandbox, połączenie pracy kuriera z elektrykiem. Kto nie zagra ten piorunochronek(zagrajcie, a zrozumiecie ten wysublimowany żart) Star Wars: The Force Unleashed - fajna nawalanka w klimatach Georga Lucasa. Warto zagrać dla samego masakrowania Vaderem Wookich w 1 misji. FIFA 10 - wygraj polska reprezentacja z Realem czy inną Barceloną. Resident Evil 5 - Klimat Residentów + czarne zombiaki(sry, Ganados czy tam Majini, nie pamiętam). Grzech nie kupić, także wyciągać zaskórniaki ze skarpety, zróbcie sobie(czy tam potomstwu) prezent na 1 czerwca(przypominam: dzień dziecka jest). Seria książek z ubermegawdupęwyrąbistej sagi "Pieśni lodu i ognia" autorstwa Georga R.R. Martina. Gra o Tron Winter is coming, kupujcie. Jakieśtam jeszcze książki: "Zombie Survival" Max Brooks(unikat, wydawnictwo splajtowało czy coś, także tylko Allegro czy inne bazarki) "Rytuał" Dusan Fabian Kolekcja CD-Action(większość ma płyty, ale jbc pytać): Rocznik 2007 - numery 142, 143, 145 Rocznik 2008- numery 152, 153, 155, 156, 57, 158, 159 Roczniki 2009, 2010, 2011 - wszystkie numery. Co do cen, to proponujcie, będziemy negocjować najwyżej. Oferty/pytania//whateva na GG 11244362 lub PW(rzadko jestem). Ale kupcie, bo to na szczytny cel. Jbc na allegro mogę wystawic
  6. Yo, chciałbym sie dowiedzieć ile jest to warte: PS3 320GB Slim, bezawaryjna kupiona rok temu, pad bezprzewodowy, kable itp. bezawaryjna + gry" Batman Arkham Asylum batman Arkham City + artbook Star Wars The Force unleash The Saboteur Dead island Killzone 2 FIFA 10 inFamous Resident Evil 5 Stan wszystkie wręcz idealny, prawie jak ze sklepu.
  7. Podbijam
  8. Na sprzedaż/wymianę: Killzone 2 PL inFamous PL Resistance 2 FIFA 10 PL Darksiders Assasin's Creed 2 PL Wszystkie w stanie bdb, ceny ani specjalnie niskie, ani wysokie, propozycje na PW lub GG 1124462. Mogę również wymienić za którąś z moich szukanych gier z GT.
  9. UP
  10. Co mam poradzić, że wszystkie fajnie brzmiące nazwy zostały już gdzieś użyte? Ale jeśli tak bardzo to wam przeszkadza, to mogę zmienić.
  11. Inkwizytor od godziny wpatrywał się w wiszącą na ścianie komnaty lorda Greatwalla mapę Cesastwa. - Piękna mapa, prawda? - Magister Lowin, niedawno ogłoszony trecetem Greatwall, pojawił się znikąd. - Rzeczywiście ? odparł Goth ? Ale obawiam się, że wkrótce może stać sie nieaktualna. Draconysowie zawsze słynęli z przywiązania do swojego bożka i jego demonów. Jeśli będzie trzeba, zrównam ich pogańskie miasta z ziemią. - Jestem pewien że do tego nie dojdzie, Wasza Ekscelencjo ? Trecet Lowin uśmiechnął się. Widać było po nim że czas go nie oszczędzał. Czuł sie jednak dumny ze swojego wieku, w końcu niewielu żyło tak długo jak on. Każdy objaw starości ? braki w uzębieniu, wypadające siwe włosy, starcze plamy na skórze czy drżące nawet w upalne dni dłonie kwitował uśmiechem. - Po śmierci króla Magnara Smocza Przystanią rządzi książę Eon, a jeśli to co o nim mówią jest prawda, to szybko się podda i przyjmie Trójcę. - Nie wiem czy mu na to pozwolę. Całą tą smoczą hołotę powinno się spalić, a popioły rozrzucić na cztery strony świata. - Doskonale rozumiem Wasza Ekscelencję, ale sojusz z Draconysami mógłby nam pomóc w szerzeniu wiary Trójcy na świecie. Gdybyśmy mieli smoki, moglibyśmy użyć ich do ataku na Wolne Marchie... - Słowa uwięzły mu w gardle, gdy Goth złapał go za szyję i uniósł w górę. - Sugerujesz, że miałbym uznać ten przeklęty ród za równy Casterwillom i użyć latających bestii by szerzyć święte nauki Trójcy? Czy wiesz że mógłbym spalić cie na stosie za herezję? - Ja...ja nigdy bym...proszę... - Oczy zaszły mu łzami i zaczął sie krztusić, więc Goth zwolnił uścisk. Kapłan z łoskotem zwalił się na podłodze. - Masz pojęcie, dlaczego naszymi największymi wrogami są Draconysowie? To nie mógłby być żaden inny ród, bo tylko oni setki lat temu obcowali ze smokami, bestiami zrodzonymi z największych ludzkich grzechów. W Księdze Praw napisano ? Goth otworzył księgę wiszącą na szyi, znalazł właściwą stronę i zaczął czytać. ? I ludzie ujrzeli węże latające w przestworzach niczym ptaki, a oddech ich zmieniał lasy w pustynie. Pożerały wszystko na swej drodze, ludzi i zwierzęta, mężczyzn i kobiety, aż wzbudziły gniew Ojca. On to, wielki w swej boskości, spalił plugawe jaja czyniąc z nich gwiazdy, a ziejące ogniem bestie zamknął w wielkim jaju na niebie. I tak oto uczynił Księżyc, który po dziś dzień rozświetla mroki nocy, gdy bestie próbują spalić jego skorupę. Jednej bestii udało się jednak uciec. Przybrała postać ludzkiej kobiety, która spłodziła piekielne potomstwo z ludźmi. - Zamknął księgę. - Tak powstał ród Draconys. Teraz jednak mam szansę dokończyć boskie dzieło Ojca. To moje przeznaczenie, i z boską pomocą Ojca, Matki i Dziecięcia je wypełnię. Jeśli jeszcze raz wypowiesz herezję, zabiję cie ? Spojrzał starcowi w oczy, a gdy zobaczył w nich strach uśmiechnął się zadowolony. Nim wyszedł, spojrzał jeszcze raz na mapę Cesarstwa. - Każ to spalić ? powiedział. - Co...dlaczego, za tą mapę można dostać nawet dziesięć denarów. - W pochodzącym z biednej rodziny Lowinie odezwała się chciwość. Goth uderzył go na odlew w twarz. - Ta mapa jest błędna. Cesarz zmarł ponad trzydzieści lat temu, a nawet wtedy ten kraj nie był Cesarstwem. Czy będziesz kwestionować moje polecenia? - Nie, panie. - Kapłan ze smutkiem zwiesił głowę. - Nigdy. - To dobrze. - Inkwizytor zostawił treceta Lowina gdy ten ściągał płótno ze ściany. - Bardzo dobrze. Idąc w stronę komnat swojego brata, Goth myślał o Magnarze Draconysie. Bądź przeklęty na wieki ? pomyślał. Ruszył na wschód gdy tylko usłyszał że król Smoczej Przystani walczy z oddziałami Greyów na wschodnim brzegu Smoczego Skrzydła. Goth jechał najszybciej jak się da, by osobiście wymierzyć mu karę, a gdy przedzierał się przez walczących, by dotrzeć do królewskiego namiotu, zabijał wszystkich którzy stanęli mu na drodze, bez względu na to po czyjej stronie walczyli. Gdy wreszcie wszedł do złocistego namiotu z płomienistym wzorem wyszytym srebrną nicią, zamiast zobaczyć wielkiego wojownika, zwanego Smokiem Wschodu, zobaczył tylko żałosnego starca. Martwego starca. Magnar Draconys leżał na ziemi w częściowo założonej zbroi i z nożem wbitym w plecy. Wściekłość inkwizytora była tak wielka, że gdy dotarł do Greatwall, wziął zamek szturmem w kilka godzin. Nawet gdy lord Ironheart poddał się, prosząc by oszczędzono jego rodzinę, żołnierze Casterwilla kontynuowali zabijanie, aż w końcu w zamku nie został nikt z ludzi Ironheartów. Zabili wszystkich, nawet praczki i kuchcików. - Wasza Ekscelencjo. - Strażnik przy drzwiach skłonił się nisko. - Chcę się widzieć z lordem Tytusem. - Powiedział Goth głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Oczywiście, panie. - Strażnik, wciąż pochylony, otworzył przed nim drzwi. Komnata wyglądała zupełnie inaczej niż za życia Geralda Ironhearta. Obrazy przedstawiające dzielne czyny legendarnych bohaterów zastąpiono arrasami ilustrującymi wydarzenia z Księgi Praw. Usunięto wszystkie meble, pozostawiając jedynie zdobiony stół i kilka krzeseł, a na zimną posadzkę położono czerwony dywan. Mój brat mógł to sobie darować ? pomyślał inkwizytor. - Podłoga i tak była już wystarczająco czerwona. - Witaj, stryju. - Rzucił zdawkowo starszy syn lorda Tytusa, Jon, i wrócił do żonglowania owocami, czym wywoływał nieustanny śmiech u swej dziesięcioletniej siostry Marii. - Mistrzu ? Młodszy brat Jona, Lucas, znacznie bardziej odpowiadałby Gothowi jako dziedzic Goldens. W przeciwieństwie do starszego brata był obowiązkowy, bogobojny, lojalny i wykonywał każdy rozkaz co do joty. Byłby idealnym lordem, ale urodził się cztery lata za późno. Gdyby nie to, Goth z pewnością odrzuciłby jego kandydaturę na członka Synów Pierworodnych. Co za ironia ? pomyślał wtedy, przykładając pieczęć do dokumentu, który czynił Lucasa rycerzem Trójcy. - Drugi w kolejności syn Tytusa Synem Pierworodnym. Szybko przekonał się, że przyjęcie swego bratanka w szeregi Synów było jedna z najlepszych decyzji w jego życiu. Lucas wykazywał wielkie oddanie sprawom Trójcy, a jego umiejętności walki były ponadprzeciętne, nawet jak na lordowskiego syna. Wielu trecetów wróżyło mu świetlaną przyszłość w roli inkwizytora, niektórzy szeptali nawet że to on, a nie Goth, jest Mesjaszem obiecanym w Księdze Praw, lecz szybko ucichli, a co do Lucasa, to wydawać by się mogło, ze bycie jednym z Synów Pierworodnych jest szczytem jego marzeń. - Witaj, bracie- Tytus Casterwill podniósł się z krzesła. Był niższy od brata. Miał zielone oczy i rudozłoty zarost.. Ubrany był w zieloną koszulę, wyszytą w złote liście, która ledwo opinała jego pokaźny brzuch. Czuć było do niego wino. - O co tym razem chodzi? Dałem ci swoją armię i złoto,północ jest naszym sojusznikiem, południe wkrótce padnie, czego jeszcze chcesz? Greatwall? Proszę bardzo, niepotrzebny mi ten stary zamek, ale przestań mieszać mnie w tą wojnę! - Tytus kipiał ze złości. Próbował pojeść do brata, ale zachwiał się i musiał przytrzymać się krzesła. - Racja ? Goth wydawał się nie zauważać brata. - Brakuje tylko Smoczej Przystani. - Co?! To samobójstwo, chcesz posłać moich żołnierzy na śmierć? Nikt nie zdobył Smoczej Przystani od kiedy jest w posiadaniu Draconysów! - Zatem będziemy pierwsi. - Inkwizytor odwrócił się i ruszył ku drzwiom. - Jeśli w ciągu tygodnia Eon Draconys nie zgodzi się na przyjecie naszych warunków, spalę to przeklęte miasto. - Powiedział i wyszedł.
  12. Nie, akurat tutaj sam wymyśliłem, ale chyba był w Holmsie, w którejś książce.
  13. Jace pchnął dziewkę na łóżko, usiadł na niej i zaczął rozwiązywać sznurówki gorsetu. - Najpierw zapłata... - wycharczała dziewczyna, ale chłopak zamknął jej usta pocałunkiem. - Nie martw się, zapłacę ? powiedział. Igraszki przerwało pukanie w drzwi. Jace początkowo zignorował ten dźwięk, jednak przybysz był nieustępliwy i gdy nie otrzymał odpowiedzi, bezczelnie wszedł do środka. - Hej, nie wiesz dlaczego w burdelach montuje się drzwi? - Spytał sarkastycznie Jace, przerywając pocałunek. Spojrzał na chłopaka, który najwyraźniej pierwszy raz widział roznegliżowana kobietę, bo jego twarz przybrała kolor ceglastej ściany. - Książę Eon cię wzywa, panie. - Wyjąkał. Wciąż gapił się na dziewkę szeroko otwartymi oczami. - No cóż, skoro mój kochany braciszek mnie wzywa, to wypadałoby się z nim spotkać. - Jace ze sztucznym uśmiechem na twarzy zakładał koszulę. - Co do ciebie, może innym razem. - Dziewczyna ubierała się z niezadowoleniem na twarz. - Oj, nie bądź na mnie zła. Co by sobie pomyślał o mnie książę, gdybym zamiast z nim porozmawiał, spędził ten czas z dziwką? Już miał wyjść gdy nagle się zatrzymał. - Ile masz lat chłopcze? - Spytał małego posłańca. - Piętnaście, panie ? Z jego niewinnością wypisaną i na twarzy i wstydliwością w głosie, chłopak pasował do burdelu jak pięść do nosa. Jace zastanawiał się, jak udało mu się wejść na piętro. - Cóż, to chyba odpowiedni wiek. - Wyłuskał z sakiewki srebrnego orena i rzucił go dziewczynie. - Na co, panie? - Posłaniec jak zahipnotyzowany patrzył na dziewkę, która rozebrana do naga powoli szła w jego kierunku. - Aby stać się mężczyzną. ? Jace popchnął chłopaka w stronę łoża i ze śmiechem opuścił pokój. - Nie martw się, Słodka Jil na pewno dobrze się tobą zajmie. Na zewnątrz ?Ognistego Pocałunku? czekał na niego dowódca straży, sir Orwell Dacley, razem z dwoma ludźmi. - Pojedziemy konno ? rzucił. Zwykle droga z nabrzeża do Gniazda zajmowała około godziny, ale dzięki koniom pokonali ten dystans znacznie szybciej. Jadąc, Jace zastanawiał się, jak jego brat go odnalazł. Na pewno nie pomógł mu ojciec. Jace przypomniał sobie, jak król traktował go niczym powietrze. Pewnie był nawet zadowolony gdy bękart zniknął. Po drodze widzieli bawiące się dzieci, handlarzy targujących się z klientami, kobiety wieszające pranie czy kuglarzy popisujących się sztuczkami. Wojna jeszcze tu nie dotarła ? pomyślał Jace. Jeśli król Magnar utrzyma Greathall, być może ci ludzi nigdy nie poznają jej smaku. Wkrótce dotarli do pałacu, nazwanego Gniazdem na cześć pierwszej wylęgarni smoków, która według legend i pieśni istniała tysiące lat temu właśnie w tym miejscu. Jace nigdy nie lubił tego miejsca, gdzie na każdym kroku wytykano mu nieprawe pochodzenie. Dlatego gdy miał dwanaście lat, Jace uciekł z zamku na zatłoczone ulice Smoczej Przystani. Jedna sierota więcej czy mniej, nie robiło to nikomu różnicy. Początkowo było mu trudno, ale z czasem przyzwyczaił się do życia ulicznika. Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Nieustannie dręczyła go myśl, że ojciec go znajdzie i każe wrócić do Gniazda. Dni mijały, a o zaginięciu bękarciego syna Jego Królewskiej Mości nikt nawet nie wspominał. Dziwiło to Jace'a, dopóki nie spotkał się z bratem w slumsach, gdy Eon próbował go namówić na powrót. - Bracie, bądź rozsądny, wróć ze mną do zamku. Obiecuję że niczego ci nie zabraknie, a sir Doyle poszukuje giermka, więc mógłbyś... - Och, mam być teraz giermkiem? Wiec nie jestem nawet tak dobry, by być bękartem króla? - Nic nie wiesz? - Oczy Eona otwarły się szeroko ze zdumienia. - Ojciec ogłosił że zginąłeś podczas polowania. To jakaś kpina ? myślał wtedy Jace. Ten człowiek nigdy nie zabrałby mnie na polowanie. - Więc wrócisz? - spytał księże z nadzieją w głosie. - Oczywiście będziemy musieli wymyślić ci nową tożsamość, ale... - Nigdy tam nie wrócę. Nie dopóki ten człowiek żyje. - Rozumiem ? Eon nie krył rozczarowania. Tego dnia rozstali się w zgodzie, ale podczas następnego spotkania, gdy Eon namawiał go na powrót, Jace uderzył brata tak mocno, że złamał mu rękę. Później spotkali się jeszcze parę razy, ale z czasem Eon przestał przychodzić. Ostatni raz Jace widział brata rok temu i prawie zapomniał ze miał kiedyś rodzinę. Niebawem miało się to jednak zmienić. W bramie przywitał ich księże Eon. Miał podkrążone oczy, a złote włosy opadały mu w nieładzie na opaloną twarz. - Możesz odejść, Orwellu. - Dziękuję, Wasza Miłość. - Strażnik skłonił się tak nisko, ze niemal dotknął czołem ziemi. - Możesz mi powiedzieć co było tak pilne by mi przerywać? - Spytał Jace brata. Mimo że Eon był tylko rok starszy, różnili się jak ogień i woda. Jace zawsze wolał walkę na miecze i dobre wino od czytania ksiąg czy rozmów z uczonymi, które od najmłodszych lat były pasjami jego brata. - Musimy porozmawiać ? powiedział tylko księże i ruszył w stronę królewskich komnat. Po drodze mijali wiele pomieszczeń, zarówno dla służby jak i dla wyżej urodzonych gości. Raz za razem zmieniali kierunek. Zupełnie jak w labiryncie ? uświadomił sobie Jace. W końcu dotarli do Samotni Króla, położonej niemal na samym szczycie Czerwonej Wieży. Eon stanął przy oknie, wpatrując się w panoramę Smoczej Przystani. - Nasz ojciec, król Magnar, nie żyje. - Oznajmił ze smutkiem. - To nigdy nie był mój ojciec. - Nie zapytasz jak umarł? - Jeśli Eon cieszył ze spotkania z bratem, to w żaden sposób tego nie okazywał. - Napijesz się wina? - Spytał, wyjmując zdobiona karafkę z szafki. - Z chęcią. Mam nadzieję, ze to nie ta lura, którą nazywają winem w karczmach na nabrzeżu? - Oczywiście ze nie. Złote rachijskie. Pamiętam że lubisz dobre trunki. A co do naszego ojca... - Twojego ? powiedział z naciskiem Jace. - Niech ci będzie. Co do mojego ojca, to wiesz że po jego śmierci straciliśmy lordów Blackwooda i Hawkeye'a? Niesamowite jak tchórzliwi są niektórzy ludzie. - Nalał wina do srebrnych kielichów i natychmiast się napił. - Gdy tylko król umarł, podkulili ogony i przeszli na stronę Casterwillów. - Ale...oni walczyli pod Greatwall. - Jace nie mógł uwierzyć w to co słyszał. Blackwoodowie i Hawkeye'owie byli najwierniejszymi chorążymi Draconysów.. - Co z Ironheartami? - Greatwall padło. Nasi sojusznicy albo przeszli na stronę wroga, albo boją się nam pomóc. Przegraliśmy te wojnę, Jace. - Chwileczkę. Wciąż mówisz ?my?, ?nasi?. Zrozum nie ma żadnych nas. Nie jestem i nigdy nie byłem Draconysem. Wojny wielkich rodów mnie nie obchodzą, tak długo, jak mam co jeść i gdzie spać. - Z tym może być mały problem. - Eon wyjął z szuflady mały zwój. - Razem z kośćmi i mieczem rodowym króla niedobitki z Greatwall przywiozły nam warunki kapitulacji. Powinieneś je przeczytać. - Podał pismo bratu. Jace rozwinął pergamin. Na szczęście, gdy jeszcze mieszkał w Gnieździe, król nie zabraniał mu się uczyć razem z Eonem, więc potrafił zarówno czytać jak i pisak, na tym jednak skończyła się jego edukacja, gdyż często wymykał się z lekcji by poćwiczyć władanie mieczem czy strzelanie z łuku. - Nie wierzę ? szepnął. - Nie możesz zgodzić się na takie warunki! - głos drżał mu z podenerwowania. - Czy rada o tym wie? - Na razie nie. Ale zamierzam się zgodzić. To jedyne wyjście. - Nie...Nie możesz! Musi być inne wyjście, to nie może się tak skończyć! Nie rozumiesz że jeśli się zgodzisz, to tak jakbyś przyniósł Casterwillom własną głowę na srebrnej tacy? Wciąż jeszcze możesz z nimi walczyć. Jesteś zaręczony z córką lorda Oberona, poproś południe o pomoc. - Południe? Pod bramami Rache od tygodni obozują oddziały Casterwillów i Grey'ów. Lord Oberon był głupcem jak mój ojciec, i nie chciał zaakceptować nowych bogów, dlatego teraz jego córka jest zakładnikiem w Wilczym Jarze. Południe mi nie pomoże, bracie. - A Słony Brzeg? Blackfishowie przysięgali wierność Draconysom. - Stockley Blackfish jest bojaźliwym starcem, który boi się wytknąć nosa za mury swojego zamku. Jeśli zaś chodzi ci o jego syna, to ma on większe problemy. Wziął niemal wszystkich zbrojnych swego ojca i wypłynął na Lodowe Morze - Na Lodowe Morze? Po co? - Cóż, wygląda na to że Barron Darktides widzi w Cesarstwie ogarniętym wojną łatwą zdobycz. Wyspiarze nigdy nie byli tak zuchwali w swoich napadach jak teraz. - Ale dlaczego, bracie? Masz armie, walcz z nimi! - Wiesz że zawsze wolałem księgi od mieczy. - Eon uśmiechnął się smutno. - Poza tym, rycerze mojego ojca na polu bitwy prędzej słuchaliby ciebie niż mnie. -W takim razie, pozwól mi poprowadzić armię Smoczej Przystani. Obiecuję ci, że odbiję Greatwall i przyniosę ci głowę Gotha Casterwilla. Eon roześmiał się. Śmiał się tak głośno i długo, ze Jace zastanawiał się, czy śmierć ojca nie sprowadziła na niego szaleństwa. Gdy w końcu ucichł, księże spojrzał na niego wzrokiem tak zimnym, że Jace'a przeszły ciarki. - Nie będziesz walczył, a Jeśli choć spróbujesz, jeśli dowiem się ze kupiłeś miecz, zbroję, konia czy cokolwiek, co może przywodzić na myśl walkę, spotka cie kara. - Złapał brata za koszulę na piersi i przystawił mu sztylet do gardła. - Jeśli myślisz że zdołasz się ukryć wśród dziwek, złodziei i przemytników to sie grubo mylisz. Wiem o wszystkim co się dzieje w tym mieście. - Przesunął ostrze, pozostawiając na policzku Jace'a długą ranę. - Oszalałeś...Jesteś szalony, śmierć ojca odebrała ci rozum! - Ja szalony? Nie, nie jestem szalony. - Eon uśmiechnął się jadowicie. - Jestem smokiem. Jace odepchnął brata. Patrzył na niego, jedyną osobę w twierdzy jego ojca która nie zważała na jego nieprawe pochodzenie. Nie jesteś już moim bratem! - krzyknął gdy wychodził. - Nie jesteś smokiem! - Trzasnął drzwiami. Eon odetchnął i oparł się o biurko. Z oczu popłynęły mu łzy. - To prawda. Nie jestem. - Powiedział ze smutkiem i spojrzał na ostrze sztyletu, na którym lśniła krew Jace'a. - Ale może ty jesteś.
  14. - Chyba nie zamierzasz tu umierać, co chłopcze? Rick jeszcze kilka dni temu był zwykłym piętnastoletnim chłopcem, jakich wiele, mieszkającym w najzwyklejszej wsi na świecie. Robił to samo co jego okoliczni rówieśnicy: karmił świnie, pasał krowy, czasem polował na zające, a gdy wykonał swoje obowiązki bawił się z kolegami w rycerzy. Wszystko zmieniło się rok temu, gdy wybuchła wojna.. Początkowa dotyczyła ona jedynie bogatych lordów i wielkich miast, a wieśniacy dowiedzieli się on niej dopiero po kilku tygodniach od minstrela, który zatrzymał się w karczmie ?Pod zarżniętym prosiakiem?, gdzie okoliczni chłopi mogli napić się piwa i zaznać rozkoszy w ramionach jednej z pracujących tam sierot, które oddawały swoje ciała w zamian za ciepłą wieczerzę i miejsce do spania. . Wysłuchali go z powagą, po czym wrócili do swoich zajęć. Gdy zaczął namawiać ich na opuszczenie wioski, rozśmieli mu się w twarz. - Chyba nie myślisz że opuścimy ziemię naszych ojców? A może chcesz nam ją ukraść? - spytał podejrzliwie jeden z chłopów. - Poza tym, wioski takie jak ta, i ludzie w niej mieszkający nie obchodzą wielkich lordów, tak samo jak oni nas. Dopóki płacimy podatki i dziesięcinę, nic nam nie grozi ? powiedziała karczmarka Ruta, nalewając piwa jednemu z gości. - Może i tak, ale jak myślicie, ile czasu będą was ignorować? Tydzień? Miesiąc? Kiedy wojna rozgorzeje na dobre, każdy skrawek ziemi będzie się liczył, nawet tak podły jak ten. Jeśli chcecie, mogę pomóc wam uciec, znam świetny skrót. Tydzień, góra dwa i pijemy wino w burdelach któregoś z Wolnych Miast, podoba wam się ta perspektywa, czyż nie? Wieśniacy wciąż patrzyli na niego wilkiem, wiec minstrel spróbował znowu. - A może mała ballada na zachętę? Co powiecie na ?Chętną... Mowę minstrela przerwało głośne stukanie. Twarze wszystkich zwróciły się w stronę drzwi. Do karczmy powolnym krokiem wszedł o lasce niski staruszek. Był całkiem łysy, za to obdarzony nad wyraz krzaczastymi brwiami i białą jak śnieg brodą, okalającą policzki i sięgającą niemalże do pasa. Na jego chudym ciele lniana koszula zwisała prawie do kolan, a rękawy, mimo że podciągnięte, wciąż zakrywały dłonie. Obok starca powoli szła kilkunastoletnia, jasnowłosa dziewczyna. Mężczyzna powoli powiódł wzrokiem po twarzach obecnych, po czym głośno się roześmiał. - No dalej śpiewaku, uciekaj jeśli chcesz! Boisz się czegoś co ciebie nie dotyczy. Mam dziewięćdziesiąt cztery lata i przeżyłem wiele wojen ale tylko jedna prawdziwą, kiedy sześćdziesiąt lat temu zbuntował się Thoren Wiarołomca. To była prawdziwa wojna! Trwała pięć lat, a gdyby trwała choć rok dłużej, z Cesarstwa nie zostałby kamień na kamieniu. To na tej wojnie straciłem rękę. - powiedział, po czym zdjął prawą dłoń z laski by podciągnąć rękaw i momentalnie sie zachwiał. Podtrzymała go dziewczyna u jego boku. - Dziadku, jeśli nie będziesz ostrożny, to... - Cicho Pam, nie jestem jeszcze taki stary! I nie mów do mnie dziadku! Będziesz mogła tak mówić gdy stuknie mi setka. - Starzec wsparty o ramię wnuczki podciągnął rękaw i pokazał wszystkim obecnym do połowy ucięte przedramię. Minstrel próbował jeszcze coś powiedzieć, ale został zagłuszony przez głosy wieśniaków przytakujących starcowi. Rick był jednym z nich. Trudno się dziwić, Grymon Ways był najstarszym i najmądrzejszym mieszkańcem wioski, a kiedyś posiadał nawet tytuł rycerski, więc wszyscy darzyli go szacunkiem. Kilka dni później, wypasając krowy Rick spotkał minstrela gdy ten siedział pod drzewem i grał smutna melodię na lutni. - Co to za piosenka? - Spytał chłopak. - ?Jesienny deszcz? - odpowiedział minstrel. - Opowiada o starej pannie która w deszczowy dzień przypomina sobie o kochanku...Ale, chyba nas sobie nie przedstawiono. Jestem Dickon, zwany również Cytrynem, a ty? - Rick. - Chłopak spojrzał na śpiewaka. Zdecydowanie zasłużył na swój przydomek, bo całe jego ubranie, począwszy od butów, poprzez spodnie i kurtkę było żółte. Nawet włosy i brodę ufarbował na kolor cytryn. - Miło mi cię poznać, Rick. - Głos minstrela był ciepły i przyjazny, dlatego Rick zastanawiał się, czemu ludzie w wiosce patrzyli na niego z niechęcią, a nawet z wrogością. - A więc, co ci zaśpiewać? Znam wiele pieśni z całego Cesarstwa i Wolnych Marchii, więc jeśli masz jakieś specjalne życzenie to... - Chcę uciec. - Przerwał mu Rick. - Uciec? Cóż, jesteś pierwszym mieszkańcem tej wioski który odpowiedział na moją propozycję. - Minstrel poprawił słomkowy kapelusz.- Ale w sumie, co mi do tego? Klient nasz pan. Pamiętaj tylko, że moje usługi mają swoją cenę. - Nie mam pieniędzy. - Chłopak ze smutkiem zwiesił głowę. - A czy ktoś wspominał o pieniądzach? Kromka chleba, kawałek sera, trochę piwa by przepłukać gardło ? oto moja cena. Ale, chyba masz na razie coś do roboty? - Wskazał na krowy pasące się nieopodal. - Spotkamy się wieczorem, gdy już wyrzucą mnie z ?Zarżniętego prosiaka?. Pamiętaj żeby wziąć jedzenie. - Dickon wstał, podniósł lutnię i ruszył w stronę karczmy. - Trzymaj się, mały. Wieczorem Rick poszedł do ?Zarżniętego Prosiaka? tak jak mu powiedział Dickon. Było jeszcze wcześnie, więc miał nadzieję, ze nikt nie wyrzucił minstrela i zdąży coś zjeść. Niestety przeliczył się Był zaledwie kilka metrów od gospody, gdy usłyszał wściekły głos Ruty. - I żeby cie tu więcej nie widział! Odstraszasz mi klientów! - Po czym przez drzwi wyleciał Cytryn. - A w dodatku fałszujesz! - krzyknął ktoś z wewnątrz i przez okno wyleciała lutnia. Minstrel ledwo zdążył ją złapać, ale poślizgnął się i upadł na twarz. - O rany, mam nadzieję że to błoto, a nie to o czym myślę. - Powiedział, ścierając brązowa maź z twarzy. - Witaj Rick. - Podszedł do chłopaka. - Twoi sąsiedzi nie są zbyt gościnni, prawda? - Nie lubią zmian, a gadanie o wojnie... - Rozumiem, rozumiem. Przynajmniej nie połamali mi lutni. A więc, masz może coś dla mnie? - Tak. Proszę. - Wyciągnął małe zawiniątko z kieszeni i podał Dickonowi. - Dzięki mały. - Minstrel wyciągnął z zawiniątka dwie kromki chleba, ser, kawałek kiełbasy i nadgryzione jabłko. - A to co? - spytał. - Byłeś głodny? - Um...tak, trochę. - Rick zaczerwienił się po czubek głowy. Po chwili zaczęło mu burczeć w brzuchu i zaczerwienił sie jeszcze bardziej. Śpiewak roześmiał się serdecznie. - Masz, zjedz. - Rzucił mu owoc. - Chodźmy, zanim wyjdą do nas z widłami i pochodniami. - Spojrzał na gospodę i ruszył w stronę lasu. Szli już dobre kilkadziesiąt minut, klucząc pośród drzew i Rick zaczął się niecierpliwić. - Miałeś pomóc mi uciec, a jak na razie tylko idziemy przez las. A może się zgubiłeś? Jeśli tak, to mogę nas stąd wyprowadzić... - Spokojnie. - Przerwał mu Cytryn. - Znam drogę, już wkrótce dotrzemy na miejsce. W końcu dotarli do niewielkiej polany w głębi lasu. To tutaj? - spytał chłopak z rozczarowaniem w głosie. Rozejrzał się wokół. Polana nie wydawała mu się specjalnie ciekawa. - I? Mieliśmy uciec do Wolnych Marchii. - Och, zaraz zatęsknisz za tą namiastką wolności jaka posiadałeś. - powiedział minstrel i zahukał jak sowa. - Mam następnego! - Krzyknął. - Nie popisałeś się, Cytryn. - Zza drzew zaczęli wychodzić mężczyźni. Trzech, pięciu, dziesięciu, dwudziestu... Rick wkrótce stracił rachubę. Wszyscy nosili zbroje lub kolczugi i byli uzbrojeni. - Tylko jeden? - Mówiliście że do wystarczy. - Dickon był wyraźnie przestraszony. - Mówiliście że weźmiecie wszystkich, bez względu na to, ilu przyprowadzę...że wystarczy nawet jeden. - Pozwól że ja to osądzę. - Na środek polany wyszedł wysoki mężczyzna w czerwonej szacie. Miał wygolony czubek głowy, a podbródek okalała mu czarna, krótka broda. Na szyi miał zawieszoną na łańcuchu księgę obitą czerwoną skórą. W prawej ręce trzymał oparty o ramię złocisty młot. Na jego widok Cytryn natychmiast opadł na kolana. - Panie mój... - załkał. - Sir Rowanie, zajmij się chłopakiem. - Rzekł mężczyzna czerwonej szacie. - Rozkaz, Wasza Ekscelencjo. - Jeden ze zbrojnych złapał Ricka za ramie i pociągnął w kierunku drzew. Chłopak próbował się wyrwać, ale mężczyzna zwany Rowanem uderzył go opancerzoną dłonią w tył głowy.- Spij dobrze, mały wieśniaku ? wysyczał mu do ucha. Mały wieśniak nie odpowiedział. Ostanie co pamiętał to krótkie słowo padające z ust jego nowego pana, odgłos wyciąganych mieczy i krzyk minstrela, długi i wibrujący, rozchodzący się po całym lesie. - Hej, słyszysz mnie? Mam nadzieję nie zamierzasz tu umrzeć. Co ci w ogóle strzeliło do głowy, żeby posyłać chłopców w pierwszym szeregu. - Głos dochodził gdzieś z bliska, ale Rick nie widział jego źródła. Nie widział nic. To tylko sen ? powtarzał sobie w myślach. Wszystko mi się śniło, to wszystko. Nie ma żadnej wojny. Pewnie spadłem z drzewa, ot co. Co w jego głowie mówiło mu jednak że to prawda. Mężczyzna w czerwieni, Cytryn, żołnierze w lesie ? to wszystko prawda. - Nie, ja tylko spadłem z drzewa. - Powiedział nieco zbyt głośno i spróbował się podnieść. Zaraz potem krzyknął z bólu. - Spokojnie, bohaterze. - Znów ten głos. Był miły i ciepły. - Możesz otworzyć oczy? - Tak...chyba tak. - Rick włożył w tą czynność mnóstwo wysiłku, jednak mimo prób tylko prawe oko zdołał otworzyć. Wciąż jednak widział jedynie ciemność. Powoli docierało do niego, gdzie się znajduje. - Ja przecież...ktoś mnie zranił... - Nagle sobie przypomniał. Pierwszy szereg, marsz w kierunku ogromnej twierdzy, salwa strzał, śmierć zbierająca wokół krwawe żniwo, szaleńcza ucieczka, uderzenie z tyłu, upadek, tępy ból w plecach, wszechogarniającą ciemność i błogą ciszę, z której go wyrwano. - Będzie mógł walczyć? - Tym razem głos był inny. Rick już go gdzieś słyszał, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie. - Chyba kpisz. - Pierwszy głos był wyraźnie zdenerwowany. - Chłopaka mało nie przecięto na pół, prawdopodobnie ma sparaliżowaną cała lewa stronę ciała, a ty pytasz czy może walczyć?! - Sparaliżowany? No trudno. Ale lord Casterwill nie będzie wydawał pieniędzy by utrzymać takie śmieci przy życiu. Zabij go. - Jestem lekarzem, wiesz? Mam leczyć, a nie zabijać. - Skoro tak, ja to zrobię. - Głos był niczym zimna stal. Ricka ogarnął strach. Ciemność zaczęła ustępować. Ujrzał kobietę w ciemnozielonej szacie kapłana-znachora z Okiem Trójcy na piersi, i mężczyznę w pełnej zbroi. Jego twarz wydawała mu się znajoma. Po chwili do niego dotarło. - Cytryn? - Spytał z nadzieja w głosie. - Przykro mi, mały. - Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych emocji. Kobieta w szatach znachora szybkim krokiem wyszła z namiotu. Ostatnim co zobaczył Rick było ostrze miecza, opadające powoli w kierunku jego twarzy.
  15. Co prawda żadnego opowiadanie nie publikuję, ale zamieszczam link do bloga gdzie umieszczam swoje "dzieła". Gorąco zachęcam do komentowania. Barry Blog