Jump to content

Bazil

Forumowicze
  • Content Count

    507
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Bazil

  1. Gdzieżbym śmiał zapomnieć? Wiadomość o śmierci EGM powziąłem dopiero w weekend - odebrawszy newsletter na poczcie elektronicznej - a o założeniu niniejszego tematu nic nie wiedziałem, bo forum nie odwiedzam już regularnie. CDA kupuję regularnie od października 2002 roku (co oznacza, że pierwszym przeze mnie nabytym numerem był 11/2002) i Generała pamiętam doskonale jako członka "starej gwardii" redaktorów. Niestety, nigdy nie znałem go bliżej, że tak powiem - a to z tego prozaicznego względu, że koncentrował się na recenzowaniu przygodówek, które nigdy nie leżały w moim kręgu zainteresowań. Niemniej, jego recenzje czytałem, a i owszem, podobały mi się (jak każde inne zresztą), ale nie zapadły mi szczególnie w pamięć. Zapamiętałem natomiast doskonale (podobnie jak jeden z przedmówców) jego udział w dyskusji ze Smugglerem na temat piractwa (zawsze lubiłem czytać, jak Smugg w doskonale dobranych słowach równa z ziemią ten proceder... w gruncie rzeczy, sam później korzystałem, w realu, z wysnuwanych przez niego argumentów) jak również... przypisywane mu, cokolwiek sprośne (lub "męskie", jak kto woli) poczucie humoru. Nigdy nie zapomnę pochodzącej od niego, złotej myśli w którymś z wydań Action Redaction ("jeżeli napierśnik nosimy na piersi..."). Swoją drogą, zawsze mnie dziwiło, że przy swojej wojskowej przeszłości, zajmował się właśnie przygodówkami. Jak dla mnie, mógłby się zamienić z Mac Abrą (z przekonań - wedle deklaracji - pacyfistą; no chyba że coś się w tej materii zmieniło), jeśli o gatunek i tematykę gier chodzi. Tak czy inaczej - requiescat in pace, Generale. Sit tibi terra levis.
  2. Kiedyś, kiedyś - wydaje się teraz, że było to wieki temu - Tzar postanowił wyrazić protest (do którego ja sam szybko się przyłączyłem) pod adresem nader lakonicznych wypowiedzi w tym temacie, ograniczających się w zasadzie do suchego zapodania tytułu (lub tytułów) książki oraz nic nie wnoszącego komentarza w stylu "fajne" albo "polecam". Zero przemyśleń, wrażeń z lektury, zero pola do jakiejkolwiek debaty. Gdyby Tzar zdecydował się przemówić teraz, byłoby to, zdaje się, równie aktualne. Ale skoro go tu nie ma, to ja go wyręczę - minęły już trzy miesiące, odkąd zamieściłem swoją ostatnią kobyłę w temacie, a tymczasem nie dość, że aktywność nadal jest niewielka, to znów przeważają wypowiedzi, nie składające się nawet z dwóch linijek tekstu. Ba, pewien delikwent nie zdołał napisać nawet jednej. Podejmując ponowną próbę ożywienia "fredu", zacznę od wzmianki na temat tego, co jeszcze zdołałem w tak zwanym międzyczasie przeczytać, poza tytułami z wyżej zapodanej listy. Pierwsza z lektur dodatkowych to Księga Dżungli Rudyarda Kiplinga. Sięgnąłem po nią, bo to przecież klasyk, niedawno jeszcze jeden film na jego kanwie nakręcili, a poza tym liczyłem na jakieś lekkie dzieło przygodowe. Niestety, w tym ostatnim wypadku się mocno rozczarowałem, bo Księga Dżungli to po prostu literatura typowo dziecięca. Przeczytałem ją szybko i bez zająknięcia, ale nie powiem, żebym odczuwał przy tym jakąś autentyczną frajdę. Czasami to ja naprawdę czuję się staro... Druga lektura dodatkowa to Wiatr przez dziurkę od klucza Stephena Kinga. Jeszcze jeden tom, dopisany do cyklu Mroczna Wieża, który początkowo chciałem zignorować, ewentualnie przeczytać już później. Niemniej, ponieważ wszędzie już się o tej serii mówi, że jest ośmio-, a nie siedmiotomowa, a ja dodatkowo uznałem, że nie ma sensu zostawiać takiej książki na później, kiedy można od razu przeczytać cykl jako całość, jednak po toto sięgnąłem. Po przeczytaniu zastanawiam się jednak, czy dopisywanie tego ósmego (czy raczej - "cztery i pół") tomu do cyklu było naprawdę konieczne i czy naprawdę wniosło coś do opowieści. To mimo wszystko całkowicie odrębna historia, niewiele (a właściwie to nic) mająca wspólnego z wędrówką protagonistów do tytułowej Mrocznej Wieży. Czytało mi się to lekko, jak na Kinga (ogólnie ciężej mi się "wczytać" w prozę Kinga, niż na przykład Sapkowskiego, Novik czy Grzędowicza), ale... no... what's the point, anyway? Obecnie czytam natomiast... hm, tak naprawdę, to "czytam" jest tutaj powiedziane trochę na wyrost - bo czas na czytanie niezobowiązujących lektur, którego nigdy nie miałem tyle, ile bym chciał, ostatnio pomału zbliża się do zera. Niemniej, ostatnio znów sięgnąłem po parę książek jednocześnie, z zamiarem naprzemiennego ich czytania, bądź też ustawienia w kolejce na najbliższą przyszłość. - www.1939.com.pl Marcina Ciszewskiego. Kiedy tylko sklep internetowy, w którym normalnie robię zakupy, wrzucił na swoje wirtualne półki cykl powieści pana Ciszewskiego z gatunku historii alternatywnej, nabyłem z miejsca wszystkie sześć jego tomów. W związku z tym, zdecydowałem się przeczytać cały cykl od nowa (podobnie zrobiłem wcześniej z cyklem Temeraire od Naomi Novik). Do książki otwierającej cykl nadal żywię niemały sentyment, natomiast... cóż, odnoszę wrażenie, że im dłużej ją znam, tym więcej znajduję w niej rzeczy, na które mógłbym jęczeć. Część tego miauczenia wyraziłem w temacie poświęconym samej książce, dzisiaj dopisałbym do niego to, że no... ja naprawdę przepraszam, panie Ciszewski, ale dlaczego zwyczajnie pan olał kwestię "szoku cywilizacyjnego", kazał protagonistom zataić fakt, iż przybyli z przyszłości i jeszcze na dokładkę przez większość czasu izolował ich od ludzi z dawnej epoki, ograniczając kontakty pomiędzy dwiema grupami? Toż to istna kopalnia ciekawych wątków - wiem to z lektury innych książek z tej konwencji, ze szczególnym wskazaniem na cykl Oś Czasu Birminghama (cykl średni, ale kwestia różnic cywilizacyjnych, społecznych i kulturowych między przybyszami z przyszłości a "współczesnymi" została weń przedstawiona ciekawie i kompleksowo), a pan to po prostu zlekceważył i skupił się na nikomu niepotrzebnym wątku kryminalnym. Przy lekturze kolejnych części cyklu odnoszę wrażenie, iż sam pan dostrzegł zmarnowany potencjał, ale cóż... czasu już się nie cofnie (nawet jeśli książki sugerują co innego...). - Wybrana Naomi Novik. Ta książka, po prawdzie, zalegała u mnie już od jakiegoś czasu (jeśli mam być szczery, wolałbym najpierw dostać ostatni tom cyklu Temeraire, zamiast całkiem odrębnej historii... To jak z Peterem Jacksonem - chciałoby się, żeby się wreszcie wziął za z dawna zapowiadaną adaptację Smoka jego królewskiej mości i kontynuacji, a on nie dość, że bierze się najpierw za Hobbita, to jeszcze rozciąga pojedynczą powieść na trzy filmy), ale wreszcie się za nią wziąłem, bo na Ligę Smoków od tej samej autorki to sobie jeszcze poczekam. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę przy lekturze Wybranej (poza wyraźnie słowiańskimi klimatami), to fakt, że... jak na razie nie mam na kim zawiesić oka. Czytać się czyta gładko, tak jak poprzednie książki Novik, ale wrażenia psuje nieco fakt, że póki co, nie natknąłem się na postać, z którą naprawdę bym sympatyzował. Agnieszka to, jak Smok ją raczył niepochlebnie określić, po prostu niedojda, której nic nie wychodzi i która ciągle pakuje się w kłopoty; Smok ze swojej strony to po prostu gbur i buc, który jak na razie nie okazał żadnych uczuć, które można by określić jako pozytywne. Niemniej, dopiero zacząłem tę książkę czytać, z czasem się pewnie to jakoś rozwinie. - Perfekcyjna niedoskonałość Jacka Dukaja. W zasadzie nie mam jeszcze wiele do powiedzenia, bo dopiero przerzuciłem pierwsze stronice powieści, ale widzę tu podobnie ciężki styl do tego, z którym miałem do czynienia podczas lektury innej książki tego autora, znaczy Czarnych oceanów. Zresztą... nie, po namyśle powiedziałbym, że problemem nie jest tutaj styl pisarski sam w sobie, a raczej cokolwiek nietypowa forma opowieści i narracji. Z jednej strony, podziwiam Dukaja za łatwość, z jaką tworzy teksty odstające całkowicie od znanych mi wzorców (żebym ja był taki kreatywny...), a z drugiej... no, gdybym już wcześniej nie wiedział (ze swoich internetowych wojaży), o co mniej więcej chodzi w tej Perfekcyjnej niedoskonałości, pewnie pogubiłbym się już po tych pierwszych kilku stronach. I niech nikt mi tu nie pisze niczego w stylu "ty taki, nietaki, nie nadajesz się po prostu do czytania trudnych książek". Jak już ongiś wspomniałem, książki Philipa K. Dicka też są trudne, a mimo to czyta mi się je zdecydowanie łatwiej, niż prozę Dukaja. Że już nie wspomnę o Stanisławie Lemie. Nie sądzę zatem, aby jedynym czynnikiem było moje prostactwo. - Metro 2033 Dmitrija Glukhovskiego. Kolejny tytuł, który kupiłem ładnych parę miesięcy temu, odłożyłem na półkę... i dopiero niedawno wreszcie wziąłem się za niego na poważnie (no co, no co? Jest lista społeczna! Tylko w kiblu by... a nie, to nie ta bajka). Pierwsze, co zwraca moją uwagę przy jego lekturze, to ogromna ilość ekspozycji. Dosłownie co chwila autor przerywa "właściwą" narrację, żeby opowiedzieć jakąś mrożącą krew w żyłach historię z mniej lub bardziej zamierzchłych czasów, jakiś skromny referat o funkcjonowaniu stacji moskiewskiego metra 2033 roku n.e. czy też inną anegdotę. Nie powiem jednak, żeby mi to przeszkadzało - wręcz przeciwnie. Lubię poznawać całą tę mitologię fikcyjnych, stworzonych przez innych światów, lubię wiedzieć, co się w nich dzieje i jak funkcjonują tudzież czuć, że perspektywa nie ogranicza się wcale do czubka nosa głównego protagonisty (jak tak sobie teraz o tym pomyślę - jest to w sumie coś, czego mi brakuje u Ciszewskiego czy też Cholewy). Jedyny mankament to ta nieszczęsna mapa... to znaczy, niech nikt nie zrozumie mnie źle - mapka z rozkładem moskiewskiego metra (z zaznaczeniem różnych detali pokroju "przynależności politycznej" poszczególnych stacji) to naprawdę fajna sprawa. Natomiast nie jest fajną sprawą konieczność ciągłego przerywania lektury po to, żeby zerknąć na tę mapę i odnaleźć miejsce wydarzeń, o których mowa. A, niech tam... książkę tak czy inaczej czyta mi się dobrze, choć odnoszę wrażenie, że te ekspozycje są pisane niejako kosztem właściwej historii. Przeczytałem już kilka rozdziałów, a fabuła... no, nie to, że się nie posuwa do przodu, bo się wyraźnie posuwa, ale z drugiej strony główny bohater jak dotąd nie zdążył też posunąć się nazbyt wiele. - Mroczna Wieża: Pieśń Susannah Stephena Kinga. Tom szósty (i przedostatni) nietypowego cyklu z gatunku dark fantasy. Przez jakiś czas miałem przerwę w czytaniu książek z tej serii, ale (co można wywnioskować z mojej gadaniny o Wietrze...) ostatnio do niego powróciłem. Niewiele mogę rzec o swoich przemyśleniach dotyczących fabuły, bo musiałbym nieźle zaspoilerować, ale... no, spodziewam się niemałego bałaganu po tym, jak w finale poprzedniego tomu (tzn. Mroczna Wieża: Wilki z Calla) Stephen King zburzył czwartą ścianę. Tylko że... do licha, czemu mam wrażenie, iż niektóre wątki robią się tutaj naprawdę wymuszone? Czemu służy na przykład... albo... ech, spróbuj tu człowieku cokolwiek powiedzieć, kiedy nie możesz tak po prostu zdradzić fabuły. - Trzy wiedźmy Terry'ego Pratchetta. Cykl powieści ze Świata Dysku też poszedł ostatnio w odstawkę, ale - podobnie jak w przypadku Mrocznej Wieży - w końcu do niego powróciłem. Jeśli idzie o kolejny tom, jaki mam do przeczytania... cóż, osoby, które czytały Szekspira (ze szczególnym wskazaniem na Makbeta) już po tytule mogą się zorientować, z czego tym razem Pratchett robi sobie jaja.
  3. Z cyklem Michała Cholewy jestem na bieżąco, odkąd ujrzałem na półce w Empiku pierwszy tom - "Gambit". Ani tytuł, ani nazwisko autora nic mi wówczas nie mówiły, ale pomimo tego, książkę kupiłem w ciemno. Podstawową zachętą był fakt, iż należy ona (jak i cały cykl) do gatunku military SF. Po pierwsze ta konwencja jest dla mnie tak czy inaczej źródłem fascynacji, a po drugie, sam usiłuję w bólach tworzyć właśnie militarne science-fiction, więc uznałem, że warto wspierać rodzimą twórczość w tym zakresie. Od tamtej pory minęły już lata, a historia rozrosła się z pojedynczej powieści do cyklu czterech książek (niedawno w sprzedaży pojawił się tom czwarty - "Inwit"). Muszę przyznać, że chociaż "Gambit" mnie nie zachwycił, to seria w ogólnym rozrachunku staje się z tomu na tom coraz lepsza. Aby zachęcić innych do obcowania z nią, mogę rzec, iż za część trzecią - "Fortę" - autor otrzymał nie tak dawno nagrodę Zajdla. Akcja książek cyklu rozgrywa się w (a to niespodzianka) odległej przyszłości - gwoli ścisłości, historia rozpoczyna swój bieg na początku 2211 roku. Ludzkość już dziesiątki lat temu sięgnęła gwiazd, eksplorując przestrzeń kosmiczną oraz zakładając coraz to nowe kolonie na innych planetach. Niestety, jakiś czas temu została dotknięta straszliwym kataklizmem. Wszechobecne Sztuczne Inteligencje, wspierające homo sapiens we właściwie wszelkich dziedzinach życia, pewnego dnia uległy zbiorowemu szaleństwu i obróciły się przeciwko swoim stwórcom. Na wszystkich planetach skolonizowanych przez Ziemian wybuchły konflikty zbrojne, w ruch poszły arsenały nuklearne, a sama Ziemia została doszczętnie zniszczona. Po owej katastrofie - nazwanej po prostu "Dniem" - ocalały jedynie resztki ludzkości pod sztandarem trzech międzygwiezdnych "państw" - Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej oraz Imperium (znaczy Chin). Te, kiedy sytuacja już się uspokoiła, przystąpiły do wzajemnej rywalizacji, walcząc o pozostałości technologii sprzed Dnia. Wskutek całego bałaganu, wywołanego buntem maszyn, przepadło bowiem wiele najnowocześniejszych zdobyczy techniki - można by rzec, iż ludzkość cofnęła się w rozwoju. Nie muszę chyba dodawać, iż Sztuczne Inteligencje są obecnie tabu. Nie wolno pracować nad tą technologią, a jeszcze istniejące SI, które przetrwały Dzień, są bezwzględnie tępione. Centralną postacią w cyklu - choć nie jedyną, na której skupia się fabuła poszczególnych powieści - jest młody żołnierz wojsk unijnych, szeregowy Marcin Wierzbowski. On i członkowie jego oddziału na przestrzeni kolejnych powieści mają wątpliwy zaszczyt pakować się w kolejne awantury, wykonując niejednokrotnie szczególnie trudne i istotne zadania, polegające na przykład na zdobyciu artefaktów pozostałych po Dniu, zanim te wpadną w ręce wroga. Niestety, praktycznie za każdym razem mają możność się przekonać, iż są jedynie pionkami w większej grze. Pionkami, które można łatwo poświęcić. Losy Wierzbowskiego i jego towarzyszy splatają się ponadto nader często z losami pułkownika Williama Brisbane'a - bezwzględnego oficera z cieszącego się złą sławą Dowództwa Operacji Specjalnych. Ten zaś nie cofnie się przed niczym, by wykonać zadanie. Ciężko mi opisać losy Wierzbowskiego i innych bohaterów w sposób bardziej szczegółowy, bo misje, w które angażują się bohaterowie, są skrajnie różne (poza tym, nie mogę spoilerować). Niemniej, są pewne motywy, które powracają w poszczególnych tomach cyklu. Tym, który powtarza się zdecydowanie najczęściej, jest kwestia poświęcenia pewnych wartości - z ludzkim życiem na czele - w imię realizacji celu. Cholewa obrazuje jednak ów motyw w dość dwuznaczny sposób, rzadko przedstawiając postępowanie osób, które decydują się poświęcić innych, jako jednoznacznie złe. Bohaterowie biorą udział w wojnie, a ta zmusza ich po prostu do podejmowania trudnych decyzji. Inną powracającą kwestią jest perspektywa, z której prowadzona jest narracja - ktoś kiedyś określił historię opisaną w cyklu "Algorytm wojny" słowami "wojna prowadzona z perspektywy żaby". Jest to w gruncie rzeczy dość trafne podsumowanie całej serii - główni protagoniści, z Wierzbowskim na czele, są tylko zwykłymi, szeregowymi żołnierzami, wykonującymi po prostu swoje zadanie. Nie mają większego obrazu sytuacji, często po prostu nie rozumieją powodów, dla których osoby pokroju Brisbane'a chcą ich poświęcić. Taki sposób prowadzenia historii ma oczywiste zalety, choć ma również - w moim mniemaniu - także wady. Najważniejszą jest fakt, iż nie możemy w ostatecznym rozrachunku obserwować całego stworzonego przez Cholewę uniwersum w większym spektrum. Zapomnijcie o wielkich bitwach i starciach całych flot kosmicznych krążowników - tutaj kluczową rolę odgrywają małe, ale istotne strategicznie akcje, rozgrywane przez garstki częstokroć starannie dobranych żołnierzy. Stąd tak wielką rolę w fabule poszczególnych powieści odgrywają poczynania oddziałów specjalnych, dowodzonych przez Brisbane'a - Wierzbowski i jego towarzysze mają po prostu tego pecha, że są wielokrotnie wciągani w ich plany. Poza najbardziej oczywistym wyborem - czyli ludźmi, którzy, podobnie jak ja, interesują się fantastyką i zarazem wojskowością - trudno mi powiedzieć, komu poleciłbym cykl Cholewy. Nadto, chociaż świat przedstawiony w utworze jest naprawdę przemyślany i przedstawiony z dużą dbałością o detale, to styl autora określiłbym jako... średnio lekki. O ile podobały mi się opisy bitew czy też funkcjonowania futurystycznych technologii, o tyle chyba w każdej książce nie brakowało kawałków, przez które przedzierałem się z trudem. Pozostają jeszcze postacie, których na dzień dobry (znaczy w "Gambicie") poznałem naprawdę sporo i zwyczajnie nie potrafiłem rozróżnić, kto jest kim (brakowało im cech, które by je naprawdę wyróżniały). Niemniej, jak już mówiłem, z każdym kolejnym tomem jest coraz lepiej. No, skoro ten cykl spotkał się mimo wszystko z niejakim uznaniem (nagroda Zajdla!), to może jest tu jednak ktoś poza mną, kto go czytał?
  4. Powszechny zachwyt nad siódmą odsłoną "Star Wars" jest jak dla mnie - obok fali irracjonalnego hejtu wokół nowej trylogii - kolejnym dowodem na to, że świat i ludzie chyba oszaleli. Kopiowanie starego filmu z kompletną olewką o tak podstawowe rzeczy, jak elementarny sens i logika (do tego zaraz sobie dojdziemy...) jest tak obraźliwe dla dotychczasowej sagi, że chyba tylko dziewiąta odsłona "Ultimy" miała bardziej wylane na to, czy przedstawiona tam fabuła będzie w ogóle spójną i koherentną kontynuacją dotąd opowiedzianej historii. Ale zagorzali fani serii - ci sami, co to nie tak dawno pałali świętym oburzeniem między innymi o to, że wprowadzono jeszcze jedną obok C-3PO postać nieszkodliwego fajtłapy (Binks), że Anakin nie był mądry niczym Yoda już u zarania swojej kariery, że "przeszedł na ciemną stronę w sekundę" (co nie jest prawdą, ale przywykłem już do tego, że fani starej trylogii przekłamują to, co pokazano w tej nowej), że miał czelność zawołać "nieee!" po włożeniu tej swojej czarnej zbroi, albo że Yoda (ach, herezja! HEREZJA!!!) ośmielił się dobyć miecza świetlnego - jakoś tego nie dostrzegają, cieszą się i klaszczą w łapki. Bo ta bezczelna i dodatku kompletnie bezmyślna (do tego zaraz sobie dojdziemy...) kopia to niby "hołd dla starej trylogii". Taaa, jasne. Nie będę tutaj dokonywał dogłębnej analizy filmu, wyciągał wszystkich marnych i drętwych dialogów (jak scenarzysta epizodów I - III skreślił marny i drętwy dialog, wtedy święte oburzenie, ale kiedy marne i drętwe dialogi pojawiają się w częściach IV - VII, wtedy wszystko jest cacy...), czy też wszystkich fabularnych kretynizmów, które w końcowych scenach zaczynały mnie już przyprawiać o wściekliznę podczas oglądania (znowu: jak wprowadzono w nowej trylogii koncept midichlorianów - HEREZJA! HEREZJA!!! Ale jak w epizodzie siódmym nagle wymyślają, że byle chmyz może z wprawą władać mieczem świetlnym, pierwszy raz w życiu wziąwszy go do ręki, albo że jakaś kobita, co do dopiero niedawno usłyszała, że Moc jednak istnieje naprawdę, potrafi - bez żadnego przygotowania, bez żadnego treningu, bez żadnego pojęcia, co robi - użyć jej, ot tak, z przysłowiowych czterech liter, do namieszania w głowie szturmowcowi... wtedy wszystko jest super. Ba! Zagorzali fani - czy raczej fanatycy - starej trylogii potrafią nawet zawzięcie bronić tych ewidentnych bzdur, upierać się, że to ma sens!). Nie, wolę się skupić na tym, co najważniejsze. Na tym, co decyduje o tym, dlaczego "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" to góra średni film i przy tym zwyczajna obelga dla całej sagi. Zacznę od najgorszego. Im dłużej czasu mija od premiery tego filmu, tym silniejsze odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą na tym łez padole (albo jednym z nielicznych - tak czy inaczej, oczy przecieram z niedowierzania, że NIKT tego nie widzi, że NIKT tego nie wytyka, wyrażając opinię na temat filmu), która dostrzega zasadniczy problem z ogólnym zarysem fabularnym oraz settingiem nowych "Gwiezdnych Wojen". Często się zdarza, że ktoś jest bliski dostrzeżenia tego - na przykład, roi się od osób, które widzą, że epizod siódmy to tak naprawdę kopia epizodu czwartego. Ale nie widzą jeszcze większego problemu, jaki za tym stoi. Problemu, który sprawia, że - no, wiecie - ten film jest zwyczajnie debilny i obraźliwy. Jaki to problem, zapytacie? Ano taki, że nie dość, iż mamy tu do czynienia z kopią, to jeszcze jest to kopia popełniona kompletnie, całkowicie bezmyślnie! Ten film ma kompletnie wylane na to, co stało się w "Powrocie Jedi" i na to, jak przedstawiało się uniwersum w chwili zakończenia oryginalnej trylogii. Jego fabuła bazuje na motywach, które wciśnięto do filmu TYLKO i WYŁĄCZNIE dlatego, że "bo tak było w Nowej Nadziei"! Jak dobrze pamiętamy, w finale "Powrotu Jedi" doszło do [oldspoiler]rozpadu Imperium, zwycięstwa rebelii, a co za tym idzie - przywrócenia republiki[/oldspoiler]. A co mamy w "Przebudzeniu Mocy"? W miejscu Imperium Galaktycznego założono Pierwszy Porządek (który - jak ktoś powyżej raczył spostrzec - jest podejrzanie silny jak na frakcję, co to powstała zaledwie ze szczątków dawnego Imperium), zaś Republika... no, niby jest, tyle że równie dobrze mogłoby jej nie być. A to z tego względu, że pomimo ewidentnie wrogich zamiarów Pierwszego Porządku, Republika absolutnie nic z tym nie robi. Czy toczy jakąkolwiek walkę z wrogiem? Nie-eee... Walkę toczy tylko i wyłącznie jakiś infantylny Ruch Oporu, co to powstał w miejsce Rebelii. W tym miejscu chciałbym zapytać - DLACZEGO? Skoro istnieje już legalny rząd, stojący na straży dawnych i szczytnych wartości, dysponujący własnymi siłami zbrojnymi oraz flotą wojenną, to PO CO, DO CZEKOLADOWYCH PIEGUSKÓW Z RODZYNKAMI, JAKIŚ "RUCH OPORU"? Jeżeli jest jakieś obce imperium, to Republika powinna być podstawową siłą, która z nim walczy. W starej sadze istniała rebelia, bo poza Imperium Galaktycznym nie było żadnego zorganizowanego międzygwiezdnego rządu, dostatecznie silnego, by mógł stawić mu czoła. Dlatego właśnie powstała rebelia, do diabła - mogli toczyć tylko walkę partyzancką, bo nikt potężny nie stanąłby w ich obronie. Siła była po stronie Imperium. A teraz, kiedy znów istnieje Republika, nie ma żadnego POWODU, aby działał jakiś "ruch oporu"! Po co to w ogóle jest? Dlaczego? Jak to, "dlaczego" - bo tak było w epizodzie czwartym! Scenarzysta i reżyser nowego filmu nowej trylogii "Gwiezdnych Wojen" najwyraźniej nie potrzebują lepszego powodu! A na tym przecież nie koniec. Weźmy też pod lupę kwestię Jedi. W końcu ostatnia część starej trylogii kończyła się wymownym tytułem "Powrót Jedi", n'est-ce pas? Czy zatem kolesie kręcący nowy film mieli to na względzie? Czy zechcieli chociażby przedstawić tę akademię Jedi, co to Luke musiał ją założyć, aby zgodnie z ostatnią wolą Yody przekazywać innym swoją wiedzę? Czy pokazali, jak Leia idzie w ślady swojego brata? Nie, nie zrobili żadnej z tych rzeczy, zamiast tego pokazując nam świat, w którym nadal nie ma Jedi, opowieści o Mocy nadal są postrzegane jako bzdurne bajania dla naiwniaków, a Leia z nieznanych powodów (tzn. ja znam powód - ale do tego dojdziemy za chwilę) nie potrafi nawet przenosić przedmiotów samą siłą woli. Na dokładkę próbuje się to wszystko uzasadnić jakimś idiotycznym plot device, które niepokojąco przypomina mi to sklecone przez pewnego... khy, młodocianego pisarza na potrzeby swojej powieści z gatunku fantasy. Czyli - [oldspoiler]niby Luke utworzył jakiś zakon, ale jeden z jego uczniów zeźlił się bez żadnego sensownego powodu, rzucił się na rympał na całą resztę, wygrał i tyle. Bo tak się komuś zachciało. A Luke po tym niepowodzeniu zwyczajnie odpuścił sobie szkolenie nowych Jedi i zaszył się gdzieś na planecie X[/oldspoiler]. No więc... powrócili ci Jedi. Jak cholera. W efekcie całe uniwersum wygląda, jak wygląda, bo... no, właśnie, dlaczego? Bo ktoś miał konkretny pomysł na fabułę, setting? Nie. Powodem jest - znów - tylko i wyłącznie to, że "bo tak było w epizodzie czwartym" (i to jest też jedyny powód, dla którego Leia nie używa Mocy, ani miecza świetlnego - nie używała ich w starej trylogii? No to tutaj też nie będzie, kopiujmy na żywca i bez używania mózgu)! Jeszcze raz... jaka jest reakcja fanów na tę kopię, wykonaną bez Serca i bez Rozumu (ktoś tu nie kierował się ani jednym, ani drugim...)? Że to "hołd"? Że to "zrobione pod nostalgię"? Guzik prawda - to najbardziej obraźliwa olewka sagi, jaka tylko może być! To czytelna oznaka, że ktoś tu nie miał żadnego pomysłu, jak dopisać nowy rozdział do już istniejącej historii, a jego jedynym zamiarem był najbardziej ordynarny skok na kasę na zasadzie "znacie? To macie!"! A... a ci zagorzali fani, co to głosili wszem i wobec nowiny o herezji przy okazji premier kolejnych części nowej trylogii, twierdzą, że wraz z częścią siódmą oddano im hołd? Ja... ja nie wiem co powiedzieć. Brak mi słów. Albo, parafrazując pewnego polskiego aktora w jego roli z filmu "C.K. Dezerterzy" - powiedziałbym, że nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów pozwalających dostatecznie dosadnie określić ten stan rzeczy. Jak gdyby wypierniczenie w kosmos logicznego ciągu wydarzeń na rzecz bezmyślnego kopiowania epizodu czwartego nie urągało dostatecznie tym, którzy zdecydowali się "Przebudzenie Mocy" obejrzeć, jest jeszcze ogólna formuła filmu, która sprawia takie wrażenie, jakby scenariusz był skreślony... no, po prostu na kolanie. Słyszałem już dość sporo opinii pochwalnych na temat postaci (z wyjątkiem Kylo Rena - ten to zebrał chyba jedynie śmiechy politowania; swoją drogą, jaki to "geniusz" wymyślił, że [oldspoiler]jego prawdziwe imię powinno brzmieć "Ben" - po Obi-wanie "Benie" Kenobim niby[/oldspoiler]? Nie wiem, czy ten ktoś zdawał sobie z tego sprawę, ale rodziców tego faceta nie łączyła żadna szczególnie bliska więź z Kenobim! To Luke powinien był prędzej nazwać swojego syna drugim imieniem Kenobiego - i wiecie, co? W Expand Universe faktycznie to zrobił! Ale Panowie Nieomylni pozbyli się całego Expand Universe i postanowili wszystko zrobić na opak - na siłę, bez potrzeby, bez sensu i tak naprawdę bez serca! "Hołd", kurczę pieczone na ruszcie po chińsku! "Nostalgia", jak mistrza Chandlera kocham!). Cieszę się, że ktoś dostrzegł w tym filmie jakieś konkretne postacie, bo ja, szczerze mówiąc, nie zdołałem tego zrobić. A to z tego powodu, że ten film - dosłownie - pędzi na złamanie karku. Nigdy nie robi sobie przerwy, żeby faktycznie rozwinąć te postacie - to w zasadzie latanie od jednej bijatyki/strzelaniny do drugiej. Formuła tego filmu przypomina mi nieodparcie "Van Hellsinga", gdzie całość też sprowadzała się do tego, że ledwie kończyła się jedna scena rozwałki, a po paru minutach mieliśmy następną. Nie ma tu miejsca na złapanie oddechu, na chwilę zadumy - są tylko krótkie przerwy między kolejnymi rozpierduchami. Rzeczywiście, to jest coś, co w pierwszej kolejności kojarzy mi się z filmami z serii "Gwiezdne Wojny". A główny antagonista? Można to ująć krótko - żenada. W starej trylogii mieliśmy złowrogiego Dartha Vadera, który zachowując wciąż tę samą, chłodną postawę, dopuszczał się okropnych rzeczy. Nie okazywał emocji, kiedy przykładowo dusił Mocą swoich podwładnych, którzy mu podpadli, albo kiedy kierował zawoalowane groźby wobec Lando. Na dokładkę przez całą trylogię nie pokazywał twarzy, co tylko powiększało jego tajemniczość. Z kolei w nowej trylogii mieliśmy pozostającego w cieniu Dartha Sidousa, który przez cały czas dyrygował innymi postaciami, niczym marionetkami. Kiedy już pojawiał się we własnej osobie, potrafił być naprawdę diaboliczny. Na co dzień odgrywał rolę uprzejmego, starszego człowieka, w decydujących chwilach przechodził jednak zdumiewającą przemianę w swoje prawdziwe "ja" - żądnego władzy psychopaty, ewidentnie niestabilnego emocjonalnie i rechoczącego jak wariat. W jednej chwili błagał o litość, a już w następnej z obłąkańczą radością mordował mistrza Jedi, który usiłował go powstrzymać. Co mamy w "Przebudzeniu Mocy"? Wspomnianego już przeze mnie mimochodem Kylo Rena, który zamiast szacunku wzbudza co najwyżej politowanie swoimi niemal dziecinnymi napadami złości, który nosi tę maskę tak naprawdę bez żadnego powodu (jak to, dlaczego? Bo tak było w epizodzie czwartym!), skoro zdejmuje ją wielokrotnie i bardzo wcześnie pokazuje twarz i który - by żenadzie stało się zadość - daje się pokonać amatorce, która pierwszy raz w życiu wzięła do ręki miecz świetlny. To czego my się właściwie mamy bać, skoro on jest taki nieudolny? Jest jeszcze wielki przywódca Snoke (cóż za zmyślne i budzące grozę imię, swoją drogą), o którym wiemy tyle, że... po prostu jest. Krótko mówiąc - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" nie jest po prostu kopią "Nowej Nadziei", ale kopią dokonaną bezmyślnie, bez choćby chwili zastanowienia nad tym, czy takie lub inne motywy fabularne będą miały sens w settingu, jaki pozostawił po sobie "Powrót Jedi". Nie widać tutaj faktycznej chęci kontynuowania historii, nie widać żadnego konkretnego pomysłu na fabułę, nie widać też tego "hołdu", o którym w kółko słyszę, widać tylko popełniony po najmniejszej linii oporu, odwalony na odczepnego scenariusz, wskutek którego filmowa rzeczywistość skrzeczy na każdym kroku. Nie chodzi tu o zwykłe fabularne durnoty, których nie brakowało także w poprzednich sześciu filmach, ale o to, że ktoś najzwyczajniej w świecie olał już opowiedzianą historię i postanowił pokazać ludziom jeszcze raz to samo, aby wycisnąć z marki jeszcze więcej kasy. I jeśli następne filmy trylogii mają wyglądać podobnie, to ja już na nie nie pójdę. A na zakończenie, tak z czystej złośliwości, zapytam - co to, u diabła, za tytuł: "Przebudzenie Mocy"? Do jakiegoż to "przebudzenia Mocy" doszło w tym filmie? Jaki jest w ogóle sens tego tytułu, co to ma wspólnego ze wszystkim, co się wydarzyło? Zresztą, od kiedy to Moc wymaga "przebudzenia"? Mnie się zawsze wydawało, że to po prostu bliżej nieokreślona, mistyczna siła, która będzie działała i spajała wszechświat zawsze, bez ingerencji ze strony kogokolwiek. Czy Jedi będą istnieli, czy nie, Moc sama w sobie obędzie się bez nich. Nawet przez tak wielu nienawidzony koncept midichlorianów nie wpłynął w ostatecznym rozrachunku na taki wizerunek Mocy (bo to rzecz definiująca jej użytkowników - a nie Moc samą w sobie!). A tutaj nagle się okazuje, że tę Moc trzeba od czasu do czasu "przebudzić"... Serio, ten tytuł jest tak bezsensowny, sztampowy, wymyślony bez powodu i bez polotu, że podejrzewam, iż powstał podczas przerwy na kawę. Tak więc przez długie lata wysłuchiwałem narzekań fanów starej trylogii na rozmaite "herezje", jakie to niby popełniła nowa trylogia, za to kiedy wychodzi bezsensowna, wymyślona na siłę kopia "Nowej Nadziei", wtedy słyszę peany na jej cześć. Kopernik, zatrzymaj pan tę Ziemię - ja wysiadam...
  5. Czy ktoś może zerknąć na mój blog, otworzyć najnowszy wpis i zatwierdzić napisany przeze mnie komentarz, który pozostaje ukryty już od ładnych paru tygodni?
  6. Szczerze powiedziawszy, ogarnęło mnie przedziwne poczucie deja vu po tym, jak KM zamieścił kiedyś na forum, w dziale Proza, pewno opowiadanie o smokach... Mam nadzieję, że Kefcia tym razem nie odczuwa potrzeby wbicia sobie gwoździa w oko. Nie ma problemu. Ja też niby powinienem pokazać ciąg dalszy już wkrótce, ale... coś nie mogę się za to zabrać. Poza tym przez najbliższe dwa tygodnie nie będę miał na to czasu - aktualnie zaczynam pracę o 7:30, a wracam do domu dopiero około siódmej wieczorem. Przepraszam, ale to mi wygląda na - jak to określił kiedyś Kefcia - czepianie się nieistotnej semantyki. Wiadomo przecież o co chodzi, a określenie "kupić" to w tym wypadku wręcz przenośnia. Opis bazy pojawił się w jednym ze wcześniejszych rozdziałów - tym, w którym omawiali gotowy plan akcji - więc zakładałem, że jakieś wyobrażenie jej layoutu u czytelnika jest. Może bym się w tym miejscu odniósł zarówno do wątpliwości twoich, jak i Martiusa... Chyba faktycznie aż tak skupiłem się na oddaniu "fachowości" całej tej operacji (gadanie szyfrem i te sprawy), że nie poświęciłem dostatecznej uwagi oddaniu emocji. Przyznałbym, że - co było chyba z mojej strony kardynalnym błędem - miałem zakończyć rozdział kawałkiem pisanym z punktu widzenia Zery, który dawałby jednoznaczną wskazówkę, że zaraz wszystko pójdzie się pie... kochać, ale postanowiłem, że przerzucę go do kolejnego rozdziału. Na tej decyzji zaważył też zwyczajny pośpiech - nie chciałem już odkładać w czasie publikacji nowego kawałka, a ponieważ to, co już napisałem (co wynika z przedmowy) i tak szło mi opornie... to chciałem sobie na razie odpuścić użeranie się z kolejnym fragmentem, który nie byłem wciąż pewien, jak ugryźć. Pomyślałem o czymś takim, ale nie chciałem tworzyć wrażenia, że poszedłem z tą całą akcją po łebkach. Że niby nie miałem pomysłu ani nawet wyobrażenia, jak ci komandosi powinni właściwie działać. Znów - skupiłem się na próbie zbudowania jakiegoś realizmu, nie na emocjach. No... siły specjalne. Jak to powiedział jeden GROM-iarz, w prawdziwych operacjach specjalnych żołnierze wolą, aby nie było gorąco, aby wszystko szło zgodnie z planem. Rozważałem nawet taki scenariusz w "Wilczym stadzie", ale uznałem, że to nie będzie dobry pomysł. Skoro już i tak znienawidziłeś ten rozdział osiemnasty, to co to by było, gdyby cała akcja miała mieć taki przebieg? Oj, czepiasz się, czepiasz... Myślę, że odnalezienie takich śladów w trawie, w dodatku z dużej odległości, byłoby skrajnie trudne. Gdyby chociaż ci wartownicy wiedzieli, czego się spodziewać. A tak... Nie takie znowu półprodukty. Nie zapominaj, że rasy w moim uni radośnie korzystają z technologii druku 3D w produkcji uzbrojenia czy sprzętu (czyli w praktyce - mają mniej radykalną wersję tego, czym posługiwały się strony konfliktu w Total Annihilation czy też Supreme Commanderze), więc zbudowanie instalacji zdolnej wyprodukować osprzęt dla zwykłych klonów (który to osprzęt z założenia jest tani i łatwy w produkcji) - zakładając, że mieli odpowiednie dostawy surowego materiału do "druku" - nie jest wielkim problemem. Raffard słyszy te komunikaty poprzez głośniczek przytknięty do ucha. Pod zamkniętym, uszczelnionym hełmem. Mało prawdopodobne, aby usłyszał takie cichutkie brzęczenie, które nawet dla samego Raffarda nie jest nazbyt głośne. OK, w takim razie jakiego terminu mam użyć na określenie tego, co komputer przechowuje w bebechach? Danych, plików, informacji? Ech... to przecież oczywiste, że są na zewnątrz. Nie doszliby do tego centrum medycznego, teleportując się między budynkami. Ani nie mieli żadnego interesu w tym, żeby włazić po drodze do wszystkich budynków koszar (wyjąwszy te, które przerobili na "kostnice"). Przyjąłem, że nie. Że mogą nie ogłaszać jeszcze alarmu, ale tak czy inaczej wezwać do siebie dodatkowe straże, na przysłowiowy wsiaki pażarnyj słuczaj. Ale... czy to w takim razie błąd, czy nie? Też nie jestem pewien. Taki, że jest to wtedy mniej oczywiste (szyfr)? Nie krzycz. Już poprawiłem.
  7. Znaczy koń? Dobra, dobra, już idę...
  8. Tu już nawet nie chodzi o jakieś głupie avatary (zresztą, już na samym początku zaznaczyłem, że mnie osobiście ich kształt jest zupełnie obojętny - ale to pozostało, oczywiście, kompletnie niezauważone). Tu chodzi o przeinaczanie i hiperbolizowanie tego, co piszę - czego chronicznie nie znoszę. Poza tym odnoszę wrażenie, że to wy - a nie ja - powinniście sobie darować. Bo to właśnie od was słyszę te krzyki o "lewakach", o "manipulacjach", o "naturalnych porządkach rzeczy" i nie wiadomo, czym jeszcze. Może byście wreszcie zluzowali poślady? (ano tak, złamałem reguły zabawy i nie napisałem dwa razy tego samego - wzorem Eugeniusza Bodo, taki już jestem zimny drań) W odpowiedzi na przytyk podbiela mogę tylko przypomnieć, że ze wszystkich moich poczynań na forum przez bite kilka lat, te w temacie dotyczącym Paoliniego są jedynymi, które dostrzegliście i którymi się zainteresowaliście. Kiedy wypowiadałem się obszernie na całkiem inne tematy - z których część sam założyłem - chętnych na normalną, dłuższą polemikę nie było. Wśród moderatorów w szczególności. Czekaliście specjalnie całe cztery lata, aż znów mnie coś podkusi i znów się pojawię w tym jednym, feralnym temacie. Ktoś tu się "zafiksował" na punkcie Paoliniego o wiele bardziej, niż ja... Ale spokojnie - skoro ludzie w tym temacie nie potrafią normalnie rozmawiać, przemawiam tutaj ostatni raz.
  9. Też mi sensacja. Mój też. Że zacytuję Pazurę w "Kiler-ów 2-óch"... chyba będę musiał powtórzyć wykład. Tak czy inaczej, kolejny raz potwierdza się to, co napisałem parę postów temu. Ale ja już jestem taki głupi, że nie uczę się na własnych błędach. EDIT: aha, i mam jeszcze tę - wspomnianą onegdaj - paradoksalną wiarę w ludzi. Zawsze sobie myślę - może zrozumieją, jak wytłumaczę drugi raz... trzeci raz... czwarty... piąty...
  10. Tu nie chodzi o żaden "naturalny porządek wszechrzeczy", tylko o prozaiczny fakt - obrazy czy zdjęcia są co do zasady wpisane w kwadrat albo prostokąt. Żeby to zauważyć, wystarczy sobie przejrzeć album ze zdjęciami, obejrzeć płótna wiszące na ścianach w dowolnej galerii sztuki, czy nawet otworzyć wyszukiwarkę artów na Deviantarcie. To są czworoboki. A to czy, konkretny obrazek wygląda lepiej w kwadracie, czy też w okręgu, to już sprawa indywidualna. Tymczasem osoby, do których tutaj się zwracam, specjalnie dostosowały swoje avatary tak, że wyglądają one lepiej w okręgu - ergo, są w mniejszości (osoba, która dostosowuje coś do swoich własnych preferencji, zawsze będzie w mniejszości)... ale wypowiadają się w taki sposób, jakby było na odwrót.
  11. Ja nie wybierałem sobie avatara pod... A zresztą, nieważne. Tak jak mówiłem - nie dotarło? To nie dotrze.
  12. No dobra... poddaję się. Gdy poprzednim razem próbowałem na tym forum bezskutecznie wytłumaczyć delikwentowi pewną prostą rzecz, źle się to skończyło. Nigdy więcej. Nie dotarło za pierwszym razem? Więc nie dotrze nigdy.
  13. Nie chcę patrzeć na twój avatar. Chcę spojrzeć na obrazek, z którego go wziąłeś.
  14. Myślę, że WSZYSCY mieli avatary pod kwadraty przygotowane. Avatary pochodzą bez wyjątku od plików graficznych, obrazków czy też zdjęć. Obrazki i zdjęcia mają zawsze ramy w kształcie prostokąta lub kwadratu. Zatem... dwa plus dwa to... Już prędzej użytkownicy preferujący koła "przygotowują" pod nie avatary, wybierając specjalnie obrazki (lub animacje) czegoś, co ma sens tylko wtedy, gdy jest wpisane w okrąg.
  15. Odpowiedź brzmi - chcemy kwadratury koła. A bardziej serio... chociaż mnie samemu jest zupełnie obojętne, czy avatary będą kwadratowe, czy okrągłe, o tyle z tym ostatnimi jest pewien poważny problem, a mianowicie - "skrawają" pierwotny obrazek tak, że zanika jego forma czy też przekaz. Opisując to na przykładzie avatara Kefki - którym jest facjata Garrusa z wypisanym wielkimi fontami u góry i u dołu napisem "calibrate guns all day every day" - te ostatnie napisy, gdy avatar jest okrągły, zostały przycięte tak, że właściwie nie zostało z nich nic dającego się odczytać. Więc po co wprowadzać te kółka i dzielić tym samym avatary użytkowników na lepsze i gorsze?
  16. Minęło trochę czasu, odkąd po raz ostatni się tutaj odezwałem, więc może na początek zejdę odrobinę z tematu i powiem o książkach, które w tak zwanym międzyczasie przeczytałem. Poza tymi wymienionymi w poprzednim poście. - Uciekinier Stephena Kinga. Jak autor napisał tę powieść (ponoć) w trzy dni, tak ja również przeczytałem ją jednym tchem. Czytając ją, nie mogłem jednak odeprzeć myśli o filmowej "adaptacji" ze Schwarzeneggerem w roli głównej. Czy znienawidziłem ten film, przekonawszy się na własne oczy, jak totalnie olewa sobie książkowy pierwowzór? Powiedziałbym, że... nie, bo po prostu już od jakiegoś czasu traktuję ów film jako całkiem odrębną historię. - Powrót z gwiazd Stanisława Lema. Szczerze mówiąc, czytanie tej książki przyprawiało mnie tyleż o fascynację, co o kompleks niższości. Nachodzą mnie myśli, że ja to się chyba jednak nie nadaję do pisania fantastyki, bo po prostu brak mi kreatywności, jaką posiadają inni twórcy... a Lem jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem tej kreatywności. Aż trudno uwierzyć, że pisał tę książkę na początku lat sześćdziesiątych - znaczna część przedstawionych tam pomysłów do dzisiaj jest aktualna, a niektóre wręcz się... urzeczywistniły (optony - hmmm, skąd ja to znam?). - Wielkość urojona Stanisława Lema. Po prostu... wow. Przeważnie czytam normalne powieści fabularne, poddające się znanym konwencjom i kryteriom oceny, toteż lektura czegoś takiego, jak ta książka, była bez wątpienia ciekawym doświadczeniem. Inna sprawa, że sam nie wiem, co powinienem o tym myśleć. Poza eksperymentem z formą, można się tu natknąć na kolejny przykład zdolności profetycznych Lema - tym razem wywróżył powstanie Wikipedii i innych elektronicznych encyklopedii. - Na glinianych nogach Terry'ego Pratchetta. Zabrałem się za niego wkrótce po rozprawieniu się ze Zbrojnymi i... sam nie wiem. Mam wrażenie, że poszczególne powieści ze Świata Dysku są do siebie cokolwiek podobne. Formuła, którą znałem z dwóch poprzednich tomów, zaczynała mi się już trochę przejadać. Poza tym, brytyjski humor znałem wcześniej głównie z komedii takich jak serial Czarna Żmija, produkcje spod szyldu Monty Pythona czy też Hotel Zacisze. Natomiast to, co pisze Pratchett... no, wyczuwam podobieństwo stylu i konwencji, ale nie bawi mnie to w takim stopniu, w jakim spodziewałem się, że będzie. Aczkolwiek wciąż jest w stanie, od czasu do czasu, skłonić mnie do paru skurczów przepony. Powracając natomiast do meritum - czyli tego, jakie książki czytam aktualnie... - Kapitan Jamróz Marcina Ciszewskiego. Po niezbyt udanym (IMO) www.afgan.com.pl, pan Ciszewski powraca niejako do korzeni, czyli historii drugiej wojny światowej. I dobrze, bo mam wrażenie, że w tej konwencji lepiej się czuje, a i mnie dużo przyjemniej czyta się powieść osadzoną właśnie w takich realiach. Trudno mi jednak umieścić kolejny tom pośród poprzednich części cyklu - chronologicznie, Kapitan Jamróz rozgrywa się wkrótce po zakończeniu www.1944.waw.pl, tyle że - co już wiemy z www.ru2012.pl - [oldspoiler]ta linia czasowa przestała już istnieć wskutek poczynań Grobickiego[/oldspoiler]. Dlatego zresztą w poprzednio wydanej powieści mieliśmy już ciąg dalszy całej historii, a nie powrót do ubiegłej wojny światowej. Są też inne komplikacje, ale nie mogę ich tutaj wyłuszczyć bez spoilerowania. - Inwit Michała Cholewy. Cykl pana Cholewy czytam na bieżąco, odkąd tylko w księgarniach pojawił się Gambit, toteż kiedy ujrzałem na półce empiku kolejny tom, kupiłem bez wahania. Na razie przeczytałem dopiero pierwsze stronice, więc nie mogę wyrokować. Powiem tylko, że pan Cholewa jest drugim obok Lema twórcą, którego dzieła zarówno sprawiają mi przyjemność, jak i przyprawiają o kompleks niższości. Sam usiłuję tworzyć militarne sci-fi i zazdroszczę, naprawdę zazdroszczę Cholewie zdolności uchwycenia tematu, pomysłowości, konceptów na funkcjonowanie sił zbrojnych przyszłości oraz planowania operacji wojskowych, planów wewnątrz planów w planach (tak, tak, to z Diuny), et cetera. Do tego z tomu na tom jego książki są coraz lepsze (Forta oberwała już nagrodę Zajdla), więc jestem dobrej myśli. Swoją drogą, czyżby Michał Cholewa był fanem serii C&C? Nazwisko Greg Burdette brzmi nader znajomo, a i profesja wskazuje, że to nie przypadek... - Sługa Boży Jacka Piekary. Pierwszy tom oryginalnej tetralogii o perypetiach inkwizytora Mordimera Madderdina i ostatni, jaki czytam. Zdobyłem ów tom z pewnym trudem - jest to bowiem wcześniejsze wydanie, którego na półkach księgarni już znaleźć nie można - i nie planuję zdobywać dalszych. Cykl Piekary podoba mi się, ale nie na tyle, żebym czuł się na siłach brać za pozostałe tomy. Na razie poprzestanę więc na oryginalnej tetralogii, szczególnie że kolejne tomy to już wizualnie całkowicie różne wydania (a ja już tak mam, że nie lubię mieć cyklu, w którym jedne książki są w takim a takim wydaniu, a inne w całkiem odmiennym; i tak już jestem niezadowolony, że w tytule wyżej wspomnianego Inwitu bez żadnego powodu zabarwiono nagle czcionkę na niebiesko, kiedy tytuły trzech poprzednich tomów były białe). Jeśli miałbym się wyrazić o samym Słudze Bożym, to jest to w zasadzie to samo, co poprzednie (a raczej następne) trzy tomy, tylko jeszcze więcej - zbiór sympatycznych opowiadań o charakterystyce kryminalnej, które gładko się czyta, ale które niestety nieszczególnie zapadają mi w pamięć. Nie w każdym wypadku, oczywiście - ale pamiętam na przykład, że w parę miesięcy po przeczytaniu opowiadania Ogrody pamięci (ze zbioru Młot na czarownice) nie pamiętałem już dokładnie, o co w nim chodziło. - Valis Philipa K. Dicka. Choć moja styczność z twórczością tego autora jest wciąż nieznaczna (Valis to dopiero piąta jego książka, jaką czytam), już teraz podzieliłbym powieści Dicka na dwie kategorie - takie, które są w gruncie rzeczy konwencjonalnymi powieściami z rozważaniami filozoficznymi autora wplecionymi w fabułę oraz takie, które wymykają się normalnym kryteriom i konwencjom. I Valis zalicza się zdecydowanie do tej drugiej grupy. Określana jest powszechnie mianem swego rodzaju autobiografii Dicka (nawet nazwisko głównego bohatera - Koniolub Grubas - jest w istocie zaszyfrowanym imieniem i nazwiskiem samego autora) i... cóż, jej lektura uprzytamnia mi, że był on człowiekiem myślącym zdecydowanie inaczej, niż lwia część społeczeństwa. Valis to w sumie bardziej rozprawa filozoficzna, niż normalna powieść. - Park Jurajski Michaela Crichtona. Tak, TEN Park Jurajski. Powiedziałbym, że już początkowe rozdziały uprzytomniły mi, że kinowa adaptacja tej książki jest w gruncie rzeczy nieomal filmem familijnym w porównaniu z oryginałem. Tam wszystko było złagodzone, uproszczone, dinozaury pokazywano nawet w sposób humorystyczny (dodam jeszcze, że ten film tak naprawdę nigdy mnie nie straszył, bo ja po prostu uwielbiam dinozaury i inne jaszczury - dlaczego mam się ich bać?). Tymczasem książka Crichtona jest thrillerem pełną gębą, w którym można się natknąć na sceny autentycznie przyprawiające o ciarki. Nie liczcie, że skoro oglądaliście superprodukcję Spielberga, to wiecie, czego możecie się spodziewać po książkowym pierwowzorze - to całkiem inna bajka. - Równoumagicznienie Terry'ego Pratchetta. Kolejna powieść ze Świata Dysku, w której dla odmiany porzucamy towarzystwo Marchewy i innych ludzi (oraz nieludzi) ze Straży Miejskiej, by zająć się kimś całkiem innym (z czego jestem raczej zadowolony, bo - patrz wyżej - ta formuła zaczynała mi się już przejadać). Tym razem główną protagonistką jest młoda dziewczyna o nazwisku Eskarina Kowal (w skrócie Esk), która wskutek niefortunnego (albo i fortunnego) zbiegu okoliczności staje się pierwszą kobietą-magiem. Tworzy to poważny precedens, albowiem do tej pory magami zostawali wyłącznie chłopcy, podczas dziewczynki są zawsze czarownicami - i nie może być na odwrót. Eskarina stanowi zatem w ichnim świecie większy ewenement, niż Boudicca, Annie Oakley i Jacqueline Cochran razem wzięte. Jak widać po niniejszym opisie, również i w tej powieści Pratchett absolutnie niczego nie traktuje poważnie, a cała książka stanowi tak naprawdę satyrę na kolejne zagadnienie z rzeczywistego świata (tytuł w zasadzie jednoznacznie wskazuje, o co chodzi tym razem). Trochę już późno na odpowiedź i przez ten czas zapewne sam zdążyłeś z autopsji poznać odpowiedź na swoje pytanie, ale... mogę rzec tyle - jeśli "Straż! Straż!" ci się podobało, to podejrzewam, że "Zbrojni" również powinno. Z mojego punktu widzenia, to jest w zasadzie to samo (aczkolwiek tematyka satyry odmienna), tyle że jeszcze więcej. Jeśli natomiast idzie o prozę Dukaja, to niepotrzebnie się przejmowałem, bo Xavras Wyżryn był napisany znacznie lżejszym stylem, niż Czarne Oceany. W każdym razie on sam, bo już te "inne fikcje narodowe" były mniej przyjazne użytkownikowi (czyli w tym wypadku mnie).
  17. Bazil

    Problemy z forum

    Zdecydowanie. Ogólnie mam wrażenie, że te blogi po prostu "śpią" i nie rejestrują nawet odwiedzin. Na przykład, twój nowy wpis na blogu otwierałem już dwukrotnie, tymczasem toto łże, że masz nadal zero wyświetleń. EDIT: aha, jest jeszcze jeden problem z tymi blogami - mianowicie taki, że nie działają przekierowania do konkretnych wpisów. Chcąc dostać się skrótem na własny blog, wpisałem w wyszukiwarce słówko "sorevianie". Wyguglało mi wpis z mojego blogu, ale kiedy na niego kliknąłem, przerzuciło mnie nie do rzeczonego wpisu, ani nawet na mój własny blog, tylko na stronę główną z blogami. Wat? Tyle czasu zajęło ludzkości wynalezienie koła, a teraz ktoś miałby po prostu na to machnąć ręką? Tymczasem ponawiam prośbę, aby ktoś zatwierdził ten wpis na moim blogu. Bo nie wiem, czy brak jakichkolwiek działań w tej kwestii wynika z tego, że skrypt forum nie pozwala w tej chwili nawet na zatwierdzanie wpisów na blogu przez moderatorów, czy ze zwykłej olewki. A i nie spodziewam się, by rzeczony wpis wymagał jakiejś szczególnej cenzury - czego się spodziewacie po kolejnej porcji moich wypocin? Że przemycę poprzez nią kolejny rant na Paoliniego?
  18. Bazil

    Problemy z forum

    Czy ktoś może zatwierdzić nowy wpis na moim blogu? Wygląda na to, że ten nowy skrypt forum nie zamieszcza teraz wpisów, jeżeli ktoś ma aktywną moderację postów.
  19. No, więc... Trochę już późno, ale tak czy inaczej chciałbym w pierwszej kolejności życzyć wszystkim wesołej Wielkanocy, mokrych jaj, malowanego zająca i bogatego dyngusa... hm, może niekoniecznie w tej kolejności... Po prawdzie, miałem te życzenia złożyć bardziej o czasie, ale każdy miał już chyba możność spostrzec, iż ostatnimi czasy plany rzadko kiedy układają mi się tak, jakbym tego chciał. Kiedy sobie pomyślę, że "Wilcze stado" powstaje w bólach tak naprawdę już czwarty (!) rok, szlag mnie trafia. Szczególnie jak sobie przypomnę, że "Bramy Neoterry" napisałem w rok, podobnie jak "Pierwszą krew" i "Niezdobyte drogi", a "Niebo i piekło" w dwa lata. Swoją drogą, skoro już wspomniałem o "Niezdobytych drogach" - mówiłem wcześniej, że rozważam opublikowanie tego opowiadania na blogu, ale kiedy po nie sięgnąłem, chcąc ocenić zakres poprawek, jakich będzie wymagało... no, zakres ów jest znacznie szerszy, niż się spodziewałem. I czeka mnie nad nim trochę pracy (jeżeli w ogóle zdecyduję się już za nią zabrać), zanim uznam, że mogę je pokazać bez wstydu. A do "Bram Neoterry" to już w ogóle boję się wracać. Ten niedorobiony jeszcze styl, sztuczne i drętwe dialogi, bezsensowne motywy fabularne... ech, to były czasy. Do obecnego rozdziału podchodziłem zrywami - pisałem, zacinałem się, nazajutrz znów pisałem, zacinałem się... Koszmar. Ze dwa razy (w tym wczoraj, znaczy w sobotę) siedziałem do późna, licząc, że wreszcie napiszę go do końca, lecz i tak mi się nie udawało. No, ale wreszcie jest. Cóż innego mogę jeszcze rzec... N'Joy. ====================================================================================== - XVIII - - Tu Katai jeden – ponownie odezwał się Akode – Alpha, Charlie, kod zielony na pozycjach T1 i T2. Czarni jeden do trzy, dołączyć. Czarny cztery i pięć, przygotować się do otwarcia wejścia numer dwa. Soreviański oficer w gruncie rzeczy nie musiał wydawać tych instrukcji. Żołnierze znali swoje zadania i poderwali się z miejsc, by je wykonać, kiedy tylko zaczął mówić. Matson i jego oddział bez słowa podążyli w kierunku bazy, idąc po śladach żołnierzy Jaworskiego. Tuż za nimi szła sekcja Perrina, a na samym końcu jaszczurzy zabójcy – Zhack, Zera i Kilai. Richard wiedział jednak o tym tylko z informacji, jakie otrzymywał z sieci bojowej – żaden z operatorów Sekcji Gamma, ani Genisivare, nie był teraz widoczny. To sprawiało, że podążali teraz lekkim truchtem, w ogóle nie obawiając się o wykrycie. Zwolnili przy wyrwie w ogrodzeniu, gdzie wciąż pozostawali żołnierze Jaworskiego, obserwujący okolicę. Przylgnęli do ścian budynków koszar, z bronią wymierzoną w głąb uformowanych między nimi alei. W czasie, gdy sekcje Alpha i Charlie podchodziły do bazy, kolejny auveliański patrol przeszedł tuż obok członków oddziału Bravo, ale wartownicy w ogóle ich nie zauważyli. Wykorzystując fakt, iż chwilowo znów jest czysto, pozostający wciąż na zewnątrz bazy żołnierze Gammy przeszli przez lukę w ogrodzeniu – po kolei, jeden po drugim, aby uniknąć bałaganu. - Charlie, tu Alpha jeden – rzekł Matson – Osiągnąć obiekt numer zero i przystąpić do neutralizacji. Bravo, dołączyć w drodze do obiektu numer jeden. Czarny jeden i dwa, osiągnąć obiekt numer trzy i czekać. Czarny trzy, pozostań na pozycji. - Tu Charlie jeden, przyjąłem – odparł Perrin. - Tu Bravo jeden, przyjąłem – potwierdził Jaworski. - Tu Czarny jeden – odezwał się Zhack – Zrozumiałem i podchodzę. W pobliżu nie było chwilowo żadnych wartowników, więc żołnierze, którzy jeszcze przed chwilą pilnowali świeżo otwartego wejścia do bazy, teraz poderwali się z miejsc i przyłączyli do sekcji prowadzonej przez majora. Wszyscy razem podążyli w głąb obozu, idąc alejami pomiędzy budynkami koszar. Oddział Perrina odbił w lewo, początkowo idąc wespół z dwójką Sorevian, jednak wkrótce się rozdzielili, podążając ku swoim celom. Obiekt numer zero – centrum komunikacyjne – wchodził w skład kompleksu budynków sztabu, lecz był usytuowany w innej jego części, niż kwatery mieszkalne dowództwa, będące obiektem numer trzy. Tymczasem sekcje Alpha i Bravo musiały jak najszybciej osiagnąć własny cel – zakłady klonerskie. - Tu Czarny cztery – odezwał się jeden z zabójców Genisivare, Akurave – Potwierdzam otwarcie wejścia numer dwa. - Tu Katai jeden, zrozumiałem – ponownie odezwał się Akode – Katai, Geri, Dakei, kod zielony na pozycji S1. Czarni, kod zielony na pozycjach od S2 do S5, przygotować się do usunięcia obserwatorów. Delta, Echo, Foxtrot, kod zielony na pozycji T3. Suvore również i w tym wypadku wydawał rozkazy w zasadzie czysto formalnie. Żołnierze znali procedurę. Teraz zabójcy Genisivare ustawiali się do odstrzału wartowników, zajmujących cztery wieże obserwacyjne, natomiast Marines oraz komandosi OSA zaczęli podchodzić pod bazę, z zamiarem wtargnięcia odpowiednio przez północne i południowe wejście. Matson miał szczerą nadzieję, że uda im się uniknąć wykrycia. Ich kombinezony miały wprawdzie zewnętrzne powłoki, nadające im w razie potrzeby kolor odpowiedni dla otoczenia, lecz była to jedynie namiastka całkowitej niewidzialności, jaką gwarantowały pancerze wspomagane Sekcji Gamma, czy też stroje używane przez Genisivare. Wkrótce oczom Matsona ukazały się zakłady klonerskie – wielki kompleks budynków, w skład którego wchodziły zarówno te wyposażone w aparaturę służącą do hodowli nowych żołnierzy, jak i niewielka fabryczka broni i kombinezonów, w jakie można byłoby ich wyposażyć. Richard widział to nie po raz pierwszy. Auvelianie zawsze budowali takie zakłady na powierzchniach atakowanych planet i major uczestniczył już w bitwach, w wyniku których były one niszczone. Teraz jednak miał to zrobić bardziej efektywnie, nie angażując całej armii. Żołnierze Gammy nie zamierzali wchodzić do kompleksu od frontu. Zamiast tego, obeszli główny budynek, zajmując pozycje w pobliżu jednego z wejść serwisowych – wjazdu dla gąsienicówek dostawczych. - Tu Alpha jeden – powiedział Matson, gdy jego żołnierze zalegli już na strategicznych pozycjach, uważnie obserwując wartowników – Alpha i Bravo, potwierdzam kod zielony w punkcie T2. - Tu Katai jeden, zrozumiałem, Alpha – odrzekł Akode – Czekać na neutralizację obiektu numer zero. Zaraz po nim gotowość zgłosili zabójcy Genisivare. Marines i komandosi OSA mieli trudniejsze zadanie – musieli zająć takie pozycje, aby przygotować się do natychmiastowego odstrzału wszystkich wartowników w zasięgu, tak, by nie pozostał już nikt żywy, kto mógłby dostrzec ich wejście do bazy. Nie wolno im było jednak strzelać, dopóki brak strażników mógł zostać łatwo dostrzeżony przy pomocy systemu komunikacyjnego. Teraz wszystko zależało od oddziału Perrina. * * * - Charlie dwa, jak wygląda sytuacja? – rzucił Jean. - Tu Charlie dwa, przedział konserwacji czysty – odrzekł porucznik Suarez – Skutecznie dokonaliśmy zdalnego włamania do sieci i monitorujemy komunikację Omegi. Jesteśmy gotowi do wprowadzenia wirusa. - Czekać na rozkaz, Charlie dwa – nakazał Perrin w odpowiedzi – Dławik nie jest jeszcze gotowy do instalacji. Kapitan odłączył się na chwilę od sieci, by móc zwrócić z bezpośrednim pytaniem do towarzyszącego mu sierżanta Raffarda. - Eric, ile jeszcze czasu zajmie ci zdejmowanie zabezpieczeń z tej instalacji? - Już kończę, panie kapitanie. Dwadzieścia do trzydziestu sekund. Obaj żołnierze tłoczyli się we wnętrzu centralnego przedziału serwisowego, do którego wślizgnęli się niepostrzeżenie przez awaryjny właz. Było to małe, owalne pomieszczenie, oświetlone słabą, błękitną poświatą.. Znajdował się tutaj główny przekaźnik, odbierający i wysyłający transmisje od i do członków personelu bazy. Wrażliwe podzespoły urządzenia zostały zabezpieczone przed sabotażem, jak i skutkami ewentualnego, nieszczęśliwego wypadku. Do jego wnętrza można było się dostać jedynie przy użyciu elektronicznego klucza konserwacyjnego. Z zewnątrz ochraniała je osłona, wykonana zapewne z magnaelu – stopu bardziej trwałego i jednocześnie droższego w produkcji, niż standardowo używany keliath. Nie było to jednak nic, z czym komandosi z Sekcji Gamma nie mogliby sobie poradzić. Nadając do urządzenia piracki sygnał, Raffard w końcu odblokował zewnętrzną osłonę i otworzył ją. Teraz nic nie stało już na przeszkodzie zainstalowaniu w przekaźniku dławika, zakłócającego przepływ transmitowanych danych. Sierżant wyjął niewielkie urządzenie i bez słowa podłączył je do pamięci komputera sterującego funkcjami przekaźnika. Uruchomił zasilanie dławika, lecz nie aktywował go jeszcze. Łączność należało zerwać dopiero na wyraźny sygnał dowódcy. - Dobra – rzucił Jean – Teraz zamykaj z powrotem tę osłonę i zablokuj. Raffard wiedział, co powinien zrobić. Kiedy tylko na powrót zamknął pokrywę, dokonał jeszcze sabotażu czytnika elektronicznych kluczy. Teraz, choćby nawet został tu przysłany jakiś technik, nie będzie mógł dostać się do podzespołów przekaźnika – urządzenie odrzuci kod dostępu jako nieprawidłowy. Jeżeli coś poszłoby nie tak, ten zabieg miał zyskać terrańskim i soreviańskim komandosom nieco więcej czasu. Auvelianie nie będą mogli natychmiastowo stwierdzić, iż doszło do sabotażu, a nie zwykłej awarii. - Charlie dwa, tu Charlie jeden – rzekł Perrin – Dławik zainstalowany i gotowy do aktywacji. Czy pozostajecie w stanie gotowości do wprowadzenia wirusa? - Tu Charlie dwa – odrzekł Suarez – Potwierdzam, Charlie jeden, czekamy na rozkaz. Porucznik wraz pozostałymi członkami oddziału – starszym sierżantem Bergiem oraz kapralem Hassanem – zajmował pomieszczenie konserwacyjne, z zapasowym stanowiskiem komputerowym, służącym do diagnostyki podzespołów instalacji komunikacyjnej. Kiedy Auvelianie zorientują się, że ich łączność szwankuje, będzie to zapewne jedno z pierwszych miejsc, jakie odwiedzą. Należało zatem utrudnić im zadanie wykrycia rzeczywistej przyczyny „awarii”. A jeżeli zajdzie taka konieczność, po prostu ich wyeliminować. - Dobrze – mruknął Jean, znów odłączając się chwilowo od sieci – To którędy teraz? Nie czekał na odpowiedź Raffarda – i tak się jej nie spodziewał, gdyż obydwaj wiedzieli, że każdy z uczestników operacji studiował rozkład pomieszczeń w budynkach, które mieli infiltrować. Od razu skierował się do jednego z tuneli serwisowych, wchodzących do pomieszczenia. W lekkim pancerzu wspomaganym, mieścił się w nim z ledwością, lecz wciąż mógł się poruszać. Sierżant podążał jego śladem, podczas gdy Perrin wznowił kontakt z pozostałymi oddziałami. - Katai jeden, tu Charlie jeden, obiekt numer zero jest gotów do neutralizacji – oznajmił rzeczowo – Monitorujemy komunikację i możemy dać sygnał, kiedy nadejdą już standardowe raporty. - Tu Katai jeden – odrzekł Akode – przyjąłem, Charlie. Zajęliśmy pozycje i czekamy. W tej chwili Jean dotarł do włazu, usytuowanego poziom poniżej pomieszczenia, które zajmował Suarez. Szybki rzut oka na odczyty sensorów pozwolił mu stwierdzić, że na korytarzu chwilowo nikogo nie ma, więc po cichu odblokował wyjście. Wyszedłszy na zewnątrz, rozejrzał się jeszcze dla wszelkiej pewności w lewo, w głąb korytarza. Po prawej znajdowały się drzwi, wiodące do bocznej klatki schodowej. Wolał nie poruszać się windą, jako że jej użycie mogło zostać dostrzeżone. - Czysto – oznajmił, kiedy dołączył do niego Raffard, ostrożnie zamykając za sobą właz – Idziemy na dół. Drzwi wiodące do schodów nie były w żaden sposób zablokowane i otworzyły się natychmiast, gdy Jean – wyłączając na ułamek sekundy maskowanie optyczne rękawicy swojego kombinezonu – pozwolił, by czujnik odkrył jego obecność. Po schodach poruszali się ostrożnie, nie chcąc robić hałasu. Przeszli dwa poziomy niżej, powtarzając następnie operację otwarcia drzwi. Po chwili znajdowali się już wewnątrz kolejnego korytarza. Krótko po tym, jak przejście już się za nimi zamknęło, przeszedł tędy jakiś Auvelianin – klon w uniformie technika – lecz w ogóle nie dostrzegł obecności dwóch Terran. - Idziemy, zanim pojawi się tutaj ktoś jeszcze – zarządził Perrin. Ich celem był w tej chwili pokój ochrony i system bezpieczeństwa. Cały obiekt był monitorowany i woleli pozbyć się obsługujących aparaturę strażników. Jeżeli nikt nie będzie obserwował odczytów czujników czy też kamer, nikt nie będzie mógł również ogłosić alarmu. Do tej pory unikali robienia czekogolwiek podejrzanego w obszarze widzenia kamer, lecz do dalszego wykonania zadania potrzebowali większej swobody. Obserwując poprzez sensory ruchy Auvelian przebywających w obiekcie, zaczęli się ostrożnie przemieszczać w głąb piętra. Znali rozkład pomieszczeń i wiedzieli, dokąd powinni teraz iść. Musieli jednak zająć pozycje jak najszybciej – trzeba było zneutralizować wartowników zaraz po zerwaniu łączności – tymczasem musieli jeszcze przejść obok kwater strażników, ominąć posterunek strzegący przejścia do centrali systemu bezpieczeństwa i dopiero wtedy zająć pozycje. Jakby było tego mało, okazało się, że mieli mniej czasu, niż Jean przypuszczał. Kiedy ich oczom ukazało się strzeżone przejście, ze stanowiskiem wartownika oraz zwieszającym się z sufitu, zautomatyzowanym działkiem, nadszedł nowy komunikat od Suareza. - Tu Charlie dwa, zgłaszam nadejście standardowych raportów od pierwszych drużyn warty – oznajmił rzeczowo – Sugerowany moment neutralizacji obiektu zero nastąpi w przybliżeniu za jedną minutę. To już, pomyślał Perrin. Lada chwila mieli zakłócić łączność Auvelian i rozpocząć właściwą fazę akcji. Tymczasem on i Raffard nie byli jeszcze na miejscu. Kapitan zachował jednak spokój. - Zrozumiałem – odrzekł beznamiętnie – Aktywuję dławik w oznaczonym czasie i daję znać wszystkim drużynom. Czekam na sygnał. Jednocześnie dał znak Raffardowi, by ten poszedł przodem, w kierunku posterunku ochrony. Mieli już mało czasu, ale sierżant poruszał się powoli. Hałas był w tej chwili jedyną rzeczą, która mogła zdradzić ich obecność, a chcąc przedostać się do centrali systemu bezpieczeństwa, musieli przejść bardzo blisko auveliańskiego wartownika. Eric minął go niedostrzeżony – także czujniki przy bramce go nie wykryły – jednak zaledwie to zrobił, a Perrin otrzymał spodziewany sygnał od Suareza. - Tu Charlie dwa – rzekł porucznik – Raport kompletny. W swoim obecnym stanie, Jean nie mógł odczuwać zdenerwowania – jego modyfikacje genetyczne pozwalały zablokować w razie potrzeby niepożądane emocje – ale nie było mu wcale do tego aż tak daleko. Wiedział, że powinien wydać rozkaz uruchomienia dławika już teraz, ale to wymagało komendy głosowej. Raffard był wciąż za blisko wartownika i ten mógł go usłyszeć. Perrin wahał się zatem, tracąc kolejne cenne sekundy. Musiał podjąć decyzję. Przeszedł mu przez myśl pomysł przeczekania do nadejścia kolejnych rutynowych raportów, ale wolał tego nie robić. Drużyny Marines i OSA były już na pozycjach i czekały. Im dłużej tam pozostawały, tym bardziej rosło prawdopodobieństwo ich wykrycia. Pozwolił, by sierżant przeszedł po cichu jeszcze kilka kroków, nim wreszcie wydał rozkaz. - Charlie cztery, zdalna aktywacja dławika – rzucił szeptem. Nie otrzymał od Erica słownego potwierdzenia, ale po kilku sekundach dostrzegł, za pośrednictwem sieci bojowej, że Raffard uniósł w górę kciuk lewej dłoni. Jego uwagę zwróciło też coś mniej optymistycznego – tkwiący dotychczas bezczynnie na swoim stanowisku wartownik zaczął rozglądać się po korytarzu, patrząc do w prawo, to w lewo. Chyba jednak usłyszał szept sierżanta, kiedy ten aktywował dławik. Perrin najchętniej uciszyłby go na dobre, ale nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie teraz. Korytarz był pod obserwacją kamery i o ile nie dało się dostrzec poprzez nią doskonale zamaskowanych Terran, o tyle śmierć strażnika i zniszczenie działka byłyby już skrajnie trudne do przeoczenia. Na całe szczęście, poza chwilowym i ledwie słyszalnym dźwiękiem, Auvelianin nie mógł już dostrzec żadnych wyraźnych oznak tego, że w pobliżu znajdują się intruzi. Miał więc powody do lekkiego niepokoju, ale nie do wszczynania alarmu. - Tu Charlie dwa – ponownie odezwał się Suarez – Czekam na komendę wprowadzenia wirusa. - Zostań na pozycji, Charlie dwa – odrzekł Perrin – Obserwatorium nie jest jeszcze zneutralizowane. Żołnierze z oddział Suareza monitorowali już przepływ komunikatów wroga, ale robili to zdalnie, nie ingerując w bazę danych. Żeby użyć wrogiego terminala bezpośrednio, musieli go uruchomić i operować nim – a to zostałoby już dostrzeżone przez kamerę. Raffard był już po drugiej stronie korytarza i czekał na dowódcę. Ten miał ochotę po prostu przebiec przez korytarz – synchronizacja poczynań członków oddziału już zaczynała się sypać. Musiał jednak poruszać się powoli. Miał jeszcze odrobinę czasu. Ich plan uwzględniał sytuację, w której nie zdołają w pełni wykorzystać okna czasowego pomiędzy rutynowymi raportami warty. W pewnej chwili spojrzał nagle na pełniącego straż Auvelianina, kiedy ten zaczął nadawać jakiś komunikat. Perrinowi przemknęło przez myśl, że jednak ogłasza alarm, ale nic na to nie wskazywało. Nie rozległ się żaden sygnał, nic nie zdradzało, iż cały budynek został postawiony w stan pogotowia. Wyglądało na to, że wartownik wzywa po prostu patrol ochrony, by ten przeszukał okolicę. Jean miał wrażenie, że upłynęła wieczność, kiedy dołączył wreszcie do Erica przy wejściu do centrali systemu bezpieczeństwa. Spojrzał na chronometr i stwierdził, że mają już prawie dwie minuty opóźnienia. Pomimo sytuacji, wciąż pozostawał opanowany i teraz sprawdzał odczyty sensorów, chcąc ocenić, ilu strażników znajduje się wewnątrz pomieszczenia. On i Raffard musieli ich zastrzelić jak najszybciej, nie dając im czasu na reakcję. - Tu Charlie jeden, Omega cztery w obserwatorium – oznajmił – Biorę lewą. Charlie cztery, prawa. - Przyjąłem – odrzekł sierżant. - Charlie dwa, wprowadzić wirusa za dziesięć sekund. Skinął głową Raffardowi, który w odpowiedzi uniósł broń i otworzył drzwi do centrali systemu bezpieczeństwa. Perrin wpadł do środka, poruszając się błyskawicznie, w ułamkach sekund, niczym maszyna. Dwukrotnie pociągnął za spust, w niemal niewyczuwalnym odstępie czasu. - Tu Charlie dwa – usłyszał w sekundę po tym, jak ostatni z trafionych Auvelian osunął się już na podłogę – Wprowadzamy wirusa. Teraz mogli użyć przeciwko nieprzyjacielowi jego własnego sprzętu komunikacyjnego. Emitowany przezeń sygnał dławika mógł zagłuszać także łączność pomiędzy poszczególnymi żołnierzami. Systemy monitorowania zdrowia, wbudowane w kombinezony auveliańskich wartowników, nie zawiadomią centrum dowodzenia o śmierci swoich użytkowników. Nic już nie zdradzi Auvelianom, że coś jest nie tak. Nie było czasu do stracenia. I tak stracili już grubo ponad dwie minuty. - Tu Charlie jeden, obiekt zero zneutralizowany – oznajmił – Okno czasowe: T minus cztery minuty, dwadzieścia sześć sekund. - Zrozumiałem, Charlie jeden – odrzekł Akode; jeżeli nie był zachwycony niewielką ilością wolnego czasu, jakim dysponowali, to nie dał tego po sobie poznać – Katai jeden do wszystkich, kod żółty. Akcja oddziałów specjalnych rozpoczęła się teraz na dobre. * * * Suvore Akode gwałtownie przypadł do pleców auveliańskiego wartownika, który szedł tuż przed nim. Owinął ciasno ogonem jego talię, wraz z opuszczonymi, dzierżącymi broń ramionami, i w tej samej chwili gładkim ruchem poderżnął mu gardło. Towarzysząca mu mai derian Nosuvara zrobiła to samo z drugim strażnikiem. Zanim jeszcze Auvelianie wykrwawili się w objęciach gadów, dwaj inni komandosi z sekcji Katai – karisu Tanoka i mai faze Hasukei – wystąpili przed pobratymców i krótkimi seriami skosili kolejną parę wartowników, zaledwie ci wyszli zza rogu. Nie mieli szans zareagować. - Dalej, dalej – ponaglał Akode przez komunikator, ostrożnie opuszczając martwe ciało na ziemię – Sekcja Dakei, uprzątnąć zwłoki. Sekcja Geri, postępować lewą ścieżką. Krok po kroku. Dwa pomniejsze oddziały komandosów OSA poruszały się równolegle, wyznaczoną uprzednio drogą, kierując się odpowiednio do centrum logistycznego oraz przylegającego doń parku maszyn – gdzie znajdowały się także lądowiska dla patrolowców Akile. Trzeci, który pozostawał z tyłu, zacierał ślady, przenosząc zabitych wartowników do pobliskich, starannie wybranych budynków koszar. Zabijali we śnie przebywających tam auveliańskich żołnierzy, aby nie mogli podnieść alarmu, a zaraz po wyjściu blokowali drzwi wejściowe. Niemal dosłownie zamieniali koszary w grobowce dla nieprzyjaciół. Sorevianie trzymali się przede wszystkim z dala od głównej drogi. Byliby na niej łatwiej dostrzegalni. Zamiast tego, kluczyli między zewnętrznymi, modułowymi kwaterami żołnierzy wroga. Tylko trzy ich rzędy oddzielały tyły centrum logistycznego – stanowiącego szereg połączonych ze sobą magazynów – od perymetru bazy. Patrole warty na terenie zajętym przez koszary były jeszcze stosunkowo rzadkie, toteż komandosi OSA przedostali się tamtędy bez trudu, unikając wykrycia. Znali na pamięć trasy przemarszu wrogich strażników i za każdym razem mogli doskonale wybrać czas i miejsce ich zabicia. Celowali w głowy i nigdy nie chybiali, toteż Auvelianie ginęli natychmiast, bez szansy na jakąkolwiek reakcję czy też zasygnalizowanie obecności intruzów. Sytuacja przedstawiała się jednak inaczej w okolicy centrum logistycznego. To właśnie tam skupiła się większość strażników i było ich więcej, niż zakładały pierwotne informacje od wywiadu. Soreviańscy komandosi zatrzymali się pod budynkami koszar trzeciego rzędu, obserwując stąd okolicę poprzez sensory oraz obraz orbitalny. - Dakei, dołączyć do Katai natychmiast po zatarciu śladów – zarządził Akode. Teraz potrzebował wszystkich żołnierzy, aby oczyścić teren. Kompleks logistyczny, widziany z góry, przypominał kształtem ogromną literę L. Jej podstawę stanowiły garaże, gdzie dokonywano konserwacji i serwisowania pojazdów. Część z nich, głównie gąsienicówki służące do transportu materiałów, była ustawiona wewnątrz budynku, reszta konstytuowała park maszyn, ze stojącymi w równych rzędach bojowymi wozami piechoty Tal’sathel oraz auveliańskimi odpowiednikami czołgów – Tal’envaiami. Były tam również lądowiska dla Akile – hangar, gdzie mieściły się dodatkowe maszyny, przylegał do garaży. Pozostałą część kompleksu stanowił rząd magazynów. Jako że była już noc, żadni członkowie zwykłego personelu nie pracowali teraz w kompleksie. Gdyby nie obecność kilkudziesięciu pilnujących go strażników, można byłoby rzec, iż miejsce to jest całkiem opustoszałe. - Czarni cztery i pięć, tu Katai jeden – odezwał się Akode – Zapewnijcie wsparcie snajperskie sekcji Geri w parku maszyn. Sekcja Dakei, obejść kompleks od lewej strony. Katai, od prawej. Sivume rozdzielił swój oddział, zamierzając wziąć Auvelian w dwa ognie. Atakując ich z dwóch różnych kierunków, komandosi OSA mieli większe szanse na zajęcie takich pozycji, aby mieć w zasięgu wszystkich wrogich wartowników jednocześnie – co umożliwiłoby im błyskawiczne ich wyeliminowanie. Przy okazji od razu pozbyli się części z nich – kilkunastu strażników patrolowało tyły kompleksu, przez co natknęli się na Sorevian. Nie mieli jednak szans ich dostrzec, zanim sami zostali zastrzeleni. Akode zaczynał się denerwować. Mieli już naprawdę mało czasu – chronometr wskazywał, że Auvelianie powinni się spodziewać kolejnej porcji rutynowych raportów za mniej, niż jeden enelit. Tymczasem jego wojownicy dopiero zajmowali dogodne pozycje, by móc przystąpić do oczyszczenia terenu. Na całe szczęście, nie trwało to już długo. - Tu Dakei jeden – oznajmił garave Zafure – Jesteśmy na pozycji, czekamy na rozkaz. - Tu Geri jeden – odezwała się garave Dakura – Na pozycji, czekam na rozkazy. W parku maszyn przebywała mniejsza część strażników, a zabójcy Genisivare mieli nań doskonały widok oraz pole ostrzału z wież strażniczych. Z tego względu, Akode postanowił powierzyć zadanie oczyszczenia tej części bazy Dakurze, sam zaś wziął większość komandosów do zajęcia pilniej strzeżonego obiektu. Należało się idealnie zgrać. Teren był otwarty i każdy z Auvelian mógł dostrzec śmierć któregokolwiek ze swoich towarzyszy, co dałoby mu szansę na podniesienie alarmu. Dlatego Akode, chcąc mieć stuprocentową pewność, po prostu sprawdził oznaczenie kodowe poszczególnych strażników, po czym zużył resztę okna czasowego na ich numeryczne przydzielenie do poszczególnych członków swojego oddziału. Każdy sivantien miał do zabicia po dwóch, trzech przeciwników. Powinni zdążyć ich zabić, przy posiadanym wyszkoleniu oraz osprzęcie. Tymczasem czas wolny już minął. Auvelianie w ichnim centrum dowodzenia mogli już mieć powody do niepokoju. - Tu Katai jeden, ruszamy na mój sygnał – zarządził Akode – Trzy… dwa… jeden… już! * * * Kiedy Marines wreszcie mogli ruszyć do akcji, Samuel McReady wkrótce się przekonał, że będą mieli mniej roboty, niż się spodziewał. Nie miał jednak nic przeciwko temu. Dwójka jaszczurów zabójców – Zhack i Zera – podążała przed nimi, sprawnie oczyszczając teren z większości oddziałów wroga. Najpierw zlikwidowali patrole w bezpośrednim sąsiedztwie wyrwy w perymetrze, korzystając z faktu, iż są niewidoczni. Dzięki temu znacznie ułatwili ludziom wejście do środka. Później postępowali wraz z Marines w kierunku kwater auveliańskiego sztabu, mordując znaczną część wartowników, jacy stali im na drodze. Terrańscy żołnierze szli w ślad za nimi, eliminując niedobitki – głównie oddalone pary żołnierzy, którzy mogli dostrzec z dystansu śmierć własnych towarzyszy. Potem pozostawało tylko uprzątnąć ciała, czym zajmowali się Marines z sekcji Foxtrot. Ludzie i dwójka jaszczurów początkowo postępowali równo, jednak z czasem te ostatnie wyrwały naprzód. Okolice centrum dowodzenia były patrolowane bardziej intensywnie, niż obszar z kwaterami zwykłych żołnierzy, toteż Marines nie mogli tak po prostu wejść i zacząć strzelać. Z kolei zabójcy Genisivare mieli do wykonania inne zadanie, więc oddzielili się od terrańskich towarzyszy i korzystając z własnej niewidzialności, szybko przedostali się do kwatery sztabu. McReady pocieszał się myślą, że nie musi się tak spieszyć, jak para Sorevian. Zhack i Zera musieli jak najszybciej zneutralizować obiekt numer dwa – ergo, zlikwidować wrogich oficerów – natomiast zadanie Marines polegało na zabezpieczeniu terenu i niedopuszczeniu doń ewentualnych posiłków wrogiej straży. Samuel miał niewiele czasu, by pozbyć się pozostających już na miejscu strażników, a potem przygotować zasadzki na tych Auvelian, którzy mogliby przyjść z odsieczą. Wiedział, jak to zrobić. Marines ćwiczyli już wcześniej te manewry, i to wielokrotnie. Tyle że mieli wtedy dwa razy mniej przeciwników do zabicia. - Tu Delta jeden – rzucił McReady, wychylając się ostrożnie zza rogu modułowego budynku koszar, który jako jedyny oddzielał go w tej chwili od auveliańskiego centrum dowodzenia – Echo, obejść obiekt od strony południowo wschodniej. Foxtrot, zachód. - Tu Czarny jeden – odezwał się Zhack – Weszliśmy. McReady zerknął na chronometr, sprawdzając, ile czasu im zostało. Komunikat zabójcy oznaczał, że auveliańscy wyżsi oficerowie już wkrótce zaczną ginąć, w dodatku niebawem nieprzyjaciel mógł niebawem zacząć coś podejrzewać, stwierdziwszy, iż cała łączność przestała funkcjonować. To wszystko naraz oznaczało, że sztabowcy wroga – tak, jak to zakładały wcześniejsze symulacje – mogą lada chwila wezwać do siebie dodatkowe straże dla własnego bezpieczeństwa. - Tu Delta jeden – rzucił Samuel, ze słabo skrywanym zniecierpliwieniem – Echo, Foxtrot, pospieszcie się. * * * - Alpha trzy, pytam o status wewnętrznego systemu bezpieczeństwa – rzucił Matson. - Tu Alpha trzy, potwierdzam neutralizację personelu odpowiedzialnego za kontrolę kamer systemu bezpieczeństwa – odrzekł starszy sierżant Stackmann – Włamuję się do sieci, w razie potrzeby będę mógł unieszkodliwić cały system. - Zrozumiałem. Alpha dwa, masz to? - Tu Alpha dwa – odezwał się Scott – potwierdzam, Alpha jeden. Wykonuję zadanie. Major dał znak towarzyszącemu mu kapralowi Bowerowi, by ten ruszył za nim. Obaj znajdowali się teraz w korytarzu serwisowym, wiodącym wprost do jednego z dwóch reaktorów, zasilających zakłady klonerskie. W tym samym czasie, kapitan Scott i kapral Rosen podchodzili pod ten drugi. Zadanie obydwu par żołnierzy było proste – pozbyć się personelu wroga w dyspozytorniach obydwu reaktorów, a następnie podłożyć ładunki wybuchowe pod same reaktory. To powinno całkowicie zniszczyć kompleks. Oddział Jaworskiego już im nie towarzyszył. Sekcja Bravo pomogła tylko Alphie dostać się do budynku, a następnie wycofała się, odesłana przez Matsona do pomocy Sorevianom. Richard wahał się przed podjęciem tej decyzji, ale ostatecznie postanowił zrobić tak, jak zakładał od początku. Nie kierowała nim jednak wyłącznie duma oraz przeświadczenie, iż jego żołnierze mogliby własnoręcznie wykonać całe zadanie. Ostatnie wydarzenia, zwłaszcza zmiany związane z przybyciem do auveliańskiej bazy wysokiej rangi kapłana Avn’khor, sprawiały teraz, że miał złe przeczucia. Obawiał się, że komandosi OSA mogą naprawdę potrzebować wsparcia. Nie chciał też, żeby ziścił się feralny scenariusz, jaki wciąż pamiętał z jednej z symulacji. Żołnierze Jaworskiego mogli obserwować obrzeża ośrodka logistycznego od północnej strony i nie dopuścić do tego, żeby trafili tam jacyś zabłąkani wartownicy. - Tu Alpha dwa – powiedział w pewnej chwili Scott – Omega sześć zneutralizowany. Przygotowuję przesyłkę numer dwa. - Zrozumiałem, Alpha dwa – odrzekł major – Kontynuuj. Tymczasem Matson i Bower dopiero podeszli pod drzwi dyspozytorni i sprawdzali właśnie odczyty sensorów. Wykazywały, iż także tutaj znajduje się sześć osób. Żołnierze ustawili się po obu stronach drzwi. - Wkraczamy za trzy... – szepnął Richard – dwa… jeden… Otworzył wejście i jako pierwszy wpadł do środka. Znał pozycje wrogów, więc wodził celownikiem karabinu od jednego do drugiego w ułamkach sekundy. Auvelianie – czterej technicy obsługujący reaktor oraz dwaj strażnicy – odwrócili się wprawdzie odruchowo na dźwięk otwieranych drzwi, ale nie mieli szans zareagować, nawet krzyknąć. Zapewne nie wiedzieli nawet, co ich zabiło, gdyż zarówno terrańscy żołnierze, jak i wiązki laserów z ich broni były niewidoczne. - Tu Alpha jeden – oznajmił Matson, gdy drzwi już się za nimi zamknęły – Omega sześć zneutralizowany, przesyłka numer jeden w drodze. - Tu Katai jeden – odezwał się Akode – Potwierdź, Alpha. Gotowy do neutralizacji obiektu numer jeden? - Zaprzeczam – odrzekł Richard – W przybliżeniu za dwie minuty, Katai. - Zrozumiałem. Zawiadamiam, sekcje Katai, Geri i Dakei także przygotowują własne przesyłki. Do Czarnych, status neutralizacji obiektów dwa i cztery? - Tu Czarny jeden, zgłaszam szesnaście koma sześć procent – rzucił Zhack. - Tu Czarny dwa, osiem koma trzy procent – oznajmiła Zera. Matson przeliczył pospiesznie te dane. Oficerów na liście było dwunastu, wyłączając samego kapłana, którego mieli uprowadzić. Oznaczało to, że Zhack zabił już dwóch, a Zera jednego. Znając profesjonalizm zabójców Genisivare, dziewięciu pozostałych Auvelian nie miało już szans. - To idzie łatwiej, niż się spodziewałem – mruknął Richard. Po chwili zaczął zastanawiać się, czy nie powiedział tego w złą godzinę. * * * Zera nie potrafiła powstrzymać triumfalnego uśmiechu, kiedy trzymała w objęciach konającego auveliańskiego oficera, z rękami uwięzionymi pod splotami jej ogona. Szarpał się słabo, ale nie miał najmniejszych szans wyrwać się z uścisku jaszczurzycy. Była dla niego o wiele zbyt silna, poza tym zaaplikowała mu środek odurzający w chwili, kiedy go pochwyciła, zachodząc od tyłu. Środek ów nie tylko uniemożliwiał mu koncentrację, ale także sprawiał, że Auvelianin nie czuł, że umiera, kiedy wbite w jego szyję urządzenie powoli pobierało jego krew do przygotowanej, termoszczelnej flaszki. Zabójczyni rozejrzała się jeszcze raz po pomieszczeniu, ale zrobiła to machinalnie, tak naprawdę bez potrzeby. Gdyby ktoś znalazł się w pobliżu, wyczułaby to. Pokój nie był ponadto zbyt ciekawym obiektem obserwacji, jako że cechowała go typowa dla Auvelian asceza. Kwatera mieszkalna oficera, który lada chwila miał umrzeć, zawierała tylko najbardziej niezbędne, surowo zaprojektowane meble, a wyjście zeń wiodło do większej, centralnej komnaty – można by rzec, pokoju gościnnego. Po jego przeciwległej stronie mieścił się drugi pokój mieszkalny. Zajmujący go Auvelianin był już martwy. W końcu Idrack wyczuła, że także jej druga ofiara nie wykazuje już oznak życia. Nie pozostało zatem więcej krwi do zebrania. Puściła więc oficera, pozwalając jego ciału opaść bezwładnie na podłogę. Odłączając termoszczelną flaszkę od cewki, przesunęła nią sobie tuż przy płaskich nozdrzach, by móc poczuć zapach świeżej posoki. Z najwyższym trudem utrzymywała w ryzach ogarniające ją podniecenie i poczucie triumfu. Była drapieżnikiem. Zwyciężyła i uśmierciła swoją ofiarę, nie dała jej żadnych szans. Po powrocie z akcji posmakuje jej krwi, niczym prawdziwy drapieżca. Jak zwykle w takich sytuacjach, odzywał się w niej także cichy szept, jaki musiało w niej wykształcić wychowanie w ramach ułożonego, kierującego się szczytnymi ideałami społeczeństwa. Ów głos przypominał jej o barbarzyństwie, jakiego się dopuszcza oraz przypominał o tym, co właściwe. Niemniej, był to w dalszym ciągu tylko szept. Sprawiał, że nie przekraczała pewnych granic, które nawet ona sama uznawała za nienaruszalne oraz pozwalał jej zachować honor. Nie umniejszał jednak jej radości z aktu zabijania, ani też nie powstrzymywał od rytuału picia krwi pokonanego wroga. Czuła się zwycięzcą – wszyscy pozostali byli albo potencjalnymi ofiarami, albo innymi drapieżnikami, którzy dysponowali jednak mniejszą siłą, niż ona. Tak czy inaczej, nawet Zera rozumiała, że ową siłę należy kierować tylko i wyłącznie wobec tych, którzy na to zasługują. Nie było żadnej chwały ani powodu do dumy w zabijaniu kogoś, kto nie jest wojownikiem, ani też w pastwieniu się nad ofiarą, która została już pokonana. Tak postępowali wyłącznie tchórze. Idrack nie zamierzała zostawać jednym z nich. Chowając termoszczelną flaszkę do pustej ładownicy – zarezerwowanej właśnie na ten cel – Zera nie mogła się jednak oprzeć ogarniającemu ją powoli wrażeniu, że coś jest nie tak. Tłumiło to jej poczucie triumfu, przywołując jednocześnie do porządku i nakazując ponownie uszczelnić hełm. Przyjemność przyjemnością, ale miała zadanie do wykonania. Opanowując wcześniejsze podniecenie, mogła na powrót wejść w głębszy stan skupienia, co bardziej uwrażliwiało ją na to, czego osoby nie mające za sobą szkolenia w Genisivare wyczuć nie mogły. Przede wszystkim aurę, jaka nieodłącznie towarzyszyła Auvelianom czy też psychouzdolnionym Terranom. Jak gdyby przyciągana przez jakąś siłę, skierowała spojrzenie na leżącego u jej stóp oficera. Był martwy, to nie ulegało wątpliwości. Lecz pomimo tego, wydawała się wciąż coś wyczuwać – słabą emanację, w jej odczuciu dość nietypową. Umysły emitowały wprawdzie jeszcze aurę krótko po śmierci ich właścicieli, ale to w ocenie Zery wyglądało inaczej. Kucnęła przy zabitym, sięgając jednocześnie po nóż. Rozdarła uniform przy jego szyi, a potem ostrożnymi, precyzyjnymi ruchami rozcięła mu kark. Wiedziała, gdzie i czego powinna szukać. Przeszła trening w dziedzinie zwalczania wrogich psychotroników i choć sama nie korzystała z podobnych urządzeń, to jednak dysponowała wiedzą na temat optymalnych lokalizacji implantów, stymulujących zdolności psioniczne. Emanacje, jakie wyczuwała, przybrały na sile akurat wtedy, gdy odsłoniła – dostawszy się w pobliże rdzenia kręgowego Auvelianina – ich prawdopodobne źródło. Nie było to coś, co widziałaby wcześniej, a jednak pojęła w lot, czym jest i do czego służy. - Sihe – syknęła – Tego nie było w planie. Stanęła na nogi dość gwałtownym ruchem, chowając nóż i sięgając do boku głowy, by nadać ostrzeżenie. Miała jednak graniczące z pewnością przeczucie, że jest już za późno. Pogłębiło się tylko, gdy Zhack wszedł jej w słowo w ułamek sekundy po tym, jak się odezwała. Najwyraźniej on sam również odkrył, co się dzieje. To be continued...
  20. Bazil

    Problemy z forum

    A stało napisane, na herbie rodowym Vetinarich - si non confectus, non recifiat... Mnie ta dewiza jest bardzo bliska, toteż nie do końca rozumiem tych, dla których jest ona z kolei całkiem obca. Jeżeli ktoś wciąż ma problemy z formatowaniem na blogu, czy też z podmianą znaków wordowskich na te paskudne pytajniki, to mogę rzec, iż ponowne wklejenie tekstu załatwia sprawę.
  21. Wody. Koniec listy. Do tego wchłaniali ją przez skórę. Chyba "kumulacja". Kiedy z listy lecą kolejne punkty - bo naciągany, bo oparty na fałszywych przesłankach, bo rzecz bazuje w rzeczywistości na czymś kompletnie innym - to ta kumulacja coś się nam wykrusza i pozostają smętne resztki. Które trudno traktować już jako poważny dowód powiązania jednego z drugim. Ale to wciąż idea czysto ludzka, wychodząca od ludzi i właściwa ludziom! To, że prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest praktycznie zerowe - jako że w naturze Auvelianie, przez wzgląd na swoje psioniczne zdolności, są właściwie bezkonkurencyjni - nie ma żadnego znaczenia? Zważywszy na długość ich życia, myślę, że chyba jednak każdy dostałby swoją szansę. Przepraszam bardzo - nie wydaje mi się, by wprowadzenie czegoś takiego jako kolejnego mechanizmu, mającego zapobiec przerostowi populacji Auvelian, było oparte na "bo tak". Mając na względzie ich sytuację, przeludnienie grozi im na dłuższą metę o wiele bardziej, niż wspomniane powyżej wymarcie kilku samic. To rzeczywiście jest uzasadnienie "bo tak". Chyba żebyśmy mieli przyjąć, iż starożytni faktycznie tak zrobili z tego względu, że kierowali się podobnym myśleniem, co ja teraz. Postacie w utworze mogą popełniać błędy, autor nie. Eldarów, w chwili tworzenia własnego uni, znałem dość słabo - głównie z WH40k:DoW - i brałem od nich przeważnie elementy dość powierzchowne, w tym oparte na błędnej interpretacji tego, co widziałem. Moją uwagę zwróciło na przykład to, że Eldarzy jako wojownicy są fizycznie wątli i mało odporni - toteż Auvelianie prezentują się pod tym kątem podobnie, tyle że uczyniłem ich nawet jeszcze słabszymi, ginącymi wręcz masowo i z tego też względu korzystającymi z klonów. Fakt, iż Auvelianie polegają na maskowaniu i lubią przy jego pomocy atakować z zaskoczenia, to też rzecz zapożyczona od Eldarów. Powiązany z tym mało romantyczny stosunek Auvelian do walki też upodabnia ich do Eldarów, którzy, jak sami twierdzą, walczą tylko wtedy, kiedy muszą. Podobnie przedstawia się ich stosunek do "niższych ras", tyle że Auvelianie ingerują w ich losy jeszcze bardziej, niż Eldarzy. Wygląd Auvelian też jest inspirowany tym, jak pod tym kątem przedstawiają się Eldarzy - chodziło mi tu o stworzenie rasy, zewnętrznie przypominającej ludzi, ale za to diametralnie różnej pod kątem mentalności, bardziej chłodnej, bardziej bezdusznej. Toteż Auvelianie nie są wprawdzie kosmicznymi elfami w sensie dosłownym, ale i tak mają pod tym kątem wiele wspólnego z Eldarami. Ba, nawet ten motyw, iż Auvelianie chodzą zamaskowani, wziął się tak naprawdę wprost od Eldarów. O ile wiedziałem, że ci ostatni są zasadniczo futurystycznymi elfami, o tyle zwróciło moją uwagę to, że niechętnie się pokazują. Podczas grania w DoW, ani razu nie widziałem twarzy Eldara. Przeglądając arty w internecie, też z rzadka natykałem się na te, które pokazywały oblicza przedstawicieli tej rasy. Ależ tajemniczy. W dodatku te hełmy, które noszą, też są tak specyficznie zaprojektowane, jak gdyby w sposób toporny oddawały ludzkie rysy twarzy. I to właśnie przez to mi się pomyślało "a czemu Auvelianie by nie mogli też być tacy tajemniczy... i to na całego, nawet w życiu codziennym"? Dopiero później zacząłem się zastanawiać nad wewnętrznym uzasadnieniem tego motywu - początkowo było to podyktowane po prostu tym, iż wydało mi się cool, że Eldarzy nie pokazują twarzy. Awwrrr... Otóż nie - u Protossów w ogóle nie chodziło o kontrolę nad mocami. Tym to się akurat nie przejmowali. Chodziło o to, aby połączyć ich w jedną wspólnotę, żeby zapobiec przyszłym konfliktom, żeby zaprowadzić wśród nich harmonię. To była płaszczyzna czysto filozoficzna, a nie praktyczna. Jeżeli Khala coś im na dłuższą metę dała w kwestii ich mocy, to uczyniła je wręcz jeszcze bardziej destruktywnymi. Różnica jest kolosalna. Przede wszystkim kasty dzielą społeczeństwo w wymiarze funkcjonalnym, a nie pozycji na drabinie społecznej. Owszem, kasta zajmująca się polityką będzie miała w praktyce najwięcej do powiedzenia, ale generalnie taki system opiera się na tym, że dana osoba i dana kasta spełniają określoną rolę w społeczeństwie, a nie stoją jedna nad drugą. Tak, jak to jest w moim uni u Xizarian, gdzie sivt na ten przykład są wojownikami i nie mogą być nikim innym. Mogą najwyżej awansować w wojskowej hierarchii, ale żaden z nich nie zostanie robotnikiem czy politykiem. Nie może. Za to Auvelianin może się zajmować w życiu, czym tylko chce, o ile nie są to dla niego zbyt wysokie progi. Poza tym, może zmieniać swoją pozycję w ramach systemu klasowego, co w systemie kastowym jest niemożliwe. U Protossów masz z kolei trzy kasty - khalai, czyli pospólstwo, templariuszy, czyli wojowników, oraz sędziów, czyli polityków. Jeżeli ktoś przynależy do danej kasty, to po prostu sprawuje przeznaczoną mu funkcję w ramach społeczeństwa. Jak to się niby ma do Auvelian, gdzie przykładowo taki Aer'imuel może w każdej chwili zrezygnować z kariery wojskowej i zająć się pracą w administracji? To "w backstory" jest wciśnięte gdzieś tam, w sposób lakoniczny i odgrywa znikomą rolę w lore całej rasy. Na pewno nie jest to coś dla nich charakterystycznego, na czym można opierać tezę, że Auvelianie niby postępują tak samo. Skoro o tym mowa, to nadal zastanawiam się nad wprowadzeniem do uniwersum pomniejszej rasy - lub kilku - które byłyby już pod "opieką" Auvelian. Eh? Nie chodzi o nazwę, tylko o funkcjonalność. U Auvelian to po prostu laser - a zatem broń faktycznie strzelająca fotonami - tyle że podrasowany. U Protossów to całkowicie inna broń, miotająca pociskami z antymaterii, opakowanymi w ochronną barierę, żeby nie doszło do anihilacji jeszcze przed dotarciem do celu. Na chwilę obecną widzę całe mnóstwo problemów. Na czele z tym, że po prostu nie mam nazw zastępczych, przykładowo dla tej broni fotonowej. Skoro nie broń fotonowa, to jak to nazwać? Z góry mówię, że te "hiperlasery" i tym podobne bzdety nie wchodzą w grę. Albo "konklawe" - powiedziałem chyba, że mierzi mnie myśl o wprowadzaniu w jego miejsce jeszcze jednej "rady". A ze znanych nazw organów o charakterze kolegialnym "konklawe" pasuje mi najbardziej, z powodów, o których wcześniej mówiłem (no, chyba że - nie wiem - "kapituła"?). Albo ostrza psioniczne - skoro nie one, to co mam im dać do walki wręcz? Zwykłe noże bojowe odpadają, a gdybym im dał miecze (czy jakąkolwiek inną broń białą) z metalu, przewodzące jedynie energię psioniczną, wtedy oskarżyłbyś mnie o zrzynanie z energomieczy noszonych przez Space Marines. Przy tym mnie najbardziej z kolei irytuje, że czepiasz się nazwy - tylko i wyłącznie jej - jak gdyby to właśnie nazwa, a nie faktyczna warstwa merytoryczna, miała decydujące znaczenie. Konto zawieszono mi 15 września ubiegłego roku. Odwieszono dokładnie miesiąc później. Sam uznaj, czy to było niedawno. I tak, to miało związek z tą sytuacją, aczkolwiek rzeczony moderator miał czelność wysnuć jeszcze parę wniosków dalece wykraczających poza bieżący problem, niepopartych żadnymi faktami (a nawet czyniącymi im wbrew) i opartymi na jego imaginacji, że moje postępowanie względem Paoliniego i jego "twórczości" jest regułą, jeśli idzie o stosunek do innych pisarzy. Otóż muszę wysłuchiwać takich oszczerstw (i to jeszcze ze świadomością, że ten facet ma prawo wymierzać mi na forum kary w oparciu o te banialuki), bo jemu się zwyczajnie uroiło, że nic innego nie robię, tylko latam po różnych forach i dowodzę, że taką czy inną książkę napisałbym lepiej, bo przecież jestem taki genialny. Ot, co! Zapytałem, co w takim razie robią na forum założone przeze mnie tematy, gdzie chwaliłem taką czy inną książkę (jako przykład podałem ten traktujący o serii "Niszczyciel"), ale nie raczył się do tego ustosunkować. Nie raczył też podać jakiegokolwiek przykładu - poza "Eragonem" - gdzie faktycznie dowodziłem, iż jakąś książkę napisałbym lepiej. Jest, jak on mówi, bo tak mu się po prostu ubzdurało i już. Jak już powiedziałem - gdybym usłyszał od niego coś takiego w realu, prawdopodobnie dostałby ode mnie w twarz. Nawet teraz, jak o tym piszę, chce mi się krzyczeć, a na usta cisną mi się same najgorsze zniewagi. Patrz dwa akapity wyżej. Poza tym - dla ciebie wymiana "konklawe" na kolejną "radę" to tylko drobna wolta w terminologii, a dla mnie kolejny raz, kiedy muszę przeszukiwać wszystkie swoje teksty i wszystkie sajty, gdzie je zamieszczałem, by wyłuskać poszczególne przestarzałe słówka i zamienić je na aktualne. Przechodziłem już przez to kilka razy i z każdym kolejnym mam na to coraz mniejszą ochotę. Oraz coraz większą szansę, że przeoczę przestarzały termin tu i tam - co sen mi później z powiek spędza, bo taki już jestem drobiazgowy.
  22. Bezpośrednio - nie. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by soreviański wojownik zinterpretował przykazanie o okazywaniu dobroci i współczucia w ten sposób, iż powinien je okazywać w sposób bardziej bezpośredni, niż tylko walka w czyjejś obronie.
  23. Ci, którzy pamiętają starożytne czasy, to też ogół Auvelian... zawsze jest to jakiś ogólny dorobek rasy, cała ta wiedza. O, Jezu... mówię przecież - ja czytałem książkę (a raczej książeczkę), gdzie o tym było. Chcesz, to mogę ci równie dobrze pokazać jej zdjęcie (oraz skan strony, gdzie to stoi napisane). No, widzisz - a Auvelianie nie żywią się fotosyntezą. Poza tym, nie są mimo wszystko tak całkiem samowystarczalni, bo wciąż potrzebują niektórych składników mineralnych, by prawidłowo funkcjonować. Dlaczego? Przecież to w zasadzie to samo słowo, pochodzące od nazwy naszego gatunku, tyle że w innym języku. Tylko że tempo przyrostu naturalnego zależy przede wszystkim od ilości samic, nie samców. Mimo wszystko, to kobiety rodzą dzieci, a nie mężczyźni. Jeżeli w społeczności A jest więcej samic, niż w społeczeństwie B, to po upływie czasu X społeczeństwu A przybędzie naraz więcej potomstwa, niż społeczeństwu B. Z kolei samiec, jak sam zauważyłeś, może obsłużyć kilka lub kilkanaście samic - oznacza to, że równie dobrze mógłby być tylko jeden facet na te kilkanaście kobiet, żeby dało to solidny przyrost naturalny (abstrahuję oczywiście w tym momencie od faktu, że stwarzałoby to w praktyce problem z pulą genetyczną). W odwrotnej sytuacji przyrost naturalny będzie wielokrotnie wolniejszy. Problemem jest też to, że są to w większości wątłe analogie, nawiązujące do motywów występujących także w innych settingach, a niektóre z nich opierają się wręcz na fałszywych przesłankach. Jak "argumentacja", że Avatar to tak naprawdę klon Pocahontas. Albo że Protossi to z kolei zrzyn z Eldarów (którzy mieli swoją drogą większy wpływ na wizerunek Auvelian, niż rasa Blizzarda). Ona, i jeszcze Eldarzy, i jeszcze pewnie nie wiadomo ile innych ras. Nawet w "Son of Nor" natknąłem się na ów motyw. Wojna domowa u Auvelian wybuchła całe eony po odejściu starożytnych i oba te wydarzenia nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Z kolei Protossi w czasach Eonu Gniewu tak naprawdę nie mieli jeszcze żadnego imperium, co to można byłoby je zdruzgotać, a wybuch wojny domowej zbiegł się w czasie z odejściem Xel'Nagi i był zresztą dla nich tak naprawdę zachętą, żeby porzucić Protossów (jako że niektóre z ich plemion obróciły się przeciwko samej Xel'Nadze). Nie, no... naprawdę? To, że po zakończeniu wojny domowej i związanych zeń perturbacjach musiał się w końcu wyłonić jakiś rząd, to twoim zdaniem koniecznie muszą być Protossi? Poza tym, pierwsze słyszę, żeby władza tych ostatnich sprawowała ścisłą kontrolę nad psionicznymi mocami - Protossom nigdy nie przyszedł do głowy pomysł, żeby się pod tym względem ograniczać, natomiast postanowili wykorzystać swoje zdolności do zbudowania tej więzi, Khali, która miała zapewnić im pokój i harmonię. A nie tłumić ich zdolności. I znowu - ona, i jeszcze nie wiadomo ile innych ras. To jak ma się nazywać? Znowu "rada"? Terranie mają radę, Sorevianie mają radę, Xizarianie mają radę... nie chcę w kółko nadużywać jednego określenia, dałem Auvelianom to "konklawe" również dlatego, żeby zrobić wreszcie jakieś odstępstwo od tej reguły. Oraz podchwyciwszy fakt, że Avn'khor tytułują się kapłanami. A jeśli StarCraft mi w ogóle przyszedł na myśl, to tylko jako jedno z iluś tam uniwersów, gdzie tę nazwę stosuje się dość swobodnie, jako określenie organu o charakterze kolegialnym (jak już onegdaj powiedziałem, Kirin Tor z Warcrafta też został określony w manualu jako "konklawe magów"). Auvelianie nie mają społeczeństwa kastowego. Mają społeczeństwo klasowe. Jest to zresztą wprost stwierdzone w rubryce "system społeczny". Społeczeństwo klasowe, a społeczeństwo kastowe, to dwa całkowicie różne zjawiska. Pierwsze słyszę, żeby Protossi uważali, iż ich rolą jest opieka nad młodszymi rasami. Owszem, jest coś tam przebąkiwane, że kiedyś próbowali się tak bawić (dlatego ingerowali w politykę ras Tagal oraz Kalathi), ale już od dawna się tym nie zajmują. Wolą raczej eksterminować te rasy, które uznają za zagrożenie, albo po prostu za wymykające się ich standardom doskonałości (konklawe nie miało żadnych skrupułów, żeby podczas sterylizacji zainfekowanych kolonii niszczyć Terran na równi z Zergami) - coś, co Auvelianom, pomimo wszystkich ich wad, nigdy by przez myśl nie przeszło. Czyli - w rzeczywistości - tak naprawdę zwykły laser, tyle że podrasowany. Broń, której Protossi nie używają w ogóle (preferują psionikę oraz antymaterię). Może i rzeczywiście do wymyślenia ostrzy psionicznych popchnęła mnie obecność takich ostrzy u Protossów - ale znowu, ile takich energetycznych ostrzy już było w fantastyce? Wprawdzie nie zawarłem tego w mini-kompendium (może jednak powinienem był to zrobić?), ale Auvelianie tylko w teorii mogą przenosić dziesiątki tysięcy myśliwców w pojedynczej flocie. W praktyce, większość ich okrętów - w tym na przykład Relai'kaele - jest wykorzystywana jako transportowce wojska, dla przewiezienia tych wszystkich miliardów klonów, a ta poszerzona przestrzeń hangarowa jest często zapełniana nie myśliwcami, ale dodatkowymi desantowcami. Okręty Auvelian nie opierają się na przenoszeniu myśliwców, tylko są po prostu mało wyspecjalizowane (za wyjątkiem Adanai'kaeli oraz Nemaphaeli) i każdy z nich jest pomyślany tak, by mógł w razie potrzeby posłużyć i jako okręt artyleryjski, i jako lotniskowiec, i jako transportowiec wojska. I znowu - Eldarzy, ileż razy... Sprzęt Auvelian nie jest wrażliwy na EMP. Impuls elektromagnetyczny jest ogólnie bezużyteczny przeciwko rasom mojego uni. Wrażliwe u Auvelian są tylko te pola maskujące. Pomyślałem to jako słaby punkt tej technologii (żeby nie była zbyt doskonała), który byłby zarazem w miarę łatwy do wykorzystania i nie czynił tego cacka bezużytecznym. A nie jako coś, co występowało u Protossów (bo nie występowało). Grrr... Mogę cię tylko po przyjacielsku uprzedzić, że ja się wręcz gotuję, kiedy mówię coś zgodnie z prawdą, a dana osoba zarzuca mi kłamstwo, albo wciska w usta coś, czego nie wypowiedziałem. Niedawno miałem nawet ochotę udusić pewnego moderatora - tutaj, na FA - po przeczytaniu jego PW, w której zawarł żałośnie płytką psychoanalizę mojej osoby i przypisywał mi skrajnie małostkową i samolubną motywację moich zachowań. Motywację, która w rzeczywistości nawet przez myśl mi nigdy nie przeszła. Całe szczęście, że ochłonąłem, zanim wziąłem się wtedy za odpisywanie - gdyby miał czelność powiedzieć mi coś takiego w twarz w realu, możliwe, że po prostu bym go spoliczkował. I wydarł ryja. Tobie z mojej strony nic nie grozi, bo mam dla ciebie sympatię i wiele ci zawdzięczam, ale wolałbym, żebyś do mnie nie wyjeżdżał z takimi tekstami. Moje pomysły krytykuj, ile dusza zapragnie - ale powstrzymuj się od bezpośredniego oskarżania mnie o kłamstwo. Powtórzę zatem - NIE, NIE KOPIUJĘ PROTOSSÓW. Nie bardziej, niż jakąkolwiek inną rasę czy uniwersum, którymi się inspirowałem. A już na pewno z nich nie zgapiałem, wymyślając takie oczywiste rzeczy, jak to, że po zakończeniu wojny domowej i rozpadzie państwa, siłą rzeczy musiał powstać jakiś nowy rząd, dążący do ponownego zjednoczenia narodu. Świadomie zaczerpnąłem od Protossów tylko pojedyncze motywy, jak wspomniana broń fotonowa (którą i tak zaczerpnąłem, myśląc, że to broń podobnie wszechobecna, jak na przykład broń jonowa), ostrza psioniczne, czy też kryształy Khaydarin (tyle że te pierwotnie pojawiły się u Terran, a nie u Auvelian; im chciałem dać jakąś zupełnie inną substancję, ale ostatecznie uznałem, że skoro jest już sobie taki kryształ, to dlaczego nie miałby znaleźć powszechnego zastosowania). Bez wątpienia. - Protossi to najbardziej zaawansowana technologicznie rasa z tych obecnych w StarCrafcie, w moim uni ten zaszczyt przypada Terranom, a nie Auvelianom. Z kolei jeśli idzie o samych Terran, to w ich wizerunku o wiele poważniejszym źródłem inspiracji było JDA z Dark Reign 2, niż ich odpowiednik ze StarCrafta. Nawet moje pierwotne wyobrażenie szeregowego piechura GTF było w gruncie rzeczy kalką Guardiana od JDA. - Swoją drogą, gdzie te wszechobecne tarcze energetyczne, tak charakterystyczne dla Protossów? Dostały się Terranom. Zresztą nie od Protossów, ale od wspomnianego JDA (którego jednostki - nawet piechota - też były co do jednej chronione tarczami energetycznymi). - Protossi wyznają etos mężnego i honorowego wojownika, a kasta templariuszy cieszy się u nich niemałym poważaniem reszty społeczeństwa. Auvelianie nie widzą w tym nic romantycznego, a ci przedstawiciele ich rasy, którzy decydują się zostać wojownikami (Arm'imdel), spotykają się nie z szacunkiem, lecz z ostracyzmem wśród rodaków. - Protossi są też odpowiednio stworzeni do tego, aby być wojownikami - silni, odporni i sprawni fizycznie, bardziej, niż ludzie. Całkowite przeciwieństwo Auvelian. Z tego w dużej mierze wynika fakt, iż walka wręcz jest u Protossów normą, natomiast Auvelianie unikają jej, jak ognia. - W związku z powyższym, Protossi nie widzą nic zdrożnego w tym, żeby walczyć własnoręcznie. Jeśli już korzystają z pomocy, preferują wszelkiej maści roboty - a nie klony, jak Auvelianie. - Poza tym doktryna wojskowa Protossów stawia na siłę jednostki, a nie na masę. U Auvelian tendencja jest dokładnie odwrotna - Arm'imdel są tylko wyjątkiem od reguły. - Protossi, choć egzaltowani i inaczej myślący, niż ludzie, są jednak do nich bardzo podobni. Tak samo odczuwają emocje, miewają nawet podobne poczucie humoru (vide Fenix i jego relacje z Raynorem). - Poza tym Protossi mają ogólnie inną mentalność, niż Auvelianie. Tak jak przypomniałem powyżej, wcale nie widzą siebie w roli przywódców reszty ras rozumnych. Auvelianie nie mają też żadnej ideologii, która byłaby porównywalna chociażby z tą narosłą wokół Khali. Postępują w tej materii wręcz odwrotnie, jak Protossi - zamiast pozostawać ze sobą w jakiejś wspólnej więzi, są skryci i starają się nie okazywać innym własnych myśli czy też emocji. - No i, jak mówiłem, Protossi wcale nie są tak wstrzemięźliwi, jak Auvelianie, jeśli idzie o korzystanie z własnych psionicznych zdolności. - Mógłbym jeszcze powtórzyć te różnice, które omówiłem powyżej, w odpowiedzi na twoje próby doszukiwania się podobieństw. Na przykład jakich? Żeby Auvelianie w ogóle nie przypominali ci Protossów, musieliby chyba przestać być tacy starożytni i stracić zdolności psioniczne.
  24. Piszę właśnie rozdział osiemnasty... ale już wiem, że dziś go nie dokończę. A to jednego z drugim nie da się połączyć? Ten ich kodeks wojownika propaguje przecież rozmaite humanitarne zachowania, w tym (niczym bushido) dobroć i współczucie - w tej sytuacji mogą postępować tak, jak im nakazuje serce, a przy okazji wypełniać swoje zobowiązanie wobec ichniego boga wojny.
  25. To już swoją drogą. Ale ewakuacja cywilów, niezależnie od związanych z tym problemów natury logistycznej czy strategicznej, tak czy inaczej była Sorevianom, pod kątem PR, o wiele bardziej na rękę, niż... bo ja wiem... zostawianie ich na pewną śmierć? To jednak nie oznacza, że soreviańscy żołnierze wykonujący takie rozkazy musieli to robić z entuzjazmem. A Isake i jego kameraden mieli na tyle silne poczucie misji, że starali się także nawiązać bliższą więź z ludźmi, których ochraniali. Przede wszystkim, niewidzialność żołnierzy z Sekcji Gamma (jak i podobnych formacji, np. Genisivare) wynika ze specjalnej konstrukcji powłoki ich kombinezonów, a nie z roztaczania jakiegoś magicznego pola niewidzialności. To, czy broń do ich ciał przylega, czy też nie, nie ma żadnego znaczenia - to wszystko też kwestia odpowiedniej konstrukcji ich ekwipunku. Na dokładkę ich kombinezony, jak i broń i cały sprzęt, są naszpikowane elektroniką i można je bez problemu ze sobą "sprząc" w jedną sieć, na podobieństwo tego, jak działa współczesny bluetooth.
×
×
  • Create New...