Jump to content

Bazil

Forumowicze
  • Content Count

    507
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

36 Neutralna

About Bazil

  • Rank
    Elf
  • Birthday 06/26/1988

Sposób kontaktu

  • Discord
    Array
  • Strona WWW
    Array

Informacje profilowe

  • Płeć
    Array
  • Skąd
    Array
  • Zainteresowania
    Array

Dodatkowe informacje

  • Ulubione gry
    Array
  • Ulubiony gatunek gier
    Array

Recent Profile Visitors

6,166 profile views
  1. Gdzieżbym śmiał zapomnieć? Wiadomość o śmierci EGM powziąłem dopiero w weekend - odebrawszy newsletter na poczcie elektronicznej - a o założeniu niniejszego tematu nic nie wiedziałem, bo forum nie odwiedzam już regularnie. CDA kupuję regularnie od października 2002 roku (co oznacza, że pierwszym przeze mnie nabytym numerem był 11/2002) i Generała pamiętam doskonale jako członka "starej gwardii" redaktorów. Niestety, nigdy nie znałem go bliżej, że tak powiem - a to z tego prozaicznego względu, że koncentrował się na recenzowaniu przygodówek, które nigdy nie leżały w moim kręgu zainteresowań. Niemniej, jego recenzje czytałem, a i owszem, podobały mi się (jak każde inne zresztą), ale nie zapadły mi szczególnie w pamięć. Zapamiętałem natomiast doskonale (podobnie jak jeden z przedmówców) jego udział w dyskusji ze Smugglerem na temat piractwa (zawsze lubiłem czytać, jak Smugg w doskonale dobranych słowach równa z ziemią ten proceder... w gruncie rzeczy, sam później korzystałem, w realu, z wysnuwanych przez niego argumentów) jak również... przypisywane mu, cokolwiek sprośne (lub "męskie", jak kto woli) poczucie humoru. Nigdy nie zapomnę pochodzącej od niego, złotej myśli w którymś z wydań Action Redaction ("jeżeli napierśnik nosimy na piersi..."). Swoją drogą, zawsze mnie dziwiło, że przy swojej wojskowej przeszłości, zajmował się właśnie przygodówkami. Jak dla mnie, mógłby się zamienić z Mac Abrą (z przekonań - wedle deklaracji - pacyfistą; no chyba że coś się w tej materii zmieniło), jeśli o gatunek i tematykę gier chodzi. Tak czy inaczej - requiescat in pace, Generale. Sit tibi terra levis.
  2. Kiedyś, kiedyś - wydaje się teraz, że było to wieki temu - Tzar postanowił wyrazić protest (do którego ja sam szybko się przyłączyłem) pod adresem nader lakonicznych wypowiedzi w tym temacie, ograniczających się w zasadzie do suchego zapodania tytułu (lub tytułów) książki oraz nic nie wnoszącego komentarza w stylu "fajne" albo "polecam". Zero przemyśleń, wrażeń z lektury, zero pola do jakiejkolwiek debaty. Gdyby Tzar zdecydował się przemówić teraz, byłoby to, zdaje się, równie aktualne. Ale skoro go tu nie ma, to ja go wyręczę - minęły już trzy miesiące, odkąd zamieściłem swoją ostatnią kobyłę w temacie, a tymczasem nie dość, że aktywność nadal jest niewielka, to znów przeważają wypowiedzi, nie składające się nawet z dwóch linijek tekstu. Ba, pewien delikwent nie zdołał napisać nawet jednej. Podejmując ponowną próbę ożywienia "fredu", zacznę od wzmianki na temat tego, co jeszcze zdołałem w tak zwanym międzyczasie przeczytać, poza tytułami z wyżej zapodanej listy. Pierwsza z lektur dodatkowych to Księga Dżungli Rudyarda Kiplinga. Sięgnąłem po nią, bo to przecież klasyk, niedawno jeszcze jeden film na jego kanwie nakręcili, a poza tym liczyłem na jakieś lekkie dzieło przygodowe. Niestety, w tym ostatnim wypadku się mocno rozczarowałem, bo Księga Dżungli to po prostu literatura typowo dziecięca. Przeczytałem ją szybko i bez zająknięcia, ale nie powiem, żebym odczuwał przy tym jakąś autentyczną frajdę. Czasami to ja naprawdę czuję się staro... Druga lektura dodatkowa to Wiatr przez dziurkę od klucza Stephena Kinga. Jeszcze jeden tom, dopisany do cyklu Mroczna Wieża, który początkowo chciałem zignorować, ewentualnie przeczytać już później. Niemniej, ponieważ wszędzie już się o tej serii mówi, że jest ośmio-, a nie siedmiotomowa, a ja dodatkowo uznałem, że nie ma sensu zostawiać takiej książki na później, kiedy można od razu przeczytać cykl jako całość, jednak po toto sięgnąłem. Po przeczytaniu zastanawiam się jednak, czy dopisywanie tego ósmego (czy raczej - "cztery i pół") tomu do cyklu było naprawdę konieczne i czy naprawdę wniosło coś do opowieści. To mimo wszystko całkowicie odrębna historia, niewiele (a właściwie to nic) mająca wspólnego z wędrówką protagonistów do tytułowej Mrocznej Wieży. Czytało mi się to lekko, jak na Kinga (ogólnie ciężej mi się "wczytać" w prozę Kinga, niż na przykład Sapkowskiego, Novik czy Grzędowicza), ale... no... what's the point, anyway? Obecnie czytam natomiast... hm, tak naprawdę, to "czytam" jest tutaj powiedziane trochę na wyrost - bo czas na czytanie niezobowiązujących lektur, którego nigdy nie miałem tyle, ile bym chciał, ostatnio pomału zbliża się do zera. Niemniej, ostatnio znów sięgnąłem po parę książek jednocześnie, z zamiarem naprzemiennego ich czytania, bądź też ustawienia w kolejce na najbliższą przyszłość. - www.1939.com.pl Marcina Ciszewskiego. Kiedy tylko sklep internetowy, w którym normalnie robię zakupy, wrzucił na swoje wirtualne półki cykl powieści pana Ciszewskiego z gatunku historii alternatywnej, nabyłem z miejsca wszystkie sześć jego tomów. W związku z tym, zdecydowałem się przeczytać cały cykl od nowa (podobnie zrobiłem wcześniej z cyklem Temeraire od Naomi Novik). Do książki otwierającej cykl nadal żywię niemały sentyment, natomiast... cóż, odnoszę wrażenie, że im dłużej ją znam, tym więcej znajduję w niej rzeczy, na które mógłbym jęczeć. Część tego miauczenia wyraziłem w temacie poświęconym samej książce, dzisiaj dopisałbym do niego to, że no... ja naprawdę przepraszam, panie Ciszewski, ale dlaczego zwyczajnie pan olał kwestię "szoku cywilizacyjnego", kazał protagonistom zataić fakt, iż przybyli z przyszłości i jeszcze na dokładkę przez większość czasu izolował ich od ludzi z dawnej epoki, ograniczając kontakty pomiędzy dwiema grupami? Toż to istna kopalnia ciekawych wątków - wiem to z lektury innych książek z tej konwencji, ze szczególnym wskazaniem na cykl Oś Czasu Birminghama (cykl średni, ale kwestia różnic cywilizacyjnych, społecznych i kulturowych między przybyszami z przyszłości a "współczesnymi" została weń przedstawiona ciekawie i kompleksowo), a pan to po prostu zlekceważył i skupił się na nikomu niepotrzebnym wątku kryminalnym. Przy lekturze kolejnych części cyklu odnoszę wrażenie, iż sam pan dostrzegł zmarnowany potencjał, ale cóż... czasu już się nie cofnie (nawet jeśli książki sugerują co innego...). - Wybrana Naomi Novik. Ta książka, po prawdzie, zalegała u mnie już od jakiegoś czasu (jeśli mam być szczery, wolałbym najpierw dostać ostatni tom cyklu Temeraire, zamiast całkiem odrębnej historii... To jak z Peterem Jacksonem - chciałoby się, żeby się wreszcie wziął za z dawna zapowiadaną adaptację Smoka jego królewskiej mości i kontynuacji, a on nie dość, że bierze się najpierw za Hobbita, to jeszcze rozciąga pojedynczą powieść na trzy filmy), ale wreszcie się za nią wziąłem, bo na Ligę Smoków od tej samej autorki to sobie jeszcze poczekam. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę przy lekturze Wybranej (poza wyraźnie słowiańskimi klimatami), to fakt, że... jak na razie nie mam na kim zawiesić oka. Czytać się czyta gładko, tak jak poprzednie książki Novik, ale wrażenia psuje nieco fakt, że póki co, nie natknąłem się na postać, z którą naprawdę bym sympatyzował. Agnieszka to, jak Smok ją raczył niepochlebnie określić, po prostu niedojda, której nic nie wychodzi i która ciągle pakuje się w kłopoty; Smok ze swojej strony to po prostu gbur i buc, który jak na razie nie okazał żadnych uczuć, które można by określić jako pozytywne. Niemniej, dopiero zacząłem tę książkę czytać, z czasem się pewnie to jakoś rozwinie. - Perfekcyjna niedoskonałość Jacka Dukaja. W zasadzie nie mam jeszcze wiele do powiedzenia, bo dopiero przerzuciłem pierwsze stronice powieści, ale widzę tu podobnie ciężki styl do tego, z którym miałem do czynienia podczas lektury innej książki tego autora, znaczy Czarnych oceanów. Zresztą... nie, po namyśle powiedziałbym, że problemem nie jest tutaj styl pisarski sam w sobie, a raczej cokolwiek nietypowa forma opowieści i narracji. Z jednej strony, podziwiam Dukaja za łatwość, z jaką tworzy teksty odstające całkowicie od znanych mi wzorców (żebym ja był taki kreatywny...), a z drugiej... no, gdybym już wcześniej nie wiedział (ze swoich internetowych wojaży), o co mniej więcej chodzi w tej Perfekcyjnej niedoskonałości, pewnie pogubiłbym się już po tych pierwszych kilku stronach. I niech nikt mi tu nie pisze niczego w stylu "ty taki, nietaki, nie nadajesz się po prostu do czytania trudnych książek". Jak już ongiś wspomniałem, książki Philipa K. Dicka też są trudne, a mimo to czyta mi się je zdecydowanie łatwiej, niż prozę Dukaja. Że już nie wspomnę o Stanisławie Lemie. Nie sądzę zatem, aby jedynym czynnikiem było moje prostactwo. - Metro 2033 Dmitrija Glukhovskiego. Kolejny tytuł, który kupiłem ładnych parę miesięcy temu, odłożyłem na półkę... i dopiero niedawno wreszcie wziąłem się za niego na poważnie (no co, no co? Jest lista społeczna! Tylko w kiblu by... a nie, to nie ta bajka). Pierwsze, co zwraca moją uwagę przy jego lekturze, to ogromna ilość ekspozycji. Dosłownie co chwila autor przerywa "właściwą" narrację, żeby opowiedzieć jakąś mrożącą krew w żyłach historię z mniej lub bardziej zamierzchłych czasów, jakiś skromny referat o funkcjonowaniu stacji moskiewskiego metra 2033 roku n.e. czy też inną anegdotę. Nie powiem jednak, żeby mi to przeszkadzało - wręcz przeciwnie. Lubię poznawać całą tę mitologię fikcyjnych, stworzonych przez innych światów, lubię wiedzieć, co się w nich dzieje i jak funkcjonują tudzież czuć, że perspektywa nie ogranicza się wcale do czubka nosa głównego protagonisty (jak tak sobie teraz o tym pomyślę - jest to w sumie coś, czego mi brakuje u Ciszewskiego czy też Cholewy). Jedyny mankament to ta nieszczęsna mapa... to znaczy, niech nikt nie zrozumie mnie źle - mapka z rozkładem moskiewskiego metra (z zaznaczeniem różnych detali pokroju "przynależności politycznej" poszczególnych stacji) to naprawdę fajna sprawa. Natomiast nie jest fajną sprawą konieczność ciągłego przerywania lektury po to, żeby zerknąć na tę mapę i odnaleźć miejsce wydarzeń, o których mowa. A, niech tam... książkę tak czy inaczej czyta mi się dobrze, choć odnoszę wrażenie, że te ekspozycje są pisane niejako kosztem właściwej historii. Przeczytałem już kilka rozdziałów, a fabuła... no, nie to, że się nie posuwa do przodu, bo się wyraźnie posuwa, ale z drugiej strony główny bohater jak dotąd nie zdążył też posunąć się nazbyt wiele. - Mroczna Wieża: Pieśń Susannah Stephena Kinga. Tom szósty (i przedostatni) nietypowego cyklu z gatunku dark fantasy. Przez jakiś czas miałem przerwę w czytaniu książek z tej serii, ale (co można wywnioskować z mojej gadaniny o Wietrze...) ostatnio do niego powróciłem. Niewiele mogę rzec o swoich przemyśleniach dotyczących fabuły, bo musiałbym nieźle zaspoilerować, ale... no, spodziewam się niemałego bałaganu po tym, jak w finale poprzedniego tomu (tzn. Mroczna Wieża: Wilki z Calla) Stephen King zburzył czwartą ścianę. Tylko że... do licha, czemu mam wrażenie, iż niektóre wątki robią się tutaj naprawdę wymuszone? Czemu służy na przykład... albo... ech, spróbuj tu człowieku cokolwiek powiedzieć, kiedy nie możesz tak po prostu zdradzić fabuły. - Trzy wiedźmy Terry'ego Pratchetta. Cykl powieści ze Świata Dysku też poszedł ostatnio w odstawkę, ale - podobnie jak w przypadku Mrocznej Wieży - w końcu do niego powróciłem. Jeśli idzie o kolejny tom, jaki mam do przeczytania... cóż, osoby, które czytały Szekspira (ze szczególnym wskazaniem na Makbeta) już po tytule mogą się zorientować, z czego tym razem Pratchett robi sobie jaja.
  3. Z cyklem Michała Cholewy jestem na bieżąco, odkąd ujrzałem na półce w Empiku pierwszy tom - "Gambit". Ani tytuł, ani nazwisko autora nic mi wówczas nie mówiły, ale pomimo tego, książkę kupiłem w ciemno. Podstawową zachętą był fakt, iż należy ona (jak i cały cykl) do gatunku military SF. Po pierwsze ta konwencja jest dla mnie tak czy inaczej źródłem fascynacji, a po drugie, sam usiłuję w bólach tworzyć właśnie militarne science-fiction, więc uznałem, że warto wspierać rodzimą twórczość w tym zakresie. Od tamtej pory minęły już lata, a historia rozrosła się z pojedynczej powieści do cyklu czterech książek (niedawno w sprzedaży pojawił się tom czwarty - "Inwit"). Muszę przyznać, że chociaż "Gambit" mnie nie zachwycił, to seria w ogólnym rozrachunku staje się z tomu na tom coraz lepsza. Aby zachęcić innych do obcowania z nią, mogę rzec, iż za część trzecią - "Fortę" - autor otrzymał nie tak dawno nagrodę Zajdla. Akcja książek cyklu rozgrywa się w (a to niespodzianka) odległej przyszłości - gwoli ścisłości, historia rozpoczyna swój bieg na początku 2211 roku. Ludzkość już dziesiątki lat temu sięgnęła gwiazd, eksplorując przestrzeń kosmiczną oraz zakładając coraz to nowe kolonie na innych planetach. Niestety, jakiś czas temu została dotknięta straszliwym kataklizmem. Wszechobecne Sztuczne Inteligencje, wspierające homo sapiens we właściwie wszelkich dziedzinach życia, pewnego dnia uległy zbiorowemu szaleństwu i obróciły się przeciwko swoim stwórcom. Na wszystkich planetach skolonizowanych przez Ziemian wybuchły konflikty zbrojne, w ruch poszły arsenały nuklearne, a sama Ziemia została doszczętnie zniszczona. Po owej katastrofie - nazwanej po prostu "Dniem" - ocalały jedynie resztki ludzkości pod sztandarem trzech międzygwiezdnych "państw" - Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej oraz Imperium (znaczy Chin). Te, kiedy sytuacja już się uspokoiła, przystąpiły do wzajemnej rywalizacji, walcząc o pozostałości technologii sprzed Dnia. Wskutek całego bałaganu, wywołanego buntem maszyn, przepadło bowiem wiele najnowocześniejszych zdobyczy techniki - można by rzec, iż ludzkość cofnęła się w rozwoju. Nie muszę chyba dodawać, iż Sztuczne Inteligencje są obecnie tabu. Nie wolno pracować nad tą technologią, a jeszcze istniejące SI, które przetrwały Dzień, są bezwzględnie tępione. Centralną postacią w cyklu - choć nie jedyną, na której skupia się fabuła poszczególnych powieści - jest młody żołnierz wojsk unijnych, szeregowy Marcin Wierzbowski. On i członkowie jego oddziału na przestrzeni kolejnych powieści mają wątpliwy zaszczyt pakować się w kolejne awantury, wykonując niejednokrotnie szczególnie trudne i istotne zadania, polegające na przykład na zdobyciu artefaktów pozostałych po Dniu, zanim te wpadną w ręce wroga. Niestety, praktycznie za każdym razem mają możność się przekonać, iż są jedynie pionkami w większej grze. Pionkami, które można łatwo poświęcić. Losy Wierzbowskiego i jego towarzyszy splatają się ponadto nader często z losami pułkownika Williama Brisbane'a - bezwzględnego oficera z cieszącego się złą sławą Dowództwa Operacji Specjalnych. Ten zaś nie cofnie się przed niczym, by wykonać zadanie. Ciężko mi opisać losy Wierzbowskiego i innych bohaterów w sposób bardziej szczegółowy, bo misje, w które angażują się bohaterowie, są skrajnie różne (poza tym, nie mogę spoilerować). Niemniej, są pewne motywy, które powracają w poszczególnych tomach cyklu. Tym, który powtarza się zdecydowanie najczęściej, jest kwestia poświęcenia pewnych wartości - z ludzkim życiem na czele - w imię realizacji celu. Cholewa obrazuje jednak ów motyw w dość dwuznaczny sposób, rzadko przedstawiając postępowanie osób, które decydują się poświęcić innych, jako jednoznacznie złe. Bohaterowie biorą udział w wojnie, a ta zmusza ich po prostu do podejmowania trudnych decyzji. Inną powracającą kwestią jest perspektywa, z której prowadzona jest narracja - ktoś kiedyś określił historię opisaną w cyklu "Algorytm wojny" słowami "wojna prowadzona z perspektywy żaby". Jest to w gruncie rzeczy dość trafne podsumowanie całej serii - główni protagoniści, z Wierzbowskim na czele, są tylko zwykłymi, szeregowymi żołnierzami, wykonującymi po prostu swoje zadanie. Nie mają większego obrazu sytuacji, często po prostu nie rozumieją powodów, dla których osoby pokroju Brisbane'a chcą ich poświęcić. Taki sposób prowadzenia historii ma oczywiste zalety, choć ma również - w moim mniemaniu - także wady. Najważniejszą jest fakt, iż nie możemy w ostatecznym rozrachunku obserwować całego stworzonego przez Cholewę uniwersum w większym spektrum. Zapomnijcie o wielkich bitwach i starciach całych flot kosmicznych krążowników - tutaj kluczową rolę odgrywają małe, ale istotne strategicznie akcje, rozgrywane przez garstki częstokroć starannie dobranych żołnierzy. Stąd tak wielką rolę w fabule poszczególnych powieści odgrywają poczynania oddziałów specjalnych, dowodzonych przez Brisbane'a - Wierzbowski i jego towarzysze mają po prostu tego pecha, że są wielokrotnie wciągani w ich plany. Poza najbardziej oczywistym wyborem - czyli ludźmi, którzy, podobnie jak ja, interesują się fantastyką i zarazem wojskowością - trudno mi powiedzieć, komu poleciłbym cykl Cholewy. Nadto, chociaż świat przedstawiony w utworze jest naprawdę przemyślany i przedstawiony z dużą dbałością o detale, to styl autora określiłbym jako... średnio lekki. O ile podobały mi się opisy bitew czy też funkcjonowania futurystycznych technologii, o tyle chyba w każdej książce nie brakowało kawałków, przez które przedzierałem się z trudem. Pozostają jeszcze postacie, których na dzień dobry (znaczy w "Gambicie") poznałem naprawdę sporo i zwyczajnie nie potrafiłem rozróżnić, kto jest kim (brakowało im cech, które by je naprawdę wyróżniały). Niemniej, jak już mówiłem, z każdym kolejnym tomem jest coraz lepiej. No, skoro ten cykl spotkał się mimo wszystko z niejakim uznaniem (nagroda Zajdla!), to może jest tu jednak ktoś poza mną, kto go czytał?
  4. Powszechny zachwyt nad siódmą odsłoną "Star Wars" jest jak dla mnie - obok fali irracjonalnego hejtu wokół nowej trylogii - kolejnym dowodem na to, że świat i ludzie chyba oszaleli. Kopiowanie starego filmu z kompletną olewką o tak podstawowe rzeczy, jak elementarny sens i logika (do tego zaraz sobie dojdziemy...) jest tak obraźliwe dla dotychczasowej sagi, że chyba tylko dziewiąta odsłona "Ultimy" miała bardziej wylane na to, czy przedstawiona tam fabuła będzie w ogóle spójną i koherentną kontynuacją dotąd opowiedzianej historii. Ale zagorzali fani serii - ci sami, co to nie tak dawno pałali świętym oburzeniem między innymi o to, że wprowadzono jeszcze jedną obok C-3PO postać nieszkodliwego fajtłapy (Binks), że Anakin nie był mądry niczym Yoda już u zarania swojej kariery, że "przeszedł na ciemną stronę w sekundę" (co nie jest prawdą, ale przywykłem już do tego, że fani starej trylogii przekłamują to, co pokazano w tej nowej), że miał czelność zawołać "nieee!" po włożeniu tej swojej czarnej zbroi, albo że Yoda (ach, herezja! HEREZJA!!!) ośmielił się dobyć miecza świetlnego - jakoś tego nie dostrzegają, cieszą się i klaszczą w łapki. Bo ta bezczelna i dodatku kompletnie bezmyślna (do tego zaraz sobie dojdziemy...) kopia to niby "hołd dla starej trylogii". Taaa, jasne. Nie będę tutaj dokonywał dogłębnej analizy filmu, wyciągał wszystkich marnych i drętwych dialogów (jak scenarzysta epizodów I - III skreślił marny i drętwy dialog, wtedy święte oburzenie, ale kiedy marne i drętwe dialogi pojawiają się w częściach IV - VII, wtedy wszystko jest cacy...), czy też wszystkich fabularnych kretynizmów, które w końcowych scenach zaczynały mnie już przyprawiać o wściekliznę podczas oglądania (znowu: jak wprowadzono w nowej trylogii koncept midichlorianów - HEREZJA! HEREZJA!!! Ale jak w epizodzie siódmym nagle wymyślają, że byle chmyz może z wprawą władać mieczem świetlnym, pierwszy raz w życiu wziąwszy go do ręki, albo że jakaś kobita, co do dopiero niedawno usłyszała, że Moc jednak istnieje naprawdę, potrafi - bez żadnego przygotowania, bez żadnego treningu, bez żadnego pojęcia, co robi - użyć jej, ot tak, z przysłowiowych czterech liter, do namieszania w głowie szturmowcowi... wtedy wszystko jest super. Ba! Zagorzali fani - czy raczej fanatycy - starej trylogii potrafią nawet zawzięcie bronić tych ewidentnych bzdur, upierać się, że to ma sens!). Nie, wolę się skupić na tym, co najważniejsze. Na tym, co decyduje o tym, dlaczego "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" to góra średni film i przy tym zwyczajna obelga dla całej sagi. Zacznę od najgorszego. Im dłużej czasu mija od premiery tego filmu, tym silniejsze odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą na tym łez padole (albo jednym z nielicznych - tak czy inaczej, oczy przecieram z niedowierzania, że NIKT tego nie widzi, że NIKT tego nie wytyka, wyrażając opinię na temat filmu), która dostrzega zasadniczy problem z ogólnym zarysem fabularnym oraz settingiem nowych "Gwiezdnych Wojen". Często się zdarza, że ktoś jest bliski dostrzeżenia tego - na przykład, roi się od osób, które widzą, że epizod siódmy to tak naprawdę kopia epizodu czwartego. Ale nie widzą jeszcze większego problemu, jaki za tym stoi. Problemu, który sprawia, że - no, wiecie - ten film jest zwyczajnie debilny i obraźliwy. Jaki to problem, zapytacie? Ano taki, że nie dość, iż mamy tu do czynienia z kopią, to jeszcze jest to kopia popełniona kompletnie, całkowicie bezmyślnie! Ten film ma kompletnie wylane na to, co stało się w "Powrocie Jedi" i na to, jak przedstawiało się uniwersum w chwili zakończenia oryginalnej trylogii. Jego fabuła bazuje na motywach, które wciśnięto do filmu TYLKO i WYŁĄCZNIE dlatego, że "bo tak było w Nowej Nadziei"! Jak dobrze pamiętamy, w finale "Powrotu Jedi" doszło do [oldspoiler]rozpadu Imperium, zwycięstwa rebelii, a co za tym idzie - przywrócenia republiki[/oldspoiler]. A co mamy w "Przebudzeniu Mocy"? W miejscu Imperium Galaktycznego założono Pierwszy Porządek (który - jak ktoś powyżej raczył spostrzec - jest podejrzanie silny jak na frakcję, co to powstała zaledwie ze szczątków dawnego Imperium), zaś Republika... no, niby jest, tyle że równie dobrze mogłoby jej nie być. A to z tego względu, że pomimo ewidentnie wrogich zamiarów Pierwszego Porządku, Republika absolutnie nic z tym nie robi. Czy toczy jakąkolwiek walkę z wrogiem? Nie-eee... Walkę toczy tylko i wyłącznie jakiś infantylny Ruch Oporu, co to powstał w miejsce Rebelii. W tym miejscu chciałbym zapytać - DLACZEGO? Skoro istnieje już legalny rząd, stojący na straży dawnych i szczytnych wartości, dysponujący własnymi siłami zbrojnymi oraz flotą wojenną, to PO CO, DO CZEKOLADOWYCH PIEGUSKÓW Z RODZYNKAMI, JAKIŚ "RUCH OPORU"? Jeżeli jest jakieś obce imperium, to Republika powinna być podstawową siłą, która z nim walczy. W starej sadze istniała rebelia, bo poza Imperium Galaktycznym nie było żadnego zorganizowanego międzygwiezdnego rządu, dostatecznie silnego, by mógł stawić mu czoła. Dlatego właśnie powstała rebelia, do diabła - mogli toczyć tylko walkę partyzancką, bo nikt potężny nie stanąłby w ich obronie. Siła była po stronie Imperium. A teraz, kiedy znów istnieje Republika, nie ma żadnego POWODU, aby działał jakiś "ruch oporu"! Po co to w ogóle jest? Dlaczego? Jak to, "dlaczego" - bo tak było w epizodzie czwartym! Scenarzysta i reżyser nowego filmu nowej trylogii "Gwiezdnych Wojen" najwyraźniej nie potrzebują lepszego powodu! A na tym przecież nie koniec. Weźmy też pod lupę kwestię Jedi. W końcu ostatnia część starej trylogii kończyła się wymownym tytułem "Powrót Jedi", n'est-ce pas? Czy zatem kolesie kręcący nowy film mieli to na względzie? Czy zechcieli chociażby przedstawić tę akademię Jedi, co to Luke musiał ją założyć, aby zgodnie z ostatnią wolą Yody przekazywać innym swoją wiedzę? Czy pokazali, jak Leia idzie w ślady swojego brata? Nie, nie zrobili żadnej z tych rzeczy, zamiast tego pokazując nam świat, w którym nadal nie ma Jedi, opowieści o Mocy nadal są postrzegane jako bzdurne bajania dla naiwniaków, a Leia z nieznanych powodów (tzn. ja znam powód - ale do tego dojdziemy za chwilę) nie potrafi nawet przenosić przedmiotów samą siłą woli. Na dokładkę próbuje się to wszystko uzasadnić jakimś idiotycznym plot device, które niepokojąco przypomina mi to sklecone przez pewnego... khy, młodocianego pisarza na potrzeby swojej powieści z gatunku fantasy. Czyli - [oldspoiler]niby Luke utworzył jakiś zakon, ale jeden z jego uczniów zeźlił się bez żadnego sensownego powodu, rzucił się na rympał na całą resztę, wygrał i tyle. Bo tak się komuś zachciało. A Luke po tym niepowodzeniu zwyczajnie odpuścił sobie szkolenie nowych Jedi i zaszył się gdzieś na planecie X[/oldspoiler]. No więc... powrócili ci Jedi. Jak cholera. W efekcie całe uniwersum wygląda, jak wygląda, bo... no, właśnie, dlaczego? Bo ktoś miał konkretny pomysł na fabułę, setting? Nie. Powodem jest - znów - tylko i wyłącznie to, że "bo tak było w epizodzie czwartym" (i to jest też jedyny powód, dla którego Leia nie używa Mocy, ani miecza świetlnego - nie używała ich w starej trylogii? No to tutaj też nie będzie, kopiujmy na żywca i bez używania mózgu)! Jeszcze raz... jaka jest reakcja fanów na tę kopię, wykonaną bez Serca i bez Rozumu (ktoś tu nie kierował się ani jednym, ani drugim...)? Że to "hołd"? Że to "zrobione pod nostalgię"? Guzik prawda - to najbardziej obraźliwa olewka sagi, jaka tylko może być! To czytelna oznaka, że ktoś tu nie miał żadnego pomysłu, jak dopisać nowy rozdział do już istniejącej historii, a jego jedynym zamiarem był najbardziej ordynarny skok na kasę na zasadzie "znacie? To macie!"! A... a ci zagorzali fani, co to głosili wszem i wobec nowiny o herezji przy okazji premier kolejnych części nowej trylogii, twierdzą, że wraz z częścią siódmą oddano im hołd? Ja... ja nie wiem co powiedzieć. Brak mi słów. Albo, parafrazując pewnego polskiego aktora w jego roli z filmu "C.K. Dezerterzy" - powiedziałbym, że nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów pozwalających dostatecznie dosadnie określić ten stan rzeczy. Jak gdyby wypierniczenie w kosmos logicznego ciągu wydarzeń na rzecz bezmyślnego kopiowania epizodu czwartego nie urągało dostatecznie tym, którzy zdecydowali się "Przebudzenie Mocy" obejrzeć, jest jeszcze ogólna formuła filmu, która sprawia takie wrażenie, jakby scenariusz był skreślony... no, po prostu na kolanie. Słyszałem już dość sporo opinii pochwalnych na temat postaci (z wyjątkiem Kylo Rena - ten to zebrał chyba jedynie śmiechy politowania; swoją drogą, jaki to "geniusz" wymyślił, że [oldspoiler]jego prawdziwe imię powinno brzmieć "Ben" - po Obi-wanie "Benie" Kenobim niby[/oldspoiler]? Nie wiem, czy ten ktoś zdawał sobie z tego sprawę, ale rodziców tego faceta nie łączyła żadna szczególnie bliska więź z Kenobim! To Luke powinien był prędzej nazwać swojego syna drugim imieniem Kenobiego - i wiecie, co? W Expand Universe faktycznie to zrobił! Ale Panowie Nieomylni pozbyli się całego Expand Universe i postanowili wszystko zrobić na opak - na siłę, bez potrzeby, bez sensu i tak naprawdę bez serca! "Hołd", kurczę pieczone na ruszcie po chińsku! "Nostalgia", jak mistrza Chandlera kocham!). Cieszę się, że ktoś dostrzegł w tym filmie jakieś konkretne postacie, bo ja, szczerze mówiąc, nie zdołałem tego zrobić. A to z tego powodu, że ten film - dosłownie - pędzi na złamanie karku. Nigdy nie robi sobie przerwy, żeby faktycznie rozwinąć te postacie - to w zasadzie latanie od jednej bijatyki/strzelaniny do drugiej. Formuła tego filmu przypomina mi nieodparcie "Van Hellsinga", gdzie całość też sprowadzała się do tego, że ledwie kończyła się jedna scena rozwałki, a po paru minutach mieliśmy następną. Nie ma tu miejsca na złapanie oddechu, na chwilę zadumy - są tylko krótkie przerwy między kolejnymi rozpierduchami. Rzeczywiście, to jest coś, co w pierwszej kolejności kojarzy mi się z filmami z serii "Gwiezdne Wojny". A główny antagonista? Można to ująć krótko - żenada. W starej trylogii mieliśmy złowrogiego Dartha Vadera, który zachowując wciąż tę samą, chłodną postawę, dopuszczał się okropnych rzeczy. Nie okazywał emocji, kiedy przykładowo dusił Mocą swoich podwładnych, którzy mu podpadli, albo kiedy kierował zawoalowane groźby wobec Lando. Na dokładkę przez całą trylogię nie pokazywał twarzy, co tylko powiększało jego tajemniczość. Z kolei w nowej trylogii mieliśmy pozostającego w cieniu Dartha Sidousa, który przez cały czas dyrygował innymi postaciami, niczym marionetkami. Kiedy już pojawiał się we własnej osobie, potrafił być naprawdę diaboliczny. Na co dzień odgrywał rolę uprzejmego, starszego człowieka, w decydujących chwilach przechodził jednak zdumiewającą przemianę w swoje prawdziwe "ja" - żądnego władzy psychopaty, ewidentnie niestabilnego emocjonalnie i rechoczącego jak wariat. W jednej chwili błagał o litość, a już w następnej z obłąkańczą radością mordował mistrza Jedi, który usiłował go powstrzymać. Co mamy w "Przebudzeniu Mocy"? Wspomnianego już przeze mnie mimochodem Kylo Rena, który zamiast szacunku wzbudza co najwyżej politowanie swoimi niemal dziecinnymi napadami złości, który nosi tę maskę tak naprawdę bez żadnego powodu (jak to, dlaczego? Bo tak było w epizodzie czwartym!), skoro zdejmuje ją wielokrotnie i bardzo wcześnie pokazuje twarz i który - by żenadzie stało się zadość - daje się pokonać amatorce, która pierwszy raz w życiu wzięła do ręki miecz świetlny. To czego my się właściwie mamy bać, skoro on jest taki nieudolny? Jest jeszcze wielki przywódca Snoke (cóż za zmyślne i budzące grozę imię, swoją drogą), o którym wiemy tyle, że... po prostu jest. Krótko mówiąc - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" nie jest po prostu kopią "Nowej Nadziei", ale kopią dokonaną bezmyślnie, bez choćby chwili zastanowienia nad tym, czy takie lub inne motywy fabularne będą miały sens w settingu, jaki pozostawił po sobie "Powrót Jedi". Nie widać tutaj faktycznej chęci kontynuowania historii, nie widać żadnego konkretnego pomysłu na fabułę, nie widać też tego "hołdu", o którym w kółko słyszę, widać tylko popełniony po najmniejszej linii oporu, odwalony na odczepnego scenariusz, wskutek którego filmowa rzeczywistość skrzeczy na każdym kroku. Nie chodzi tu o zwykłe fabularne durnoty, których nie brakowało także w poprzednich sześciu filmach, ale o to, że ktoś najzwyczajniej w świecie olał już opowiedzianą historię i postanowił pokazać ludziom jeszcze raz to samo, aby wycisnąć z marki jeszcze więcej kasy. I jeśli następne filmy trylogii mają wyglądać podobnie, to ja już na nie nie pójdę. A na zakończenie, tak z czystej złośliwości, zapytam - co to, u diabła, za tytuł: "Przebudzenie Mocy"? Do jakiegoż to "przebudzenia Mocy" doszło w tym filmie? Jaki jest w ogóle sens tego tytułu, co to ma wspólnego ze wszystkim, co się wydarzyło? Zresztą, od kiedy to Moc wymaga "przebudzenia"? Mnie się zawsze wydawało, że to po prostu bliżej nieokreślona, mistyczna siła, która będzie działała i spajała wszechświat zawsze, bez ingerencji ze strony kogokolwiek. Czy Jedi będą istnieli, czy nie, Moc sama w sobie obędzie się bez nich. Nawet przez tak wielu nienawidzony koncept midichlorianów nie wpłynął w ostatecznym rozrachunku na taki wizerunek Mocy (bo to rzecz definiująca jej użytkowników - a nie Moc samą w sobie!). A tutaj nagle się okazuje, że tę Moc trzeba od czasu do czasu "przebudzić"... Serio, ten tytuł jest tak bezsensowny, sztampowy, wymyślony bez powodu i bez polotu, że podejrzewam, iż powstał podczas przerwy na kawę. Tak więc przez długie lata wysłuchiwałem narzekań fanów starej trylogii na rozmaite "herezje", jakie to niby popełniła nowa trylogia, za to kiedy wychodzi bezsensowna, wymyślona na siłę kopia "Nowej Nadziei", wtedy słyszę peany na jej cześć. Kopernik, zatrzymaj pan tę Ziemię - ja wysiadam...
  5. Czy ktoś może zerknąć na mój blog, otworzyć najnowszy wpis i zatwierdzić napisany przeze mnie komentarz, który pozostaje ukryty już od ładnych paru tygodni?
  6. Szczerze powiedziawszy, ogarnęło mnie przedziwne poczucie deja vu po tym, jak KM zamieścił kiedyś na forum, w dziale Proza, pewno opowiadanie o smokach... Mam nadzieję, że Kefcia tym razem nie odczuwa potrzeby wbicia sobie gwoździa w oko. Nie ma problemu. Ja też niby powinienem pokazać ciąg dalszy już wkrótce, ale... coś nie mogę się za to zabrać. Poza tym przez najbliższe dwa tygodnie nie będę miał na to czasu - aktualnie zaczynam pracę o 7:30, a wracam do domu dopiero około siódmej wieczorem. Przepraszam, ale to mi wygląda na - jak to określił kiedyś Kefcia - czepianie się nieistotnej semantyki. Wiadomo przecież o co chodzi, a określenie "kupić" to w tym wypadku wręcz przenośnia. Opis bazy pojawił się w jednym ze wcześniejszych rozdziałów - tym, w którym omawiali gotowy plan akcji - więc zakładałem, że jakieś wyobrażenie jej layoutu u czytelnika jest. Może bym się w tym miejscu odniósł zarówno do wątpliwości twoich, jak i Martiusa... Chyba faktycznie aż tak skupiłem się na oddaniu "fachowości" całej tej operacji (gadanie szyfrem i te sprawy), że nie poświęciłem dostatecznej uwagi oddaniu emocji. Przyznałbym, że - co było chyba z mojej strony kardynalnym błędem - miałem zakończyć rozdział kawałkiem pisanym z punktu widzenia Zery, który dawałby jednoznaczną wskazówkę, że zaraz wszystko pójdzie się pie... kochać, ale postanowiłem, że przerzucę go do kolejnego rozdziału. Na tej decyzji zaważył też zwyczajny pośpiech - nie chciałem już odkładać w czasie publikacji nowego kawałka, a ponieważ to, co już napisałem (co wynika z przedmowy) i tak szło mi opornie... to chciałem sobie na razie odpuścić użeranie się z kolejnym fragmentem, który nie byłem wciąż pewien, jak ugryźć. Pomyślałem o czymś takim, ale nie chciałem tworzyć wrażenia, że poszedłem z tą całą akcją po łebkach. Że niby nie miałem pomysłu ani nawet wyobrażenia, jak ci komandosi powinni właściwie działać. Znów - skupiłem się na próbie zbudowania jakiegoś realizmu, nie na emocjach. No... siły specjalne. Jak to powiedział jeden GROM-iarz, w prawdziwych operacjach specjalnych żołnierze wolą, aby nie było gorąco, aby wszystko szło zgodnie z planem. Rozważałem nawet taki scenariusz w "Wilczym stadzie", ale uznałem, że to nie będzie dobry pomysł. Skoro już i tak znienawidziłeś ten rozdział osiemnasty, to co to by było, gdyby cała akcja miała mieć taki przebieg? Oj, czepiasz się, czepiasz... Myślę, że odnalezienie takich śladów w trawie, w dodatku z dużej odległości, byłoby skrajnie trudne. Gdyby chociaż ci wartownicy wiedzieli, czego się spodziewać. A tak... Nie takie znowu półprodukty. Nie zapominaj, że rasy w moim uni radośnie korzystają z technologii druku 3D w produkcji uzbrojenia czy sprzętu (czyli w praktyce - mają mniej radykalną wersję tego, czym posługiwały się strony konfliktu w Total Annihilation czy też Supreme Commanderze), więc zbudowanie instalacji zdolnej wyprodukować osprzęt dla zwykłych klonów (który to osprzęt z założenia jest tani i łatwy w produkcji) - zakładając, że mieli odpowiednie dostawy surowego materiału do "druku" - nie jest wielkim problemem. Raffard słyszy te komunikaty poprzez głośniczek przytknięty do ucha. Pod zamkniętym, uszczelnionym hełmem. Mało prawdopodobne, aby usłyszał takie cichutkie brzęczenie, które nawet dla samego Raffarda nie jest nazbyt głośne. OK, w takim razie jakiego terminu mam użyć na określenie tego, co komputer przechowuje w bebechach? Danych, plików, informacji? Ech... to przecież oczywiste, że są na zewnątrz. Nie doszliby do tego centrum medycznego, teleportując się między budynkami. Ani nie mieli żadnego interesu w tym, żeby włazić po drodze do wszystkich budynków koszar (wyjąwszy te, które przerobili na "kostnice"). Przyjąłem, że nie. Że mogą nie ogłaszać jeszcze alarmu, ale tak czy inaczej wezwać do siebie dodatkowe straże, na przysłowiowy wsiaki pażarnyj słuczaj. Ale... czy to w takim razie błąd, czy nie? Też nie jestem pewien. Taki, że jest to wtedy mniej oczywiste (szyfr)? Nie krzycz. Już poprawiłem.
  7. Znaczy koń? Dobra, dobra, już idę...
  8. Tu już nawet nie chodzi o jakieś głupie avatary (zresztą, już na samym początku zaznaczyłem, że mnie osobiście ich kształt jest zupełnie obojętny - ale to pozostało, oczywiście, kompletnie niezauważone). Tu chodzi o przeinaczanie i hiperbolizowanie tego, co piszę - czego chronicznie nie znoszę. Poza tym odnoszę wrażenie, że to wy - a nie ja - powinniście sobie darować. Bo to właśnie od was słyszę te krzyki o "lewakach", o "manipulacjach", o "naturalnych porządkach rzeczy" i nie wiadomo, czym jeszcze. Może byście wreszcie zluzowali poślady? (ano tak, złamałem reguły zabawy i nie napisałem dwa razy tego samego - wzorem Eugeniusza Bodo, taki już jestem zimny drań) W odpowiedzi na przytyk podbiela mogę tylko przypomnieć, że ze wszystkich moich poczynań na forum przez bite kilka lat, te w temacie dotyczącym Paoliniego są jedynymi, które dostrzegliście i którymi się zainteresowaliście. Kiedy wypowiadałem się obszernie na całkiem inne tematy - z których część sam założyłem - chętnych na normalną, dłuższą polemikę nie było. Wśród moderatorów w szczególności. Czekaliście specjalnie całe cztery lata, aż znów mnie coś podkusi i znów się pojawię w tym jednym, feralnym temacie. Ktoś tu się "zafiksował" na punkcie Paoliniego o wiele bardziej, niż ja... Ale spokojnie - skoro ludzie w tym temacie nie potrafią normalnie rozmawiać, przemawiam tutaj ostatni raz.
  9. Też mi sensacja. Mój też. Że zacytuję Pazurę w "Kiler-ów 2-óch"... chyba będę musiał powtórzyć wykład. Tak czy inaczej, kolejny raz potwierdza się to, co napisałem parę postów temu. Ale ja już jestem taki głupi, że nie uczę się na własnych błędach. EDIT: aha, i mam jeszcze tę - wspomnianą onegdaj - paradoksalną wiarę w ludzi. Zawsze sobie myślę - może zrozumieją, jak wytłumaczę drugi raz... trzeci raz... czwarty... piąty...
  10. Tu nie chodzi o żaden "naturalny porządek wszechrzeczy", tylko o prozaiczny fakt - obrazy czy zdjęcia są co do zasady wpisane w kwadrat albo prostokąt. Żeby to zauważyć, wystarczy sobie przejrzeć album ze zdjęciami, obejrzeć płótna wiszące na ścianach w dowolnej galerii sztuki, czy nawet otworzyć wyszukiwarkę artów na Deviantarcie. To są czworoboki. A to czy, konkretny obrazek wygląda lepiej w kwadracie, czy też w okręgu, to już sprawa indywidualna. Tymczasem osoby, do których tutaj się zwracam, specjalnie dostosowały swoje avatary tak, że wyglądają one lepiej w okręgu - ergo, są w mniejszości (osoba, która dostosowuje coś do swoich własnych preferencji, zawsze będzie w mniejszości)... ale wypowiadają się w taki sposób, jakby było na odwrót.
  11. Ja nie wybierałem sobie avatara pod... A zresztą, nieważne. Tak jak mówiłem - nie dotarło? To nie dotrze.
  12. No dobra... poddaję się. Gdy poprzednim razem próbowałem na tym forum bezskutecznie wytłumaczyć delikwentowi pewną prostą rzecz, źle się to skończyło. Nigdy więcej. Nie dotarło za pierwszym razem? Więc nie dotrze nigdy.
  13. Nie chcę patrzeć na twój avatar. Chcę spojrzeć na obrazek, z którego go wziąłeś.
  14. Myślę, że WSZYSCY mieli avatary pod kwadraty przygotowane. Avatary pochodzą bez wyjątku od plików graficznych, obrazków czy też zdjęć. Obrazki i zdjęcia mają zawsze ramy w kształcie prostokąta lub kwadratu. Zatem... dwa plus dwa to... Już prędzej użytkownicy preferujący koła "przygotowują" pod nie avatary, wybierając specjalnie obrazki (lub animacje) czegoś, co ma sens tylko wtedy, gdy jest wpisane w okrąg.
  15. Odpowiedź brzmi - chcemy kwadratury koła. A bardziej serio... chociaż mnie samemu jest zupełnie obojętne, czy avatary będą kwadratowe, czy okrągłe, o tyle z tym ostatnimi jest pewien poważny problem, a mianowicie - "skrawają" pierwotny obrazek tak, że zanika jego forma czy też przekaz. Opisując to na przykładzie avatara Kefki - którym jest facjata Garrusa z wypisanym wielkimi fontami u góry i u dołu napisem "calibrate guns all day every day" - te ostatnie napisy, gdy avatar jest okrągły, zostały przycięte tak, że właściwie nie zostało z nich nic dającego się odczytać. Więc po co wprowadzać te kółka i dzielić tym samym avatary użytkowników na lepsze i gorsze?
×
×
  • Create New...